Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom II/5

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


18.
Obiad.

Rzućmy teraz wsteczne spojrzenie na wypadki zaszłe w Tremblay (rezydencyi hrabiego Duriveau) w ciągu wieczoru, gdy Bruyére szukała śmierci w folwarcznym stawie, a Rafaela wyznała matce swój błąd i hańbę.
Wróciwszy do domu, hrabia Duriveau mocno żałował nieobecności pani Wilson i jéj córki, które wraz z panem Alcydem Dumolard, po ukończonych łowach, przybyć miały na obiad do Tremblay.
Nieobecność ich tém dotkliwszą była hrabiemu Duriveau, że nie mógł ominąć nudnego przyjęcia kilku sąsiadów, również na obiad zaproszonych, a któreto zaproszenie odwołać już nie wypadało.
Atoli te nudy wynagrodzone być mogły korzyścią: zaproszeni bowiem sąsiedzi, znakomici właściciele dóbr, przemysłowcy przez ryzykowne przedsięwzięcia wzbogaceni, zamożni prawnicy, byli wszyscy pełnemi wpływu wyborcami, a przyjaciele pana Duriveau, żyjący w politycznej sferze, powiedzieli mu przed rokiem:
„Czasy są ważne: ohydne pojęcia radykalne i socjalne wywiérają niepokojący wpływ na klassie roboczéj, trzeba więc aby zgodnie działające, energiczne i nieugięte stronnictwo, poskromiło ten anarchiczny popęd, któryby nas doprowadził niezawodnie do trwogi, do maximum i t. d. Jako właściciel rozległych włości, więcej jak kto inny dbać powinieneś o porządek i pokój. Przejdź na naszę stronę, zostań deputowanym w miejscu pana de la Levrasse, człowieka najlepszych chęci ale bez znaczenia; przygotuj swą kandydaturę, rząd królewski poprze ją, otrzymasz nominacją i głosować będziesz za zachowaniem... najlepszego jaki tylko może być porządku rzeczy.”
Takie zwierzenie pochlebiało hrabiemu Duriveau i drażniło jego silny, nieubłagany charakter; z zapałem chwycił się on rad swych przyjaciół, zaczął zbliżać się do niektórych wyborców, wywierających wpływ na stronnictwo do którego należeć pragnął, przyjmował ich często w zamku Tremblay, a obiadem na który ich tego dnia zaprosił, ogłaszał niejako swój powrót do Solonii.
Z tego punktu uważane wypadki owego dnia, oburzenie wieśniaków wywołane zuchwałą śmiałością Scypiona, gdy znaleziono dziecię małej Bruyére, z dwóch względów boleśnie dotykały hrabiego Duriveau: bo naprzód obawiał się, aby Rafaela Wilson po takim skandalu, nie zerwała związku na którym polegało jego małżeństwo z panią Wilson, a powtóre sądził, że wieść o niegodziwéj scenie, któréj głównym aktorem był Scypio, rozchodząc się w okolicy, szkodliwy wpływ wywrzeć może na jego plany wyborcze. Ale biesiadnicy zgromadzeni w zamku Tremblay, nic jeszcze nie wiedzieli o tym smutnym wypadku.
Zamek Tremblay wzniesiony przy końcu siedmnastego wieku i panujący nad rozkoszną doliną Soldry, istna oaza wśród téj ubogiéj krainy, miał pozór prawie monarszéj rezydencyi; hrabia Duriveau rozwijał w nim przepych nadzwyczajny.
Biesiadnicy hrabiego przebyli naprzód obszerny przedsionek pełen upudrowanéj służby w ciemnéj, srebrem galonowanéj liberyi, potém przeszli doposłuchalnego salonu, który zajmowali pokojowcy, a następnie dopiéro, przez galeryą obrazów, przybyli do salonu bawialnego, wspaniałe złoconego i pysznie umeblowanego w stylu Ludwika XIV.
Długie firanki z zielonego adamaszku były zapuszczone; kandelabry bronzowe i bogato złocone świeczniki, rzęsiste światło swoje odbijały w zwierciadłach na piętnaście stóp wysokich, u spodu obstawionych olbrzymiemi, chińskiemi wazonami, pełnemi najrzadszych kwiatów.
Zbliżyła się godzina obiadowa. Hrabia Duriveau przezwyciężając bolesne roztargnienie, sam jeden, z nieco wyniosłą grzecznością czynił honory domu, bo wicehrabia Scypio cały ich ciężar zwalił na niego.
Ojciec i syn przedstawiali kontrast uderzający, charakterystyczny aż w drobiazgowych napozór szczegółach.
Hrabia, chociaż młody ojciec, nic pochwalając jednak mody rozmamanéj i na nic niedbającéj młodzieży z roku 1843, zdjął łowieckie suknie, a ubrał się jak najstaranniéj i najgustowniéj: szerokie klapy jasno granatowego fraka ze złotemi matowanemi guzikami, spadały mu na białą pikową kamizelkę, szczelnie przystającą do zgrabnéj, jeszcze młodzieńczéj jego kibici; suty węzeł wysokiego, czarno jedwabnego halstucha, rozwijał się na pysznie haftowanéj koszuli, spiętéj na trzy guziki z ogromnych pereł, otoczonych brylantami i osadzonych w zielono emaliowane liście; czarne, dosyć obcisłe spodnie, rysując jego muskularne i zarazem wytworne kształty, pokrywały nogę ubraną w białą jedwabną pończochę; nakoniec lakierowane trzewiki, mocno wycięte i zdobne dużemi kokardami, uzupełniały ubiór hrabiego Duriveau, który, dzięki swéj ciemnéj cerze, czarnym włosom, chudéj ale pełnéj charakteru twarzy, mimo że miał lat pięćdziesiąt, nie wyglądał jak na trzydzieści pięć a najwięcéj czterdzieści.
Te, jak powiadamy, napozór drobiazgowe szczegóły ubioru ważne miały znaczenie; bo hrabia Duriveau mniemał że mocno ubliży swym gościom i sobie samemu, jeżeli choć sam, wyszukanie nie ustroi się do obiadu; wieczorem wdziać bóty zamiast jedwabnych pończoch, byłby uważał za rzecz niesłychaną, a nie przypominał sobie iżby się kiedykolwiek dopuścił takiego przestępstwa; upatrywał w tém jakiś rodzaj osobistéj godności i rękojmi, niby mówiącéj: że człowiek ubrany w jedwabne pończochy, pierwéj dwa razy obejrzy się nim stąpi w błoto.
Dziwny to był sposób pojmowania szacunku ludzkiego; ale hrabia tak go pojmował w istocie.
Wicehrabia Scypio, zamiast naśladować to ceremonialne podanie, owszem przesadzał negliż, rozpasanie, jakie niedbałe zwyczaje klubów, stajni i gryzetek u wielkiéj liczby młodzików w modę zamieniły.
A tak ubiór Scypiona obok ubioru jego ojca, samą sprzecznością uderzał. Jego wąziutki czarny halstuch, prawie do wstążki podobny, zawiązany był wkoło czworograniastego i krochmalnego kołnierzyka od koszuli, który sięgał aż po uszy, a prawie zupełnie obnażał szyję; surducik zielonkawy zbyt obszerny, chociaż bardzo krótki i z zaokrąglonemi połami, podobny był raczéj do myśliwskiej kapoty; szkocka kamizela, nadzwyczaj długa, skrojona nakształt kamizelki groomów, zachodziła na szerokie spodnie o ciemnem tle w niebieskie kraty, które niby u majtka, bujały po lakierowanych butach z bardzo wysokiemi obcasami.
Tak niedbale ubrany, wicehrabia odznaczał się jeszcze wybitniéj swém niedbałém ułożeniem i pełną rozpasania przesadą, którą łatwiej pojąć jak opisać. Koszulę miał na piersiach otwartą, szerokie krochmalne mankietki, zgniecione, do połowy wywinął na rękaw surduta, z pod którego wychodziła blada, delikatna i chuda jak u schorowanéj kobiéty ręka; przybierał postawę miękką i znudzoną, roztargnioną lub dumną. Odmówić sobie musimy skreślenia wszelkich drobnostek; wszelkich delikatnych, nieznacznych i prawie niedostrzegalnych odcieni, wyraźnie cechujących oba nasze portrety.
Scypio, według zwyczaju zbyt późno przybył do salonu. Hrabia widząc go w tak zaniedbałem ubraniu, wyszedł naprzeciw niemu i rzekł tonem przyjacielskiej wymówki;
— Powinieneś był staranniej się ubrać; wiész że na prowincyi na wszystko uważają.
— Jeszczeby téż, — głośno odpowiedział Scypio, — to ty właśnie wstyd mi robisz twemi obcisłemi spodniami; ubrałeś się jak... kochanek z opery komicznéj: za cesarstwa byłbyś mógł iść w zawody z panem d’Elleviou, za którego łydkami szalały piękne damy, te szczątki dyrektoryatu!
Rozgniewany hrabia przygryzł wargi; weszło kilka zaproszonych osób które przyjąć musiał. Sprzeczność o jakiéj wspomnieliśmy, równie uderzająco postrzegać się dawała w obejściu ojca i syna. I tak hrabia, jużto stojąc przy kominku, rozmawiał z mężczyznami, już pochylał się nad grzbietami fotelów na których siedziały kobiéty i częstował je pełnemi uprzejmości słowy.
Scypio. zaś, rozciągniony a raczéj przewrócony w szerokim fotelu, utkwiwszy ręce w kieszeniach od spodni, horyzontalnie założywszy prawą nogę na lewe kolano, jużto spoglądał na sufit, jużto hałaśliwie ziewał, albo téż śmiejąc się i drwiąc bezwstydnie, wyszydzał wszystkich których mu nieszczęsny los nasuwał. Co do dam, ciekawie z głębi swego fotelu zbadawszy ich wejście, wlepiając e oko swą kryształową lornetkę, ani się im ukłonił, ani nawet słowa przemówił.
Hrabia Duriveau, i tak już mocno zraniony postępowaniem Scypiona w ciągu tego smutnego dnia, co większa rozgniewany dojmującemi szyderstwy jakiemi go syn traktował wobec pani Wilson, a nadto coraz bardziéj znudzony swą rolą młodego ojca, widocznie cierpiał z powodu tak obelżywego obejścia Scypiona, które mogło odstręczyć jego wyborców. Ale tak dalece lękał się szyderstw młodzieńca, którego zuchwała śmiałość nie szczędziła nikogo, nie szanowała żadnéj przyzwoitości, że się powstrzymywał, odkładając do końca wieczoru poważną i surową rozmowę z Scypionem.
Ten, ciągle zagrzebany w swym fotelu, dostrzegając, nieopodal od siebie rządcę hrabiego, skinął nań palcem aby się przybliżył.
Pan Laurenson, rządzca, człowiek słuszny, chudy i ogorzały, twarzy obojętnéj i surowéj, z uszanowaniem przystąpił do Scypiona i zapytał:
— Co pan wicehrabia żąda?
— Zadzwoń mój kochany, — półgębkiem rzekł Scypio, — nie wiem co oni sobie myślą... nie dają do stołu a jam głodny.
Pan Laurenson zbliżył się do kominka i pociągnął za jedwabny sznurek.
Prawie natychmiast pokojowiec w czarnym fraku, krótkich spodniach, jedwabnych pończochach, w trzewikach ze złotemi sprzączkami, otworzył drzwi od salonu.
Był to Marcin, syn pani Perrine i hrabiego Duriveau...
Portret który Marcin posłał swéj matce, bardzo był podobny; równie jak jego portret miał on cerę ciemną, fizyonomią otwartą, dowcipną, spojrzenie zarazem myślące i przenikliwe; ale baczne oko byłoby wówczas dostrzegło w twarzy Marcina coś powstrzymywanego, coś, że tak powiemy przyćmionego, jakby czuł w sobie konieczność pokazywania się człowiekiem obecnego stanu swojego.
Wicehrabia, siedzący prawie twarzą do drzwi, ujrzawszy Marcina, skinieniem przywołał go do siebie.
Marcin z uszanowaniem zbliżył się do wicehrabiego... swego brata... wszakże nie mógł pokonać wewnętrznego pomieszania, mimo iż go niczém nie objawiał.
— Cóż to... czy dziś nie dacie obiadu? spytał go Scypio.
— Owszem, panie wicehrabio... zaraz dajemy...
— Każ, niech się spieszą... bom głodny!
A gdy Marcin ukłonił się i zmierzał ku drzwiom, wicehrabia przywołał go znowu.
— Marcinie! powiédz szafarzowi że tylko portwein pić będę... Niech mi oziębią parę butelek... ale zachować temperaturę wina bordeaus... dwanaście a najwięcéj piętnaście stopni, ani mniéj ani więcéj...
— Dobrze panie wicehrabio.
— Pamiętaj także, dodał Scypio, aby postawiono przy mnie korzenie i pieprz z Kajenny.
— Dobrze, panie wicehrabio, rzekł Marcin.
I wyszedł.
Biesiadnicy hrabiego prawie wszyscy należeli do rzędu ludzi mówiących: moja żona i nazywających lwami i lwicami mężczyzn i kobiéty, których uważali za modnisiów. Większa téż część tych obywateli, nieuków, samolubów i próżnych, zamkniętych w granicach swojéj obiorczéj powagi, uważała impertynencye Scypiona za prawdziwie czarowne lwiarstwo; jego pogardliwa zuchwałość, ucinkowe drwiny przejmowały ich uniesieniem i zarazem przerażeniem; nazywali go zawsze panem wicehrabią, i śmieli się w najlepsze skoro tylko przemówił, co go najbardziéj niecierpliwiło, bo sam bynajmniej nieuwarzał się za tak śmiesznego. Małżonki zaś tych ichmościów, z pod oka lornetując na piękną postać Scypiona, nienawidziły go, to jest umierały ze złości, mówiąc do siebie że nie są zapewne dosyć piękne, dosyć znakomite, dosyć lwice, iżby zasługiwały na kilka słów prostéj grzeczności ze strony tego eleganta, impertynenta i t. d.; czyli inaczéj się wyrażając, nie jedna z tych zagniewanych piękności, wyszła zapewne zadumana, marząca o bladéj i pięknéj twarzy Scypiona, o jego wielkich ciemnych oczach, o szyderczym uśmiechu, w czasie którego pokazywał swe piękne zęby, i o małéj bielutkiéj jego ręce, którą kiedy niekiedy tak niedbale pokręcał swój jasny delikatny wąsik.
Nagle otworzyły się obie połowy drzwi salonu; i Marcin dźwięcznym głosem wyrzekł te uroczyste słowa:
— Panie hrabio, już dano do stołu.
— Scypionie, podaj rękę pani Chalumcau, poważnym tonem rzekł hrabia do syna, sam dając rękę drugiéj kobiécie.
Scypio jako przesycony, nie śmiał się nigdy; inaczéj, mimo to że ojciec mówił na seryo, byłby zapewne wybuchł głośnym śmiechem, słysząc tak niespodziane i dziwne nazwisko pani Chalumeau[1]. Ale sam nawet śmiech głośny nie byłby tak znieważającym, jak szyderski pośpiech Scypiona, który, że tak powiemy, wyskoczył z głębi swego fotelu i podał rękę pani Chalumeau, poprzednio oddawszy jej uniżony i ironiczny ukłon.
Pani Chalumeau, żona jednego z najznakomitszych wyborców, za najlepsze przyjęła te grzeczności. Krągła jak pączek, bielutka, pulchniutka, z włosem i okiem czarném jak smoła, to tylko miała w sobie niestosownego, że ucho jéj było za czerwone, że podbródek wisiał za nadto blizko gardła, i że zbyt wiele roślin, niby ogród, zasadzonych na jéj czepku, nadawało jéj głowie olbrzymie rozmiary. Wreszcie, usta jéj były różowe, zęby bielutkie, a w spojrzeniu przebijała się jakaś omdlałość miłosna.
Pan Chalumeau znakomitego wpływu wyborca, mężczyzna słuszny, łysy, z niebieskiemi okularami, stał wyprężony przy swojéj żonie, dumny że ją prowadzi pan wicehrabia; tymczasem szczęśliwa pani Chalumeau podskakując z radości i pychy w swej sukni koloru gorge-de pigeon[2] szeroko hartowanéj jedwabiem, czuła że ucho jéj z czerwonego przemienia się w szkarłatne, i swém pulchném ramieniem potężnie ściskała delikatne ramię wicehrabiego, jakby się obawiała aby inne kobiéty, które swym tryumfującym wzrokiem na miazgę kruszyła, nie zbuntowały się i nie wydarły jéj takiego kawalera.
— Intrygantka! — rzekła złośliwie żona mniéj daleko wpływu mającego wyborcy wzrokiem zaiskrzonym wściekłością i zazdrością, pokazując mężowi nienawistną panią Chalumeau.
— Moja pieszczotko, Chalumeau rozporządza trzydziestu siedmiu głosami, — płaczliwie powiedział mąż, — a ja...tylko jedenastu... Jego żona zatem powinna iść przed tobą...
— Nic to nie stanowi; a gdyby ci się podobało głosować za ojcem tego trzpiota przeciw panu de la Levrasse, to ze mną będziesz miał sprawę... trzęsąc się od gniewu rzekła pani obiorczyni.
— Ja nie chcę aby twój hrabia Duriveau został deputowanym, dodała jeszcze bardziéj gniewnym głosem.
— Chciejże przecie być sprawiedliwą, moja pieszczotko, odpowiedział wyborca; powiedz mi tylko czy pan de la Levrasse wyprawia nam takie uczty książęce, czy ma służących upudrowanych jakby jacy markizowie? siedzi zakopany jak szczur w dziurze i bardzo źle spełnia w Paryżu nasze polecenia; kiedy tymczasem, skoro naszym deputowanym zostanie hrabia, milioner, który swemu intendentowi poruczy mniejsze nasze interesa w stolicy, przyznasz że to wcale inaczéj wyglądać będzie.
To mówiąc pokorny wyborca roztropnie puścił naprzód swą złośliwą połowicę, a sam połączył się z towarzystwem, zmierzającém do jadalnéj sali.







  1. Chalumeau znaczy: rurka, piszczałka, fujarka.
  2. Dosłownie: gołębiego gardła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.