Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom II/4

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


17.
Miłość macierzyńska.

Kilka chwil upłynęło jak Rafaela uczyniła pani Wilson to straszne zeznanie, zeznanie uzupełnione wyjaśnieniem, które młoda dziewica konającym głosem udzieliła.
Nim przystąpimy do dalszego ciągu naszéj powieści, powiedzmy słów kilka o pani Wilson.
Ta kobiéta ubóstwiała swoję córkę: dowody tego ubóstwiania, tego poświęcenia ślepego, namiętnego i prawie bohaterskiego... natychmiast się nam przedstawiają.
Ludzie znający to co nazywamy światem, ludzie którzy go widzieli takim jakim jest, jakim go uczyniły skutki i konieczności obecnego porządku rzeczy, znajdą może wysłowienie się pani Wilson o haniebnym postępku Scypiona z małą Bruyére, niewłaściwym w ustach matki mówiącej do córki; atoli to wysłowienie, samo w sobie, ściśle zgadza się z pojęciami, obyczajami, zwyczajami i podaniami tego świata.
Pani Wilson malując Rafaeli społeczność w tak mocnych kolorach, miała w tém swoje przyczyny, a przyczyny, według jéj sposobu widzenia, wyborne.
Namiętność jaką Scypio natchnął Rafaelę powstała i doszła najwyższego szczytu w czasie podróży pani Wilson do Anglii, z powodu długów które mąż jéj, bankier amerykański, pozostawił umierając w stanic bankructwa. Pani Wilson nie mogła więc ustrzedz swéj córki od téj namiętności, tak szalonéj, tak zapamiętałéj, że Rafaela w skutku jéj za powrotem matki była prawie umierająca...
W téj chwili trudno już było Pani Wilson zastanowić się i przekonać, czy przedmiot tak nierozważnej miłości był jéj godnym. Przedewszystkiem więc chciała ona ocalić życie córki zaślubiając ją wicehrabiemu Duriveau. To małżeństwo wszakże nastręczało niepodobne do uwierzenia trudności, i aby je pokonać musiała użyć wszelkiej swojéj przebiegłości i całéj potęgi mocnej woli, nadewszystko zaś musiała ponieść podziwienia godną ofiarę...
Wreszcie, pani Wilson zbyt dumną była z cudnéj piękności Rafaeli, zbyt przekonaną o rzadkich jéj przymiotach, iżby im nie przyznawała niepokonanéj władzy, izby nie sądziła że Scypio ukrywa prawdziwą miłość pod maską wyrachowanéj obojętności; a wreszcie Rafaela namiętnie go kochała; pani Wilson zatem musiała za wszelką cenę uśmierzyć obawę córki i uspokoić ją względem miłości, która całe jéj życie stanowiła.
Taka była pobudka postępowania pani Wilson z Rafaelą aż do chwili, w któréj córka uczyniła jéj tak bolesne wyznanie, uzupełnione następującém wyjaśnieniem:
Rafaela na kilka dni przed wyjazdem z matką z Paryża do Solonii, ulegając namiętnym naleganiom Scypiona, niepostrzeżona udała się na schadzkę, którą jej naznaczył...
Po tém bolesném wyznaniu długie nastąpiło milczenie.
Rafaela i jéj matka były pognębione.
Pani Wilson, oparta na poręczy fotelu, zdawała się być łupem glębokiéj boleści i patrzyła na córkę wzrokiem pełnym smutku, litości, miłości i przebaczenia...
Rafaela blada, z zwieszoną głową, osłupiałym wzrokiem, rękami na kolanach skrzyżowanemi, zdawała się być bezwładną, nieczułą;... niekiedy tylko, wielkie łzy w milczeniu spływały po jéj białych i zimnych jak marmur policzkach.
— Rafaelo, — nagłe rzekła pani Wilsou, — posłuchaj mię moje biedne dziécię...
Na te słowa, świadczące o pobłażaniu, o niewyczerpanéj czułości matki, młoda dziewica zadrżała i pokryła ręce pani Wilson łzami i pocałunkami.
— Podnieś się,... uspokój się,... mój aniele... i mnie saméj zbyt trudno opanować wzruszenie... Miejmy odwagę,... pomówmy o tobie,... pomówmy raczéj o sobie...
— Słucham cię, matko, — odpowiedziała Rafaela usiłując wstrzymać łzy swoje.
— Widzisz, moja córko, jesteśmy dwie opuszczone kobiéty; same, u siebie samych tylko rady zasięgnąć możemy; bo wiesz że na twojego wuja liczyć niepodobna... Same zatém, moja luba, powinnyśmy postanowić względem naszéj przyszłości... Prawdę powiedziałaś,... Bóg skarał mię za okrutną nieczułość dla téj nieszczęśliwéj wieśniaczki Bóg mię ukarał... lecz niech ta kara mnie tylko samą dotyka; a błogosławić ją będę... Przed chwilą powątpiewania twoje o miłości Srypiona uważałam za bezzasadne... teraz, uważam je za nierozsądne; bo teraz pojmuję widoczną jego oziębłość... jest ona udana w wspólnym waszym interesie.
— Ach! moja matko... odpowiedziała znękana Rafaela, — na widok tego zmarłego dziecka, jego własnego dziecka... czyż dumne oko Scypiona choć jednę łzę uroniło... widzisz! to mię przeraża... to mi każe powątpiewać o jego sercu, a jednak czuję że go zawsze kocham. O! jak okropnie pomyśléć tylko... że on który teraz jest panem mojego honoru, jak jest panem i mojego serca... że on chciałby może... złamać dane słowo... że może mną pogardzi.. może mię opuści...
— Ciebie opuścić?... tobą pogardzić:... o! tobym już chyba nie żyła! — z nieopisaną energią zawołała pani Wilson. O! nie, nie, uspokój się moje dziécię, Scypio dotrzyma słowa... a dotrzyma dla tego że cię kocha... dotrzyma... dla tego że dotrzymać musi... dla tego, że żadna potęga ludzka teraz nie zdoła już oprzéć się temu małżeństwu...
— Ah! matko, gdybyś znała nieugiętość charakteru Scypiona!... O! jeżeli on mię już nie kocha, nic go nie wstrzyma aby mię nie opuścił, szeptała boleśnie znękana Rafaela.
Rozpacz i coraz wyraźniejsza zmiana na twarzy córki, rozdzierały serce pani Wilson. Znała ona nadzwyczajną czułość Rafaeli, której już ta miłość o mało nie zabiła. Coraz bardziéj zatem przerażona znękaniem nieszczęśliwéj córki, pragnąc wszelką ceną uspokoić ją względem przyszłości, choćby niechętném wykryciem przeszłości, postanowiła wyjawić tajemnicę macierzyńskiego poświęcenia, którą dotąd przez zbytek skromności ukrywała.
Po chwilowym namyśle, rzekła przeto do Rafaeli:
— Odpowiedz mi, drogi mój aniele,.. gdyby ci przed dniem w którym, szalona, nierozsądna, poszłaś do Scypiona... powiedziano: wyrzecz się téj miłości?...
— To byłabym umarła...
— Dziś... gdyby ci powiedziano: Musisz się wyrzec téj miłości?, tego małżeństwa?..
— Umarłabym z miłości i wstydu.
— Tak jest,... wierzę ci i wiém, że umarłabyś z miłości i wstydu,... ale ja nie chcę abyś umarła, ja owszem pragnę obyś żyła, muszę cię więc uspokoić; abym cię zaś uspokoiła, muszę ci dowieść że nic w świecie nie zdoła przeszkodzić temu małżeństwu... a nawet i wola Scypiona... czy rozumiesz mię? powinnam cię nakoniec przekonać, że dla zapewnienia tego związku, śmiało powiedzieć mogę, dokazałam niepodobieństwa...
— Ty, moja matko?
— Tak jest, ja... widzisz więc, że dziś wszelka trudność będzie dla mnie tylko igraszką... To cię dziwi, moja luba; wyznam ci wszystko... nie bez żalu jednak... boś nie powinna była wiedzieć o tem...
Po krótkiej przerwie, pani Wilson z dumą mówiła dalej:
— I dla czegóż miałabym rumienić się.... wyznania, że macierzyńska miłość natchnęła mię wspaniałomyślnością?... Posłuchaj mię Rafaelo. Wiadomo ci żem wyjechała z Paryża w nadziei odzyskania w Anglii należności zaprzeczonych nam skutkiem śmierci i smutnego stanu interesów twojego ojca; summa o którą się dopominałam, była dosyć znaczną, a jéj odzyskanie zapewniało ci znakomity posag, co mojém zdaniem, w teraźniejszych czasach, chciwością napiętnowanych, wiele miało wpływać na twoje przyszłe szczęście. Przybywszy do Anglii, przypadkiem weszłam w stosunki z sir Franciszkiem Dudley, interesowanym w popieranéj przeze mnie sprawie... Rycerska prawość, ujmująca delikatność, dowcip, rozsądek, szlachetność serca, wielkość charakteru, słowem wszystko, co może zjednać szacunek i przychylność, połączone jest w osobie sir Franciszka. Dla obrony twojego interesu musiałam się często z nim widywać... Mamże ci wyznać, moje dziecię? że te nasze stosunki, zrazu tak poważne, zmieniły się rychło w żywą przyjaźń... a następnie w daleko czulsze uczucie... z którego byłam szczęśliwą i dumną, bom je podzielała, bom się czuła godną człowieka, który mię niem natchnął... Sir Franciszek Dudley był wolny... i ja także... Nie wspominam ci, jaki udział miała twoja przyszłość w naszych małżeńskich zamiarach.. Ale na cóż się teraz przydadzą te wspomnienia? — z melancholijnym uśmiechem dodała pani Wilson, — wszystko to teraz już daremném tylko, lubo miłém zawsze marzeniem...
— I dla czegóż, matko moja, mówisz o téj przeszłości, jakby o marzeniu? rzekła Rafaeia równie zdziwiona jak rozrzewniona tém zwierzeniem się.
Pani Wilson smutnie poruszyła głową, i chcąc niby uniknąć dolegliwych wspomnień, czule całując swą córkę, dodała:
— Mówmy o tobie, moja luba... Wiész... że w czasie mojéj podróży, co dzień od ciebie odbierałam listy; nagle, listy twoje ustały;... pisywała do mnie twoja ciotka; przez nią to, doszła mię wiadomość o twojéj chorobie;... wyjeżdżam,.. przybywam i znajduję cię prawie konającą...
— O moja matko!... ty kochałaś... i przybyłaś,.. pojmuję teraz jaką poniosłaś dla mnie ofiarę!...
— Jeżelim się dla ciebie poświęciła, moja córko, to ty nie znasz jeszcze com poświęciła... Przybywam... zastaję cię konającą; a ty wyznajesz mi twoję szaloną miłość... W rozpaczy, jakim bądź sposobem pragnąc cię przywołać do życia,... przyrzekam, że cię zaślubię Scypionowi;... nadzieja, ślepe zaufanie w mojém słowie, wywołują zbawienne przesilenie: odzyskujesz zdrowie, żyjesz, jesteś ocaloną!... ale ja, powinnam była dotrzymać obietnicy, którą ci uczyniłam... powinnam była połączyć cię ze Scypionem, albo lękać się, abyś znowu nie wpadła w otchłań boleści i śmierci, z któréj cię tak cudownie wyrwałam, czyniąc ci obietnicę zbyt śmiałą. Niestety!... biédny mój aniele, nie wiedziałam do czego się zobowiązałam.
— Jakto?... moje małżeństwo?...
— Pozwól...Jedna z moich przyjaciółek znała dobrze ojca Scypiona, hrabiego Duriveau. Po długiéj rozmowie z tą kobiétą rozpacz mię ogarnęła: twoje małżeństwo było niepodobne; pan Duriveau chciał wtedy żenić swego syna z dziedziczką trzech milionowego majątku i znakomitego rodu; a gdy dałam poznać mojéj przyjaciółce że przynajmniéj przyzwolenie Scypiona było konieczne...
— I cóż! moja matko?... i cóż? zawołała Rafaela.
— Odpowiedziano mi, że gdybym znała pana Duriveau, wiedziałabym, że ten człowiek, na nieszczęście wyposażony żelazną wolą, wszystko co chce uważa za rzecz skończoną.
— Scypio więc zgadzał się na to małżeństwo! boleśnie zawołała Rafaela.
— On więc już wtedy zwodził mię!...
— Nie, nie, on cię nie zwodził; ale nie chciał, zapewne, od razu oprzéć się woli ojca.
— I tyś to taiła przede mną, matko?
— Pocóż miałam wyjawiać? Przywróciłam ci życie, obiecując, że zaślubisz Scypiona; obawa, rozpacz, powątpiewanie, byłyby cię zabiły; musiałam więc zatrzymać w tobie ślepą ufność w moje słowo, w moję obietnicę.
— O! matko! matko!... — szepnęła młoda dziewica, jakby przytłoczona dowodami takiego przywiązania matki...
— Zapragnęłam osobiście poznać hrabiego Duriveau, — mówiła znowu pani Wilson, — chciałam sama osądzić tego strasznego człowieka, który mimo wiedzy, trzymał w swém ręku życie mojéj córki. Przyjaciółka, o któréj wspomniałam, ułatwiła mi spotkanie z hrabią...
— A wtedy... moja matko?
— W trzy miesiące późniéj, — nie ukrywając już dumy swéj macierzyńskiéj radości, mówiła pani Wilson, — hrabia Duriveau, raptownie zerwał związek, który tyle pochlebiał jego dumie, i w mojéj obecności przybył zapytać cię, czy raczysz przyjąć Scypiona za małżonka.
— Skądże... tak nagła zmiana?
— Oto umiałam wzbudzić w hrabi Duriveau miłość ku mnie, — z prostotą rzekła pani Wilson.
— Wzbudzić miłość w hrabi Duriveau! — zawołała Rafaela.
— Miłość.... zapamiętałą,... bo, po dwumiesięczném ubieganiu się o mnie... błagał, abym przyjęła jego rękę, jego majątek,... przyjęłam...
— Ty, moja matko? — rzekła zdumiona Rafaela.
— Ale pod warunkiem,... że twoje zaślubiny ze Scypionem, odbędą się jednocześnie z zaślubinami mojemi z hrabią...
Młoda dziewica, tak głębokiemu uległa zdziwieniu, że zrazu oniemiała, ale wnet rzuciła się na szyję pani Wilson, wołając:
— Ah! matko moja, teraz wszystko rozumiém,... pojmuję całą boleść, cały ogrom twojego poświęcenia się... Aby zapewnić moje małżeństwo,... zrzekłaś się miłości, o któréj z taką dumą, z takiém szczęściem wspominasz,... zaślubisz człowieka, którego nie szanujesz,... którego może nienawidzisz,.. i to wszystko dla mnie...
— Nie,... nie, mój aniele,... nie bądź w błędzie; rzekła pani Wilson aby usunąć skrupuły swojej córki, — uspokój się,... jam szczerze przywiązana do pana Duriveau; alboż to nie on zapewnił twoje szczęście? alboż tym sposobem nie zasłużył na moje dozgonną wdzięczność?... wreszcie, — z lekkiém zakłopotaniem dodała pani Wilson, bo jéj prawa dusza brzydziła się kłamstwem, — wyznam ci, z radością widziałam że wpływ mój na hrabiego był zbawienny,... że powoli, znikała gorycz, szorstkość jego obejścia... W jego wieku, widzisz, a nadewszystko przy tak porywczym i energicznym charakterze, przy tak żywych namiętnościach, miłość cudów dokazuje... Bądź więc o mnie spokojna... moja córko. Co do ciebie zaś, z zapałem całując córkę dodała pani Wilson przekonana że ją zupełnie uspokoiła, — czy wierzysz teraz, że dostateczną rękojmią twéj przyszłości, jest moja wola, wola hrabiego, a przytém i nadewszystko, szczera miłość Scypiona dla ciebie, miłość teraz niezłomna, święta... bo od niéj zależy honor twój i honor jego.... Czy wierzysz, biedny aniele, że jeżeli, jakem ci wspomniała na początku naszej rozmowy,... mogłam dokazać niepodobieństwa... przywodząc hrabiego Duriveau do zażądania twéj ręki dla syna swojego, łatwo mi teraz będzie...
— Wierzę ci, wierzę, najdroższa matko! — przerywając pani Wilson, zawołała Rafaela.
I piękna twarz młodéj dziewicy rozpromieniła się nadzieją i szczęściem, i obie jéj ręce zawisły na szyi matki.
— O! wierzę ci, i lubię ci wierzyć, — mówiła znowu Rafaela; — tak jest, twoje pocieszające wyrazy napoiły mą duszę spokojnością, zaufaniem i szczęściem... a wreszcie uszczęśliwia mię, o! stokroć uszczęśliwia wiadomość, żem tobie winna to wszystko,... wiadomość o nowych ofiarach jakie dla mnie poniosłaś... a to mi nakazuje tyle wdzięczności, tyle czułości...
Kilka razy ostrożnie zapukano do drzwi pokoju pani Wilson, który poprzedzał sypialnią Rafaeli... i rozmowa przerwała się.
— Kto tam? — spytała pani Wilson wychodząc od Rafaeli.
— Ja,...odrzekł za drzwiami głos panny Izabelli.
— Cóż chcesz Izabello?
— Jest tu list od hrabiego Duriveau; bardzo pilny; posłaniec czeka na odpowiedź.
— Dawaj... — rzekła pani Wilson otwierając drzwi pokojówce, — i obacz, czy cię Rafaela nie potrzebuje.
Podczas gdy panna Izabella przechodziła do Rafaeli, pani Wilson odpieczętowała list hrabiego.
— Byłam tego pewna, — rzekła czytając, — okrutnie niespokojny... Ileżto miłości!... Ile namiętności!... W tym wieku, a jeszcze dochował taki ogień w sercu!... Skądże pochodzi że oprócz téj miłości, która go owładła, hrabia nie zna jak tylko dumę, samolubstwo, chciwość, i zimną wzgardę dla wszystkiego co nie jest bogatém, uszlachconém lub możném?... i mówią, że ten człowiek był dobry, że w swéj młodości ulegał najszlachetniejszym natchnieniom... Czas go bardzo zmienił, i wiek zatwardził, skamienił tę duszę niegdyś tak delikatną, tak czułą.
Potem, czytając dalej list, pani Wilson zwolna i zamyślona dodała:
— Spodziewałam się tego: lęka się, aby dzisiejsza, okropna scena, nie zmieniła moich i Rafaeli życzeń... błaga w imię swojéj miłości, abym użyła całego wpływu na córkę, i skłoniła ją do przebaczenia Scypionowi... Bo, — dodaje hrabia, — szczęście jego życia, jego zaślubiny ze mną, zależą od związku mojej córki ze Scypionem...
A po chwili, pani Wilson, ocierając błędną łzę z oczu, mówiła znowu:
— O moje sny złote,... moje słodkie i drogie wspomnienia, pocóżeście mi się tak niedawno jeszcze nasuwały!...
Ale wnet przerywając sobie, dodała:
— Dosyć téj słabości, dosyć tych nikczemnych żalów; tu nie chodzi o mnie. Odważnie... odpiszmy hrabiemu... który zresztą nalega teraz bardziej niż kiedykolwiek... błaga mię, aby piętnasty dzień przyszłego miesiąca mógł być dniem naszego ślubu... Tak być musi... Wczoraj... byłabym się jeszcze wahała... byłabym odwlokła ten nieszczęsny związek, który dla mnie zawsze wcześnie przychodzi... ale dziś,... — i pani Wilson zapłonęła jakby szło o jéj własny honor; dziś,... położenie mojéj nieszczęśliwéj córki... rozkazuje mi przyspieszyć to podwójne małżeństwo...
Potém, czytając daléj list, mówiła:
— O jakiémżeto smutném zdarzeniu dzisiejszego wieczoru, wspomina hrabia?... Nie chce mi go wyjawić,... z obawy, pisze, aby to nie wywarło na mnie zbyt żywego wrażenia;... lecz jutro, powié mi wszystko... jeżeli jak zwykle, będę go mogła przyjąć... No, odpiszmy mu...
Pani Wilson wyszła z sypialni i udała się do małego saloniku, w którym zwykle pisywała.
Właśnie kończyła swój list do hrabiego Duriveau, gdy nagle Rafaela, blada, napół naga, obłąkana, wpadła do salonu.
— O! to okropnie!... zawoła młoda dziewica, rzucając się w objęcia matki, — ona umarła!...
— Boże!... co to jest?... Rafaelo!...o kim to mówisz?
— O młodéj dziewczynie!... matce tego dziécięcia... znaleziono ją dziś rano... nieżywą!...
— Co ty mówisz?
— Utopiła się!... bo chciano ją aresztować!...
— Ale skąd wiész o tém?...
— Tylko co... jeden z ludzi hrabiego powiedział to Izabelli.
— Nie masz wątpliwości,... boleśnie zawołała pani Wilson, — zapewneto o tym wypadku wspominał hrabia...
— O! moja matko...Bóg nas karze... Ta śmierć!... to przepowiednia!... szepnęła młoda dziewica.
I padła w objęcia przerażonéj matki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.