Motyl (Kraszewski, 1876)
<<< Dane tekstu >>> | |
Autor | |
Tytuł | Motyl |
Pochodzenie | Typy i charaktery |
Wydawca | Piller; Gubrynowicz i Schmidt |
Data wyd. | 1876 |
Druk | Kornel Piller |
Miejsce wyd. | Lwów |
Źródło | Skany na Commons |
Inne | Pobierz jako: EPUB • PDF • MOBI Cały zbiór |
Indeks stron |
Przed laty dziesiątkiem, kiedym się częściej z domu ruszał i więcej po Bożym jeździł świecie, często mi przypadała droga przez wieś jedną, której dziedzicowi szczerze nie raz zazdrościłem w głębi serca. Śliczna bo też to była wioska — wybranym tylko od losu podobne się trafiają!
Na pograniczu Wołynia i Podola, wśród najżyźniejszego kraju, gdzie nigdy chleba powszedniego nie braknie ani panu ani włości, odznaczyła się uroczem położeniem i tak wdzięczną fizjognomją, jakiej mi się drugi raz widzieć nie trafiło. Dwór prześlicznym otoczony ogrodem, przez który przebiegała kilka razy skręcona rzeczułka, stał sobie na wzgóreczku i bielił się wśród drzew, które wieki pielęgnowały na pociechę dziedzicowi.
Dokoła w amfiteatr kraj jaki chyba na obrazie zobaczysz, uśmiechnięty, wesoły, zielony — na wzgórkach tu gaik ciemnieje, tam świeci kościółek, to się doliną srebrzy rzeczułka, to dworek w drzew wianku sinemi dymy się zdradza. Gdzieś rzucił okiem coraz inaczej, coraz piękniej, a wszystko razem całość składało wdzięczną i cudną. Wioska też czysta, szeroko pobudowana, otoczona sadami, zamożna aż miło, że się z niej wjechawszy podróżnemu nawet wyjeżdżać nie chce.
Jeszcze i to miał szczęście ten dziedzic, którego nazwiska nie wiedząc, z góry miałem za jednego z najszczęśliwszych ludzi, że dwór jego czy pałacyk, nie był świeżą i wytworną tylko bez wspomnień i przeszłości budową. Miejsce było historyczne, dwór przerobiony nieco ze starego zamczyska, a śliczna krągła wieżyca dotąd do boku jego była przyparta. W około jak ptaszęta latały tradycje wiekowe, powieści, pieśni, legendy, bo i okolica usiana była mogiłami, wałami, tajemniczemi uroczyskami. W samym ogrodzie zieleniały stare wały, stał kurhan spiczasty na wyniosłości, były lochy zaklęte, a codzień niemal, jak mi ludzie mówili odkopywano tysiące najciekawszych zabytków!!
A! to był ideał dla mnie przy zamożności włościan, przy dobrym bycie, to mieszkanie otoczone pamiątkami, posypane popiołem przeszłości, z malowniczą i uroczą fizjognomją! Wzdychałem jadąc i mówiłem sobie:
— Mój Boże, czemuś mi też nie dał co podobnego? jakbym to ja te mury, te mogilniki i ten kątek ukochał i ocenił?
— Tak — odpowiedział głos wewnętrzny — i potemby ci się nie chciało umierać, bobyś zanadto przywiązał się do życia?
— Może to prawda! — mówiłem w głębi — i może to dobrze, że mi Bóg nie dał mieszkać w takim ziemskim raju.
A przecież ile mi razy w blizkości przejeżdżać wypadło, zawszem nakręcał drogę tak, aby przez tę wioskę choć przejechać, choć zobaczyć, ten mój ideał sadyby! Bo zważcie, jak ideałem nie mam jej nazywać, kiedy nawet los ją umieścił choć nie daleko gościńca, o kilka jednak mil od miasta powiatowego i innych kłopoty rodzących miasteczek, a tak ją obwarował granicami naturalnemi, że ani procesu o kopce mieć nie mogła, ani nawet szkód, jakie inne wsie ponoszą od sąsiadów. Słowem, było to coś nadzwyczaj wybornego i pięknego, aż do nieszczęsnej podbudzającego zazdrości.
Za nię mnie pewnie też Pan Bóg pokarał, bom razu jednego jadąc w samej wsi na gładkiej drodze, w pilnym interesie, oś złamał.
Oś była żelazna, a w tym ideale wioski brakło niestety! kowala; musiałem się więc zawrócić pieszo do karczmy, by posłać o milę do kuźni, którą mi z góry w sinej dali pokazano. Rozmyślałem właśnie nad szczególnem przeznaczeniem, które chciało bym tu, a nie gdzieindziej odsiadywał rekollekcje, i szedłem powolnie ku gospodzie, gdy mnie ktoś grzecznem — dobry wieczór! — powitał.
Podniosłem głowę i ujrzałem przed sobą mężczyznę lat około czterdzieści mającego, w pełni sił i zdrowia, zlekka opalonego, z uśmiechem na ustach, wejrzeniem łagodnem i wyrazem dobroci na twarzy wyrytym. Na pierwszy rzut oka poznałem w nim członka tej rodziny ludzi, którym nic nie braknie do powodzenia, nawet zupełnego przeświadczenia o swej wyższości, znaczeniu, talentach, i nieskończonych przymiotach. Zadowolenie opromieniało jego łysawe czoło, wyjaśniało oczy niebieskie, otwierało usta rumiane do przyjaźnego uśmiechu. Miernie otyły nieznajomy mój pulchniutki był, różowy, miłego oblicza i wielce grzecznego obejścia, bo nie kończąc na ukłonie, przybliżył się do mnie z ofiarą pomocy jakiejbym mógł żądać.
Po twarzy dyszącej szczęściem domyśliłem się w nim dziedzica, bo takim, takusieńkim go sobie właśnie wyobrażałem!
— Serdecznie panu dziękuję — rzekłem, oddając grzecznością za grzeczność — ale mi nic już nie potrzeba, posłałem ludzi z przewodnikiem do kowala, spodziewam się, że poprawka około osi nie zabawi długo!
— Zawsze godzin kilka! — rzekł nieznajomy — a co przez ten czas robić w nudnej karczmie zamkniętemu między czterma ścianami? Staropolskie nasze zwyczaje gościnności upoważniają mnie prosić pana do dworu.
Tu mi się zaprezentował jako gospodarz, ja mu wzajemnie, a żeśmy zaraz po nazwiskach poszedłszy dopytali się jakichś familijnych stosunków nawet, bo któż u nas nie kolligat, musiałem przyjąć zaproszenie do dworu.
Szczęściem, gospodarz był sam jeden, żona w dalekiej podróży i mój surdut letni uszedł na te niespodziane odwiedziny.
Poszliśmy więc powoli z sobą rozmawiając, do dworu.
Zaraz na wstępie uderzyły mnie przy pierwszych wrotach prześliczne kwiatów klomby, krzewy egzotyczne, pielęgnowane starannie i mnóstwo drzewek i roślinek, przy których stojące na straży numera zwiastowały upodobanie w botanice lub ogrodnictwie.
— Zapewne to zajęcie Pani Dobrodziejki? — rzekłem wskazując na kwiaty.
— Tak, żona moja dosyć je lubi, ale... ale to raczej moje niż jej wychowańcy, jestem bowiem zapalonym miłośnikiem ogrodu i Flory.
I dowiódł tego jeszcze więcej uczynkiem niż słowy mój towarzysz, bo postrzegłszy robaczka na gałązce jakiejś krzewiny, rzucił się ku niemu prawie zapominając o mnie.
— Za pozwoleniem — rzekł — kwiaty potrzebują ciągłego oka, baczności, pielęgnowań nieustannych, a naszym ludziom niepodobna wlać zamiłowania ich. Pracują z musu, niechętnie, bez przejęcia się, bez namaszczenia, bez zapału! To mówiąc gorąco się rzucił ku krzaczkowi i począł żwawo liszki z niego opędzać.
— Otóż po pączkach! — zawołał — pierwsze największych nadziei, najsilniejsze, najpiękniejsze, z których się chciałem dochować nasienia, przepadły! Znowu rok stracony! Ani jednego, ani jednego, to prawdziwe nieszczęście!
Postaliśmy chwilkę nim przyszedł ogrodnik, nim mu gospodarz mój wyłożył traktat cały o wygubianiu owadów, teorje francuzkie, praktykę niemiecką, doświadczenia angielskie i sposoby domowe, nareszcie posunęliśmy się parę kroków dalej.
Ale na drodze pełno było kwiatów, musieliśmy się znów przy nich zatrzymać. Amfitrjon z największą uprzejmością pokazywał mi skarby swoje, a były to rzeczywiście cudne i u nas prawie nieznane dzieci Flory, tak bujno na tej podolskiej niwie, pod niebem naszem wyrosłe, jakby za rodzinnemi niebem i ziemią nie tęskniły.
Nieznacznie przechodziliśmy od prześlicznych portulaków, do niewidzianych dalji, do całej kollekcji Floksów różnego wzrostu, laków wielkich i karłowatych, maków, aster itd. itd. O każdej roślince była jakaś historja ciekawa, każdy kwiat miał swoją kronikę, każdy krzew swe dzieje, każda trawka imię, nazwisko i przymioty niedojrzane oku profana.
Chociaż mnie to dosyć bawiło, bo kwiaty lubię, przypiekające wszakże słońce, znużenie podróżne, a i głód potroszę, zwracały oczy moje ku pięknemu domowi, od którego jeszcześmy byli daleko, a rachując grzędy, mimo których przechodzić było potrzeba i komentarze, jakie wywołać mogły, przewidywałem, że nie staniemy w ganku, chyba ku wieczorowi. A że tuż przy drzwiach wchodowych wyglądała oranżerja i cała ulica pięknych drzew z niej wyniesionych, niepodobna było nie zachwyciwszy nocy, tego wszystkiego obejrzeć.
Tymczasem szliśmy noga za nogą, od klombu do klombu, to barwy, to kształty, to zapach podziwiając, a pan domu coraz się jeszcze rozżarzał tą rewją wychowańców i w końcu już mię pod rękę schwyciwszy rozśmiał się wołając:
— Obejdziemy ogród cały!
— Najchętniej! — odpowiedziałem z uśmiechem, myśląc jednak w duchu, że ledwie trzeciego dnia staniemy w domu.
Poszliśmy; a tuż przepyszny klomb lupinusów zaraz nas uwięził. Obejrzeliśmy wszystkie począwszy od grandiflorów, musiałem admirować trwałego, który bujał prawda wspaniale, i bylibyśmy zakręcili się w uliczkę, gdyby nie zbiór nieśmiertelników.
Zdziwić się musiałem ich ogromowi, Elichrysom najrozmaitszym, Gomphrenom, Athanasiom, Amaranthusom, ale jeszcześmy nie skończyli ich przeglądu, gdy gospodarz ujrzawszy trejbhauz popędził ze mną ku niemu.
— Tu! — zawołał — ujrzysz pan to, czego u nas nie ma nigdzie w kraju jeszcze, unikaty! nowe odmiany, rośliny bez ceny! Proszę z sobą, przekonasz się, że nie przesadzam.
Niestety nie przesadzał w istocie, bo samych kaktusów cała armja we drzwiach nas kolcami najeżonemi spotkała: flagelliformis, tetragonus, hexagonus, cilindricus, stały w porządku chwaląc się dziwacznością swoich kształtów i poczwarnością stanowiącą podobno całą rośliny tej piękność. Mamillaire, Opuntie, Gloxinie, Hibiscusy, Phoenixy, Heliotropy, Muży, Aloesy, musieliśmy obejść z końca w koniec, a od samych nazwisk aż mi się w głowie zawracać poczynało.
— Gdybym był wiedział — rzekłem sobie w duchu — że pod słodziuchną powierzchownością kryje się taki zdrajca, wolałbym w pustej karczmie pozostać! Teraz cofnąć się było za późno. Z trejbhauzu poszliśmy znowu na grzędy, do szkółek, do drzew, krzewów, na trawniki sposobem angielskim utrzymywane, i ledwie po trzech godzinach wykładu botaniki i hortykultury, ujrzałem znowu dwór i krągłą przy nim wieżycę.
— Ha! — pomyślałem — przed wieczorem zajdziemy może, jeśli nas ulica drzew wazonowych i oranżerja nie zatrzymają!
Zatrzymały! bo wszystko to było jakąś osobliwością, liść, kwiat lub owoc musiał być cudem, a niczego się nie godziło pominąć. Zdziwił się gospodarz, usłyszawszy bijącą na zegarze w wieży umieszczonym godzinę czwartą i rzuciwszy wreszcie nieprzerwany dotąd kurs, szybko powiódł mnie do dworu.
— Jak nam ten czas przeleciał! — rzekł śmiejąc się dobrodusznie — aniśmy się opatrzyli jak czwarta wybiła. Ależ to czas jeść.
W domu było czyściuchno, wytwornie, miło, ale i tu z kwiatami lub gospodarstwem botanicznem rozminąć się niepodobna. Na półkach, żardinjerkach, stolikach, zieleniły się i pstrzyły bukiety, wazony, klomby całe; zapach od nich napełniał aż do przesytu powietrze, a datury i tuberozy nie dawały odetchnąć. Wszędzie pełno było ksiąg o przedmiocie ulubionym gospodarzowi, począwszy od Almanachu dobrego ogrodnika, do ogrodów Strumiłły i listów Al. Karr. Nasiona schły na najwytworniejszych sprzętach nawet. Rozmowa i w czasie obiadu, któryśmy we dwóch tylko jedli, nie przestała krążyć w kole roślinnem, a gdyśmy wstali od stołu, zmierzchać powoli poczęło. Dano mi znać, że powóz był naprawiony, chciałem jechać, ale uprzejmy gospodarz nie myślał mnie puścić i zmusił nocować.
Przesycony kwiatami, z ogromnym bukietem i gwałtem przywiązanemi na przedzie dwoma wazonikami białego cyklamen’u wyruszyłem nazajutrz rano w dalszą drogę. Nie mając nic pilniejszego przed sobą, myślałem o nowym moim znajomym i przyznając mu najmilszy charakter, gościnność rzadką, umysł ukształcony wielce, nie mogłem się wstrzymać by mu nie dać nazwiska monomana, na które zasługiwał.
Ale któż z nas nie monoman potroszę?
Znam takich co i przed żydem przyjeżdżającym kupować pszenicę popisują się ze swoim ulubionym przedmiotem, sam nie jestem wolny od tej wady, jeśli to wadą nazwać się godzi, jakżem nie miał kwiatomanji panu Jerzemu wybaczyć?
Śmiałem się z niego trochę, alem sobie też mówił po cichu, że takie niewinne szały najwięcej dają życiu szczęścia i chwil czystej rozkoszy, proszę sobie wyobrazić rozkwitły kwiat barwy lub kształtu nowego? nową z daleka sprowadzoną roślinę! ziarnko dojrzałego nasionka zebrane po długich trudach, ile to w tem wszystkiem uciech, radości, a dla ludzi śmiechu!
Ale ba! śmiejemy się wszyscy, choć wszyscy szalejem, sobieśmy tylko nie śmieszni.
Bukiet zwiądł, cyklamy stanęły na oknie, a jam wkrótce o panu Jerzym zapomniał.
W parę lat potem wypadło mi jechać znowu przez tę prześliczną wioskę, alem sobie tak rozrachował popasy i noclegi, żeby tylko przez nią nie zastanawiając się przejechać, bom chwili do stracenia nie miał. Ale chłop strzela, Pan Bóg kule nosi!
Jadę, jadę, zamyśliłem się sobie, w tem „stój! dobry dzień!“ budzi mnie z marzenia.
Podnoszę głowę, nieoszacowany pan Jerzy ze swą rozpromienioną twarzą i uśmiechem przedemną.
— Jakto? mijasz pan mnie, nie wstępując? a bodajże ci oś pękła!
— Na Boga, nigdybym tej niegrzeczności nie popełnił, ale się tak spieszę.
— Ależ godzinę mi darować i objadek zjeść prawdziwie można! i musisz pan, musisz! — dodał gorąco. — Mojej żony nie ma, przebierać się nie potrzeba, zawracaj do dworu!
— Zmiłuj się pan Dobrodziej! interes.
— Nic nie pomoże! nic nie pomoże! zawracaj do dworu!
Postrzegłszy, że się nie wykręcę, pomyślałem w duchu:
— Poczekajże, słuchałem raz pierwszy cierpliwie i uważnie wykładu, temum to winien drugie zaproszenie, ale nic z tego nie będzie. Trzeci raz pan pewnie mnie nie zawrócisz do siebie.
Wysiadłem więc i poszliśmy pieszo, bo ranek był piękny, a gdyśmy się zbliżyli do wrót, aż mnie dreszcze przeszły, pomyślawszy o nomenklaturze nowych dalij, które z powodu bałamuctwa tej rośliny tak obficie się wyradzają... Wchodzę. Dalij prawie nie widać, na grzędach kwiaty nie pielęgnowane, opuszczone, nowości żadnych, ogród jak wszędzie, a mój gospodarz ani poczyna o swojem.
— Co to jest? — pomyślałem — musiało go chyba spotkać jakie nieszczęście! Spytać już nie śmiałem, ale mu się twarz śmiała jak za dobrych czasów Lupinusów i Floksów. Nieszczęśliwe Lupinusy kwitły teraz zapomniane, w kącie na łasce ogrodnika. Spostrzegł pan Jerzy, że się dziwię i szukam oczyma czegoś, uśmiechnął i biorąc pod rękę pośpieszył ze mną ku domowi.
— Coś piękniejszego teraz panu pokażę — rzekł — niżeli przeszłą razą, nie straciłem zamiłowania w kwiatach, alem się postrzegł, że mnie to rujnowało! Musiałem się z bolem serca wyrzec ogrodu.
— Czyż podobna? — zawołałem.
— Tak jest, zbieram Elzewiry!
Spojrzałem mu w oczy.
— Nadewszystko — dodał serjo — z szerokiemi brzegami i nie obcięte! Ale to rzecz tak rzadka, tak na nieszczęście za granicą pokupna i do wysokich cen podniesiona!
— Elzewiry! Elzewiry! — powtarzałem po cichu słuchając go i nie mogąc się wydziwić nagłej zmianie upodobania — on ciągnął dalej:
— Jestem pewien, że nikt w kraju nie będzie miał tak pięknego zbioru wydań Elzewirskich jak ja... nie ma sprzedaży, licytacji, nie ma księgarni za granicą, z którejby mi coś nie przybyło.
Spiesznieśmy teraz dzięki Elzewirom przybyli do dworu, gdzie wielkie zaszły zmiany, zamiast bukietów pełno było wszędzie katalogów, notatek a Manuel Brunet’a z mnogiemi zakładkami leżał u gospodarza na stoliku widocznie, jako przedmiot nieustannych studjów jego. Kollekcja już się poczynała układać w przepysznej palissandrowej szafie na klucz zamkniętej, którą otworzono zaraz dla mnie, a że mam bibliomanji trochę, bawiliśmy się Elzewirami daleko lepiej niż kwiatami przeszłą razą.
Niektóre egzemplarze nieobcięte z szerokiemi brzegami na wagę złota płacone, oprawne przez Thouvenin’a w Paryżu, pieścił gospodarz jak dzieci ukochane, a tak się niemi cieszył, radował, unosił, żem mu jeszcze raz pozazdrościł szczęścia, które potrafił kupić z Elzewirami.
Zwróciły szczególniej ciekawość moją Respubliki Elzewirów, śliczny minjaturowy zbiorek opisu różnych krajów, między któremi kilkakroć i Polonia się znajduje. Anim się postrzegł jak zmierzchło przy oględzinach, a uprzejmy mój gospodarz ani mnie puścił od noclegu. Cały wieczór bibljomanowaliśmy z nim zapalczywie, a że zawsze milej mi, gdy widzę, że kto swoje nie cudze zbiera i studjuje, poddałem panu Jerzemu myśl zbierania Försterów jak za granicą zbierają Elzewirów, bo co się tyczy piękności wydań i zalet powierzchownych, księgi tego Gdańskiego bibljopoli z Elzewirami w parze iść mogą.
Nazajutrz rano odjeżdżając przededniem cieszyłem się, że kiedyś znowu przejeżdżając, zobaczę tu może komplet Försterów, między któremi i ważne dla dziejów naszych są dzieła. Ale niestety, pan Jerzy był wielki bałamut! wszystko gorąco ukochać umiał, namiętnie, cóż kiedy na krótko. W rok potem zjechaliśmy się na wielkich imieninach, co to czasem z dwóch prowincyj ściągają młodzież i swobodniejszych nawet starych włóczęgów. Ujrzałem go w tłumie i doszedłszy żywo ścisnąłem za rękę, pytając stante pede o Försterów.
Pan Jerzy osłupiał, powiódł okiem szklannem po suficie, po ścianach, zmięszał się trochę.
— A! — rzekł z westchnieniem — ta kollekcjomanja znacznie mnie nadrujnowała, musiałem jej wyrzec się całkowicie, oranżerją zamknąć, a Elzewiry sprzedać Lissnerowi do Poznania za pół ceny! Wziąłem się teraz do gospodarstwa, a szczególniej do fabryki sukiennej, w którą już włożyłem do dwóchkroć, alem pewny, że mi dawać będzie pięćdziesiąt tysięcy czystego dochodu.
— Daj to Boże! — rzekłem po cichu — daj to Boże!
— Nasz kraj — dodał rozżarzając się pan Jerzy — potrzebuje ożywienia przemysłu, fabryk i rzemiosł. Sprzedajemy materjały nasze surowe, a u nas ręce tańsze niż gdzie indziej, moglibyśmy więc taniej produkować...
Puścił się w całą rozprawę z ekonomji politycznej dowodząc dosyć zręcznie, że wiele zależy na tem byśmy gospodarzami tylko i rolnikami być przestali, a weszli do wielkiej rodziny fabrykantów. Nie przekonywały mnie wcale argumenta, ale żem się gorącego mego antagonisty nie spodziewał przekonać, leniłem się darmo z nim spierać i dałem pokój. Pan Jerzy usiadł do preferansa, a ja znalazłszy sobie starego znajomego do ciętej gawędki, usunąłem się z nim w kątek.
— Znasz Jerzego? — spytał wskazując mi go — nie wiedziałem, to mój szkolny jeszcze towarzysz.
Opowiedziałem poznanie nasze przypadkowe, pierwszą i drugą bytność moją, nareszcie zdziwienie dzisiejsze, gdym porzuciwszy go Elzewirem, znalazł po roku sukiennikiem.
— A! a! — rzekł mój przyjaciel — widać, że go nie znasz, jeśli się mu dziwisz, my cośmy z nim siedzieli na jednej ławie, żałujemy go tylko, bo nic podobnego nie znajdziesz, żebyś kraj obszedł ze świecą. Chłopakiem jeszcze miał te manje napadające go i odchodzące mu nagle — uczył się przez rok prześlicznie, potem zawróciły mu głowę rysunki, porzucił wszystko chcąc zostać artystą, szalał za ołówkiem i rwał się do pędzla; gdyśmy się rozstali zaczynał z równą zawziętością łamać palce nad skrzypcami. Widziałem go potem w życiu zmieniającego barwy najdziwaczniej, bliskiego wstąpienia do klasztoru, potem hulającego na zabój lat kilka w Rówieńskiem; na czele fabryki powozów, na ogromnej dzierżawie, koniarzem pół roku, dwa tygodnie bałagułą, anglomanem... ale któż zliczy czem był w ciągu tych lat? nawet filantropem.
Napadła go ta chandra jak inne, założył szkółki lazaret, ochronę, oddał się cały swojej włości i kazał nam o ofiarach i obowiązkach aż łzy nieraz wywoływał — cóż kiedy i ten szlachetny popęd jak inne, jakiś wiaterek leciuchny rozwiał by mgłę na świtaniu.
— Takiego typu jak Jerzy — odpowiedziałem — trudno jest zapewne znaleźć drugiego, ale zważ, że to tylko spotęgowana wada nas wszytkich, przesadzony grzech pierworodny szlachecki, narodowy, niestety! Wszystko u nas tak jak u pana Jerzego uczuciem się dzieje nie głową, rzucamy się chciwi, gotowi na ofiary i gdyby nam w pierwszej chwili łeb ucięto, nastawilibyśmy go ochotnie... ale jutro, pojutrze, za półrocze, ani się już dowiaduj o wczorajsze postanowienia. W niczem nie możemy wyrobić na sobie stałości, ciągu, wytrwania. Pan Jerzy reprezentuje większość i usposobienie ogółu, najnieszczęśliwsze dla nas samych.
Usposobienie to odbija się w opinji, w działaniach, w całkowitem życiu społecznem i aż w literaturze naszej, wiernem zwierciedle żywota. Nie widzimyż codziennie gwałtownie miotanych potępień, które jutro gotowiśmy po szampanie zmienić w uwielbienie, dochodzące do szału i zaprządz się do powozu tego, na którego przed godziną rzucaliśmy kamieniem. W codziennem domowem pożyciu brak ciągu, planu, stałości, sprowadza co chwila ruiny i bankructwa. W literaturze naostatek mamy pisarzy, z których ust tak dziwnie z dnia na dzień ciepło i zimno wychodzi, że dwóch ich dzieł za utwory jednej głowy i serca uznać niepodobna.
Niedawno widziałem całą młodzież opętaną Szleglem, później Trentowskim i przechodzącą — dzięki Bogu, do złotego Ołtarzyka równie łatwo, jak szła pod sztandary racjonalizmu. Ale smutno to na to patrzeć, bo cóż zaręczy, że jutro nie pocznie ich trząść jaka febra Feuerbachowska, i nie chwyci jaki paroksyzm Straussowy.
Była chwila takiej gorączki i zapału do literatury, kto nie pisał, ten zbierał, czytał, kupował książki stare i nowe, lub choć maleńki chciał mieć udział w czynności literackiej kupki, która się zaprzęgła orać tę rolę niewdzięczną. Spojrzmyż dziś, co się nas pracujących zostało na zagonie, ilu wróciło do cukrowarni, do gospodarstw, do próżnowania i kart? spojrzmy kto czyta i kto pisze z tych, co w pierwszej chwili gotowi się byli po samą szyję umoczyć w atramencie, a po oczy zakopać w książkach?
I tak wszędzie, i tak wszystko, jak u pana Jerzego, dziś kwiatki, jutro Elzewiry, pozajutro sukiennia a na ostatku nic. W kraju, którego większość nie ma tyle siły by w sobie charakter stalszy wyrobić, pytam na co rachować można? Co do mnie, lękam się każdego przedsięwzięcia literackiego, naukowego, i we wszelkiej innej sferze, które tylko wytrwania wymaga. U nas co tylko nie kończy się na jednym tomie i na doraźnej czynności, musi się skończyć zawodem. Ziewanie zamyka wszystko.
— Za surowy może jesteś — rzekł mój przyjaciel — chociaż jest coś prawdy w słowach twoich, dla mnie nie nowych, bom je i z ust i z pod pióra twojego kilkakroć powtórzone słyszał.
— Powtarza się — westchnąłem — powtarza, co leży na sercu! a mnie nic jak to nie uciska. Nie mogę nie przyznać, że z wielu względów jesteśmy ogólnie biorąc najobficiej od Boga udarowani, nie brak nam ani talentów, ani pomysłu, ani szlachetności, ani gotowości do ofiar — jednej woli wyrobić w sobie nie umiemy. Zkąd to poszło? Oto z utraty wiary. Tak jest, jedna tylko wiara i wpływ jej uczy kierować wolą wykształca ją; w miarę jak kraj utracał religijne swe przekonania i charakter jego nabierał tej niestałości, co go dzisiaj znamionuje. Spojrzmy w dzieje, jawny tam ton paralellizmus, i niepodobna nie widzieć w braku religijnych zasad pierwszej przyczyny złego, jakie nam brak wytrwania wyrządza.
Nie łacno może ukazać w krótkich słowach, jak dalece skutek ten jest wypływem nie innej, a wyłącznie tej tylko przyczyny, ale tak jest. Od trzpiotowatych monomanij pana Jerzego do tego wniosku ostatecznego, który wyprowadzam, przestrzeń ogromna, a przecież, przecież! pan Jerzy jest dziecięciem tych niewidzialnych rodziców, jak my wszyscy... Ze ta niestałość, ta wybuchliwość nigdy dawniej nie piętnowała nas, na to dowody są w dziejach, żeśmy przestając być chrześcjanami w duchu, głębi i istocie, przestawali zarazem być ludźmi charakteru, to dla mnie pewnik.
— Trochę paradoksujesz — rzekł mój sąsiad.
— Nic a nic — pomyśl, przypatrz się, a osądzisz sam. Tylko głęboka wiara jakaś dać może człowiekowi charakter, nie mówię tu wyłącznie o katolicyzmie, choć dla mnie on stoi na czele, ale w ogólności o silnem przekonaniu religijnem. Ludzie wielcy, potężni wolą co życiem całem kieruje do jednego celu, wszyscy mieli wiarę. Narody silne nią się odznaczały, z utratą, z osłabieniem nawet zasad religijnych charakter indywidualny ulega tej zmianie, której maluczką i nie wiele znaczącą próbkę na panu Jerzym widziemy.
Zamilkliśmy oba, spoglądając z jakim zapałem oddawał się grze ten, który nas na tę rozmowę naprowadził.
— Nie zakładałbym się — szepnął mi przyjaciel — żeby porzuciwszy fabrykę sukienną, Jerzy nie oddał się rozkoszom preferansa i marzeniom próżnowania. Z jego krótko trwającą gorączką łatwo przewidzieć, że nie wiele sukna i kołder wyrobi, a pierwszy bilans, który mu małą stratę, lub nie ten, jaki sobie zakładał zysk pokaże, będzie ostatnią sukienni godziną.
Nim się zupełnie zrujnuje, przejdzie jeszcze przez cukrowarnie, płodozmian, merynosy, Niemca agronoma, handel gdański i kto wie co? może na ostatek ruszy się sprzedawszy majątki na spekulacje do Odessy? — może pocznie pisać, może będzie podróżował? może wdzieje mundur i przypasze szablę?
Z nim za nic bym nie ręczył, nawet za kapucyńską brodę, a jeżeli tę zapuści, a uwinie się z nowicjatem i klamka zapadnie, nie wiem co pocznie nie mogąc już wyjść z za furty! Wielkie zaprawdę nieszczęście niestałość taka, bo któż powiedzieć może, do czego ona doprowadzi? Wolałbym już upartego, jest nadzieja, że gdzieś dójdzie, choćby głowę o mur miał roztrzaskać.