Otwórz menu główne

Ojciec Kondelik i Narzeczony Wejwara/XXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignát Herrmann
Tytuł Ojciec Kondelik i Narzeczony Wejwara
Rozdział Wszystko w porządku
Data wydania 1902
Wydawnictwo Franciszek Juliusz Granowski
Druk Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Paweł Hulka-Laskowski
Tytuł orygin. Otec Kondelík a ženich Vejvara
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXI.
Wszystko w porządku.

W niedzielę gotował się mistrz Kondelik na wyprawę do pani Muknsznablowej, jak kandydat do egzaminu, lub popisowy do wojska. Golił się niezmiernie uważnie, wybrał jednę z najświąteczniejszych koszul, w czarny, atłasowy krawat wetknął sobie szpilkę z „kociem okiem,” którą nosił przy dużych uroczystościach, a mankiety zapiął sobie pamiętnemi spinkami ze „szprudla,” które przywiózł mu ktoś z Karolowych Warów. Biała flanelowa kamizelka ozdobiona była ciężką, „wężową” dewizką, a palce obu rąk ledwie mógł zamknąć, były bowiem obłożone szerokiemi, masywnemi pierścieniami z kamieniami, wielkości jajka gołębiego. Niech pani Muknsznablowa widzi, z kim ma do czynienia.
Do kawy musiała mu małżonka podać butelkę koniaku.
Mistrz Kondelik twierdził, że kieliszek koniaku do kawy wywołuje „jasność w głowie i żwawość w języku.” Dziś wlał sobie całe dwa kieliszki.
Pani Kondelikowa patrzyła na te przygotowania z zakłopotaniem, a widząc, że sobie małżonek dolewa podwójną dawkę koniaku, rzekła do niego z prośbą w głosie, gdy Pepcia pobiegła do kuchni:
— Staruszku, proszę cię, byś się czasem nie zapomniał wobec tej osoby...
— Nie bój się, Betty — odparł szorstko małżonek.
— Ja się nie boję, staruszku, ale dwa koniaki mogły cię zdenerwować...
— O to się tembardziej nie bój, Betty — mówił mistrz z powagą. — Wódkę pije się przeciw ukąszeniom żmii, a gdy człowiek ma do czynienia z taką babą-jędzą, musi się na wszystko przygotować.
Pani Kondelikowa opuściła głowę. Teraz dopiero przyszło jej na myśl, że może byłoby lepiej, gdyby się do dyplomatycznych rokowań z panią Muknsznablową była wzięła sama.
Więc też gdy mistrz Kondelik, zupełnie już gotów, zaszedł jeszcze do komody po świeżą chustkę do nosa, śpieszyła za nim i prosiła go tłumionym głosem:
— Proszę cię, staruszku, gdyby tam u tej nieszczęśliwej kobiety wyszło co na jaw o Wejwarze, wiesz, gdyby! czego nie daj Boże! nie wysyp tego przed Pepcią, przeminie jakby nigdy nic, pomalutku ją na to przygotujemy, proszę cię, staruszku...
— Moja, Betty — odpowiedział mistrz surowo — szkoda, że nie pamiętałaś o tem wczoraj, bylibyśmy załatwili wszystko bez krzyku, bez hałasu, ale nie bój się, nie pójdę z bębnem na ptaki!
Pan Kondelik obrócił się jeszcze przed lustrem, poklepał się po wyłogach kamizelki, jakby ją chciał przybić do piersi, poprawił sobie poły surduta, pookręcał pierścienie kamieniem do frontu i pożegnawszy się krótko, udał się w drogę. Nawet nie czuł że żona pośpiesznie zrobiła trzy krzyżyki na plecach.
W mistrzu Kondeliku po usłyszeniu wieści o wtargnięciu pani Muknsznablowej odgrywał się proces zupełnie przeciwny temu, jaki toczył się w umyśle jego małżonki. W chwili, gdy pani Kondelikowa Wejwarę wypuściła ze swych łask, będąc jakby zamagnetyzowaną przez byłą jego gospodynię, małżonek większej jeszcze ku niemu nabrał sympatyi. Gdy mu się zdawało, że Wejwarę kobiety opuszczają, postanowił sobie, że go ocali bądź co bądź. Było to raczej instynktowne, niż świadome, było to bezwiedne poczucie wspólności, wzajemności; jednoczył się tu mężczyzna z mężczyzną przeciw „kobiecemu spiskowi.” Oskarżeniu Wejwary nie wierzył, z prostej jednakże ostrożności chciał wiedzieć wszystko, ażeby też na wszystko być przygotowanym.
Z rozmowy z Wejwarą dowiedział się mistrz o adresie byłej gospodyni narzeczonego. W Betlejemie na Starem Mieście, przy placu Betlejemskim.
Ale nie poszedł tam prosto, lecz zwrócił się na plac Staromiejski, ku magistratowi.
— Czy pan Wejwara jest już w kancelaryi? — zapytał na dole portyera.
— Jest.
Mistrz szedł do prezydyum. Zapukał, wsunął głowę w drzwi i oczy jego spotkały się ze wzrokiem Wejwary. Kiwnął na niego i Wejwara wyszedł, zadziwiony poniekąd nieoczekiwaną, wczesną wizytą mistrza.
— Dzień dobry, Wejwaro! — zawołał Kondelik. Jakże pan się wyspał?
— Dziękuję, szanowny panie, raczy pan jednak zrozumieć, że nie miałem najpiękniejszych snów po fatalnym dniu wczorajszym...
— No, no, młodzieńcze, nie trzeba zaraz tracić gruntu pod nogami. Ten tego... co to ja właściwie chciałem? Aha! pańska Sybilla mieszka w Betlejemie, prawda?
— Tak, szanowny panie...
— Idę do niej teraz, Wejwaro — ciągnął mistrz, nie patrząc na Wejwarę, lecz na koniec długiego w mroku niknącego korytarza. — Wstąpiłem przeto po drodze do pana, wiesz pan, tego...
Mistrz miał coś na wątrobie i nie wiedział, od którego końca zacząć, ale nagle rzekł:
— Słuchaj pan, Wejwaro, zanim się wezmę do tej baby, chcę wiedzieć wszystko. Nie było tam z tą jej córką naprawdę nic? Powiedz mi pan szczerze, abym się nie zbłaźnił. Mnie pan przecież możesz powiedzieć, kobietom w domu nie rzeknę nic, a pana nie opuszczę, ale mów prawdę, szczerą prawdę! Z człowieka jest kruche naczynie, a ja wiem, jak każda taka gospodyni z córkami na lokatora w pokoju zastawia sidła.
Wejwara się zapalił. Popatrzył na pana Kondelika i odrzekł wzruszony:
— Szanowny panie, jak mnie pan żywego widzisz, nie mam sobie nic do wyrzucenia. Już wczoraj powiedziałem prawdę. Ach! te mieszkania u wdów z córkami! Wiem od kolegów, jak to bywa, każda robi tak samo i często nawet się im powiedzie, ale ja wpadłem najniewinniej. Gdybym miał cośkolwiek na sumieniu, nie odważyłbym się wchodzić do rodziny takiej, jak szanownego pana...
— A te dowody piśmienne? — pytał jeszcze Kondelik.
— Tego właśnie sam nie mogę zrozumieć — odparł Wejwara zamyślony. — Prędzejbym uwierzył, żem podpisał weksel, niż w to. Niech mi pan wierzy, nie przeczuwam...
— Dobrze zatem — kończył Kondelik — ja to załatwię!
I wzmocniony zapewnieniem Wejwary, udał się chętnie w stronę Betlejemu.
Po dziesięciu minutach stał na pierwszem piętrze starodawnego, ciasnego domu w Betlejemie, przed drzwiami, na których był napis: „Charlotte Muckenschnabel von Wiesengrün, Beamtenswitwe.” Jeszcze nabrał tchu, jeszcze szybko powtórzył sobie wstęp, którym chciał zacząć rozmowę, i zapukał do nizkich drzwi. W zamku zgrzytnął klucz, drzwi się otworzyły i w nizkiej kuchni stanęła wysoka, koścista kobieta, już nam znana, sięgająca prawie sufitu.
— Kogo pan szuka?
— Pani Mukensznablowej — rzekł poważnie mistrz i schylając głowę wchodził do pokoju.
— Ja właśnie nią jestem — odpowiedziała matrona, patrząc z zadziwieniem na gościa. — Czem mogę służyć?
— Chciałbym z panią pomówić w cztery oczy.
Zdawało się, że pani trochę się stropiła, ale wkrótce skinęła kościstą ręką.
— Proszę, racz pan wejść.
Nie zamknęła kuchni na klucz, i jak smukły spławik wodny płynęła za mistrzem.
— Z kim mam przyjemność? — spytała z zaciekawieniem.
— Kondelik, proszę pani — odrzekł mistrz — Kondelik z ulicy Jecznej.
— Ach, pan Kondelik! — rzekła zadziwiona matrona — tegom na prawdę nie oczekiwała.
Czerwone plamy na jej twarzy miały teraz zupełnie jasne kontury. Twarz jej należała do takich, co się nie mogą zarumienić na całej powierzchni. Żółtawy kolor twarzy wkoło czerwonych plam występował tem jaskrawiej.
— I ja tak myślę — rzekł mistrz — abyśmy więc jaknajprędzej skończyli, szanowna pani, racz mi powiedzieć, jak to jest właściwie z całą tą sprawą paninej córki z panem Wej...
Kondelik nie dokończył. Matrona uczyniła nagły ruch, zabraniający dalszego mówienia, jakby się obawiała, że ich ktoś zaskoczy, wyszpieguje. Rzuciła pełne obawy spojrzenie na nizkie drzwi, prowadzące do pokoju na prawo, podeszła do nich na palcach, podsłuchiwała, nacisnęła klamkę, otworzyła ostrożnie i zajrzała przez szparę. Weszła tam, rozejrzała się badawczo, powróciła, zamknęła drzwi, odetchnęła z głębi, podniosła lewicę, przycisnęła wszystkie pięć palców do szerokiej, płaskiej piersi, i patrząc na pana Kondelika prawie z wyrzutem, rzekła jakby po ciężkiem zmęczeniu:
— To mnie pan przeraził, ale dzięki Bogu, jesteśmy sami. On odszedł...
— Kto odszedł? — spytał Kondelik.
— Nasz pan! — odetchnęła matrona.
— Co mi do niego, z nim nie mam o czem mówić — rzekł mistrz sucho. — Przyszedłem tylko się zapytać, o co właściwie chodzi państwu z naszym panem Wejwarą! Jestem bowiem jego przyszłym teściem. Była pani wczoraj u mojej żony, szkoda, że mnie nie było w domu, i narobiłaś nam ładnego bigosu. Tak tego pozostawić nie możemy. Dlaczego pani go prześladuje właściwie?...
— Proszę, racz pan usiąść i nie unosić się — prosiła matrona spokojnie. — Pan jest solidnym człowiekiem, mieszczaninem, a ja jestem wdową po urzędniku, załatwimy wszystko zgodnie. Proszę pana, ja do pana Wejwary nie mam żadnych pretensyj, zupełnie żadnych, a córce pana życzę szczęścia. On się nam bowiem oświadczył!
Słowa te wymówiła pani Muknsznablowa z tryumfem, podniesionym głosem:
— Kto się oświadczył? Wejwara?
— Ależ nie, szanowny panie! Nasz pan! Loti jest narzeczoną.
Pan Kondelik nic nie pojmował. Czy ta kobieta nie postradała zmysłów?
— Więc o co pani wczoraj u nas chodziło, skoro córka pani jest narzeczoną?
— Szanowny panie, on, pan Pajtelszmid oświadczył się wieczorem dopiero.
Mistrz Kondelik patrzył zdziwiony na panią Muknsznablową.
— Tak, proszę pana, bywają dziwne okoliczności w życiu — mówiła matrona z błogim uśmiechem. — Kiedym wczoraj przyszła od pani Kondelikowej i rozważyłam całą rzecz, pomyślałam sobie, że państwo tak łatwo pana Wejwary nie puścicie. Kiedym tam widziała te przygotowania, wszystko się we mnie poruszyło, a wieczorem, gdy nasz pan przyszedł do domu, wzięłam na odwagę i natarłam na niego energicznie. A on się oświadczył, poprosił o rękę Loti, jesteśmy od wczoraj szczęśliwe i życzymy także państwu i panu Wejwarze, by wam Bóg zesłał szczęście. Myśmy do niego nigdy nie miały pretensyi. Loti poszła do kościoła od rana, by się pomodlić, a ja się czuję jak odrodzona.
— Mogliście załatwić to o dzień prędzej, zanim nam pani narobiła tyle nieprzyjemności! — prawie krzyknął Kondelik.
Nichts für ungut, szanowny panie — słodko odparła szczęśliwa matka — to mi właśnie dodało bodźca. Teraz jest wszystko w porządku.
— A co znaczyły te zobowiązania Wejwary i dowody piśmienne?
— Były tutaj — rzekła matrona poważnie — są nawet. Ale już nam nie potrzebne. Przebaczam panu Wejwarze. A jeśli będzie chciał, to zwrócimy mu wszystko. Niechaj ma także od Loti pamiątkę... Zresztą pan Pajtelszmid nie powinien o niczem wiedzieć...
Ażeby odrazu dobrze rzecz załatwić, użył teraz mistrz podstępu wojennego i rzekł dobitnie:
— Chciałbym z nim także pomówić słów kilka.
— Poco, szanowny panie? — zapytała szybko dama. — Toby mogło źle wpłynąć na przyszłość małżeństwa. Jam swej córki nikomu nie narzucała, z mojej ręki dostanie ją pan Pajtelszmid czystą jak porcelana.
Pan Kondelik rozglądał się po pokoju i od niechcenia wymówił:
— Więc tu mieszkał Wejwara?
— Nie, tu obok — szybko objaśniła pani, szczęśliwa, że zmienił się temat rozmowy — niech pan zobaczy.
Mistrz wstał i poszedł za matroną do owego pokoju, do którego przedtem zaglądała. Był to mały, smutny pokoik z widokiem na podwórze i z drugiemi drzwiami wiodącemi do sieni.
— Tu bym nie chciał mieszkać trzy lata.
— Jak komu Pan Bóg przeznaczy — rzekła pani — my tu byliśmy zupełnie zadowoleni, a sądzę, że się stąd nawet po weselu nie ruszymy. Nasz pan jest bardzo skromnych wymagań. Garnczek ciepłej kawy, ciepłe łóżko na noc, niczego więcej nie żąda. Później ja przeniosę się do tamtego pokoju, on zaś sprowadzi się tutaj.
Mistrz westchnął z współczuciem nad dolą nieznanego pana Pajtelszmida, rozejrzał się po ciasnym pokoiku i już się w nim przebudził malarz.
— Potrzebaby to pomalować, wszystko zniszczone.
— Tak, możnaby, i ja o tem myślę, ale kiedy nie mam żadnego znajomego...
— Do tego nie potrzeba znajomości, na to potrzeba malarza — wtrącił mistrz. — Ja maluję znajomym i nieznajomym.
Kondelik powrócił do większego pokoju, za nim pani.
— No, cóż, szanowna pani, te rzeczy mógłbym wziąć dla Wejwary z sobą, ażeby raz już skończyć.
Pani Muknsznablowa zapatrzyła się w mistrza, chwilę wahała się i rzekła:
— Ciężko się z tem Loti będzie rozstawać, ale oddam panu pamiątki, i niech zakwitnie zgoda pomiędzy nami.
Wysunęła szufladę starodawnej, wykładanej komody, zanurzyła ręce w kupę zwiniętych pończoch, ręczników, nocnych kaftanów, spódniczek i różnych resztek materyi, wyłowiła gdzieś z kąta zawiniątko starych gazet, przewiązane na krzyż wyblakłą czerwoną wstążką, przycisnęła je kościstemi palcami do piersi i podając to obiema rękami panu Kondelikowi, mówiła z odcieniem smutku w głosie:
— Jak drogą maść chowała to Loti, ale niech pan weźmie, szanowny panie, i niech pan powie swojemu przyszłemu zięciowi, że nigdy go nie zapomnimy. Był to bardzo dobry, solidny pan! Ale pan Pajtelszmid także jest dobry...
— Dziękuję pani zatem — rzekł mistrz zadowolony. — A któregokolwiek dnia w przyszłym tygodniu przyślę czeladnika, ażeby pani ten pokoik wymalował.
— Jezus Marya, szanowny panie! — zawołała pani Muknsznablowa uradowana — jakże się panu odwdzięczę? — I chwytała go za ręce.
— Niema za co, niema za co, pani — bronił się mistrz.

Po godzinie pukał mistrz Kondelik znowu do drzwi prezydyum. Wejwara wyszedł.
— Załatwiłem wszystko dobrze, młodzieńcze! Jesteś pan wolny, jak ptak. A tu są te pańskie piśmienne dokumenty, weź pan sobie.
Mistrz sięgnął do kieszeni na piersi i wyjąwszy paczkę podawał ją Wejwarze.
Już Wejwara wyciągał dłoń, ale nagle cofnął rękę.
— Nie, szanowny panie, racz to pan zatrzymać przy sobie i otworzymy paczkę w obecności pani i panny Pepci. Sam nawet się nie domyślam zawartości.
Wejwara nadszedł po południu do Kondelików, przyszła jego teściowa była jak masło, Pepcia promieniała. Ojciec dokładnie zdał sprawę z wyprawy.
Po czarnej kawie wyjął mistrz fatalny zwitek papieru i kładąc go na stół, kiwnął na Wejwarę.
— Oto dokumenty, Wejwaro, przejrzyj to sobie.
Wejwarze prawie drżały ręce, gdy rozwiązywał wstążkę. Papieru była moc, treści mało. Na wierzchu leżała podługowata karta grubego papieru, złoconego po brzegach i zapisanego pismem Wejwary. Na papierze wypisano:

„Już się jabłoń w kwiaty przyodziała,
Wątła róża, ot! już się czerwieni,
Filomela już się rozśpiewała,
Rozmaryn już się nam zieleni
Tam cmentarnik groby kopie młody —
Pójdź ma droga — na weselne gody!”

Z uszanowaniem Franciszek Wejwara.
— Co to jest? — pytała Pepcia. — Mój Boże — przypomniał sobie Wejwara — to jest sztamblat — kartka z pamiętnika. Panna Muknsznablówna kupiła sobie pamiętnik i wszystkim znajomym dała po kartce, by coś napisali. Więc ja napisałem to...
— Ale co znaczy to wesele? — pytała z zapartym oddechem pani Kondelikowa.
— Proszę pani, to jest poezya Jabłońskiego, ustęp z pieśni miłości, panna Loti życzyła sobie czegoś w tym rodzaju — tłómaczył Wejwara, szczęśliwy po rozwiązaniu „dokumentu.”
— A dlaczego nie podpisałeś tego Jabłońskiego? — wtrącił mistrz Kondelik.
— Ja wierszy nie pisuję — odparł Wejwara zakłopotany.
— A co to jest to drugie? — niecierpliwie pytała pani Kondelikowa.
„To drugie” wyglądało jak fidybus. Ćwiartka papieru, złożona w wązkie prążki.
— Uważnie z tem! — napominał Kondelik — zapewne są to włosy!
Nie były to włosy. Gdy Wejwara rozwinął, pochwyciła Pepcia papier, ale za chwilę znów zwróciła Wejwarze:
A Wejwara czytał rządki, z których każdy był pisany inną ręką:

Pan Franciszek Wejwara.
Panna Loti Mucknschnabel.
On jest ładny pan.
Ona ma bardzo dobre serce.
Szli razem za bramę do Kanalki.
Szeptali do siebie i całowali się.
Widzieli ich z krzaków znajomi z sąsiedztwa.
Urosło z tego dużo plotek, ale znajomość zakończyła się szczęśliwie.
Świat rzekł: przecież inaczej skończyć się nie mogło.

— Proszę was, co to jest? — pytał Kondelik.
— To jest sekretarz, tatku — wołała Pepcia wesoło — towarzyska gra w sekretarza!
— A kto wszystkie te brednie popisał? — pytał mistrz dalej.
— Ach, mój Boże! — przypominał sobie znowu Wejwara. — W Boże Narodzenie przyszły jakieś przyjaciółki panny Loti, a ja byłem zaproszony na kolacyę, i graliśmy potem w sekretarza. Te panienki pisały same takie rzeczy o każdym z nas, wszystkie kartki do siebie bliźniaczo podobne. Ale po grze rzuca się takie rzeczy w piec — panna Loti zachowała je na pamiątkę.
— Dyabelna Sybilla! — burknął mistrz Kondelik myślałem, że jakieś skarby przynoszę! No, więc widzisz! — zwrócił się do małżonki.
Pani Kondelikowa odetchnęła z głębi i zawstydzona spoglądała na Wejwarę. Przepraszała go temi spojrzeniami.
— Franciszku, pan się nie gniewasz, prawda, że nie?
— Ale, Boże, mamusiu, jam kontent, że się to wyjaśniło. O tych głupstwach zapomniałem dawno.
— Teraz nam nic nie zamąci naszego szczęścia, nawet pani Muknsznablowa — rzekła Kondelikowa z łzami radości w głosie.
— Ona już będzie zupełnie zadowolona. — wtrącił mistrz Kondelik — obiecałem, że jej każę ten pokój na pamiątkę wymalować.

— Nie wierzyłam temu, drogi Franciszku — zapewniała Pepcia Wejwarę, kiedy się znaleźli na chwilę w pokoju sami.
Nastąpił pocałunek tak długi, że matka po powrocie z kuchni, musiała się odwrócić, ażeby udać, że nie widziała. Niech ma nieborak Wejwara balsam na rany!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ignát Herrmann i tłumacza: Paweł Hulka-Laskowski.