Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wyd. 1845
Druk Breikopf i Hærtel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

O panu Fang, urzędniku policyjnym, o jego sprawowaniu urzędu i wymierzaniu sprawiedliwości.

Zbrodnia ta popełnioną została w okręgu miasta, a nawet i bardzo bliskiém sąsiedztwie sławnego policyjnego urzędu. Tłum cały przeto niedługo się mógł tém widowiskiem cieszyć; przeprowadziwszy bowiem Oliwera przez parę ulic tylko i plac zwany: Multon-hill, musiał go opuścić koło domu o nizkiéj bramie, przez którą go przeprowadziwszy na błotniste podwórze zawiedziono, a z tamtąd do siedziby sprawiedliwości, brudnéj izby na tyle.
Idąc najsamprzód przez podwórze małe, brukowane, spotkali na niém człowieka z długą brodą i pękiem kluczy w ręku.
— Cóż tam nowego? — zapytał ów człowiek niedbale. —
— Młody złodziéj! — odpowiedział żandarm Oliwera wiodący.
— Czy to pana okradziono? — spytał z kolei ów człowiek z kluczami w ręku staruszka.
— Tak jest,.... mnie! — odpowiedział stary jegomość, — lubo z pewnością powiedzieć nie mogę, czyli to jest rzeczywiście ten chłopiec, który mi skradł chustkę.... Ja.... jabym wolał nieposzukiwać daléj méj straty.
— To nic niepomoże;.... teraz się pan musisz przed komisarzem stawić, — odpowiedział ów człowiek z kluczami. — To długo niepotrwa. Najdaléj za parę minut będziesz pan wolny.... No, ruszaj naprzód, ty mały wisielcze!
To było zaproszeniem dla Oliwera, ażeby wszedł do małéj ciasnéj komórki, którą mu dozorca podczas swéj mowy otworzył. Tutaj mu kieszenie staranie przetrząśnięto, a gdy w nich nic nieznaleziono, zostawiono go samego w komórce i drzwi za nim zamknięto.
Ta komórka była tak co do kształtu, jak i wysokości do jamy piwnicznéj bardzo podobna; w tém się jedynie od niéj różniła, że nawet tak jasną nie była.
Prócz tego największa nieczystość w niéj panowała, gdyż to był właśnie Poniedziałek, a od Soboty wieczora najmniéj sześciu pijanych w niéj przesiedziało. Ale to jeszcze nic, a przynajmniéj za nic się uważa w porównaniu z tém, co się po więzieniach dzieje, do których zamykają ludzi o przestępstwa oskarżonych, ale nieprzekonanych jeszcze.
Do tych bowiem zamykają co noc prawie mężczyzn i kobiety razem za najmniejsze przewinienia,.... a te kurdygardy tak są brudne, że w porównaniu z niemi więzienia w Newgate, gdzie zbrodniarzy największych, winowajców już osądzonych, a często i na śmierć skazanych osadzają, prawdziwymi są pałacami.
Ktoby temu niechciał dać wiary, niechże sam oba porówna.
Staruszek sam niemniéj od Oliwera smutnie wyglądał, gdy się klucz w zamku obrócił i zasówka zasunęła; z westchnieniem spojrzał na książkę, która przyczyną niewinną tego wszystkiego była.
— Ten chłopiec coś takiego w twarzy swojéj posiada, co mnie za serce chwyta i mimowolnie do niego pociąga!
Przemówił do siebie staruszek, odchodząc ode drzwi zwolna, i uderzył się w zamyśleniu książką lekko po brodzie.
— Miałżeby on być niewinnym?.... Wprawdzie na takiego wygląda!.... bądź co bądź, — dodał staruszek, zatrzymawszy się nagle, wznosząc oczy ku niebu, — ale raz już na Boga! to spojrzenie gdzieś widziałem.
Pomyślawszy o tém przez chwilę, zwrócił się ciągle w dumaniach swoich pogrążony, do przedpokoju urzędowéj izby, którego okna na podwórze wychodziły i usiadłszy tutaj w kącie, wywołał przed oko swéj duszy cały obszar twarzy, które całun ponury grobu od wielu lat już pokrywał.
— Nie! — zawołał nakoniec, — to musi być czyste przywidzenie.
Jeszcze raz się w myśli wszystkiem twarzom dobrze przypatrzył.
Jeszcze raz je wszystkie przed oczy wywołał, a serce jego wielkiéj doznało przykrości, gdy mu je przyszło całunem grobowym na powrót pokryć, pod którym tak długo już spoczywały.
Były to twarze przyjaciół, i nieprzyjaciół, i wiele innych jeszcze osób, całkiem mu prawie nieznajomych, teraz jednak natrętnie z tłumu na niego spoglądających. Były tam oblicza młodych i kwitnących dziewcząt, będących teraz już staremi kobietami; były też i takie, które grób na okropne trofei zwycięztwa śmierci zamienił, które jednak myśl człowieka, silniejsza od niéj, w dawną ich świeżość i piękność uroczą przybrała, ogniem życia ich oczy zapaliła, uśmiech na usta ich wywabiła, wywołała ich duszę promieniącą świetnie z po za téj maski z gliny;... lśniące pięknością z tamtéj strony grobu, zmienione jedynie dla tego, aby nabrać téj piękności, a pokryte ziemią, aby się stać światłem, i miłym, ponętnym promieniem swojém na ścieżce do nieba świecić.
Lecz staruszek żadnéj twarzy przypomnieć sobie niezdołał, z którąby rysy twarzy Oliwera najmniejsze podobieństwo miały; z westchnieniem tedy pożegnał owe wspomnienia, które w swéj duszy wywołał, a posiadając na szczęście swoję pamięć bardzo płochą, wkrótce się całkiem w czytaniu swéj książki zatopił, i o świecie całym zapomniał.
Z tego zapomnienia przebudziło go niebawem uderzenie lekkie w ramię i zaproszenie owego dozorcy więzienia z pękiem kluczy w ręku, aby się za nim do izby urzędowéj udał. Staruszek śpiesznie książkę zamknął, i natychmiast przed oblicze dumne i dworujące sławnego pana Fang zaprowadzony został.
Izba urzędowa miała okna wychodzące na ulicę, i ściany taflowane. Na jednym końcu siedział pan Fang za szrankami przy swojém biórku, a koło drzwi było ogrodzenie do klatki ciasnéj podobne, do którego biednego Oliwera wepchnięto, drżącego na całém ciele z przestrachu i przerażenia na okropność tego widowiska.
Pan Fang był to mężczyzna średniego wzrostu, z włosem niebardzo bujnym na głowie; lecz i ten, co go jeszcze miał, rósł jedynie z tyłu i dołem po obu stronach głowy. W obliczu przebijała surowość i nadzwyczajna nadętość. Jeżeli w istocie nie miał swyczaju pić więcéj, jak tylko tyle, ile mu do zdrowia służyło, więc mógł śmiało wytoczyć sprawę przeciwko zaskarżeniu, w téj mierze na jego twarzy wyrytemu, a z pewnością byłby ją wygrał i przyznanie hojnego wynagrodzenia u sądu pozyskał.
Staruszek zbliżył się z uszanowaniem do biórka urzędnika, pokłonił mu grzecznie i łącząc mowę z uczynkiem, rzekł:
— Oto jest moja karta, Sir. —
Poczém o parę kroków się cofnął, powtórnie grzecznie i przyzwoicie ukłonił i cierpliwie śledztwa i wywodu urzędowego oczekiwał.
Przypadkiem jednak się zdarzyło, iż pan Fang téj chwili był zajęty czytaniem artykułu w Gazecie Porannéj, w któréj ostatnie rozsądzenia jego surowo były rozebrane, a on po raz trzysta pięć dziesięty niebardzo korzystnie szczegółowéj i troskliwéj pamięci ministra spraw wewnętrznych polecony. Mocno się tedy rozgniewał i z okropnym gniewem koło siebie okiem potoczył.
— Kto Aćpan jesteś! — zapytał pan Fang rubasznie.
Staruszek wskazał z zadziwieniem na podaną kartę.
— Holla! Woźny! Żandarmeryja! — zawołał pan Fang, odrzucając z pogardą na bok i kartę i gazety, — co to jest za człowiek?
— Sir, ja się nazywam Brownlow! — Odparł staruszek głosem, jakim zwykle ludzie grzeczni mówią. — Proszę, mi pozwolić, Sir, zapytać się o nazwę urzędnika, który obrazę i obelgę człowiekowi uczciwemu bez wszelkiéj przyczyny i powodu w obec prawa wyrządza!
Pan Brownlow przytém w koło po izbie urzędowéj okiem potoczył, szukając osoby, któraby mu tę przysługę uczynić była gotowa, o którą prosił.
— Woźny! — zawołał pan Fang, przerzucając papiery swoje na inne miejsce; — o co ten człowiek oskarżony?
— Ten pan nie jest wcale oskarżonym, Wasza Godności, — odpowiedział Woźny. — Owszem, on zaniósł skargę przeciwko temu chłopcu, Wasza Godności!
Jego Godność bardzo dobrze o tém wiedziała; ale ten postępek był obelgą, któréj się bezkarnie mógł dopuścić.
— Zanosi skargę przeciwko temu chłopcu?
Zapytał Fang, mierząc ze wzgardą pana Brownlow od stóp do głowy.
— Niechaj poprzód przysięgę złoży!
— Nim przysięgę złożę, musze pierwéj słowko powiedzieć, — odparł pan Brownlow; — a to jest, żebym nigdy nie był wierzył, gdybym tego sam był niedoświadczył, aby....
— Proszę milczeć, sir! — zawołał Fang piorunująco.
— Ja nie chcę milczeć! — odpalił staruszek rozgniewany.
— Milcz natychmiast, albo cię z izby urzędowéj wyprowadzić każę, sir! — zawołał Fang. — To jakiś człowiek bezczelny i bezwstydny! Jak śmiesz tak zuchwale do urzędnika przemawiać?
— Co? — zawołał staruszek zapłoniwszy się.
— Odebrać przysięgę temu człowiekowi! — zawołał Fang na pisarza. — Ani słowa od niego słyszeć nie chcę, dopokąd przysięgi nie złoży!
Oburzenie pana Brownlow doszło do najwyższego stopnia; pomnąc jednak na to, iżby tém może biednemu Oliwerowi mógł zaszkodzić, gdyby się nie poskromił, stłumił w sobie gniew i poszedł złożyć przysięgę.
— A teraz, — zapytał Fang, — o co ten chłopiec jest oskarżony? Co masz przeciwko niemu, sir?
— Stałem koło księgarni... — zaczął mówić pan Brownlow.
— Milczeć! — zawołał Fang — Żandarmeryja! gdzie jest żandarm?... Odebrać od niego przysięgę!... A teraz, żandarm! jak to było?
Żandarm opowiedział z przyzwoitą uniżnością i pokorą, jak skargi wysłuchał, jak przetrząsł Oliwera kieszenie i nic u niego nieznalazł, i jak to wszystko było co wie o téj całéj sprawie.
— Czy są świadkowie? — zapytał Fang.
— Niema żadnych, Wasza Godności, — odpowiedział żandarm.
Pan Fang milczał przez kilka chwil, nakoniec się zwrócił do skarżącego i rzekł do niego z nadzwyczajną złością:
— Czyż powiesz raz Sir, co masz przeciwko temu chłopcu, lub nie?.... Złożyłeś przecież przysięgę. Jeżeli tak będziesz stał i nic niemówił, to cię skaram za lekceważenie sobie urzędu, mój panie! tak jest, ja to uczynię Sir, przysięgam na....
Na co lub na kogo?.... niewiadomo, albowiem pisarz i dozorca więzienia rozkaszleli się natychmiast bardzo mocno, a pierwszy upuścił nawet książkę na podłogę, co było najgłówniejszą przeszkodą, iż owego zaklęcia niemożna było.... przypadkiem.... usłyszeć....
Po wielu przerwach i poniesionych obelgach, udało się nakoniec panu Brownlow cały wypadek dokładnie wyłożyć, a robiąc w końcu uwagę, iż w pierwszej chwili swego uniesienia zaczął biedz za tym chłopcem dla tego jedynie, że go widział śpiesznie uciekającego, oświadczył przytém swoję nadzieję, iż urząd, przekonawszy się sam, że on nie jest złodziejem, lubo może ze złodziejami w związku zostaje, tak łagodnie sobie w wymierzeniu kary postąpić zechce, jak dalece to ze sprawiedliwością się da pogodzić.
— On się już i tak potłukł i nadwerężył, — zakończył staruszek swoję mowę, — a ja się obawiam, — dodał z litością, spoglądając na Oliwera siedzącego w klatce, — ja się rzeczywiście obawiam, iż on już teraz w omdlenie wpada.
— A prawda! — zawołał Fang z szyderczym uśmiechem. — Chodź no tu!.... Tylko nie udawaj,.... ty mały wisielcze!.... to ci nic nie pomoże.... Jak się nazywasz?
Oliwer chciał odpowiedzieć, lecz ani słówka wymówić nie zdołał, tak go za gardło ścisnęło.... Zbladł tylko jak trup,... w oczach mu się zaćmiło, a pokój cały z nim się w koło kręcić zaczął.
— Jak się nazywasz, ty chłopcze zuchwały? — zagrzmiał pan Fang. — Żandarm, jak się nazywa?
To pytanie zwrócone było do staruszka z tłustą twarzą, w białej kamizelce w paski, stojącego tuż koło szranek.
Żandarm się do Oliwera nachylił, i powtórzył to pytanie; lecz spostrzegłszy, że ten nie jest wcale zdolnym do zrozumienia tego, o co się go pyta, i wiedząc o tém z doświadczenia, iż jeźli nie odpowie, urzędnika jeszcze bardziéj na siebie rozgniewa i wyrok jego zaostrzy, powiedział pierwsze lepsze nazwisko, jakie mu na myśl wpadło.
— Mówi, że się nazywa Tomasz White, Wasza Godności, — odpowiedział dobroduszny łapacz złodziei.
— Czy niechce odpowiadać?... niechce odpowiadać? — gniewał się Fang. — Bardzo dobrze!... bardzo dobrze!... Gdzie mieszka?
— Gdzie może, — odpowiedział żandarm, udając że odpowiedź Oliwera powtarza.
— Czy ma rodziców? — pytał daléj Fang.
— Mówi że mu już w dziecieństwe umarli, Wasza Godności, — odpowiedział Żandarm, dając śmiało odpowiedź zwykłą w podobnych wypadkach.
Téj chwili Oliwer podniósł głowę, powiódł na około okiem błagającém, i po cichu z tą prośbą się odezwał, aby mu trochę wody zimnéj dano.
— Głupstwo!.... oszukaństwo! — zawołał Fang; — czy ty myślisz, że nas uwieść potrafisz?
— Zdaje się mi, że on nie na żarty mdleje! — odważył się odeprzeć Żandarm.
— Znam ja to lepiéj! — zgromił go pan Fang.
— Miej litość nad nim, dobry człowieku, i wspieraj go, — ozwał się pan Brownlow do Żandarma, wyciągając rękę mimowolnie, — on rzeczywiście mdleje i pada....
— Precz od niego, Żandarm! — zagrzmiał Fang gniewliwie, — niechaj pada, jeźli się mu tak podoba.
Oliwer korzystał z tego dobrotliwego zezwolenia, i upadł zemdlały na ziemię. Wszyscy obecni w izbie na siebie wzajem spojrzeli; żaden się jednak ruszyć nie ośmielił.
— Wiedziałem, iż udaje! — zawołał Fang, jakoby to było dowodem niezbitym téj prawdy. — Niechaj sobie leży,... wkrótce mu się to sprzykrzy!
— Jakżeż sobie w tej sprawie postąpiemy, Sir? — zapytał pisarz głośno.
— Bardzo krótko! — odpowiedział pan Fang. — Skazany na trzy miesiące ciężkiéj pracy!... Ustąpić z izby urzędowéj!
W tym celu drzwi na oścież otworzono, a kilku ludzi natychmiast się pojawiło, by chłopca omdlałego wyprowadzić i do więzienia zawlec. Wtém mężczyzna w podeszłym już wieku, skromnie w czarnym surducie ubrany, i godnie, lubo dość ubogo wyglądający, śpiesznie wpadł do izby, i do szranków natychmiast przypadł.
— Stójcie!... stójcie!... niewyprowadzajcie go!... na miłość Boga, stójcie!... wstrzymajcie się na chwilę! — zawołał nowoprzybyły bez tchu prawie.
Lubo urzędnik na podobnéj posadzie najwyższą i najdowolniejszą władzę nad wolnością, dobrém mieniem, godnością, a nawet i życiem prawie poddanych Jego Król. Mości, a szczególnie ludzi biednych dzierzy;.... lubo za tymi wałami schroniony, dziwak największy codziennie rzeczy wyrabiać może, któreby aniołów samych do łez krwawych pobudziły, świat by jednak ani słowa się o tém nigdy nie dowiedział, gdyby pośrednictwa dzienników niebyło.
Pan Fang przeto niemało się oburzył, widząc takiego gościa niepożądanego i w takim gorszącym nieładzie do urzędu wpadającego.
— Co to jest?... co to ma znaczyć? Wyrzucić tego człowieka!.... Precz ztąd wszyscy!.... Ustąpić z sądowéj izby!.... — wołał grzmiąco pan Fang.
— Ja zaś chcę mówić!.... — odparł nowo przybyły; — ja się niedam wyrzucić!.... ja byłem świadkiem naocznym wszystkiego... Ja jestem właścicielem księgarni... Żądam aby mię przysięgi wysłuchano. Ja się niedam wyrzucić!... Panie Fang, musisz mię wysłuchać... Nie możesz mi tego odmówić, Sir!
Żądanie tego człowieka było bardzo słuszne. Jego wzięcie się zapowiadało odwagę i stałość, a wypadek cały był za nadto ważny, aby go tak lekko był mógł zbyć.
— Wysłuchać go przysięgi! — mruknął Fang z gniewem. — A teraz cóż nam masz do powiedzenia, Sir!
— Oto rzecz następującą! — odpowiedział księgarz. — Widziałem trzech chłopców, tego więźnia tutaj i dwóch innych jeszcze, błąkających się po drugiéj stronie ulicy właśnie wtedy, kiedy ten jegomość oto koło mojéj księgarni stojąc, czytał. Złodziejstwo na nim popełnili tamci dwaj chłopcy;... widziałem to dobrze przez okno. Widziałem także i to, iż ten chłopiec niém był zdziwiony i przestraszony.
Zacny księgarz, przyszedłszy tymczasem cokolwiek bardziéj do siebie, opowiedział rzecz całą zwięźléj i dokładniéj z wszystkimi szczegółami, temu złodziejstwu towarzyszącymi.
— Dla czegóżeś pierwéj nieprzyszedł tego świadectwa złożyć, Sir? — zapytał Fang po chwili milczenia.
— Niemiałem pod ręką nikogo, kogobym mógłbył przez ten czas w sklepie na mojém miejscu zostawić, — odparł księgarz. — Wszyscy pobiegli gonić złodzieja. Najmniéj dziesięć minut wyszło, nim mi się kogoś schwycić udało, coby mi tymczasem sklepu mógł przypilnować; lecz potém natychmiast co tchu tutaj przybiegłem.
— Oskarżyciel czytał, nieprawda? —
Spytał Fang po niejakiéj chwili milczenia.
— Tak jest, — odpowiedział księgarz, — w tej samej książce, którą jeszcze w ręku trzyma.
— Tę samą książkę? — zawołał Fang; — a czy ją zapłacił?
— Nie,.... niezapłacił, — odpowiedział księgarz z uśmiechem.
— Kochany panie!.... na śmierć o tém zapomniałem, — zawołał roztargniony zawsze staruszek z otwartością.
— I podobna osoba waży się zanosić skargę przeciwko biednemu chłopcu? — zawołał Fang z śmieszném udaniem ludzkości. — Jak uważam, toś pod bardzo podejrzanemi i nienajzaszczytniejszemi dla ciebie okolicznościami wszedł w posiadanie téj książki, Sir!.... i podziękuj Bogu, że właściciel przeciwko tobie ze skargą nie występuje! Niechaj ci to na przyszłość za naukę posłuży, mój człowieku, inaczéj ci prawo będzie dosięgnąć umiało; wypuścić chłopca!.... Ustąpić natychmiast z izby sądowéj!
— Ha! na Boga! — zawołał Brownlow, wybuchając nakoniec gniewem, którego już dłużéj w sobie pohamować nie mógł. — Ja mu tego tak na sucho nie przepuszczę.
— Wydalić ludzi z sądowéj izby! — wrzasnął pan Fang. — Czy Żandarmeryja słyszała?.... Wydalić ludzi z urzędowéj izby!
Usłuchano rozkazu i wyprowadzono z izby pana Brownlow, pałającego największém oburzeniem, trzymającego pod jedną pachą książkę, a pod drugą swą trzcinę.
Wyszedłszy na podwórze w krótce się uspokoił.
Mały Oliwer Twist leżał na ziemi rozciągnięty z obnażonemi piersiami, mając twarz i głowę zimną wodą zlaną.
— Biedny chłopczyna!.... biedny chłopczyna! — zawołał pan Brownlow, nachyliwszy się do niego. — Czy tu niema kogo, coby mi natychmiast powóz przyprowadził?
Niebawem i powóz przyprowadzono, przeniesiono do niego Oliwera z największą troskliwością i złożono go na jedném siedzeniu, a Brownlow sam usiadł na drugiém.
— Czy mogę i ja panu towarzyszyć? — zapytał księgarz, wejrzawszy do powozu.
— Bardzo chętnie, mój dobry przyjacielu! — odrzekł pan Brownlow śpiesznie. — Zapomniałem na ciebie zupełnie, mój drogi panie. Mam jeszcze przy sobie twoję książkę nieszczęsną...... Proszę wsiąść, proszę, niemożemy się długo bawić.
Księgarz wsiadł do powozu, a ten z nimi natychmiast pogonił.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.