Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wyd. 1845
Druk Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.

Dola Oliwera w niczém pomyślniejszą się nie staje, a jego zła gwiazda sprowadza do Londynu wielkiego człowieka, który jego sławie szkodliwy cios zadaje.

Jest to zwyczajem przyjętym, aby we wszystkich dobrych, morderczych, a zatém i pięknych melodramatach sceny tragiczne i komiczne nieustannie się zmieniały i porządkiem oznaczonym i pewnym po sobie następowały, jak naprzykład w dobréj szynce warsztwy białe i czerwone.
Tutaj bohater upada na swe łoże słomiane, przygnieciony ciężarem nieszczęścia i kajdan, a w scenie następnéj jego wierny, lubo niewiedzący o niczém pachołek wynagradza widzów jaką zabawną i śmieszną śpiewką. Tutaj widzimy z sercem gwałtownie bijącém bohaterkę w mocy dumnego i bezsumiennego panka, która, widząc że tak jéj cnota jak i życie zarówno jest zagrożone, sztyletu z zanadrza dobywa, aby jedno na koszt drugiego zbawić;... lecz właśnie wtedy, kiedy ciekawość nasza do najwyższego stopnia wytężona, daje się słyszeć świst, a my się widzimy nagle przeniesieni do pysznéj komnaty zamku, gdzie jaki siwy seneszał pieśń zabawną wraz z zabawniejszą jeszcze lenników czeredą, wolny przystęp tak do wysokich, sklepionych kościołów, jak i wesołych zamków i pałaców mającą, i tłumnie w nieustanném weselu z jednego do drugiego się włóczącą, chórem śpiewa.
Podobne zmiany zdają się nam nierozsądne; rzeczywiście zaś nie są one tak przeciwne istocie rzeczy, jakby się nam na pierwszy rzut oka zdawało.
I w życiu rzeczywistém podobne przechody od stołu wytwornie i smaczném jadłem zastawionego do łoża śmiertelnego, — od stroju balowego do ubioru żałobnego, nie są tak rzadkie i nieznaczne, lubo cała i wielka różnica w tém tylko zachodzi, że tutaj jesteśmy sami czynnymi, działającymi, a tam jedynie zimnymi widzami. Aktorowie na teatrze są zupełnie ślepi, obojętni, na te gwałtowne i nagłe przechody i burzliwe wybuchy namiętności lub uczucia, które oczom widza zimnego, rozważającego, przewrotne, niedorzeczne, zelżywe się wydają.
Że zaś te nagłe zmiany czasu, miejsca, wydarzeń nie tylko w książkach zwyczajem i długiém użyciem od dawna już są uświęcone, ale nawet i autorowi za zaletę wielką poczytane bywają, — wielu albowiem krytyków całą zasługę autora w tém tylko uważa, jeżeli ten swych bohaterów przy końcu każdego rozdziału w położeniu ciekawém, niebezpieczném, wątpliwém postawić umie, — czytelnik zatém tego krótkiego wstępu do obecnego rozdziału za rzecz potrzebną uważać może nie będzie.
Gdyby to w istocie nastąpić miało, niechaj że więc to posłuży jedynie za skazówkę małą, grzeczną ze strony życiopisarza, iż się w swéj powieści prosto aż do tego miejsca wraca, w którém się Oliwer Twist urodził, a czytelnik niechaj będzie pewnym, iż wiele i ważnych powodów było do zmuszenia go do téj podróży, inaczéj by się autor żadną miarą nie był ośmielił do podobnéj wycieczki go zaprosić.

· · · · · · · · · · · · · · · ·

Pan Bumble wybrał się wczas rano z domu, przeszedł przez bramę domu roboczego, i puścił się z czołem dumnie zadartém, całą postawą napuszoną, nadętą, gościńcem ku zakładowi pani Mann.
On się znajdował właśnie na stopniu najwyższym świetności i pychy swego urzędowania.
Jego kapelusz trójgraniasty i ubiór połyskiwał w promieniach wschodzącego słońca, a laską swoją wywijał z całą siłą i dzielnością zdrowia i potęgi.
Pan Bumble zwykle nos i czoło do góry zadarte nosił, lecz dzisiaj one jeszcze bardziéj jak zwykle do góry zadzierał. Z jego ócz taka wesołość wewnętrzna, w sobie zatopiona promieniła, a w jego całéj postawie taka wyniosłość rozlana leżała, że gdyby go jaki badacz obcy téj chwili był spotkał, byłby z tego mógł wnosić, iż się myśli Woźnemu po głowie snują, za nadto wielkie, za nadto wzniosłe, aby je w słowa zamienić można.
Bumble się dzisiaj ani chwilkę na zwykłą pogadankę nie zatrzymywał, jeżeli po drodze którego ze swoich znajomych kramarzy, lub innych ludzi spotkał, którzy go z pokorą witali, gdy koło nich przechodził. Łaskawém skinieniem ręki jedynie za ich powitanie im dziękował i kroku swego pełnego godności dopotąd nie zwolnił, dopokąd do drzwiczek ogrodowych od owego folwarku nie doszedł, w którym pani Mann biedne sieroty z taką macierzyńską troskliwością i pieczołowitością pielęgnowała.
— Ten Woźny przeklęty! — zawołała z gniewem pani Mann, usłyszawszy znane jéj dobrze niecierpliwe pukanie do drzwiczek ogrodowych. — Nie wiedzieć, po co go tutaj djabli o tym czasie, tak rano, przynoszą!.. Ach, pan Bumble!.... O wilku mowa, a wilk idzie!.. Proszę, proszę, kochany panie Bumble!.... Jakżeż to miło was zobaczyć, Sir!.... Proszę do pokoju Sir.... proszę!
Pierwsza część téj przemowy pani Mann, w któréj gniew przebijał, zwrócona była do Zuzanny, a druga, radość wyrażająca, do pana Bumble, kiedy mu ta poczciwa kobiecina drzwi od ogrodu otwierała i z największém uszanowaniem i uprzejmością do siebie go zapraszała.
— Moja pani Mann, — zawołał Woźny, nie siadając na krześle, lub rzucając się na nie, jakby to każdy inny człowiek z gminu był uczynił, lecz opuszczając się na siedzenie z ruchem właściwym, powolnym; — moja pani Mann,.... dzień dobry!
— Ślicznie dziękuje!.... dzień dobry! — odpowiedziała pani Mann z wdzięcznym dygiem, ujmującym uśmiechem; — mam nadzieję, że się masz dobrze Sir.
— Jako tako, moja pani Mann, jako tako! — odpowiedział Woźny. — Życie człowieka zależnego od gminy nie jest to łoże z róż moja pani Mann!
— Ach! to prawda, wielka prawda, panie Bumble! — westchnąwszy rzekła pani Mann.
A wszystkie sieroty byłyby tę uwagę i westchnienie z wielką szczerością i znaczeniem właściwém powtórzyły, gdyby ono było usłyszały.
— Życie człowieka zależnego od gminy, — ciągnął daléj pan Bumble, uderzając laską swoją o stół, — jest to życie ustawicznych trosk, trudów i pracy; lecz o ile mi jest wiadomo, wszyscy w świecie ludzie publiczni na to są narażeni, i prześladowania cierpliwie znosić muszą.
Pani Mann, nie mogąc natychmiast pojąć, do czego Woźny zmierza, załamała ręce z litości, współczucia, i westchnęła głęboko.
— Dobrze robisz, moja pani Mann, że wzdychasz! — rzekł wtedy Woźny.
Pani Mann, widząc że nie źle trafiła, raz jeszcze i to głębiéj westchnęła z widoczném zadowoleniem tego publicznego męża, który, surowém wejrzeniem na swój kapelusz trójgraniasty najuprzejmiejszy uśmiech staruszki wywdzięczając, zawołał:
— Pani Mann!.... wyjeżdżam do Londynu!
— Do Londynu, panie Bumble? — zawołała pani Mann z niewypowiedzianém zadziwieniem.
— Tak jest, do Londynu! moja pani, — powtórzył niezachwiany Woźny, — i to w powozie.... Ja i dwóch naszych biedaków, moja pani Mann!.... Ważna sprawa się toczy względem prawa osiadłości, a Zbór nasz wybrał mnie,.... mnie, moja pani Mann,.... abym w téj sprawie jako świadek przed Sądami okręgu Clerkinwelle w Londynie stanął;.... a ja bardzo wątpię, — dodał Bumble, prostując się dumnie, — czyli Sądy Clerkinwell coś stanowczego w téj sprawie zawyrokować będą w stanie, dopokąd ze mną nie pomówią.
— Musisz z tego być bardzo dumnym, panie Bumble! — rzekła pani Mann pochlebnie.
— Jest to własna wina Sądów w Clerkinwell, moja pani Mann! — odpowiedział Bumble; — a gdyby się Sądy w Clerkinwell w końcu przekonały, że gorzéj na tém wyszły, jak się spodziewały, Sądy Clerkinwell winę tę sobie samym jedynie przypisać muszą.
Tyle śmiałości, głębokości i pogardy w téj groźbie leżało, z jaką pan Bumble te słowa wyrzekł, iż pani Mann czcią i poszanowaniem dla niego całkiem przejętą się być zdawała.
Nakoniec rzekła:
— Czy pojedziesz powozem, panie Bumble?.... Ja sądziłam zawsze, iż to jest u nas zwyczajem, wszystkich z domu roboczego lub też ubogich Gminy wozem prostym odsełać.
— Nieinaczéj!.... lecz tylko w tedy, jeżeli są chorzy, moja pani Mann, — odpowiedział Woźny. — Sadzamy w tedy naszych chorych z domu roboczego lub ubogich na wóz otwarty w porę dżdżystą, aby się nie zaziębili.
— A! — zawołała pani Mann.
— Znaleźliśmy furmana, który tych obu biedaków za bardzo małą cenę ze sobą zabierze, — mówił daléj Woźny. — Są oni obaj w bardzo złym stanie zdrowia, a myśmy obliczyli, że nam daleko taniéj wypadnie kazać ich zawieść, jak pochować..... rozumie się, jeżeli ich będziemy mogli jakiéj innéj gminie narzucić;...... co według mego zdania bardzo łatwo uczynić się da, jeżeli tylko na złość nam nie zrobią, i na przekorę na drodze nam nie umrą. Ha! ha! ha!
Gdy się pan Bumble przez chwilkę serdecznie naśmiał, wejrzenie jego przypadkiem na kapelusz trójgraniasty padło, i natychmiast dawnéj powagi i surowości nabrało.
— Ale my o naszéj sprawie zapominamy, moja pani Mann, — ozwał się nakoniec Woźny, — oto jest zapłata miesięczna, moja pani Mann.
Pan Bumble wyciągnął przytém z kieszeni zwitek srebra w papier zawiniętego i odebrał od pani Mann kwit, któren natychmiast w jego przytomności napisała.
— Jest na nim wprawdzie kilka żydów, ale to nic nieszkodzi, — rzekła dzierżawczyni sierot, — zawsze on ważny.... Dziękuje ślicznie panie Bumble, ja wiem, że wam wiele wdzięczności jestem winna, Sir.
Pan Bumble pochylił lekko głowę z największą uprzejmością, dziękując niby za grzeczność pani Mann, i zapytał, jak się dzieci mają.
— Dziękuję panu za tę lubą dziatwę! — odpowiedziała pani Mann czule; — te lube i kochane dzieci mają się jak tylko mogą najlepiéj. Wszystkie są zdrowe, wyjąwszy tych dwóch, które zeszłego tygodnia zmarły i małego Dika!
— Czy się temu chłopcu wcale nie polepsza? — zapytał pan Bumble.
Pani Mann wstrząsnęła głową.
— Jest to chłopiec najgorszy, najzłośliwszy i najknąbrniejszy z wszystkich wychowanków Gminy! — zawołał pan Bumble z gniewem. — Gdziesz on jest teraz?
— Przyprowadzę go natychmiast, Sir! — odpowiedziała pani Mann. — Dik!.... chodź tutaj,.... czy słyszysz?
Po wielu wołaniach Dika nakoniec gdzieś w kacie odkryto, twarz jego wodą przy studni zlano, umyto, zapaską pani Mann obtarto, i dopiero potém przed groźne oblicze pana Bumble, Woźnego, przyprowadzono.
Chłopczyna był blady, wychudły; lice miał zapadnięte, a oczy głęboko wklęsłe, wielkie. Ubiór lichy sieroty gminy, ta liberya nędzy i biedy, wisiała przestrono na jego wątłém ciele, a jego członki małe, drobne, takie były suche, wynędzniałe, jakby u starca.
To jest obraz téj małéj istoty, która drżąc na całém ciele przed obliczem pana Bumble stała, nie mając na tyle śmiałości oczów swych z ziemi podnieść, lękając się nawet grzmiącego głosu Woźnego.
— Czy nie możesz twemu przełożonemu śmiało w oczy spojrzeć, ty krnąbrny chłopcze? — ozwała się pani Mann do niego.
Chłopczyna podniosła oczy nieśmiało do góry, i spotkała się z wejrzeniem pana Bumble.
— Cóż ci brakuje sieroto Gminy? — zapytał Bumble z dobrotliwością i wesołością.
— Nic panie! — odpowiedziała dziecina słabo.
— I ja także mówię, że nic, — potwierdziła pani Mann, uśmiechająca się w duszy na tę niezwykłą, niesłychaną wesołość i żartobliwość Woźnego. — Ja wiem nawet dobrze, że ci nic nie brakuje.
— Ja bym chciał.... — bąknął nieśmiało chłopczyna. —
— A to co znowu? — przerwała mu pani Mann; — spodziewam się przecież, iż niechcesz powiedzieć, że ci czego u mnie brakuje?.... No mów,.... gadaj! ty bękarcie mały.
— Powoli moja pani Mann,.... powoli! — zawołał Woźny podnosząc rękę z pewną urzędową powagą. — Mówże, mów, cobyś chciał, mów!
— Jabym chciał, — wyjąkał chłopczyna, — ażeby mi ktoś, co pisać umie, kilka słów na kawałku papieru napisał, tę kartkę złożył, opieczętował, i przechował ją u siebie, gdy mnie do grobu włożą....
— Co ten chłopiec mówi? — zawołał pan Bumble, na którego słabowitość, wątłość i posępność chłopczyny niejakie wrażenie zrobiła, lubo do podobnego widoku był przyzwyczajony. — Co ty przez to rozumiesz chłopcze?
— Jabym chciał, — odparł chłopczyna, — biednemu Oliwerowi Twist pamiątkę miłości mojéj dla niego po sobie zostawić, i donieść mu, ile razy samotny siedziałem i gorżkie łzy wylewałem na tę myśl, że on tak opuszczony po świecie pośród nocy ciemnych włóczyć się musi, nie mając nikogo, coby mu chciał pomódz!.... Chciałbym mu także powiedzieć, — dodał chłopczyna, składając swe malutkie rączęta i mówiąc z wielkiem zapałem, — że ja bardzo rad za młodu umieram; gdyż umierając człowiekiem już dorosłym, może nawet starcem, mogłaby mię moja mała siostrzyczka, która już dawno jest w niebie, całkiem zapomnieć, albo też na mnie się gniewać, a to jednak będzie daleko lepiéj i miléj, jeżeli się oboje dziećmi tam ze sobą zejdziemy.
Pan Bumble zmierzył małego chłopczynę od stóp do głów z niewypowiedzianem zadziwieniem, i rzekł do pani Mann:
— Jak widzę to wszyscy są jednacy, moja pani Mann. Ten ladaco, ten śmiały i zuchwały Oliwer wszystkich popsuł.
— Nigdybym się tego niespodziewała, Sir! — zawołała pani Mann, wznosząc ręce do góry, i ze złością na Dika spoglądając. — Jeszczem takiego zuchwalca małego nigdy w mojém życiu niewidziała!
— Precz z nim, precz z moich oczu, moja pani Mann! — zawołał pan Bumble nakazująco. — Musimy o tém naszym Przełożonym donieść, moja pani Mann!
— Spodziewam się, że ci panowie będą mieli na tyle wyrozumiałości i poznają, że to nie jest wcale moją winą, Sir! — rzekła pani Mann z udanym płaczem.
— Niech cię to nie trwoży, moja pani Mann! oni to uczynią, gdyż o prawdziwym stanie rzeczy dokładnie uwiadomieni zostaną, — odpowiedział Bumble z wspaniałością. — Weź go, weź z moich oczu! nie mogę znieść jego widoku.
Dika wyprowadzono natychmiast z izby, i zamknięto do piwnicy na węgle, a pan Bumble niebawem sam się oddalił, by przygotowania do swéj podróży poczynić.

· · · · · · · · · · · · · · · ·

Nazajutrz rano o szóstéj godzinie, pan Bumble swój kapelusz trójgraniasty na kapelusz okrągły zamienił, w szeroki płaszcz niebieski z kapturkiem się obwinął, i usiadł na samym wierzchu powozu furmańskiego w towarzystwie owych dwóch zbrodniarzy, których miejsce urodzenia i pobytu przedmiotem sądowéj wątpliwości było.
Niebawem też z nimi do Londynu przybył, niedoświadczywszy po drodze żadnéj przygody, jeżeli nieprzyjemności, pochodzące z osłabienia i pierwotnie złego stanu zdrowia obu mieszkańców z domu roboczego za przygodę uważać niechcemy, albowiem ci przez całą drogę tak mocno dygotali, i na zimno się żalić nieprzestawali, że panu Bumble, jak późniéj sam oświadczył, zęby ze z grozy dzwoniły, i pewne niemiłe uczucie niewypowiedzianéj niewygody nim miotało, lubo płaszcz miał na sobie.
Pan Bumble, oddawszy tych zbrodniarzy na noc pod straż w miejsce właściwe, rozgościł się sam w tym domu gospodnim, do którego woźnica na popas zajechał, i kazał sobie zastawić bardzo skromny obiad z bifsztygu, sosu ostrzygowego i porteru. Usiadł potém na krześle przy kominku, szklankę z grogiem na murku od kominka postawił, zaczął rozmyślać nad występkami przeważającemi tych ludzi, którzy z obecnego stanu spółeczeństwa nie będąc radzi, na niego się gorzko żalą, i zabrał się w końcu z wszelkiemi wygodami do czytania gazet.
Pierwsze, co panu Bumble w ręce wpadło, było następne uwiadomienie:

„Pięć funtów nagrody!

„Zeszłego Czwartku wieczorem zginął chłopczyna młody, imieniem Oliwer Twist. Idąc z Pentonville do miasta zapewnie gdzieś w zasadzkę zwabiony, lub też gwałtem przytrzymany został, gdyż odtąd żadnéj wiadomości o nim nie otrzymano. Jeżeliby się ktoś znalazł, coby nam o nim mógł dać wiadomość, odkryć pobyt jego teraźniejszy, lub też przeszłość jego nam wyświecić, na czém wiele uwiadamiającemu zależy, otrzyma wzwyż naznaczoną nagrodę.“
Potém następował dokładny rysopis Oliwera postaci, ubioru, powierzchowności, a w końcu imie i pomieszkanie zawiadamiającego pana Brownlow.
Pan Bumble szeroko oczy wytrzeszczył, uwiadomienie całe przynajmniéj trzy razy od początku do końca przeczytał, i za pięć minut najdaléj w drogę do Pentonville się wybrał, zapomniawszy nawet w swoim zapale o grogu, który nietknięty na murku zastawił.
— Czy pan Brownlow jest w domu? — zapytał Bumble dziewczyny, która mu drzwi otworzyć przyszła. —
Na to zapytanie dziewczyna mu dała nie tak niezwykłą, jak raczéj unikającą odpowiedź.
— Niewiem dobrze,.... a z kąd pan jesteś?
Zaledwie Bumble imie Oliwera wyrzekł, chcąc przybycie swoje usprawiedliwić, pani Bedwin, która przez ten czas pode drzwiami podsłuchiwała, śpiesznie do sieni bez tchu prawie wybiegła.
— Proszę,.... proszę mój panie! — zawołała staruszka. — Wiedziałam o tém dobrze, że się raz przecież koniecznie o nim coś dowiemy.... Biedny chłopczyna!.... O tak!.... wiedziałam o tém dobrze!.... Wielki Boże!.... zawszem o tém mówiła....
To wyrzekłszy, poczciwa staruszka na powrót do swéj izby wpadła i rzuciwszy się na sofę, rzewnie rozpłakała. Lecz służąca, która tak bardzo czułą i tkliwą nie była, pobiegła tymczasem po schodach na górę uwiadomić o tém pana Brownlow, i powróciła niebawem z tą prośbą, aby pan Bumble za nią się natychmiast udać raczył.
Wprowadzono Woźnego do tejże saméj izdebki małéj, w któréj tyle książek się znajdowało, a pan Brownlow i jego przyjaciel Grimwig, z butelką wina na stole i szklankami pełnemi przed sobą właśnie siedzieli.
Skoro tylko Grimwig panu Bumble lepiéj się przypatrzył, natychmiast wykrzyknął:
— To Woźny!.... Woźny Gminy i domu roboczego! jeżeli, nie to połknę moję głowę.
— Bądź tak dobrym mój przyjacielu, i nie przerywaj temu panu, — ozwał się pan Brownlow. — Proszę, siadaj panie Woźny!
Bumble usiadł cokolwiek zmięszany dziwacznością pana Grimwig. Pan Brownlow światło lampy tak skierował, że ono wprost na oblicze pana Bumble padało, i ciągle go na oku mieć dozwalało; poczém z pewną niecierpliwością zapytał:
— Przychodzisz zapewne w skutek owego uwiadomienia w gazetach, nieprawdaż?
— Tak jest, panie! — odpowiedział Bumble.
— Wszak jesteś Woźnym,...... nieprawdaż ? — zapytał Grimwig.
— Ja jestem Woźny Gminy, moi panowie! — odpowiedział Bumble z dumą.
— Zresztą, — rzekł Grimwig po cichu do przyjaciela, — wiedziałem o tém dobrze. Ubiór, który ma na sobie, jest to ubiór właściwy każdego urzędnika Gminy, a on na wskroś na Woźnego wygląda.
Brownlow wstrząsnął lekko głową, chcąc przez to milczenie swojemu przyjacielowi nakazać, i zapytał Woźnego:
— Czy wiesz, gdzie się ten chłopiec biedny teraz znajduje?
— O tém więcéj nie wiem, jak i każdy inny, — odpowiedział Bumble.
— Cóż więc wiesz o nim? — zapytał staruszek. — Mów śmiało, mów mój przyjacielu, jeżeli masz coś do powiedzenia. Cóż wiesz o nim?
— Nieprawdaż, że nic dobrego o nim niewiesz, nieprawdaż?
Zawołał Grimwig szydersko, zbadawszy poprzód uważnie oblicze Bumbla.
Pan Bumble natychmiast to pytanie pochwycił i z uroczystością poważną głową wstrząsnął.
— Cóż, czy nie mówiłem?
Zawołał Grimwig rzuciwszy spojrzenie zwycięzkie na pana Brownlow.
Brownlow spojrzał z pewném oburzeniem na Bumbla oblicze wykrzywione, i żądał, aby tenże wszystko powiedział, co tylko wie o Oliwerze, lecz o ile możności jak najzwięzléj i nąjkróciéj.
Bumble odłożył na bok kapelusz, odpiął surdut, założył ręce, przegiął w tył głowę, jak człowiek, który w pamięci czegoś szuka, i po kilku chwilach głębokiego namysłu, rozpoczął swoję powieść.
Niewiem czyliby nam czytelnik te nudy wybaczył, które byśmy mu sprawili powtórzeniem tego, co Bumble przez dwadzieścia minut blizko owym dwóm staruszkom opowiadał. Istotą zaś i treścią téj powieści jego było to: że Oliwer był sierotą, zrodzoną z rodziców rozpustnych i występnych, że już od urodzenia wszelkie przymioty chłopca niewdzięcznego, przewrotnego, występnego i złośliwego objawiał i zawód swój krótki napadem zabójczym i zdradliwym na niewinnego, bezbronnego chłopca i ucieczką z domu swego majstra nocą zakończył.
Aby zaś dowieść, iż jest rzeczywiście tą osobą, za którą się wydaje, Bumble rozłożył na stole papiery, które z sobą do Londynu przywiózł, i założywszy na powrót swe ręce, cierpliwie dalszych uwag i badań pana Brownlow oczekiwał.
— Lękam się, że to wszystko jest rzeczywiście wielką prawdą.
Ozwał się nakoniec zacny staruszek stroskany, przejrzawszy dokładnie papiery.
— Nie jest to wprawdzie wiele za twoje doniesienie, mój panie; byłbym ci jednak trzy razy więcéj był dał, gdyby wiadomości twoje były dla tego chłopca nieco pomyślniejsze.
Nie jest to rzeczą wcale do prawdy niepodobną, żeby pan Bumble cokolwiek innéj barwy powieści swojéj był nadał, gdyby trochę pierwéj, przed tą rozmową jeszcze, o takich zamiarach pana Brownlow był wiedział. Lecz teraz już za późno było na to; wstrząsnął przeto głową jedynie z uroczystą powagą, pieniądze schował do kieszeni, i pożegnawszy staruszka, wesoło się oddalił. —
Brownlow przez kilka minut po odejściu Woźnego w przykrych myślach pogrążony po pokoju się przechadzał, tak mocno i widocznie zmartwiony i cierpiący, że nawet Grimwig sam z niego więcéj szydzić nie śmiał. —
Nakoniec stanął, i za dzwonek silnie pociągnął.
— Pani Bedwin, — ozwał się staruszek do swéj gospodyni, która téj chwili do pokoju weszła; — ten chłopiec, Oliwer, jest to kłamca, oszust!
— To być nie może, drogi panie,.... to być nie może! —
Odparła śmiało staruszka.
— Ale ja ci powiadam, że tak jest, — powtórzył Brownlow surowo. — Cóż ty sobie myślisz z twojém: to być nie może?.... Dopiero cośmy o jego całém życiu od urodzenia z jak największą dokładnością słyszeli;...... a on przez całe swoje życie był chłopcem niegodnym, złoczyńcą.
— Ja temu nigdy nie uwierzę, — odpowiedziała staruszka niezachwiana.
— Wy kobiety stare nikomu niewierzycie, chyba kuglarzom, lub książkom bajecznym! — zawołał Grimwig z gniewem. — Ja już dawno o tém wiedziałem. Nie chcieliście zaraz z początku mojéj rady usłuchać;...... bylibyście jednak mnie usłuchali, gdyby gorączki był nie miał,.... nieprawdaż, co?.... Był to widok tkliwy, rozczulający! Nieprawdaż?.... Tkliwy!.... ba!....
Dodał pan Grimwig, przewracając łopatką ogień na kominku.
— Była to luba, grzeczna, przyjemna i wdzięczna chłopczyna, Sir, — odparła pani Bedwin z oburzeniom. — Wiem ja dobrze, co to są dzieci, Sir!.... mając przez lat czterdzieści zawsze z niemi do czynienia, miałam także dosyć czasu doświadczenia nabrać, a ludzie, którzy tego o sobie powiedzieć nie mogą, powinni by w téj mierze swego sądu nie dawać,.... to jest moje zdanie Sir.
Był to cios dotkliwy, na pana Grimwig wymierzony, który żył dotąd w stanie bezżennym. Lecz gdy prócz uśmiechu nic innego na tym starym kawalerze nie wymógł, stara gospodyni głową skrzywiła, i fartuszek swój gładzić zaczęła,...... znak przygotowawczy do nowéj odezwy,...... którą jéj pan Brownlow jednak przerwał.
— Cicho! — rzekł staruszek, udając gniew, którego wcale nieczuł. — Abym nazwiska tego chłopca od dzisiejszego dnia nigdy więcéj niesłyszał!.... Dzwoniłem naumyślnie, aby ci to powiedzieć, moja pani Bedwin;.... nigdy,.... nigdy więcéj,.... pod żadnym pozorem,... proszę o tém niezapominać!.... A teraz możesz odejść, moja pani Bedwin... Proszę tylko niezapominać o tém, co powiedziałem, gdyż to jest najszczerszem mojém żądaniem.
Téj nocy były serca stroskane w domu P. Brownlow.
I serce Oliwera mocno bolało, gdy sobie na swoich dobrych i miłych dobroczyńców wspomniał; to przynajmniéj było szczęściem dla niego, że tego niesłyszał, co oni dzisiaj o nim usłyszeli, albowiem wtedy byłoby mu serce z pewnością z żałości pękło.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.