Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wyd. 1845
Druk Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVII.

Naprawia błąd, który w jednym z poprzedzających rozdziałów popełniono, porzucając tak niegrzecznie kobietę i Woźnego.

Ponieważ to na skromnego i pokornego autora wcale nie przystoi, aby osobie tak ważnéj jak Woźny, stojący do kominka tyłem obrócony, obie poły od swéj urzędowéj odzieży w rękach podniesionych, wyprężonych, rozkrzyżowanych trzymający, i przy ogniu się grzejący, tak długo stać i czekać kazano, dopokąd się mu uwolnić go nie spodoba;...... a to jeszcze bardziéj z jego stanowiskiem i grzecznością się nie zgadza, aby ta sama niedbałość, to samo zapomnienie i na niewiastę się rozciągać miało, na którą tenże Woźny tkliwém, czułém okiem spoglądał, do któréj ucha tysiączne pochlebstwa i słodziutkie słóweczka szeptał, które, z ust takiego męża pochodząc, pierś każdéj dziewczyny i kobiety, drżeniem koniecznie przejąć musiały;.... a zatém i ten szczeroduszny autor, którego pióro te słowa kreśli, mając w sobie tę ufność, iż nietylko zna dokładnie swoje stanowisko, ale i o tém wie bardzo dobrze, jak wielkie uszanowanie i cześć tym jest winien, którym moc i władza wzniosła rządu na ziemi jest nadana, pośpiesza złożyć u nóg ich to uszanowanie, którego wysokie ich stanowisko wymaga, i z tą cześcią głęboką z nimi się obejść, jakiéj godność ich tak wysoka, a w skutek tego i wielkie ich cnoty po nim wymagają.
Już sobie nawet założył wplątać do téj powieści, i w tém miejscu właśnie umieścić rozprawę o świętości tego prawa, i wyjaśnić oraz tę zasadę: że Woźny nigdy zbłądzić i niesłuszności popełnić nie może, coby z pewnością czytelnikowi prawemu nietylko wielką przyjemność sprawiło, ale i nadzwyczajną korzyść przynieść mogło, lecz szczupłość miejsca i krótkość czasu zmusza go na nieszczęście do odłożenia tego zamiaru do sposobności zręczniejszéj i pomyślniejszéj;..... a gdy ta nadejdzie, autor wszelkich sił swoich dołoży, aby dowieść, że Woźny należycie wyposażony, — to jest: Woźny Gminy, przyłączony do domu roboczego Gminy, i do urzędowych osób parafialnego kościoła Gminy należący, — na mocy prawa i urzędowéj posady swojéj, wszystkie zalety, cnoty, przymioty i własności najzaszczytniejsze człowieka posiada; i że prosty Woźny lichéj Gminy na wsi, lub Woźny pojedynczego Sądu, lub téż nakoniec Woźny lichego kościołka filialnego, — ten przynajmniéj w bardzo nizkim stopniu, — do owych cnót, zalet, przymiotów najmniejszego prawa nie ma.
Pan Bumble jeszcze raz wszystkie łyżki troskliwie obliczył, jeszcze raz cukierniczkę i szczypczyki do cukru zważył, jeszcze raz troskliwiéj garnuszek na śmietankę obejrzał, jeszcze raz całe uporządkowanie pokoju, krzesła, kanapę zbadał, dociekając nawet, czyli siedzenie jest z końskiéj sierci lub nie, i ten cały przegląd szczegółowy mało dziesięć razy powtórzył, nim się opamiętał, i na myśl mu przyszło, iż czas, aby pani Corney już powróciła.
Myśl myśl wyradza, a że ani słychać jeszcze było o powrocie pani Corney, pan Bumble sobie tedy pomyślał, żeby czas swój na poczekaniu strawiony w sposób bardzo niewinny i korzystny mógł przepędzić, gdyby ciekawość swoję zaspokoił, i do szybkiego przejrzenia i przetrząśnienia komody i szafki pani Corney się zabrał. —
Przytknąwszy ucho do dziurki od klucza, i zapewniwszy się dokładnie, iż się nikt do pokoju nie zbliża, poszukiwania swoje od dołu pan Bumble rozpoczął, to jest od trzech długich szuflad, zapełnionych rozmaitą odzieżą z ciężkich materyj, dobrze i starannie pomiędzy dwoma pokładami starych dzienników i suchych liści lawendowych przechowaną, która mu nadzwyczajną radość sprawiać się zdawała.
Przyszedłszy przy dalszém poszukiwaniu aż do wysuwki na prawéj stronie komody,.... w któréj kluczyk zwykle leżał,..... spostrzegł w niéj kufereczek na kłódeczkę zamknięty, który przy potrząśnięciu głos bardzo miły, niby dźwięk kruszcu wydawał;...... poczém pan Bumble krokiem poważnym, uroczystym na dawne miejsce swoje przy kominku powrócił, i przybierając napowrót dawną swoję postawę, rzekł z największą powagą, głosem stanowczym do siebie:
— Doświadczę!!
Uczyniwszy to ważne i szczególne postanowienie, przez dziesięć minut jeszcze przynajmniéj głową w sposób wiele znaczący kiwał, jakby sobie samemu pewne wyrzuty robił, iż takim zabawnym jest człowiekiem, poczém z nadzwyczajném upodobaniem i radością swoim nogom i łytkom się przypatrywał.
Tém przyjemném i tak miłém dla niego zatrudnieniem jeszcze był zajęty, gdy pani Corney, wpadając nagle zadyszana, wylękniona, na krzesło przy kominku się rzuciła, i zakrywając oczy jedną ręką, drugą na sercu położyła i do tchu przyjść nie mogła.
— Pani Corney,.... droga pani Corney! — zawołał pan Bumble, nachylając się ku niéj; — cóż to ma znaczyć?.... co to jest.... czyli się co niemiłego,.... złego wydarzyło? Proszę mi powiedzieć; stoję.... jak.... jak.... —
W swéj niespokojności Bumble sobie niemógł natychmiast przypomnieć: „jak.... na szpilkach“..... albo, „jak na gorących węglach“.... powiedział zatém: „jak.... jak na.... szkle....
— Ach panie Bumble! — zawołała niewiasta, — takem się okropnie wylękła, że do siebie przyjść nie mogę.
— Nie możesz przyjść do siebie, droga pani Corney? — wykrzyknął Woźny; — któż to się odważył tak okropnie cię przestraszyć?..... Ja wiem, — dodał Bumble, z powagą wrodzoną się miarkując; — zapewnie ktoś z tych złośliwych ubogich!
— Ach, jeżeli tylko na to pomyślę, to mię strach zbiera, — mówiła daléj pani Corney, wzdrygnąwszy się cała. —
— A zatém co zażyj, droga pani Corney! — odpowiedział Bumble pieszczotliwie. — Może kropeleczkę wina,.... co?
— Ach, za nic w świecie! — odparła pani Corney. — Nie, nie,.. wina nie!.. jabym go połknąć niemogła!.. ach!.... tam,.... tam.... na prawo,.... w szafce,.... ach !
Godna niewiasta wskazała przytém w swojém wzburzeniu na szafkę, i zdawała się oraz wewnętrznym kurczom ulegać.
Pan Bumble przypadł natychmiast do szafki, zdjął z półki z miejsca wskazanego ciemnozieloną butelkę, nalał z niéj pełną filiżankę napoju w niéj zawartego, i przytknął ją do ust osłabionéj niewiasty.
— Teraz mi już trochę lepiéj!
Odpowiedziała pani Corney, odtrącając ją ręką, gdy połowę wypiła.
Pan Bumble oczy nabożnie wzniósł ku stropowi na znak podziękowania, opuścił je potém na filiżankę, którą zwolna do nosa zbliżył.
— Miętówka!
Wytłómaczyła mu pani Corney słabym głosem, uśmiechnąwszy się przytém ponętnie do Woźnego.
— Proszę pokosztować! jest tam w niéj jeszcze odrobinka czegoś innego.
Pan Bumble skosztował lekarstwo z pewną wątpliwością, mlasnął ustami, łyknął raz jeszcze, i wychylił filiżankę aż do kropli.
— Ach to wzmacnia! — rzekła pani Corney.
— To prawda,.... i bardzo wzmacnia!.... rzeczywiście droga pani Corneyǃ
Odpowiedział Woźny, a mówiąc to, przysunął sobie krzesło, usiadł tuż koło niéj, i zaczął się jéj czule dopytywać, co się takiego wydarzyło, że tak wyłękniona przybiegła.
— Nic, nic, panie Bumble, — odpowiedziała pani Corney. — Ach ja jestem kobieta szalona, drażliwa i bardzo słabowita istota.
— Nie, nie słabowita, droga pani Corneyǃ — odparł pan Bumble, i jeszcze bliżej z krzesłem do niéj się przysunął. — A może jesteś w istocie słabą istotą, droga, luba pani Corney?
— Ach, my jesteśmy wszyscy słabemi istotami!
Odpowiedziała pani Corney, zasłaniając się zasadą ogólną.
— To prawda — potwierdził Woźny.
Przez kilka minut milczenie jak najgłębsze panowało, gdyż żadne z nich ani słówka nierzekło. Bumble wyjaśnił niejako to całe położenie, zdjąwszy lewą rękę z poręczy krzesła pani Corney, na któréj dotąd spoczywała, i opuściwszy ją do sznureczka u fartuszka pani Corney, z którym się powoli poplątała.
— My jesteśmy wszyscy słabemi istotami!
Ozwał się nakoniec pan Bumble.
Pani Corney westchnęła.
— Ach pani Corneyǃ dla czegóż tak wzdychasz? — zapytał Bumble.
— Kiedy się temu oprzeć niemogęǃ
Odpowiedziała pani Corney i powtórnie westchnęła.
— Jest to pokoik bardzo ładny, wygodny, droga pani Corney! — mówił Bumble daléj, potoczywszy po nim okiem. — Jeszcze jeden taki pokój, a niczego by już nie brakowało.
— Toby za wiele było dla jednéj osoby, — szepnęła zacna niewiasta.
— Ale nie dla dwóch, — odpowiedział Bumble głosem najsłodszym. — Cóż pani Corney?
Pani Corney pochyliła głowę, gdy Bumble to wyrzekł, a Bumble również swoję pochylił, aby w twarz pani Corney zajrzeć.
Pani Corney odwróciła cokolwiek twarz swoję z nadzwyczajną skromnością i chciała po chustkę od nosa do kieszeni sięgnąć, lecz ta ręka z ręką Bumbla się zetknęła.
— Opał wolny, nieprawdaż droga Corney? —
Zapytał Woźny, ściskając namiętnie jéj rękę.
— I światło także. —
Odpowiedziała pani Corney, ściskając go leciuchno nawzajem.
— Opał, światło i mieszkanie wolne, — zawołał wtedy Bumble; — ach pani Corney, jakiż to anioł z ciebie!
Takiemu wybuchowi czułości biedna niewiasta żadną miarą oprzeć się niemogła.
Padła tedy w objęcie Woźnego, a Bumble, zapałem i rozkoszą swoją uniesiony, pierwszy ognisty pocałunek na nos jéj cny i skromny wycisnął.
— Taka piękność, taka doskonałość naszéj Gminy! — zawołał Bumble z uciechą. — Wszak ci wiadomo, że panu Slout téj nocy się pogorszyło?
— Wiem! — odpowiedziała pani Corney wstydliwie.
— Jak lekarze mówią, to zaledwie tydzień jeszcze pożyje, — mówił daléj Bumble. — On jest Zawiadowcą tego zakładu;... śmierć jego stanie się powodem, iż jedna posada wolną będzie;.. wypadnie ją zapełnić!.... Ach pani Corney, jakie widoki,... jakie piękne widoki!! Jaka sposobność pomyślna dla połączenia dwóch serc,.... dwóch gospodarstw!
Pani Corney szlochała.
— Jedno tylko słówko! — zawołał wtedy Bumble, nachylając się ku téj piękności wstydliwéj, — jedno tylko małe,.... malutkie,.... maluteńkie słóweczko najsłodsza Corney!
— Do.... do.... dobr.... brze! — wyzionęła cichutko zacna niewiasta.
— Jeszcze jedno! — mówił daléj Woźny; — jedno jeszcze niechaj te usteczka słodziutkie wyrzekną!.... Kiedyż ma nastąpić?.... kiedy?.... kiedy?
Pani Corney po dwa razy usta otworzyła, i po dwa razy słowa na ustach jéj skonały.
Nakoniec, zebrawszy całą swoję odwagę, objęła obiema rękami Woźnego za szyję, i rzekła: iż nastąpić może, kiedy tylko sam zechce, gdyż on jest człowiekiem, któremu się oprzeć niepodobna.
Uporządkowawszy raz całą tę sprawę na tak przyjacielski i zadawalniający sposób, zatwierdzono uroczyście zawartą ugodę i zaręczyny drugim kubkiem miętowki, która przy tém wzburzeniu umysłu niewiasty i jéj serca daleko potrzebniejszą jeszcze się stała.
Gdy się nakoniec z tém wszystkiém cokolwiek uspokojono, pani Corney uwiadomiła Woźnego o śmierci staréj dozorczyni domu roboczego.
— To dobrze, — odpowiedział Bumble, chlepnąwszy miętówki. — Jeszcze dzisiaj wracając do siebie do pana Sowerberry wstąpię, i powiem mu, aby się na jutro koło niéj zakrzątnął. Cóż cię tak mocno przestraszyło, droga, droga Corney?
— Nic szczególnego, mój luby, — odpowiedziała niewiasta unikająco.
— Jednak musi w tém coś być koniecznie! — nacierał Bumble uporczywie; — dla czegóż tego twojemu Bumble nie chcesz powierzyć, najdroższa?
— Nie teraz jeszcze, nie teraz, — odparła pani Corney: — dopiero gdy się pobierzemy, to ci potém powiém, drogi Bumble.
— Gdy się pobierzemy? — zawołał Bumble. — Spodziewam się, że to niebyła przecież jaka śmiałość bezczelna ze strony którego z mieszkańców tego domu....?
— Nie, nie, drogie życie, nie! — wtrąciła niewiasta żywo.
— Gdybym o tém mógł pomyśleć, — mówił daléj Bumble, — gdybym wiedział, iż który z nich swoje gminne oczy do tego lubego oblicza podnieść się odważył....
— Oni by się tego niepoważyli, mój drogi, nie! — odpowiedziała niewiasta.
— Szczęście dla nich wielkie! — zawołał Bumble, grożąc pięścią. — Pokaż mi człowieka, czy to z naszéj Gminy, czy też z kąd inąd, który by się to uczynić ośmielił, to ja mu powiem takie słóweczko, że już tego po drugi raz z pewnością nie uczyni.
Te słowa spokojnie, bez wszelkiego żywszego, namiętniejszego ruchu wyrzeczone, nie uchodziłyby wcale za wielką grzeczność i pochwałę na wdzięk i urok pani Corney; ale że Bumble tę groźbę wyrzekł z nadzwyczajném oburzeniem i złością w ruchu i głosie, pani Corney tym dowodem miłości i przywiązania jego mile tkniętą, rozczuloną została, i oświadczyła z niewypowiedzianém uniesieniem, że on jest w istocie prawdziwym gołąbkiem.
Gołąbek tedy zawinąwszy kołnierz od swéj urzędowéj sukni, zasadził na głowę swój trójgraniasty kapelusz, uściskał i ucałował raz jeszcze czule swoją przyszłą małżonkę, i odszedł, narażając się śmiało na wszelkie nieprzyjemności mroźnego wiatru nocnego;..... poprzód jednak na chwilkę jeszcze w izbie mężczyzn domu roboczego się zatrzymał, aby ich cokolwiek zgromić w celu przekonania się własnego, iż urząd zawiadowcy domu roboczego z potrzebną do tego surowością wypełnić podoła.
Pan Bumble rad zupełnie ze swoich zdolności, opuścił zakład z sercem lekkiém i dumnymi widokami przyszłéj swojéj wzniosłości, które go ciągle przez drogę zajmowały, dopokąd do zakładu Przedsiębiorcy pogrzebów nie doszedł.
Tutaj sklep jeszcze nie był zamknięty, lubo zwykła godzina dawno już minęła, a to z przyczyny, że pan i pani Sowerberry na wieczór na herbatę sobie wyszli, a Noa Claypole nigdy w sobie nieczuł nadzwyczajnéj skłonności do użycia większego sił swoich, jak tyle, ile do jedzenia i picia niezbędnie potrzeba było.
Pan Bumble uderzył kilka razy laską swoją o stolik; lecz gdy przez to żadnéj uwagi wzbudzić nie zdołał, a przez okienko małe w izdebce w tyle od zakładu się znajdującéj mdłe światło spostrzegł, postanowił przeto się odważyć i zajrzeć, co się też tam dzieje takiego; a gdy to w istocie spostrzegł, co się tam działo, zadziwienie niemałe Woźnego ogarnęło.
Stół był do wieczerzy nakryty, a na nim znajdowało się masło, chleb, talerze, szklanki, dzbanek z piwem i butelka wina.
U wyższego końca stołu siedział Noa Claypole, wygodnie rozparty na krześle poręczowém, mając nogi przez jednę poręcz przewieższone, z nożem otwartym w jednéj, a kromką obficie masłem nasmarowanego chleba w drugiéj ręce; tuż koło niego stała Karolina, dobywając ostrzygi z małéj beczułeczki, które pan Noa Claypole z nadzwyczajną chciwością pochłaniać raczył.
Rumianość nieco większa jak zwykle w okolicy nosa tego młodego jegomości, i pewien obłęd, lśnienie niezwyczajne w prawém oku jego, jasnym było dowodem, iż w pewném stopniu był już pijanym; a co jeszcze bardziéj to przypuszczenie potwierdzało, to owa roskosz nieokreślona, z jaką te ostrzygi jedna za drugą pochłaniał, którą by jedynie własnością ich chłodzącą w każdym przypadku, jeżeli gorączka wewnętrzna dopieka, dostatecznie wyjaśnić można.
— Patrzaj Noa, jaka tłuściutka,.... i smaczna! — rzekła Karolina; — jeszcze tę jednę tylko zjedz! tę jednę i ostatnią jeszcze!
— Taka ostrzyga, jest to jednak coś niesłychanie smacznego! — zauważył Noa, połknąwszy ją z lubością. — Jaka szkoda, że się człowiekowi niemiło zrobi, jeżeli pewną ilość zje tych źwierzątek, nieprawda Karolino?
— To jest prawdziwą srogością,... okrucieństwem! — odpowiedziała dziewczyna.
— Nieinaczéj, — potwierdził Noa Claypole. — A ty czy nie lubisz ostrzyg?
— Niebardzo! — odpowiedziała Karolina. — Ja się bardziéj lubię patrzeć na to, jak ty je połykasz drogi Noa; to mi jest milsze, jakbym je sama jadła.
— A to rzecz śmieszna! dalibógǃ — zawołał Noa z namysłem.
— Oto jest jeszcze jedna, — rzekła Karolina. — Patrzaj no, jaką ładną, smaczną ma bródkę!
— Już więcéj jeść niemogę, — odpowiedział Noa. — Żałuję bardzo, ale już ani rusz więcéj! Karolino, chodź do mnie, niech cię pocałuję!
— Co! — zawołał Bumble, wpadając do izby. — Powiedz to jeszcze raz!
Karolina wrzasnęła, i twarz swoję fartuszkiem zakryła, a Noa, zmieniwszy o tyle tylko postawę swoję, że nogi z poręczy krzesła na ziemię zesunął, spoglądał na Woźnego z przerażeniem i osłupieniem pijanego.
— Powtórz to jeszcze raz, ty niegodziwy, bezczelny chłopcze! — zawołał Bumble. — Jak ty śmiesz przez usta nawet coś podobnego przepuścić, co? Jak ty śmiesz na takie rzeczy mu pozwalać, i do tego jeszcze go sama podbudzać, ty zdrożna dziewczyno! Całować ją!.... całować! — wołał Bumble z niewysłowioném oburzeniem; — tego już za wiele!
— Jabym tego nigdy nierobił! — zawołał Noa becząc; — ale ona mię zawsze do tego namawia i sama całuje, czy ja chcę, czy niechcę.
— O Noa! — zawołała Karolina z gorzkim wyrzutem.
— Ona to zawsze robi, panie Bumble! — odparł Noa; — tak jest, ty zawsze to robisz!.... ona mię głaszcze po brodzie, i pieści się ze mną na wszystkie sposoby.
— Milcz! — zawołał Bumble surowo. — Ruszaj natychmiast do kuchni, niegodziwa niewiasto! A ty Noa, zamknij natychmiast skład, i nie mruknij ani słówka, dopokąd twój pan do domu nie powróci; gdy zaś wróci, powiedz mu; że pan Bumble tutaj był i kazał mu powiedzieć, aby jutro rano przyszedł do zakładu i miarę wziął na trumnę dla zmarłéj kobiety staréj,.... czyś słyszał?.... Całować!
Zawołał Bumble, wznosząc ręce do góry.
— Zepsucie i występność niższych klass ludności téj Gminy okropnie górę wzięła; a jeźli parlament w to się niewda, i uwagi swojéj na to przerażające zgorszenie nie zwróci, to kraj zniszczeje, a ród włościan na wieki zaginie.
To mówiąc, Woźny opuścił skład pana Sowerberry z powagą i godnością uroczystą.
A teraz, kiedyśmy go tak daleko już odprowadzili, i wszelkie przygotowania do pogrzebu zmarłéj staruszki uczynić kazali, musimy się także za Oliwerem Twistem obejrzeć, i zapewnić, czyli pozostał w tym rowie, w którym go Tobijasz Crackit pozostawił.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.