Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1884
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XI.

Wjechałyśmy na dość wysoką górę, a z niéj roztoczył się przed nami widok prześliczny. Wysunęłam głowę przez okno i patrzyłam.
W środku doliny, którą zewsząd otaczały wzgórza różnych kształtów i wielkości, stał dwór starożytny, obszerny, widocznie bogaty, bo kosztownemi otoczony sztachetami, z rozległym parkiem, którego zieloność stała za murowanym domem, jak nieruchoma wysoka ściana. Z za parku, na najwyższém ze wszystkich wzgórzu, widniał dość duży, murowany kościół; z innéj strony wązka bystra rzeka wypływała z jakiéjś niby pomiędzy dwiema górami rozpadliny i śród ciemnych jodeł, rozrzuconych po jéj brzegach, wielkim pędem w kilku zwrotach okręcała się po dolinie.
— Cudowne miejsce! — zawołałam.
— To Rodów! — odpowiedziała mi matka.
Więc babki moje cioteczne w tak piękném mieszkają miejscu! jakże dziwnie wydawać się muszą ich szelesczące ogony u sukien przy szmerze téj rzeki, i czepce, o krochmalnych koronkach, przy tych szczytach wzgórz zielonych! Uśmiechnęłam się do téj mojéj myśli. Na sercu znowu mi było pogodnie i radośnie. Pomyślałam sobie, że już tak blizko znajduję się kuzynka Franusia! Kareta zjeżdżała z góry prędko, coraz prędzéj, a serce moje uderzało mocno, coraz mocniéj. Tuż, tuż staniemy przed gankiem. Jak téż to Franuś wybiegnie na nasze powitanie, portyerę otworzy, rękę mi poda z radością w błękitnych oczach! Jakie téż będzie piérwsze słowo, którém do mnie przemówi i co mu odpowiem? A babki? babki? toć nie widziały mię od lat dziewięciu? Jak znajdą mię teraz, jak się im spodobam?
Stanęliśmy przed gankiem. Zamiast Franusia, w drzwiach domu ukazał się wysoki i brodaty lokaj w czarnéj liberyi ze srebrnemi galonami i, uroczyście zstąpiwszy ze wschodów, otworzył portyerę karety.
Kuzynka nie było.
Wbiegłam za matką moją na ganek i zapuściłam wzrok niecierpliwy w głąb’ obszernego i ozdobnego przedpokoju.
I tam kuzynka nie było.
Weszłyśmy do sali jadalnéj z ciemnemi ścianami, długiéj, jakby przepaścistéj; obiegłam wzrokiem wszystkie jéj kąty.
I tu kuzynka nie było.
Miałam takie poczucie, jakby mi taflę lodu przyłożono do serca. Znalazłam się w wielkim salonie, bardziéj długim niż szerokim, który, przez tę nieprawidłowość form, wyglądał nakształt olbrzymiéj szuflady. Salon ten przerzynał dom w całéj jego szerokości, miał więc okna przeciwlegle do siebie położone i tak ocienione drzewami, że śród dnia był pogrążony w pół zmroku. Ciężkie firanki z ponsowego aksamitu, oszyte ciężką złotą frendzlą, opadały na szyby, bardziéj jeszcze tamując drogę dziennemu światłu. Szczególne umeblowanie salonu od razu uderzyło moje oczy. Pod każdą z dwóch ścian podłużnych stało po dwie jednostajne kanapy, pod temi czterema kanapami były rozesłane cztery zupełnie jednostajne dywany, a na dywanach, stało po sześć foteli, w zupełnie jednostajnym ustawionych porządku. Pomiędzy temi fotelami stały jednostajne stoliki, dźwigające cztery jednostajne lampy. Resztę przestrzeni, znajdującéj się pod ścianami, zajmowały krzesła rzędem ustawione. Ściany miały staroświeckie obicie błękitne, w złote gwiazdy; od sufitu spuszczał się ciężki żyrandol.
Tchu mi zabrakło w piersi, gdy weszłam do tego półciemnego salonu. Byłam pewna, że ktoś mię włożył w szufladę i zasunął do komody. Obiegłam jednak salon szybkiém wejrzeniem. Kuzynka w nim nie było.
W przyległym pokoju dał się słyszéć szelest dwóch ciężkich sukien jedwabnych, rozchyliła się portyera i babki moje stanęły w progu.
Jakkolwiek duszno mi się zrobiło, przestępując próg salonu moich babek, nie mogłam oprzéć się artystycznemu wrażeniu obrazka, który się mi przedstawił. W ramach, utworzonych z ponsowéj o złotych frendzlach firanki, stały dwie stare kobiety jednostajnego wzrostu, wysokie, szczupłe, wyprostowane, w długich sukniach z ciężkiéj czarnéj materyi i takich samych mantylkach, zdobnych w szerokie, czarne koronki. Na tych poważnych, sztywnych nieco postaciach, były dwie głowy z blademi, ściągłemi twarzami, o delikatnych rysach, z czołami pooranemi mnóztwem zmarszczek, z blademi, dumnemi ustami, z zupełnie prawie białemi włosami, które w regularnych lokach opadały na skronie z pod czepców z prawdziwych białych koronek. Takież same białe koronki, w kształcie szerokich kołnierzy, otaczały ich szyje i spadały na ręce białe, delikatne, o długich, cienkich palcach. Stanęły w progu obiedwie i parę sekund patrzyły na nas, nie ruszając się z miejsca. Matka moja wzięła mię za rękę i żywo postąpiła na przód. Z wdziękiem, właściwym sobie, pocałowała w ramię obie swe ciotki, a potém wskazując na mnie, poleciła mnie ich sercu i łasce.
Utkwiły we mnie piwne i, mimo wieku, piękne jeszcze oczy, i podały mi do pocałowania białe swe ręce.
Po dopełnieniu téj ceremonii, babki moje usiadły na jednéj z czterech jednostajnych kanap, matce mojéj i mnie wskazując gestem miejsca na fotelach. Tak uderzyły mię postacie moich babek, że, przypatrując się im, nie słyszałam rozmowy, jaką prowadziła z niemi moja matka. Wiedziałam o tém, że jedna z nich była od lat wielu wdową, a druga nigdy zamężną nie była; że jednéj z nich było na imię Hortensya, drugiéj Ludgarda. Ale na piérwszy rzut oka były tak do siebie podobne, a przytém tak jednostajnie ubrane, że zakłopotała mię myśl, jak je na przyszłość rozróżniać będę.
Na szczęście spostrzegłam, że u jednéj z nich wysuwały się z każdéj strony czepca po trzy siwe loki, u drugiéj po cztery. Chodziło więc tylko o to, jak było na imię jednéj, a jak drugiéj. Ale pomyślałam, cóż będzie, jeśli którego dnia, którakolwiek z moich babek, odmieni liczbę swych loków? Nie rozróżniłabym już ich wtedy z pewnością. Zaczęłam się tedy bacznie przypatrywać, czy innéj jakiéj nie odkryję między niemi różnicy. I odkryłam, a nawet wielką i uderzającą.
Twarze moich babek, podobne do siebie rysami, różniły się niezmiernie wyrazem. Jedna z nich była dumna, zimna, z wązkiemi, pogardliwemi ustami i surowym przenikliwym, a twardym wzrokiem; drugą, przeciwnie, cechowała łagodność w połączeniu, z przyrosłym jakby do twarzy smutkiem, a pomimo sztywnéj postaci i podniesionego czoła, rozlewał się po niéj wyraz nieokreślonego jakiegoś moralnego przygnębienia. Piérwsza prowadziła rozmowę i wydawała się prawdziwą panią a władczynią wszystkiego, co ją otaczało, druga odzywała się rzadko i patrzyła przed siebie mało ruchomemi i myślącemi, ale dobremi i miękkiemi, oczyma. Uczułam się pociągniętą do drugiéj.
Zwróciłam uwagę na rozmowę matki mojéj z babkami, w nadziei, że coś o Franusiu mówić będą. Rozmawiały o pogodzie, drodze, wczorajszéj wizycie u nas pani S., a o nim nie było ani wzmianki. Siedziałam jak na mękach. Błękitne oczy kuzynka błąkały się wciąż przede mną, po ścianach między złotemi gwiazdami obicia, i taki mię żal ogarnął, że w ciszy mego serca, w saméj najdalszéj głębi mojéj myśli, szepnęłam sobie: doprawdy! chyba ja jego kocham!
W téj saméj chwili, jedna z moich babek, ta, która mówiła mało, a miała łagodne oczy i usta, wyciągnęła rękę i poruszyła srebrny dzwonek, stojący na stole. W drzwiach od jadalnéj sali stanął lokaj.
— Poprosić pana Franciszka! — rzekła moja babka.
Na te słowa poczułam silne ukłucie w sercu, a zarazem chęć do rzucenia się babce na szyję, ale zaledwie spojrzałam na jéj sztywną, surową suknią i biały czepiec, popęd ten ustał, a tylko czułam, że rumienię się po uszy. Szczęściem nikt na mnie nie patrzył, ja zaś patrzyłam na drzwi od jadalnéj sali, któremi byłam pewna, że nadejdzie Franuś. Po kilku minutach usłyszałam w istocie śpieszny chód jego i upragniony mój kuzynek wszedł do salonu.
Wydało mi się, że razem z jego wejściem świetléj i ciepléj zrobiło się w ogromnéj szufladzie. Lód spadł mi z serca i piérwszy raz od wejścia mego tutaj odetchnęłam swobodnemi piersiami.
Zaledwie jednak rzuciłam okiem na kuzynka, który, aby dojść do nas, musiał przebyć szufladę w całéj jéj długości, zdziwiłam się bardzo. Postępował krokiem nie tak swobodnym, jak zwykle; przeciwnie, cała jego postać nacechowana była przymusem i zmieszaniem. Na twarzy jego, zamiast zwykłéj otwartości i pogody, zobaczyłam ten sam przymus i zmieszanie. Od samych drzwi patrzył tylko na moje babki, a na mnie, widziałam, że rzucił tylko w progu przelotne wejrzenie. Wprawdzie widziałam, że przy wejrzeniu tém oczy jego błysnęły tak, że przy nich pogasły złote gwiazdy obicia, ale za to potém straciły nagle swą świetną barwę i stały się niepewne jakieś, niby zalęknione. Czemu on na mnie nie patrzy? — myślałam sobie, gdy Franuś zbliżał się do kanapy. Na to-żem tak ślicznie się uczesała i wyglądała go tak niecierpliwie? Kuzynek pocałował z kolei w rękę obie ciotki swe i moję matkę, a mnie skłonił się tylko ze spuszczonemi oczyma.
Ubodło to mię znowu; u nas zawsze mi rękę do uścisku podawał i to kilka razy na dzień, jak się ku temu najmniejsza wydarzała sposobność. Czy obrażony na mnie? ale za cóż? Czy nie chce już być ze mną w przyjaźni? pomyślałam znowu. Tymczasem kuzynek stanął za jednym z foteli, obie ręce oparł o poręcz i miał minę człowieka, który nie śmie usiąść.
— Usiądź, Franusiu! — rzekła moja babka z łagodniejszemi oczyma.
Usiadł, ale na samym brzeżku fotelu, z ciągle jednostajnie nieśmiałą miną. Coraz więcéj byłam zdziwiona. Gdzież podział się pewny siebie i pełen zręcznych ruchów układ mego kuzyna? Spojrzałam na moję matkę i zobaczyłam, że patrzyła na Franusia pełném dobroci spojrzeniem, w którém malowało się pewne współczucie.
— Jakżeś przebył podróż od nas do Rodowa? — spytała, jakby chcąc go wciągnąć w rozmowę.
— O, dziękuję cioci! bez żadnego złego wypadku — odparł Franuś i umilkł znowu, a oczy trzymał stale utkwione w dzwonek, stojący na stole.
Gdzież się podziała jego rozmowność i dowcip w odpowiedziach? przemknęła mi się myśl i znowu popatrzyłam na kuzyna, którego postawa przypominała mi bojaźliwe pensyonarki przy examinach, i wydawał mi się prawie brzydkim. Przytém zdjęła mię jakaś litość nad nim. W istocie miał minę prawdziwie wzywającą miłosierdzia.
Babki nie zwracały wcale uwagi na Franusia i zaczęły znowu rozmawiać z moją ukochaną matką. Po chwili spostrzegłam, że oczy jego oderwały się od dzwonka, przeszły na lampę, z lampy na ścianę, ze ściany na wysoką poręcz fotelu, na którym ja siedziałam, i po odbyciu téj podróży naokoło świata, zatrzymały się w miejscu, do którego dążyły, t. j. na mojéj twarzy. Jednocześnie stały się znowu bardzo błękitne, jakiemi widywałam je zawsze.
Pochwyciłam tę chwilę i odezwałam się:
— Jakże pięknie położony jest Rodów! — i mówiłam daléj o moim zachwycie nad piękną doliną, którą przy wjeździe oglądałam ze wzgórza. Im więcéj mówiłam, tém więcéj pogodniały oczy Franusia, zniknęło uprzednie jego zmieszanie, nie spuszczał ze mnie wzroku i uśmiech zaczął igrać na jego ustach.
Gdy skończyłam mówić, rzekł:
— O, jak kuzynka umiész odczuwać piękność natury! Jak żywemi skreśliłaś słowami krajobrazy, otaczające Rodów! Są one w istocie prześliczne. Ja, co się tu wychowałem, znam każdy kątek okolicy, jak rodzinne miejsce. Lubię o wschodzie dnia wchodzić na wzgórze i patrzéć, jak piérwsze promienie słońca przeglądają się w błękitnéj rzece, albo szeroko spozierać na ciemny bór sosnowy, pomiędzy którym...
Nagle urwał, bo usłyszał głos jednéj ze swoich babek, zwrócony do niego.
— Franusiu — mówiła — idź do pokoju mego i przynieś mi koszyk z robotą.
Twarz jego z ożywionéj i pełnéj zapału, jaką była, gdy mówił do mnie, stała się znowu nieśmiałą i zmieszaną.
Zerwał się na równe nogi, poskoczył i zniknął za portyerą.
Po kilku sekundach przyniósł srebrny koszyk, pełen białéj bawełny, postawił go przed ciotką i usiadł znowu na brzeżku fotelu.
Babka moja uchyliła nieco koronkowe mankiety, które jéj opadały na ręce i, prowadząc daléj rozmowę z moją matką, zaczęła wydobywać z koszyczka robotę, która składała się z milionowych drobnych cząsteczek. Były to tak zwane frywolitki, to jest gwiazdeczki, kółeczka, gzygzaczki, pajączki, wyrabiane za pomocą specyalnych mikroskopijnych narzędzi z najcieńszéj bawełny, jaka exystuje na tym świecie. Cienkiemi palcami białych swoich rąk rozwijając powoli jeden z kłębków, babka moja poraz piérwszy zwróciła się do mnie:
— A Wacia czy lubi robótki? — spytała.
Uderzył mię ton jéj mowy oschły i wyniosły. Wprawdzie niewielką byłam amatorką ręcznych robót i powiedziałam to, bo nie widziałam powodu, dla czego-bym nieprawdę mówić miała. Babka moja utkwiła we mnie swoje piwne dumne uczy i rzekła:
— To bardzo źle; panna dobrze wychowana powinna zajmować się robótkami, wyszywaniem na kanwie, haftem.
Babka moja zwróciła się do mojéj matki i mówiła daléj:
— Powinnaś, Matyldo, przyzwyczajać Wacię do ręcznych robót; postaw w jéj pokoju krosienka z napiętą kanwą i każ pannie służącéj przerysować dla niéj z żurnalu deseń na kołnierzyk.
— Przyznam się kochanéj cioci — odpowiedziała moja matka z uśmiechem — że sama nigdy nie byłam amatorką robót ręcznych i nie widzę, na co-by one były tak konieczne.
— Jakto? — przerwała babka — to nadaje kontenans młodéj osobie, w czasie naprzykład wizyty jakiego młodego człowieka. Jakże z nim będzie rozmawiała, skoro nie znajdzie punktu oparcia dla swoich oczu?
Tak mię zdziwiły te słowa, że odważyłam się nieśmiało wymówić:
— Kochana babuniu, dla czegóż-by młoda osoba nie miała patrzéć na tego, z kim rozmawia?
Babka ze zdziwieniem spojrzała na mnie, a w téjże chwili kłębuszek bawełny z rąk jéj wypadł i potoczył się pod kanapę. Drobny ten wypadek odebrał mi możność posłyszenia odpowiedzi babki, bo Franuś poskoczył z niezmierną żywością i upadł na kolana przed kanapą, dla wydobycia ztamtąd kłębuszka.
Gdy kłębuszek został już wydobyty z pod kanapy, babka wzięła mikroskopijne szczypczyki, mikroskopijne kółeczka i, owijając bawełną setnego numeru, prowadziła daléj przerwaną rozmowę:
— Otóż mówiłyśmy o robotach. Nieprzyzwoitém jest, aby dobrze wychowana panna siedziała w salonie z założonemi rękoma i mieszała się do rozmowy starszych, albo głośno wypowiadała swoje zdania. Najpiękniejszą ozdobą młodéj osoby jest skromność, a dlatego, aby módz zachować skromne ułożenie, konieczną jest w jéj ręku ręczna robótka. Takim jest zwyczaj, przyjęty w świecie, a ze zwyczajem nikomu rozmijać się nie wolno.
Ostatnie wyrazy babka moja wymówiła jeszcze oschlejszym, niż zwykle, tonem. W głosie jéj zabrzmiał twardy despotyzm. Cała ta rozmowa przykre na mnie sprawiała wrażenie. Matka moja, która patrzyła na mnie, musiała to spostrzedz, bo zaczęła mówić o czém inném. Ja zwróciłam się znowu do Franusia.
— Czy kuzynek wyjeżdżał w tych dniach w sąsiedztwo? — spytałam.
— O, nie — odpowiedział — ja rzadko wyjeżdżam w sąsiedztwo. Ciocia Hortensya jest wielką amatorką koni i z niechęcią widzi, gdy ich kto do podróży używa. Wychodziłem tylko parę razy na polowanie.
— Czy kuzynek znajdujesz w polowaniu tak szczególną przyjemność?
— W samém polowaniu, to jest w strzelaniu do zwierza, niewielką znajduję przyjemność, ale jest to przynajmniéj jakie takie zabicie czasu. Zresztą, gdzież można znaléźć milszą samotność, jak...
Znowu urwał nagle, bo druga babka przemówiła do niego:
— Franusiu, idź do mego pokoju i przynieś mi mój koszyk z robotą.
Porwał się z miejsca z takim samym, jak piérwszą razą, pośpiechem, poskoczył i przyniósł koszyczek, zupełnie podobny do piérwéj przyniesionego, z tą różnicą, że nie bawełną, ale włóczką był napełniony. Zaledwie jednak babka moja miała czas wydobyć z niego wielkie włóczkowe, wyrabiane szydełkiem kwadraty, gdy we drzwiach stanął galonowany lokaj z serwetą na ramieniu i uroczystym głosem wymówił:
— Podano do stołu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.