Pani Bovary/Część druga/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Flaubert
Tytuł Pani Bovary
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1878
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwika Kaczyńska
Tytuł orygin. Madame Bovary
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Obudziwszy się nazajutrz, Emma spostrzegła na placu dependenta. Była w białym negliżu. On podniósł głowę i ukłonił się. Ona lekko kiwnęła mu głową i zamknęła okno.
Leon przez cały dzień oczekiwał nadejścia szóstej godziny, lecz przyszedłszy do zajazdu zastał samego tylko pana Binet przy stole.
Ten obiad dnia poprzedzającego stał się ważnym w życiu jego wypadkiem; do tego czasu nie rozmawiał nigdy przez parę godzin z rzędu z damą. Jakże więc mógł przed nią rozwijać i w takim języku mnóstwo rzeczy, które nie byłby tak dobrze pierwej powiedział? zwykle bywał nieśmiałym i zachowywał to powstrzymywanie się, które wyradza jednocześnie wstydliwość i skrytość. W Youville miał opinię człowieka comme il faut. Umiał przysłuchiwać się uważnie ludziom dojrzałym i nie zdawał się krańcowym w polityce, przymiot ważny dla młodego człowieka. Nadto posiadał talenta, malował wodnemi farbami, znał nuty skrzypcowe, a w godziny poobiednie zajmował się chętnie piśmiennictwem jeżeli nie grał w karty. Pan Homais cenił go dla jego ukształcenia, pani Homais lubiła go za jego uprzejmość, gdyż często towarzyszył do ogrodu małym Homais, dzieciakom zawsze zamorusanym, bardzo źle wychowanym i trocha limfatycznym, podobnie jak ich matka. Oprócz bony, opiekował się niemi Justyn, uczeń aptekarski, daleki krewny pana Homais, którego z łaski wzięto do domu, posługując się nim jak służącym.
Aptekarz okazał się najlepszym z sąsiadów. Dawał pani Bovary objaśnienia o kupcach i dostarczycielach, sprowadził umyślnie swego handlarza jabłeczniku, sam kosztował przyniesiony napój i dopilnował w piwnicy, aby dobrze poustawiano antałki, nauczył jeszcze jak trzeba postąpić, żeby tanim kosztem zrobić zapas masła na zimę i zawarł układ z zakrystyanem Lestiboudois, który obok swych obowiązków kościelnych i grabarskich, pielęgnował głównie ogrody Yonville, rocznie lub na dniówkę, jak się komu podobało.
Nie sama jednak tylko chęć przysłużenia się bliźniemu skłaniała aptekarza do tak nadskakującej grzeczności, miał w tem i własny interes.
Przekroczył artykuł I prawa z 19 ventôsa roku XI, który zabrania każdemu nie posiadającemu dyplomu, praktykowania medycyny, tak dalece, że w skutek podstępnej denuncyacyi, wezwany zastał do miasta Rouen, do pana prokuratora królewskiego. Dostojnik sądownictwa przyjął go w swoim gabinecie, stojący, w swojej todze urzędowej i berecie na głowie. Było to rano, przed posłuchaniem. Słychać było w korytarzu stąpanie ciężkich butów żandarmów i jakby daleki odgłos zamykanych wielkich zasuwek. Biednemu aptekarzowi w uszach zaszumiało, jak gdyby go krew zalać miała; mignęły mu przed oczyma więzienne otchłanie, rodzina jego łzami zalana, apteka sprzedana, wszystkie słoje poroztrącane; wyszedłszy z tej łaźni musiał wstąpić do kawiarni i napić się szklankę musującej wody selcerskiej, aby wstrząśniony umysł do równowagi przywrócić.
Z czasem osłabło wrażenie tego napomnienia i pan Homais znowu dawał jak dawniej, tajemne konsultacye w swoim pokoju za apteką. Lecz pan mer miał do niego urazę, koledzy zazdrościli, wszystkiego należało się obawiać; zjednawszy sobie pana Bovary grzecznościami, mógł liczyć na jego wdzięczność i zapobiedz tym sposobem żeby milczał w przyszłości, jeżeliby co zmiarkował. Dla tego też co rano Homais zanosił mu gazety i często w porze popołudniowej opuszczał na chwilę aptekę, żeby pogawędzić z doktorem.
Karol był smutny: klientela dawała czekać na siebie. Siedział czasem godzinami nieporuszony i milczący, spał w swoim gabinecie lub patrzył jak żona szyje. Dla rozrywki zajął się porządkowaniem domu; spróbował nawet pomalować poddasze farbami pozostawionemi przez malarzy. Kłopotały go jednak sprawy pieniężne. Tyle miał wydatków na odświeżanie domu w Tostes, na stroje pani i na przeprowadzenie, że cały posag Emmy, przeszło trzy tysiące trzyfrankowych talarów, stopniał w przeciągu dwóch lat. A ileż to rzeczy popsuło się lub straciło w przewózce z Tostes do Yonville, nie licząc już gipsowego zakonnika, który spadłszy z bryki przy zbyt silnem stuknięciu potłukł się na drobne kawałki na bruku Quincampoix!
Przyjemniejsza wszakże troska przyniosła mu pożądaną rozrywkę, a mianowicie ciąża małżonki. Zdawało mu się, że ją kochał coraz więcej, w miarę jak się zbliżał termin jej rozwiązania. Było to ścieśnienie związku cielesnego i jakoby nieustanne uczucie doskonalszego zjednoczenia. Kiedy widział z daleka chód jej leniwy i kibić nie skrępowaną sznurówką, kiedy stanąwszy przed nią wpatrywał się w nią do woli, lub kiedy siedząc, przybierała w fotelu pozy omdlewające, wtenczas szczęście jego granic nie miało; podnosił się, całował ją, głaskał po twarzy, nazywał ją mamusią, chciał z nią tańcować i na wpół śmiejąc się, na wpół płacząc, powtarzał wszystkie żartobliwe pieszczoty, jakie mu namyśl przychodziły. Nadzieja ojcowstwa napełniała go niewymowną rozkoszą. Niczego mu już teraz nie brakowało. Poznał wszystkie tajniki życia ludzkiego i spokojnie się z nimi lubował.
Emma zrazu doznawała wielkiego zdziwienia, potem pragnęła już urodzić, aby się dowiedzieć co to jest być matką? Ponieważ jednak nie miała środków na sprawienie kolebki z różowemi jedwabnemi firankami i haftowanych czepeczków, wyrzekła się wyprawki w przystępie złego humoru i obstalowała ją ogółem u wiejskiej szwaczki, nic nie wybierając ani targując. Nie bawiła się zatem temi przygotowaniami, które zaostrzają czułość i okoliczność ta stępiła może nieco przywiązanie jej macierzyńskie w samym zarodzie.
Gdy jednak Karol przy każdym obiedzie mówił zawsze o spodziewanem dziecięciu, wreszcie i ona więcej myśleć o niem zaczęła.
Pragnęła syna, byłby silny i ciemnowłosy, nazwałaby go Jerzym, a sama ta myśl, że dziecię jej będzie mężczyzną była dla niej jakby spodziewanem wynagrodzeniem za wszystkie jej minione zawody. Mężczyzna, przynajmniej, jest swobodnym; może folgować namiętnościom, zwiedzać obce kraje, zwalczać przeszkody, kosztować najniedostępniejszych rozkoszy. Kobieta, przeciwnie, zawsze jest skrępowaną. Zarazem bezwładna i wpływowa, ma przeciwko sobie pokusy ciała z zależnością prawną. Wola jej, jak woalka przyczepiona do kapelusza chwieje się za każdym powiewem wiatru, zawsze ją pociąga jakieś pragnienie, wstrzymuje jakiś wzgląd przyzwoitości.
Zległa jednej niedzieli, około szóstej godziny rano, o wschodzie słońca.
— Córka! rzekł Karol.
Odwróciła głowę i omdlała.
Niebawem nadbiegła pani Homais i uściskała młodą matkę, również jak pani Lefrançois z pod Złotego Orła. Aptekarz, jako człowiek delikatny przesłał jej tylko tymczasowe powinszowanie przez drzwi uchylone. Prosił aby mu pokazano dziecię, które znalazł dobrze zbudowanem.
Przychodząc do zdrowia, pani Bovary zajmowała się wyszukaniem imienia dla córki. Najpierwej przechodziła wszystkie te, które mają włoskie zakończenia, jak Klara, Amanda, Atala, podobały jej się także imiona Galsuind, Yscult i Leokadya. Karol życzył sobie aby dziecię nosiło imię matki, lecz Emma stanowczo się temu oparła. Przeglądano cały kalendarz od początku do końca i radzono się znajomych.
— Pan Leon, mówił aptekarz, z którym wczoraj o tem rozmawiał, dziwi się, że państwo nie obraliście imienia Magdaleny, będącego teraz w modzie.
Lecz starsza pani Bovary oburzyła się na to imię grzesznicy. Pan Homais ze swej strony, miał upodobanie do imion przypominających jakiego wielkiego człowieka, sławny czyn lub szlachetny pomysł i w takim też duchu ochrzcił swoje czworo dzieci. I tak, Napoleon przedstawiał sławę a Franklin swobodę, Irma, była może ustępstwem zrobionem romantyzmowi, Atala zaś, hołdem złożonym nieśmiertelnemu arcydziełu sceny francuzkiej. Bo przekonania jego filozoficzne nie przeszkadzały artystycznym zachwytom: myśliciel nie zabijał w nim człowieka uczuciowego, umiał odróżnić zalety umysłu i wyobrażeń od fanatyzmu. W tej tragedyi np. naganiał pomysły, lecz uwielbiał styl; potępiał całość, lecz przyklaskiwał szczegółom i oburzał się na działające w niej osoby, zachwycając się ich mową. Unosił się czytając najwybitniejsze ustępy, lecz pomyślawszy że klechy wyzyskują takowe na swoją korzyść, był w rozpaczy i zaplątany w taką sprzeczność uczuć, byłby chciał obiema rękami, uwieńczyć Racine’a i porozprawiać z nim choć przez pół godziny.
Emma przypomniała sobie wreszcie, że w zamku Vaubeyssard słyszała jak margrabina jedną młodą kobietę Bertą nazywała; to wspomnienie rozstrzygnęło wszystkie wątpliwości, wybrano to arystokratyczne imię, a ponieważ ojciec Rouault nie mógł przyjechać, zaproszono pana Bornais na ojca chrzestnego. Aptekarz ofiarował w podarunku same wyroby swego zakładu, jako to sześć pudełek ślazowego ciasta, cały słoik rakahu, pudełko boule de gomme i nadto, sześć lasek lodowatego cukru. W dzień chrztu był wielki obiad u państwa Bovary, proboszcza także zaproszono. Przy wetach panowie sobie podchmielili. Pan Bornais zaśpiewał Pana Boga dobrych ludzi[1], pan Leon barkarolę, a starsza pani Bovary, która była matką chrzestną, romans z czasów pierwszego cesarstwa; wreszcie starszy pan Bovary kazał przynieść dziecko i zaczął je chrzcić szampańskiem winem, które mu lał na głowę. To parodyowanie najpierwszego z sakramentów oburzyło księdza Bouruisien; ojciec Bovary odpowiedział ustępem z Wojny Bogów, proboszcz chciał wychodzić, panie go błagały aby został; Homais użył swego pośrednictwa i udobruchano wreszcie duchownego, który powrócił do swej niedopitej filiżanki czarnej kawy.
Starszy pan Bovary pozostał jeszcze miesiąc w Yonville, którego mieszkańców olśnił przepyszną czapeczką ze srebrnym galonem, w której co rano palił fajkę na placu. Mając także zwyczaj pić dużo wódki, posyłał często służącą pod „Złotego Lwa”, gdzie wziętą butelkę zapisywano na rachunek syna jego; do swoich fularów zaś wypotrzebował cały zapas kolońskiej wody synowej.
Emma dosyć lubiła jego towarzystwo. Stary zwiedził był kawał świata: rozprawiał o Berlinie, o Wiedniu, o Strasburgu, o swoich oficerskich czasach, o swoich kochankach, o wielkich bankietach w jakich uczestniczył; potem stawał się bardzo uprzejmym, czasem nawet w ogrodzie lub na wschodach obejmował ją wpół wołając:
— Karolu, strzeż się!
Wtenczas starsza pani zatrwożyła się o szczęście syna swego, a lękając się aby mąż jej wreszcie nie wpłynął szkodliwie na moralne pojęcia młodej kobiety, przyśpieszyła powrót do domu. Może nawet ważniejsze jeszcze miała obawy. Pan Bovary nie miał zwyczaju cokolwiek uszanować.
Jednego dnia Emma zapragnęła zobaczyć swoją małą, którą oddano na mamki do żony stolarza i nie zajrzawszy do kalendarza czy upłynęły już obowiązkowe sześć tygodni, udała się do mieszkania Rolletów, będącego na końcu wsi, pomiędzy gościńcem a łąkami.
Było to w porze południowej; okiennice wszystkich domów były pozamykane, a szyfrowe dachy błyszczące w promieniach słońca, zdawały się sypać iskry ze szczytu swych wieżyczek. Duszący wiatr powiewał, Emma czuła się osłabioną; kamyki na drodze urażały ją w nogi; zawahała się czy nie zawrócić do domu lub wstąpić gdziekolwiek żeby odpocząć.
W tej chwili pan Leon wyszedł z sąsiednich drzwi z pękiem papierów pod pachą. Ukłonił się pani Bovary i stanął pod sklepem pana Lheureux, w cieniu markizy z szarego płótna.
Pani Bovary powiedziała mu, że się wybrała odwiedzić swoją małą, lecz że się czuje zmęczoną.
— Gdyby pani... zaczął nieśmiało Leon.
— Czy pan masz chwilę wolnego czasu?
A otrzymawszy potwierdzającą odpowiedź dependenta, poprosiła go aby jej towarzyszył. Tego parnego wieczoru wiedziano już o tem w Yonville, a pani Tuvaohe, żona mera, oświadczyła w przytomności służącej, że pani Bovary się kompromituje.
Żeby się dostać do mamki, potrzeba było doszedłszy do końca ulicy zwrócić się na lewo, w stronę cmentarza i pójść ścieżką, pomiędzy domkami i ogródkami, wysadzoną ligustrowemi krzakami. Kwitły one właśnie, jak również weroniki, głogi, ciernie i jerzyny nad rowami rosnące. Przez szczerby w płotach spostrzegano tu wieprzaka na gnojowisku, tam krowę wycierającą rogi o drzewo. Szli tak oboje, Emma wsparta o ramie młodego człowieka, który krok swój do jej chodu stosował; przed nimi rój owadów brzęcząc unosił się w rozgrzanem powietrzu.
Poznali dom szukany po starym kasztanie, który go ocieniał. Nizki i ciemną dachówką kryty, obwieszony był pod dymnikiem wiankami z cebuli. Chruściany płotek otaczał kwaterę sałaty, kilka grządek lawendy i groszku pachnącego na łyczkach. Przez środek przechodził ściek brudnej wody, a na płocie wisiało kilka szmat niepewnego kształtu, para pończoch, czerwony perkalowy kaftan i grube płócienne prześcieradło. Na skrzyp baryerki ukazała się mamka z dzieckiem przy piersi. Drugą ręką ciągnęła nędznego malca z obrzękłą skrofuliczną twarzą, syna czapnika z Rouen, którego rodzice zbyt handlem zajęci, na wieś oddali.
— Niech pani wejdzie, rzekła zobaczywszy panią Bovary; malutki śpi.
Jedyna dolna izba zawierała w głębi przy ścianie szerokie łóżko bez firanek, podczas gdy dzieża od chleba stała pod oknem, którego wybita szyba zalepiona była niebieskim papierem. W kącie za drzwiami stały kamasze podbite świecącemi gwoździami, obok butelki z olejem i piórem wetkniętem w szyjkę; Maciej Laensberg poniewierał się na zakurzonym kominie pośród skałek, świec niedopalonych i kawałków hubki. Wreszcie ostatnim zbytkiem tego apartamentu była Sława dmąca w trąbę, rycina wycięta zapewne z jakiego fryzyerskiego prospektu, czterma gwoździkami do ściany przybita.
Dziecię Emmy spało w kolebce uplecionej z łoziny. Wzięła je na ręce wraz kołderką, w którą było owinięte i zaczęła nucić półgłosem kołysząć się zwolna.
Leon tymczasem przechadzał się po izbie, zdawało mu się dziwnem widzieć tę piękną panią w kitajkowej sukni pośród całej tej nędzy. Pani Bovary się zaczerwieniła, odwrócił głowę, sądząc że może oczy jego wypowiedziały jaką niegrzeczność. Zaraz też położyła napowrót do kolebki małą, która zwymiotowała jej na kołnierzyk. Stolarka przyszła go zaraz obetrzeć, zapewniając że „tego znać nie będzie”.
— Inaczej ona mnie jeszcze urządza! mówiła, i ciągle ją tylko muszę obmywać! Możeby pani była łaskawa polecić korzennikowi Camusoni, żeby mi wydał mydła jak mi będzie potrzeba? to nawet dla pani samej byłoby dogodniej, bobym już pani nie trudziła.
— Dobrze, dobrze! powiedziała Emma. Do widzenia, matko Rollet.
I wyszła ocierając nogi na progu.
Poczciwa kobiecina wyprowadziła ją aż na koniec podwórza, żaląc się ciągle na trud wstawania w nocy.
— Tak jestem czasem znużona, mówiła, że zasypiam na krześle; mogłaby pani dać mi chociaż funcik zmielonej kawy, któraby mi wystarczyła na miesiąc i którąbym rano z mlekiem pijała.
Pozbywszy się nakoniec podziękowań stolarki, pani Bovary odeszła, lecz zaledwie kilkanaście kroków zrobiła, gdy usłyszała za sobą stukanie sabotów; odwróciła głowę: jeszcze mamka!
— Czegóż chcecie?
Wtedy kobieta, biorąc ją na bok, za drzewo, zaczęła prawić jej o swym mężu, który z pomocą swego rzemiosła i sześciu franków rocznie, które pan kapitan...
— Kończcież prędzej! przerwała Emma zniecierpliwiona.
— Otóż mówiła mamka wzdychając za każdem słowem, boję się, żeby mu nie było markotno jak jabym sama kawę piła; wiadomo pani, ci mężczyźni...
— Przecież będziecie mieli kawę, powtarzała Emma, ja wam dam!.. nudzicie mnie!
— Bo to, widzi kochana pani, on w skutek swoich ran miewa straszne kurcze w piersiach. Powiada nawet że jabłecznik go osłabia.
— Spieszcież, moja pani Rollet!
— Otóż, odparła stolarka dygając, gdyby to nie było żądać za wiele... tu powtórnie dygnęła, — jak pani będzie mogła, — z błagalnem spojrzeniem, — dzbanuszek wódki, — wyjąkała wreszcie, — a ja będę nią nacierać nóżki malutkiej, która je ma tak delikatne jak skóra na języku.
Uwolniwszy się nareszcie od natrętnej mamki, Emma wzięła pod rękę pana Leona. Szła szybko z początku; potem zwolniła kroku i wzrok jej padł na ramię młodego człowieka, którego palto miało aksamitny kołnierz. Ciemne jego włosy spadały nań lśniące i gładko uczesane. Zwróciła uwagę na jego paznokcie, dłuższe aniżeli je noszono w Yonville. Utrzymywanie ich było jednem z głównych zajęć dependenta; miał nawet w biurku osobny na ten cel scyzoryk.
Powrócili do Yonville brzegiem wody. W porze letniej poszerzone wybrzeże odsłaniało aż do dołu mury ogrodów, od których po kilka stopni prowadziło do rzeki. Płynęła cicho, zimna i bystra na pozór; wysokie i cienkie trawy pochylały się nad nią miarowo i niby włosy zielone przeglądały się w jej przezroczu. Czasem owad o cienkich nóżkach siadał na czubkach trzcin lub na liściach wodnych lilij. Promienie słońca odbijały się w błękitnych bąbelkach, które powstawały i pękały na wodzie, stare spruchniałe wierzby przeglądały się w wodzie; w około pusto było na łące. Po folwarkach ludzie obiadowali, młoda kobieta i jej towarzysz słyszeli tylko odgłos własnych kroków na ścieżce, szelest sukni Emmy i słowa, które do siebie mówili.
Mury ogrodów najeżone u szczytu potłuczonemi butelkami, rozgrzane były jak szyby cieplarni. W szparach pomiędzy cegłami rosły dzikie kwiatki, a pani Bovary przechodząc strząsała parasolką zeschłe ich listki, lub czasem gałązka kaprifolii przyczepiała się do jej sukni.
Rozmawiali o truppie hiszpańskich tancerzy, których oczekiwano w teatrze w Rouen.
— Pan pojedziesz? zapytała.
— Jeżeli będę mógł, rzekł.
Czy nic więcej nie mieli do powiedzenia sobie? Jednakże oczy ich wymowniejszemi były i podczas gdy się wysilali na wynalezienie zdań pospolitych, czuli jednakową niemoc, która ich oboje ogarniała, był to niby szept dumy, głęboki, nieustanny, który górował po nad głosami. Zdjęci podziwieniem na tę rozkosz sobie nieznaną, nie pomyśleli nawet o zdaniu sobie z niej sprawy lub zbadaniu jej przyczyny. Przyszłe szczęśliwości, niby podzwrotnikowe wybrzeże, rzucają na poprzedzającą je nieskończoność swój wdzięk rodzimy, wonne tchnienie, które pozwala zasypiać w błogiem upojeniu, bez troski o niedostrzeżony jeszcze widnokrąg.
W jednem miejscu ziemia rozryta była kopytami bydląt; trzeba było stąpać po dużych zielonych kamieniach z błota wystających. Czasem zatrzymywała się przez chwilę namyślając się gdzie ma stopę postawić i chwiejąc się na niepewnym kamyku z odstawionymi łokciami, naprzód pochylona, śmiała się z obawy żeby nie wpaść w kałużę.
Stanąwszy przed swoim ogrodem, pani Bovary popchnęła baryerkę, wbiegła na stopnie i znikła.
Leon powrócił.do swej kancelaryi. Pryncypał jego wyszedł; młody człowiek rzucił pobieżne spojrzenie na leżące papiery, zatemperował sobie pióro, nakoniec wziął za kapelusz i wyszedł.
Udał się na Pastewnik, na skraj lasu; położył się na ziemi pod sosnami i patrzył w niebo przez palce.
— Jak ja się nudzę! mówił sam do siebie, jak okropnie się nudzę!
Ubolewał nad sobą, że musi żyć w tym zapadłym kącie, mając pana Homais za przyjaciela i pana Guillaumin za przełożonego. Ten ostatni, cały zajęty interesami, w złotych okularach na nosie i rudych faworytach na białym krawacie, nie miał żadnego pojęcia o delikatnościach serca i umysłu, chociaż przybierał sztywny ton angielski, którym zaimponował w początkach dependentowi. Żona zaś aptekarza, była najlepszą w świecie normandką małżonką, łagodną jak baranek, kochała męża i dzieci, ojca, matkę, krewnych, płakała nad cudzemi nieszczęściami, nie wiele się troszczyła o gospodarstwo i nienawidziła sznurówek; — lecz tak powoli się poruszała, tak była nudną, tak pospolitą miała powierzchowność i tak ograniczony umysł, że nigdy mu na myśl nie przyszło, chociaż nie miała więcej nad trzydzieści lat a on dwadzieścia, chociaż przez drzwi tylko sypiali i codzień ją widywał, żeby mogła być kobietą dla kogokolwiek, ani żeby z własności płci swojej co więcej niż suknię posiadała.
I któż tu był jeszcze? Binet, kilku kupców, dwóch czy trzech oberżystów, ksiądz proboszcz, wreszcie pan Tuvache, mer miejscowy ze swymi dwoma synami, wszystko ludzie prości, zacofani, którzy sami swoją rolę uprawiali, bankietowali między sobą, zresztą nabożnisie i zgoła nieznośni w towarzystwie.
Lecz na tle pospolitem tych ludzkich twarzy, postać Emmy odznaczała się wybitnie chociaż w pewnem oddaleniu, gdyż czuł pomiędzy sobą a nią jak gdyby niewyraźne jakieś otchłanie.
W początkach bywał u niej czasem w towarzystwie aptekarza. Karol nie zdawał się bardzo pragnąć jego odwiedzin, a Leon sam nie wiedział jak pogodzić obawę stania się natrętnym z pragnieniem zażyłości, która mu się prawie niepodobną wydawała.




  1. Le Dieu des bonnes gens Beranger’a, p. t.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Flaubert i tłumacza: Ludwika Kaczyńska.