Pompalińscy/Część druga/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.

I teraz także, Leokadya miała do odwiezienia ciotkom swym półroczną swą pensyą. O dość wczesnej przedpołudniowej godzinie, Pawełek przyjechał po nią i udali się razem do Bobrówki.
Pani jenerałowa zaś, ubrana prawie tak samo jak wczoraj, siedziała sama jedna w wielkim swoim salonie, na zwykłem swojem miejscu i oddawała się wcale osobliwemu zajęciu. Z mahoniowego stołu przed kanapą stojącego, zdjętą została lampa, a natomiast pokrytym on był od brzegu do brzegu najróżniejszemi, a bardzo cennemi klejnotami. Pani jenerałowa wyjmowała klejnoty z wielkiej, srebrem okutej szkatuły, przy niej na taburecie umieszczonej i układała je na stole jeden przy drugim, coraz jednak zmieniając szyk i symetryczność układu. Zrazu, ułożyła była rzędami regularnemi wszystkie bransolety, naszyjniki, kolce, brosze i fermoary, tak aby każde z nich, miało obok siebie podobnych tylko sobie przeznaczeniem i kształtem towarzyszy, potem w porządku tym wzorowym zaprowadziła wielki nieporządek, szmaragdy pomięszała z rubinami, brylanty z perłami, z brosz ułożyła gwiazdy, z bransolet łańcuchy, z kolców żyrandole i t. d. Potem jeszcze zgarniała je wszystkie i przesypywała w chudych, żółtych swych palcach i znowu je rozkładała i układała na stole najrozmaiciej. Zatrudnienie te zdawało się pochłaniać wszystkie władze czucia jej i myślenia, a jednak od chwili do chwili odrywała oczy od błyszczących przedmiotów swej zabawy i niecierpliwe spojrzenia rzucała na drzwi od sieni.
Niebawem też dał się słyszeć na dziedzińcu szelest sań pod dom zajeżdżających, drzwi otworzyły się i z wielkim szelestem jedwabiów wbiegła przez nie do salonu wysoka, bardzo zgrabnej kibici kobieta, w nadzwyczaj długiej i strojnej sukni, w malutkim kapelusiku zarzuconym na kunsztownie utrefione włosy. Była to wezwana przez jenerałową panna Żulieta Kniksowa.
Przybyła przebiegła salon bardzo szybko i bardzo wdzięcznym, elastycznym ruchem przypadła do kolan jenerałowej, pochwyciła jej rękę i poniosła ją do ust. W ręku jenerałowej znajdowała się właśnie wielka, przepiękna brosza brylantowa, której szpilka, w chwili właśnie dokonywającego się aktu całowania ręki, skierowała się tak jakoś niefortunnie, że przesunąwszy się po białym delikatnym policzku pani Kniksowej, zostawiła na nim lekko różowy ślad swego przejścia.
— Co to? zawołała jenerałowa, zadrasnęłam cię jakoś niechcący, Julietko! co?
— Nic to, nic najdroższa ciociu, harmonijnym niezmiernie, srebrnym głosikiem odparła przybyła, a jakby pragnąc dowieść że w istocie było to „nic“ raz jeszcze pocałowała z przejęciem się ciernistą rękę jenerałowej, poczem przysuwając fotel bardzo blizko do kanapy i w bardzo wdzięcznej pochylonej postawie siadając na nim, zaczęła:
— Wezwałaś mię, najdroższa ciociu! jestem na twe rozkazy!
Gdy wymawiała to, oczy jej czarne i iskrzące się pomimo że okalały je już roje owych niegrzecznych zmarszczek zwanych powszechnie motylkami, powiodły po stole nasłanym dyamentami i zaiskrzyły się jeszcze bardziej. Jenerałowa przekładała znowu brosze i bransolety milcząc.
— Nie uwierzysz najdroższa ciociu, zaczęła znowu przybyła, jaką radością napełnił mię list twój wczorajszy! j’étais folle de joie! Upewnił mię on naprzód o dobrym stanie drogiego zdrowia twego, najukochańsza ciociu, a potem każda literka ręką twą skreślona, jest dla mnie taką świętością! taką relikwią!
— Chi, chi, chi, zaśmiała się jenerałowa, nie spuszczając wzroku z kilku długich kolców, które układała na stole w kształt fantastycznego jakiegoś pająka; to bardzo pięknie! to bardzo czule! to dowodzi że masz wiele serca, Żulietto! wiele! wiele serca!
— O! najdroższa ciociu, westchnęła dama, gdybym go mniej mieć mogła, byłabym z pewnością daleko szczęśliwszą! ale to serce... to serce moje, które uderza zawsze tak silnie, tak gorąco do wszystkiego, co dobre i piękne!
Przy ostatnich wyrazach oczy pani Kniksowej tak uparcie już i tak ogniście wpatrywały się w ułożonego na stole brylantowego pająka, że w istocie wątpić nie można było ani na chwilę, że serce jej nadzwyczaj gwałtownie uderzało do wszystkiego — co piękne. Zarazem delikatny paluszek jej przesunął się zlekka po różowej szramce zakreślonej złośliwą broszką na białym jej policzku, która jakkolwiek była „niczem“, bolała znać trochę.
Jenerałowa, zwykłym sobie nagłym, nerwowym ruchem, odwróciła się od zabawiających ją dotąd klejnotów i wpijając wzrok swój w twarz przybyłej damy, najniespodzianiej w świecie zagadnęła:
— I cóż Żulietto, jakże tam twój towar kosztowny? czy i dotąd jeszcze nie masz na niego kupca?
Błysk rumieńca przemknął po zwiędłej trochę, ale pięknej jeszcze twarzy pani Żulietty. Niewiadomo tylko, czy zmięszało ją wspomnienie to o jakimś towarze, czy też przez jenerałowę na gorącym uczynku pochwycone zbyt trochę namiętne może przyglądanie się brylantowemu pająkowi.
— Towar? uśmiechnęła się jednak słodziutko i żartobliwie, nie rozumiem dobrze o czem mówisz, najdroższa ciociu!
— A przecież to bardzo zrozumiałe! chi, chi, chi! zachichotała pani domu; „trzy piękne córy... śmiała się dalej, trzy piękne córy było nas u matki!” Miałaś trzy piękne córy, Żulietto!
— Niestety! najdroższa ciociu! wtrąciła spuszczając oczy pani Żulietta, Sylwia i Romania nie były wcale pięknemi...
— A tak! tak! tamte były rozumne! miałaś tedy Żulietto dwie rozumne córki i jedną piękną... Rozumne wydałaś za mąż, ale piękna siedzi... co?.. chi, chi, chi! siedzi!
Oblicze pani Żulietty oblekło się wyrazem szczerego smutku.
— Niestety! szepnęła, przed tobą najdroższa ciociu, sekretów żadnych nie mam! Delicya kończy rok 23-ci, a dotąd jeszcze żadna się dla niej przyzwoita partya nie zjawiła. Po tych nieszczęsnych wypadkach... brak nam zupełnie młodzieży... odpowiedniej! przytem i smutny stan jej ojca i posag niewielki, zraża może niejednego... Drżę prawdziwie z trwogi, patrząc na tego anioła który...
— Otóż... otóż Żulietto ja dla twego anioła mam teraz partyą... chi, chi, chi! ale jaką partyą! Cała kula ziemska zazdrościć jej będzie, a panny Trzewikowskie i Kobyłkowiczówny żółtaczek podostają z zazdrości! chi, chi, chi!
Twarz pani Żulietty stała się jasną, bardzo jasną i radosną.
— O, najdroższa ciociu! zawołała giętką, wdzięczną kibić swą pochylając znowu do kolan jenerałowej, jakże wypowiem... jakże... comment pour-rai-je...
— Nie trzeba nic wypowiadać! nie trzeba nic wyrażać! a po francuzku... ja nie rozumiem! zapiszczała jenerałowa, potem zaś, przerywając nagle rozpoczętą rozmowę, zwróciła się znowu do swych klejnotów i przesypując je między palcami, zawołała:
— Czy bardzo dziś zimno? Żulietto.
Fani Kniksowa drgnęła cała na niespodziane pytanie to, z oczu jej strzeliła błyskawica niecierpliwości, najsłodszym jednak, najczulszym głosem swym, odrzekła:
— O, bardzo dziś zimno! najdroższa ciociu! ale tu... u cioci ciepło jak w niebie!
W ogromnym salonie jenerałowej, niezmiernie skąpo opalonym, zimno było w istocie jak w lodowni, a delikatne członki pani Żulietty, przebiegał od chwili do chwili, pod lekką jedwabną suknią, dreszcz febryczny.
— Jak w niebie? powtórzyła jenerałowa, ciepło jak w niebie! a zkądże ty wiesz Żulietto, czy w niebie ciepło czy zimno? chi, chi, chi!
Pod fałdami i falbankami jedwabnej sukni dreszcz febryczny wzmógł się na chwilę. Niewiasta ta jednak silną wolę mieć musiała, bo błyskawicznie prędko opanowała nieprzyjemne wzruszenie i całując znowu z wdziękiem nieopisanym rękę jenerałowej i srebrnie śmiejąc się, rzekła:
— Jakże szczęśliwą jestem, najdroższa ciociu, że cię widzę tak wesołą! Ale... dodała prostując się, chciałabym bardzo usłyszeć z ust twych ciociu, kto jest ten kogo...
— Czy lubisz papugi, Żulietto? zagadnęła jenerałowa, huśtając na pomarszczonym palcu cudownie piękną bransoletę, całą sadzoną wielkiemi rubinami.
— To jest... ciociu najdroższa... je ne sais... niewiem doprawdy.
— Ja bo lubię pasyami! pasyami! pasyami! czy widziałaś kiedy moją papuzię! śliczny ptak! mądry ptak! jedyny ptak! rozmawia ze mną jak człowiek! chi, chi! chi!
— O! kochane, drogie stworzonko, skoro umilić umie chwile twe, najdroższa ciociu! Ale, jakżebym rada była usłyszeć imię tego którego..
— A jakie imię męzkie najlepiej lubisz Żulietto, zagadnęła znowu kotka bawiąca się z myszką.
Dreszcz, dość gwałtowny już tym razem poruszył jedwabiami pani Żulietty. W tym salonie, ciepłym jak niebo, atmosfera stawać się zaczęła dla niej straszliwie kolącą. Pohamowała się jednak i tym razem ta mężna niewiasta i leciuchno wiodąc znowu paluszkiem po różowej szramce, z westchnieniem odrzekła:
— Niegdyś uwielbiałam imię: Adam! Ale odkąd najukochańszy Adam mój uległ tej strasznej chorobie dźwięk imienia tego przejmuje mię smutkiem...
— Chi, chi, chi! niewiadomo dla czego, ale ostro i przeciągle zaśmiała się jenerałowa. Adam! Adam! powtarzała, Adam, mąż twój! uwielbiałaś go Żulietto! uwielbiałaś!
— Był on dla mnie wszystkiem, choć niestety! jak pokazało się potem jasno, jam dla niego niczem nie była!.. Ale... najdroższa ciociu, jakżebym chętnie z ust twych usłyszała nazwisko tego którego przeznaczyć raczyłaś za męża dla mojej Delicyi.
Tym razem jenerałowa zwróciła się twarzą ku pytającej i odpowiedziała przeciągle:
— Nazywa się on: hr. Cezary Pompaliński.
Pani Żulietta zbladła i zarumieniła się naprzemian kilka razy.
— Hr. Cezary! powtórzyła bardzo cichutko, syn hr. Jarosława i hr. Wiktoryi!
Z oczów jej widać było, że cieszyłaby się ogromnie, namiętnie, gdyby.. mogła wierzyć. Ale nie wierzyła i zawołała:
— Najdroższa ciocia żartuje!..
— Nie! nie! nie! zapiszczała jenerałowa, ten osioł jest teraz w naszych stronach, sprowadzę go tu do siebie i poswatam z twoim aniołem! chi, chi, chi! z aniołem! wybornie sprzedasz towar twój, Żulietto, wybornie sprzedasz swój piękny towar! daleko lepiej niż sprzedałaś dwa rozumne towary!
Niebiańska nadzieja, przedświt nadniebiańskiej radości rozlała się po twarzy pani Żulietty. Tak uczuła się wzruszoną, że aż podniosła do ust drżących batystową chusteczkę.
— O, ciociu najukochańsza! jesteś opatrznością naszą! aniołem stróżem naszym!..
Jenerałowa mówiła, a raczej piszczała dalej.
— Jutro wydaję obiad... zaproszę dwadzieścia osób... napisz do swoich rozumnych córek, aby przyjechały... i jego zaproszę... przyjedzie najpewniej... Delicya niech ustroi się... niech ustroi się...
— Ciociu! aniele nasz! szeptała pani Żulietta z ustami przylepionemi do ręki jenerałowej, w której na szczęście nie było na ten raz żadnej broszy.
— On podobno bardzo głupi... piszczała dalej jenerałowa, bardzo głupi i romansowy! z miłości chce ożenić się! czy słyszysz Żulietto? chi, chi, chi! Pompaliński romansowy! złap go sobie dla Delicyi!
Po białem czole pani Żulietty mknęły chmury zamyślenia. Myśl jej i wyobraźnia snać już pracowały nad przyszłem zadaniem.
— A teraz, zawołała jenerałowa, jedź już sobie Żulietto, jedź! jedź! Uwielbiany twój Adam czeka na ciebie, a ja pójdę rozmawiać z moją papuzią!
Pani Żulietta szybko powstała z krzesła, tłumiąc w sobie spazmatyczny płacz i śmiech, który ją zwykł był ogarniać we wszystkich wielkich wydarzeniach jej życia, ucałowała raz jeszcze kolana i ręce „najdroższej cioci”, „Opatrzności swej”, „swego anioła stróża” i nie rzuciwszy już więcej przelotnego nawet spojrzenia na stół klejnotami okryty, wybiegła z salonu. W sieni, gdy owijała się sobolowem futrem usta jej drżały jak w febrze i mimowoli jakby szeptały: hrabina Pompalińska! hrabina Pompalińska!
Stawiając drobną stopę, na stopniu karety na saniach, wymówiła głośniej już nieco: hr. Delicya z Kniksów Pompalińska! A gdy drzwiczki powozu zamknęły się już za nią i konie ruszyły, upadła na poduszki karety, głośno już zawołała: hr. Pompalińska moja córka! i... zaniosła się serdecznym śmiechem!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.