Pompalińscy/Część druga/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

W tej samej prawie chwili, gdy pani Kniksowa po konferencyi z „najdroższą ciocią“ wracała do swych Białowzgórz, Pawełek po krótkich odwiedzinach oddanych ciotkom w Bobrówce, zbliżał się do Pompalina, tam to bowiem, jakkolwiek Pompalin hr. Mścisława był własnością, zamieszkał na czas pobytu swego na wsi, hr. Cezary. Było to już bowiem tradycyjnym niemal w hrabiowskiej rodzinie obyczajem, że każdy z członków jej na krótko do rodzinnego powiatu swego przyjeżdżający, obierał sobie rezydencyą w Pompalinie, niby w głównej stolicy królewskiego rodu. I nie dziw wcale, że tak było. Pompalin mógłby przynieść chlubę niepomierną niejednemu, choćby udzielnemu księciu. Zdala już, o wiorst kilka od miejsca tego, ukazywały się oczom przejeżdżających dumnie i szeroko na horyzoncie szarzejące mury, wznoszonego wciąż z mozołem a kosztem nadzwyczajnym małego Watykanu. Dziewięć ukończonych już wież i wieżyczek, strzelało ku niebu, a niżej nad ziemią wiły się pyszne, murowanemi słupami błyszczące sztachety, okrążające dokoła podwórza pałacowe, ogrody i parki, które to ostatnie jakkolwiek nie miały jeszcze czasu stać się starożytnemi, jakość swą wynagradzały sowicie ilością, albowiem posiadały, nie wiem z pewnością ile, ale bardzo coś wiele morgów kwadratowych obwodu.
Bryczka Pawełka podjeżdżając pod ściany pałacu onego, który zdala, wśród lekko tylko wzgórzystej okolicy miał pozór wyniosłej góry, wyglądała przy nim tak drobniuchną i zaledwie dostrzegalną, jak mała muszka przybiegająca pod stopy Himalai. Dostrzeżoną snać jednak została przez osoby znajdujące się we wnętrzu ceglanego olbrzyma, zaledwie bowiem Pawełek miał czas wyskoczyć z bryczki i wejść na wysoki, marmurem i złoceniami zdobny perystyl pałacu, wybiegł naprzeciw niego człek jakiś o twarzy wielce poważnej, a więcej jeszcze stroskanej i zniecierpliwionej. Był to pełnomocnik hrabiów; traktujący wtedy właśnie z izrelskimi faktorami i cudzoziemskimi nabywcami o sprzedaż Malewszczyzny.
— Na miłość Boga! zawołał człek ten poważny i stroskany, chwytając rękę Pawełka, gdzie pan byłeś tak długo? Szczęście to przynajmniej, że pan już przyjechałeś! Ja bo z hr. Cezarym sam już sobie dać rady nie mogę!
— O cóż chodzi? zapytał Pawełek.
— Ano o tę sprzedaż! Nabywca coś mi dziś zobojętniał dziwnie! zwleka umowę i widocznie wahać się zaczyna! Żydki szepcą między sobą ze szczególną jakąś tajemniczością, a jest między nimi i Icek Zelmanowicz, który przyjechał tu widocznie dla zepsucia nam interesu! Zdaje się, że stręczy nabywcy któryś z folwarków jenerałowej obiecując mu go za bajecznie nizką cenę! Stara sknera raz jeszcze widać chce hrabiemu podstawić stołeczek, o sknerstwie swem nawet zapominając! Wszystko to jednak byłoby niczem, gdyby hr. Cezary...
— Cóż hr. Cezary?
— A cóż? zrana bylibyśmy już dobili targu i podpisali umowę, ale... przecieć tu podpis główny hrabiego. On tymczasem, zaledwie pan nogą za próg stąpiłeś, wymknął się nam jak piskorz i kędyś przepadł. Rozsyłam za nim służbę po całym dworze... rozstąp się ziemio! niema hrabiego! W godzinę potem, znajdują go, zgadnij pan gdzie? oto w pasiece siedzi między ulami i słucha jak mu pasiecznik stary, oparty na kiju, bajdy jakieś opowiada. Idę sam do pasieki, przyprowadzam go do pałacu, i sadzam na fotelu pomiędzy sobą a kolegą moim, którego w pomoc tu sobie przywiozłem. Ale czasu upłynęło sporo kiedym ja puszczał się na wyszukanie hrabiego, Icko Zelmanowicz wkradł się do pałacu i poszeptał coś nabywcy, który znowu dawaj stroić kaprysy. Ja z nim w targi nowe, tu ustępuję mu coś, tu się z nim sprzeczam, tu kolega mój przemawia do jego punktu honoru, któryby mu zrywać nie pozwalał raz zawartej i nawet już spisanej umowy. Mój nabywca człek głowy nietęgiej, zgadza się znowu na wszystko. „Niech graf podpisze umowę“ mówi. Ja i kolega mój uradowani zwracamy się do fotelu, w którym usadowiliśmy byli hrabiego... fotel pusty! w ogniu sporów przestaliśmy na niego zwracać uwagę i wymknął się nam znowu...
— Gdzież jest teraz? zapytał Pawełek, który śmiał się słuchając opowiadania rozgniewanego prawnika.
W odpowiedź, prawnik wzgardliwym nawpół, nawpół gniewnym gestem wskazał w znacznej odległości od pałacu stojące murowane stajnie.
— Oto tam jest! rzekł. Słyszysz pan?
Od strony stajen dochodziły do uszu rozmawiających rozgłośne i raz po raz powtarzane klaskanie z furmańskich batów.
— Bawi się 23 letnie hrabiątko i ze stangretami na wyścigi idzie, kto głośniej z bata palnie! Idź pan po niego bo ja z pewnością już sam nie pójdę i póki życia nie zgodzę się nigdy więcej prowadzić jakikolwiek interes hrabstwa, w którym uczestniczyć będzie hr. Cezary. To dziecko! to idyota kompletny! Na ten raz jednak szkoda położonego już trudu. Zlituj się pan, przyprowadź go do pałacu, byleby prędko bo temperatura u nas tak ochładza się w oczach, że za lada chwilę interes może całkiem zamarznąć.
Rzekłszy to, prawnik bardzo pospiesznie cofnął się w głąb pałacu, a Pawełek skierował się ku stajniom, zkąd ciągle rozchodziły się odgłosy coraz zawziętszych klaskań z bata.
Ach! nie pierwszy to już raz „ce pauvre Cesar“ nabawiał otoczenie swe kłopotami podobnemi do tych których doświadczał teraz pełnomocnik hrabiowstwa, a niekiedy nawet i daleko większemi. Od samego dzieciństwa już spostrzegano nadzwyczajną, a wszechwzględną wyższość nad nim brata jego Mścisława i troskano się srodze o przyszły rozwój tak fizyczny jak umysłowy tej najmłodszej odrośli rodu. Był jeszcze w kolebce kiedy hrabina matka zdecydowała że Cezarek jej, dziwnem zrządzeniem Opatrzności, posiada członki ciała szczególnie jakoś grube i urodzeniu jego niestosowne, że głos którym przywoływał ku sobie swą karmicielkę, niepojęcie był niedystyngowanym, a oczy któremi patrzeć zaczynał na świat Boży, nie objawiały tego geniuszu, tej szlachetnej dumy, któremi odznaczały się oczy Mścisławka, gdy był w tej samej porze swego życia. Smutne słowa te powtórzył za panią hrabiną dom cały, tak że gdy mały Cezarek zaczynał pierwsze drżące kroki stawiać po powierzchni ziemskiej, ogólnie już przyjętą i zdecydowaną rzeczą zostało iż jest on dzieckiem upośledzonem nic wcale na przyszłość nie obiecującem, ciężkiem zmartwieniem dla swej dostojnej matki i srogą groźbą dla chwały i honoru całego swego dostojnego rodu. Mniemanie to potwierdzały z kolei wszystkie bony i guwernantki, którym powierzaną bywała piecza nad dwojgiem hrabiowskich paniąt, potwierdził je następnie i l’abbé Lamkowski, gdy tylko zajął się prowadzeniem dalszej ich edukacyi, hrabina — matka zaś wzdychała ciężko za każdem spojrzeniem na młodsze swe dziecię i niosąc chustkę do oczu, szeptała: o! jakże nieszczęśliwą jestem matką! zdaje mi się doprawdy... że... gdybym nie lękała się zgrzeszyć... nie lubiłabym jednego z synów moich!
Bardzo być może, iż pomimo obawy swej, pani hrabina dopuszczała się grzechu nielubienia małego, a potem już i podrastającego Cezarka. Dziwnem to jest na pozór, a jednak najzupełniej prawdziwem, że serca matek posiadają niekiedy bardzo energiczne preferencye swe i wstręty. Nie zdarza się to wprawdzie wśród zdrowego, pracującego plebsu, ale wśród nerwowego, trochę niby rozkapryszonego patrycyatu, zdarza się dość często. Było to w istocie dziecię niezgrabne, nieśmiałe, nadzwyczaj w sobie zamknięte, z pojęciem tak mało rozwiniętem, że nigdy, pomimo usiłowań wszelkich nauczyć się nie mogło ortograficznego pisania po francuzku, z krtanią tak barbarzyńsko urządzoną że nigdy francuzkiego dostatecznie po paryzku wymówić nie mogącą. Siadywało sobie bardzo często dziecię to w najciemniejszym kąciku pałacowej komnaty i w czasie gdy starszy brat jego świetniał już wszelkiemi wdziękami i słynąć poczynał miłemi swawolami dorastającego młodzieńca, pogrążało się na długie godziny w biernej i bezczynnej nieruchomości. Wtedy przechodząca przez komnatę hrabina-matka, zapytywała niecierpliwie.
— Cesar? à quoi donc penses-tu?
A młodziutki hr. Mścisław w zastępstwie brata odpowiadał.
— Mais maman, Cesar ne pense à rien du tout!
I zakorzeniło się to głęboko w przekonaniu hrabiny że: Cesar ne pensais jamais, à rien du tout! Cały dwór, cała rodzina powtórzyły pacierz za panią matką.
Ale im dalej w las, tem więcej drzew. Co to było, gdy Cezarek doszedł już do lat 17 i 18-stu i powinien był, na wzór brata swego i innych rowieśnych paniąt, zacząć uczęszczać w salonach, strzelać do celu, jeździć konno, oddawać się słowem różnym tym podobnym rozrywkom i egzercycyom tradycyjnie w obyczaj młodych paniąt weszłym! W salonach jakkolwiek kości jego rozrosły się potężnie, a wzrost o wiele przenosił skalę wzrostu braterskiego, hr. Cezary znikał, kompletnie znikał, był tak jakby go nie było, kurczył się jakoś, zwężał, za konsole i za fortepiany właził zupełnie tak jakby grał w chowanego, milczał jak ryba, a gdy zmuszonym już był do mówienia, wyrażał się nadzwyczaj ordynaryjnie i na domiar nieszczęścia wciąż mówiąc rękom swym się przyglądał, rękom które nad wyraz grubiańsko były duże, kościste i czerwone. Uczono go konnej jazdy! Biada! Pomimo najgorliwszych starań, najbieglejszych mistrzów ekwitacyjnej sztuki, młody hrabia dosiadał zawsze konia nie po łacinie już nawet, ale zupełnie, doskonale po hebrajsku. Podskakiwał na siodle i podskakiwało pod nim siodło, widzowie tłumili śmiech szalony, a patrząca przez okno hrabina dostawała spazmów.
Ale dwa już szczególniej wydarzenia zaryły się głęboko w bolejącą pierś tej nieszczęśliwej matki i do reszty już odwróciły serce jej od młodszego jej syna. Mając lat 19, hr. Cezary zakochał się w pannie służącej hrabiny, ślicznej szlachcianeczce zagrodowej, jasnowłosej, błękitnookiej, czułej, marzącej i co wieczora przy świetle księżycowym, u otwartego okna garderoby, bardzo smętnie grywającej na gitarze!.. Zakochał się w niej nie na żarty wcale, ale tout de bon, jakby w równej sobie... formalnie i z najgłębszem uszanowaniem, z najniepokalańszą skromnością konkurował o jej serce, całował ją w rękę, rumienił się na jej widok, wzdychał i spuszczał oczy, gdy była przy nim. Avec ce pauvre Cesar, żartów nie było jak nie było głupstwa, któregoby nie można po nim się spodziewać. Mścisław! to co innego! on umiał rzeczy podobne brać z góry sobie, po rycersku i obchodzić się z niemi jak należało! Odprawiono więc pannę służącą i wysłano ją bardzo daleko, a hr. Cezary dostał po jej odjeździe gwałtownego tyfusu i omało życiem nie przypłacił swej niepojętej głupoty.
Innym znów razem, pełnoletni już zupełnie bo 21 lat mający hrabia, przypatrywał się na Ujazdowskim placu odbywającej się tam corocznie ludowej zabawie. Widok pajaców, huśtawek i djabelskich młynów, zdawał mu się sprawiać rozkosz niewypowiedzianą, śmiał się i klaskał w ręce wraz z tłumem w sposób nadzwyczajnie głośny i zupełnie nieprzyzwoity, najbardziej jednak podobały mu się włażenia na słup mydłem posmarowany, przez kominiarzy i mularskich czeladników dokonywane. Patrzał na te mniej lub więcej powodzeniem uwieńczane akrobatyczne próby, zapał ogarniał go co raz większy, coraz pustsza porywała wesołość, aż nagle, w chwili właśnie gdy mularczyk jakiś dosięgłszy już połowy słupa, zsunął się po nim na ten padół płaczu, z szybkością nadzwyczajną i wśród śmiechów a gwizdań gawiedzi, hr. Cezary poskoczył do słupa, zawołał: i ja spróbuję! i już już zdejmował z siebie angielską bonżurkę, a nogi swe ogołocił z paryzkiego obuwia, aby ramionami słup omydlony objąwszy, puścić się w górne zawody z kominiarzami i mularczykami, gdy na szczęście obecny przy nim zwykle we wszystkich publicznych okazyach Pawełek, w porę go za ramiona uchwycił opierającego się i błagalnie o swobodę działania proszącego gwałtem prawie do ubrania się i ozucia napowrót przymusił i od nieszczęsnego słupa w dal odprowadził. W tłumie wydarzenie to narobiło wiele wrzawy. Palcami pokazywano sobie hrabiego, który chciał włazić na słup igrzyskowy po sladach jednego kominiarza i dwu mularczyków; jedni śmieli się do rozpuku, inni płakali z rozczulenia a majster jakiś szewiecki podobno, stary i nawpół pijany, wyszedłszy z tłumu dopędził umykającego już pod przemocą Pawełka hrabiego-demokratę i w znak że chęci jego pobratania się z ludem gorąco poważa i akceptuje, wziął go w ramiona swe i oba policzki jego kilku głośnemi pocałunkami zaopatrzył. Hrabina Wiktorya zaś w towarzystwie księżnej B. powozem i bardzo powoli plac objeżdżając, widziała przez lornetkę całą tę eskapadę syna, a przy wieńczącym ją akcie, to jest przy udzielonym synowi jej uścisku brata w Chrystusie, majstra szewieckiego — zemdlała.
Na wszystkich powyższych danych opierając się, wszyscy członkowie rodziny uznali jednozgodnie, iż hr. Cezary obejść się i rozrządzić stosownie wielkim, przypadającym nań majątkiem nie potrafi i że najwyższą nieopatrznością rodziny, byłoby pozostawienie steru majątku tego we własnem jego ręku. Jakkolwiek więc, wnet po dojściu do pełnoletności obu braci, dział poojcowskiej ogromnej fortuny, dokonanym pomiędzy nimi został zupełnie formalnie i oficyalnie, za sprawą jednak przezornych a troskliwych starań hrabiny-matki, stało się tak, że hr. Mścisław otrzymał z działu tego dwa razy więcej niż brat jego. Hr. Cezary nie protestował bynajmniej, owszem dowiedziawszy się od matki i pełnomocnika familijnego, że jemu przypadła w udziale Malewszczyzna z pięciu folwarkami innemi, a Mścisławowi Pompalin z małym Watykanem, dziesięć innych folwarków, jakoteż kapitały będące, lub być kiedy mogące własnością ś. p. ich ojca, nietylko że w dziale tym żadnej ujmy dla siebie nie dojrzał, ale matkę swą bardzo pokornie i czule w rękę pocałował — a pełnomocnikowi dłoń bardzo serdecznie uścisnął, dziękując im za trudy, które około załatwiania interesów jego ponieśli. Co więcej! Malewszczyzną i pięciu folwarkami hr. Cezary nie rządził bynajmniej osobiście. Rządziła niemi rodzina. Wydzierżawiano je, sprzedawano, dochody z nich pobierano na mocy pełnomocnictw, jak najobszerniejszych, które hr. Cezary wydawał bez chwili wahania każdemu, komu powiedziano aby je wydał; jemu zaś dawano pensyą miesięczną, ale której drobną zaledwie część powierzano własnym jego rękom, resztę oddając pieczy osób nierozłącznie do osoby hr. Cezarego przywiązywanych, od paru lat Pawełkowi najczęściej. Każda z osób tych do osoby jego przywiązanych, miała sobie za obowiązek dostarczać hrabiemu wszystkiego czegoby potrzebował, składając następnie innym członkom rodziny ścisły rachunek z sum wydanych. Było to tedy coś niezmiernie podobnego do kurateli nad młodym hrabią rozciągniętej. Ale młody hrabia nie protestował, a przynajmniej nic nie mówił nigdy i nic nie czynił takiego, coby na najlżejszy protest zakrawało. Być może zresztą, iż nie mówiąc i nie czyniąc nic myślał sobie to i owo, jakkolwiek przypuszczenie podobne wydawać się mogło więcej niż wątpliwem, w obec przyjętego raz na zawsze i przez całą rodzinę przekonania, że „ce pauvre César ne pense jamais à rien du tout“.
A przecież hr. Cezary, jakkolwiek skromny w swych gustach, miał także długi szereg ulubionych sobie rozrywek. Jedną z nich np. było zakupywanie na mieście całych koszów jabłek lub bułek i rozdawanie ich ubogim ulicznym dzieciom, które znały go wybornie i gdzie się tylko ukazał gromadami go otaczały. Drugi rodzaj rozrywki stanowiło przysłuchiwanie się różnym gminnym baśniom i legendom opowiadanym przez stare, na progach miejskich domostw wygrzewające się babulki, lub starych, siwobrodych, wiejskich dziadów. Lubił też bardzo hr. Cezary gdy był w mieście, przyglądać się zabawom ludowym i płatać wśród zbiorowisk tych różne takie figle, jak np. wkładanie ukradkiem do kieszeni obdartych, kulejących staruszków dziesięciorublowe asygnaty, albo chwytanie z tyłu za włosy biegnące do dobroczynnego zakładu dzieciaki w różowych lub niebieskich bluzach i całowanie w chude, bledziuchne ich twarzyczki. Na wsi nie było dla niego większej przyjemności, jak zarzucać snopy w stodole lub grabić siano na łące z młodymi wieśniakami i rozmawiając z nimi w ludowem ich narzeczu, śmiać się do rozpuku z konceptów ich i żartów.
Takie to były upodobania i taki sposób życia hr. Cezarego. Nie dziw więc, że hr. matka jego, tyle łez z jego przyczyny wylała, tyle wstydu przeniosła i całej jego tak fizycznej jak moralnej organizacyi inaczej sobie wytłómaczyć nie mogła, jak przez rodzaj wyrodzenia się jakiegoś, a raczej wrodzenia się w któregoś z antenatów, z linii męzkiej naturalnie, przez to słowem zjawisko, które w języku naturalistów od niedawna otrzymało nazwę atawizmu. W istocie; w tej chwili np. patrząc na hr. Cezarego jak stojąc u roztwartych na oścież drzwi stajni, z szerokiemi ramionami swemi, długą, kościstą twarzą, ręką swą dużą, kościstą, czerwoną, rozwijał w całej długości wielki bat furmański, aby zamaszyście przerżnąwszy nim powietrze, tryumfująco potem spojrzeć na idącego z nim w zawody młodego stangreta, nie można było powstrzymać się od myśli, że tak właśnie, a nie inaczej, wyglądać musiał poczciwy, barczysty i kościsty pradziad flisak, gdy stojąc na przodzie wiciny, rozbijał fale rzeczne ogromnym rudlem i śmiejąc się do towarzyszy swych, wołał z całego gardła: ho ha! hej, hoha!
— Wyżej paniczu! szerzej paniczu! silniej, silniej paniczu! śmiejąc się serdecznie, wołała do młodego hrabiego otaczająca go liczna drużyna stangretów i stajennych posługaczy.
— Paniczu! paniczu! mój mi się rozchorował, a ja na doktora i na lekarstwo dla niego nie mam! zapiszczała mu za plecami wiejska jakaś baba.
— Paniczu! mnie pan rządca konia zajął w szkodzie i nie oddaje! kłaniał mu się do stóp wieśniak w sukmanie, z dziedzicznej jego Malewszczyzny przybyły. Dwoje czy troje dworskich dzieciaków stało tuż przy nim i niecierpliwie zdawało się czekać zakończenia paniczowej zabawy z batem, aby go o coś poprosić czy też może bez proszenia od niego coś dostać. Jakoż na piskliwy głos baby i uniżoną prośbę wieśniaka, hr. Cezary nie wypuszczając z ręki bata przestał nim jednak w powietrzu wywijać. Zwrócił się naprzód ku babie ale tu, oko w oko spotkał się z przybyłym od strony pałacu Pawełkiem.
Zmięszał się widocznie.
— Co ty tu robisz, Cezary? zagadnął Pawełek, który młodszego z kuzynów swych nie tytułował tak jak starszego.
— Mój Pawełku, odparł młody hrabia, żebyś ty wiedział jak oni mię tam znudzili!
Stosowało się to zapewne do prawników i innych osób obradujących nad interesami majątkowemi hrabiego, w pałacu.
— Hrabio! uroczyście wyrzekł Pawełek, zapominasz ciągle o tem kim jesteś!
Młody hrabia smutnie wstrząsnął głową.
— Kimże ja jestem! no, kimże ja tam jestem, szepnął.
— Rzuć no ten bat, Cezary! zadysponował Pawełek.
Po krótkiej chwili wahania się ze strony hrabiego, bat leżał na ziemi.
— A teraz chodź do pałacu!
— Aj mój Pawełku! byle nie tam! no proszę cię pójdziem na spacer... tam wiesz do tego wzgórza z którego widok taki piękny!
— Pójdziemy tam potem. Teraz trzeba interesy ułatwić.
— Aj te interesy! żebyś wiedział Pawełku jak mi już one kością w gardle stanęły!
— Nieunikniona to odwrotna strona twej wielkości, mój drogi! Ale pomyśl tylko co powie pani hrabina i co powiedzą twoi stryjowie jeśli tak świetny interes z twojej przyczyny do skutku nie przyjdzie.
Uwaga ta zastanowiła snać mocno młodego hrabiego, bo stał chwilę ze spuszczoną głową, potem westchnąwszy zcicha, rzekł:
— No to już pójdę!
Na ganku pałacowym, dwóch nadchodzących mężczyzn, spotkał pełnomocnik z wielce posępną twarzą.
— Wszystko przepadło, panie hrabio! rzekł, daliśmy czas żydom do intrygowania, nabywca stanowczo usunął się od interesu i wnet odjeżdża... Gdyby pan hrabia był zrana podpisał umowę, klamka by zapadła, ale teraz... ja ręce od wszystkiego umywam i opiszę pani hrabinie i panu hrabiemu jak wszystko było.
Rzekłszy to pełnomocnik zstąpił z ganku i śpiesznie oddalił się ku oficynom, hr. Cezary zaś pozostał na miejscu jak skamieniały.
— Pawełku! ozwał się po chwili zcicha. Ja nie wiem co to będzie...
— Z czego? zapytał Paweł.
On to zrobi z pewnością... on napisze do mamy i do stryja, że ja siedziałem w pasiece i klaskałem z bata pod stajnią, kiedy trzeba było podpisywać umowę...
— No, naturalnie że napisze... ale i cóż ztąd?
— Stryj jak stryj... ale mama będzie znowu gniewała się bardzo na mnie.
— Będzie z pewnością! ale i cóż ztąd? powtórzył Pawełek.
— Jakto cóż ztąd? czyż ty nie wiesz mój Pawełku jak mi przykro kiedy mama gniewa się na mnie...
— Zdarza się to jednak dość często.
— Zawsze Pawełku. Od dzieciństwa mego nie pamiętam mamy inaczej jak rozgniewaną na mnie... Nie łaje mię wprawdzie, nie bije... ale wolałbym żeby wyłajała mię, a nawet wybiła, niż słyszeć wiecznie jak mówi do mnie: „mon pauvre Cesar, ta n’es bon à rien du tous!“
Rozmawiając tak weszli do jednego z pałacowych salonów.
— Mój Boże! ciągnął młody hrabia, czyż jabym chciał martwić kogo, a tembardziej mamę? Jestem bon à rien, sam to czuję, ale cóż zrobić, kiedy mię już takim stworzyła natura...
— Kto wie czy natura! szeptał do siebie Pawełek.
Hr. Cezary miał łzy w oczach.
— Ot i teraz np. ciągnął, z tą sprzedażą Malewszczyzny... będą na mnie gniewali się... Mścisław mię wyśmieje...
— Bo też dobrzebyś zrobił Cezary, żebyś raz już przestał tak bardzo zważać na te wszystkie gniewy i wyśmiewania i tak bardzo czuć nad niemi...
Hrabia pokiwał głową.
— Dobrze ci tak mówić Pawełku, ale gdybyś był na mojem miejscu...
— Czy myślisz doprawdy, panie hrabio Czółno-Don don Pompaliński, że jestem szczęśliwszym od ciebie? uśmiechnął się Pawełek.
— Sto razy, tysiąc razy szczęśliwszym! mój Pawełku i chciałbym bardzo być na twojem miejscu!
Pawełek rozśmiał się zrazu, potem jednak rzekł poważniej.
— Być może zresztą iż masz słuszność; ale dodał, pomimo wszystkiego co cię czeka w niedalekiej przyszłości, lepiej się stało żeście Malewszczyzny nie sprzedali...
— Dla czego? zagadnął Cezary.
— Dla tego, że byłby to z waszej strony zły uczynek, zagadkowo wytłómaczył Pawełek.
Hrabia otworzył nieco usta: zadumał się nad słowami towarzysza długo i głęboko. To i owo mignęło mu snać przez głowę, w niewyraźnych zapewne zarysach, bo z lekkiem wahaniem w głosie odpowiedział przecież.
— A prawda! Czoło jego rozjaśniło się nieco. — No dobrze przynajmniej i to! rzekł, tylko że... że widzisz mój kochany, mama i stryj znajdą sobie innego nabywcę i Malewszczyznę sprzedadzą...
— Dla czegóżby tak koniecznie?
— No, dla tego, że jak powiadają, nie mógłbym, nie umiałbym zarządzić majątkiem, a z pieniędzmi to jakoś łatwiej... złożą je dla mnie na banku i... i... będą mi dawać procenty... wytłómaczył Cezary.
— Ależ Malewszczyzna jest twoją własnością, Cezary, twoją najprawowitszą własnością...
— To i cóż ztąd, Pawełku?
Pawełek rozśmiał się.
— Mój drogi, rzekł, od dwóch lat już pracuję nad tem ile sił mi staje, ażeby z dziecka przerobić cię na męża a ty...
W tej chwili stary, zaufany kamerdyner hrabiny-matki, jedna też z nieodłącznych od osoby hr. Cezarego nianiek jego, wniósł na tacy list do młodego hrabiego zaadresowany, a szczególny pozór mający. Była to szmatka grubego, szarego papieru, w fantastyczny kształt jakiś złożona, którą Pawełek z ciekawością roztworzywszy przeczytał co następuje:
„JW. Panie hrabio państwa Rzymskiego, Cezary Ponmpaliński!
„Dowiedziawszy się że kochany Waćpan yesteś w tych stronach, zapraszam Waćpana do siebie na yutro na obiat. Kochany Waćpan mnie nie znasz ale Ja yestem Waćpana krewną y kobitą yestem y starą yestem. Jeżeli tedy mnie odmuwisz będziesz bardzo niegrzecznym kawalerem i hrabią.

„Cecylija z Pompalińskich
Jenerałowa Orczyńska“.

Cezary wysłuchawszy treści listu struchlał cały, Pawełek zaszedł się od śmiechu.
— A to szczególna fantazya tej starej czarownicy! czego ona chce od ciebie?
— Mój Pawełku! cóż ja teraz zrobię?
— Ja nie wiem. Pani jenerałowa jest w bardzo złych stosunkach z twoją rodziną i stawia jej stołki, gdzie i kiedy tylko może!
— Otóż to! mama gniewałaby się może...
— Z drugiej jednak strony, jest to kobieta i stara do tego i krewna, nie wypada więc może młodemu jak ty człowiekowi odmawiać...
— To prawda! ale jak tu zrobić?
Pogrążyli się obaj w zamyśleniu; nagle hr. Cezary poskoczył na krześle.
— Wiem już, wiem jak zrobić! zawołał, trzeba napisać do mamy, albo do stryja Światosława i zapytać się jak zrobić!
— Wstydź się Cezary, mówić tak bez zastanowienia żadnego, upomniał pupila swego Pawełek; odpowiedź z Warszawy przyjśćby mogła najprędzej za dni pięć, a jenerałowa zaprasza cię na jutro...
— A prawda! potwierdził zmartwiony niepowodzeniem pomysłu swego hrabia.
— Wiesz co? Cezary, zaczął Pawełek po chwili namysłu, nie wypada żadnym sposobem, abyś nie jechał... Dla kobiety, a do tego starej, trzeba mieć zawsze pewne uszanowanie. Hr. Światosław będzie z pewnością tego samego zdania!...
— A mama? wtrącił nieśmiało Cezary.
— Tego to już nie wiem.
— Widzisz, Pawełku! ja boję się...
Zniecierpliwiony Pawełek porwał się z miejsca.
— Przestań że choć raz być dzieckiem, Cezary, zawołał. Przecież pani hrabina głowy ci nie zetnie i nosa nie oderwie...
Na to potworne przypuszczenie, Cezary parsknął śmiechem.
— A prawda, rzekł, tylko że widzisz ja wolałbym może aby mi kto nos oderwał, niż żeby mama mi powiedziała znowu: „mon pauvre Cesar! tu n’es bon à rien du tous!”
— To nie wierz temu gdy ci tak mówić będą...
Cezary smutnie wstrząsnął głową.
— Koniec końców zakończył Pawełek, do Odrzenic pojedziemy, choćby przez samą ciekawość, czego ta baba może chcieć od ciebie. Przytem i zgromadzenie będzie tam pewno liczne... zjeżdżają się do jej miljonów ludzie jak na odpusty...
— Aj Pawełku, zawołał hrabia, to ja tam nie pojadę!
— Dla czego?
— Kiedy będzie liczne zebranie...
— Mój Cezary, czyż jesteś dzikim człowiekiem?
— Nie, ale tak jakoś... nie chce się... widzisz bo mój kochany, mnie te wszystkie wielkie zebrania okropnie nudzą... nie rozumiem co w nich zabawnego... zjadą się... kłaniają się jeden drugiemu... siadają rzędem i... rozmawiają o pogodzie... już też każdy sam wie dobrze, czy słońce świeci, czy deszcz pada... Nie pojmuję po co o tem mówić! Potem... mówią sobie jeden drugiemu różne komplementy i... czy wiesz Pawełku? na własne uszy słyszałem jak ci co mówili najpiękniejsze komplementa różnym osobom, na innem znowu zebraniu, tak się z tych osób wyśmiewali, że ja... no ja, aż słuchać tego nie mogłem... Mama nawet,... ty wiesz Pawełku, że to święta kobieta... a nawet mama mówiła raz przy mnie pani baronowej K. że suknia jej jest de la dérnière élegance, a jak baronowa wyszła, powiedziała do Mścisława: cette pauvre baronne! wyglądała w swojej sukni jak straszydło na wróble! To też jak mi tylko ktokolwiek na jakiem zebraniu cośkolwiek miłego powie, zdaje mi się zawsze, że potem śmiać się ze mnie będzie... i co to w tem zabawnego, mój Pawełku, sam powiedz! Zresztą panny na zebraniach wyglądają tak zawsze dziwnie że... że jestem zawsze prawie pewny, że żadna z nich nigdyby nikogo pokochać nie mogła... Wszak ty Pawełku, jesteś daleko przystojniejszy odemnie i daleko rozumniejszy i dowcipniejszy, a pomimo to jak jesteśmy razem z tobą na jakiem zebraniu, wszystkie panny mnie wciągają do rozmowy z sobą, a ciebie nigdy żadna nie zaczepiła. Cóż to pięknego sam powiedz!
Wysłuchawszy słów tych z wielkim zapałem przez hr. Cezarego wypowiedzianych, Pawełek powstał, zbliżył się do kuzyna swego, pocałował go w czoło i popatrzył mu chwilę w oczy z miękkim jakimś wyrazem litości i sympatyi.
— Mój Cezarku! rzekł poważniej niż zwykł był mówić, powiedziałbym ci wiele, bardzo wiele o tobie samym i o tym świecie, którego tak nie lubisz... gdybym mógł. Ale nie mogę... już i tak hr. Mścisław napomknął mi raz, że cię buntuję przeciw familii, a to widzisz kochanku, z mojej strony, pachnie trochę zdradą... kiedykolwiek może sam oczy otworzysz, albo i ja ci w tem dopomogę, gdy przyjdzie stosowniejsza chwila... a teraz... — Teraz, dodał weselej, trzeba się nam na jutro do Odrzenic wybierać... Jesteś tak młodym że odmowna odpowiedź na zaproszenie kobiety wiekowej, byłaby z twej strony naprawdę nieprzyzwoitością wielką...
Rozmowa pomiędzy dwuma kuzynami, o pojechaniu lub nie pojechaniu do Odrzenic, wahała się jeszcze dość długo pomiędzy tak i nie, aż nakoniec za sprawą głównie Pawełka, tak przeważyło stanowczo.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.