Pompalińscy/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
POMPALIŃSCY.
POWIEŚĆ.
przez
Elizę Orzeszkową.
Nowelle (Halévy) graf tytułowa.jpg
WARSZAWA.
Nakładem Redakcyi „Przeglądu Tygodniowego“.

1876.
Дозволено Цензурою
Варшава, 25 Мая 1876 г.
W drukarni Przeglądu Tygodniowego w Warszawie, przy ulicy Czystej Nr. 2.





CZĘŚĆ PIERWSZA.
ROZDZIAŁ I.

Wzywanie pomocy Muz przed rozpoczęciem pisania, nie jest rzeczą czasów naszych. Było to kiedyś modą powszechną, ale być przestało, odkąd pod wpływem szerzącej się w świecie poziomej prozy, słońce zaniechało, w języku poetów, jeździć po firmamencie ognistym wozem, księżyc utracił wdzięczne miano Dyanny, jędza nazwana została nie Prozerpiną lecz jędzą, a Dafnis i Chlorynna ustąpiły miejsca Pawłowi i Marysi. W owym to właśnie czasie, gdy mowa bogów tak znakomitej ulegała przemianie, jeden z wielkich wieszczów zachodu zapytany: co mianowicie w obec nowego porządku wyobrażeń i wyrażeń, powie on o człowieku powierzającym łódź przeznaczeń swoich głębiom ponurego Państwa, nad którem panuje straszliwy trójząb Neptuna? odrzekł: powiem po prostu: wypływa na morze. Co za skażenie smaku! Jaka gminna prostaczość słowa! Jakże wyraźnie uczuć się już tu daje powolne znikanie złotych i srebrnych wieków ludzkości, a nadciąganie żelaznego, owego żelaznego wieku, w którym wodna puchlina tak serca, jak wyobraźni, jak stylu zaszczytnem odznaczeniem być przestanie, a ludzkość pracować pocznie na to, aby módz nazywać prawdę, jakkolwiekby gorzką była — prawdą, a głupstwo, jakkolwiek różowe — głupstwem!
Tak, a przecież i dla obecnie piszących istnieją momenty, momenty w których na widok podnoszącego się przed nimi zadania, czują oni całą słabość, całą nicość swych sił przyrodzonych i radziby byli przyzwać sobie ku pomocy wszystkich mieszkańców starożytnego Helikonu, posiąść w pamięci swej wszystkie mitologie starożytne i inne, napełnić słownik swój wszystkiemi najwspanialszemi epitetami, metaforami i allegoryami, aby módz dokładnie określić wielkość opisywanego przedmiotu i w jaknajdostatniejszy sposób przedstawić go razem i polecić współczuciu przyszłej rzeszy czytelników.
Taki to właśnie moment przebywam, łaskawy czytelniku, rozpoczynając powieść tę, rozpoczynając ją z gorzkiem zwątpieniem o siłach mych, z wewnętrznem westchnieniem do wszystkich bóstw, które dotąd opiekować się piórem mem i wspierać je raczyły, rozpoczynając ją z trwogą niepomierną i uroczystym nastrojem ducha, albowiem opiewać mi w niej przychodzi dostojny i całej parafii mej znany ród: Hrabiów Czółno Don-Don Pompalińskich.
Jakże opiewać go będę? czy świetne zjawisko to obejmę w całości, poczynając od pierwszej chwili w której zajaśniało śród świata, do obecnej, od najdawniejszego protoplasty do drobniuchnych teraźniejszych odrośli? Nie; zadaniu podobnemu nie podołałabym nigdy, jakkolwiek bowiem urodzinom rodu tego towarzyszyły wieszczki róźne: dobre i niedobre, takie które obdarzały go sowicie i takie które go niczem wcale nie obdarzały, nie potrafiłabym nigdy opisać wiernie, wyliczyć szczegółowo i w jaki taki artystyczny ład ułożyć wszystkie splendory i koleje losu, łączące się w pamięci mej z pojęciem rodu tego.
Wolę więc poprzestać na mniejszem i pobieżnym zaledwie rzutem oka ogarnąwszy część historyczną przedmiotu, szczegółowo opracować jeden tylko epizod z teraźniejszego już istnienia rodu poczerpnięty i z pewną tylko ilością członków jego związek mający, epizod którego tytuł, gdyby nie wstręt mój do wszelkich w ogólności długich i szumnych tytułów, brzmieć by powinien: O troskach i zgryzotach, które dotknęły dostojną rodzinę Hrabiów Czółno Don-Don, Pompalińskich.
O! były to troski i zgryzoty, o których z pewnością pojęcia nie masz ty, gminny wyrobniku, pochylający się od świtu do nocy nad twardą glebą, aby z niej dla spracowanego ciała twego i wybladłych ust twych dzieci, wydobyć odrobinę czarnego, łzami i potem oblanego pożywienia; nie macie o nich pojęcia i wy Matki czułe, spędzające noce bezsenne nad kolebkami dziatek waszych w trwodze o życie ich lub dolę, ani wy mężowie uczeni z krwawym znojem myśli goniący za promieniem prawdy, ani wy mężowie idei rzucający się w odmęt walk, za to coście uwielbili i ukochali sercem... Były to troski i zgryzoty godne najczulszych trenów, najżałośniejszych, najmelancholiczniejszych elegij... ja przecież nie posiadając z natury najlżejszej ku melancholii skłonności, a w dodatku i nie umiejąc wierszy pisać, przedstawię wam je czytelnicy w formie nie trenu, nie elegii lecz skromnej powiastki, którą chciałabym nawet uczynić jak najmniej smutną i którą też w wierszu następującym rozpoczynam.
Rozpocząć inaczej nie mogę jak wytłómaczeniem, niezrozumiałego Ci zapewne czytelniku znaczenia dwóch wyrazów poprzedzających bezpośrednio nazwisko: Pompalińscy i ściśle z nazwiskiem tem połączonych, mianowicie: Czółno i Don-Don.
Owóż Czółno — to herb, a Don-Don, przydomek. Zkąd się zaś wzięły i jak powstały i herb i przydomek, co wiem to opowiem.
Ród Pompalińskich najżywszym jaśnieje blaskiem w miejscowości, w której szumią ostatki puszcz niegdyś wspaniałych i sławnych, Niemen toczy szerokie, poważne swe fale, najbujniejsza wzrasta boćwina i najsmaczniejsze w świecie całym wyrabiają się kiełbasy — słowem, na Litwie. Najlżejszej nie ulega wątpliwości, że istnienie rodu tego datuje od czasów niesłychanie dawnych. Są tacy którzy mniemają i dowodzą, że pierwszym protoplastą jego, był jeden z 12-u Wojewodów, którzy rządzili przed królem Mieczysławem jeszcze i ojcem jego Piastem. Inni, a między tymi i sam dziś żyjący hrabia Światosław Pompaliński utrzymuje, iż nie jeden z 12-u Wojewodów Polskich, ale pewien wielki wódz Rzymski, który odznaczył się tem mianowicie, iż obalił w gruzy kilka miast kwitnących i położył koniec życiu niesłychanej ilości ludzi, był pierwszym założycielem rodu, którego on, Hrabia Światosław, jest obecnie głową i główną ozdobą; jakimto jednak wywodem nie zadowolniony, brat hr. Światosława, hr. August, domyśla się i domysł swój niezbitemi dowodami wkrótce stwierdzić przyrzeka, iż ród Pompalińskich, wywodzić się właściwie powinien nie od słynnego wodza Rzymskiego, ani tembardziej od żadnego Wojewody Polskiego, ale od jednego z owych walecznych i bohaterskich Braci Machabeuszów, o których przecie świat cały wie jakimi byli gorącymi patryotami i niezłomnymi rycerzami. Wspomnienie jednak o Machabeuszach sprowadza, niewiem prawdziwie dla czego, wyraz niesmaku na oblicze hr. Światosława i wywołuje zwykle spór, delikatny zresztą i etykietalny, pomiędzy nim, a nieco lekkomyślnym bratem jego, spór który gdy raz wzniesionym został przy wytwornie zastawionym stole hr. Światosława, jeden z biesiadników przeżuwający właśnie ostatni kęsek pasztetu z jarząbków i niosący do ust kielich wybornego węgrzyna, uczynił wniosek, że obaj dostojni bracia, jakkolwiek dostojni i wysoce uczeni, tym razem tylko i całkiem wyjątkowo znajdują się w błędzie; początku bowiem rodu Pompalińskich szukać nie należy ani w kronikach Rzymskich, ani w dziejach Izraelskich, ale w owej całkiem przedhistorycznej epoce, której ślady odkrywają się dziś oczom geologów i antropologów, w postaci jaskiń napełnionych zmięszanemi ze sobą kośćmi ludzkiemi, lwiemi i niedźwiedziemi, czyli, że pierwszego w świecie Pompalińskiego, szukać należy nie gdzieindziej tylko pomiędzy ludźmi kopalnymi. Podobne jednak twierdzenie, jako opierające się na geologii i antropologii, zakrawało mocno na herezyę i przypaść nie mogło do smaku ścisłej i gorącej ortodoksyi hrabiny Wiktoryi Pompalińskiej, z domu księżniczki X., wdowy po zgasłym oddawna hr. Jarosławie, trzecim i najmłodszym, z pomiędzy trzech dostojnych hrabiów — braci i matki dwu w kwiecie wieku obecnie zostających, a stanowiących świetną nadzieję rodu hrabiów braci: Mścisława i Cezarego. Hrabina Wiktorya po długiem rozmyślaniu nad wnioskiem biesiadnika, który wydawał się jej więcej grzesznym niż prawowiernym, udała się do spowiednika swego allias dyrektora swego sumienia z zapytaniem: czy prawidła prawomyślności pozwalają wierzyć w epoki przedhistoryczne, w geologią, antropologią, jaskinie i ludzi kopalnych. Na co gdy dyrektor sumienia odpowiedział, że: epoki przedhistorycznej nie było wcale żadnej i być nie mogło, albowiem dzieje świata od jego stworzenia, stoją najwyraźniej i jak na dłoni opisane w księgach Genezy, Królów, Sędziów, Estery, Paralipomenon i t. d. że następnie geologia i antropologia, a zatem jaskinie i ludzie kopalni są niczem innem jak wymysłami półmędrków i wybrykami demokratycznemi, mogącemi tylko splamić czystość wyobraźni i zmącić spokój myśli tak nieskazitelnej niewiasty i arystokratycznej damy jak hr. Wiktorya; Hr. Wiktorya przestała już całkiem wierzyć w legendę o Pompalińskim kopalnym, a marzyła natomiast o tem, że jako ludzie pochodzą nie z jaskiń lecz z raju, pierwszym Pompalińskim musiał być tedy ktokolwiek z mieszkańców tego miejsca rozkoszy, kto wie? Czy nie sam nawet Adam mąż Ewy, a ojciec ludzkości.
Wszystkie te jednak spory, dochodzenia, domysły, należą już dziś do minionej przeszłości; brzmiały one dość długo, ale już przebrzmiały, pozostawiając po sobie w umysłach tak interesowanych osób jak tych, którzy je najbliżej otaczają, tę pewność niezbitą, że ród Pompalińskich jest nadzwyczaj starożytnym rodem i na mocy tak starożytności swej jak posiadanych przez się bogactw, posiada prawo stania na jednej linii z najstarożytniejszemi i najbardziej szanownymi rodami kraju naszego, ba, całej nawet Europy.
Nieszczęściem, wiek nasz jest jak wiadomo wiekiem skeptycyzmu i nieustających nigdy kontrawersyi. Jakkolwiek więc spory i niepewności wszelkie, pod powyższym względem zachodzące, oddawna już umilkły w łonie samej rodziny i w łonach licznych zresztą, które mają zaszczyt jeść, pić i oddychać w bezpośredniej jej blizkości, w oddali przecież, wśród nikczemnego, po nizkich poziomach czołgającego się, plebsu krążą o przedmiocie tym różne szczególne przypuszczenia, wspomnienia i wcale dziwne opowiadają się powieści.
I tak: utrzymują niektórzy, że najwyraźniejszym dowodem głębokiej starożytności świetnego dziś rodu, zdaje się być to właśnie, iż początki jego giną w mrokach przeszłości tak dalece, iż wspomnienia o nich darmoby szukać w jakimkolwiek kronikarzu, historyku lub heraldyku nie już izraelskim lub rzymskim, ale poprostu polskim. Milczy o rodzie tym Gall i milczy Kadłubek, milczą Długosz i Bielski i Stryjkowski, milczą Paprocki i Niesiecki, milczą Naruszewicz, Lelewel, Szujski i Szajnocha. Daremnie wertujesz dzieła wszystkich wyż wspomnianych szperaczy i mędrców, daremnie na karcie każdej, każdą wielką literę zapowiadającą imię własne chciwem chwytasz okiem, — Potoccy, to Zamojscy, Tarnowscy, Sapiehowie, Sanguszkowie, Lubomirscy, ale — nie Pompalińscy. O Pompalińskich w księgach rodzaju arystokratycznego — ani słuchu! Szczególne wydarzenie! Ja przecież nie posiadając w sercu mem ani źdźbła złośliwości, pełna zresztą czci i uroczystego poważania dla wszystkiego co wielkie i potężne, wydarzenie to na dobre wytómaczyć pragnę. Być może, iż wszyscy, wyż wspomnieni kronikarze, historycy i heraldycy, na pozór tylko byli takimi skrzętnymi zbieraczami i sumiennymi pracownikami za jakich świat zwykł ich uważać, w gruncie zaś dopuszczali się grzesznego niedbalstwa i kary godnych doprawdy opuszczeń. Wszak bywają na ziemi sławy niezasłużone! Być może jeszcze, iż zachodziły tu intrygi jakieś, przyczyny osobiste całkiem, wzajemne niechęci, urazy, że którykolwiek z rodu Pompalińskich pokłócił się o starostwo naprzykład lub kasztelańskie krzesło z Marcinem Gallem, inny z Długoszem, inny jeszcze z Paprockim, inny jeszcze w turniejach patryotycznych prześcignął Lelewela, inny potrącił niechcąc ślepego Szajnochę lub z niedostatecznem uszanowaniem słuchał uniwersyteckiego wykładu profesora Szujskiego, za co wszystko mszcząc się mężowie ci, zaniedbali znienawidzone przez się imię polecić czci i pamięci potomnych i zagrzebali je grubą warstwą niezłomnego milczenia. O! tak! Bywają wszak na świecie stronności i niesłuszności takie!
Wszystko powyższe jednak stanowi dla zajmującego nas rodu nieprzyjemność, że tak powiem, negatywną tylko. W innych wersyach przytrafiają się nieprzyjemności afirmatywnej już natury. Tak np. niedawno jeszcze poumierali ludzie pamiętający czas, w którym przed stu około laty, wielkie jezioro nasze napełniło się wodą strasznie mętną. Byli podówczas tacy, którzy z całej mocy głów swych i rąk usiłowali wodę tę oczyszczać i do stanu spokojnej, kryształowej toni doprowadzać. Nie udało się biedakom. Ale też i na odwrót — istnieli i tacy, którzy „nad rzekami Babilonu usiadłszy” zatopili w toni zmącone długie, kręto wijące się wędki. Byłże to był połów obfity! Owóż, ci co niedawno poumierali, a przed śmiercią o starych dziejach dzieciom i wnukom swym opowiadać lubili, gwarzyli jakoś... nawpół nieprzytomnie zapewne, że niby... wpośród rybaków owych widziano... ach! okropna to potwarz, której usta moje wypowiedzieć od razu nie mogą! że tedy pośród rybaków owych... znajdował się i... (odwagi pióro moje! odwagi!) i ojciec hrabiów Światosława, Augusta i Jarosława; że... był on jakoby rybakiem bardzo zręcznym bo same złote rybki czepiały się jego wędki, że jednak, podówczas jeszcze ani hrabią, ani żadnym wcale wielkim panem nie był i wtedy dopiero gdy już onych ryb złotych wiele, wiele nałowił, stał się wielkim panem (choć zawsze jeszcze nie hrabią) nabył ogromne dobra i zaczął w nich stawiać pałac tak wielki, tak wielki, że dotąd jeszcze budować się on nie przestaje, a nawet według przepowiedni znawców, budować się będzie, jak katedra kolońska, przez wieków siedem.
Nie na tem jednak koniec kalumnii. Zkąd bowiem wziął się ów dzielny rybak? Był synem flisaka, odpowiadają kalumniatorzy. Czem są flisacy, wiedzą dobrze wszyscy nad brzegami rzek spławnych mieszkający. Owóż rodzic rybaka, wedle powyżej wymienionych kalumniatorów, był jakoby flisakiem — na jednej z Wicin zbożem naładowanej, a rok rocznie po spławnych falach Niemna żeglującej ku Gdańskowi, czy innym tam miejscom wielkich targowisk nadmorskich. Ztąd tedy, czyli od tej niby wiciny — powstało Czółno, dotąd na herbie Pompalińskich, śród blado-błękitnego tła, niby śród fal rzecznych figurujące, a Czółno nie zaś Wicina, jakby z pozoru być powinno, dla tego mianowicie, że Wicina jako nazwa czysto miejscowa, litewska, posiadałaby brzmienie i kształt na tarczy nie dla wszystkich plemion ucywilizowanego świata zrozumiałe, gdy tymczasem czółnem jak wiadomo, posługują się plemiona wszelkie. Oto więc wedle mniemania plebsu, rodowód herbu.
Z przydomkiem inna zupełnie historya. Zjawił się on obok nazwiska wcale niedawno, wtedy mianowicie, gdy w prowincyi, w której położone są dobra Pompalińskich, zjawiła się pewna choroba umysłowa, dotąd przez psychiatryą nieznana i niebadana, a nosząca specyalną nazwę: przydomkomanii. Nagle jednocześnie znakomita liczba głów chorobie tej podległa. Wszyscy cokolwiek choćby dostojniejsi obywatele powiatu N. zapragnęli na gwałt mieć przydomki. Rozpoczęło się ogólne grzebanie w familijnych archiwach, nastąpiły formalne oblężenia tak zwanych deputacyi szlacheckich, czyli biur mających w swem posiadaniu heraldyczne wywody miejscowej szlachty i trudniącej się ich legalizowaniem. Pracowano w pocie czoła nad rozkopywaniem próchien dawno zgasłych i zapomnianych przeszłości, nad wznawianiem, a jeśli trzeba i kleceniem na nowo jakich takich, byle odrobinę prawdopodobnych przyrostków i dodatków do głównego imienia. Przyznać też trzeba; że mozoły podjęte nie poszły na marne i że mnóstwo imion wyłoniło się z pyłu wstrząśniętych aż do posad archiwów, z odnowionym lub nowym, a zawsze szumnie brzmiącym splendorem. Tak np. znani w parafii całej z wielu plemiennych cnót naszych i przymiotów, jako to: z rozrzutności, próżniactwa i wszelkie granice hygieną i moralnością przepisane, przechodzącego, ducha erotyczności, bracia Tutunfowiczowie nazywać się poczęli: Tynf Tutunfowiczami (z powodu czego złośliwi mawiali, że przydomek większą ma wartość od właścicieli, bo jest w nim tynf wtedy gdy właściciele jego tynfa nie są warci). Imci Pan Kobyłkowski wydrukował na wizytowym bilecie swym Koryto-Kobyłkowski, Trzewikowski anonsował się w arystokratycznych salonach jako Perła-Trzewikowski, Worydło, został Jastrząb-Worydłem, Kniks, Trzaska-Kniksem i t. d. Przydomki słowem, stały się w one czasy modą powszechną, pożądaniem najwyższym, zaszczytem koniecznym, bez którego niepodobna było porządnemu człowiekowi przyzwoicie zaprezentować się w świecie, ani też osobistej i szlacheckiej swej godności, dostatecznie ochronić przed napływającą coraz gwałtowniej falą gminnych, demokratycznych roszczeń i wyobrażeń. Nicby zresztą w staraniach tych i upiększeniach się pracowitych osobliwego nie było, gdyby nie ta szczególna okoliczność, iż zaszły one w tym właśnie czasie, który bezpośrednio nastąpił po wielkiej, wstrząsającej reformie społecznych stosunków. Należyż proszę państwa opuszczać bezczynnie ręce i poddawać się zniechęceniu dla tego, że szczęście i bogactwa zniknęły? Przeciwnie, tem gorliwiej, tem usilniej pracować należy, aby straty poniesione powetować i nowym zajaśnieć blaskiem. Kto płacze, ten płacze, kto głodny, ten głodny, a kto może do uratowanego domu swego dodać jeszcze przydomek, dla czegóżby uczynić tego nie miał, ku większej chwale swojej i narodu swego, ku pokazaniu światu całemu, że nietylko istniejemy jeszcze ale ba! o świetność istnień naszych skutecznie starać się potrafimy! Ztąd wniosek, że istnieje na ziemi pewien gatunek ludzi, do którego w żaden sposób zastosować się nie da Darwinowskie prawo wykształcania się organizmów wedle potrzeb i warunków otaczających, który jednakim jest wszędzie i zawsze w szczęściu i niedoli — przed burzą i po burzy. Z tem wszystkiem, mogliż Pompalińscy pozostać w tyle tam, gdzie dokonywały się tak szlachetne i pełne chwały zachody? Hrabiowie zresztą Światosław i August, jako ludzie wiekowi i czujący się najzupełniej już wyższymi nad wszelkie wyższości przez innych zdobyte, lub zdobytemi być mogące, nie myśleliby może tak dalece o owej w rodzinnym powiecie ich grasującej chorobie przydomkowej i nie raczyliby trudzić się dla tego aby nie dać się ubiedz w dostojeństwach jakimś tam Tutunfowiczom lub Kniksom. Ale pomyślał o tem wszystkiem bardzo gorliwie młody hr. Mścisław, syn hrabiny Wiktoryi, z domu księżniczki X. i zgasłego oddawna najmłodszego z trzech hrabiów braci hrabiego Jarosława. Hr. Mścisław osobiście nawet w interesie przydomku owego zjechał na Litwę i nie ustawał w staraniach a zachodach póty, aż w papierach familijnych znalazł najwyraźniej wypisane, (co zresztą znanem mu już było z podań rodzinnych i portretów okrywających ściany sali jadalnej hr. stryja jego); że w dość odległym już wieku, dwaj Pompalińscy ożenieni byli z kolei z dwoma hiszpankami wielkich rodów, córkami grandów i udzielnych panów, imiona których nieodmiennie poprzedzanemi bywały zgłoską Don. Dwie hiszpanki, córki grandów, w rodzie, — dwa tedy Don, co złożone razem układało się we wcale dźwięczny przydomek, mający w dodatku nad Tynfem, Korytem, Perłą i t. d. tę niezaprzeczoną wyższość, że gdy te brzmiały gminnie, po polsku, Don Don wydawał dźwięk jakoby poruszanej strony gitary hiszpańskiej i nasuwał wyobraźni cały szereg poetycznych, cudzoziemskich obrazów, jako to: płaszczów aksamitnych po almawiwsku na ramiona zarzucanych, tog najeżonych strusiemi piórami i t. d. i t. d. Powiadają że czyn ów hr. Mścisława w postaci przydomka pojawiwszy się śród świata, obudził w powiecie nie mało szlachetnych współzawodnictw i wysileń, że mianowicie dwaj obywatele miejscowi, odznaczyli się w tym względzie nadzwyczaj bujną pomysłowością wypisując przed nazwiskami swemi, jeden, francuzkie: De-De, drugi niemieckie Von-Von... Pomysły te przecież jakkolwiek świetne, nie zdołały zakorzenić się w rodzinnym gruncie i gdy hiszpańskie Don-Don zostało przyjęte powszechnym oklaskiem i uwielbieniem, francuzkie De-De i niemieckie Von-Von wyśmiane i odtrącone, zniknęły wkrótce z podpisów na listach i kart wizytowych tak zupełnie jakby nigdy nie istniały. W czem nowy dowód prawdziwości przysłowia, że co wolno Jowiszowi nie wolno wołowi, czyli, że co świat uznaje chlubą i zasługą u milionowych panów, to wzgardą i szyderstwem okrywa u jakichś tam odłużonych, lub ledwie dostatnich szlachetek.
Tak więc wylegitymowawszy przed czytelnikiem pochodzenie i znaczenie herbu i przydomka, powinnabym jeszcze powiedzieć coś i o tytule hrabiowskim, który posiada także swą traicznych przejść nie pozbawioną historyą. Że jednak główne i najtraiczniejsze zajście używaniem tytułu tego spowodowane, stanowi już integralną część epizodu, mającego składać treść niniejszej opowieści, że co więcej rozpoczęło ono właśnie cały szereg trosk tych i zgryzot, które dostojną rodzinę nawiedziwszy, mnie pióro do ręki włożyły, wolę więc, przez obawę powtarzania się pozostawić rzecz o tytule dalszym czasom, a kończąc już pobieżny mój zarys historyczny, zaprosić czytelnika do następnego rozdziału, w którym będzie on miał zaszczyt wstąpić wraz ze mną w wysokie progi pałacu hr. Światosława i osobiście już zapoznać się z kilku głównymi członkami, opiewanego przezemnie rodu.



ROZDZIAŁ II.

Hrabia Światosław Pompaliński, niezależnie od wielkich dóbr i ozdobnych rezydencyi dziedzicznych na Litwie, posiadał piękny, obszerny pałac w Warszawie, jedną z głównych ulic miasta tego przyozdabiający. Tu też od lat już dawnych zamieszkiwał najczęściej, to jest zawsze ilekroć nie udawał się w lecie do wód, a w zimie do której ze stolic europejskich. Wycieczki te zresztą stały się od pewnego czasu coraz rzadszemi. Interesa zaś majątków litewskich, sprawowali stale mnodzy pełnomocnicy, rządzcy i officyaliści, mający tylko obowiązek stawienia się parę razy do roku przed obliczem sędziwego pryncypała ze sprawozdaniami, raportami i intratami.
Hrabia August posiadał także w Warszawie, nie pałac już wprawdzie ale niewielki, zgrabny pałacyk, istne arcydzieło architektury i wzór konfortu.
Szczęście posiadania w Warszawie pałacu nie przypadło w udziale tylko najmłodszemu z trzech hrabiów braci, hrabiemu Jarosławowi a to nie dla czego innego, tylko z powodu że wziąwszy w dziale po ojcowskim te właśnie dobra, które zawierały w sobie ów słynny gmach, powyżej do katedry Kolońskiej porównany, a trafniej daleko porównanym być mogący do Watykańskiego niby pałacu na małą skalę, poczytywał sobie za obowiązek tak przez cześć synowską jak własny honor nakazany, prowadzić dalej jego szeroką i wzniosłą budowę. Prowadził tedy i do końca doprowadzić nie zdoławszy, bo z 200-u, wedle rodzicielskiego planu, istnieć mających komnat wykończywszy tylko 98, a z 15 wież i wieżyczek wzniósłszy w zupełności zaledwie 9, zmarł przy trudzie, testamentem polecając starszemu synowi swemu, Mścisławowi, prowadzenie dalej, a jeśli mu życia i pieniędzy starczy i dokończenie, dwoma pokoleniami już wznoszonego, a tak chlubnego dla rodu jak i pożytecznego dla ojczyzny, kolosalnego dzieła. Wszystko to jednak doprowadziło do takiego wyniku, że dźwigając kolosalne dzieło architektoniczne na Litwie, hr. Jarosław nic już wcale z bruku warszawskiego wydźwignąć nie był w możności i zamiast mieszkać we własnym pałacu jak hr. Światosław, albo przynajmniej we własnej ślicznej willi jak hr. August, zmuszonym się widywał na czas pobytów swych w stolicy, najmować, po prostu najmować pewną wielką kamienicę, trywijalnie płacić komorne i barbarzyńsko nazywać się lokatorem. Okoliczność ta szczególniej nieprzyjemną wydawała się hrabinie Wiktoryi, która będąc z domu, jak już wiadomo, księżniczką X., większą część młodości swej przepędziwszy w Paryżu i przez książęce pochodzenie swe wzniósłszy w dom Pompalińskich splendor domowi temu dotąd nieznany, wiedziała dobrze co i jak dziać się powinno na przedmieściach St. Germain wszech krain i stolic, co i jak należało się urodzeniu jej, położeniu, stosunkom. Cóż czynić jednak? Skoro się już raz popełniło mezalians!... A zresztą ów mały Watykan na Litwie wznoszony, wynagradzał w części przynajmniej i przed światem maskował najętą kamienicę. Po śmierci wszakże hr. Jarosława zaszłej wtedy jeszcze, gdy hrabiowie Mścisław i Cezary przechodzili zaledwie z rąk bon francuzek w ręce guwernerów tejże narodowości i w dalekiej, dalekiej jeszcze bardzo perspektywie widzieli przed sobą, młodemi krokami ich kierować mającego preceptora i Mentora, labego Lamkowskiego, po śmierci tedy hr. Jarosława, owego nieodżałowanego a wytrwałego architekta, hr. Światosław jako człek nieżonaty a z bratową — księżniczką zostający w stosunkach o tyle przyjacielskich, o ile na to pozwalały prawidła etykiety, bardzo uprzejmie prosił wdowę po młodszym i mniej szczęśliwym bracie, aby podzielić raczyła wraz z synami obszerny pałac jego, w większej połowie stojący pustkami, a posiadający wszystkie warunki dla pomieszczenia się w nim dwóch, chociażby hrabiowskich i z książętami zmięszanych rodzin. Hrabina Wiktorya, po pewnych niezbędnych ceregielach i drożeniach się, przedstawienie szwagra przyjęła tem chętniej, ile że był on i prawdopodobnie na zawsze pozostać miał nieżonatym, a więc bezdzietnym, oprócz dóbr ziemskich posiadał kapitały znaczne, któremi rozporządzać się mógł dowolnie czy to na rzecz jedynego syna hr. Augusta, czy też jej hr. Wiktoryi synów, czy też może i ulubionej sobie, a gorliwie przez się uprawianej filantropii. Utrzymywać więc synów swych w jaknajbliższym stosunku do tak dostojnego stryja i zdobywać dla nich łaski jego, ze szkodą chociażby trzeciego bratanka i filantropii, wydawało się czułej, a troskliwej matce obowiązkiem świętym; pielęgnowanie starości jego i umilanie mu chwil życia samotnych, rozkosz i zasługę obiecywało chrześcijańskiej niewieście, która wtedy właśnie wstępując w dobę życia pośredniczącą pomiędzy młodością a starością, pierwsze kroki stawić zaczynała na drodze dewocyi, a zatem i cnót nierozłącznie z nią związanych, jakoto: rezygnacyi, pokory, wyrzeczenia się i miłosierdzia.
Hrabina Wiktorya tedy, od lat już kilkunastu mieszkała w pałacu hr. Światosława, w którego też ścianach zbiegła znaczna część dzieciństwa i młodości jej synów. Apartament jej składający się ze znakomitej ilości salonów, buduarów, gabinetów i pokojów, przedzielonym był z appartamentem właściciela pałacu długą, wązką salą, z jednej strony oszkloną, a z drugiej obrazami najrozmaitszych rozmiarów obwieszoną, stanowiącą więc dość okazałą i zasobną galeryę malowideł.
Tę to właśnie galeryę, w pewien biały dzień zimowy lekkim acz powolnym i poważnym krokiem przebywała hr. Wiktorya, dążąc po poprzedniem naturalnie zaanonsowaniu się, do apartamentów hr. szwagra.
Hr. Wiktorya była kobietą wysokiego wzrostu i pięknej kibici. W postawie jej i poruszeniach, w sposobie trzymania głowy i w wyrazie twarzy białej i delikatnej, acz licznemi już zmarszczkami zbrużdżonej, w spojrzeniu mianowicie wielkich, czarnych oczu dość ognistem jeszcze, pewnem siebie, nieco wzgardliwem i niecierpliwem, mało albo i nic prawie, nie odbijały się one cnoty wspólnie z dewocyą praktyktowane, a oddawna już według opinii powszechnej hrabinę odznaczające, jakoto: rezygnacya, pokora, wyrzeczenie się i t. d. Był to przecież może pozór tylko fałszywy lub dawnemi, a bezpowrotnie porzuconemi przyzwyczajeniami wyrobiony. Był to może człowiek stary, który z tronu ducha nawróconej niewiasty strącony przez człowieka nowego, mścił się na swym pognębicielu, okrywając go uparcie purpurą dawnej królewskości swej i wszelkiemi oznakami właściwych sobie, acz dziś na bezczynność skazanych cech, jakoto: tajonego lecz wiecznie na głębi wrzącego żalu za wielu minionemi ponętami i urokami życia, dumy, wytworności, pieczołowitej dbałości o piękność, delikatność i przystrój grzesznego ciała. Czarna lecz z cennej bardzo jedwabnej materyi sporządzona i niepomiernie długa szata hrabiny z poważnym szelestem sunęła po kobiercu okrywającym posadzkę galeryi, wielka brosza roboty weneckiej, przedstawiająca na okrągłym medalionie bazylikę świętego Piotra, zapięta u szyi, tonęła na wpół w puchu pajęczych śnieżnych koronek; takaż koronka niedbale zarzucona na czarny, mocno siwiejący warkocz, nadawała całemu strojowi pozór wytwornego, przedobiednego demi negligé.
Przeszedłszy galeryę obrazów i salę jadalną zawieszoną familijnemi portretami, śród których na niepośledniem miejscu figurowały dwie nieboszczki Pompalińskie, z domu Grandówny hiszpańskie, hr. Wiktorya znalazła się w pokoju, w którym u boku pana swego trzymając się, z francuzką gazetą w ręku, siedział ulubiony kamerdyner hr. Światosława. Człek o czarnym fraku i czarnej długiej brodzie, powstał śpiesznie na widok wchodzącej, z powagą złożył na stole numer Constitutionnela i postąpił naprzód, aby przed dostojnym gościem drzwi komnaty pana swego roztworzyć. Hrabina jednak zatrzymała się u drzwi, w przyległej bowiem komnacie usłyszała rozmawiające głosy.
— Qui est là? zapytała.
— Monsieur le comte Auguste Pompaliński et Mr l’abbé Lamkowski, brzmiała odpowiedź kamerdynera.
Hrabina niedbale skinęła głową, ale z pod spuszczonych powiek jej, strzelił promyk nagle ożywionych źrenic, a usta pąsowe jeszcze zarysowały wśród otaczających je drobniuchnych zmarszczek, ledwie dostrzegalny uśmiech zadowolenia. Uśmiech ten przecież zniknął z błyskawiczną szybkością, bo gdy kamerdyner roztworzył na oścież drzwi przyległego pokoju, dostojna dama miała już na twarzy zwykły sobie wyraz dumnej powagi, przysłonionej zlekka smętkiem i znużeniem. Pokój do którego weszła hr. Wiktorya, był nawpół gabinetem, nawpół salonem. Znajdowały się tam liczne kanapy i fotele adamaszkiem złotawego koloru obite, konsole marmurowe z wielkiemi źwierciadłami powyżej, u jednego z okien ogromne bióro, rozmiarami swemi i mnóstwem nagromadzonych na niem przyrządów piśmiennych i papierów przypominające przybytki ministeryalnych prac i rozmyślań, w jednym kącie posąg słynnego malarza jakiegoś, w drugim popiersie muzyka, a w trzecim olbrzymi figus wyrastający z marmurowego wazonu i tak wysoki a rozłożysty, że szerokiemi liśćmi swemi okrywał znaczną część wyniosłego sufitu. Czwarty róg pokoju zajmował obszerny, bardzo misternie z marmuru i malachitu cyzelowany kominek, na gzemsach dźwigający dwie smukłe urny, wśród których, niby wśród wspomnień żałobnych, stał złocistemi ramami objęty portret panny Mars, słynnej niegdyś śpiewaczki francuzkiej, którą hr. Światosław w Paryżu znał i, w której jak szeptała kronika wielko światowa, szalenie się był kochał. Oprócz panny Mars, były tam na ścianach mnogie jeszcze wizerunki kobiet wsławionych talentem i wdziękami, lecz wszystkie one posiadały pozę i strój de la dérnière convenance, tak zresztą jak być powinno w ulubionej komnacie pana poważnego i poważnie, w towarzystwie rodziny i filantropii, żywot swój kończącego.
W tym tedy gabinecie czy salonie, znajdowało się w chwili wejścia hr. Wiktoryi trzech mężczyzn, niezmiernie różniących się ze sobą tak powierzchownością, jak tem co było na niej wyrytem. Przed kominkiem na którym palił się ogień dość szczupły, aby nie zakrawać na mieszczańską lub szlachecką zaburmaszystość i wesołość, siedział w głębokim, nizkim fotelu hr. Światosław, w luźne i wygodne lecz nadzwyczajnie staranne demi-negligé ubrany, z nogami wspartemi o aksamitny podnóżek i pomimo blizkości ognia ciepłą flanelą, mającą pozór lamparciej skóry owiniętemi. Hr. Światosław bowiem oddawna już cierpiał na artrytyzm w nogach, która to choroba w dostojnym organizmie jego, wspólnie z wielu innemi istnieć musiała, bo twarz jego ściągła, pięknie zarysowana lecz chuda i blada nosiła na sobie wyraźne bardzo cechy chorowitości. Rzadki, srebrny włos ocieniał mu czoło wysokie, gęsto zbruzdżone, a nie pozbawione cech inteligencyi i śladów przepalonych oddawna lecz gorących niegdyś namiętności. Oczy szare, duże, patrzały z pod brwi siwych zimno i zarazem bystro, zwiędłe usta wyrażały chłód i obojętność całkiem arystokratyczną, jakkolwiek w obwisłych kątach ich i w podnoszącym je niekiedy półuśmiechu, czuć było gorycz głęboko utajoną i wyrażającą się na zewnątrz lekkiem tylko ostróżnem, wykwintnem szyderstwem.
O kilka kroków od hr. Światosława, z młodzieńczą gracyą o gzems kominka wsparty, stał o pięć lat od 65-io letniego brata swego młodszy hr. August. O ile w powierzchowności hr. Światosława, łączyły się cechy inteligencyi wrodzonej, acz może nie w pełni i niedoskonale trafnie rozwiniętej natury niegdyś ognistej, dystynkcyi wielce arystokratycznej i dolegliwej chorowitości, o tyle postać i twarz hr. Augusta, zdradzały zdrowie doskonałe, wesołość tak wylaną, że aż przekraczającą w objawach swych, prawidła dystynkcyi i etykiety, doskonałą pewność siebie, zasadzającą się na głębokiem przeświadczeniu o wszechstronnej tak umysłowej, jak fizycznej swej wartości. Więcej krępy niż wysoki, o rumianych, pulchnych policzkach, żywych, błyszczących oczach, gęstych włosach i długich bokobrodach, których głęboka czarność zdradzała przy bliższem przyjrzeniu się, zręczne i staranne używanie sztuki farbiarskiej, sześćdziesięcioletni hrabia nosił na sobie wszystkie cechy tak zwanej grubej natury, lubującej się w materyalnych stronach życia i użycia. Bon vivant, beau mangeur et joyeux compagnon, jak o naturach podobnych wyrażają się francuzi, hr. August był także wielkim zwolennikiem sportu i myślistwa, wyścigowemi końmi swemi i posiadanemi przez się znakomitemi gatunkami chartów, wyżłów i ogarów, słynąc na kraj cały, nieledwie że na Europę i przynosząc tym sposobem ze swej strony grosz sowity do szkatuły zawierającej chwałę rodową i krajową. To też od pierwszego zaraz spojrzenia na hr. Augusta, zdawaćby się mogło, że na nogach jego koniecznie i nieodmiennie istnieć powinny długie buty angielskie do konnej jazdy i polowań używane, w dłoni szpicruta lub kielich i na piersi rozpostarta, sosem piquant poplamiona, serweta. W istocie też, długie buty angielskie serweta, szpicruta i kielich, stanowiły strój i narzędzia w życiu hr. Augusta najpospolitsze. Tym razem jednak o dziwy! zamiast owych sportsmańskich i gastronomicznych insygniów, hrabia miał na sobie ubranie bardzo poważne, mundur bowiem granatowego koloru ze złotemi guzami śród których wyrytemi były różne jakieś dziwacznych kształtów statuetki, rydelki, toporki i garnki. Żadnych żartów proszę państwa! Był to mudur pewnego Towarzystwa Archeologicznego, które jakkolwiek istnieć od lat już kilku przestało, na pamiątkę krótkiego istnienia swego, zostawiło swym byłym członkom, owe rozdawane przez się, a tajemniczej symboliki pełne ubrania. Hr. August popadł był w towarzystwo to, sposobem całkiem wypadkowym, nie przez co innego, jeno w skutek odkrycia w dobrach jego starego jakiegoś kurchanu litewskiego i wygrzebania z kurhanu tego pewnej ilości posążków i czerepków pogańskich. Wprawdzie nie on to sam odkrył kurchan i nie on wygrzebywał posążki, stało się to przecież w jego dobrach i za jego wiedzą; co więcej posążki i czerepki przezeń właśnie, nie przez kogo innego ofiarowanemi zostały do zbioru starożytności przez uczone Towarzystwo posiadanego. Za to wszystko został członkiem Towarzystwa i otrzymał prawo na noszenie uczonego munduru, co tak silne na umysł wywarło mu wrażenie, że odtąd — stał się naprawdę uczonym i to w najzmudniejszej gałęzi nauk, bo w archeologii. Zbierał, a raczej umyślnie w tym celu przyjętemu sekretarzowi zbierać polecił, wszelkie możliwe do otrzymania stare monety, medale, rzeźby a nawet książki, ku przechowaniu ich urządził odpowiednio w pałacyku swym dwie spore sale i zasłynął niebawem w świecie, jako skrzętny zbieracz i niezmordowany poszukiwacz historycznych zabytków naszej przeszłości. O ile więc hr. Światosław znanym był powszechnie, jako wspaniałomyślny filantrop i protektor sztuk pięknych, o tyle brat jego uchodził już za hodowcę poprawnych ras psich i końskich, ale i za o tyle pracowitego o ile patryotycznego uczonego. Jeżeli dodamy, że hr. Wiktorya ze swej strony słynęła z gorącej pobożności i wszelkich cnót nierozłącznie z nią związanych, dziwić się nie będziemy, porównaniu uczynionemu tak przez część publiczności jak przez niektóre arystokratyczno-klerykalne organa prasy peryodycznej, porównaniu opiewającemu nadzwyczajne podobieństwo dostojnego rodzeństwa, do panującej na oną porę w pełnej jeszcze chwale i potędze rodziny Bonapartych, śród której jak wiadomo sam cesarz był znakomitym literatem, książe Napoleon liberalistą i t. d.
Bądź co bądź, hr. August dumnym był zdobytą przez się sławą uczonego i jakkolwiek Towarzystwo archeologiczne, którego był członkiem, oddawna już zniknęło z powierzchni ziemi, przywdziewać lubił mundur z posążkami i rydelkami we wszelkich okolicznościach ważniejszych, takich mianowicie, w których specyalnie reprezentować mu wypadało ród Pompalińskich, a przywdziewając go z podwójnem samozadowoleniem głaskał długie swe bokobrody i mówił zcicha: ça fait toujours mousser le nom!
Trzecim w pokoju znajdującym się mężczyzną, był l’abbé Lamkowski, wysoki, szczupły, o rysach ściągłych, bardzo prawidłowych i łagodnych, którym brak wszelkiego zarostu nadawał pozór znacznie młodszy niż spodziewać się tego można było po kilku srebrnych niteczkach wijących się w bujnych, ciemnych kędziorach jego włosów. L’abbé, siedząc w pewnem od dwu braci oddaleniu, białą i bardzo piękną ręką przerzucał kartki albumu a spuszczone powieki jego podnosząc się w chwili wejścia hrabiny do pokoju, ukazały wielkie, ciemne źrenice, zamyślone i spokojne na powierzchni, z przytłumionym ogniem na dnie.
Na widok wchodzącej hr. Światosław poruszył się w swym fotelu, w zamiarze jakby powstania, ale ból i grube zwoje flaneli udaremniły poryw galanteryi, niewymaganej zresztą bynajmniej, bo hrabina przyspieszonym krokiem przesunąwszy przez pokój, stała już obok fotelu i w obie dłonie ujmując długą, chudą rękę szwagra, głosem pełnym miękkiej troskliwości mówiła:
— Bonjour! bonjour! comment donc ça-va-t-il? jakże się dziś czujesz, chere frère?
— Merci — odparł hrabia-szwagier ze słabym uśmiechem, comme toujours! jak zwykle.
Hr. August z rycerską galanteryą i zarazem doskonałą salonowością złożył przez mgnienie oka pulchne swe usta na atłasowej rączce bratowej księżniczki. L’abbé ograniczył się powstaniem z kanapy i milczącym ukłonem.
— Panowie są dziś tak rannymi gośćmi! zaczęła hrabina siadając na fotelu w pobliżu stołu z albumami i zwracając się trochę do hr. Augusta, daleko więcej do l’abbego.
— Comment donc! zawołał hr. August nieco zbytecznie podniesionym głosem, co wprawiło w chwilowe drgnienie jeden z nerwów twarzowych hrabiny; chciałem przecież być jednym z pierwszych dla powitania naszego kochanego Mścisława i powinszowania mu...
— Pan hr. Światosław, jednocześnie prawie ozwał się l’abbé, był tak dobrym, że zaprosić mię raczył na tę prawdziwą uroczystość familijną, w której za pośrednictwem kochanego naszego hr. Mścisława, usłyszeć nam będzie danem, echa i wieści ze świętego Grodu, do naszej ziemi wygnania przybyłe.
L’abbé mówił to bardzo cicho, tak, że zniżony, miękki głos jego, wydawał się jakoby jedwabną podszewką podniesionego nazbyt, szorstkiego głosu hr. Augusta. To też hrabina najmniejszej zda się nie zwróciła uwagi na słowa szwagra. Wiadomem to zresztą już było całemu wielkiemu światu, że w niezbyt serdecznych zostawała ona stosunkach z hr. Augustem, którego gruba natura, szczególnie wstrętną wydawać się musiała delikatnym jej uczuciom i wzniosłym pojęciom. To też i teraz zwrócona całkiem do l’abbégo, z lekkiem westchnieniem mówić zaczęła:
— Oh oui! Mam wszelką nadzieję, że Mścisław przywiezie nam teraz z sobą najwyższe szczęście i najżywszą radość w postaci błogosławieństwa Ojca świętego, specyalnie rodzinie naszej udzielonego! Wybrane to dziecię! tak młody jeszcze, a tyle już w nim dumy szlachetnej, dbałości o honor imienia, wytrwałości w dobrych przedsięwzięciach! Wszak prawda, M. l’abbé, że mam prawo, tym razem tylko rozminąć się ze świętemi prawami pokory i jako matka Mścisława być dumną mojem dziecięciem?
Na wdzięczny, współżartobliwy uśmiech ostatnim słowom towarzyszący, l’abbé odpowiedział również uśmiechem i lekkim skinieniem głowy.
— Pani hrabina masz bez zaprzeczenia prawo szczycenia się pięknem dziełem, któreś, wychowując hr. Mścisława dokonała.
— Z pomocą Bożą... szepnęła hrabina i twoją Mr. l’abbé.
— Nic na ziemi dziać się nie może bez łaski Jego i pomocy, ciszej jeszcze i skromnie wzmiankę o osobie własnym pomijając, odszepnął l’abbé.
Przez cały ciąg rozmowy tej hr. Światosław pozostał niemym i nieruchomym. Raz tylko gdy hr. Wiktorya mówiła o pokorze, usta jego zarysował szybki i ledwo widzialny uśmiech. Hr. August za to nie mógł widocznie ustać na miejscu. Chwalenie hr. Mścisława wobec milionowego a bezdzietnego brata, sprawiało na nim, niewiedzieć dla czego, dziwnie niemiłe wrażenie. Zwrócony więc do hr. Światosława, o ile mógł najmniej głośno rzekł:
— Szkoda wielka, że mój Wilhelm, nie znajdował się w Warszawie w czasie tej fatalnej mezawantury o tytuł... byłby on niezawodnie, jako starszy, uprzedził Mścisława i sam pojechał do Rzymu...
Ostry promyk wymknął się z oczu hrabiny, która wyrazy te dosłyszała.
— Hr. Wilhelm bawi obecnie, o ile wiem w Homburgu — rzekła patrząc na hr. Światosława. Ton jej mowy słodki był i uprzejmy, ale ileż grotów szyderstwa mieściło się w słowach jej dla ojcowskiego serca hr. Augusta.
— Wilhelm zatrzymał się w Homburgu przejazdem, przejazdem tylko... jedzie ztamtąd do Londynu w interesach fabryki naszej w Aleksinie, wymówił hr. August szybko, jąkając się nieco i patrząc także na hr. Światosława jakby chciał zbadać, jakie wrażenie słowa hrabiny sprawiły na starszym bracie jego. Ale jednostajnie wciąż zimna i milcząca twarz hr. Światosława, nie zdradzała wrażenia żadnego.
— Tak! przeciągle ozwała się hrabina, to szczególne! a ja słyszałam, że fabryka Aleksińska zamknąć się ma, dla braku nowych maszyn, które hr. Wilhelm miał przysłać z zagranicy i nie przysłał...
— Mais, pardonnez moi chère belle soeur... zaczął hr. August mocno zaczerwieniony.
— Permettez, przerwał mu zimny, suchy głos hr. Światosława. Fabryki Aleksińskie są już zamknięte. Hr. Wilhelm przegrał w Homburgu pieniądze, któreśmy mu dali na nowe maszyny.
Mówiąc to hr. Światosław patrzał na brata wzrokiem zupełnie spokojnym, obojętnym, pod wpływem jednak którego zastraszające już rumieńce wytrysnęły na twarz i czoło hr. Augusta. Nie tak biegły w szermierce słów jak w kulinaryi, sportologii i archeologii, zaciął się według trywialnego wyrażenia i wyjąknął tylko zcicha. Mais... mais... ça fait toujurs mousser le nom!..
Po twarzy hrabiny przemknął błysk tryumfu.
— Co do Mścisława, ciągnął hr. Światosław nie zdając się najlżejszej zwracać uwagi na wrażenia obecnych, niepewną jest jeszcze rzeczą czy przywiezie on nam z Grodu św. to po co się tam udał.
— Kochany hrabio! zawołał hr. August, możeszże wątpić...
— Wątpienie o wszystkiem i wszystkich stało się moim nałogiem, z suchym uśmiechem rzucił gospodarz domu.
— A jednak, panie hrabio, bardzo cicho wtrącił l’abbé, powiedzianem jest: przez wiarę do nieba...
— Albo do głupich złudzeń, dokończył z jednostajną zawsze obojętnością w głosie i twarzy hr. Światosław.
— Co się tyczy jednak tytułu tak niesłusznie nam zaprzeczonego, ciągnął hr. August, jestem najmocniej przekonany że Ojciec Śty zechce wynagrodzić wyrządzoną nam niesprawiedliwość i...
— Châre comte, słodziutko i nadzwyczaj uprzejmie przerwała hrabina, jeżeli o czemkolwiek to właśnie o woli i wyrokach tak świętej osoby nie godzi się nam wyrażać przedwczesnego zdania...
— A jednak, wtrącił znowu gospodarz domu, zdawałaś się chère comtesse, mocną posiadać wiarę w pomyślność dla nas wyroków tych, skoro uznałaś za stosowne udzielić księżnie B. baronowej H. i wielu innym osobom wiadomości o tem, że zostaliśmy już hrabiami państwa Rzymskiego.
Tym razem zmięszanie było po stronie hrabiny, pochwyconej na gorącym uczynku gadatliwości kobiecej, zadowolenie po stronie hr. Augusta, który też prostując się nieco i muskając dłonią bokobrody, wyrzekł z uśmiechem:
— Pani hrabina, wysoką znać posiada wiarę w dyplomatyczne zdolności Mścisława...
— I ma w tem zupełną słuszność, potwierdził hr. Światosław; Mścisław jest w istocie un jeune homme très capable i ręczę, że gdyby był na miejscu Wilhelma, zdobyłby się na jakikolwiek koncept dyplomatyczny aby nam przysłać maszyny których bardzo dla Aleksińskich fabryk potrzebujemy.
I znowu hrabina cicho i pokornie zatryumfowała, a hr. August zmięszał się i zasmucił. Widocznie, hr. Światosław trzymał w ręku swem radości i smutki, tryumfy i upokorzenia dwojga istot tych ubiegających się o jego względy, a igranie uczuciami temi i nieustanne przechylanie się z jednej strony na drugą, stanowiło dlań pewną, dość żywą przyjemność życia.
L’abbé przerwał tę nieskończenie błogą rozmowę rodzinną, uwagą że pociąg Warszawsko-Wiedeński musiał już przybyć i hr. Mścisław za mały kwadransik zjawi się śród oczekującego nań towarzystwa.
— Co za szkoda, że Pawełek wyjechał z Cezarym na Litwę, zauważył hr. August, posłalibyśmy go na spotkanie Mścisława.
— Pardon chère comte, qui est ce que ça Pawełek? zagadnęła hrabina.
— Eh, bien, Paul notre cousin, a twój, chére comtesse, ex-paź i wychowaniec.
Na to wystąpienie hr. Augusta twarz hrabiny powlekła się niewiedzieć czemu lekkim rumieńcem. Jakto! ona miewać mogła kiedykolwiek paziów, niby wesoła królowa swawolnego dworu! Co za złośliwość!
— Źle się stało, ciągnął młodszy z hrabiów; w tak ważnej okoliczności trzeba było koniecznie, aby ktokolwiek z członków rodziny naszej wyjechał na spotkanie Mścisława... Mnie jako stryjowi, nie wypadało czynić tego... Szkoda że Paul jest nieobecnym, ale znowu cóżby tam bez niego począł na wsi nasz biedny Cezary!
Wyraz biedny wymówiony był z przyciskiem i westchnieniem.
— Cezary jest takiem dzieckiem... ozwał się hr. Światosław.
— Pardon, chère frère, przerwał mu brat, ce pauvre César, skończył już lat 23.
— Bywają ludzie, którzy przez całe życie nie przestają być dziećmi. Bardzo się lękam aby Cezary do liczby ich nie należał.
— Mon Dieu! westchnęła hrabina, gdyby Cezary posiadał choć cząstkę tej siły, tego rozumu, tego... tego... savoir vivre, którymi tak hojnie obdarzonym jest Mścisław... jakżebym się cieszyła!
— Rezygnacyi, pani hrabino! rezygnacyi! bardzo cicho zauważył l’abbé, wyroki Boskie są nieodgadnione i trudno nam zaprawdę zrozumieć dla czego obdarzając częstokroć jednego z równie dostojnych braci darami wszystkiemi, drugiemu odmawiać On ich raczy... Hr. Cezary zresztą odznacza się także cnotami, które pocieszać powinny troskliwą i bogobojną duszę jego matki... ma on także dobre serce.
— Hélas! westchnęła zcicha hrabina i zamiast stawać w obronie młodszego syna, gdy hr. August o nim wyraźnie opowiadać coś zaczął starszemu bratu półgłosem i z żartobliwym nieco uśmiechem, pogrążyła się całkiem w milczącym przypatrywaniu się jednej z kartek albumu.
Wkrótce jednak i hr. August mówić przestał, widząc że najdelikatniejsze jego dowcipy i insynuacye, rozbijają się niby o pancerz stalowy o lodowatą obojętność starszego brata, l’abbé spoglądał w okno, hrabina nie odrywała ocz od albumu, — wszyscy milczeli. Była to cisza oczekiwania na ważny, uroczysty moment rodzinnego życia. Zanim przecież moment ten nadejdzie wraz z zatoczeniem się przed ściany pałacowe karety, przywożącej ze stacyi kolei żelaznej tyle ukochanego i uwielbianego w rodzinie hr. Mścisława, my, którzy nie mamy powodu momentu tego z równą oczekiwać niecierpliwością, rzućmy okiem na bardzo niedaleką przeszłość, aby dowiedzieć się jaki to był mianowicie ów wielki cel podróży młodego hrabiego do Rzymu i co ją spowodowało.
Rzecz szła, jak to zresztą już odgadł domyślny czytelnik o tytuł hrabiowski. Smutno powiedzieć, niemniej jednak jest to prawdą, że tak jak o imieniu Pompalińskich zamilczeli, przez nizką zawiść lub grzeszne niedbalstwo, wszyscy bez wyjątku kronikarze, heraldycy i historycy polscy, tak również, w skutek zapewne podziemnych intryg jakichś, lub niedarowanego zaniedbania przodków, przepadły bez wieści przywileje i inne pisane dowody, któreby stwierdzić mogły prawowitość używanego przez zajmujący nas ród tytułu. A jednak i w listach prywatnych i pewnych, nieoficyalnych wprawdzie dokumentach, istniały ślady że ojciec jeszcze trzech hrabiów-braci, ów słynnej pamięci rybak, posługiwał się tym tytułem. Idąc za przykładem rodzica, posługiwali się niemi trzej hrabiowie-bracia. Najrzadziej i najostrożniej, wyłącznie prawie po za granicami kraju, używał go hr. Światosław, nierównie już hojniej, zawsze jednak w granicach pewnego umiarkowania, szafowali nim hrabiowie Jarosław i August, co wszystko sprawiło że hr. Mścisław (trzecie już zatem pokolenie) dorósłszy, a w ścisłe rozpatrywanie papierów familijnych, bynajmniej się nie wdając, tytuł ten uważał jako akcesoryum nieodłącznie do nazwiska, dóbr i budującego się w nich małego Watykanu przywiązane, o prawomocności jego nie zwątpił, ani na mgnienie oka i rozporządzać się nim zaczął w prawo i w lewo, zawsze i wszędzie, jak najrzetelniejszą i bezsporną swą własnością. Za sprawą hr. Mścisława, tytuł ów awansował po raz pierwszy z kart wizytowych i listów prywatnych, do papierów i dokumentów całkiem już urzędowych. Przeszło to niepostrzeżenie i pomyślnie raz, drugi, dziesiąty, aż nagle dwudziesty lub dwudziesty pierwszy, podpis dokonany na urzędowem podaniu, w tym kształcie: Mścisław, Wacław, Karol Hrabia Czółno Don-Don Pompaliński, sprowadził do apartamentu podpisanego katastrofę, w postaci wysłańca pewnej władzy rządowej, który to posłaniec z najwykwintniejszą zresztą grzecznością oświadczył, że w podpisie wyż wymienionym zaszła drobna omyłka, t. j. że wśród 7-iu składających go wyrazów jeden okazywał się zbytecznym, tak dalece wedle mniemania sfer urzędowych zbytecznym, iż sfery te zmuszone są bardzo stanowczo prosić podpisującego, aby nadal używać go zaprzestał, tym razem zaś za używanie, dość znaczne quantum pieniędzy, w kształcie niby sztrafu, w pewnem wskazanem miejscu, pod karą procesu z temiż urzędowemi sferami, złożyć raczył. Nie przeczę bynajmniej temu, słodziutko i cichutko mówiła katastrofa ubrana w mundur urzędowy, nie przeczę bynajmniej, że tytuł hrabiowski jaknajdoskonalej przystoi świetnemu imieniu, wielkim bogactwom i niemniejszym cnotom a zasługom J. Wielmożnych panów Pompalińskich. Cóż czynić jednak! prawo jest wyraźne! tytuły wszelkie podległy u nas od czasu pewnego ścisłej kontroli. Legitymacyi trzeba! nic więcej tylko maleńkiej, maluteczkiej legitymacyi, a wszystko będzie dobrze! Jestem pewny, jestem najgłębiej przekonany że JW. panom bardzo łatwo będzie legitymacyjkę tę wyrobić i...
Tu hr. Mścisław, który dotąd wpółleżąc na szezlągu, z bezprzykładną cierpliwością i w najgłębszem milczeniu słuchał długich i słodkich mów katastrofy, podniósł się nieco, pociągnął taśmę od dzwonka i do wchodzącego kamerdynera rzekł: — Zorż, otwórz temu panu drzwi przedpokoju! Jakie te słowa słysząc, katastrofa szybko podniosła się z brzeżka na którem siedziała, jeszcze szybciej złożyła na mozaikowym stole trzymany dotąd w ręku, a wielkim szarym stemplem zaopatrzony papier i ukłoniwszy się dwa razy, bez pomocy Żorża, najzupełniej samodzielnie pałac opuściła. Naonczas, podniósł się już całkiem z szezląga hr. Mścisław, pochwycił ze stołu wyż wzmiankowany papier, zmiął go w dłoni i po chwilowym namyśle zadzwonił znowu na Żorża.
— Żorż, idź na górę i zapytaj czy mogę widzieć się zaraz z hrabią moim stryjem.
Żorż wrócił niebawem i oznajmił że hrabia stryj może być dla hrabiego synowca widzialnym. Nie upłynęło dwóch minut, a hr. Mścisław znajdował się już na pierwszem piętrze pałacu i stał przed fotelem hr. Światosława. Ze wzburzonej fizyognomii i nadmiarę ożywionych ruchów synowca, właściciel pałacu domyślił się niepospolitego a przykrego jakiegoś zajścia. Nie wydawał się jednak ani ciekawym ani zaniepokojonym.
— Qu’y a t-il donc? zapytał obojętnie.
— Moj stryju, zaczął hr. Mścisław ze wzruszenia wielkiego zaledwie mogąc oddech pochwycić i zapominając nazywać stryja po francuzku, impertynencya straszna! zniewaga osobista... przykro mi że zmuszony jestem martwić cię.
— Nic nie szkodzi, z lekką niecierpliwością przerwał stryj, martw, ale mów o co rzecz idzie! Tous ces emportements me donnent horriblement sur les nerfs!
— Lisez, ceci, mon oncle, wyrzekł hr. Mścisław, uroczyście niemal podając stryjowi papier ze stemplem.
— Nie lubię czytać tych bazgranin. Sois si bon i opowiedz co tam takiego...
Hr. Mścisław opowiedział i ku wielkiemu zdziwieniu swemu ujrzał stryja tak zimnym, tak obojętnym, jakim bywał on zazwyczaj! Czy już nic nic, żadna zniewaga, żaden wstyd, głazu tego wzruszyć nie mogły?
— Eh bien, ozwał się hr. Światosław, czegóż się tu tak rzucać i martwić... et que puis-je, moi, faire pour ton plaisir?
Hrabia Mścisław wrzał cały.
— Chciałbym dowiedzieć się od stryja czy jesteśmy rzeczywiście hrabiami, czy nimi nie jesteśmy?
Hr. Światosław, grzebał przez chwilę w dogasających węglach złoconym haczykiem, potem rzekł:
— C’est selon. Dla publiczności, rozumiesz mię, dla motłochu, każdy człowiek zostający w naszej pozycyi majątkowej i posiadający takie stosunki, jakie my posiadamy, jest hrabią. Z tego więc punktu rzecz biorąc, jesteśmy bezsprzecznie hrabiami i to hrabiami najczystszej wody — nie mamy bowiem długów i od dwóch pokoleń już nie popełniliśmy żadnego mezaliansu. Z innej jednak strony — z tej... (tu wskazał na papier ze stemplem) urzędowej... nie posiadaliśmy nigdy i nie posiadamy żadnego tytułu.
Mścisław patrzył na stryja szeroko otwartemi oczami.
— Vous plaisantez, mon oncle!
— Przekonaj się!
— I stryj to mówi tak spokojnie!
Obwisłe kąty ust hr. Światosława podniosły się nieco, tworząc lekki, bardzo charakterystyczny uśmiech.
— Nie mam już lat 25-u jak ty, mon enfant.
Wyraz: mon enfant, wymówiony z naciskiem wstrząsnął do gruntu hr. Mieczysławem.
— Je ne suis plus enfaut! wybuchnął, wieki upłynęły odkąd przestałem być nawet młodym człowiekiem, et que les sources des emotion se sont desséchés en moi! Jakkolwiek przecież obojętny jestem o wszystko co się dzieje i co się dziać może na tym nudnym świecie, nie przestał mię obchodzić honor mój i rodziny, do której mam zaszczyt należeć. W wypadku, który mię dziś spotkał, nie widzę nic więcej, jak nędzne intrygi demokratów, którzy strącićby nas pragnęli z piedestału, na którym jeszcze dzięki Bogu, stoimy. Intryg i postępków podobnych, tolerować nie należy w interesie samego społeczeństwa, które straciwszy szacunek dla wszelkich wyższości, stanie się pastwą krzykaczy i sankiulotów. Co za esklando, zresztą! jakie schoking! quel scandal! czy myślisz mon oncle, że wypadek ten utaić się zdoła, że nie schwycą go zaraz języki ludzkie i nie rozniosą na wszystkie strony świata, że nie porwie go gromada naszych niby postępowych pisarków i nie skomponuje na ten temat masy artykułów, komedyj i powieści, które zapełnią szpalty szanownych organów naszej wielce demokratycznej prasy... Zanadto wysoko stoimy, aby to, co nas dotyczy, przechodzić mogło niepostrzeżenie.. a ja... ja znowu... moi... jestem zbyt dumny, aby na podobne rzeczy nie zważać, aby z zimną krwią i bezczynnie oddawać siebie i rodzinę, do której mam zaszczyć należeć, na pastwę obmów i pośmiewiska gawiedzi!..
Kiedy hr. Mścisław przemawiał w ten sposób, przechadzając się szerokiemi krokami po pokoju, giestykulując energicznie i w uniesieniu swem tracąć zupełnie pamięć o odznaczającej go zazwyczaj dystynkcyi hr. Światosław wodził za nim wzrokiem, w którym nie odbijało się żadne inne uczucie prócz ciekawości uważnego i pojętnego badacza dusz ludzkich. Kiedy nakoniec młody hrabia umilkł na chwilę, lodowaty stryj jego wymówił zwolna:
— Wiesz co Mścisławie, ile razy widzę cię podobnie wzruszonym, myślę zawsze, że gniewasz się dla tego głównie, że znajdujesz w tem wielką przyjemność.
Mścisław stanął na środku pokoju, myślał chwilę nad słowami stryja, poczem uśmiechnął się niechętnie, szydersko nieco.
— Eh, bien, c’est vrai, mon oncle,! rzekł. Rzadko mi się co prawda wydarza, abym czuł że żyję. Gdy rozgiewam się doświadczam uczucia tego et c’est pour cela ten nieznośny Żorż nudzić mię już zaczyna i odprawić go muszę. Łagodny jak baran, niemy jak ryba. Od trzech miesięcy już jest u mnie, a nie mogłem rozgniewać się na niego ani razu. Z tem wszystkiem, je Vous assure, mon Oncle, że kiedy ta lisia fizyognomia ze złotemi guzikami przy mundurze, siedząc naprzeciw mnie, gada mi te wszystkie androny o legitymacyach, sztrafach i tym podobnych absurdach, czułem się tout de bon hors de moi, o i teraz jeszcze, gdy o tem wspomnę, co to będzie za esklandr... No! już ja temu koniecznie poradzić muszę...
— Radź, radź mon cher, potwierdził hr. Światosław, a jeżeli do przedsięwzięć twych zabraknie ci pieniędzy, proszę cię abyś do mojej kasy zapukał. Jakkolwiek bowiem nie mam awantażu gniewać się od czasu do czasu, jak ty i w ten chociażby sposób, módz czuć że żyję, interesy rodziny naszej niezupełnie przestały mię obchodzić. Jestem nawet tego przekonania, że wszystkimi siłami utrzymać się powinniśmy na naszem stanowisku, ponieważ ono tylko jedynie dostarczyć może tych, drobnych choćby i nędznych przyjemnostek, których na świecie doświadczać można.
Hrabia Mścisław nie okazał po tych słowach stryja ani radości ani smutku. Chodził jeszcze chwil kilka po pokoju milcząc i myśląc, potem stanął przed hr. Światosławem i rzekł:
— Mon Oncle, jutro jadę do Rzymu.
— Vas-y, mon cher.
— Rok temu wrócił ztamtąd Bondondoński prosty szlachetka, vous savez, mais diablement riche i wrócił...
— Znam tę historyę...
— Oui, mon Oncle. A przy naszych stosunkach i wspomnieniach, które matka moja przed laty dziesięciu zostawiła po sobie w Rzymie, spodziewać się należy...
— Eh bien, va à Rome. Ja się tymczasem ubiorę trochę, bo dziś u mnie, tu sais, un diner d’intimes. Książe B. będzie także. A propos — jakże tam stoi projekt twej matki?
— Jaki projekt?
— Le projet de ton mariage avec la princesse Stéphanie B.
Wyraz najwyższego niesmaku wybił się na twarz hr. Mścisława.
— Comment vous va-t-elle? badał stryj.
— Brzydka jak noc, niechętnie rzucił Mścisław.
— Fi donc, Mścisławie. Księżniczka!
— Wygląda na czarownicę!
— Mais Vous avez des expréssions... mon chèr... czy myślisz pojąć za żonę boginię piękności? daj pokój! Bogiń tych znajdzie się zawsze dosyć — za pieniądze, najsmaczniejszy zaś kąsek nie jest nigdy dość smacznym, aby się nie przejadł gdy go mamy zawsze. Nie żenimy się tedy pour le plaisir de notre coeur, jak mawiali niegdyś czuli pastuszkowie, ale dla tego abyśmy nie potrzebowali, w interessach dzisiejszemu podobnych, jeździć do Rzymu, a w wypadku już podróży mieli na nią dostatecznie pieniędzy.
Hr. Mścisław obojętnie wysłuchał stryjowskiej tej mowy, jakkolwiek na ustach jego igrał wciąż wyraz lekkiego niesmaku.
— Mon Oncle, rzekł gdy hr. Światosław mówić przestał, jakkolwiek wysoko cenię stanowisko i interesy rodziny naszej, nie sądzę, abym kiedykolwiek dla nich nawet poświęcić chciał swobodę moję i wprządz się w jarzmo nieznośnych jakichś, a koniecznych zobowiązań. Być może zresztą iż przykra ta okoliczność spotka mię kiedy w skutek nieprzewidzianych dotąd wypadków, tymczasem jednak, pozwól mon Oncle, abym mógł marzyć o tem, że nieprzestanę nigdy wstępować w twe ślady, et comme Vous mon Oncle, nie poddam się nigdy słodkim więzom hymenu.
Rzekłszy to tonem na wpół ożywionym i wesołym, na wpół niedbałym i niechętnym, hr. Mścisław złożył przed stryjem ukłon pełen uszanowania i pokój opuścił.
Po tej konferencyi z hr. stryjem, nastąpiła druga nierównie dłuższa i poufniejsza konferencya z hrabiną matką, potem trzecia jeszcze najdłuższa z najbieglejszym w swej sztuce jubilerem miasta Warszawy, poczem już wszystkiem hr. Mścisław osypany błogosławieństwami swej matki, pożegnany przez stryja Światosława lekkiem ściśnieniem dłoni, a przez stryja Augusta energicznym i długim acz obłudnym nieco uściskiem, wyuczony przez l’abbégo specyalnych zwyczajów i obyczajów, etykiet i ceremonjałów w miejscu do którego się udawał, wsiadł do karety i pojechał.
I otóż od tego pamiętnego dnia wyjazdu miesiąc przeszło upłynął, a kareta Mścisława (nie wiadomo już teraz czy hrabiego, czy może aż księcia), zatoczyła się znowu pod ścianę pałacu.
— Voilà notre jeune comte qui arrive, wykrzyknął zbyt głośno znowu, spoglądający w okno hr. August.
— Peut-être: prince, uśmiechnął się l’abbé.
Hrabina z istotnem wzruszeniem przycisnęła białą dłoń do tej części jedwabnego stanika, pod którą śpiesznie teraz uderzało jej serce.
W przedpokojach, na wschodach, przed ozdobnem pałacowem wejściem, zapanował ruch wielki. Marszałek dworu, galonowany odźwierny, kamerdynerowie, lokaje śpieszyli z usługami przybywającemu panu.
Młody pan wysiadł z karety nie z taką żywością i fantazyą jakby się tego można było spodziewać po kimś, kto tak energicznie podróż daleką był przedsięwziął i cel jej, prawdopodobnie, z powodzeniem osiągnął. Przeciwnie, blady i wychudzony, hr. (czy może książę) Mścisław, miał pozór człowieka nie tyle znużonego podróżą, ile znudzonego wszystkiem i wszystkimi pod słońcem.
Pięknie wykrojone szare jego oczy patrzały do koła sennie jakoś i mglisto, kształtna, wysmukła postać sunęła naprzód zwolna bardzo i z ciężkością, jakby wstępowała na wschody.
— Czy hrabia mój stryj dziś przyjmuje? zapytał kamerdynera stryjowskiego, który także wyszedł był na jego spotkanie.
Przyjmuje i prosi Jpana do swego pokoju, gdzie obecną jest także Jpani hrabina.
Na widok wchodzącego syna, Jpani hrabina lekkie zaledwie poruszenie uczyniła na fotelu. Dystyngowana matka nie zwykła rzucać się w objęcia najmilszemu choćby i z najdalszej podróży wracającemu dziecięciu. Co prawda to że i dystyngowany syn także nie roztwiera objęć swych przed najlepszą i choćby najdawniej niewidzianą matką. Natomiast hr. Wiktorya wyciągnęła ku wchodzącemu białą dłoń swą i cichym, słodkim głosem przemówiła. — Bonjour, mon efant.
— Bonjour, maman, odrzekł syn i usta swe przyłożył na chwilę do ręki matczynej.
W zupełnie ten sam sposób powitanie odbyło się pomiędzy przybyłym a hr. Światosławem, hr. August nieco już energiczniej i wielomówniej radość swą z powodu powrotu synowca objawiał, l’abbé zaś po uściśnieniu ręki młodego podróżnika, łagodnie-żartobliwym tonem, rzekł:
— Prawdziwie niewiem jak mam mówić... prince ou comte?
Zamiast bezpośredniej odpowiedzi, przybyły zwrócił się ku roztwartym drzwiom przyległego pokoju, a ujrzawszy tam rudą brodę swego Żorża, zawołał:
— Żorż! mon etui de Rome! celui que tu sais!
— Qui, Monsieur le Comte, zabrzmiała w oddali odpowiedź, a hr. August, hrabina Wiktorya i l’abbé zamienili pomiędzy sobą mimowolne zapewne spójrzenia i mimowoli też a jednocześnie szepnęli: — Comte!
W szepcie tym brzmiało nieco rozczarowania. Hrabia Światosław jeden nie zdając się troszczyć o nic wcale, spokojnie rozgrzebywał złoconym haczykiem swym, żarzące się na kominku węgle.
— Czy Żorż twój zawsze jest tak spokojnego i flegmatycznego temperamentu? zagadnął.
— Zaczyna trochę odmieniać się na lepsze. W Wiedniu zrobił mi scenę furioso o jakiś tam frykas niemiecki, którego jak powiadał, nie jadłyby w Polsce i myszy... wyłajałem go za to, że śmiał mię trudzić swemi gastronomicznemi wymysłami, on odpowiadał mi słowo za słowo. Trwało to z kwadrans, zgniewałem się straszliwie i darowałem mu za to nazajutrz cóś z mojej garderoby...
— Bravo! rzekł hr. Światosław, w Wiedniu więc bawiłeś się jak słyszę wcale nie źle, a jakże tam było w Rzymie?..
— Nuda straszliwa... odparł młody pan ziewając skrycie, w teatrach nie bywałem, bo od pewnego czasu ça m’embête, po starych ruderach nie błądziłem, bo znam je oddawna... w pauzach więc pomiędzy wizytami i audyencyami dla interesu koniecznemi, spałem jak niedźwiedź w zimie... myślałem doprawdy że zasnę na wieki...
— Bah! to smutno ci było! A nie mógłżeś się na żadnego tam maitre d’hôtel albo komissyonera rozgniewać?
— Qui dà mon Oncle! Byłem tam przecież w roli d’un comte polonais, a stryj wie co to znaczy. Usłużność i pokora ze stron wszelkich nieprzezwyciężona...
— A Żorż?
— Il etait assomant ze swą niewolniczą prawdziwie łagodnością...
— Au nom du Ciel kochani hrabiowie, czy nie możnaby o czemś innem w tak ważnej chwili pomówić jak o Żorżu i tej szczególnej skłonności hr. Mścisława do scen i gniewów?
Wykrzyk ten wyrwał się z ust hr. Augusta, który od chwili wejścia do pokoju synowca-podróżnika, stał prawdziwie na żarzących się węglach. Radby on posłyszeć coprędzej o rezultacie tyle go obchodzącej sprawy familijnej, a tu wszyscy zdawali się dbać o nią tyle co o przeszłoroczną zimę.
Za całą odpowiedź, wybuch ten wcale nie przystojny otrzymał ze strony Mścisława lekkie wzruszenie ramion i gest mający oznaczać: cóż mię tam to obchodzi! ze strony zaś gospodarza domu zniecierpliwione nieco spójrzenie i towarzyszące mu, doskonale obojętnie wymówione słowa:
— Cóż tam tak ważnego znajdujesz w chwili tej, kochany hrabio? Ja przynajmniej — nic nie znajduję i sądzę qu’il n’y a que des enfants et des gens de peu qui se trémoussent et se mettent hors d’eux pour des riens!
Była to jedna z nauczek, których hr. Światosław nie szczędził swemu nazbyt żywemu i nieprzystojnie rubasznemu bratu. Na szczęście Żorż wchodzący ze srebrną tacą w ręku, na której spoczywało aksamitne w złoto oprawne étui, zbawienną uczynił dywersyą i hr. Augusta od kolących, jakkolwiek bardzo pokornych tryumfów hrabiny Wiktoryi wybawił.
Hr. Mścisław otworzył étui, wydobył zeń wielki arkusz zapisanego papieru i podał go starszemu ze stryjów, sam zaś, pod wpływem widocznie głębokiego do wszech rzeczy ziemskich zniechęcenia, upadł raczej niż usiadł na szezląg i usta cieniuchną chusteczką przysłonił, aby ukryć rozdzierające je przemocą poziewanie. Hr. Światosław zwolna bardzo rozwinął papier i przeczytał po włosku wypisane, pierwsze znajdujące się na nim wyrazy: „Dyplom na tytuł Hrabiów Państwa Rzymskiego, udzielony dostojnej rodzinie polskiej Pompalińskich, od najstarszego z dziś żyjących pokoleń aż po ostatnie wygaśnięcie wszystkich męzkich gałęzi rodu tego.”
— Od najstarszego z dziś żyjących pokoleń, powtórzył hr. August i dodał, więc to niby i dla mnie!
Radość żywa odbiła się w zawsze zresztą wesołych jego oczach. Obawiał się on zawsze, aby Mścisław w samolubstwie swem nie zapomniał o stryjach i dla siebie tylko samego, osobistego tytułu nie wyrobił.
Inne całkiem wrażenie przeczytany ustęp wywarł na hr. Wiktoryi. Policzki jej powlekły się na chwilę zwiększoną bladością, lekki jęk wyrwał się z piersi, a w jęku tym drżał boleśnie wymówiony wyraz: Hrabiów! Szybko jednak poskromiła wzruszenie swe i składając jak do modlitwy białe ręce, z cicha i z uśmiechem rozrzewnienia na ustach mówić zaczęła:
— Dzięki niech będą Ojcu Świętemu za tę wysoką łaskę, którą obdarzyć nas raczył. Wprawdzie... byłam dość śmiałą, aby spodziewać się czegoś więcej... ale niech stanie się wola Tego, który mędrszym jest od nas wszystkich i w wyrokach nieomylnym... ja z Nim o dary Jego sprzeczać się nie będę...
— Pani hrabina mówi jak prawdziwej córce Kościoła i bogobojnej pani przystało, szepnął l’abbe, a szept ten, wlał w smętne przedtem oczy hrabiny światło szczerej, tkliwej radości.
Hr. August tymczasem zapinał guzy archeologicznego munduru od pierwszego z góry do ostatniego u dołu, co było zwykle nieomylną z jego strony zapowiedzią niepospolitego jakiegoś, krasomówczego wystąpienia. Jakoż uroczystym krokiem zbliżył się do synowca, który na widok zapinanych guzików, z góry już podniósł się z szezląga bardzo powoli i nie bez cichego stęknięcia, w obie swe pulchne ręce ujął drobną i kobieco-delikatną dłoń jego i po kilku sekundach pełnego obietnic milczenia, zaczął w te słowa:
— Cher neveu! poczytuję sobie za wielką przyjemność i... i... chose... obowiązek, złożyć ci w imieniu swojem i nieobecnego tu syna mego Wilhelma powinszowania twej energii et de cet esprit vraiment chevaleresque z jakiemi... z jakiemi wybawiłeś nas wszystkich od... od... chose... od djabelnego kłopotu, je voulais dire, od dotkliwej troski o zaszczyt i dostojeństwo... je voulais dire... oui... dostojeństwo najniesłuszniej nam zaprzeczone, a teraz, dzięki twej energii et ton esprit chévaleresque... odnalezione w Grodzie... chose... w Grodzie Świętym, dla którego ja sam, kochany Mścisławie, wyznaję to głośno i otwarcie malgré... malgré, że poniewieranie świętemi rzeczami stało się w naszych niby... chose... demokratycznych czasach modą parwenijuszów i sankiulotów... jestem z najgłębszem poważaniem i w którem przebywając nieraz nabyłem zamiłowania i mogę to powiedzieć bez próżnego samochwalstwa une vraie et approfondie connaissance rzeczy starożytnych, których... których tylu zabytkami szczyci się ten Gród Święty. Przyjm więc cher neveu, raz jeszcze najszczersze podziękowanie, które składam ci w imieniu swojem i nieobecnego tu syna mego Wilhelma, jak też życzenia wszelkich powodzeń i... i... chose... zaszczytów, które spotkają cię niezawodnie w przyszłości, jako tak pełnego energii, szlachetnej ambicyi i... chose d’un esprit vraiment chévaleresque, członka rodziny, do której ja także i nieobecny tu syn mój Wilhelm, mamy zaszczyt wraz z tobą, cher neveu, należeć!
W czasie wypowiadanego w ten sposób speechu, Mścisław trzy razy ziewnął, trzy razy z całej mocy oparł się pokusie wyrwania ręki swej z dłoni stryjowskich i bezwładnego upadnięcia na szezląg w pobliżu którego spech go pochwycił, aż na koniec powstrzymany prawami etykiety i winnego starszym członkom rodziny uszanowania, powziął stanowczą decyzyą wpatrzenia się w jeden z guzów archeologicznego munduru i tak już z oczami wlepionemi w wyryte na guzie pogańskie bóstwo litewskie, niemy, nieruchomy, męczeńsko-cierpliwy do końca pozostał.
Po skończonym spechu nastąpiła niezbędna dla krewkiej i wylanej natury hr. Augusta akkolada, która jednak dzięki usiłowaniom hr. Mścisława, skończyła się na obustronnem, po trzykroć powtórzonem ucałowaniu powietrza. Poczem jeszcze hr. Mścisław pragnąc odrazu i jak najszybciej dójść do końca wszelkich, dnia tego odbyć się mających, ceremonii, zawołał na Żorża aby mu podał tous les autres etuis de Rome. Żorż, żądane przedmioty trzymał już snać w pogotowiu, bo wniósł wnet na srebrnej tacy trzy wspaniale przybrane pudełka, z których hr. Mścisław ofiarował po jednem matce i obu stryjom. W pudełku hrabiny znajdował się różaniec z agatowych paciorek, własnoręcznie przez Ojca Ś-go poświęcony; to które otrzymał hr. August, zawierało w sobie medal starożytny, za czasów jeszcze cesarza Trajana czy Wespazyana wybity; w pudełku nakoniec hr. Światosława znajdowała się mała statuetka, mistrzowskiej w istocie roboty, a wraz z Pompeją i Herkulanum z pod popiołów wygrzebana. Podarunki te, tak trafnie zastosowane do upodobań otrzymujących je osób, miały szczęście obudzić powszechne w dostojnem gronie zadowolenie. Hr. Wiktorya z nizkim ukłonem, podobnym do tych które dworskie damy wykonywają stając przed oblicznością swego monarchy, rozwinęła różaniec w całej jego długości i doń, usta swe, z nieśmiałem a uroczystem poszanowaniem przyłożyła. Hr. August oglądał medal Trajana przed światłem, w cieniu, z prawej strony, z lewej i wyczytywał znajdujące się na nim podpisy z większą wprawdzie powagą niż poprawnością, zawsze jednak w sposób dowodzący, jeżeli nie zupełnie głębokiego znawstwa, to przynajmniej gorącego do rzeczy starożytnych zamiłowania. Hr. Światosław nawet rad był widocznie ze statuetki swej, którą też dość ciekawie obejrzał i do rzędu najrzadszych, z pomiędzy posiadanych przez się dzieł sztuki, zaliczyć raczył. L’abbé, który nic nie otrzymał, radował się radością swych bliźnich, z nizkim ukłonem pocałował różaniec, dopomógł hr. Augustowi do wyczytania łacińskich na medalu napisów i ze skromnością erudyty, nie lubiącego popisywać się ze swą wiedzą, zawiódł leciuchny spór z hr. Światosławem względem daty, do której odnieść należało udzielenie się ducha sztuki staro-greckiej Włochom południowym, a więc także Pompei i Herkulanum. Gdy tak hr. Mścisław sprawiwszy wszystkie interesy, dnia tego zamierzał już pożegnać towarzystwo i w głębi apartamentu swego, rzucić się w objęcia upragnionych mu: ciszy i samotności, gdy i hrabina Wiktorya także powstawała z fotelu chcąc udać się do swych pokojów i tam w skupieniu ducha ochłonąć z doznanych dnia tego przykrych i radosnych wrażeń, gdy i hr. August nawet nacieszywszy się trochę medalem, a sprzykrzywszy sobie zamknięcie w dusznej komnacie brata, zatęsknił do codziennych swych przedobiednich, ekwitacyjnych ćwiczeń, otworzyły się niespodzianie drzwi i czarnobrody kamerdyner hr. Światosława oznajmił przybycie pana Pawła Pompalińskiego.
Oznajmienie to sprowadziło na twarze wszystkich obecnych, (z wyjątkiem hr. Mścisława, który już drzemał trochę i hr. Światosława, który nigdy niczemu się nie dziwił) wyraz zdziwienia, a nawet lekkiego przestrachu.
— Paul! wykrzyknęła lekko hrabina, sam jeden! et mon pauvre Cesar? cóż się z nim stało?
— Pawełek! wymówił hr. August uszom swoim jakby nie wierząc. Mógłże porzucić tam na wsi biednego naszego Cezarego? est-il possible?
— Musiało stać się coś niezwykłego z naszym biednym hr. Cezarym, z gorącem współczuciem szepnął l’abbé.
Na przyzwalający znak gospodarza domu, kamerdyner cofnął się, a w chwilę potem wszedł do pokoju Paweł Pompaliński.
Widzę już z góry zdziwienie, a może i oburzenie Wasze czytelnicy, nad zuchwalstwem mojem, z jakiem ośmielam się jednego z Pompalińskich, a więc zapewne członka też opisywanej przezemnie dostojnej rodziny, przedstawić Wam bez tytułów, herbów i przydomków i nazwać, tout simplement, Pawłem Pompalińskim. Rzecz to w istocie podziwienia godna, niemniej przecież prawdą jest, że nowo pojawiająca się ta w powieści naszej osoba nie była ani hrabią, ani Czółnem, ani Don-Donem, ale poprostu, dla członków rodzimem Paul’em, albo Pawełkiem, a dla ludzi postronnych, tout simplement, Panem Pawłem. Powód do tego jakkolwiek smutny — wielce pospolity. Jak na rozłożystym odwiecznym dębie istnieją oprócz gałęzi i głównego pnia wyrastających i sutem listowiem okrytych, inne gałązki poboczne, drobne, ubożuchne, tak i na genealogicznem drzewie zajmującego nas tu rodu, poniżej głównych, wspaniale wybujałych i rozrosłych konarów, powyrastały i namnożyły się odrośla liczne, podrzędne, a przedstawiające sobą ów ród powszechnie znany, zadziwiająco zazwyczaj płodny, a nadzwyczaj uciemiężliwy, ród uboższych lub całkiem ubogich krewnych. Niestety! któż z wielkich tego świata nie miał nieszczęścia posiadać ubogich krewnych i po tysiąc razy w życiu nie zapytywał sam siebie: co mam z tym fantem czynić? wyrzucić go za drzwi czy schować za piec? za drzwiami — aliści stoi świat z sądami i głupiemi śmiechami swemi, — za piecem zaś siedzących i przez to wprawdzie ukrytych przed światem, żywić i przyodziewać trzeba — nużby bowiem ktokolwiek zajrzał za piec i zobaczył krewnego w łachmanach i z wygłodniałem obliczem? Różnie więc różni w wypadkach podobnych sobie radzą, zależy to od przekonań i upodobań. Pawełek Pompaliński jednak, będący właśnie jednym z listków jednej z pobocznych i drobnych gałązek genealogicznego drzewa Pompalińskich, nie był przez szczęśliwszych krewnych swych wyrzuconym za drzwi, a jeżeli w istnieniu jego i było coś podobnego do siedzenia za piecem, żywności i przyodziewku nie brakowało mu z pewnością, o czem świadczyła czerstwość śniadych policzków jego, znamionująca doskonałe odżywienie i cienkość, a cenność ubrania, które go okrywało, a na którem błyszczał nawet złoty łańcuszek od złotego też zapewne zegarka. Był to trzydziestoletni młody człowiek bardzo przyjemnej powierzchowności. Niezbyt wprawdzie kształtny, bo trochę krępy i zbyt w ramionach szeroki, miał on jednak piękne czarne oczy, bystre i ogniste, piękne czarne włosy, gęste i kędzierzawe, pąsowe świeże usta pod czarnym wąsikiem i rękę acz śniadawą nieco i dużą lecz delikatną i starannie wypielęgnowaną.
Wejście Pawełka powitanem zostało przez troje ust (Hr. Mścisław drzemał wciąż w siedzącej postawie a hr. Światosław nie zwykł był o nic z ciekawością zapytywać) przez troje ust wyrzeczonem zapytaniem:
— Qu’y a t-il donc? cóż się stało?
— Rien de trés-gràve, odpowiedział Pawełek, witając wszystkich jak należało, a czyniąc to z wielką swobodą i żywością ruchów. Rien de treès grâve. Mme la comtesse. Mr. le comte Cesar se porte parfaitement bien!
Z francuzkiego tego wystąpienia Pawełka przekonać się możemy, iż być ubogim krewnym nie znaczy to zawsze nie umieć po francuzku i że ubogim krewnym za piec schowanym, oprócz żywności i przyodziewku daje się jeszcze najczęściej i francuzki język.
— Dla czegóż więc przyjechałeś tu sam jeden, Pawełku?
— Pourquoi dono êtes-vous ici? Paul!
— Czyście już tam skończyli tę historyę ze sprzedażą Malewszczyzny?
— Może nasz biedny hr. Cezary zapomniał wziąść ze sobą potrzebnych dla sprzedaży papierów?
W odpowiedzi na dwa pierwsze pytania pochodzące od hr. Augusta i hrabiny, Pawełek wyjął z kieszeni surduta list zapieczętowany i wręczył go hrabinie z ukłonem i słowami: voiçi la lettre du C-te César, potem odpowiedział l’abbému: i owszem, mieliśmy ze sobą wszystkie potrzebne papiery, nakoniec zbliżył się do kominka i pytaniu hr. Światosława o sprzedaż Malewszczyzny odpowiedział temi zagadkowemi jeszcze dla czytelnika słowami.
— Hélas, Mr. le comte, Malewszczyzna leży w sąsiedztwie dóbr jenerałowej Orczyńskiej, — sprzedaną więc być nie mogła.
Wymienione przez Pawełka nazwisko kobiece ściągnęło nań ostre spojrzenie hr. Augusta, który nawet poruszeniami ramion i źrenic dawał mu do poznania, że wymawiając nazwisko to wobec hr. Światosława, popełnił on co najmniej wielką nieostrożność. W istocie też, niewzruszenie zwykle chłodna fizyonomia gospodarza domu zmieniła się nieco. W przezroczystem zimnem oku jego drgnęło coś i zmąciło się na chwilę. Z obojętnością jednak, która tym razem widocznie była sztuczną, rzekł.
— Eh bien! cóż panią jenerałowę obchodzić mogła sprzedaż dóbr naszych?
— Śmiem mniemać, odpowiedział Pawełek, że obchodzić ją ona musiała, skoro przeszkodzić jej starała się i przeszkodziła.
Brwi hr. Światosława ściągnęły się więcej posępnie niż groźnie lub gniewnie. Powolnym ruchem ujął haczyk złocony i zaczął grzebać nim w żarzących się węglach, spuszczając powieki i tym sposobem ukrywając przed obecnymi wyraz swego wzroku. Bywało to dla wszystkich domowych niemylnym znakiem, że hr. Światosław nie życzy sobie prowadzić dalej wszczętej rozmowy.
W tej samej zresztą chwili rozległ się po pokoju lekki wykrzyk hrabiny, list który czytała wypadł z jej dłoni, a z za chusteczki, którą przysłoniła ona twarz zbladłą, wydobywać się zaczęły ciche zrazu, potem coraz głośniejsze spazmatyczne łkania.
— Au nom du Ciel! comtesse! qu’avez vous? zawołał hr. August z rozwartemi ramiony i w pochylonej postawie przyskakując do płaczącej.
— Pani hrabino cóż się to stało! mówił l’abbé.
Hr. Światosław wyrwany ze swej zadumy wymówił też swe zwykłe, obojętne: qu’y a t-il donc?
Mścisław obudzony z drzemki otworzył całkiem nawpół przymknięte oczy, niby echo stryjowskiego głosu wyszeptał: qu’y a t-il donc? i znowu oczy przymknął.
Hrabina przez sekund kilka nic wymówić nie mogła, nakoniec czyniąc nad sobą bohaterskie niemal wysilenie, odjęła chusteczkę od twarzy, spojrzała po obecnych załzawionym, nawpół tylko przytomnym wzrokiem, a z ust jej pobladłych i drżących wyrwał się jeden tylko wyraz.
— Kniks!
— Quoi?
— Plait-il?
— Co pani hrabina mówi? skrzyżowały się znowu w koło śmiertelnie wzruszonej kobiety przerażenia i zdumienia pełne zapytania. Ale hrabina nic więcej prócz owego wyrazu o tajemniczem, lecz grozy snać i boleści pełnem znaczeniu, wymówić nie była zdolna.
— Kniks! Kniks! Kniks! wołała w przestankach spazmatycznego płaczu, aż nakoniec zwyciężona tłumionemi nadaremnie spazmami, pochyliła głowę na tylną poręcz fotela i tak już pozostała nieruchoma, oddechu pozbawiona, z piersią wzdętą i zamkniętemi powiekami.
— Du vinaigre, des sels! nie wpuszczać tu służby, huknął hr. August.
— Ca passera, mais ça passera assurément, szepnął hr. Mścisław otwierając oczy i znowu je przymykając.
Ale l’abbé najprzytomniejszy z pośród obecnych i najdzielniejszy w niesieniu pomocy tam, gdzie jej potrzebowano, pochylił się nad cierpiącą kobietą i najsłodszym głosem jaki tylko mógł być kiedykolwiek w posiadaniu jakiejkolwiek krtani człowieczej, wyszeptał: — Spokoju, pani hrabino, spokoju, pokory, rezygnacyi! Sprobój pani i w tej ciężkiej próbie okazać się taką, jaką okazać się powinna mężna, dostojna, chrześciańska niewiasta!
Jak promień słońca rozdziera chmury okrywające horyzont, tak słowa te l’abbégo, rozdarły grubą chmurę rozpaczy, którą powleczonem było oblicze, strasznym ciosem jakimś, dotkniętej pani. Błysnął na niem wyraz ulgi niewymownej, postanowienia mężnego i siląc się aby nie łkać i nie mdleć, hrabina otworzyła oczy, podniosła nieco głowę, a wskazując na list u stóp jej leżący, wyszeptać zdołała. Mr. le comte, liser ceçi! poczem wnet gdy słaba bo ludzka zawsze natura jej, nowemu uległa wstrząśnieniu, zakryła znowu twarz dłońmi i bardzo cicho wyjęczała.
— Kniks! Kniks! oh! c’est horrible! oh! malheureuse mère vue je suis! pardonnez moi Mr. l'abbé, mais c'est plus fort que moi! Oh! Kniks! Kniks!
Pawełek podjął z ziemi list upuszczony przez hrabinę i podał go hr. Światosławowi. Na twarzy ubogiego krewnego, jakkolwiek on to właśnie był tym, który przywiózł wieść jakąś fatalną, nie malowało się żadne przykre, oficyalnie choćby okazywane wzruszenie. Przeciwnie na ustach jego i w czarnych żywych oczach igrały swawolne i niepodobne znać do powstrzymania uśmieszki. Szczęściem nikt, jak się tego pewno ubogi krewny spodziewał, nie zwracał najlżejszej uwagi ani na jego osobę, ani na nieprzyzwoitą jej wesołość. Hr. Światosław podał list hr. Augustowi, mówiąc:
— Lisez, comte.
Comte podniósł papier bardzo blizko ku oczom i z niejaką trudnością wyczytywać począł głośno niezupełnie wyraźne i kształtne pismo hr. Cezarego.
— „Chère maman! Uważam sobie za obowiązek synowski i potrzebę serca uwiadomić cię chère maman, o ważnym wypadku, który przytrafił się w mojem życiu. Obawiam się bardzo, żebym chère maman, nie zasłużył na gniew twój, jak mi się to tak często wydarza i czego nadzwyczajnie żałuję i żeby hrabia mój brat, Mścisław, nie śmiał się ze mnie. Ale pamiętam dobrze, chère maman, jak często mówisz i hr. August mój stryj, także często mówi że: l’homme propose, Dieu dispose. Otóż i ze mną tak było. Pojechałem do Pompalina w tym projekcie, aby jak sobie tego życzył hr. Światosław mój stryj, sprzedać Malewszczyznę. Malewszczyzny nie sprzedałem, bo kupiec który miał ją nabyć, kupił daleko taniej jakiś tam folwark u pani jenerałowej Orszyńskiej, ale ja będąc u pani jenerałowej na obiedzie i na wieczorze poznałem jedną pannę...
Tu hr. August przerwał sobie czytanie i skrzywił się z niesmakiem.
— Chose... rzekł, u jenerałowej:.. będzie to coś niesmacznego dla nas... n’est-ce pas cher frére?
Cher frère brwi miał ściągnięte i przykrą jakąś, ostrą błyskawicę w zimnem zwykle oku.
— Lisez, Auguste, rzucił niecierpliwie.
— „Poznałem jedną pannę, która podobała mi się od razu bardzo, potem jej bracia u mnie byli i zawieźli mię do jej rodziców i ja tam o rękę panny oświadczyłem się, odmowy naturalnie nie dostałem, bo ona mię także bardzo pokochała i jesteśmy już zaręczeni. Teraz muszę powiedzieć ci, chère maman, kto jest moja narzeczona. Jest to panna Kniks, z tych Kniksów, co to mają Ślepowrona w herbie i przydomek Trzaska.
W tem to właśnie miejscu synowskiego pisania, hrabina dostała ataku serdecznego płaczu, w tem samem także przerwał czytanie listu hr. August.
— Diable! wymówił, Kniks! z przydomkiem Trzaska, c’est famena! voilá un mariage qui fera bien mousser le nom!
— Więc hrabia Cezary żeni się... pełen głębokiego zdumienia wymówił l’abbé.
— Quoi! Cezary żeni się! zawołał hr. Mścisław który przy czytaniu listu obudził się całkowicie i zerwał się teraz na równe nogi, et avec une, Kniks encore, un Slepowron et une Trzaska!
Żadne pióro opisać nie zdoła wrażenia, które wywarła na zgromadzeniu rodzinnem, zawarta w liście hr. Cezarego wiadomość. Wykrzyki, zapytania, odpowiedzi krzyżowały się jak strzały.
— I zkąd się wzięła naszemu biednemu hr. Cezaremu, tak nieśmiałemu zwykle, tak powolnemu woli starszych, podobna odwaga i samodzielność?
— O! malheureux enfant! jakże srogo ukarał mię Bóg przez ręce mego dziecka!
— Dîtes maman przez głowę a nie przez ręce! Cezary miał i ma zawsze głowę do pozłoty!
— Ale za cóż my także mamy być karani przez niego, my, ja i syn mój Wilhelm, którzy nie życzymy sobie wcale mieć nic wspólnego avec des Kniks!
— Wszakże musi to być córka tego tam... Kniksa z Białowzgórz...
Ostatnie pytanie zwróconem było do Pawełka, jako najlepiej zapewne poinformowanego w danej sprawie.
— Oui, Mr. le Comte! Z Białowzgórz...
— Więc córka tego, co to tam podobno zwaryował niedawno.
— Stary Kniks cierpi w istocie rodzaj obłąkania.
— La belle affaire! córka waryata! A któż jest z domu jej matka? — O ile wiem: Skórkowska...
— Skórkowska! rozległ się po pokoju szept zbiorowy, przerażenia i obrzydzenia pełen i wszyscy jakby w nadmiarze już przykrych uczuć umilkli. Po dobrej minucie dopiero z za chusteczki, którą hrabina przysłaniała sobie wciąż twarz do szkarłatu już teraz zarumienioną, wypłynęło słabym nader głosem wymówione pytanie.
— Paul! a kto ją rodzi?
— Kogo, pani hrabino?
— Ah! cette... cette... Skórkowska?
— O tem, nie mogę już panią hrabinę uwiadomić, ginie to albowiem w pomrokach niepamięci i niewiadomości ludzkiej.
Tu już stanowczo i na długo umilkli wszyscy, a w pokoju słychać tylko było tłumione łkania hrabiny, ciężkie, gniewne sapania hr. Augusta i odgłos kroków szybko po pokoju, w nadzwyczajnem już wzburzeniu biegającego hr. Mścisława.
Nagle, młody hrabia przerwał burzliwą swą przechadzkę, stanął na środku pokoju i z błyskawicami w oczach, pełnym rozpaczliwego szyderstwa tonem, wymówił.
— A ce qu’ il parait, la bêtisse de mon frère va nous couter baucoup!
— Elle ne nous coutera rien du tous, bo małżeństwo to, do skutku nie przyjdzie! zabrzmiał w odpowiedź suchy, podniesiony nieco tym razem głos hr. Światosława.
Wszyscy obecni utkwili teraz oczy w twarz najstarszego członka rodziny, niby w gwiazdę nadziei, niby w ostateczną deskę ratunku.
Hr. Światosław miał na pozór twarz obojętną i dumną jak zwykle, ale tylko na pozór. Przy bliższem przyjrzeniu się możnaby dojrzeć, że tym razem była to tylko maska przemocą a w części i z nałogu utrzymywana, pod którą głucho wrzały gniewne, gorzkie uczucia. Przechylony na fotelu swym, ramieniem wsparty o jedną z bocznych jego poręczy, wpił on w twarz Pawełka przenikliwe, badawcze oczy i zwolna zapytał:
— Byłeś u pani jenerałowej?
— Byłem panie hrabio. Tam przecież mieszka siostra moja... chciałem ją widzieć...
— A Cezary? krótko zapytał znowu najstarszy z hrabiów?
— Hr. Cezary pojechał do jenerałowej, w skutek listu jej, w którym zapraszała go do siebie na obiad.
— A propos de quoi był u pani jenerałowej ten obiad?
— Domyślam się, że danym był umyślnie i jedynie dla hr. Cezarego.
— Byłeś tam?
— Byłem p. hrabio.
Tu pomiędzy rozmawiających wtrącił się hr. August.
— I tę pannę... chose... widziałeś?
— Widziałem, p. hrabio.
— Cóż? ładna?
— Bardzo piękna.
— Mais que le diable l’emporte, z jej pięknością! wybuchnął Mścisław.
Najstarszy z hrabiów, długiem, zimnem, znaczącem spojrzeniem skarcił brata i synowca za niedyskretne przerwanie rozmowy, poczem zwrócił się znowu do Pawełka.
— Pani jenerałowa zostaje zapewne z panią... Kniks... w stosunkach blizkiej znajomości... Wszak to jej krewna po matce.
— Tak, panie hrabio.
Gorzki, szyderski uśmiech wił się po ustach hr. Światosława.
— C’est bien, wymówił po długiem milczeniu dziwnie ostrym, stanowczym tonem, ce mariage ne se fera pas! Małżeństwo to nie zostanie zawarte! C’est moi qui vous le dis, comtesse!
Na słowa te hrabina szybko powstała i w milczeniu zbliżywszy się do hr. szwagra w obie swe drżące jeszcze dłonie rękę jego ujęła.
— Oh! cher frère! szepnęła, Vous nous sauverez de cette honte et de cette douleur, vous nous sauverez, n’est-ce pas?
— Jesteś głową rodziny, mon frère, wyrzekł hr. August.
Hr. Mścisław stanął przed starszym stryjem i nawpół uroczyście, nawpół jeszcze gniewnie z ukłonem wymówił:
— Jestem na usługi Twe, cher Oncle, racz rozporządzać osobą moją i wskazywać mi co mam czynić dla zaradzenia fatalnej sprawie tej, głupotą brata mego, na dom nasz sprowadzonej.
Hr. Światosław nikomu nie udzielił odpowiedzi żadnej. Zwrócił się do Pawełka i rzekł krótko:
— Pojedziesz natychmiast z powrotem do Pompalina i przywieziesz nam tu hrabiego Cezarego.
Tym razem po rozpogodzonej zwykle twarzy ubogiego krewnego, przemknął wyraz lekkiego niepokoju.
— Panie hrabio! wymówił nieśmiało Pawełek, prosiłbym o kilka godzin odpoczynku. Z Pompalina do stacyi kolei 10 mil opętanych, koleją zaś jechałem 12 godzin.
— C’est bien! c’est bien! nie jesteś przecież murzynem, mon cher! możesz odjechać jutro... weźmiesz przedtem odemnie list do hrabiego...
— Moi, j’ecrirai aussi... szepnęła hrabina.
— Et moi, zawołał hr. August, jestem przecież stryjem jego i mam prawo... gdyby Wilhelm był tutaj posłałbym go tam zaraz...
— Ja tam do Cezarego pisać nie będę! rzucił Mścisław, ale jak tu przyjedzie je lui ferai bien sa leçon!
— Mścisławie, rzekł jeszcze hr. Światosław, nie zapomnij o tem, że Pawełek będzie potrzebował na drogę pieniędzy.
— Gdyby hr. mój kuzyn zapomniał o tem, podchwycił Pawełek, przypomniałbym mu sam z pewnością jak bowiem pan hrabia wie, na tym świecie nic darmo nie dają, a na moich gruntach złoto i srebro nie rodzi...
— Wiesz dobrze, Paul wyrzekł z lekkim zmarszczeniem czoła hr. Mścisław, że nie zamykam nigdy przed tobą mej portmonetki...
Lekki, zaledwie dostrzegalny rumieniec przesunął się po śniadem czole Pawełka. Z całym jednak swobodnym ukłonem i uśmiechem odpowiedział.
— Oh! hrabio kuzynie! wspaniałomyślność twoja jest mi nadto dobrze znaną, abym kiedykolwiek śmiał o niej wątpić!
W ten sposób, towarzystwo całe uspokojone nieco tak stanowczem wdaniem się głowy rodziny w groźną i bolesną dla tejże rodziny sprawę, zwolna rozchodzić się zaczęło, a w kilka minut potem w pokoju hr. Światosława zapanowała cisza zupełna.
Kiedy najstarszy z Pompalińskich patrzał za opuszczającemi go jednocześnie prawie gośćmi, we wzroku jego było więcej daleko zimnego, milczącego szyderstwa niż tkliwości, więcej zadowolenia z tego że już raz sobie odeszli, niż żalu nad tem że go opuszczają.
Dwugodzinny, panujący w około niego gwar, zmęczył go widocznie, znużył i zniecierpliwił. Przytem z twarzy jego nie zniknęły jeszcze zupełnie ślady wzruszenia doświadczonego przed chwilą przy tylokrotnem wspominaniu owej tajemniczej mieszkanki Litwy i niefortunnej swachy jego synowca, pani jenerałowej. Z czołem na którem liczne, a nieruchome zazwyczaj bruzdy drgały teraz i krzyżowały się nakształt zmąconych nagle fal spokojnej zwykle wody, z ustami drgającemi przykrym uśmiechem, utkwił on zmąconą źrenicę w przedmiocie jakimś, znajdującym się na przeciwległej ścianie. Był to przedmiot bardzo drobnych rozmiarów, nic więcej, jak mały koloryzowany dagierotyp, mający kształt medaliona, w złoto oprawny, a przedstawiający popiersie młodej dziewczyny z wielkiemi szafirowemi oczami, z kruczym włosem i bladą, delikatną, smutną twarzyczką. Dagierotyp stary był już bardzo, więc mimo szkła, które go osłaniało, spłowiały i na wpół tylko wyraźny; wisząc zresztą w znacznej od hr. Światosława odległości i wśród mnóstwa daleko świeższych i więkkszych rozmiarem portretów i malowideł, zaledwie mógł być widzialnym. A jednak hr. Światosław wyraźnie znać widział przed oczami swemi te drobne, blade, smutne a pomimo smutku tłumionej namiętności pełne, rysy dziewczęcia na starym dagierotypie przedstawionego, bo patrzał na nie długo i uparcie, a wzrok jego ożywiał się niewidywanym u niego nigdy, z tajemniczych zda się głębin jego istoty buchającym ogniem. Po długiej chwili wpatrywania się takiego w spłowiały dagierotyp, usta jego poruszyły się i wymówiły nawpół głośno.
— Jakże dobrą masz pamięć, Cecylio! jakże wytrwale obdarzasz mię dowodami swej pamięci! Dziwna! dziwna, biedna kobieta!
Po wymówieniu wyrazów tych, wzrok hrabiego osuwać się począł z dagierotypu i gasnąć powoli. W parę minut potem wyciągnął się on wygodniej na swym długim, niskim fotelu, zimnem już, przezroczystem jak odłam lodu okiem patrzył wokół pokoju, po wszystkich tych miejscach, na których przed kwadransem stali i siedzieli, o względy jego współubiegali się i o sprawach, a zaszczytach domu radzili członkowie jego rodziny; uśmiechnął się zwykłym już sobie sposobem znudzonym i nieco szyderskim, poczem z powolnym gestem ręki, oznaczającym głębokie znużenie, wymówił jeszcze:
— Próżność nad próżnościami i wszystko próżność!




ROZDZIAŁ III.

Opuściwszy pałac bogatego krewnego swego, Pawełek Pompaliński szybkim krokiem przebył kilka głównych ulic Warszawy, wszedł w jedną z uboższych dzielnic miasta tego i zatrzymał się przed wązką, wysoką, na brudno ceglasty kolor pomalowaną kamienicą. Gdy wchodził w bramę i raźnie wbiegał na cztero-piętrowe, wązkie, strasznie strome i dostatecznie brudne wschody, w ruchach jego i w wyrazie twarzy, znać było żywą radość, iż stawał u upragnionego widocznie celu swej wycieczki. Z uśmiechem niewyłączającym bynajmniej pewnego, acz przyjemnego wzruszenia, pociągnął za dzwonek u drzwi dość nizkich, obszarpanych i niezwiastujących bynajmniej aby za niemi znajdować się mogło siedlisko bogaczów i wielkich tego świata. Po zadzwonieniu nastąpiła dość długa pauza. Za nizkiemi drzwiami panowało milczenie. Pawełek niecierpliwił się i znać było, że nawet niepokoił się trochę; widocznie jednak nie śmiał dzwonić po raz drugi. Po kilku minutach dopiero, dał się słyszeć we wnętrzu mieszkania szelest jakiś, coś nakształt powolnego i ciężkiego sunięcia po ziemi spadających co chwilę z nóg czyichś, klapiących pantofli. — Czy to ty, Adelciu? dał się słyszeć z za drzwi głos męzki, miękki jednak, nieco nosowy i nadzwyczaj energicznie litewskim, przeciągłym akcentem zaprawiony.
Usłyszawszy zapytanie to Pawełek uśmiechnął się figlarnie, poczem zbliżając usta do drzwi samych i nadając głosowi swemu brzmienie jaknajwięcej do brzmienia kobiecego głosu zbliżone, odpowiedział.
— To ja Wandalinie! otwórz!
Klucz obrócił się w zamku, Pawełek z dziecinną prawie swawolą, chichocząc bardzo cicho, usunął się aż pod ścianę, tak aby go otwierająca drzwi osoba, od razu dojrzeć nie mogła.
Otwierającą drzwi osobą był mężczyzna, lat może czterdziestu kilku, z niepomiernie otyłą postacią, owiniętą w szlafrok stary, jedwabny, wystrzępionym i brudnawym sznurem w pasie przewiązany. Trochę łysa i trochę siwiejąca głowa jego silnie przymocowaną była doreszty organizmu karkiem krótkim, grubym i czerwonym, Twarz jego o czole nizkiem i mocno rumianych policzkach, miała okrągłość księżyca i pulchność świeżo wypieczonej bułki, a całą ozdobą twarzy tej jak i całej niezbyt powabnej i idealnej postaci, był bujny wąs siwiejący i jasnobłękitne oczy, jak u dziecka przezroczyste, z miękkimi, dobrem, pomocy jakby i opieki wzywającem spojrzeniem. Otworzył nawpół drzwi i nie wychylając z za nich głowy, miękkim swym głosem i z przeciągłym akcentem zapytał:
— A co Adelciu? czy będą dziś kartofelki smażone?
— Kartofelki nie wiem czy będą, ale ja tu jestem, własnym już głosem odpowiedział Pawełek; zarazem wysunął się tuż przed oczy pana Wandalina, który naprzód drgnął lekko z przestrachu, potem jednak radośnie zawołał: Pawełek! i przed przybyłym w całej szerokości krótkie a pulchne ramiona swe roztworzył.
— Ja, ja to jestem we własnej mej osobie! odrzekł Pawełek, wchodząc do pierwszego, dość małego pokoju, który widocznie był sypialnią i zarazem kuchnią, stało w nim bowiem parę łóżek czystą bardzo pościelą usłanych, na sporym kominie palił się ogień i kipiała w garnku gotująca się strawa, a pod oknem na stole, znajdowały się różne kuchenne przybory.
— Cóż? doprawdy? jesteś znowu w Warszawie? wołał pan Wandalin, pomimo oporu przybyłego, pomagając zdejmować mu palto. Ot tu połóż palto, tu, na łóżku Adelci! z krzesła mogłoby spaść i powalać się około tych kuchennych rupieci... na wieszadła nie zdobyliśmy się jeszcze... no, chodź, chodź do salonu, kochany gościu!
Wyrażenie: salon, brać tym razem należało w znaczeniu czystej metafory; odnosiło się ono bowiem do miejsca, które zaledwie na miano porządnej izby zasługiwało, a i to dla tego tylko porządnej, że panowała w niej czystość wzorowa, obok, przyznać należy, zarówno wzorowego ubóstwa ścian i sprzętów. Istniało jednak w ciasnym i biednym pokoiku tym, kilka przedmiotów, widocznie z salonu tu przeniesionych: album jakieś w kosztownej, malachitowej oprawie, na stole leżące i osobliwie nader wyglądające przy wielce taniej i pospolitej serwecie siatkowej; złoty naparstek kobiecy, rzucony niedbale obok pokrojonego płótna, z którego ktoś tu własnoręcznie dość grubą męzką koszulę sporządzał; para fotografii w kształcie medalionów, w ładnie rzeźbione ramy oprawnych, a wiszących na ścianie nagiej, w miejscu obicia, szafranowo-żółtą farbą chropowato powleczonej. Pan Wandalin przecież izbę tę nazwawszy salonem, w skutek dawnego jakiegoś przyzwyczajenia zapewne i zaprosiwszy do niej gościa gestem prawdziwego gentlemena, któremu uprzejmość i dystynkcya układu w krew i naturę przeszła, zasiadł na jedynej znajdującej się w salonie twardej, a wązkiej kanapce i zapytanie swe powtórzył.
— Jesteś więc znowu w Warszawie?
— Jestem, ale wkrótce nie będę, dlatego pośpieszyłem odwiedzić szanownych państwa... gdzież jest pani Adela?
— Zaraz, zaraz nadejdzie! poszła tam, do sklepiku, kartofli kupić na obiad... Ot zachciało mi się dziś smażonych kartofli i wygadałem się z tem, nie chcąc jakoś, przed żoną... Żałowałem potem tego bo biedne żonisko, chcąc mi dogodzić, fatygować się musi... a Bóg tylko wie, jakie ona już i tak trudy i fatygi przenosi... zresztą i wydatek niepotrzebny, bo w naszem teraźniejszem położeniu jednej potrawy na obiad dosyć... aż nadto dosyć... byleby i ta codzień tylko była... Ale ot tak jakoś starego człowieka zdusić w sobie jeszcze nie mogę.. To tego się zechce, to owego... a choć 99 razy na sto potrafię dobrze język za zębami utrzymać, to przecież setny raz z ust się coś wymknie, a potem — sumienie gryzie... cóż robić? cóż robić? Żebym tak mógł odmienić się i przedzierzgnąć w całkiem innego człowieka, takiego żwawego, bystrego człowieka... ale cóż, kiedy ani weź! najgorsza bieda mój Pawełku, że schudnąć nie mogę, żadnym sposobem nie mogę! Zdaje się, że i zgryzot już tyle przebyłem i niedostatku i smutków różnych... a cielska tego, panie dobrodzieju, jak nie ubywa, tak nie ubywa... Wszak prawda, Pawełku, że nie zmizerniałem wcale od ostatniej twej bytności tutaj? No, przypatrz się mnie, dobrze tylko przypatrz się, mój drogi! czy zmizerniałem choć trochę... choć odrobinkę... choć odrobineczkę...
Mówiąc ostatnie słowa p. Wandalin prostował się na swem zbyt wązkiem dlań siedzeniu, zgnębiony jakby wstydem za obfitość ciała swego, obciskał dokoła siebie szlafrok swój, przykurczał ramiona i łagodnemi, przezroczystemi oczami swemi z niespokojnem oczekiwaniem na Pawełka patrzał.
— Ależ zmizerniałeś pan, zmizerniałeś znacznie, tonem pocieszania wyrzekł Pawełek, którego żywe, błyszczące oczy mieniły się wyrazem serdecznego, litościwego współczucia i powściąganemi uśmiechami.
— Ej czyż doprawdy? czyż doprawdy zmizerniałem? radośnie zrazu zawołał pan Wandalin — ale po chwili uczynił ręką gest głębokiego zniechęcenia i rzekł smutnie. — E! to ty tak sobie mówisz, byleby mię pocieszyć, ale ja czuję, dobrze czuję, że zawsze jednostajnie jestem otyły... ot dałbym tysiąc rubli...
Tu przerwał sobie nagle i zaśmiał się wesoło.
— Których nie mam, dokończył. Przywykło się przez życie całe sypać tysiącami jak plewą to i teraz lube te tysiączki na język lezą... no, ale na prawdę, Pawełku kochany, ty tam przecież szastasz się po świecie i pomiędzy różnymi ludźmi bywasz... nie słyszałeś tam czasem o jakiem lekarstwie od otyłości?.. a? Podobno nawet i doktorowie leczą teraz od tego... nie słyszałeś czasem jakim sposobem? czem? mój łaskawco! przypomnij sobie tylko dobrze i doradź!
— Ruszać się coraz więcej powiadają lekarze! ruszać się!
Pan Wandalin, który chciwie słuchał Pawełka przy ostatniem słowie jego skinął znowu ręką ze zniechęceniem.
— Łatwo to powiedzieć: ruszać się! ruszać się! a jakże ja to ruszać się będę? gdzie? po co? za czem? bruki zbijać napróżno lenię się i wstydzę gorzej jeszcze, niż być otyłym... a i domu pilnować trzeba... żona i córka cały dzień na mieście... przy robocie...
— Pani Adela zawsze lekcye muzyki na mieście daje?
— A cóż robić? męczy się kobiecisko... zamęcza się... byle żyć i nas wyżywić.
— A panna Rozalia?
Przy ostatniem zapytaniu tem, Pawełek nie wiedział czemu oczy spuścił i nawet zarumienił, się trochę.
— Rózia chodzi teraz do fabryki tytuniu... papierosy robi.
— Do fabryki tytuniu! zawołał Pawełek z niepospolicie żywem poruszeniem, ależ to niezdrowo na piersi! Panna Rozalia jest tak wątłą, delikatną...
Na czoło pana Wandalina, wystąpiło parę kropel potu. Otarł je drżącą trochę ręką i niepewnym głosem odpowiedział:
— Cóż robić? łaskawco mój, cóż robić? żyć trzeba a ja... ja... no! co tam już o tem mówić... dość spojrzeć na mnie, aby odgadnąć że jestem... wiesz kto? oto Ciastuś! nic więcej tylko Ciastuś!
Ostatnie wyrazy pan Wandalin wymówił z takiem komicznem pomięszaniem gniewu, smutku i dobrodusznego zaparcia się swej miłości własnej, że Pawełek i zasmucił się i zaśmiał się zarazem.
— Co pan mówisz? zawołał, pan doprawdy zbyt źle samego siebie przedstawiasz...
— Daj pokój! daj pokój! mówił pan Wandalin, wiesz dobrze boś sam to nieraz słyszał, że dla flegmatycznego temperamentu, a może i dla wyglądania mego ludzie przezwali mię Ciastusiem — tak też wołali na mnie kochani, oj kochani i niezapomniani mi nigdy dawni sąsiedzi i przyjaciele moi... a mieli racyą!.. Ciastusiem urodziłem się... Ciastusiem żyłem, ale dalibóg... (tu pan Wandalin pulchną swą pięścią w pierś się uderzył) ale dalibóg teraz Ciastusiem żyć mi się nie godzi... Ot i dzwonek! To Adelcia wraca albo może i Rózia na obiad przychodzi... Przepraszam cię mój drogi... lokajów u nas nie ma, pójdę drzwi otworzę...
— Ja pana wyręczę! zawołał Pawełek i zanim gospodarz domu zdołał powstać z kanapy, przyskoczył do drzwi i klucz w zamku obrócił.
— Pan Paweł! rozległy się na progu dwa okrzyki kobiece, w których jednostajnie żywe czuć było zadowolenie, z tą jednak różnicą, że jeden z okrzyków śmiały był i dość głośny, drugi cichszy i głębszem, bardzo nieśmiałem wzruszeniem drżący.
Do pierwszej izby weszły dwie kobiety: jedna średniego wieku, dość nizka, trochę krępa, z ciemną, przywiędłą twarzą, śród której świeciła para oczu piwnych, bystrych i poczciwych; druga młodziutka, 18-to letnia może, smukła, szczupła, bladolica, z czarnemi długiemi rzęsami rzucającemi smętne cienie na ściągłe, delikatne policzki. Obie były nadzwyczaj skromnie ubrane w ciemne, wełniane sukienki, tylko że gdy starsza niosła na ramieniu spory kosz zamknięty, a na głowie miała zarzuconą dużą ciepłą chustkę; ciemne warkocze drugiej zdobił skromny kapelusik z czarną zasłonką. Pawełek z głębokiem uszanowaniem ucałował rękę starszej z dwóch kobiet, ale gdy druga wyciągnęła do niego na powitanie drobną, chudą rączkę, twarz jego zmieniła się tak bardzo, w oczach jego zagrała taka smętna, głęboka tkliwość, że nie można było wątpić ani na chwilę, iż świetne i pełne chwały nazwisko, które nosił, nie przeszkadzało mu ani trochę być szalenie rozkochanym w ubogiej, na czwartem piętrze mieszkającej fabrykantce papierosów. Wzajemnie też, czarne długie rzęsy fabrykantki papierosów, podniosły się zwolna, a wielkie, piwne, głębokie jej oczy utkwiły w twarzy młodego człowieka na króciuchną tylko chwilę, ale z wyrazem, który nieśmiało i mimowoli, lecz nieprzeparcie zdawał się mówić: czekałam! tęskniłam!
— Wandalinie! a tyś jeszcze nie ubrany! zawołała pani Adela spostrzegłszy męża stojącego na progu salonu i z lekkiem zmieszaniem spoglądając na prezentujący się gościowi brudny jego szlafrok.
— Zaraz, kochanie zaraz! ot zagadałem się trochę z Pawełkiem...
— Ależ nim pan Paweł przyszedł nie byłoż czasu...
— Ty bo, kochanie, na wszystko czas masz... u ciebie wszystko pali się w ręku... u mnie bo nie...
— Wiem, wiem że nie; ale idźże już teraz przynajmniej i ubieraj się!.. idź że!..
— A gdzież ja teraz pójdę? zapytał pan Wandalin, ramiona roztwierając i oglądając się dokoła z zakłopotaniem najwyższem. W istocie, miejsca tu do wyboru nie było dużo, pani Adela jednak wpół śmiejąc się, wpół gderząc pochwyciła męża za rękę i szybko, energicznie, bez ceregeli najlżejszych, wepchnęła go za niezgrabny, obdarty mocno parawan, jedno z łóżek w kuchni umieszczonych osłaniający.
— Masz tam wszystko co potrzeba, bo jużem to z samego rana przygotowała, rzekła, poczem zwróciła się do Pawełka, który rzecz dziwna! pomimo błogiego wrażenia, jakiego doświadczył na widok panny Rozalii, stał zdala od niej, milczący, sztywny, zamyślony, z chmurą na czole.
— Wybacz panie Pawle, że my z Rózią zajmiemy się ostatecznem wykończeniem naszego codziennego arcydzieła: to jest obiadu, a nawet, jeśli masz dość czasu zjedz może razem z nami to arcydzieło. Niewyśmienite będzie ono i niezbyt obszerne, ale jestem pewna, że spożywając je ze swymi prawdziwymi przyjaciółmi, krzywić się na nie nie będziesz.
Zdawało się, że dla Pawełka nic nad te zaprosiny, bardziej upragnionem być nie mogło, tak mu się wnet twarz schmurzona rozjaśniła, z taką żywością poskoczył ku pani Adeli, w rękę ją po całował i zapytał wesoło.
— Może się też i ja paniom na cośkolwiek tu przydam?
— A i owszem, również wesoło odrzekła pani Adela, wypróżnij pan zaraz ten kosz który z miasta przyniosłam, Rózia niech zdejmie rękawiczki... coś ty się tak zamyśliła, moje dziecko i dlaczego dotąd kapelusza nie zdjęłaś?.. Rozbierz się zaraz i poobieraj kartofle, pan Paweł je pokroi a ja tymczasem lepiej ogień rozpalę, bo już prawie zagasł!..
Szczególny, bardzo szczególny był to widok, tych białych, podłużnych, najczyściej, arystokratycznych rączek panny Rozalii, uwijających się z wielkim kuchennym nożem, około brzydkich, szarych, chropowatych kartofli! To też Pawełek na rączki te zapatrzony, krajał kartofle, które z kolei składały one na stolnicy w prawo i w lewo, w drobniuchne kawałeczki i w olbrzymie kawały, a w oczach jego nawpół spuszczonych, mgliły się takie rzewne, takie smutne i litościwe jakieś, chwilami nawet tak namiętne uczucia, że patrząc nań w owej chwili, aniby się domyśleć można, że był to ten sam młody człowiek, który przed godziną tak swobodnie i dystyngowanie, z takiem zda się lekkomyślnem zaniedbaniem o nic, obracał się wśród towarzystwa zgromadzonego w pysznym salonie hr. Światosława. Ani razu jednak nie podniósł wzroku na twarz młodej panny z obawy jakby, aby nie powiedzieć po raz drugi, tego co przy powitaniu, mimowoli i przemocą wydarło mu się na zewnątrz. Milczał więc i pilnie niby spełniał zadaną sobie robotę. Rózia spełniając też swoją gorliwie, rzucała od czasu do czasu na tak dziwnie oniemiałego towarzysza swego zdziwione nieco i zaniepokojone spojrzenia.
— O czem pan dziś tak zamyśla się głęboko, panie Pawle? nigdy jeszcze nie widziałam pana tak zamyślonym i milczącym? ozwała się nakoniec z uśmiechem, w którym jednak krył się niepokój.
— A! pani! odrzekł Pawełek siląc się też na uśmiech i nie podnosząc oczu, w samem piśmie S-tem nawet, w księdze Deutoronom czy Przysłowiów, niepamiętam już dobrze, wyraźnie stoi wypisane, że bywa czas na wszystko: czas radowania się i czas smucenia, czas tańczenia i czas zamyślania się...
— Biegły jesteś w nauce Pisma Ś-go, Pawełku! ozwał się z za parawana pan Wandalin.
— Ślęczałem nad niem szanowny panie, wraz z hrabiami kuzynami memi i pod przewodnictwem labego Lamkowskiego, dobry kawał mego życia.
— Bylibyśmy bardzo zmartwieni gdyby dla pana kochany panie Pawle, nadszedł naprawdę czas smucenia się, rzekła pani Adela, nie odwracając twarzy od kuchennego ogniska.
— Ach pani! żartobliwie westchnął Pawełek, gdybym posiadał był choć trochę oleju w głowie, smuciłbym się już był z pewnością od pierwszego dnia urodzenia mego. Nie dziw zresztą! wszak wielcy nawet i potężni tego świata doświadczają nieraz ciężkich trosk i zgryzot, cóż dopiero biedny robak jak ja...
Głos mu zadrżał, zdawaćby się mogło, że łzą stłumioną. Szybko jednak podniósł głowę i patrząc na panią Adelę, która przysiadłszy na ziemi, z zarumienioną od wysilenia twarzą, kształtnemi jakkolwiek zgłubiałemi już nieco rękami przykładała coraz wilgotnych drewek do leniwie rozpalającego się ognia, roztworzył ramiona z komiczną amfazą i zawołał.
— Cóżby np. powiedzieli hrabiowie krewni moi, Światosław, August i Mścisław Czółno Don-Don Pompalińscy, jakiem byłoby zmartwienie ich i zawstydzenie, gdyby w tej chwili znajdowali się na mojem miejscu i widzieli jak pani Aniela Wandalinowa, z domu Pompalińska, własnemi rękami..! w piecu pali!
Wykrzykowi temu niby stłumione echo odpowiedziało z za parawana ciężkie westchnienie pana Wandalina, ale pani Wandalinowa, zaśmiała się głośno i wesoło.
— O ręczę ci kochany panie Pawle, że dostojni krewni twoi hrabiowie Czółno i jak tam jeszcze Pompalińscy, tyle dbają o mnie i o wszystko co zemną dziać się może, jak o śnieg który w przeszłym roku padał. Jakkolwiek jestem krewną ich, niezbyt daleką nawet, katastrofa majątkowa, której uległam wraz z rodziną moją, zatarła raz na zawsze wszelkie łączyć nas mogące genealogiczne wywody!
Tak; nie żartujcie sobie czytelnicy ani ze mnie ani z państwa Wandalinowstwa i nie posądzajcie mię o to, abym ośmieliła się wprowadzić was w progi byle tam kogo... Pan Wandalin był eksobywatelem wiejskim, pani Wandalinowa była Pompalińską z domu i to Pompalińską pochodzącą z gałęzi wspaniałego drzewa tego nie głównej co prawda, ale też i nienajpośledniejszej. Pan Wandalin był nawet kiedyś wcale majętnym obywatelem, posiadał bowiem we władaniu swem za ś. p. pańszczyzny sto chat, czyli mniej więcej około 600 dusz męzkich, żeńskich nie licząc. Pani Wandalinowa wniosła też mężowi w posagu sumkę okrągłą 100,000 złotych polskich, oprócz zasobnej wyprawy, składającej się ze sreber, aksamitów, web i t. p. Żyli sobie tedy państwo Wandalinowstwo przez cały ubiegły żywot swój dostatnio, potrochu nawet zbytkownie. Starczyło im na to. Nie odłużali się, nie marnotrawili. Pan Wandalin jakkolwiek Ciastusiem był, na gospodarstwie znał się i powoli sobie, nie spiesząc, nie fatygując się zbytecznie, zajmował się niem o tyle, że bezrządu i strat znacznych w pięknym Kwiecinie jego nie bywało. Co do pani Adeli o tej nie ma co i mówić. Czynniejszej, energiczniejszej gospodyni nie było nad nią, jak nie było w całem sąsiedztwie weselszej, do zabaw skłonniejszej i szykowniej, a smakowniej ubierającej się kobiety. Zachodziły tam nawet podówczas niejakie stosunki zlekka pokrewieńskie pomiędzy domem państwa Wandalinowstwa, a główną gałęzią rodu Pompalińskich. Hr. August ilekroć przyjeżdżał w rodzinne swe strony, polował z panem Wandalinem w jego lasach i w swoich a hr. Jarosławowa, wydając raz, za życia jeszcze męża swego, wielki bal w Warszawie, na który zjechać się miała cała arystokracya litewska, zaprosiła nań i panią Wandalinową, liścikiem pachnącym i zaczynającym się od słów: chère cousine! Takie to kiedyś bywały świetne czasy dla dzisiejszych mieszkańców 4 go piętra, starej, ciemnej kamienicy! Ale — fortuna zmienną jest. Na ośm lat mniej więcej przed opisywaną tu epoką, — kiedy jedyna córka państwa Wandalinowstwa, Rózia, miała nie więcej jak lat 10 czy 11, państwo Wandalinowstwo, przez długi rodziców stracili majątek. Ta sama wielka burza po przejściu której, Tutunfowicze, Kobyłkowscy, Kniksy i t. d. zdobyli sobie tak rozmaite, a pięknie brzmiące przydomki, uniosła na falach swych dom państwa Wandalinowstwa, a uniosła go dla nich bezpowrotnie. Z domu tego, w którym gościć od czasu do czasu nie wstydził się sam hr. August Pompaliński, pani Adela uniosła tylko owe zbytkowne przedmioty, któreśmy przed chwilą widzieli: album pamiątkowe w cennej oprawie, parę fotografij w kosztownych ramkach i złoty naparstek. Z temi to przedmiotami przybyła do Warszawy i one to teraz w ciasnych ubogich izbach 4-o piętra, leżąc na stole lub wisząc na ścianie, uśmiechały się do niej — palącej w piecu i własnemi rękami gotującej strawę — rzewnem wspomnieniem lepszej przeszłości. Nie roztkliwiała się przecież widokiem ich pani Adela i rąk nie opuszczała, chyba późnym wieczorem lub wczesnym bardzo porankiem, gdy pan Wandalin i Rózia już lub jeszcze spali, a ona krzątając się po dwóch małych izdebkach i nad obiadem jutrzejszym mozolnie nieraz głowę łamiąc, przerywała sobie od czasu do czasu krzątaninę gospodarską i prozaiczną myśl o kawałku codziennego chleba, aby usiąść na parę minut, ze złożonemi na kolanach dłońmi, zamyśleć się głęboko, smutnie i ze łzą kręcącą się w wiecznie rozpogodzonem, bystro spoglądającem oku, popatrzeć na bledziuchną, delikatną twarz córki, z której praca ciężka i niewygody różne spędzały coraz bardziej świeże barwy zdrowia i młodości. Zamyślenia te i rozrzewnienia pani Adeli nie trwały nigdy dłużej nad minut parę, w czasie których jednak, budziła się niekiedy lub oczy otwierała nieśpiąca już Rózia, a widząc matkę w niezwyczajnej jej wcale postawie siedzącą i zamyślonej zrywała się z wązkiego łóżeczka swego na równe nogi, zarzucała na siebie wytarty szlafroczek i w mgnieniu oka, stając przed panią Adelą, zapytywała co ma zaraz wykonać: czy bawialnią zamieść, czy samowar nastawić, czy szklanki do herbaty pomyć, lub ze składziku drewek do rozpalenia w piecu przynieść. Pani Adela wskazywała zawsze córce lżejsze do spełnienia roboty, nastawianie zaś samowara, noszenie drzewa i kupowanie na mieście wiktuałów pozostawiała sobie. Nie dla tego wcale, aby zbytecznie rozpieszczała jedynaczkę i chroniła ją od pracy, ale że silniejszą fizycznie czuła się od córki i że w naturze jej leżało: sobie przysparzać, a ukochanym oszczędzać trudu. Niekiedy jednak przed udaniem się do porannych swych zajęć dwie kobiety patrzały na siebie przez chwilę i trzymały się w objęciu, poczem gdy Rózia w przystępie nagłej, nerwowej nieco czułości rzucała się matce na szyję, wołając głośniej nieco: — Najdroższa, najlepsza, biedna moja mamo! pani Adela odpowiadała jej długim pocałunkiem i ostrożnym szeptem: „cicho! Róziu! cicho! nie obudź ojca! niech śpi biedaczysko! nagryzie się i tak dosyć przez dzień cały.“
I w tej chwili także, gdy z za wielkiego parawana rozchodziło się głośne pluskanie i sapanie żarliwie myjącego się p. Wandalina, p. Adela wesoła i czynna jak zawsze, zpomocą Pawełka wysunęła stół na środek izby i zastawiać go poczęła na cztery osoby, błyszczącem od czystości naczyniem z grubego fajansu. Rózia wycierała talerze i podawała je matce. Pomagał jej w tem Pawełek, przyczem po dość długiem jeszcze milczeniu, wymówił:
— Prosiłbym kuzyneczkę o pokazanie mi zielonego!
Rózia uśmiechnęła się już wesoło, postawiła na stole przetarte talerze, a sięgnąwszy do malutkiej i kto wie umyślnie może ku przechowywaniu zielonego przyszytej do kaftanika kieszonki, z tryumfującem spójrzeniem pokazała krewnemu owiniętą cienkim papierem, uschłą gałązkę heliotropu.
— A kuzynka zielone? zagadnęła wzajemnie.
Pawełek ukazał z kolei wyjęty z portmonetki listek róży miesięcznej. Uśmiechnęli się do siebie oboje i poczęli na stole ustawiać szklanki.
— O cóż to gracie ze sobą, w zielone? mięszając w garnku zapytała p. Adela.
Na pytanie to, z rąk Rózi o mało nie wymknęła się trzymana przez nią szklanka. Przedmiot zakładu nie był widocznie łatwym do wymówienia. — O przyjaźń! kto z nas wygra w zielone, ten więcej drugiemu sprzyja! wyręczając zmięszane dziewczę, odpowiedział Pawełek.
W tej chwili, z za parawana, wyszedł w szaraczkowy, luźny bardzo i wygodny surdut ubrany p. Wandalin, a zbliżając się do ogniska, przy którem żona jego kipiącą zupę na talerze już rozlewała, rzekł:
— Jak byłaś na mieście Adelciu, dołożyłem do krupniczku trochę pietruszeczki... doda to zapachu... nieprawdaż?
— Bylebyś nie dołożył jej zanadto to będzie dobrze, odpowiedziała p. Adela, a zwracając się do wszystkich obecnych dodała z wesołą uroczystością. — Obiad podany!
Pan Wandalin znał się widać na kuchni, bo dołożona przez niego pietruszeczka, nie zaszkodziła bynajmniej krupniczkowi, który też zajadano do koła z apetytem wyśmienitym. Pawełek nawet jakkolwiek wyhodowany na pysznej kuchni dostojnych hrabiów swych krewnych, znajdował widocznie obiad ręką p. Adeli sporządzony najlepszym, jaki jadł kiedykolwiek, sztywność i posępność w jaką popadał był zwykle na chwilę po każdym żywszym a mimowoli okazanym objawie uczuć swych dla Rózi, minęły szybko i wesoły zazwyczaj chłopak, wesoło towarzystwu swemu opowiadał o wycieczce swej na Litwę, z której dopiero co wrócił, o zamierzanem małżeństwie hr. Cezarego z panną Ślepowron Trzaska-Kniksówną i ciężkiej zgryzocie, a cięższym jeszcze wstydzie, jakie wynikały z zamiaru tego dla najbliższej młodego hrabiego rodziny. Śmiała się ze zgryzoty tej p. Adela, uśmiechał się też słuchając o niej i p. Wandalin, Rózia szeroko oczy roztwierała nic a nic nie rozumiejąc, czego się to tak nieznani jej krewni martwić mogli z powodu, że dwoje młodych kochających się ludzi, pobrać się ze sobą miało; mówiono potem trochę o Kwiecinie, dawnem, ślicznem siedlisku państwa Wandalinowstwa, około którego Pawełek przejeżdżał niedawno i wysiadł był nawet, aby przypatrzyć się z bliska miejscu pamiętnemu mu z wielu miłych w dzieciństwie i pierwszej młodości przebytych tam chwil i godzin. Rózia przypomniała sobie doskonale jak będąc jeszcze malutką, bawiła się z daleko starszym od siebie kuzynkiem Pawłem, w obszernym ogrodzie swych rodziców, gdzie było kilka szerokich alei cienistych i mnóstwo krętych, wązkich dróżek labirynt prawdziwy stanowiących, a wiodących ku cichemu wiecznie, nieruchomemu stawowi, z błękitką głębią i mnóstwem srebrnych rybek na dnie; jak jej kuzynek pomagał kiedyś rybki łowić na wędkę, a raz czółnem długo woził ją po stawie... Tu, p. Adela przerwała nić wspomnień Rózi i Pawełka, stawiąc na stole półmisek ze smażonemi kartoflami i mówiąc do męża:
— Otóż i potrawa którą dziś mieć chciałeś, Wandalinie. Jeźli nie będzie bardzo dobrą winien temu p. Paweł, który mi kartofle Bóg wie po jakiemu pokrajał...
— Dziękuję ci kochanie, odpowiedział p. Wandalin, ja tego jeść nie będę...
— Cóż znowu? dla czego? przecież sam zadysponowałeś...
— Tak, tak... jąkał zmięszany nieco i żałośnem okiem na ulubioną potrawę swą spoglądający eksobywatel, to prawda... kochanie... prosiłem cię, ale... ale na wieki zapomniałem, że... że kartofle podobno tuczą ludzi... nieprawdaż Pawełku?
— Nie mogę zaprzeczyć temu, uśmiechnął się zapytany.
— Otóż widzisz kochanie... ja przysiągłem sobie nic nie robić takiego coby tę moją otyłość utrzymywać albo i powiększać mogło... Dla tego choć chciałem zrana... ale teraz przypomniawszy sobie... kartofelków jeść nie będę... i nigdy już nawet jeść ich nie będę...
Pani Adela nie wiedziała zrazu, czy śmiać się czy łajać męża. Wmawiała mu przez chwilę, aby nie odmawiał sobie potrawy nieco, dla niego przynajmniej, smaczniejszej od tych które jadali zwykle, ale p. Wandalin przycisnął ramiona do boków, odsunął się z krzesłem o parę cali od stołu i rzucając jednak od czasu do czasu przelotne spójrzenia na ponętny półmisek, powtarzał uparcie: — Nie, nie, kochanie! nie będę jadł, nie będę! dosyć już i tak tyję... aż nadto dosyć! Widać było że walczył ze sobą, ale z walki wyszedł zwycięzko, przełamał w sobie tym razem starego człowieka i potrawy, którą lubił bardzo — nie dotknął. Pani Adela też śmiać się i gderać przestała, popatrzała na męża uważnemi oczami, poczem spuściła je i zamyśliła się smutno jakoś choć nie długo. Wbrew wszystkim zwyczajom i obyczajom przyjętym w domach mniej więcej przyzwoitych i do dystynkcyi pretensyą jakąkolwiek rościć mogących, w domu państwa Wandalinowstwa, po krupniku i kartoflach nie nastąpiły ani pieczyste, ani legumina żadna, ani wety. Nie podano tam także czarnej kawy i nie przepędzano ją żadnym zielonym, ani różowym likworem, noszącym nazwę chasse-café. Na kartoflach skończyło się tu wszystko, gminnie, prostacko, nieobyczajnie — ale skończyło się, poczem wstano od stołu i p. Adela z pomocą znowu Rózi, zajęła się własnoręcznie myciem talerzy, sprzątaniem izby i gaszeniem kuchennego ogniska. Szczególna to była, wyrodna jakaś, o gminnych uczuciach i płytkich pojęciach kobieta! Ot tak proszę państwa, patrząc na nią zwijającą się około maluchnego, nędznego gospodarstwa, myślećby można było doprawdy, że najzupełniej już zapomniała o tem, iż stała kiedyś na czele licznej włości i dostatnio a wytwornie urządzonego domu, że, co więcej, ani razu nie przyszło jej na pamięć owe tak zaszczytne jednak i chwały pełne wspomnienie o tem, że z domu była Pompalińska, a rodziła ją Wittowtówna córka Kasztelana, syna Wojewodzicowego... Bywają na świecie czasem wypadki zapomnień takich... choć rzadko! Wkrótce bardzo po obiedzie, p. Adela włożyła kapelusz i sukienną okrywkę, a patrząc na córkę która z owym złotym naparstkiem na palcu, szyła ojcu koszulę, rzekła:
— No, Róziu, chodź! odprowadzę cię do fabryki, a sama pójdę na lekcye!
— Czyż już pora? z żalem zapytał p. Wandalin.
— I wielka pora! Mam dziś jeszcze trzy godziny lekcyj, a Rózi rekreacya za kwadrans się skończy...
Rózia, w mgnieniu oka gotowa była do wyjścia. P. Adela podała rękę na pożegnanie mężowi.
— Dowidzenia! O siódmej przyjdę dać ci herbaty... Potem zwróciła się do Pawełka.
— Odwiedzisz nas znowu kuzynie, jak będziesz kiedy w Warszawie, nieprawdaż?
Pawełek długi pocałunek złożył na jej ręku, ale zdobywając się na mężne postanowienia zlekka tylko dotknął dłoni p. Rózalii. Czując ceromonjalny jakiś i przymuszony chłód w pożegnaniu kuzyna, Rózia spójrzała nań trochę smutnie, trochę gniewnie, poczem zwracając się ku drzwiom, rzekła od niechcenia niby.
— Wątpię aby kuzynek za każdą swą bytnością w Warszawie chciał nas odwiedzać?
— Dla czego pani wątpi o tem? zapytał przestraszony formalnie tym docinkiem dziewczęcia kuzynek.
Na widok zasmuconej fizyonomii jego, gniew Rózi zniknął. Zmięszała się bardzo i cicho szepnęła. — U nas tu nudno może trochę i... smutno! Tym razem Pawełek nie ujął już ale pochwycił rączkę kuzynki, ścisnął ją mocno w swej dłoni i już, już usta otworzył, aby wymowić gorące jakieś, z głębi wzruszonego serca płynące słowo, ale nagle jakby przypomniał sobie o czemś, wyprostował się, drobną dłoń dziewczęcia z ręki wypuścił i nic nie rzekłszy, złożył tylko przed obu odchodzącemi kobietami głęboki, milczący ukłon, poczem chmurny i zamyślony, wziął kapelusz swój i widocznie zabierał się też ku wyjściu. Zatrzymał go przecież p. Wandalin.
— Mam z tobą do pomówienia, Pawełku, zaczął niepewnym głosem, siadaj no tu na fotelu koło mnie, pogawędzimy jeszcze chwilę...
Pawełek usiadł i z zajęciem oczekiwać się zdawał na zapowiedziane zwierzenia p. Wandalina. Były to przecież zwierzenia nie łatwe do wymówienia, p. Wandalin bowiem kręcił się dość długą chwilę na swej wązkiej, twardej kanapce, chrząkał, po stole pulchnemi palcami bębnił, ale nic nie mówił.
— No, zaczął nakoniec bardzo powoli i jakby namyślając się od czego zacząć, powiedz mi Pawełku, jak tam stoją teraz hrabiowie Pompalińscy?
Na pytanie to Pawełek zaśmiał się głośno.
— O! Szanowny Panie! zawołał, mogę panu zaręczyć, że hrabiowie Pompalińscy stoją bardzo prosto i twardy grunt pod nogami swemi mają. Wory złota są tym gruntem, a jakkolwiek hr. August trochę tam grzeszków ma na swej hipotece, to jednak przy pomocy starszego brata i widokach świetnego ożenienia się syna, z pewnością do końca świata nie upadnie ni razu.
Pan Wandalin z wielką uwagą zdawał się słuchać tych słów Pawełka, potem rzekł dobrodusznie:
— No to chwała Bogu, chwała Bogu że oni tak mocno sobie stoją... myślałem że przy teraźniejszych ciężkich czasach, zachwieli się także trochę... ale kiedy nie, to i chwała Bogu... jedynać to nadzieja kraju na tych, którzy się jeszcze nie zachwiali... tylko że ja nie o tem właściwie mówić z tobą chciałem Pawełku... Oto powiedz mi, jak ty tam stoisz u hrabiów? czem tam właściwie jesteś? jaką czynność u nich pełnisz?
Przelotny płomień rumieńca prześliznął się po czole Pawełka, ale usta jego ułożyły się do żartobliwego uśmiechu.
— Dość trudne zadałeś mi pan pytanie, rzekł nie podnosząc oczu na p. Wandalina i czegoś niby upatrując na podłodze. Jak stoję u hrabiów? ot tak sobie nijako. Ani mię lubią ani nielubią Było tak zawsze i jest teraz. Czem jestem u nich? Ba! to cała litania. Na pozór zdaje się że niczem, w gruncie zaś wszystkiem co pan chcesz: lektorem hr. Światosława, łowczym hr. Augusta, niańką hr. Cezarego, zabawką hr. Mścisława, pieskiem pokojowym hr. Wiktoryi, komiwojażerem i komissyonierem całej publiczności.
Pan Wandalin słuchał litanii tej z uwagą zrazu i pewnem zdziwieniem, potem jednak spuścił oczy i zmięszał się widocznie.
— Hm, hm, odchrząknął, dla czegóż nie? dla czegóż nie? zdolnym jesteś chłopakiem, sprytnym, żwawym, hrabiowie więc wyręczają się tobą... niewiem tylko, niewiem czy to dla ciebie... jak mam powiedzieć? korzystne... ale ja właściwie i nie o tem chciałem mówić z tobą... ot przystąpię już prosto do rzeczy... wola Boża!
Tu p. Wandalin widocznie zafrasowany wielce, otarł dłonią spocone czoło, poczem jąkając się trochę, zaczął:
— Widzisz kochanku, chciałem cię prosić, czy nie mógłbyś czasem wyjednać dla mnie u hrabiów... jak ty tam z nimi zawsze jesteś... wyjednać dla mnie, zrozumiej mię tylko dobrze... miejsca jakiegoś... zajęcia... a? co? czy nie mógłbyś?
Pawełek myślał chwilę.
— A! rzekł, czemużby nie? hrabiowie tak obszerne mają dobra, tak dwornie żyją, że miejsc i zatrudnień do rozdania jest u nich zwykle nie mało. Rzecz w tem, jakiegobyś pan życzył sobie zajęcia.
Pan Wandalin ramiona przed Pawełkiem z wielkiej radości roztworzył.
— A niechże cię Bóg wynagrodzi za twe poczciwe słowo i tę nadzieję, którą mi uczyniłeś! Jakiegobym chciał zajęcia? Już to najlepiej by na wsi... najlepiej kochany Pawełku jeżeli można, żonisko tęskni za wsią, Rózalka tu więdnie i usycha w oczach... ja się znów na gospodarstwie znam nieźle... ot ekonomem byłbym z ochotą gdziekolwiek tam u nich: w Pompalinie, czy w Malewszczyźnie, czy w Konarach, czy choćby w którym mniejszym, najmniejszym folwarku... Ale jeżeli już tego najlepszego nie można to cokolwiek, gdziekolwiek... niech mię rządzcą którego z domów swoich zrobią, których mają tu kilka, albo odźwiernym jednego z dwóch, pałaców... po prostu szwajcarem... galony na siebie włożę... laskę z gałką do ręki wezmę i w szklannej budzie siedząc gościom ich drzwi otwierać będę, byle żyć z żoną i córką... byle dopomagać im cokolwiek... byle pracować!
— Tak, powtórzył prostując się i walcząc ze wzruszeniem, które go ogarniało, byle pracować i nie patrzeć dłużej, jak dwie te kobiety zamęczają się pracą, aby cielsko moje wyżywić i przyodziać! Ach Pawełku kochany, ty nie masz wyobrażenia, ile ja cierpię siedząc tu bezczynnie, jak jaki leniwiec wtedy, gdy one biedaczki... Tu umilkł nagle, bo niepowstrzymane już łkanie głos mu zatamowało a dwie łzy, jak groch duże, stoczyły się po rumianych policzkach.
— Żona nieboraczka bakałarzy tam z cudzemi dzieciakami, a Rózia... Rózia i tego robić nie może... Bogiem a prawdą dziewczynina nic porządnie nie umie, bo i jakąż edukacyą dać jej mogliśmy, tułając się po świecie i ciężką biedę klepiąc... Uczyła ją tam matka jak mogła, ale co to z tego? Przyszło teraz dziecku po całych dniach w fabryce siedzieć i tytuniem się krztusić... Codzień bledsza, kaślać zaczyna... o Boże mój Boże! a ja... ja siedzę tu z założonemi rękami i patrzę na to biedne, jedyne dziecko moje, jak zmęczona i nawpół żywa, z fabryki powraca i przez pół nocy kaszlem się dusi... w poduszki głowę chowając, aby mnie nie obudzić...
Załamał ręce biedny eks-obywatel, a po policzkach jego za dwoma pierwszemi łzami spłynęło kilka innych.
— A któż mi uwierzy, że cierpię nad tem wszystkiem, że gryzę się, że jak rosy niebieskiej pracy jakiej żądam? któż uwierzy w to wszystko na tę moję przeklętą tuszę patrząc? To też wstydzę się samego siebie i w lustro nigdy nie spójrzę, bo jakbym na siebie teraz popatrzył, to pękłbym ze złości, albo skonał ze wstydu... Dobrze to jeszcze teraz... ale co za przyszłość? broń Boże żona lub dziecko zachoruje... co wtedy... a? zdychać wszystkim z głodu... bez łyżki wody... bez kropli lekarstwa... a? Oj Pawełku! Pawełku! daj Boże, abyś nigdy nie doświadczał tego, czego ja teraz doświadczam!
Zakrył twarz obu dłońmi i głośno już, a rzewnie zapłakał.
Pawełek zwierzeń tych strapionego ojca rodziny słuchał z głębokiem wzruszeniem i współczuciem. Spróbował jednak rozweselić go żartem.
— Daj pan pokój, rzekł, nie rozpaczaj, nie upadaj na duchu! czyliż nie jest napisanem, że ptaszki niebieskie ani sieją ani orzą, a jednak żyją!
Pan Wandalin podniósł twarz łzami zalaną.
— A daj mi pokój z temi ptaszkami, zawołał, już ja teraz spróbowałem, co to jest nie siać i nie orać, to i nie życzę sobie wcale być taką ptaszką...
— Ależ poszukawszy dobrze, seryo zaczął Pawełek, z pewnością znalazłoby się zajęcie jakieś,..
— Otóż to że ja szukać nie umiem. I zresztą, spójrz tylko na mnie... spójrz...
Roztworzył ramiona w celu niby ukazania Pawełkowi grubej swej, okrągłej figury w całej jej okazałości.
— Czy kto spojrzawszy na to cielsko przeklęte, takie rozrosłe, uwierzy żem do czegokolwiek zdolny... jak tu z taką tuszą pójść do kogo i powiedzieć: głodny jestem! każdy w oczy zaśmieje się i powie: to i owszem! schudniesz trochę przynajmniej! Otóż to że szukać nie umiem i starego człowieka nie dość jeszcze zabiłem w sobie, aby módz progi pańskie obijać, przedpokoje sobą wycierać i karku uginać... No, nie mogę... dla tego też i udałem się do ciebie Pawełku! Zlituj się, ratuj i pomów tam o mnie z hrabiami! Znajomi byliśmy kiedyś ze sobą... żona moja jakąś im tam krewną jest... niech łaskę uczynią i miejsce mi jakie dadzą... innej nie chcę, ale tę niech uczynią... bo inaczej, żona mi się zamęczy, dziecko suchot dostanie, a ja chyba sobie gardło z desperacyi i wstydu poderznę...
Pawełek powstał z krzesła i z wylaniem dłoń p. Wandalina, drżącą jeszcze ze wzruszenia, uścisnął.
— Wszystko co w mocy mojej będzie, uczynię... rzekł, postaram się... jeżeli zresztą nie u hrabiów, to gdzieindziej może... pojmuję pana... rozumiem doskonale... wszak i ja także...
Nie dokończył. Głęboki rumieniec okrył mu twarz całą aż po gęste pierścienie czarnych włosów. Wpatrzył się w ziemię i zamyślił długo jakoś, smutnie. Po chwili jednak zerwał się szybko z miejsca, jak człowiek którego pierś ścieśniona gwałtem świeżego powietrza zapotrzebowała i śpiesznie pożegnawszy p. Wandalina, zmierzał do drzwi.
U progu pochwycił go raz jeszcze za ramię p. Wandalin.
— Zlituj się, szepnął, jeżelibyś tam gdzie na szerokim świecie, od doktorów np. albo od doświadczonych ludzi posłyszał o jakiem lekarstwie... o jakim środku od zbytecznej otyłości... zapamiętaj go sobie i powiedz mi albo lepiej napisz... zbawcą moim będziesz! wstydu mię okropnego przynajmniej pozbawisz!
O ile Pawełek śpiesznie opuścił mieszkanie państwa Wandaliństwa, o tyle powoli schodził z czteropiętrowych wschodów kamienicy. Przy końcu drugiego piętra stanął nawet, wsparł się łokciami o poręczę wschodów i zakrywając twarz obu dłońmi, zawołał do siebie:
— Że ja też tym dobrym, zacnym, biednym ludziom dopomódz nie mogę! że ja też niemogę ją wyrwać z tej przeklętej tytuniowej fabryki! I nie módz nawet nic jej okazać, ust swoich pilnować, aby przy niej niepotrzebnego słowa nie wymówić! nie śmieć nawet spójrzeć na nią inaczej, jak z chłodną przyjaźnią, aby ją bardziej jeszcze nie przywiązać do siebie, aby grzechu jej cierpień na sumienie nie wziąść! Patrzeć na nędzę jej rodziców i nic nie módz, aby jej zaradzić. Módz posiadać jej serce i wyrzekać się go! O! czyż być może aby tak było zawsze! aby takim los mój musiał być już koniecznie!
— Nie, dokończył Pawełek monolog swój czyniąc już pierwsze kroki na ulicy, nie; tak być nie może i nie powinno! Bodaj czy ta stara wiedźma Jenerałowa nie miała słuszności! bodaj czy mi za radą jej pójść nie należy!
Chmurny i zamyślony Pawełek wrócił do pałacu hr. Światosława, gdzie na wschodach już powiedziano mu, że pani hrabina bardzo pilnie go potrzebuje i poleciła służbie natychmiast go do siebie, gdy wróci z miasta, przywołać.





ROZDZIAŁ IV.

W czasie gdy Pawełek odwiedzał krewnych swych przy wązkiej i ciemnej uliczce mieszkających, hr. Wiktorya przyjmowała wizytę niezmiernie dla niej przyjemną i ważną, a mianowicie wizytę księżnej B. i córki jej księżniczki Stefanii B.
„Jako płomień chwyta się z płomieniem, jak dwóch lutni zlewają się głoski, harmonijnem ożenione brzmieniem”, tak księżna i hrabina de domo Księżniczka, spotkały się ze sobą na środku bawialnego salonu i zlały się obie w jednym wykrzyku zachwycenia, wzajemnie na widok swój doświadczonego.
— Princesse!
— Comtesse!
Usiadły na kanapie i rozmawiały chwilę o wielkim balu, wydawanym przed dwoma dniami przez Baronowę K. na którym hrabina Wiktorya nie była, z powodu zupełnego i dość już dawnego usunięcia się od gwarów i blasków ziemskich, a na którym księżna była, nie dla siebie wcale, o! nie dla siebie, ale dla sprawienia przyjemności i rozrywki księżniczce Stefanii, pour une jeune personne bowiem, la vie un peu mondaine, jest, niestety! niezbędną koniecznością!
La jeune personne o której mowa była, nie wyglądała bynajmniej na istotę, któraby życie światowe szczególniej ukochała i w którejby to życie wzajemnie kochać się mogło. Przeciwnie, z pozoru przynajmniej sądząc, nie podobnem było, aby istniały na świecie dwa sprzeczniejsze i bardziej wyłączające się wzajem zjawiska, jak: sukcessa światowe i powierzchowność młodej księżniczki. A naprzód, trzeba się było bardzo pilnie po salonie rozejrzeć, aby módz dostrzedz, siedzącą na fotelu księżniczkę Stefanją, wzrost jej bowiem, na przekor wszelkim tradycyom, opiewającym wysokość i wspaniałość książęcych postaci obu płci, nie przenosił wysokością swą wzrostu źle wyrosłego, można nawet powiedzieć karłowatego, 12-letniego dziecięcia. Następnie, księżniczka pierś miała mocno wklęsłą, a plecy mocno wypukłe. Podobny kształt pleców gdyby wydarzył się wśród gminu, zostałby gminnie też nazwany garbem, tu jednak, proszę wierzyć, nie był on niczem innem jak lekką wypukłością pleców, kunsztownie zresztą okrywaną kamzutami i pelerynkami wszech rodzajów, bujnie koronkami oszywanemi. Z za kamzutów przecież i koronek, wyglądał zawsze bułkowato jakoś i nieco śpiczasto zuchwały ów wyskok buntowniczej natury, a w wielkiej, zbyt wielkiej nad nim blizkości, unosiła się podłużna głowa księżniczki z twarzą długą, kościstą, o czole nizkiem, nosie długim i grubym, ustach szerokich, policzkach wydatnych i cerze koloru paille. Nadmierna długość i niepospolita kościstość rąk młodej księżniczki, opierały się skutecznie wszelkim zmniejszyć je i wyrównać usiłującym przyrządom, jakoto: sutym koronkowym mankietom i niesłychanie ciasnym, paryzkim rękawiczkom. Były one zawsze i pomimo wszystko długie i kościste te biedne, książęce rączęta, tak długie i kościste, że gdyby nie były książęcemi, możnaby wziąść je śmiało za ręce, któremi odznaczają się zazwyczaj ludzie ułomni i garbaci, że jednak były one książęcemi, wyrażano się zwykle o nich: trochę za duże! tak jak i o całej postaci księżniczki z powodu wzrostu jej daleko więcej niż nizkiego, mówiono: drobniuchna! Zadziwiająca to była rzecz doprawdy, jakim sposobem, wśród książęcego rodu powstać mogła istota z powierzchownością tak nieawantażowną, zadziwiająca tembardziej, ile że księżna matka, była dotąd jeszcze damą bardzo wspaniałą i kształtną. Takiemi to przecież bywają niekiedy niezgłębione tajemnice i niepojęte błędy kapryśnej natury! Co pewna jednak, to że na książęcych drogach znajdując się, sama natura nawet czuje się widać onieśmieloną, niepewna siebie i jeżeli zbłądzi, błąd swój coprędzej wynagrodzić z całej mocy swej usiłuje. Tak i tu było. Dając księżniczce wzrost drobniuchny, lekko wypukłe plecy, nos rzymski, usta chińskie i ręce trochę za duże, natura przelękła się wnet własnego błędu i aby naprawić go ile możności, okryła głowę księżniczki najpiękniejszemi, płowemi włosami, jakie kiedykolwiek zdobić mogły jakąkolwiek najpiękniejszą głowę kobiecą, z pomiędzy policzki wystające i pod nizkie jej czoło włożyła oczy duże, w migdał oprawne, o czystej, błękitnej jak turkus, anielsko łagodnej, tajemniczo głębokiej źrenicy. Księżniczka miała w istocie i zupełnie na seryo prześliczne włosy i oczy cudowne, które jednak niby dyamenty śród stosu nagromadzonych krzemieni, ukrywały się śród licznych brzydkości jej postaci i niby dyamenty też błyskając od czasu do czasu budziły w sercach tych rzadkich ludzi, którzy umieli dojrzeć je i pojąć, w miejscu wstrętu miękką sympatyą, w miejscu szyderstwa, ciepłe, litościwe współczucie. Nie umiał snać oczu tych dojrzeć i pojąć hr. Mścisław, skoro w rozmowie swej ze stryjem, porównać mógł księżniczkę do czarownicy. Nie; nie wyglądała ona bynajmniej na złowrogie jestestwo, miano to noszące; przeciwnie, miała z powodu oczu swych, pozór łagodnej, tkliwej, nieśmiałej duszyczki, zgnębionej chrapowatością, okrywającej ją ziemskiej powłóki, ale która, gdyby wskazanym jej był tylko lot jaki wysoki — leciałaby i lecieć zdołała pod błękity, która jeśliby nie mieszkała w książęcem ciele i nie obarczoną była nierozłącznemi ze stanem tym potrzebami i przyzwyczajeniami obarczyćby się może chciała i zdołała dobremi jakiemi, słodkiemi a wzniosłemi obowiązkami i cnotami!
Tymczasem jednak, ponieważ książęcą była, duszyczka księżniczki Stefanii obojętną wydawała się dla wszystkiego co ją otaczało, tak obojętną, że patrząc na nią jak siedziała na fotelu, pochłonięta całkiem i ukryta przed światem wysokością jego poręczy, ze złożonemi nieruchomo na błękitnej jedwabnej sukni rękami, z pochyloną głową i spuszczonym ku ziemi wzrokiem, możnaby rzec, możnaby rzec doprawdy, że o bluźnierstwo! Księżniczka jakkolwiek zrodzona i wzrosła w atmosferze pałaców, czuła się śród niej nie na swojem jakoś miejscu, że gryzła ją nuda jakaś olbrzymia i przejmowała na wskroś pustka szkaradnie chłodna, że była ona po prostu — pomimo niezaprzeczonego wyłączania się wzajemnego dwu następujących tu wyrazów, — nieszczęśliwą księżniczką.
Rozmowa księżnej matki z hrabiną Wiktoryą nie zdawała się ją zajmować w najmniejszej mierze. Nie ożywiła się ona ani trochę w chwili gdy dwie damy mówiły o wielkim, prześwietnym balu baronowej K. ani gdy następnie przeniosły się one duchem pomiędzy wyniosłe ściany katedralnej świątyni i opowiadały sobie wzajem o piorunującem wrażeniu, jakie wywarła na nie obie słodka i miodopłynna wymowa przemawiającego tam z kazalnicy l’abbégo Lamkowskiego, ani gdy wspomnienie l’abbégo wygnało z ich rozmowy wszystkie inne przedmioty, tak że dostojne damy, których obu l’abbé zarówno był powiernikiem, przewodnikiem i pocieszycielem duchowym, rozpłynęły się całe i na długie pięć minut w sławieniu mądrości i świątobliwości jego, ani wtedy nawet, gdy księżna urywając rozmowę o l’abbem i nagle jakby przypominając sobie o czemś, zawołała:
— Et le comte Mścisław? comment va-til? czy wrócił nam z Rzymu? czy prędko ujrzymy go znówu?
Nastąpiła tu długa rozmowa o Rzymie, prezentowanie przez hrabinę Wiktoryę, różańca ztamtąd przywiezionego, odpowiednie okoliczności tej, dworskie ukłony i pełne pobożnego skupienia ducha, całowania agatowych paciorek, poczem wszystkiem księżna podała hrabinie rękę i wyrzekła te pełne znaczenia słowa:
— Doprawdy, chère comtesse, powinszować ci można takiego, jak hr. Mścisław syna. Un jeune homme si accompli… d’un esprit tellement noble, tellement chévaleresque!.. W naszych zepsutych, prozaicznych czasach, to fenomen, to istny cud łaski Bożej, okazany ci, chère comtesse!..
— Wierzaj mi, chère comtesse, dodała księżna po lekkiej pauzie wzruszeniem widocznie spowodowanej, wierzaj mi, iż każda z nas... każda z nas matek... niczegoby nie pragnęła bardziej jak posiadać takiego syna...
Tu oczy księżnej przeniosły się zwolna na twarz córki i utonęły w niej na chwilę z rzewną, mimowolną jakby zadumą. Twarz hr. Wiktoryi jaśniała głębokiem i nieukrywanem wcale zadowoleniem.
— Princesse! odrzekła drżącym nieco głosem, jeżeli mój Mścisław zdobyć sobie potrafił względy twe princesse, ja z mej strony, jeżelibym ośmieliła wyrzucać coś Opatrzności, to wyrzucałabym Jej to tylko, że nie dała mi córki do księżnej Stefanii podobnej!
Spojrzały na siebie. Zrozumiały się. Ręce ich wyciągnęły się ku sobie jednym niepowstrzymalnem zda się, gwałtownem poruszeniem i nadzwyczaj serdecznie zetknęły się ze sobą — końcami palców.
Księżniczka Stefania pozostała nieruchomą i obojętną jak wprzódy i tylko turkusowe źrenice jej mgliły się pod spuszczoną powieką smętną jakąś, tęsknoty pełną, a wszystkiemu co otaczało ją obojętną zadumą.
Księżna podniosła się z kanapy; konwersacya, czyli bigos, w którym tak szczególnie zmięszały się ze sobą: bale, toalety, nieszpory, kazania, l’abbé, Rzym i prawo matrymonialne, wyczerpanym snać już został. Po nowem i również serdecznem jak powyżej opisany uściśnieniu sobie białych dłoni, po kilku jeszcze czułych oświadczeniach się wzajemnych i dwóch pocałunkach udzielonych powietrzu, dwie damy rozłączyły się u drzwi bawialnego salonu.
Hrabina weszła do buduaru swego zamyślona głęboko.
— Muszę natychmiast pomówić z Mścisławem, rzekła do siebie, sposobność to jedyna... wyborna... powinien spiesznie ją pochwycić!..
— Czy hrabia mój syn jest u siebie? zapytała przywołanego dzwonkiem kamerdynera.
Odpowiedź była twierdzącą.
— Oznajm mię hrabiemu, synowi memu!
W parę minut po wydaniu rozkazu tego, hrabina owinęła się podaną jej przez pannę służącą wielką aksamitną mantylą i poważna, zamyślona zstąpiła do położonych na dole pałacu, pokojów syna.
Kamerdyner hrabiny znalazł hr. Mścisława w przyciemnionym, opuszczonemi sztorami pokoju, leżał on na szezlągu, a francuzka czy angielska gazeta, którą widocznie zabawiał się był przez chwilę, leżała przy nim na ziemi. Nie spał, lecz nawpół tylko czuwał. W podobnie leżącej postawie i w takim stanie połowicznego zamierania władz czucia i myślenia, hr. Mścisław od lat już kilku znajdował się zawsze, ilekroć nie wyrywały go zeń przemocą najkonieczniejsze już i nieodparte obowiązki towarzyskie lub pilne a ważne sprawy, honor i wielkość domu jego na celu mające. Cóż dziwnego? spoczywał on po trudach młodości swej, która acz krótką była bo wedle własnych słów jego, minęła już od wieków, zawarła w sobie tyle wzruszeń, tyle wysiłków, tyle słowem akcyi różnego rodzaju i na różnych scenach świata tego rozwijanych, że wyczerpać musiała, a przynajmniej znakomicie znużyć wszechstronne siły żywotne 25 letniego hrabicza. Usłyszawszy o oznajmionej mu wizycie, hr. Mścisław otworzył oczy, poleżał jeszcze chwilę, potem zwolna bardzo i z lekkiem stęknięciem powstał z szezląga. Jakkolwiek znużonym czuł się i głęboko zniechęconym do wszystkiego co istniało i działo się pod słońcem, jakkolwiek po całych dniach i miesiącach niekiedy czuł przenikający go na wskroś ów spleen angielski, pod wpływem którego przychodziło mu na myśl w łeb sobie palnąć lub jakimkolwiek innym sposobem koniec położyć obrzydle nudnemu, żadnych ponęt już dlań nie mającemu życiu temu, nigdy przecież ani na chwilę nie zapomniał on o powinnościach, jakie wkładało na niego wysokie urodzenie i położenie jego, nigdy, ani na chwilę nie rozminął się z tem co było przyzwoite, wytworne, rycerskie nieco, a więc z urodzeniem tem i położeniem nierozłącznie związane.
I teraz także, jakkolwiek niespodziane odwiedziny matki fatygowały go ogromnie, spotkał wchodzącą u drzwi apartamentu swego, pochylił się przed nią ukłonem pełnym uszanowania i zarazem rycerskiej galanteryi, poczem wysuwając naprzód jeden z najwygodniejszych fotelów wytwornej swej bawialni, wymówił cicho i przez zęby nieco, zawsze jednak niezmiernie grzecznie.
— Veuillez vous-asseoir, chère maman!
Hrabina usiadła, malowniczo mantyllą swą owinięta i po krótkiej chwili namysłu, zaczęła w te słowa:
— Mam z tobą do pomówienia, Mścisławie, o rzeczy bardzo ważnej dla ciebie... dla mnie... i dla całego domu naszego...
— Je vous écoute, chère maman.
— Przed chwilą była u mnie księżna...
Po twarzy Mścisława dotąd tak nieruchomej że aż prawie martwej, przebiegł wyraz lekkiego niesmaku.
— Była u mnie księżna z córką swą, księżniczką Stefanią... Cette bonne, cette excelente princesse... savez vous... elle m’a fait de ouvertures co do twego ożenienia się z księżniczką, mais des ouvertures tellement claire, tellement mêmê pressantes — że jestem pewna, iż jeden krok uczyniony z twej strony zdecydowałby o wszystkiem.
Mówiąc to z wyraźnym niepokojom patrzała na syna, który w pochylonej nieco i jakby zgnębionej postawie na szezlągu siedząc patrzał w ziemię.
— Madame la princesse est trop bonne, zaczął po chwili zwolna i tłumiąc ziewnięcie, le malheur est że ja tego kroku, któryby zdecydował o wszystkiem nie uczynię nigdy...
— Pourquoi? mais pourquoi donc? zawołała hrabina.
— Zdaje mi się że miałem już nieraz zaszczyt, mówić ci chère maman, że księżniczka Stefania jest dla mnie straszydłem odrażającem...
— Bo patrzysz na nią uprzedzonem okiem, mon enfant, nie jest wcale tak brzydką... ma bardzo piękne włosy i oczy, a gdy mówi staje się niezmiernie przyjemną.
— Szkoda tylko że zdarza się to tak rzadko! księżniczka milczy zwykle jak ryba i mam silne podejrzenie qu’elle est affreusement bête!
— Cóż znowu, Mścisławie, ubliżasz księżniczce. Mówi ona mało, to prawda, ale jest z pewnością rozumną, bardzo rozumną młodą osobą... Zresztą, ożywisz ją... rozweselisz...
— La belle affaire! ja potrzebuję sam aby mię kto ożywiał i rozweselał! Nie jestem już dość młodym, chère maman, abym mógł brać na siebie funkcyę przywoływania do życia wszystkich garbatych Galatei świata tego...
Tym razem z kolei hrabina skrzywiła się z niesmakiem.
— Wyrażasz się bardzo niewłaściwie, Mścisławie, ale uważałam że przytrafia ci się to zawsze, ilekroć mówię z tobą o księżniczce...
— Parce-que cela me donne des nausées, rien qu’á y penser!
Hrabina milczała chwilę niezadowolona.
— Parlons franchement, rzekła z nagłą jakby decyzyą, est-ce que je Vous parle, mon cher, d’un mariage d’amour, nie jesteśmyż, ja i ty, dość doświadczonymi, dość moralnie wykształconymi, abyśmy nie wiedzieli o tem, iż żądania lub wstręty serc naszych, pokornie, a chętnie składać powinniśmy na ołtarzu ważniejszych, świętszych interesów i wyższych, wznioślejszych obowiązków... Otóż ja w małżeństwie tem widzę dla ciebie i dla całego domu naszego taki wysoki, święty interes i taki ważny, wzniosły obowiązek... Księżniczka pochodzi z jednego z pierwszych domów w Polsce, przez matkę jest ona spokrewnioną z kilku znakomitemi bardzo rodzinami w Europie... przytem księztwo dadzą jej posag ogromny, dwie bowiem starsze ich córki są już zamężne i wyposażone, a księżniczka Stefania wezmie jak myślę dwa razy więcej od sióstr... pas manière de compensation je croie... co zresztą zupełnie znajduję sprawiedliwem... Otóż... parlons franchement... czy sądzisz, że dom Pompalińskich stoi dość wysoko, aby mu połączenie się z książętami B. i kilka miljonów złotych więcej majątku nie były bardzo... bardzo użytecznemi...
Lekka ironia dźwięczała w głosie hrabiny, gdy wymawiała ona ostatnie wyrazy. Dosłyszał ją hr. Mścisław i twarz jego ożywiła się znacznie.
— Wiem dobrze, chère maman, wyrzekł również z lekkim odcieniem szyderstwa, że uczuwałaś zawsze i uczuwasz pewien rodzaj... lekkceważenia... dla rodu, do którego przez małżeństwo z ojcem moim weszłaś...
— Lekceważenia?.. nie... odparła zwolna hrabina, bawiąc się frendzlą swej mantylli, należąc tylko do starszych członków rodu tego, znam go lepiej i cenię go wedle... wedle istotnej wartości... Parlons franchement... les Pompalińscy sont des parvenus...
— Chère maman! głośniej już znacznie i powstając z szezląga wymówił Mścisław.
— Des parvenus, flegmatycznie kończyła hrabina, a ja wychodząc za ojca twego popełniłam mezalians... nie wyrzekam na to, bo oddawna już zmusiłam serce moje do zgadzania się z najcięższemi choćby wyrokami Opatrzności... ale... cóż dziwnego jeśli pragnę, aby syn mój stanął w świecie wyżej... chlubniej niż stać w nim danem było ojcu jego i... mnie...
— Oh! chère maman! jakkolwiek małżeństwo z ojcem moim poniżyło cię w oczach świata, własnemi cnotami swemi podnieść się zdołałaś na najwyższy szczebel jego szacunku.
— Urodzenie moje dopomogło mi do tego... podnosząc głowę i niezdając się zwracać uwagi na brzmiącą w głosie syna, urazy pełną gorycz, wyrzekła hrabina. Śmiało powiedzieć mogę, że tylko ożenienie się hr. Jarosława zemną, a także wysoki takt towarzyski i doskonałe savoir-vivre hr. Światosława, otworzyły rodzinie Pompalińskich koło najpiękniejszego towarzystwa i postawiło ją... mniej więcej... na równi ze starożytnemi rodzinami kraju... koło to bardzo ścieśnione i w sobie zamknięte mon cher! n’y entre pas qui veut.
— Mais puisque, z łaski twojej, chère maman, nous y sommes entreés déja, z jakiegoż powodu miałbym składać się en holocauste na ołtarzu najbrzydszej, najwstrętniejszej kobiety jaka istnieje pod słońcem?
— Z tego powodu, mon cher, że po śmierci mojej i hr. Światosława, Pompalińscy zejdą znowu tam zkąd ja tylko i hr. Światosław, wydźwignąć ich zdołaliśmy... to jest... pomiędzy des riches parvenus, u których pożyczają się pieniądze, ale którym się drzwi salonów nie otwiera i córek w małżeństwo nie oddaje... Czy sądzisz, że hr. August albo syn jego Wilhelm, albo brat twój Cezary potrafią kontynuować dzieło przezemnie i przez hr. Światosława dotąd dokonywane... Non mon cher, hr. August jest przedmiotem cichego wprawdzie, ale powszechnego pośmiewiska dostojnych naszych znajomych, hr. Wilhelm, c’est un joli garçon i nic więcej... zresztą... il se ruinera... co do Cezarego wiesz dobrze, jakiem zmartwieniem, jaką gryzącą troską był on zawsze dla mnie i dla nas wszystkich... Entre nous, upośledzenie umysłowe twego brata, tę niezgrabność maniery, które zawsze go odznaczały przypisuję niczemu innemu jak fatalnemu jakiemuś odziedziczeniu... nie po mnie naturalnie, ale po przodkach, z linii męzkiej. Tak więc w całej rodzinie naszej il n’y a que toi, mon cher. Ty jeden spełnić jesteś zdolny święte i wzniosłe obowiązki twego stanu, na ciebie jednym ciąży odpowiedzialność za upadek lub wywyższenie się imienia, które zresztą sam cenisz tak bardzo...
Po chwilowem milczeniu hrabina mówiła dalej:
— Przebacz mi, żem ci powiedziała gorzkie słowa prawdy. Nie przyszło mi to z łatwością, ale serce matki nie zna przeszkód i z każej walki potrafi wyjść zwycięzko. Oui, drogi Mścisławie, ożenienie się z księżniczką jest dla ciebie konieczną, bardzo konieczną potrzebą. C’est une occasion, której możesz nigdy już więcej nie spotkać. Czy sądzisz, że księżna byłaby tak chętną względem małżeństwa tego.. tak, powiem nawet... nalegającą gdyby ta biedna, kochana księżniczka była bardziej podobną do anioła piękności... Bądź pewnym że nie. Znalazłby się wtedy jaki książę lub hrabia do vieille roche, a o Pompalińskim niktby nie pomyślił. Widzę że gniewa cię to przypuszczenie! czy sądzisz że nie upokarza, nie boli ono i mnie także! O! jeden Bóg tylko jest świadkiem nocy bezsennych, które spędzałam w mem życiu, myśląc o tem wszystkiem, łez które wylałam! Teraz jednak zrezygnowaną już jestem, spokojną i bardzo pokorną... nie idzie zatem abym rzeczy jasno widzieć nie miała i nie pragnęła dla ciebie lepszego... świetniejszego losu niż był mój....
Rzekłszy to hrabina powstała z powagą i godnością matki, która spełniła ciężki do spełnienia obowiązek i wyciągając do syna rękę, rzekła słodkim już, ujmującym głosem.
— Jakże, Mścisławie, czy przekonałam cię? czy gotów jesteś złożyć ofiarę z nieusprawiedliwionych zresztą wstrętów swego serca, dla rzeczy tak ważnych, tak koniecznych? dla twego własnego szczęścia, zresztą?
Na twarzy hr. Mścisława znać było, że oddawna już walczyły w nim gniew i zniecierpliwienie z tem poszanowaniem, jakie każdy dystyngowany syn — w każdej okoliczności okazywać powinien swej matce. Ostatnie uczucie zwyciężyło. Dotknął lekko ustami wyciągniętej ku niemu białej dłoni matczynej i trochę niedbale, trochę jeszcze niecierpliwie odpowiedział.
— Chère maman, przestałem już oddawna wierzyć w miłość, w szczęście i w tym podobne absurdités, w które nie wiem nawet, czy kiedykolwiek naprawdę wierzyłem. Kobiety zresztą wszystkie bez wyjątku, stały mi się oddawna także obojętnemi. Nie widzę jednak potrzeby i nie czuję się w obowiązku dobrowolnego przenoszenia najsroższych katuszy, taką zaś katuszą byłoby chère maman, przebywanie w jednym choćby domu z księżniczką Stefanią. C’est une aversion enfin, une aversion qui est plus forte que moi.. której zwyciężyć mi nie sposób...
Hrabina słuchała z brwią zsuniętą, z błyskawicą gniewu w tak łagodnem zwykle oku. Znała jednak syna. Wiedziała dobrze, iż gdy szło o upodobania lub chęci jego, gniew zarówno jak łagodność obijały się o tę prawdziwie stalową, niesłychanie zahartowaną naturę bez wpływu ni skutku. Pozostało więc tylko rzecz zostawić czasowi i powolnym, choć trochę tajemnym staraniom. Tkliwa i o dobro ukochanego dziecięcia troskliwa matka pohamowała więc ogarniające ją zniecierpliwienie i zakończyła rozmowę łagodnemi słowy.
— Mam nadzieję, że namyślisz się, że Bóg w nieskończonej dobroci swej, oświeci przed tobą drogę twoją i natchnie cię lepszem poczuciem i pojęciem ciążących na tobie obowiązków... tymczasem a révoir, cher enfant. Niech samotność i skupienie ducha twego dokończą dzieła, które ja w rozmowie tej z tobą rozpoczęłam...
W parę minut potem, hrabina przechadzała się już po swym salonie krokiem szybkim, z czołem zmarszczonem, głęboko namyślając się nad czemś i coś w głowie swej kombinując. Kwadrans upłynął jeszcze, a przywołany jej rozkazem stanął przed nią Pawełek.
— Paul! rzekła hrabina nie przerywając przechadzki swej i wstępów żadnych nieczyniąc; Paul, proszę cię bardzo, aby hrabia Mścisław był dziś z tobą w Wielkim teatrze...
Szczególny rozkaz ten nie zdziwił jednak Pawełka, tylko na twarz jego smutną nieco przedtem, sprowadził wesoły uśmiech.
— Pozwoli pani hrabina, abym zwrócił uwagę Jej na to, że hr. Mścisław jest zbyt słusznego wzrostu, a ja znowu zbyt nizkiego, abym zdołał przemocą zanieść go do teatru...
— Quel mauvais ton prenez-vous dépuis quelque temps, Paul! któż tu mówi o niesieniu hr. Mścisława? namów go, skłoń aby...
— Z hr. Cezarym przyszłoby mi to z łatwością, ale...
— Z trudnością czy z łatwością ja chcę, abyś to uczynił Paul! przerwała hrabina stając na środku salonu i patrząc na Pawełka oczami, które z powodu zmroku zapewne, wyglądały dziwnie na gniewne, niecierpliwe, sprzeciwieństwa żadnego znosić nie mogące oczy despotki. Mścisław musi dziś być w teatrze. On donne Moise... księżna z księżniczką tam będą... Naturellement, będziecie w loży we dwóch i zrobisz tak, Paul, aby hr. Mścisław prezentował się w loży księżnej w pierwszym zaraz antrakcie... Wiele mi na tem zależy, aby nie zaniedbywał księżniczki i aby go przy niej publicznie widywano... On en parlera — a i to już dobre...
— Pani hrabino! spróbował jeszcze ozwać się Pawełek, hr. Mścisław dziś wróciwszy z tak dalekiej podróży, zmęczonym czuć się musi.
— Ale quelle idée! pour un jeune homme, cóż znaczy podróż taka. Zatrzymywał się zresztą w Wiedniu, potem zbaczał do Krakowa i tam przebywał czas jakiś... 12 godzin drogi, cóż to znaczy!
Pawełek ukłonił się i miał odejść, ale przywołała go jeszcze hrabina.
— Ufam ci Paul i spuszczam się zupełnie na ciebie w tak ważnej sprawie... należysz do familii i powinny obchodzić cię jej interesy, któż zresztą więcej od ciebie obowiązanym być może dopomagać planom, które ja lub synowie moi układamy. Wzrosłeś w domu naszym, otrzymałeś edukacyę równą tej, którą otrzymali młodzi hrabiowie, sądzę więc iż możemy w każdym wypadku liczyć na ciebie.
Pawełek powtórnie skłonił się w milczeniu i nie zatrzymywany już przez hrabinę, odszedł. W chwilę potem wchodził do bawialni hr. Mścisława, który wśród zupełnej już prawie ciemności, wedle zalecenia matki, skupiał ducha swego leżąc na szezlągu i od chwili do chwili tylko dając oznaki życia powolnem podnoszeniem do ust cygara. Ujrzawszy Pawełka wymówił głosem człowieka, któremu bardzo nie chce się mówić.
— Dobrze, żeś przyszedł, Paul! zadzwoń na Żorża aby podał światło. Ten ślamazarnik zaniedbuje swe obowiązki, a dzwonek tak daleko, że gdybyś był nie przyszedł leżałbym tu w ciemnościach do skończenia świata.
Taśma od dzwonka zawieszoną była w istocie w znacznem od hrabiego oddaleniu, bo aż u przeciwległej ściany. Pawełek pociągnął ją raz i drugi ale bez żadnego skutku. Żorż ani nikt inny nie pojawił się.
— Czy on oszalał, ten Żorż, rozgniewany już nieco wymówił Mścisław; no, może zlituje się kiedy nademną i przyjdzie, a tymczasem Paul siadaj i opowiedz mi szczegółowiej nieco tę śmieszną historyę mego brata z tą… tą mademoiselle Trzaska. Chciałbym ją usłyszeć choćby dla tego, że zrobiłoby to mi może jakąś emocyą.
— Dobrze, odparł Pawełek siadając, opowiem ci hrabio-kuzynie tę historyę ze wszystkiemi szczegółami, ale jak wrócim z teatru.
— Z teatru? quelle idée! czy masz dziś ochotę przypatrywać się jakim spektaklom?
— Mam nadzieję, że będziemy im przypatrywali się obaj.
— Diantre! dałbym wiele temu, ktoby mię tu szczególniej w Warszawie, na spektakl jaki namówił.
— Ja też hrabiego nie namawiam wcale… sam tylko mam wielką ochotę pojść do teatru i jeżeli nie pójdę z tobą hrabio do loży abonowanej przez hrabinę, kupię sobie bilet na paradyz a w teatrze dziś będę.
Hr. Mścisław przypodniósł się na szezlągu.
— Na paradyz? ty na paradyzie! Kuzyn nasz i wychowaniec mojej matki? co za myśl!
— Cóż robić? nie mogę przecież pozbawiać się przyjemności dla tego, aby nie ubliżyć honorowi nazwiska, o które przed przyjściem na świat nikogo nie prosiłem. Na inne zaś miejsce, jak paradysowe pieniędzy mi nie staje.
— Możesz siedzieć sam jeden w loży mojej matki.
— Nigdybym nie śmiał uczynić tego. Pani hrabina zresztą surowo mi zabroniła samotnego ukazywania się w jej loży. Mało osób zna mię tu w Warszawie — pomyślanoby więc że jestem Bóg wie kto — a Bóg wie kto nie powinien przecież znajdować się w loży p. hrabiny.
— Wyjm tam z biórka mój pugilares i weź sobie pieniędzy na krzesło.
— Dziękuję hrabiemu. Krzesła wszystkie są już rozkupione i zresztą postanowiłem sobie nie brać od hrabiego pieniędzy na żadne zbytki.
Ostatnie słowa Pawełek wymówił całkiem seryo, hr. Mścisław żywo już niezadowolony z kuzyna wzruszył ramionami.
— Zkądże to tak nagłe postanowienie?
— I owszem, nie jest ono tak bardzo nagłem. Jeżeli uważałeś hrabio, teoryą tę moją od paru już lat zacząłem stopniowo w czyn wprowadzać.
— A prawda, że nie wiele wydajesz pieniędzy, wcale nie wiele! Ale mniejsza o to! ça m’embête te pieniądze i nietylko mówić o nich, ale sprzykrzyło mi się nawet i patrzeć na nie! Dla czego Żorż światła nie przynosi? zadzwoń no raz jeszcze, mon cher!
Pawełek zadzwonił, poczem usiadł znowu i zaczął:
— Do teatru więc idziemy czy tam jedziemy, jak zechcesz hrabio, ale...
— Mais, mon cher, spróbował sprzeciwić się Mścisław.
Pawełek przerwać sobie nie dał.
— Ale ja mam do ciebie hrabio pewną prośbę, a raczej nawet nie mam prośby tylko chcę uczynić ci hrabio pewną łaskę...
— Łaskę! mnie łaskę! tu déviens amusant, mon cher!
— Chcę podać hrabiemu sposobność spełnienia pewnego dobrego uczynku, wykonania pewnego obowiązku ludzkości.
— Mais... dobre uczynki, obowiązki ludzkości et tous ce qui s’en suit należą do departamentu hr. mojej matki i hr. mego stryja Światosława, udaj się z nimi do nich.
— Nie; tym razem postanowiłem udać się do ciebie hrabio!
— To szczególne! czy postanowiłeś mię dziś zamęczyć Paul! no, mówże już sobie, tylko prędko! Mais où est George? dla czego nie przynosi światła?
— Przyrzekam być zwięzłym. Mieszkają tu teraz w Warszawie państwo Wandalinowstwo, vous savez comte — ci sami, którzy mieli kiedyś Kwiecin, w którym znowu hr. August lubił często polować...
— Eh bien! eh! bien! mais où est Georges? Ciemno tu jak w otchłani!
— Otóż, krótko a węzłowato — państwo Wandalinowstwo są w wielkiej biedzie — można powiedzieć w nędzy...
— Mon chere, cały świat jest teraz w nędzy.
— Są w nędzy... kończył Pawełek, a głos jego na przekór żartobliwemu tonowi, który był przybrał w rozmowie z hrabią, drżał nadaremnie hamowanem wzruszeniem, przypominając więc sobie dawne stosunki z domem hrabiów, postanowili za mojem pośrednictwem prosić...
— Jałmużny! wzgardliwie nieco rzucił hr. Mścisław.
— Pracy, poprawił Pawełek.
— A więc niech sobie pracują, czyliż my przeszkadzamy komu pracować? I owszem, domy i rody takie jak nasz, prócz wielu innych i to jeszcze dobrodziejstwo rozlewają dokoła siebie, że żywią wielką ilość rozmaitych biedaków.
— Otóż właśnie chciałem ci hrabio podać sposobność przelania tego dobrodziejstwa i na nieszczęśliwą, a ze wszechmiar godną współczucia rodzinę.
— Dieu! co tu wyrazów! nieszczęśliwą... współczucia! Któż jest dziś szczęśliwym? mais où est Georges? vous m’embêtez mon cher, z tą jakąś twoją czułą historyą. Cóż mogę uczynić dla tych nieszczęśliwych?
— Możesz im hrabio dać miejsce w którym z majątków swych...
— Wszystkie zajęte, mon cher, wszystkie zajęte, ale dość już tego parceque cela m’em...
— Więc może rządcy domu hr. Światosława, tego co to przy ulicy X. Obecny rządca odprawia się za miesiąc.
— Hrabiego mego stryja, zaczął Mścisław, a więc dobrze. Ce n’est pas impossible. Ale dla czegóż mówisz o tem ze mną, nie z moim stryjem?
— Chciałbym przyjemność rozmawiania z hr. Światosławem odstąpić tobie hrabio.
— Tu es diablement fin, Paul. Wiem że towarzystwo hrabiego nie czyni ci wielkiej przyjemności, il est parfois bien morose, le pauvre vieux comte. Koniec końców, czego chcesz odemnie? bo zaczynasz mię już niecierpliwić nie na żarty! Où est Georges? mais où est Georges? zadzwoń raz jeszcze Paul.
Pawełek nie ruszył się tym razem z miejsca.
— Chcę prosić cię hrabio-kuzynie, abyś wyjednał u hrabiego stryja swego dla pana Wandalina miejsce rządcy domu przy ulicy X.
— C’est parfait! za cóż spada na mnie zaszczyt stawania się protektorem cierpiącej ludzkości? Dla czego nie zadzwoniłeś Paul?
— A więc hrabio, będziesz mówił z hrabią swym stryjem?
— Mon cher, stajesz się coraz bardziej podobnym do pijawki, jak się uczepisz kogoś... mais... przypominam sobie, ta pani Wandalinowa... Pompalińska z domu podobno.
— Nie inaczej. Tembardziej więc...
— Ale jakie tembardziej! co za tembardziej! Czyż myślisz, że zgodzilibyśmy się na to aby une Pompalińska była żoną d’un rządca domu! Śmieszne miewasz myśli mon cher i jeżeli rozmowa ta dłużej jeszcze potrwa, rozgniewasz mię zupełnie!
Mówiąc to hr. Mścisław, w dowód jakby że i tak już dostatecznie był rozgniewanym, wyprostował się na szezlągu.
— A więc sądzisz hrabio, że zaszczytniej będzie a przynajmniej nie tyle zawstydzająco jeżeli une Pompalińska wraz z rodziną swą — umrzeć sobie powoli z głodu?
— Diable! tak być nie powinno także! zawsze to krewna! mais qu-y puis je faire? pieniędzy nie wezmą, mówisz? nie, nie wezmą? a więc jakaż rada? Widzisz mon cher jaka to jest trudna, absorbująca pozycya, jakie to są zgryzoty i kłopoty członka takiej rodziny jak nasza! rozrodzi się to tak strasznie, że rób co chcesz, staraj się jak możesz, a od wstydu z jakiejkolwiek strony pochodzącego uratować się nie możesz? Ale dla czego nie dzwonisz na Żorża, Paul. Ten niedołęga postanowił widać sobie...
— Wistocie, jest tu ciemno bardzo, z flegmą i nieruszając się z miejsca potwierdził Pawełek, a po chwili milczenia mówił dalej. Jeżeli więc hrabio postanawiasz nie uczynić dla biednych ludzi tych, tego o co cię proszę, muszę już chyba ja sam o ratunku dla nich pomyśleć.
— Toi, Paul! ciekawym jakim sposobem?
— A cóż? westchnął Pawełek przyznam się hrabiemu, że i tak już oddawna chodzi mi po głowie, aby jakimkolwiek sposobem dojść do własnych pieniędzy...
— Winszuję! winszuję! śliczny projekt, nie wiem tylko jakim sposobem uskutecznić go potrafisz... chyba że... et ce n’est pas imposible, będąc Pompalińskim bogato ożenisz się.
— Nie, z jednostajną zawsze obojętnością w głosie zaprzeczył Pawełek, dla tego właśnie, ażeby módz z pewną biedną dziewczyną ożenić się kiedykolwiek, prawdopodobnie zostanę szewcem...
Hr. Mścisław stanął na równe nogi.
— Kim! zawołał.
— Szewcem powtórwzył Pawełek.
Hr. Mścisław stał przez chwilę jak skamieniały.
— Tu es fou avec ton szewc! szewc! szewc! żarty twoje, mon cher, zaczynają przybierać od pewnego czasu formę wcale nieprzyjemną!
— Nie są to żadne żarty, hrabio-kuzynie i daję ci słowo człowieka o tyle przynajmniej uczciwego, że nikogo nigdy nie okradł i nie zabił, że gdybym tylko posiadał środki dla terminowania w rzemiośle potrzebne, zostałbym krawcem, szewcem, kowalem kimkolwiek, byleby tylko módz...
Tu zatrzymał się, coś mu w piersi jękło i głos urwało.
— Byleby co? eh bien! fiis donc! byleby co?
— Byleby, spokojniej już i bardzo stanowczo dokończył Pawełek, byleby mieć kiedykolwiek kęs chleba własny, własną choćby jedną godzinę czasu i cokolwiek, cokolwiek do podzielenia się z tymi, którzy cierpią niewinnie...
Pomimo głębokiego zmroku zalegającego pokój, widać było jak oczy Pawełka błysnęły przy ostatnich wyrazach gorącem, bolesnem uczuciem, a usta jego zacięły się niby pod wpływem gorzkiej a natarczywej myśli jakiejś. Hr. Mścisław przypatrywał mu się zblizka.
— Diantre! wyrzekł, wyglądasz tak jakbyś nie żartował wcale...
— Ręczę też hrabiemu, że nie żartuję, ale postanawiam solennie zaprowadzić w życiu mem stanowczą jakąś zmianę, co tem prędzej i tem bezwględniej wszystko uczynię, jeżeli ludzie którym sprzyjam gorąco, żadnej od hrabiów nie otrzymają pomocy.
— Mais, dis moi, toi, Paul — zkąd wziąłeś te wszystkie piękne pomysły?
Grłos hr. Mścisława drżał już i tłumił się blizkim wybuchnięcia, straszliwym gniewem.
— A! odparł Pawełek, różne rzeczy dzieją się teraz na bożym świecie, różne po nim krążą baśnie, czy może prawdy... Tak np. słyszałem niedawno, czy tam czytałem gdzieś że Pompalińscy np. równi są zupełnie nietylko już Kniksom lub Kobyłkowskim, ale nawet rozmaitym Wasylom, Maćkom, Iwasiom, Bartkom, co mówię! Lejzorkom i Ickom; że następnie, Bartek lub Icek uczciwie na chleb swój pracujący, przysparzający jakiekolwiek dobra ogółowi i wyżywiający pracą swą, kółko swe rodzinne, daleko więcej posiada istotnej wartości od takiego np. jak ja Pompalińskiego, który od kolebki prawie do lat blizko trzydziestu, jadł cudzy chleb, odziewał się w nieswoje piórka...
— Paul!
— Ja sam długo, bardzo długo gawędom podobnym ucha nie dawałem, ot nie chciało się jakoś... przywykło się do stanu pokojowego, dobrze tuczonego pieska... aż nareszcie wysłuchawszy wszystkiego, przekonałem się... uwierzyłem... cóż chcesz? hrabio? są to idee wieku!
— Mais tu me fais: tout à fait furieux, Paul i gdyby nie pamięć o tem, i że nosisz te same co ja nazwisko, kazałbym cię wyrzucić za drzwi! krzyknął hr. Mścisław, a chcąc zwyczajem swoim, z wielkiego gniewu puścić się po pokoju, na gwałtowną, burzliwą przechadzkę, przy pierwszym zaraz kroku, z powodu ciemności, potknął się o krzesło.
— Dla czego Paul, nie dzwonisz na Żorża? zawołał.
— Zadzwoń sam hrabio-kuzynie. Ja dzwoniłem już dwa razy, teraz, na ciebie kolej, hrabio!
— Diable incarné!
Wymawiając dwa te wyrazy, hr. pociągnął taśmę dzwonka tak silnie, że mu połowa jej w ręku została. Jednocześnie w przeciwległych drzwiach ukazał się Żorż z kandelabrem zapalonym na tacy.
— Gdzie byłeś, Żorż? czemu światła nie podawałeś? co robiłeś? przypadł do sługi z zapytaniami cały zarumieniony gniewem hrabia. Zorż postawił na stole kandelabr i jaknajobojętniej odparł. — Monsier le comte! grałem w karty z Bartolomeem, kamerdynerem JW. pana hrabiego stryja!
— A ktoż ci to pozwolił?
— Mr. le comte! przerwał Żorż, zdaje mi się że każdy człowiek ma prawo do chwili przyjemności w życiu, zarówno pan hrabia jak ja!
— Ten także nasłuchać się musiał idei wieku! Precz mi z oczu!
— Pozwoli pan hrabia, brzmiała odpowiedź Żorża, że w ten sposób odprawiany nie odejdę. Jakkolwiek jestem sługą pana hrabiego, posiadam także mon point d’honneur!
— Va t-en aux diables avec ton point-d’honneur, sans-cullotte que tu es! Va t’en! va t’en! Va t’en albo każę cię kijami obłożyć!
— Niech pan hrabia spróbuje, mówił niewzruszony Żorż, dziś czasy takie, że sprawiedliwość istnieje dla wszystkich!
Tu przebrałaby się już miara wszelkiej ludzkiej cierpliwości. To też i hr. Mścisław drżący cały, z błyszczącemi jak żużle oczami, rzucił się na zuchwałego kamerdynera swego i zapominając tak o godności swej hrabiowskiej, jak o dystynkcyi obowiązującej układu i wszelkich innych względach, pochwycił go za kołnierz i własnoręcznie, nie opierającego się zresztą wcale, za drzwi wypchnąć raczył.
Teraz przy świetle sześciu świec w kandelabrze zapalonych, biegać już począł po obszernym pokoju swobodnie całkiem a gwałtownie, szalenie, zapamiętale.
— Idee wieku! wołał, idee wieku! czy dziś wszyscy poszaleli z temi ideami wieku! Ten gryzie, nudzi, nęka, gnębi mię już od godziny, a tamten znowu występuje także ze swoim point-d’honneur i ze swoją sprawiedliwością dla wszystkich! Le beau mot! dla wszystkich! Któż są ci wszyscy?
— O hrabio-kuzynie, przerwał monolog ten Pawełek, jakże w tej chwili jesteś szczęśliwym! gniewasz się a więc czujesz że żyjesz!
Hr. Mścisław pomimo uniesienia usłyszał te wyrazy i stanął jak wryty na środku pokoju. Przez chwilę stał tak nieruchomy, w groźnej postawie, potem jednak na wykrzywionych gniewem jego ustach zaigrał — uśmiech.
— C’est vrai, rzekł, rozgniewaliście mię, Żorż i ty wściekle.
— Ja bo zawsze umiałem wywoływać podobne effekty, ale Żorż jak widzę, kształci się...
— A kształci się, il se dresse á mon usage... sprytniejszym jest widzę jak sądziłem, djable jestem zły...
— No, teraz już nie tyle zły jesteś kuzynie-hrabio, ile zadowolony...
— A to z czego?
— Krew ci się rozgrzała...
— Eh bien! c’est vrai...
— Teraz więc mogę cię już pożegnać hrabio... czas wielki, ósma godzina...
— Dokądże idziesz?
— Do teatru, na paradyz, upewnił Pawełek z kapeluszem w ręku zmierzając ku drzwiom.
— Eh bien! czekajże, czekaj, niech ubiorę się! wprowadzę cię już do loży hrabiny.
Zadzwonił na Żorża, który tym razem natychmiast był posłusznym.
— Mon frac et ma voiture! zadysponował, po chwili zaś dodał i weź tam sobie moje palto wiedeńskie...
— A ja nic nie otrzymam? zagadnął Pawełek?
— Eh bien! pomówię, pomówię z hrabią-stryjem o tym tam panu Wu… Wi… Wa… mniejsza o to, z Pompalińską żonaty… trzeba coś zrobić.
W kwandrans potem hr. Mścisław z Pawełkiem wchodzili do loży pierwszego piętra, w Wielkim teatrze. Na scenie rozlegał się już drugi akt wielkiego arcydzieła Mejerbera, w loży położonej naprzeciw tej, którą abonowała hrabina, widać było długą, kościstą, z rzymskim nosem twarz księżniczki, okoloną bujnemi pierścieniami prześlicznych włosów płowych i tak wpatrzoną w scenę, tak zasłuchaną w śpiewie artystów że zdawało się iż w śpiewie tym, w rozgrywającej się tam akcyi, utonęła cała jej dusza. Obok, księżna matka, siedziała w całym majestacie wspaniałej swej postaci i okrywających ją gronostajów; ujrzawszy wchodzącego do loży hr. Mścisława, uśmiechnęła się nieznacznie i wnet od loży tej wzrok odwracając, uważniej niż wprzódy przypatrywała się scenie.
— Brrrr! szepnął hr. Mścisław wchodząc do loży, j’ai du guignon aujurd’hui! cudowne vis–â–vis! Bah! rozumiem teraz twoją chęć znajdowania się dziś w teatrze! j’y reconnais la blanche main de ma mère!
Rzekłszy to usiadł zwrócony bokiem do publiczności, a plecami do sceny, przechylił się nieco na tylną poręcz krzesła, przymknął lekko oczy i tak już w zmartwiałej postawie i z również zmartwiałą twarzą pozostał.
Deremnie, w szeroki płaszcz czarny ubrany Mojżesz przechadzał się po scenie szerokiemi krokami, bardzo pięknym barytonem wzywając lud swój do opuszczenia ziemi egipskiej i doma niewoli, daremnie nadobna izraelitka i młody syn faraonowy, dźwięcznym sopranem i przeczystym tenorem zamieniali pomiędzy sobą najczulsze pieśni i walcząc pomiędzy miłością serca a obowiązkiem dla ludów swych, żadnym sposobem zdecydować się nie mogli na wyrzeczenie się jednego lub drugiego, daremnie jęczały skargi i huczały groźby zbuntowanych niewolników, a odpowiadały im tryumfujące, zuchwało chóry dumnych władzców Egiptu, ani rycerskie wezwania dowódzców, ani żałosne jęki uciśnionych, ani rozpaczliwe trele rozłączających się kochanków, nie zdołały zachwiać stoickiego nastroju ducha hr. Mścisława i wyrwać go z tej wyniosłej na wszystko obojętności, w którą się był pogrążył. Światło kinkietów padające na pięknie zresztą i prawidłowie zarysowaną twarz jego, okazywało w całej pełni woskową niemal bladość jej cery, przeglądało się w nawpół tylko widzialnych źrenicach, niby w odłamach zimnego kryształu, uwydatniało wysokość czoła jego, powiększoną znacznie widocznem bardzo przerzedzeniem krotko ostrzyżonych włosów. I wtedy dopiero, gdy po zapadnięciu kurtyny, publiczność wybuchła jednozgodnym brzmiącym oklaskiem, usta hr. Mścisława poruszyły się zaledwie dostrzegalnie i wyszeptały. Dieu! comme ils sont bêtes! i czego tu tak wrzeszczeć, tremusować się, wakarmować! W tej samej chwili księżna pochyliła się ku córce i z za wachlarza szepnęła z uśmiechem:
— Régarde ton vis-à-vis, Stephanie!
Księżniczka jakby zbudzona ze snu, oczy oszklone łzą wzruszenia i rozmarzenia, zwróciła w kierunku przez matkę wskazanym, spojrzała na hr. Mścisława, drgnęła całem swem niekształtnem ciałem i stłumionym szeptem odpowiedziała matce:
— Oh maman! c’est une cadavre!
— Non, ma chère, c’est ton futur! odparła księżna, usta jej zacisnęły się w sposób oznaczający bardzo silną wolę, a oczy spoczęły na pobladłej twarzy córki w sposób nakazujący i nieznoszący sprzeciwieństwa żadnego.
W połowie antraktu hr. Mścisław nagle, niespodzianie, niby sprężyną ruszony, podniósł się z krzesła.
— Byłoby to de la dernière inconvenance, gdybym nie oddał wizyty księżnej. Pójdę i nie wrócę tu więcej! ty Paul, jeżeli chcesz, możesz pozostać do końca tej wrzaskliwej tragedyi!
Opuścił lożę, a zamykając drzwi jej za sobą szepnął jeszcze:
— C’est à eu devenir fou!
Po chwili widziano go sztywnie, z szapoklakiem pod ręką, stojącego za krzesłem księżnej. Długie, kościste ręce księżniczki, drżały pod przysłaniającemi je koronkami, ale księżna nie zdawała się spostrzegać przykrego wzruszenia córki i z uśmiechem wyniosłej łaskawości pełnym, przemawiała do sztywnego gościa o piękności przedstawianej dziś opery i o różnej wartości biorących w niej udział głosów. Publiczność lornetowała ze stron wszystkich arystokratyczną lożę, a imię księżniczki Stefanii przebiegało z ust do ust w połączeniu z imieniem hr. Mścisława. Cel hr. Wiktoryi został osiągniętym. Młody hrabia uchodził w oczach powszechności za konkurenta do ręki księżniczki i teraz już jeżeli ręki tej posiąść nie zechce, narazić się będzie musiał niechybnie na famę odprawionego z harbuzem hrabiego.
— Je sais bien, że nie będzie on mógł znieść podobnego zarzutu, mówiła hrabina siedząc tego samego wieczoru w buduarze swoim i własną swą białą rączką podając filiżankę z herbatą l’abbèmu, który sam jeden dziś, stroskanej i niespokojnej o obu synów swych matce towarzystwa dotrzymywał.
Pawełek przesiedział w loży hrabiny do końca przedstawienia, a ile razy zabrzmiał na scenie dźwięk jakiś przenikający do głębi serc słuchaczy, ile razy wybuchnęło tam potężne jakie uczucie, lub ukazał się ponętny obraz jaki, tyle razy Pawełek pomyślał o Rózi i pożałował gorąco, serdecznie że jej tu przy nim nie było, że ona tych wszystkich cudów myśli i sztuki widzieć i słyszeć nie mogła. Wzrok jego, z pierwszopiętrowej loży tęsknie i smutnie unosił się w górę, ku wysokiemu, dusznemu, szaremu paradyzowi, a w myśli zjawiał się wykrzyk: gdyby tam być tam, na ostatniem miejscu, na szarym końcu świata, ale z nią razem! byleby z nią!
Nazajutrz, dużo przed południem, Pawełek jechał przez miasto dorożką zmierzając ku banhofowi drogi Warszawsko-Petersburgskiej. W połowie Krakowskiego-Przedmieścia wyprostował się nagle w doróżce i krzyknął na powożącego: stój! uczynił to całkiem machinalnie, instynktowie, z pierwszego popędu doświadczonego na widok idącej spiesznie chodnikiem młodej panny, w ciemnej, wełnianej sukni i czarnym, bardzo skromnym kapelusiku. W kilka sekund po zatrzymaniu się dorożki zrównał się już z przechodzącą.
— Dzień dobry kuzynko!
Blada twarzyczka Rózi stanęła cała w płomieniu rumieńca.
— O! szepnęła zmięszana, wzruszona dziewczyna, ani myślałam o tem, abym cię dziś mogła zobaczyć kuzynku!
— I ja także nie spodziewałem się... czy to kuzynko do tej okropnej fabryki idziesz?
— Tak, kuzynie!
Szli obok siebie czas jakiś milcząc. Rózia pobladła znowu, a po zamyślonym jej wzroku widać było że zbierała się na wielkie postanowienie jakieś.
— Panie Pawle, zaczęła.
— Dla czego kuzynko, nazywasz mię panem Pawłem?
— Kuzynku, poprawiła się dziewczyna, chciałabym cię o coś zapytać. Mama i ojciec niespokojni są o ciebie, znajdują że jesteś nie tak wesołym jak dawniej bywałeś zawsze, że często zamyślasz się, tak dziwnie jakoś, a mnie... mnie, wydało się jeszcze...
Przerwała. Pawełek patrzał w twarz jej mieniącą się tkliwem jakiemś a nieśmiałem uczuciem, oczami płonącemi od miłości i bólu. — Cóż ci się wydało kuzynko? zapytał drżącym trochę głosem.
— Że jesteś kuzynie obojętniejszym dla nas, jak dawniej. Usta jej zadrżały — z nieśmiałości czy z żalu może? Pawełek pobladł.
— Tak ci się wydało, kuzynko? doprawdy? szepnął.
Stanął nagle i ujął drobną rękę jej, czarną rękawiczką okrytą.
— O! zawołał, na miłość Boga, kuzynko, nie myśl tak, nie posądzaj mię, ja widzisz... nie mogę mówić... nie mogę... bywają w życiu położenia, które zamykają usta... powinnabyś to zrozumieć... jeżeli w mojem życiu nic się nie zmieni, być może iż nawet przestanę całkiem bywać u was... nie będę mógł... nie będę śmiał zrobić inaczej... ale ty kuzynko nie myśl źle o mnie, chociaż miałabyś poniekąd słuszność tak myśląc... ale nie myśl, boby to mię tak bolało że...
Podniósł rękę do czoła. Widocznem było że walczył ze sobą strasznie. Rózia patrzała na niego łez pełnemi oczami. Nie rozumiała go może w zupełności, nie śmiała mu może powiedzieć tego, co przechodziło jej przez myśl, ale — ciężko jej było na sercu, tak ciężko, że biedne to dziecię nieszczęścia, ruiny, tułaczki pochyliło głowę pod tym ciężarem jak kwiat więdniejący. Spostrzegł to Pawełek i podniósł czoło, w nagłym jakby przystępie uczutej siły i energii męzkiej.
— Proszę cię kuzynko! rzekł z uśmiechem wpół smutnym, wpół wesołym, zanim wrócę i was znowu odwiedzę, strzeż swego zdrowia, proszę cię... strzeż go, nie męcz się bardzo w tej obrzydłej fabryce i bądź pewną, bądź zupełnie pewną że...
Tu urwał znowu.
— Nie! wyrzekł, nie mogę, nie mam prawa mówić więcej... bądź zdrowa...
Ścisnął drobną rączkę w dłoni swej silnie i długo i rzucił się ku swej dorożce.
Zamyślony bardzo przyjechał na dworzec kolei, ze szczególnem roztargnieniem załatwił zwykłe, przedodjazdowe sprawy i z pochyloną twarzą, ze wzrokiem utkwionym w ziemię, wsiadł do wagonu 2-ej klasy, gdy nagle odezwało się tuż przy nim gniewne, przeciągłe syknięcie. Wyszło ono z ust niemłodego już, bardzo porządnie wyglądającego jegomości, któremu wsiadając do wagonu i w zamyśleniu swem nic i nikogo nie widząc, Pawełek był na nogę nastąpił. Jegomość z pulchnemi policzkami i zawiesistym wąsem, posiadać musiał honor zarównie jak kończyny ciała, drażliwy na potrącenie wszelkie, rozgniewany bowiem do najwyższego stopnia, potrząsając zgniecioną nogą i zważając przedewszystkiem na to, że po zgnieceniu bardzo bolesnem, nie nastąpiło ze strony gniotącego przeproszenie żadne, zwrócił się do Pawełka i z miną taką jakby żądać miał od niego honorowej satysfakcyi, zapytał:
— Za pozwoleniem, jak godność pańska?
Pawełek, który ani osoby pokrzywdzonego, ani zadanej przez się krzywdy nie był dotąd w najmniejszej mierze zauważał, zdziwiony spojrzał na pytającego. Groźna przecież i srodze rozgniewana mina jegomości z sumiastemi wąsami, tak zaciekawiła go i rozśmieszyła, że chcąc dowiedzieć się o dalszym ciągu awantury, z grzecznym ukłonem i uśmiechem, odpowiedział:
— Do usług pańskich, nazywam się Paweł Pompaliński.
Niby dotknięcie różczki czarnoksięzkiej, brzmienie wymówionego nazwiska przeobraziło do gruntu całą powierzchowność, jak zapewne i cały chwilowy nastrój moralny niemłodego jegomości. Zmarszczone czoło jego rozpogodziło się, oczy zajaśniały błogiem jakiemś, miękkiem światłem, nastroszone wąsy opadły w dół, pod wpływem bardzo przyjemnego uśmiechu, który rozszerzył mu wargi, groźnie wyprostowana postać schyliła się w nadzwyczaj uprzejmym, nadzwyczaj pospiesznie oddanym ukłonie.
— A! zaczął, bardzo przepraszam... nie wiedziałem, doprawdy nie wiedziałem... bardzo mi miło... bardzo mi przyjemnie...
— A to dopiero pocieszny facet jakiś! szepnął do siebie Pawełek, nic a nic nierozumiejący treści wydarzenia. Po chwili wsunąwszy się w kąt wagonu, zatonął znowu całkiem w swych myślach, w przypatrywaniu się delikatnej, dziewiczo słodkiej i czystej twarzyczce Rózi, która jak wdzięczne zjawisko przesunęła się dziś niespodzianie przed jego oczami i niby wdzięczny, pociągający obrazek przesuwała mu się i teraz wciąż, nieustannie przed wzrokiem wyobraźni. — Tak, rzekł do siebie Pawełek w zakończenie jakby długiego jakiegoś wewnętrznego monologu, stara jenerałowa miała słuszność! Dba ona wprawdzie o mnie tyle co o swój stary gorset na śmietnisko wyrzucony, a chce tylko za mojem pośrednictwem raz jeszcze dokuczyć staremu hrabiemu, niemniej jednak, ma słuszność i trzeba mi będzie prędzej czy później pójść za jej radą.
Pociąg tymczasem ruszył i Pawełek zatopiony w myślach swych, nie zwrócił uwagi na szczególne zajmowanie się jego osobą, trzech siedzących z nim w wagonie towarzyszy podróży. Przed pięciu minutami, jegomość o sumiastych wąsach wyglądający na obywatela wiejskiego, średniej wagi wskazał był na Pawełka oczami, dwom innym jegomościom, z których jeden wyglądał na urzędnika średniej wielkości, a drugi na miejskiego dandysa średniego tonu i wymówił przed nimi po cichu jego nazwisko. Dandys i urzędnik jednocześnie wzrok swój na twarz Pawełka przenieśli i długo, bardzo długo nań patrzyli.
— Drugą klasą podróżuje! zauważył zcicha urzędnik, jak to teraz panowie nasi umieją być oszczędnymi!
— Cóż ważnego! podróżowanie 2-gą klasą należy teraz do najlepszego tonu, odparł dandys, dając przez to do zrozumienia, że jeżeli on 2-gą klasą podróżuje, to widać że już taka moda nastała.
— Ciężkie czasy, panie dobrodzieju! zakończył obywatel z westchnieniem i po krótkiej rozmowie tej, wszyscy trzej znowu odwróciwszy głowy na Pawełka patrzyli.
Od tej już chwili, śmiało rzec można, że Pawełek podróżował niby książę udzielny otoczony dworskim swym orszakiem.
— Pan hrabia dokąd udawać się raczy? zagajał rozmowę obywatel.
— Wysiadam na stacyi Z.
— A to i ja takie.
— I ja.
— I ja.
— Jakże to miło będzie podróżować tak razem aż do końca!
Pawełek nie podzielał snać tego zdania a przynajmniej głośno go nie potwierdził. Milczał.
— Panu hrabiemu strasznie nie wygodnie być musi na tej twardej kanapce...
— Już to przyznać trzeba, że zarząd kolei żelaznej nie udarował nas wcale wygodnemi wagonami...
— Po moich szczególniej mebelkach, które świeżo kupiłem sobie do gabinetu, ławy te... i t. d.
Przy wysiadaniu, na pierwszym dłuższym przestanku, dandys wyskoczył z wagonu ze szczególnym pośpiechem i podał rękę wysiadającemu za nim Pawełkowi.
— Niech pan hrabia będzie łaskaw wesprzeć się... tu nie tak łatwo wysiadać jak z karety...
U stołu trzej podróżni pilnowali się święcie, aby zasiąść dokoła Pawełka.
— Co za fatalna kuchnia! narzekał obywatel.
— A już to pewno nie taka do jakiej pan hrabia przywykłeś, zwrócony zawsze do Pawełka uśmiechał się urzędnik.
— Co do mnie, formalnie jeść tego nie mogę... zawołał dandys i z obrzydzeniem odrzucając od siebie nóż i widelec zgłodniałemi oczami pożerał stojące na stole półmiski
Gdy wrócono do wagonu, urzędnik i dandy, jednocześnie, tonem uprzejmej prośby wymówili, do obywatela.
— Pan znajomy z hrabią... chciej pan nas zaprezentować...
— Pan Pierzyński, pan Kamionkiewicz, prezentował obywatel z wielką powagą.
Zamieniono wzajemne ukłony, Pawełek rozumieć zaczął co i dla czego się święciło. Urywanemi słowami odpowiadał licznym, spadającym nań zapytaniom, obojętnie dziękował za wyrządzane sobie grzeczności, a od chwili do chwili ukrywając dolną część twarzy w futrzany kołnierz, dusił się śmiechem.
Trwało tak dzień cały. Wieczorem nakoniec, gdy czterej podróżni znaleźli się już u kresu swej podróży, Pawełek u samego wejścia na stacyą znalazł się w formalnem oblężeniu trzech swych towarzyszy.
— Bardzo mi było miło i przyjemnie zrobić tak miłą, tak zaszczytną znajomość, pokręcając wąsa, prawił obywatel.
— Upadam do nóżek i polecam się łaskawej pamięci pana hrabiego, kłaniał się urzędnik.
Co do dandysa, ten wyjął z kieszeni wizytowy swój bilet i nie wiedzieć w jakim celu, chyba dla pokazania panu hrabiemu, że używał wizytowych biletów, wręczając go Pawełkowi, rzekł z bardzo eleganckim ukłonem.
— Pan hrabia pozwoli że za powrotem moim do Warszawy ośmielę się przypomnieć jego znajomości...
— I owszem i owszem! bardzo mi miło, bardzo rad jestem, kłaniając się na wszystkie strony mówił Pawełek; tylko dodał, zawdzięczając tak wiele grzeczności i uprzejmości panów, poczuwam się do obowiązku wyprowadzić ich z błędu... zaszła tu bowiem wielka, znakomita omyłka!
— Jaka omyłka! zawołali chórem zdumieni podróżni.
— Omyłka co do tożsamości osoby mojej. Panowie bierzecie mię za kogo innego niż jestem...
— O, panie hrabio!
— Ależ panie hrabio!
— Cóż znowu, panie hrabio!
— Niezawodnie; panowie uczyniliście mi zaszczyt biorąc mię za prawdziwego Pompalińskiego, ale ja mając wstręt do wszelkich fałszerstw, widzę się w konieczności oświadczyć, że jestem Pompalińskim nieprawdziwym...
— Cha! cha! cha! co za wesołość humoru!...
— Pan hrabia żartuje!
— Wolne żarty panu hrabiemu.
— Nie ma w tem cienia żartu moi panowie. Prawdziwi bowiem Pompalińscy, są hrabiami i milionerami, a ja pochodzę z tych Pompalińskich co to ani tytułów ani miljonów nie posiadają. Nazywam się dla całego żyjącego ogółu mości panem i goły jestem jak święty turecki. Żegnam panów! Wraz z ostatnim wyrazem Pawełek ręką i kapeluszem oddał trzem towarzyszom swym niezmiernie elegancki, uprzejmy ukłon i szybkim bardzo krokiem oddaliwszy się od nich, upadł prosto w roztwarte przed nim objęcia hr. Cezarego, który telegramą zawiadomiony o jego przybyciu, nie ograniczył się przysłaniem po niego koni i powozu, ale i sam, aby spotkać go i powitać co prędzej, na stacyę przyjechał.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.





CZĘŚĆ DRUGA.
ROZDZIAŁ I.

Zanim przedstawię czytelnikowi owego najmłodszego członka głównej gałęzi rodu Pompalińskich, który śród najbliższej rodziny swej nosił najogólniejszą nazwę: „ce pauvre Cesar“ albo „ce malheureux enfant“ a śród szerokiej publiczności: „ten pocieszny hr. Cezary“ albo „ten poczciwy hr. Cezary“, zaprowadzić go widzę się zmuszoną do starego, obszernego dworu wiejskiego, zagubionego kędyś w dalekich głębokościach Litwy, a zamieszkiwanego od lat kilkudziesięciu przez starą jenerałowę Orczyńską.
Rzecz warta trudu, zaręczyć za to mogę. Dwór jak dwór, piękny wprawdzie, ze starym, długim domem o śpiczastym, wysokim dachu i wielkiej ilości podłużnych, niby kryształ błyszczących okien, z ogrodem cienistym, starożytnym, z borem gęstym szumiącym zcicha, za wspaniałą ścianą lip i modrzewi i t. d. Wszystko to jednak znaleźć się jeszcze może tu i owdzie, na Litwie szczególniej, gdzie stare wielkie dwory, nie zastąpione cackowatemi pałacykami i modnemi lecz nagiemi parkami rozkładają się dość gęsto jeszcze w pobliżach dróg samotnych, trawą zarosłych i rzadkim wędrowcom, o przeszłości minionej różne baje gadają, różne dumy śpiewają.
Dwór więc jak dwór — ale pani jego to zjawisko niepospolite, to coś, co do najwyższego stopnia zwrócić może uwagę najwybredniejszego nawet ogółu, coś na przypatrzenie się czemu nie żal stracić najdłuższą choćby chwilę czasu — to jedna z istot żyjących najbogatszych w kraju całym, — to właścicielka dóbr wartujących kilka milionów złotych i kapitału wynoszącego milion, wyraźnie 1,000,000 rubli srebrnych, powtarzam srebrnych, nie asygnacyjnych bynajmniej i nie imaginacyjnych, ale srebrnych, najczyściej śrebrnych.
Bajeczne to bogactwo — na te ciężkie czasy, a jednak nie bajką było wcale, lecz najprawdziwszą prawdą.
Pani jenerałowa miała kilka milionów złotych w ziemi i milion rubli w kapitale, a nie miała dzieci. Była oddawna wdową, a nie była niczyją rodzoną ciotką ani stryjenką, ani siostrą, nie była słowem dla nikogo na świecie niczem rodzonem.
Nie należy ztąd wnosić, aby nie posiadała sukcesorów. I owszem, familią miała liczną, nadzwyczaj liczną, a składali ją na kilkadziesiąt, ba! na sto może mil w około wszyscy ci, którzy pomiędzy herbem swym i nazwiskiem i herbem a nazwiskiem Orczyńskich lub Pompalińskich, odnaleść mogli najsłabszą chociażby niteczkę łączącą, najcieniej choćby, najnapowietrzniej zakreślone — trait d’union.
Pani jenerałowa bowiem była — Pompalińską z domu.
Wiele, bardzo wiele osób nosi już w opowieści tej to nazwisko. Cóż robić, skoro świętą to jest prawdą, co o znakomitym rodzie tym wyrzekł był hr. Mścisław, że rozrodziło się to w sposób niepomierny i z tej lub z owej strony zawsze głównym i najdostojniejszym członkom rodu wstydem lub jakiemibądź innemi cierpieniami groziło. Z powodu przecież pani jenerałowej obawa podobna byłaby najzupełniej płonną i nieuzasadnioną; tytułowała się jenerałową, posiadała miliony rubli — zkądżeby więc wstyd miał tu powstać? i owszem były to same tylko zaszczyty.
Co innego wcale było wtedy, kiedy pani jenerałowa nie tytułowała się jeszcze jenerałową i nie posiadała nietylko milionów ale własnej, by cokolwiek porzędniejszej sukienki, kiedy słowem była ona poprostu Cecylią Pompalińską, bardzo skromniuchną, bardzo ubogą dziewczynką, sierotą po jakimś podupadłym Pompalińskim, (ludzie mówili że nie miał z czego spadać, bo słomiana strzecha, pod którą urodził się i żył, była zawsze wielce nizką) sierotą bez dachu, chleba ni opieki, za cały skarb, za całą nadzieję lepszej przyszłości, posiadającą kibić, zwinną jak łanie puszcz tych na które rosnąc patrzyła, kształtną jakgdyby wykuł ją z najszlachetniejszego marmuru grecki mistrz snycerstwa, a oprócz tej kibici jeszcze twarzyczkę ściągłą, bladawą i smętną, grubym, kruczym warkoczem ukoronowaną i oświeconą dwojgiem podłużnych, błękitnych oczu, nieśmiałych i pokornych zwykle, namiętnych, gwałtownych, srogich prawie w chwilach zapomnienia się lub samotności. A! przepraszam! oprócz kibici uroczej i twarzyczki niepospolicie pięknej, Cecylia Pompalińska miała, bogatego krewnego, owego wtedy właśnie wynurzającego się z pomroki niezasłużonego, acz powszechnego zapomnienia, rybaka słynnej pamięci, a ojca późniejszych trzech hrabiów: Światosława, Augusta, i Jarosława.
Ten to właśnie, najszczęśliwiej fortuną udarowany członek wielkiego, a co pewna że bardzo już podówczas rozgałęzionego rodu, ze współdzianiem małżonki swej, bardzo też ambitnej i niepomiernie energicznej damy, wziął sierotę Cecylią do domu swego i jako była Pompalińską, zobowiązał się dać jej bardzo staranne wychowanie i przyszłość mniej więcej godną jej imienia zapewnić.
Szlachetne te intencye wspaniałomyślnego męża zostałyby bezwątpienia spełnionemi, gdyby nie ta okoliczność, iż zajęty zewnętrznemi sprawami swego nowo-powstającego państwa i wznoszeniem odpowiedniej mu wspaniałością rezydencyi, wewnętrzne sprawy domowe pozostawić on musiał w rękach małżonki swej, bardzo jak wyżej wspomniałem, ambitnej, a bardziej jeszcze energicznej niewiasty. Ambicya niewiasty tej srodze cierpiała nad ciągłą obecnością w domu jej ubożuchnej krewnej, nieustannem więc jakoby świadectwem i przypomnieniem tego faktu nieprawdopodobnego niemal, iż obok Pompalińskich mieszkających już pod wyniosłemi dachami pałaców, istnieli Pompalińscy i tacy także, których głowy (kto wie nawet czy uczesane dostatecznie?) kryły się jeszcze pod skromnemi osłonami strzech słomianych. Cierpienia zadawane ambicyi, wzmagały do niepomiernego stopnia wrodzoną już charakterowi niewiasty owej energią, a energia wzmożona tak jak i cierpiąca ambicja, zaciężyły podwójnem brzemieniem na drobniuchnej, zwinnej kibici i kształtnej małej główce sieroty Cecyli. Zaciężyły one nad nią do tak wysokiego stopnia, iż po kilku leciech przebywania w rezydencyi bogatych swych krewnych, zwinna i wdzięczna, pod słomianą strzechą kibić jej stała się nieśmiałą i poruszającą się dziwnie powoli jakoś i niby chwiejnie, hardo wprzódy i zalotnie nieco podnoszona główka pochyliła się nizko, błyszczące dziecięcą wesołością oczy przylgnęły jakby do ziemi, a gdy podnosiły się pokorne były i zalęknione w obec ludzi, gorzkiem rozżaleniem i ostrą urazą płonące — gdy ludzi nie było.
Wtedy to widywano Cecylią, w świeżo nabytym pałacu, świeżo powstałych wielkich państwa, przesuwającą się po obszernych komnatach w wązkiej czarnej sukience i z gładko uczesanemi włosami, niby cień chwiejny, trwożliwy i pokornie miejsca te za dokuczliwą obecność tu własną przepraszający; widziano ją także, jak przyspieszonym krokiem, z drobną twarzyczką swą, okrytą wyrazem pośpiechu i zakłopotania, z oczami spuszczonemi i pękiem kluczów w dłoni, zaledwie je podźwignąć mogącej, przebiegała ona liczne wschody i kurytarze pałacu, dążąc ku licznym śpiżarniom, piwnicom, składom, wyręczając słowem panią domu tak gorliwie, iż wyręczaniu temu ani najwcześniejszy poranek ani najpóźniejszy wieczór, końca położyć nie mógł. Widziano ją jeszcze przychodzącą do stołu wspaniale kryształami i srebrem zastawionego, w tej samej co zwykle czarnej sukience, z temi samemi prześlicznem włosami, na rozkaz opiekunki jaknajstaranniej i jaknajbrzydziej przylepianemi do bladego czoła, zasiadającą u szarego końca i w wiekuistem milczeniu oczekującą zanim lokaje w błyszczącej liberyi (w liberyi bardzo jeszcze pierwotnego, niewykształconego smaku) przyniosą jej na srebrnych półmiskach ostatki potraw, których nikt już nie chciał, więc które przypadały w udziale jej i Filutce — prześlicznej psince domowej. Ale Filutka śmiałą była, figlarną swawolnicą — skoro tedy uczuła niedostateczność udzielonego jej pożywienia, biegła ku pani domu, wskakiwała na jej kolana, kudłatemi łapkami rozdzierała koronki, strojące (z pierwotnym też nieco smakiem) drogocenne jej szaty, dopominała się, słowem dobijała praw swoich; — Cecylia zaś nie czyniła nigdy nic podobnego, wstawała od stołu cicha i jak zwykle w sobie zamknięta, nakształt cienia, szelestu żadnego nie czyniącego, przesuwała się przez komnat kilka i daleko, daleko od bawialnego salonu, w którym gwarzyli głośno i wesoło bawili się goście, zasiadała przed oknem, za krośnami aby haftować, haftować, haftować aż do skończenia dnia, aż do chwili, w której u progu zjawiała się ochmistrzyni lub stawał kucharz, a jej wypadało powstać od krosien, wziąść ciężkie klucze do ręki i pójść z niemi na długą wędrówkę po pałacowych wschodach, kurytarzach, podwórzach.
Było to mówiąc prawdę, życie dość ciężkie jak na wątłe siły fizyczne i moralne młodej dziewczyny, tak starannie i troskliwie przez opiekunów swych wychowanej, że umiejętności jej nie sięgały dalej jak ku wcale nieszczególnemu czytaniu i pisaniu — jeszcze nieszczególniejszemu. Rachować za to — trudniąc się nieustannie gospodarstwem, w domu krewnych jej na wielką i szeroką skalę zaprowadzonem, Cecylia nauczyła się wyśmienicie. Umiała też ze sztuką, której by pozazdrościła niejedna artystka sceniczna, zapierać na głębi piersi łzy gorzką falą podnoszące się ku oczom, poskramiać wybuchy głosu i zamieniać je w cichy szept nieśmiały, ostre, nienawistne prawie spojrzenia ukrywać pod spuszczoną powieką i uśmiechy przebiegające po blado-różowych ustach, czynić zupełnie niewidzialnemi.
Wśród doli tej jednak wykwitnął był raz kwiat z gorącą barwą i cudowną wonią.
Stało się to wtedy, gdy najstarszy syn świeżo kreowanych wielkich państwa, Światosław, odbywszy obowiązującą kilkoletnią podróż zagraniczną, wrócił pod dach rodzicielski dorosłym, pięknym młodzianem.
Młody hrabia (tak bowiem wtedy już motłoch nazywać go zaczynał) znał się na rzeczach pięknych i umiał wygrzebywać złoto, choćby z popiołu. Przez kilka dni przypatrywał się był Cecylii z uwagą wielką, aż na twarzy jego, przy spojrzeniu na nią, zjawiać się począł wyraz jakiś miękki, łagodny, burzliwe namiętności ukrywający jakby pod osłoną głębokich tkliwości, ów wyraz który według najwiarogniejszych świadectw ówczesnych, czynił go wśród kobiecego świata niezwyciężonym zwycięzcą.
Potem młody hrabia wymykał się coraz częściej z bawialnych salonów, przechodził szybko dalsze pokoje pałacu, mimochodem jakby stawał nad krośnami Cecylii i wśród urywanych naprzód i trudnych, potem coraz żywszych, coraz cichszych rozmów z dziewczyną, zapominał się godzinami całemi...
Potem, twarz Cecylii zmartwiała już jakby wprzódy i prawie ponura, ożywiać się poczęła szczególnem jakiemś, z najgłębszego wnętrza tryskającem, trwożnem i kryjącem się lecz dziwnie promiennem, słodkiem światłem. Powieki jej podnosiły się częściej jak wprzódy i ukazywały dwie wielkie, szafirowe źrenice, błyszczące jak gwiazdy, po bladem jej czole przemykały płomyki różowych rumieńców — a piękne krucze włosy, wbrew rozkazom wszelkim, przestały martwo lgnąć do skroni, ale dumnie jakby podniosły się w górę i owinęły kształtną, małą głowę, wielką, jedwabistą koroną warkocza.
Młody hrabia przeciwnie posępniał jakoś w tym samym czasie, zapadał w długie, głębokie zamyślenia, przestawał bawić się myśliwstwem i na cześć jego wydawanemi w sąsiedztwie wieczorami, a oddawał się samotnym przechadzkom. Być może iż dwie sprzeczne siły jakieś rozpoczęły we wnętrzu jego bój zażarty i dręczący.
Potem, ci i owi z licznych mieszkańców wielkiego dworu, widywali o późnej wieczornej porze, gdy śród nizkich zarośli świeżo zasadzonego parku, księżyc rozlewał srebrne swe promienie, dwie postacie przechadzające się po drogach i ścieżkach, zwolna, długo..
I nawet w jasne dnie słoneczne, w tych mianowicie porach, gdy w pałacu gości nie było, a pani pałacu w sypialnej komnacie swej, bardzo prozaicznie i po mieszczańsku oddawała się poobiedniemu snowi, widywano tych samych dwoje ludzi wychodzących ze dworu daleko — na łąki kwitnące, w głębie gajów zielonych...
W tym samym czasie na palcu Cecylii zjawił się niewielki pierścionek złoty, jednym tylko brylantem, niby bujną łzą przystrojony, z wyrytą pod spodem cyfrą: S. P. Byłżeby to pierścień zaręczynowy czy ślubny? Co pewna, to że Cecylia w dniu, w którym go poraz pierwszy na palec włożyła wyglądała dziwnie jakoś poważnie, wspaniale niemal, tak jak gdyby w głębokościach ducha swego, życie swe całe zaślubowała jednemu wyłącznie człowiekowi, jednemu ogromnemu, potężnemu uczuciu...
Dostojny rodzic młodego hrabiego, jak też i ambitna a energiczna jego rodzicielka, wiedzieli dobrze co się święciło tuż przed ich okiem, nie ukrywane zresztą, nietajone zbytecznie przez żadne z dwojga młodych ludzi. Nie brali tego przecież bardzo do serca. Uważali to ze strony syna swego za przyjemne passe—temps, nic więcej, za sposób zabijania nudów wiejskich, słowem, za mniej lub więcej godziwe lecz wcale nie szkodliwe — żarty. Wiedzieli przecież dobrze, w jakich niezłomnych zasadach wychowali syna swego, ufali bez granic jego charakterowi, jego dumie szlachetnej, jego rycerskiej dbałości o honor swój i rodu swego.
W mniemaniu tem utwierdzili się znacznie, gdy młody hrabia spędziwszy kilka miesięcy letnich w rodzicielskim domu, najzupełniej własnowolnie i samodzielnie wyjechał znowu zagranicę i bawił tam przez rok cały. Nieobecność ta uczyniła Cecylią smutniejszą trochę, bynajmniej jednak niezgnębioną ani zrozpaczoną. Widać było, że ufała głęboko, wierzyła bez granic, mężnie, znosząc tęsknotę czekała cierpliwie... Domowi śmieli się z głupiej zarozumiałości biednej dziewczyny, z jej płonnego marzycielstwa i mieli ją odtąd w większej jeszcze niż wprzódy pogardzie.
A jednak zarozumiała dziewczyna, w owej chwili przynajmniej, miała słuszność wierząc i czekając ufnie... hrabia Światosław wrócił po roku niezmieniony wcale, trochę jakby zmęczony już światem szerokim i wszystkiemi świetnościami jego, nie ukrywający się już ani trochę z uczuciem swem dla głupiej, zarozumiałej dziewczyny z pod słomianej strzechy.
Ufność rodziców hrabiego w niezachwiane zasady syna, nadwerężona nieco została. Zadrżeli w duszy, niebawem jednak spostrzegli że obawa ich była płonną; młody hrabia bowiem po kilkotygodniowym zaledwie pobycie w domu, odjechał znowu do stolicy tym razem i nie wrócił aż po długich, kilku miesiącach.
Odjeżdżanie to i powracanie, to ustawiczne naprężanie strun ducha młodej kobiety głęboko i namiętnie kochającej, trwało lat — sześć. Lat sześć Cecylia wierzyła ślepo, kochała bez granic, czekała z męztwem niezłomnem. Szydzili z niej ludzie, najlepsi patrzali na nią z litością; w nieobecności młodego hrabiego poniewierano nią, niby gadziną zjadliwą na dobroczynnem łonie zhodowaną i łono to kąsać gotową — ona nie słyszała, nie widziała, nie czuła nic — całą istotą swą zatonęła w jednym uwielbionym obrazie i niby lunatyczka obracała się pomiędzy ludźmi z oczami w obraz ten utkwionemi, z uchem wsłuchanem w echa ukochanego głosu, — z sercem w płomieniach.
Minęło sześć lat — kawał ogromny czasu — cała prawie pierwsza, najpiękniejsza młodość kobiety. Hr. Światosław walczył wciąż pomiędzy miłością dla sieroty, a wpojonemi mu przez dostojnych rodziców zasadami aż... zwyciężyły zasady. Do onego zwycięztwa zasad dopomogły dzielnie długie, poufne rozmowy z ojcem i ostatnia już w tej fazie życia jego podróż za granicę, z której przywiózł dwie głębokie bruzdy na młodem jeszcze czole przywiędłe policzki i wygasłą źrenicę. Tak; wyniosłe czoło jego zbruzdziło się, orle oko przygasło, piękną twarz przyobległ zlekka cień goryczy i szyderstwa, ale też w zamian, zahartowała się ostatecznie dusza jego przeciw sielankowym marzeniom i uczuciom, wytkniętym mu został cel życia, wspaniały zaprawdę, wielki cel zostania naczelnikiem i głową wielkiego rodu, prawdziwym założycielem jego świetności.
Zasady tedy tryumfowały na grobie jedynych miłości i nadziei Cecylii. Tryumfowali wszyscy którzy na tę sześcioletnią idyllę zblizka lub zdaleka, z szyderstwem lub z trwogą patrzali — ale ona nie chciała jeszcze nic widzieć — usiłowała jeszcze wierzyć — milczała i czekała...
W tym samym czasie, w dom słynnego rybaka otwarty na oścież dla wszystkich, jakbądź i czembądź słynnych ludzi, zawitał jenerał Orczyński.
Waleczny mąż ten z licznych wojennych wypraw, które odbył przez ciąg długiego żywota, wyniósł mnóstwo blizn, ran, szram i znaków odznaczenia, któremi też swą pierś wszerz i wzdłuż okrywał. Mówiąc, jąkał się, chodząc sunął po ziemi nogi — w czem zresztą nic dziwnego nie było, ponieważ był starcem. Miał lat 70 i takąż liczbę dziwactw różnego rodzaju, z których jednak przeważnem i całą istotę jego pochłaniającym, był nieprzezwyciężony wstręt do naturalnych sukcesorów swych uczuwany. Sióstr i braci stryjecznych, ciotecznych i t. d. (rodzonych nie miał) jako też ich dzieci nienawidził, a myśl iż odziedziczą oni po nim wielki jego majątek, dręczyła go dniem i nocą, poiła mu życie całe goryczą i trwogą. Ożenić się — był to najlepszy, najprościej do celu wiodący środek wydziedziczenia nienawistnych spychaczy, tak bowiem członków rodziny swej zwykł nazywać. Środek ten przecież nie był zbyt łatwym do osiągnienia. Wielki miłośnik płci niewieściej, jenerał wśród życia obozowań, marszów i potyczek, przelatywał tylko jak motyl z kwiatka na kwiatek — przy żadnym jakoś na wieki zatrzymać się nie mogąc. Lata przecież płynęły — śmierć groziła, wieczność w oczy zaglądała, trzeba było pod groźbą uszczęśliwienia ciotecznych i stryjecznych siostrzeńców i synowców, przedsięwziąść coś stanowczego. Aby ich nie uszczęśliwić jenerał gotówby był nawet unieszczęśliwić samego siebie, ale tu i ta smutna konieczność nie zachodziła bynajmniej, stary człowiek bowiem mieszkał wciąż w starem ciele i ku obrazowi nadobnej towarzyszki życia uśmiechał się bardzo słodko i tęsknie. O bogatych dziedziczkach nie myślał, dość mu już było troski a biedy z przyszłością własnego majątku. Trzeba mu było czegoś cichego, a nadobnego, pokornego i miluchnego, czegoś ubożuchnego coby go z 70 latami, bliznami, siwizną i łysiną radośnie przyjęło, a potem majątek przezeń sobie zapisany, na przekór owym ciotecznym i stryjecznym z wdzięcznością odziedziczyło.
Cecylia wydała mu się istotą taką właśnie za jaką się po świecie nieśmiało a tęsknie oglądał, cichą a nadobną, pokorną a wdzięczną, ubożuchną, zgnębioną, więc do zmiany losu aż nadto skłonną. Popatrzył na nią z uwagą raz i drugi, na dolatujące doń plotki o jakiejś wielkiej miłości, którą w sercu od lat wielu nosiła lekceważąco ramionami ruszył i — opiekunom jej o rękę się oświadczył.
Było to w kilka miesięcy po owej wielkiej zmianie w usposobieniu i obejściu się hr. Światosława względem Cecylii.
Nazajutrz po oświadczynach jenerała a w godzinę po długiej z opiekunką rozmowie, Cecylia wybiegła do parku, drżąca cała, blada śmiertelnie z ponurym ogniem w oczach. Nie szła lecz biegła. Przebiegła mnóstwo dróg i drożyn, pałającemi oczami rozglądając się w około, wyraźnie szukając kogoś, aż stanęła nagle jak przykuta do miejsca, o parę kroków od ogrodowej ławki, na której czytając książkę wpółleżał hr. Światosław. Ujrzawszy nadchodzącą, podniósł się lekko, opuścił w dół książkę i zdawał się czekać na to co mu powie.
Dziewczyna przestała drzeć, skrzyżowała ramiona na piersi i wlepiając wzrok w twarz kochanka wyrzekła prędko i głosem stłumionym.
— Światosławie! Jenerał Orczyński oświadczył się dziś o rękę moją. Ojciec twój i twoja matka, żądają odemnie jako dowodu wdzięczności dla nich, abym została jego żoną. Jakie jest o tem zdanie twoje, Światosławie?
Zaczynała mówić gwałtownie, gniewnie, tak jakby zapytanie to nie miało w ustach jej być niczem innem, jak gorzkiem, namiętnem, nienawistnem niemal szyderstwem, ale przy ostatnich słowach, głos jej zmiękł i łzami zadrżał, oczy jej, usta drżące, ramiona które rozwarły się gestem o ratunek jakby błagającym wołały: przypomnij sobie! o! przypomnij sobie tylko wszystko! wróć do mnie! ratuj mię!
Hr. Światosław blady i z głęboką zmarszczką na czole siedział chwilę nieruchomy. W oczach mignęły mu błyskawice bólu, dumne, przywiędłe nieco wargi drgnęły żalem tłumionym. Trwało to przecież krótko. Zasady, niezbłagane, a głęboko przez mądrych, troskliwych rodziców jego wpojone weń zasady, przybiegły mu z pomocą i w ostatniej chwili wewnętrznego boju wsparły chwiejącą się jego wolę. Powoli głosem pewnym i zimnym wymówił.
— A więc Cecylio, idź za jenerała! Los to dla ciebie świetny. O tem co było zapomnieć powinnaś i zapomnisz z pewnością...
Cecylia stała przez chwilę jak martwa. Oczy jej tylko rozszerzały się, a źrenice stawały się podobnemi do ciemnych przepaścistych otchłani. Potem na zbielałych ustach jej zadrgał, niby echo ostatniego słowa kochanka, wyraz: zapomnę!
— Zapomnę? wymówiła dwa razy bardzo cicho. — O nie! dodała jeszcze ciszej, nie zapomnę nigdy!
Roztworzyła ramiona, jakby szukała dla siebie punktu oparcia jakiegoś i zemdlona osunęła się na miękką murawę.
Na widok upadającej, porwał się z miejsca swego młody hrabia i zdawaćby się mogło, że pochwyci ją w swe objęcia, przywoła do życia pieszczotą i słowem miłości. Pochylił się bowiem nad nią drzący cały, do głębi wzburzony. Ale zasady w nim silne były, o! silne! Ostrożnie tylko, cicho jakby lękał się obudzić śpiącą i zdradzić się przed nią z uczuciami swemi, ujął osunięty z czoła i wijący się po trawie długi, czarny warkocz dziewczyny, przycisnął go do ust, wyprostował się, odetchnął pełną piersią i krokiem śpiesznym wprawdzie, lecz równym i pewnym odszedł ku pałacowi. Tu, do pierwszej spotkanej osoby rzekł obojętnym zupełnie, znudzonym prawie głosem:
— Panna Cecylia zemdlała tam w parku... niech kto pospieszy do niej z pomocą.
Nazajutrz Cecylia z gorączkowemi rumieńcami na policzkach, z ostro błyszczącem okiem i zaciętemi usty, ale ze spokojną, sztywną niemal postacią, składała rękę swą na pomarszczonej dłoni jenerała, a w chwilę potem przyjmowała od rozradowanego 70 letniego adonisa przebogate podarki w złocie, perłach i brylantach.
Światosława nie było już w pałacu. Śród nocy opuścił on dach rodzicielski, wyjechał do Francyi, do Paryża zkąd nie wrócił aż po trzech leciech, zkąd też dochodziły o nim do kraju wieści szczególne: że bywa na królewskich pokojach, że szalone zakłady stawia na wyścigach i bajeczne sumy płaci modnym metresom, że kocha się w pannie Mars, słynnej artystce, że w nim kochają się rożne wielkie damy, że słowem godnie podtrzymuje on sławę nowonarodzonego imienia swego i umiejętnie nad wywyższeniem jego pracuje. Pomimo wielkich szaleństw, których się dopuszczał, nie nadwerężył fortuny swej, owszem powiększyć ją zdołał. Powściągały go znać i rachować uczyły owe, tak możny wpływ nad nim mające, zasady. Pomimo mnóstwa romantycznych awantur, któremi się wsławił, nie ożenił się nigdy. Co odpychało go od ślubnego ołtarza?
Taka to była historya pani jenerałowej, zwanej teraz starą sknerą albo starą wiedźmą, albo jeszcze żyłą złota, którą śmierć kiedyś kosą swoją dla przyszłych sukcesorów jej odgrzebie; stara historya, lecz wiecznie nowa, jak śpiewa nieśmiertelny Hejne!





ROZDZIAŁ II.

Na obszernym bardzo dziedzińcu Odrzenickiego dworu, wzrastały niegdyś stare klomby najwytworniejszych krzewów, dwie szerokie drogi żwirowane biegły kręto od sklepionej bramy wjazdowej pod długi, wysoki, na smukłej kolumnadzie wsparty ganek domu. Zaraz jednak po śmierci jenerała, która nastąpiła bardzo już dawno temu, nowa właścicielka Odrzenic, wyciąć rozkazała ze szczętem drzewa i krzewy, a drogom nie oczyszczanym nigdy zaróść pozwoliła trawą i bujnem, wysokiem zielskiem. To samo działo się z ogromnym ogrodem po drugiej stronie domu leżącym. Drzewa owocowe zestarzały się tam i spróchniały niepielęgnowane i nie zastępowane nowemi, szpalery kunsztownie niegdyś wystrzygane zdziczały i rozrosły się w gęszcz ciemną i splątaną, drogi szerokie i liczne, kręte ścieżki, trawą zarosły, wielki staw wysechł na wpół i okrył się zieloną pleśnią, a na całej przestrzeni nie tkwił już nigdy od lat kilkudziesięciu, żaden by najdrobniejszy kwiatek ręką ludzką zasadzony, a panoszyły się tylko bujne żółte dziewanny, rozłożyste, różowato kwitnące osty i drobne fijołki, które nie pytając się o pozwolenie niczyje, co wiosnę wychylały nieliczne zresztą główki, po nad zaniedbaną powierzchnią dawnych trawników. Pani jenerałowa nie lubiła przebywać wśród barwnego i wesołego państwa roślinności, nie lubiła nawet patrzeć na nie. To też ogołocony przez nią wielki dziedziniec Odrzyniecki, w zimie szczególniej pod przysłoną grubej warstwy śniegu, wyglądał dziwnie smutno i ponuro, tak zresztą jak smutno i ponuro wyglądała waląca się w gruzy wielka brama wjazdowa i naga, z ożywiającej ją niegdyś kolumnady odarta, a długim tylko rzędem zimnych jak kryształ okien błyszcząca, frontowa ściana domu. Ganku nie było już tam żadnego, znieść go bowiem kazała pani jenerałowa. Przybywający podjeżdżali prosto pod drzwi, wysokie, z gładko wyheblowaną, nagą powierzchnią, kilku tylko marmur naśladującemi stopniami nad poziom wzniesione i przez sień wielką, zimną, za jedyny sprzęt mającą długie politurowane wieszadła, wchodzili prosto do ogromnego bawialnego salonu, w którym od lat już niepamiętnych, pani jenerałowa przesiadywała zwykle i odwiedzające ją osoby przyjmowała.
Był to salon bardzo obszerny, bardzo zimny i zupełnie prawie pusty, staroświeckie bowiem krzesła i taborety, które sztywnym szeregiem i w znacznych od siebie odstępach stały tam pod ścianami, były tak nieliczne, iż znikały prawie w ogromie przestrzeni. Cztery podłużne, kryształowe, przezroczyste okna, nie osłonięte by najmniejszym cieniem firanki, a wychodzące na ogromny, pusty dziedziniec, zalewały komnatę tę zimnem, monotonnem, białem światłem. Wysoki sufit nieodświeżany znad od czasów niepamiętnych, zczerniałym był prawie od pyłu, na starem jak świat obiciu, okrywającem ściany, błyszczały gdzieniegdzie na wpół starte złocenia i ciemniały jak wielkie plamy, różowe niegdyś, a teraz brudno popielate bukiety.
W głębi salonu, pomiędzy oknami stała szeroka i długa kanapa, starym żółtawym adamaszkiem obita. Przed nią umieszczonym był stół mahoniowy, z niezmiernie wysoką, bardzo kosztowną lampą i stały dwa długie rzędy fotelów, o wysokich rzeźbionych poręczach. Na tej to kanapie siadywała zazwyczaj jenerałowa, tak ukryta za lampą i wysokiemi poręczami foteli, tak maluchna wśród ogromu komnaty, że ktoś z przeciwległych drzwi do salonu wchodzący, musiał dobrze wzrok wytężać, zanim zdołał dojrzeć niby drobny migocący punkcik, mieniącą się na kanapie falę jedwabnej materyi i wyglądający z po za lampy kończyk błękitnego lub amarantowego strusiego pióra.
Owóż, na parę tygodni przed dniem, w którym wśród zgromadzonej rodziny hr. Pompalińskich, spadł piorun w postaci wieści o niefortunnych matrymonialnych zamiarach jednego z jej członków, więc także przed dniem w którym tejże rodzinie przybył z Rzymu wraz z hr. Mścisławem dyplom na prawy już i niezaprzeczalny tytuł hrabiowski, w salonie pani jenerałowej znajdowały się trzy osoby.
Na kanapie siedziała jak zwykle gospodyni domu, mała, chuda bardzo kobietka z cienką kibicią energicznie wciśniętą, w jedwabną suknią, z jaskrawo mieniącej się liliowej materyi, po balowemu u góry wyciętą, w dole rozdętą na krynolinie rozmiarów niepomiernych. Odsłoniętą jej szyję, pomarszczoną i żółtawą, okrywały trzy sznury wielkich, niezmiernie cennych pereł, tuż pod głęboką wklęsłością, znajdującą się tam gdzie bywa zwykle podbródek, spięte klamrą ze szmaragdów i brylantów. Zupełnie prawie białe jej włosy, zwinięte w mnóstwo loków i loczków, piętrzyły się do koła głowy jej bardzo wysoko, a nad niemi piętrzył się jeszcze mały loczek aksamitny ze sterczącem i niby chorągiewka powiewającem piórem amarantowej barwy. Na odsłoniętych też aż po łokieć ramionach wiły się liczne bransolety ze złota i drogich kamieni, a wszystkie szczegóły tego, co najmniej dziwacznego stroju, były tam nagromadzone w tak wielkiej obfitości, w tak chaotycznem ze sobą pomieszaniu, że cała postać pani jenerałowej, podobną była zdaleka do wielkiej masy, na jeden stos niedbale rzuconych: jedwabiów, koronek, piór, złota i brylantów. Trzeba było dopiero zbliżyć się do tego nieforemnego, a jaskrawemi barwami mieniącego się i złotem błyskającego czegoś, aby dojrzeć twarz kobiecą, malutką, chudą, kościstą, z ustami tak wązkiemi i zaciśniętemi, że prawie niewidzialnemi, z cerą żółtawą, z czołem zmiętem w niezliczone, w różnych kierunkach krzyżujące się zmarszczki. Przy większem jeszcze zbliżeniu, dostrzedz się dawały i oczy pani jenerałowej, głęboko osadzone pod wystającemi brwiami, ze źrenicą spłowiałą, wpółszarawą jakąś, wpół zielonkowatą, która z pod pomarszczonej, żółtej, nerwowo drżącej powieki, błyskała niekiedy ostrem, zimnem, przeszywającem światłem.
Kobieta ta, na widok której chciałoby się albo parsknąć śmiechem, albo oczy zamknąć, byłażby tą dawną Cecylią Pompalińską, o kibici przypominającej młodą łanię, o szafirowem, głębokiem oku, o ściągłym, smętnie bladawym owalu twarzy? Tak była ona tą samą dawną Cecylią — wyszłą tylko niby odwrotnie wzięta Wenus z mętnych, ciężkich fal kilkudziesięciu lat życia, z gorzkich, mętnych fal tych myśli, które przez czas ten głowę jej napełniały, tych uczuć któremi się karmiła, tych przyzwyczajeń, nałogów, kaprysów w których się nurzała. Żaden mistrz pod słońcem porównać się nie może w sztuce snycerstwa — z życiem. Urabia ono i przerabia kształty ciał i duchów z bogactwem pomysłów — przerażającem. W zaraniu życia swego spotkałeś się był z aniołem; — czekaj aż zjawi się on nad grobem twym — ujrzysz szatana! Niekiedy bywa i odwrotnie, — niekiedy też pod nieprawdopodobną niemal przemianą kształtów, poszukaj tylko treści, — znajdziesz tę samą!
Podobne ubieranie się na codzień w dekoltowane, obcisłe i zarazem bombiaste suknie, w loczki z piórami i w wielką obfitość pereł, złota i brylantów, należało do znanych dobrze całej niemal Litwie, a nieprzeliczonych dziwactw pani jenerałowej. Mniejszem już daleko, niemniej jednak spostrzeżonem przez ogół dziwactwem jej było to, że obwieszając szyję swą perłami i ramiona okrywając bransoletami, pani jenerałowa nie nosiła nigdy na palcach żadnych pierścieni, żadnych prócz jednego małego pierścionka z brylantem, wyglądającym śród czarnej emalii, jak wielka, przeczysta łza. Pierścionek ten, nie wyrównywający wartością jednej z trzystu pereł, zdobiących jej szyję, jednemu z kilkudziesięciu kamieni, wprawionych w jej bransolety, stał się przecież nierozłączną, jakby częścią jej osoby. Nie zdejmowała go nigdy w żadnej okoliczności i nie dawała mu nigdy towarzystwa żadnego. Ludzie szeptali, że „stara sknera” wierzy w talizmany i że pierścionek ów ze łzą brylantową, miał wedle jej mniemania czarodziejską własność strzeżenia od ognia, wody i złodzieja ogromnych jej bogactw.
W niewielkiem od pani jenerałowej oddaleniu, za krośnami pod oknem ustawionemi, siedziała Leokadya Pompalińska, siostra rodzona Pawełka, a od ośmiu lat nierozłączna dniem i nocą towarzyszka pani jenerałowej. Białe, przykre światło z okna padające, oświetlało pochyloną nad haftem wysmukłą i za chudą nieco postać tej jak wiedziano powszechnie, hojnie przez panią jenerałową opłacanej panny do towarzystwa. Niewielką kształtną jej głowę okrywały, z purytańską niemal surowością uczesane włosy kruczej czarności, lecz tu i owdzie połyskujące srebrzystemi nićmi siwizny przedwczesnej widocznie, bo śniada i dziwnie nieruchoma twarz Leokadyi prawidłowością zarysów i kolorytem cery zdradzała najwyżej lat 28.
Trzecią nakoniec osobą znajdującą się w salonie, był tuż obok pani jenerałowej na fotelu siedzący Pawełek.
Pani jenerałowa toczyła z Pawełkiem rozmowę nader widać żywą, bo malutka jej osóbka rzucała się na szerokiej kanapie w nerwowych, nierównych rzutach i podskokach, a z piersi jej ulatywały urywane, piskliwe dźwięki, mające oznaczać śmiech, a w rzeczywistości ani do tego objawu wesołości ludzkiej, ani do niczego najzupełniej nie podobne.
— Tak, tak! kochany waćpanie! mówiła chichocąc niby i podwijając pod siebie nogi, aby je znów z wysokiej kanapy zwiesić o wiele niemi podłogi nie dotykając, tak, tak! posłuchaj mię tylko Waćpan, wyucz się rzemiosła jakiego: szewiectwa, krawiectwa, czy czegoś podobnego, a obaczysz że wyjdziesz na tem dobrze! wyśmienicie!! Dodaję tu zresztą, dodaję! że jeżeli tak sobie postąpisz, będziesz w testamencie moim notowany! zobaczysz jak będziesz...
— Przyznam się pani jenerałowej, przerwał Pawełek, który uśmiechał się i rumienił naprzemian, że mi już podobne emancypowanie się samemu nieraz do głowy przychodziło.
— Emancypuj się kochany waspan! emancypuj! I tylko pamiętaj abyś nad twoim szewieckim czy tam jak sobie chcesz, kupieckim zakładem ogromny szyld zawiesił, a na szyldzie żeby wielkiemi, notuj to sobie waćpan wielkiemi literami wypisane stało: Paweł Pompaliński! Przyjadę sama do Warszawy, żeby to zobaczyć i zanotuję cię dobrze w moim testamencie!
— Trudno by mi to przyszło z powodu przykrości jakąbym uczynił domowi, w którym bądź co bądź wzrosłem i jako tako przeżyłem dotąd...
— Jako tako! podchwyciła jenerałowa, dobrze powiedziałeś kochany waćpan! dobrze powiedziałeś: jako tako! Chichotała znowu piskliwie powtarzając w nieskończoność zda się wyraz przez Pawełka wymówiony.
— Szyld o którym pani jenerałowa mówi ukazałby się szczególnie na dobie w porze, w której domowi hrabiów przybędzie nowy splendor pod postacią dyplomu hrabiów państwa rzymskiego... Pani jenerałowa przestała nagle chichotać i ruszać się na kanapie. Oczy jej przylgnęły do twarzy Pawełka.
— Aha! zawołała, słyszałam! słyszałam! któryś tam z nich pojechał do Rzymu...
— Hr. Mścisław... podjął Pawełek.
— Mścisław! Mścisław! słyszałam! słyszałam! faworyt podobno p. Światosława! prawe oko! prawa ręka! portret stryjaszka! czy tak? prawda? mów kochany waćpan!
— Nie zdaje mi się, aby hrabia Światosław żywił szczególne jakieś, wyjątkowe, żywe uczucia dla starszego ze swych synowców... Uczuć podobnych zresztą nie ma on zdaje się dla nikogo...
— Dla nikogo! nikogo! zachichotała znowu jenerałowa. To bardzo pięknie! to bardzo przyjemnie, to bardzo wesoło!
— Nie można jednak powiedzieć, aby los i powodzenie w świecie młodych hrabiów nie obchodziły wcale hr. Światosława. I owszem, ma on ich jak się zdaje, za przybranych synów swych, a nawet hr. Cezaremu, wbrew wszystkim innym członkom rodziny, okazuje czasem, bardzo rzadko wprawdzie, wyjątkową życzliwość...
— Hr. Cezaremu! doprawdy! Dla czegóż to? słyszałam przecież, że ten wasz Cezary jest kochany waćpanie, wielkim osłem...
— W istocie, uważają go w rodzinie za bardzo, jeśli tak wyrazić się godzi, ograniczonego... z pewnym jakby żalem potwierdził Pawełek.
— Ograniczonego! zachichotała znowu jenerałowa, no, proszę! proszę! Pompaliński ograniczony! Jaki to czasem ten Pan Bóg bywa kapryśny! Żeby to stworzyć Pompalińskiego bez rozumu, chi! chi! chi!
Przestała nagle chichotać.
— No, ale mówże kochany waćpan co o tym dyplomie hrabiowskim! Nie dostaną go pewnie! co? pewno nie dostaną? co?
Gdy wymawiała urywane pytania te, oczy jej niespokojnie biegały po twarzy Pawełka.
— Owszem, odparł Pawełek, hr. Mścisław, zawiadamiał przed kilku dniami rodzinę swą, że prawie już jest pewny otrzymania dyplomu.
Pani jenerałowa żywym nadzwyczaj ruchem poniosła do ust batystową ohustkę, którą trzymała w ręku i rożek jej pomiędzy zdrowe jeszcze białe zęby włożyła, jakie to kąsanie chustki było u niej zwykle niemylną oznaką uczuwanej irytacyi i głębokiego namysłu.
— Prawie pewny! zapiszczała, no proszę! prawie pewny! I cóż? pan Świałosław bardzo z tego kontent, bardzo? cóż bardzo kontent?
— Wątpić nie można że pan hrabia będzie zadowolonym z nowego splendoru przybywającego rodzinie, której jest głową, o tyle... o ile może być z czegokolwiek zadowolonym...
Jenerałowa nic zrazu nie odpowiedziała. Odwróciła od twarzy Pawełka oczy zielonkowate teraz a ostro połyskujące i utkwiła je w przeciwległej ścianie. Zarazem róg chustki trzymanej w ręku znikał coraz bardziej w jej ustach, a szczęki poruszały się żywo, gryząc i drąc haftowany batyst. Widać było, że myślała nad czemś pracowicie. Po dość długiej dopiero chwili i nawpół tylko z ust chustkę wyjmując, zawołała, a raczej zapiszczała nagle.
— Cóż, kochany waćpanie! sprzedajecie słyszałam Malewszczyznę.
— Malewszczyzna przypadła w udziale hr. Cezaremu, jak też i pięć innych folwarków. Ale rodzina młodego hrabiego mniema, że korzystniej dlań będzie daleko cały ten fundusz w ziemi posiadany spieniężyć...
— I któż to? któż tak mniema? Pan Światosław pewno?
— Hr. Światosław trzyma w swem ręku główny ster interesów rodzinnych...
— Naturalnie! naturalnie! bardzo pięknie! bardzo wspaniale! Sprzedajecie więc Malewszczyznę?..
— Jutro sporządzoną ma zostać przedwstępna umowa...
— Bardzo pięknie! bardzo zacnie! bardzo po obywatelsku! Sama bo też pora teraz wyprzedawać tu majątki! niech tam już ja... mam także folwark do zbycia... ale mnie tam nic nie obchodzi... co mi tam do tego wszystkiego! ale pan Światosław... taki wielki pan... taki mądry człowiek!.. i filantrop słyszałam i filozof i co tam jeszcze więcej... ślicznie robi! zacnie robi, po obywatelsku robi wyprzedając teraz majątki swego synowca! ale on dba o niego widać, bardzo dba o tego głupiego Cezarka, kiedy tak zajmuje się jego interesami! a korzystna to sprzedaż?
— Bardzo jak na te czasy...
— Bardzo! no proszę! to ten ulubiony Cezarek stryjaszka bardzo będzie bogaty. A ożenią go zaraz? co? powiedz kochany waćpan! pewno już tam pan Światosław księżniczkę jaką czy grafiankę dla faworytka swego w pogotowiu trzyma? co?...
— O ile wiem hr. Cezary marzy o małżeństwie z miłości...
— Z miłości! bardzo pięknie! bardzo poetycznie! romansowy Pompaliński! Pompaliński romansowy! na wystawę wieść, za biletami pokazywać...
Nagle pani Jenerałowa mówić przestała i dobrą już połowę chustki w usta wsunąwszy, a gryząc i przeżuwając energiczniej jeszcze jak wprzódy, popadła w długie, głębokie zamyślenie. Ocknąwszy się z zamyślenia żywo bardzo zwróciła głowę ku siedzącej u okna pannie do towarzystwa.
— Niech panna idzie i każe mi obiad przynieść do mego pokoju! Niech panna powie Ambrożemu żeby posłał natychmiast konnego posłańca po Ickę Zelmowicza... żeby mnie tu za godzinę był i w moim pokoju stawił się. Niech panna brata potraktuje zaciereczką, którą gotują na obiad i niech panna do mego pokoju nie wchodzi dopóki nie zadzwonię...
Rzekłszy to wszystko, porwała się bardzo szybko i bardzo żwawo z kanapy, nie kiwnąwszy nawet głową Pawełkowi, drobnym kroczkiem przebiegła znaczną część wielkiego salonu i zniknęła za drzwiami przyległego pokoju. Gdy biegła, bombiasta liliowa jej suknia, mieniła się, fruwała i szeleściała, perły dzwoniły na chudej szyi, a nad głową, amarantowe piorko trzęsło się jak w febrze.
Wraz z ostatnim wyrazem wydawanych przez panią domu rozkazów, Leokadya podniosła się z za krosien w całej wysokości swej smukłej postaci i sztywna, wyprostowana, z marmurowo nieruchomą twarzą, przechodziła przez salon.
— Leosiu! zawołał na nią zcicha Pawełek powstając z fotelu.
Nie odwróciła głowy. Żadnem słowem ani spojrzeniem nie odpowiedziała na wołanie brata i wyszła z salonu.
Pawełek stanął nad opuszczonemi przez siostrę krośnami i szklanny wzrok utopił w barwistym hafcie, na krośnach rozpiętym.
— Boże mój! szepnął, przez ile to lat, przez ile to już dni ta biedna Leosia haftuje tu już tak siedząc pod oknem i słuchając pisków tej starej czarownicy! Biedna siostra!
Leokadya wróciła do salonu i szła znowu ku krośnom. Pawełek drogę jej zastąpił i ujął rękę jej, która śniada, podłużna i delikatna, zimno i nieruchomie pozostała w jego dłoni.
— Obojętnie witasz mię, Leokadyo, zaczął z żalem Pawełek, a przecież dziś widzimy się pierwszy raz po dwuletniem rozłączeniu.
— Cóż ztąd? odparła Leokadya łagodnym lecz zimnym głosem, był przecież czas, w którym nie widywaliśmy się ze sobą po lat kilka. Przywykłam do tego.
— I powiedz także, iż straciłaś dla mnie wszelkie przywiązanie. Leokadya po raz pierwszy w ciągu rozmowy podniosła na brata oczy duże czarne, z dziwnie zamglonem, zmartwiałem jakby spojrzeniem.
— A ty? zapytała głosem obojętnym, zarazem cień smutnego jakby uśmiechu przewinął się po jej kształtnych, bladawych ustach, aby wnet zniknął i pozostawił na twarzy całej zwykły jej wyraz kamiennej jakby obojętności...
— Ja? odparł żywo Pawełek, ja kocham cię zawsze Leosiu! Chwile dzieciństwa, któreśmy razem spędzili w domu rodziców naszych, nie wyszły mi nigdy z pamięci.
— Doprawdy? krótkiem i obojętnem pytaniem odpowiedziała Leokadya. Zarazem usiadła przed krośnami i zaczęła rozwijać motek barwistej włóczki.
— Możeszże wątpić o tem, Leosiu?
— O czemże na świecie zwątpić nie można?
— Widać dobrze żeś tyle lat przepędziła z panią jenerałową, która zdaje się że w nic boskiego nie wierzy. Nie powinnaś przecież wątpić o mojem sercu?
Leokadya podniosła znowu mętne swe, chłodne spojrzenie na brata i zapytała:
— Dla czego?
— Dla czego! wybuchnął Pawełek, dla tego przecież że powinnaś wiedzieć, iż mam serce!
— Zkądże mam o tem wiedzieć?
— Mogłabyś uwierzyć mi, gdy ci to mówię! wpół gniewnie wpół z bólem odparł Pawełek.
— Wszyscy mówią że mają serce. Jest to pretensya najogólniejsza pomiędzy ludźmi i najmniej ze wszystkich uzasadniona.
— O mój Boże! co się też stało z tobą, Leosiu! Jesteś zimną jak lód a gorzką jak piołun!
— Czy znajdujesz, że żyjąc tu od lat ośmiu, mogłam zachować czułość gołębią i słodycz miodową?
— Prawda! nie jesteś szczęśliwą, ale... toć i ja przecież nie na różach spoczywam... chleb łaskawy jem... męzczyzną jestem i niczem jestem, a jednak...
— Żyjesz wśród szerokiego świata... a ja... tu!..
Odjęła rękę od krosien i suchym, acz szerokim gestem wskazała na martwo za oknami leżący dziedziniec, ogromny, nagi salon i drzwi, za któremi przed chwilą zniknęła była pani jenerałowa.
— Tak; smutnie rzekł Pawełek, a przecież i tu widywać musisz mnóstwo ludzi. Do pani jenerałowej zjeżdżają się jak na odpust...
— Nie należę do towarzystwa tych ludzi... rzuciła Leokadya.
— Czyż nikt z nich nie zwrócił uwagi na ciebie, nie spostrzegł twej piękności? nie ocenił twych zalet? czyż i ty sama wśród tylu osób nie znalazłaś takich, któreby ci rozgrzały serce i uprzyjemniły życie?
— Chciałabym abyś był tu kiedykolwiek gdy te... osoby... będą tu wszystkie razem zebrane! Bardzo jestem ciekawą, czy uczułbyś serce twe rozgrzanem i uprzyjemnionem życie?
Pawełek westchnął.
— Czy myślisz, rzekł, że ja pomiędzy aniołami żyję?
— Tem gorzej! wymówiła Leokadya i pochyliła się nad wielką, pąsową różą, której wyszywanie kończyła.
Pomiędzy rodzeństwem nastąpiło dość długie milczenie. Pawełek stał naprzeciw siostry, po drugiej stronie krosien, ze skrzyżowanemi na piersi ramionami. Zmartwiony zrazu i obrażony obojętnem przyjęciem i całem znalezieniem się siostry, teraz czuł się widocznie zniecierpliwionym i zakłopotanym.
— Powiedz mi Leosiu, ozwał się porywczo nieco, czy ci się bardzo już sprzykrzyło to wiekuiste wyszywanie na kanwie róż i niezapominajek?
— Cóż robić? odparła obojętnie, skoro w nas ani na około nas nie rozkwitają kwiaty żywe, dobrze jest mieć przed oczami choćby włóczkowe.
— Winszuję, całkiem już gniewnie rzucił Pawełek, co do mnie, boli mnie bardzo, gdy patrzę na rzeczy, które widywałem dawniej żywemi i pięknemi, a które ukazują mi się teraz w stanie skamieniałości!
Wziął za kapelusz i wyciągnął rękę ku siostrze.
— Bądź zdrowa Leosiu! zobaczemy się zapewne znowu za jakie lat kilka!
Igła wypadła z cienkich, delikatnych palców Leokadyi.
— Gniewasz się na mnie Pawełku? zapytała, zarazem w oczach jej podniesionych na twarz brata, po raz pierwszy i na króciutko mignęła drobna iskierka uczucia.
— Już też nie mam zdaje się powodu zachwycania się nad sposobem, w jaki się ze mną obchodzisz! odrzekł ułagodzony już nieco brat.
Żałując jakby chwilowego objawu bardziej miękkich uczuć, Leokadya wróciła do swej roboty.
— Nie miałam też i nie mam najmniejszej pretensyi do zachwycania kogokolwiek towarzystwem mojem; rzekła oschlej jeszcze niż mówiła wprzódy.
— A jednak, zbliżając się ku niej zaczął Pawełek, gdybyś tylko chciała... dwoje nas jest tylko na świecie... moglibyśmy powierzyć sobie wzajem to co nam dolega...
Szybkim ruchem, przelękniona jakby podniosła głowę.
— Powierzać? powtórzyła. Na cóżby się to zdało. Przywykłam milczeć...
— Ja bo znowu całkiem innej niż ty jestem natury! wybuchnął Pawełek. Umiem jeszcze dzięki Bogu wierzyć i nie kocham się bynajmniej w dzikiemś jakiemś milczeniu!
— Winszuję! krótko i nie podnosząc oczu z nad roboty rzekła siostra.
Milczeli znowu chwilę. Pomiędzy rodzeństwem tem, które jednak cały wiek dziecinny spędziło razem i z którego jedno o rok jeden tylko starszem było od drugiego, długie rozłąki i anormalne jakieś warunki życia i rozwijania się, wystawiły wysoką, silną przegrodę z lodu i głazów. Chciał i usiłował obalić ją Pawełek, nie chciała i nie usiłowała Leokadya.
Wnosząc z całej osoby jej, mniemaćby nawet można że niczego pod słońcem nie chciała i o nic się nie starała.
— Czy często odwiedzasz ciotki nasze? zapytał brat z kapeluszem w ręku stojąc przy krośnach.
— Odwiedzam je dwa razy na rok, to jest za każdym razem gdy otrzymuję moją zapłatę...
— Którą odwozisz ciotkom...
Milczała.
— Chciałbym także odwiedzić ciotki nasze!
— Dobrze. Przyjedź tu jutro, pojedziemy razem. Jutro właśnie mój termin.
Pawełek wpół z gniewem!, wpół swawolnie, pochwycił rękę siostry, wyjął z jej palców igłę i pochylając się aby zajrzeć w oczy, zawołał.
— Leosiu! kochana, biedna siostro moja! czyż tak już dziś rozstać się ze sobą mamy? czyż nie powiesz mi żadnego słowa, któreby ci z serca wypłynęło? nie dasz mi żadnej dobrej rady?
Leokadya zdawała się wahać przez chwilę, pomiędzy oschłem milczeniem, które zrosło się było jakby z jej naturą, a cieplejszem, miększem uczuciem, które znowu bladą iskierką zaświeciło w jej oku. Nie wysunęła z dłoni brata ręki swej, jak to była uczyniła przy początku rozmowy, lecz wyprostowana i sztywna jak zwykle, powstała z za krosien i ze spuszczonemi powiekami, zwolna wyrzekła.
— Jakież ja ci słowo powiedzieć mogę, któreby mi z głębi serca płynęło? Życie jest smutną rzeczą mój Pawle. Jakąż ci dobrą radę udzielę? Nie wiem, nie znam szerokiego świata, wśród którego przebywasz, nieświadomą jestem jego potrzeb i stosunków... ale postąp może wedle rady jenerałowej... jeżeli możesz... jeżeli ci źle, postaraj się aby było lepiej...
— Dziękuję ci i za to, wyrzekł Paweł i z istotnem wzruszeniem, pocałował rękę siostry, która na żywy uścisk jego odpowiedziała lekkim bardzo zaledwie uściskiem.
Wychodząc z salonu, Pawełek spotkał się we drzwiach z Izraelitą, Ickiem Zelmanowiczem, słynnym podówczas w okolicy całej handlarzem majątków obywatelskich. Stręczył on właścicielom miejscowym, nabywców ze stron odległych przybywających, nabywcom właścicieli chętnych do pozbycia się swej własności. Brał na siebie przedwstępne kroki, ułatwiał zawieranie umów, usuwał trudności. Zarazem był on faktorem w innych jeszcze pomniejszych dziedzinach handlu, odwiecznym i domowym prawie tutunfackim jenerałowej, z ciałem i duszą usługom jej oddanym.
W długim chałacie, z czapką wyszarzaną w ręku, Icko Zelmanowicz głaszcząc długie rude pejsy, zwolna przeszedł salon a zatrzymując się w pobliżu drzwi sypialni jenerałowej, zapytał:
— Czy pani jenerałowa tam?
— Tam, odpowiedziała Leokadya głowy nie podnosząc.
— Czy mogę wejść?
— Możesz.
Izraelita bez najmniejszego szelestu, drzwi otworzył i również cicho zamknął je za sobą.
Wśród ciszy zupełnej, która wielki salon zaległa dochodził z przyległego pokoju piskliwy głosik jenerałowej wykrzykującej bardzo żywo i chichocącej tak jak chichotała ona zwykle wpółspazmatycznie, wpółzjadliwie. Od czasu do czasu basowym głosem odezwał się i Zelmanowicz zapytując lub odpowiadając. Rozprawa ta trwała dobrą godzinę, poczem otworzyły się znowu drzwi cichutko i Zelmanowicz ukazał się w progu sypialni.
— Icek! z głębi pokoju piskliwie a donośnie dźwięczał za odchodzącym głos jenerałowej; pamiętaj Icek! jeżeli mi ten interes urządzisz, będziesz notowany w moim testamencie!
Izraelita zgiął się w nizkim ukłonie i odszedł. W sypialni ozwał się silnie poruszony dzwonek. Leokadya wstała od krosien i niepospiesznym bynajmniej lecz powolnym i równym, jak zwykle krokiem, zmierzyła ku sypialni.
Sypialnia pani jenerałowej była bardzo do salonu podobną: wielką, wysoką, rażąco światłą i posępnie pustą komnatą. W głębi jej tylko istniał kącik bardziej nieco przytulony. Stała w nim kozetka wygodna przed nią czworokątny, duży stolik, obok kozetki staroświeckie, ozdobne mnóstwem szuflad hermetycznie zamykanych opatrzone biuro. Przedmiotami jednak, które w mieszkaniu tem pustem, oschłem, zimnem najbardziej uderzać i nawet zadziwiać mogły, były obrazy i obrazki okrywające naprzeciw kozetki część ściany, z której tu i owdzie opadał tynk sinawą farbą powleczony. Były to obrazy różnych rozmiarów i różnej wartości: pastelami i olejnemi farbami malowane, sztychy, a nawet małe z illustracyj jakichś powycinane drzewo i staloryty. Cały ten zbiór różnorodny, łączył się przecież w jedną harmonijną całość, myślą, która mu przewodniczyła. Akwarelle, sztychy i drzeworyty, przedstawiały tam nieodmiennie ciepłe jakieś serdeczne sceny rodzinnego życia, rodzinnych miłości i radości, albo też wizerunki wielkich, bohaterskich czynów odwagi i poświęcenia. Tak na największym z pomiędzy wszystkich i najpiękniej wykonanym, widać było dwoje starych małżonków, w staroświeckiej komnacie siedzących przy kominkowym ogniu, z błogiem zadowoleniem i z przedświtem jakby spokojnej, uśmiechnionej śmierci na twarzach. U nóg ich bawiło się dwoje rumianych, złotowłosych wnucząt, w pobliżu, dokoła stołu oświetlonego lampą, siedziało z książkami i robotami kilka osób średniego wieku, w głębi młode dziewczę grało na fortepianie, a przy domowej tej muzyce, dokoła stołu z lampą, pląsało w wesołych poskokach troje podlotków. Scena to była tłumna i gwarna, lecz zarazem dziwnym spokojem, szczególnem ciepłem serdecznem, szczególną jakąś ciszą domową owiana. Para starych małżonków, wysunięta na plan pierwszy stanowiła w niej punkt, około którego wszystko tam obracać się zdawało. Obraz ten, ujęty był w złocone ramy, bardzo kosztowne i wisiał po samym środku osobliwej tej galeryi. Nieco dalej wyborny sztych angielski, przedstawiał parę młodych oblubieńców, ręka w rękę idących do ślubnego ołtarza. Z twarzy ich biła świetlista łuna miłości i szczęścia. Tuż obok znowu młoda matka, własną piersią zasłaniała swe dziecię przed napaścią rozjuszonego tygrysa, owdzie młode dziewczę, świeże jak wiosna, zbierało kwiaty na łące, a tam osiwiały przedwcześnie uczony, siedział nad księgą z czołem oblanem białem światłem świtu. Zbiór ten obrazów, dokonany w najrozmaitszych widać porach i okolicznościach, bezwzględnie na artystyczną wartość swą, przedstawiał świat jakiś idealny, z wizerunków samych tylko wdzięków i świętości życia ludzkiego złożony. A rozwiesiła go pani jenerałowa w ten sposób, że czy to siedząc na kozetce, czy leżąc na staroświeckiem, twardo usłanem łożu swem, wygodnie patrzeć nań mogła i najdrobniejsze jego szczegóły wyraźnie dostrzegać przy świetle alabastrowej lampy, która na srebrnych łańcuchach, zwieszając się od sufitu dzień i noc przed tym szczególnym ołtarzem płonęła smukłym, złotawym ognikiem.
W chwili jednak gdy Leokadya wchodziła do sypialni, pani jenerałowa nie patrzała na wiszące na przeciw niej obrazy i obrazki, ale z batystową chustką włożoną w usta z ruszającemi się szczękami a oczami nieruchomo utkwionemi w przestrzeni, siedziała na kozetce w głębokiem zamyśleniu pogrążona. Na żółtem, pomiętem czole jej zmarszczki poruszały się i falowały, od chwili do chwili przestawała żuć batyst i tryumfująco jakby uśmiechała się do swych myśli. Nagle wyprostowała się, rzuciła na środek pokoju pogryzioną i podziurawioną chustkę i zawołała.
— Sprzątnij panna tę chustkę a podaj mi inną!
Leokadya, która zatrzymała się była u drzwi, odsunęła szufladę komody i rozkaz spełniła. Jenerałowa nie zwracając na nią wzroku rzekła znowu.
— Podaj mi panna papier i kałamarz!
Po chwili pani jenerałowa, uśmiechając się wciąż do swych myśli i z oczami zielonkowato błyszczącemi, na kawałku prostego papieru i grubem gęsiem piórem pisała co następuje:
„Proszę kochaną waćpanią abyś była tu u mnie jutro jak nay Raniey. Interes warzny.

Cecylya Orczyńska“.

Zmięła raczej niż w formę listu złożyła szmatkę papieru, lakoniczne słowa te zawierającą i położywszy na niej adres; „Madam, Madam Juliette de Trzaska-Kniks“, rzuciła ją na stół przed Leokadyą.
— Niech panna powie Ambrożemu, aby odesłał to zaraz do Białowzgórz. Zaraz tylko! zaraz! zaraz!
A gdy Leokadya odeszła, jenerałowa wsunęła się z podkurczonemi nogami w głąb kozetki i zachichotała ostro, przeciągle.
— Dyplom! wołała, dyplom hrabiowski! dyplom! uciecha wielka! zaszczyty! tryumfy! Aha! posmaruję ja wam trochę octem i żółcią ten wasz dyplom! Głupcy!
Ostatniemu wyrazowi temu rzuconemu w powietrze wraz z ostrym przeciągłym śmiechem, niby echo odpowiedział u okna inny głos jakiś suchy, chrypliwy, staruszkowaty.
— Głupcy! głupcy! dwukrotnie rozległo się echo po wielkim, pustym prawie pokoju.
Była to wielka zielona papuga, która siedząc w obszernej, pozłacanej klatce, naśladowała głos swej pani. Jenerałowa z rodzajem zadowolenia, zwróciła twarz w stronę klatki.
— Dobrze mówisz, papuziu! zawołała, ludzie są głupi! prawda?
— Głupi! głupi! odpowiadała papuga.
— I podli! głośniej jeszcze zawołała jenerałowa.
— Podli! podli! chrypiał u okna ptak, rozwijając skrzydła i łopocąc niemi w powietrzu.
— Poeci kłamią! krzyczała już prawie jenerałowa, którą ta rozmowa z papugą szczególnie i nerwowo zdawała się podniecać.
— Poeci kłamią! powtórzył ptak.
— Malarze kłamią! krzyknęła kobieta.
— Kłamią! kłamią! kłamią! powtórzyło chrapliwe echo.
— Nędza na świecie! nędza! ciszej już nieco wymówiła jenerałowa.
— Nędza! basowym, ponurym głosem zakończyła papuga.
Kobieta i papuga umilkły. Cisza głęboka zaległa pokój. Zmrok wieczorny wpływał przez trzy wielkie okna okrywając sufit i ściany pokoju długiemi, szaremi smugami cieniów.
Leokadya która przy początku rozmowy jenerałowej z papugą wróciła do sypialni stała u drzwi w nieruchomej postawie. Pochylona twarz jej była bardzo bladą, ręce bezwładnie na czarnej sukni zwieszone.





ROZDZIAŁ III.

Tak to się zwykle na świecie zdarza, że gdy jeden jakiś człowiek, za pomocą sprytu swego i zręczności, koło fortuny swej szybko i z powodzeniem wtacza na wysoką górę, czepia go się zaraz cały rój ludzi innych, aby przymocowawszy się do pół jego szaty, lub do osi jego koła, wkradać się tam, gdzieby się nigdy o siłach własnych wdrapać nie zdołali. Tymi niezbędnymi towarzyszami wszelkich górskich wojażów bywają najczęściej krewni zręcznego szczęśliwca. Jednym z towarzyszów takich, którzy uczepiwszy się szaty ojca, znanych nam już trzech hrabiów braci, zdołał wdrapać się jeśli nie zbyt wysoko to zawsze dość wysoko — był dziad Pawła i Leokadyi. Gdy szczęśliwszy krewny jego zgromadzał wielkie bogactwa i kładł z nich podwaliny prawdziwie magnackiej fortuny, jako satelita krążąc w koło niego i przyjmując w siebie drobniejsze tylko, ze słońca jego wymykające się promyki, uciułał sobie przecież wcale niezły mająteczek — coś niby 60 czy 80 chat, w których mieszkało 300 czy 400 kołtuniastych dusz poleskich. Mająteczek ten odziedziczył po nim syn jedynak, a Pawła i Leokadyi ojciec, a że wystąpił w świat jako rządny gospodarz, a wcale nie utracyusz żaden, śmiało tedy powiedzieć można, że żył sobie jak u Pana Boga za piecem; łąki, mąki, ryb i grzybów podostatkiem mając, a z bogatszej o wiele paranteli swej niepomierną dla siebie chlubę i pociechę czerpiąc. Ożenił się wcale pomyślnie, dwoje dzieci urodziło mu się szczęśliwie i wzrastało hożo, słowem był to przez pewną część żywota człowiek bardzo porządny, doskonale szczęśliwy i bardzo spokojnego temperamentu.
I jedną tylko słabość miał ów pomniejszy Pompaliński. Lubił pasyami konie i trzymał ich sporo, a wszystkie były bardzo piękne i cenne. Pysznił się niemi przynajmniej o tyle, co krewnymi swymi, Pompalińskiemi z Pompalina.
Owóż spadł nań pewnego razu piorun i ugodziwszy w najsłabszą stronę jego istoty, taką zrządził rewolucją, że odtąd wszystko już w nim i dla niego miało być inaczej.
Działo się to w mieście Pińsku, — w czasie dorocznych kontraktów, więc ogromnego zgromadzenia ludzi wszech stanów i stopni. Pomniejszy Pompaliński, siedział sobie u otwartego okna oberży, w której przez czas kontraktów zwykł był zamieszkiwać i z rozkoszą a dumą niewypowiedzianą przyglądał się karej szóstce swej, pod przewodnictwem stangreta i forysia ku poblizkiej studni zwolna przez ulicę defilującej. W tej samej chwili na ulicy, tuż pod oknem, przy którym siedział, zatrzymała się gromadka ludzi. Składali ją: dwaj sąsiedzi jego, zamożni i wielce porządni obywatele, trzeci męzczyzna jakiś nieznany mu, lecz również na wielce porządnego obywatela wyglądający, więc gość zapewne z innego powiatu, na sławne kontrakty pińskie przybyły i — żydek faktor gadatliwy jak sroka, a zwinny jak jaszczurka.
— Czyje to konie? zapytał obywatel nieznany, wzrokiem prowadząc za dzielną, śliczną szóstką karych.
— Leonarda Pompalińskiego, odparli jednogłośnie dwaj obywatele miejscowi.
— Dziwna rzecz! zaczął gość, nie słyszałem nigdy, aby Pompalińscy mieli jakie dobra w Pińszczyźnie i bywali w Pińsku...
— Bo też to nie z tych Pompalińskich...
— Ten pan Leonard, proszę jasnych panów, podchwycił żydek faktor, ten pan Leonard jest sobie z Pompalińskich podlejszych...
Obywatele rozśmieli się chórem, a gość z innego powiatu odwrócił wzrok od ślicznej szóstki, skinął ręką jakby chciał powiedzieć: a więc patrzeć nie warto! i odszedł wraz z towarzystwem swem w inną stronę.
Że pana Leonarda na miejscu, tuż zaraz apopleksya nie zabiła, przypisać to trzeba było wyjątkowej jakiejś dla niego łasce Bożej i wstawieniu się do Pana Zastępów tej Matki Boskiej Ostrobramskiej, której wizerunek wisiał w sypialni nad łożem jego. Chciał porwać się, wybiedz, współobywateli na pojedynki wyzwać, a żydka faktora za pejsy rude wytargać, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Jęknął tylko, twarz szkarłatem okrytą w dłoniach ukrył i ciężko sapiąc oddał się cały ponurym rozmyślaniom. Po godzinie dopiero powstał, wąsa bujnego dumnie pokręcił i rzekł do siebie.
— No, pokażę ja im teraz czy ja z tych samych Pompalińskich jestem czy nie z tych samych! czy z podlejszych jestem, czy ze szlachetniejszych!
I pokazał. Poczciwy swój dom drewniany, obszerny, ciepły i zaciszny, zwaliwszy, wybudował natychmiast grubą i wysoką trąbę murowaną, u szczytu zaopatrzoną w krzywą wieżyczkę, a wewnątrz zawierającą ni mniej ni więcej jak 550 wschodów, bardzo krętych i nadzwyczaj wązkich. W tej to trąbie, nazwanej przez ogół sąsiadów pałacem, wydał kilkanaście z rzędu bardzo świetnych balów, takąż liczbę niezmiernie sutych i tłumnych polowań, przyjął dwa razy z nadzwyczajną pompą trzech hrabiów, jednego księcia i jednego gubernialnego marszałka, odłużył się naprzód po szyję, potem po uszy, a potem aż po włosy i gdy mu już ani najmniejszy nawet czubek siwiejącej czupryny nie wyglądał z nad stosu powydawanych weksli, dokumentów i innych tym podobnych skryptów, dostał ze zgryzoty ataku apoplektycznego i od czego był powinien przed kilku laty w onej oberży, smutnej pamięci zacząć, na tem wśród gruzów majątku i domowego szczęścia — skończył. Wkrótce po nim umarła i żona jego, której wspaniałe serce wszystkiemi siłami dzieląc wzniosłą ambicyą i chwały godne dążenia małżonka, ruiny ambicyi i dążeń tych przenieść nie mogło i — z żalu po minionej, a tak krótko trwałej wielkości pękło.
A za cały ślad przejścia przez ten padół ziemski dwojga tych ludzi, za całą pamiątkę traicznej ich doli i męczeńskiego końca — zostały: wielka trąba murowana, dumnie a poetycznie rysująca się na mglistem niebie pińszczyzny i — dwoje dzieci bez chleba ni dachu.
Trudno zaiste odgadnąć, coby się było stało z temi drobnemi sierotami, gdyby nieboszczyk Leonard — męczennik, nie miał w odległym dość od pińskiego powiecie, trzech sióstr rodzonych, które wszystkie w stanie panieństwa pięćdziesiątek i sześćdziesiątek doczekawszy, żyły sobie cichuteńko i wygodniuteńko w wiosczynie, kędyś pomiędzy wysokiemi wzgórzami zarzuconej, a zbiorowy ich posag przedstawiającej. Dziedziczki dziesięciu chat, w których żyło około 40-tu poddanych dusz kmiecych, trzy siostry owe: Brygida, Aniela i Marya, dowiedziawszy się o śmierci braterstwa i towarzyszących jej okolicznościach, posłały głąb pińszczyzny stary koczobryk parą koników zaprzężony i starego furmana Grzegorza, z poleceniem aby tenże Grzegorz wyszukawszy dwojga sierot do koczobryka je wsadził i jak najtroskliwiej do Bobrówki przywiózł.
Tak się i stało. Sieroty przybyły do Bobrówki, ale jakkolwiek rade im z całego serca, trzy siostry popadły wnet w kłopot niemały. Dziewczyna jak dziewczyna — łatwo z nią będzie. Wychowa się to jako tako, a potem za mąż wyjdzie, co więcej, gdy zamąż wyjdzie Pompalińską nazywać się przestanie. Ale chłopiec! zostanie on Pompalińskim na zawsze, nie sposób więc, aby tak sobie wzrósł w Bobrówce, na las i wzgórza patrząc. Trzebaby go wychować świetnie! karyerę mu jakąś zapewnić! ale jaką? z pomocą jakich środków? Nie; z chłopcem, który nazywa się i do śmierci nazywać się nie przestanie Pompalińskim, trzy takie niebogate i nieuczone kobiety jak siostry: Brygida, Aniela i Marya rady sobie dać nie będą mogły. Koszta to były nad możność, zadanie nad rozum, odpowiedzialność nad siły! Po takich rozmyślaniach i odpowiednich im naradach, siostra Brygida jako Minerwa domu, wystosowała do najbliżej z trzech hrabiów-braci mieszkającego hr. Jarosława list, w którym opisała mu godne litości położenie małego Pompalińskiego i zapytywała: czy też byłoby to rzeczą możebną, aby tenże mały Pompaliński wzrósł kiedyś na ekonoma, pisarza prowentowego lub kogokolwiek podobnego, co niezawodnie musiałoby nastąpić gdyby się przy swych niebogatych i nieuczonych ciotkach wychował.
Hrabia Jarosław uznał, że było to rzeczą zupełnie niemożebną i po małego Pompalińskiego, kamerdynera swego przysławszy, zabrał go do siebie, listownie ciotki jego zapewniając że da mu jaknajstaranniejsze wychowanie i odpowiednią przyszłość mu zapewni. Tak tedy Pawełek w 12-ym roku życia wyemigrował do domu bogatych krewnych swych. O rok młodsza od niego Leokadya, pozostała w Bobrówce. Jeżeli jakiekolwiek przymioty górowały w charakterach i wykształceniach trzech sióstr, Leokadyi ciotek, były nimi z pewnością: dobroć, miękkość, tkliwość serc i mistrzowska umiejętność wyrabiania niezrównanie doskonałych konfitur, konserw, pierników, wędlin i t. p. wiejskich przysmaków. Kochały się pomiędzą sobą prawdziwie idyllicznie, pokochały też serdecznie i biedną sierotę. Pochłaniały same codziennie olbrzymią ilość w rozmaite kombinacye ułożonych: cukru, maku, miodu i wieprzowiny, kombinacyami też temi żywiły sierotę ze szczodrością żadnym brakiem ni skąpstwem nigdy nie ograniczoną. Zresztą, pozostawiały jej jaknajzupełniejszą swobodę działania, to jest: biegania po ogródku, hasania po wzgórzach, a w dnie upalne spania lub marzenia w zielonym, chłodnym cieniu poblizkich gajów. I tylko w słotne dnie jesienne lub długie zimowe wieczory, ciotka Anielka uczyła ją haftować i na kanwie włóczkami wyszywać, ciotka Marynia przeróżne wyżej wspomniane kombinacye z cukru, maku, miodu i innych wiktuałów sporządzać, ciotka Brygisia zaś czytać, pisać i rachować. Ta ciotka Brygisia była sobie dość niepospolitą osobą. Przez całe życie swe wielki miała pociąg do literatury, umiała pisywać listy wcale ładnym stylem, nadzwyczajnie lubiła naturę i niewiadomo już jakim sposobem, ot tak nieznacznie jakoś, pomaleńku uciułała sobie niewielką lecz ładną biblioteczkę, złożoną z poezyj Mickiewicza, Odyńca i innych wieszczów rodzinnych, jako też i kilkudziesięciu tomików powieści tak oryginalnych polskich, jak tłómaczonych. Wyuczywszy tedy Leokadyą bardzo płynnego, wprawnego czytania, ciotka Brygisia dopuściła ją do sanktuaryum swojej biblioteczki i dzieliła się z nią nietylko już temi pisanemi skarbami ale i temi, które w kształcie wspomnień, tęsknot i zachwytów przerozmaitych, przechowywała starannie w głębi tkliwego swego serca. Wtedy to widywać można było bardzo często, młode 15-to, a potem 16-to letnie dziewczę, z czarnem ognistem okiem i wysmukłą, giętką kibicią, wybiegające o wschodzie słońca z dworku, pomiędzy wzgórzami w dolinie rzuconego i z książką w ręku, wbiegające na najeżony szczyt wzgórza. Tam dziewczę to siadało pomiędzy nizkiemi krzakami jałowców i szeroko otwartemi oczami przypatrywało się różowemu wschodowi słońca. Potem, zaledwie słońce uszło mały kawałek dziennej swej drogi, dziewczę trzymało już oczy utkwione w roztwartej książce i chciwie czytało, dość często też opierając czarnowłosą główkę o miękką kępkę liliowego czombru, patrzało w niebo, prosto w błękitne, wyiskrzone niebo i głośno, z przejęciem się nadzwyczajnem deklamowało na pamięć, długi ustęp jakiś z Wallenroda, Dziadów lub Dziewicy Jeziora. Ale kiedy słońce zbliżało się ku południowej swej mecie, dziewczęcia nie było już na wzgórzu. Wtedy można je było ujrzeć tam, kędy po zielonej dolinie, płynęła srebrzystym pasem rzeczka kręta i pienista, jak zdjąwszy z drobnych stóp obuwie i rozpuściwszy warkocz, wraz z gromadką wiejskich dziewcząt i chłopaków brodziła po płytkich brzegach rzeczki, rzeźwiąc sobie chłodną falą twarz rumianą i ogorzałe rączki, zbierając do fartuszka błyszczące kamyki lub zgarniając z powierzchni wody białą pianę, aby pełnemi dłońmi bryzgać nią na twarze i suknie towarzyszy. Po zielonej łączce rozlegały się wtedy śmiechy głośne, przeciągłe, chóralne, słychać było pluski poruszanych fal wodnych, migotały w błękitnem powietrzu żwawe postacie uganiającej się swawolnie wesołej gromadki, a wszystko to trwało póty, dopóki od dworku nie doleciał głos bardzo cienki i bardzo łagodny, wołający po kilkakroć.
— Leosiu! Leosiu! Leosiu!
Wtedy dziewczę ze dworka, opuszczało gwarliwych swych towarzyszy, odrzucało na plecy długie swe czarne, pianą wód rzecznych ubielone warkocze i biegło przed siebie z rozpostartemi jak skrzydła ramiony, aż przemknąwszy przez mały, okrągły dziedzińczyk, na którym liczną, sforną gromadą kwakały kury i gęgały gęsi, rzucała się w otwarte zawsze przed nią ramiona, stojącej na ganku i wołającej ją na obiad Anielki lub cioci Maryni.
Ciocia Brygisia nie wtrącała się nigdy do niczego, co tyczyło się obiadu lub wieczerzy. Pozostawiała to siostrom, trzymając w zamian w ręku swem ster, tak zwanej męzkiej gospodarki. Jakkolwiek bowiem była w duszy poetką i jak ją siostry z pobłażliwym uśmiechem nazywały literatką, ciocia Brygisia była też kobietą bardzo praktyczną, była prawdziwą głową tego — Edenu. Tak, Eden to był istotny ta mała Bobrówka w głębi dolinki, wzgórzami przed światem ukryta. Nikt się tam nigdy z nikim nie kłócił, nikt krzywem okiem na nikogo nie spoglądał, nikt za niczem nie tęsknił i nikogo nie nienawidził. A wszystkiego tam było podostatkiem: wędlin wybornych, warzyw, owoców, pierników, konserw i makagigów.
Ale — Eden, jakkolwiek był Edenem, istniał przecież w tej stronie świata, która na ogół biorąc, żadnego wcale z Edenem podobieństwa niema. Dola ogólna różową swą lub czarną barwą zaprawia zwykle dole pojedyncze, choćby najcichsze, choćby najskromniej kryjące się w dolinach między wzgórzami. Tak i tu było. Gdy pod ciosami wielkiej burzy, zadrżał aż do podstaw grunt całego kraju, zatrzęsła się wraz z nim i mała Bobrówka, a wichry które po szerokiem przestworzu przelatywały z szumem i gwałtownością huraganów o mało nierozwaliły drewnianych ścian starego dworku i mchem porosłego dachu jego nie rozniosły na wszystkie strony świata. Czterdzieści dusz poddanych wyemancypowało się, pracować nie chciało już inaczej jak za gotowe i znaczne pieniądze; podatki zwiększyły się niezmiernie, a nie można było uiszczać ich inaczej, jak gotowemi pieniędzmi. Znaczna część pól, z braku robotnika przeleżała nieuprawną rok jeden i drugi, na opłacenie podatków wyciął się jeden i drugi morg małego borku, aż nakoniec w starym, tak spokojnym i wesołym wprzódy dworku, zaczęło być bardzo niespokojnie i bardzo smutno. Przestały tam naprzód wyrabiać się konfitury, jako najdroższe ze wszystkich przez siostry dokonywanych kombinacyj, potem znikły po kolei pierniki, konserwy i makagigi, potem, z obiadowego stołu znikać poczęło mięso, białych bułeczek do kawy nie było, dla tej choćby przyczyny, że i kawy nie było, — dokoła ogródka i dziedzińca płot gnił i upadał nienaprawiany, w jednej z izdebek rozwalił się piecyk, ulubiony, wyborny do pieczenia ciast piecyk cioci Anielki i Maryni, a ponieważ nie było czem opłacić mularza, tak już i pozostał rozwalonym, smutną kupą gruzów przypominając nieustannie trzem siostrom gruzy te, które wkrótce pozostać miały w zielonej dolince po ukochanej ich a tak niedawno jeszcze kwitnącej Bobrówce. Były to już jak zdawać się mogło, czasy dla trzech sióstr — bardzo ciężkie. Nadeszły przecież niebawem jeszcze cięższe. W pewien piękny dzień wiosenny, w porze przednówkowej właśnie, ował się na dziedzińcu Bobrówki dzwonek, przed ganek dworku zajechała bryczka, a z niej wysiedli dwaj urzędnicy. Wysiedli z bryczki, weszli do dworku, opisawszy urzędowo dworek z ruchomościami oświadczyli, iż za pół roku Bobrówka, w skutek licznych długów, na publiczną sprzedaż wystawioną zostanie.
Myliłby się ten, ktoby sądził że po odjeździe urzędników w małym, starym dworku nastąpiły głośne płacze, lamenty i wyrzekania. Nie; zaległa tam przeciwnie cisza grobowa. Zdawałoby się, że pod ciosom, który w nie uderzył trzy siostry zmartwiały. Milczące jak grób, blade jakby z ciężkiej powstały choroby, z siwemi włosami, okrywającemi pochylone ku ziemi czoła, trzy siostry chodziły tu i owdzie po dworku, spotykając się ze sobą i rozmijając nieustannie, a nic do siebie nie mówiąc, biorąc się z kolei do robót rozmaitych, a nic wcale nie robiąc. Na twarzach ich, które przez ubiegłe dwa lata postarzały się o lat dziesięć, malowała się trwoga, tak silna, że aż usta lodowem milczeniem ściskała.
W dwa czy trzy tygodnie dopiero potem przy schyłku pewnego dnia majowego, gdy słońce różowo i złocisto zachodziło za wzgórza, a gromady gołębi białych, przez siostry hodowanych, z wesołym gruchaniem unosiły się w powietrzu i pozłocone od promieni słońca, rojami niby wielkich iskier złotych spadały na stary, omszony dach dworku, siostra Marynia przemówiła pierwsza.
— Już nam chyba teraz położyć się trzeba do grobu rzekła.
— Tak; potwierdziła siostra Anielka, lepszy by nam był grób niźli ten świat szeroki, w który nas ztąd wygnają...
Siostra Brygisia nic nie powiedziała, tylko w sąsiedniej izbie leżąc na łóżku zakaszlała chrapliwym, zanoszącym się kaszlem.
Nazajutrz o tej samej wieczornej porze, siostra Marynia ozwała się znowu.
— Już nam teraz chyba torbę żebraczą wsiąść na plecy i iść żebrać pod kościołem.
A siostra Anielka odpowiedziała:
— Wprzódy uwiążę sobie kamień do szyi i w rzekę się rzucę, niźli żebrać pójdę!
Siostra Brygisia i teraz jeszcze nic nie rzekła tylko w sąsiedniej izbie na łóżku leżąc, cicho załkała.
Łkaniu siostry Brygisi odpowiedziało niby echo, łkanie innej, do łoża na którem leżała ona, przytulonej piersi.
Była to 19-to letnia już wtedy Leosia, która przez całe dzieciństwo swe śniąc błogo na liliowych czombrach i marząc lub swawoląc przy wesołych pluskaniach swawolnej rzeczułki, lub przy łagodnych szumach zielonego gaju, teraz dopiero w obec ruiny domu, który ją był utulił, w obec łez i rozpaczy kobiet, które ją wypieściły, budzić się zaczynała do życia cierpień, walk i poważnych myśli. Klęcząc przy łożu najstarszej swej opiekunki, tej właśnie, która uczyła ją czytać poetów, zachwycać się naturą, marzyć i tęsknić, łkała ona pełną, wzdętą bólem piersią, a całując twarz i ręce najukochańszej z opiekunek swych, szeptała nieustannie: co tu robić? ciociu Brygisiu! co tu robić? co tu począć?
Ciocia Brygisia płakała po cichu, a płacząc rozmyślała nad tem, jakby dać odpowiedź gwałtownym zapytaniom dziewczęcia, Po godzinie rozmyślań i płaczu, szepnęła Leosi. Napisz do Pawełka!
— Napisz do Pawełka! chórem potwierdziły dwie młodsze siostry, które szept starszej dosłyszały. Przecież on męzczyzną już jest a bratem twoim i naszym synowcem i nam to nie komu innemu zawdzięcza teraźniejsze swe położenie! Napisz do niego niech co obmyśli, niech coś uczyni, niech nas i ciebie ratuje!
Leosia całą noc następną spędziła na pisaniu listu do brata, który podówczas właśnie przebywał gdzieś daleko, w dobrach hr. Jarosławowej, kędyś aż za Warszawą położonych. Mało znała brata, od czasu rozłączenia się z nim w dzieciństwie jeszcze, widziała go parę razy zaledwie i to przelotnie. Tembardziej więc dla żywej jak skra, marzącej i wyegzaltowanej dziewczyny, nazwa brat, posiadała w sobie coś dziwnie wzniosłego i słodkiego, coś przejmująco wzruszającego i z pojęciem odwagi, mocy męzkiej, męzkiego niemal bohaterstwa, ściśle się wiążącego.
Posłała mu list, w którym było ogromne mnóstwo czułych wyrazów, poetycznych porównań, próśb, zaklęć, wykrzykników, list kilkoarkuszowy, na który z oczu piszącej dziewczyny upadło łez kilkanaście i szare plamki pomiędzy wierszami wytworzyło.
Po wysłaniu listu, nastąpiło gorączkowe oczekiwanie, objawiające się gorączkowem ruszaniem się czterech kobiet po dworku i gorączkowem prawie ich wielomówstwem. Od świtu do późnej nocy gwarzyły nieustannie o jednym zawsze przedmiocie, o Pawełku, prawdopodobnych cnotach jego i zasobach, o tem że go tuż tuż ledwie nie widać, jak przyjeżdża do Bobrówki powozem, czterema końmi, z worem złota u stóp. Wygrzebano kędyś nawet, z dna zasobnej niegdyś szafy, garsteczkę mąki i odrobinę miodu i utworzono z nich na przyjęcie oczekiwanego bohatera kombinacyą mającą kształt i smak wybornych pierniczków. Leosia codziennie na łące i w gaju zrywała ogromną ilość kwiatów, wiła wieńce i bukiety i zdobiła niemi ściany i okna dworku, aby na przybycie brata jej, dworek wyglądał poetycznie.
Pawełek przecież nie przyjechał, tylko przysłał odpowiedź, pisaną wcale innym stylem niż list Leokadyi, a zawierającą pomiędzy innemi następne słowa: „Nie posiadam nic, coby do mnie wyłącznie należało, pisał, oprócz własnej mej duszy, która się wam, ukochane moje na nic przydać nie może. Daremnie łamię sobie głowę, nic na ratunek wasz wymyśleć ani wynaleźć nie mogę. Posyłałbym wam gdybym mógł codziennie, połowę moich obiadów, ale nie uratowałoby wam to Bobrówki. Sprzedałbym moje piękne ubrania i posłałbym wam otrzymane za nie pieniądze, ale rzeczy te nie należą też do mnie, lecz do hrabiowstwa, którzy mi je kupują. Mówiłbym o położeniu waszem hrabiemu i hrabinie, ale oni mają tak znaczne wydatki i zresztą, wziąwszy mię do siebie na wychowanie, sądzą iż dosyć dla rodziny naszej uczynili. Przyjechałbym choćby do was aby wspólnie z wami cierpieć, ale nie mam ani własnych koni ani pieniędzy na podróż. Palnąłbym sobie nakoniec w łeb z rozpaczy, ale przyznaję się, że brakuje mi potemu odwagi i zresztą na cóż by się wam śmierć moja przydała?“
Po przeczytaniu na głos ciotkom listu tego Leosia zaniosła się naprzód gwałtownym, nieutulonym płaczem, potem sposępniała strasznie, zchudła i pobladła widocznie przez dni kilka. Ideał brata, który wytworzyła była sobie w swej wyobraźni spadł z piedestału swego, najwyższe uczucie jakie żywiła w swem sercu, ścięło się lodem. Jakto! on! on męzczyzna dorosły już, brat jej, nic uczynić nie mógł? więc nie był bohaterem, nie był rycerzem ani mędrcem za jakiego go miała!
Raz jednak spłakawszy się ogromnie, porwała się nagle z miejsca, wyprostowała smukłą swą kibić, hardo podniosła głowę i rzekła: a więc ja będę mogła! ja muszę módz! ja muszę coś uczynić! Pobiegła do ciotki Brygidy, przyklękła przed nią, objęła jej szyję i gorącym szeptem pytała: ciociu Brygisiu! co ja uczynić mogę? powiedz, pomyśl co ja dla was uczynić mogę? Ale ciotka Brygisia całując ją i pieszcząc mówiła: cóż ty możesz moje dziecko? ty nic nie możesz dla nas uczynić! Niech cię Bóg błogosławi za twe dobre chęci ale nic nie możesz!
Pokazało się jednak że mogła. Icko Zelmanowicz wezwany przez trzyj siostry na ratunek przypatrzył się ze stron wszystkich ich położeniu i choć żadnej nie dał im rady (Icko Zelmanowicz nie lubił wdawać się w żadne handle ni geszefty z takimi małymi ludźmi) gawędką o położeniu trzech sióstr zabawiał dnia następnego przez godzin parę, główną pryncypałkę swą panią jenerałowę Orczyńską. Nie wiadomo z pewnością czy Icko gawędę te rozpoczął ot tak sobie dla zabawienia swej głównej pryncypałki, czy może litością tknięty małą choćby żywił nadzieję, że ponieważ pani jenerałowa była sama Pompalińską z domu, zechce więc może przyjść z pomocą Pompalińskim zagrożonym żebraczą torbą. Co pewna, to że opowiadanie Icka uczyniło na pani jenerałowej nadspodziewanie silne wrażenie. Z niezwyczajną szczególniej uwagą słuchała tego co żyd mówił jej o Leosi, piękności jej, miłości dla ciotek i chęci niezmiernej dopomożenia im w czemkolwiek. Gdy Icko odszedł, pani jenerałowa zwinięta na swej kozetce w kłębuszek jedwabiu natykanego perłami i brylantami, długo dumała nad czemś z bastystową chustką włożoną do ust i z oczami zielonkowato błyskającemi. Nagle wyprostowała się i zawołała ze zwykłym sobie śmiechem.
— Panna do towarzystwa!
Na ten okrzyk załopotała skrzydłami papuga u okna i powtórzyła z chrapliwym śmiechem. — Panna do towarzystwa!
— Pompalińska będzie panną do towarzystwa! zwrócona do papugi swej krzyknęła jenerałowa.
— Pompalińska... zaczął odpowiadać ptak.
— Płatną! płatną! panną do towarzystwa!
— Płatną! płatną! coraz głośniej wrzeszczała papuga.
— Płatną panną u biednej Cecylii-sieroty!
— U biednej Cecylii!
— Sługą jej! chi, chi, chi!
— Sługą, sługą, sługą jej, chi, chi, chi! krzyczało u okna chrapliwe echo. Jenerałowa milczała chwilę aż ciszej i nie do papugi, lecz do siebie samej wyrzekła.
— Pan Światosław będzie kontent! bardzo kontent!
— Światosław będzie kontent, kontent, kontent! przez długie parę minut skandował ptak.
W dwa dni potem stary sługa jenerałowej Ambroży, przywiózł do Bobrówki list do trzech sióstr Pompalińskich zaadresowany, a zawierający treść następującą: „Kochane waćpanny! dowiedziałam się że jesteście w wielkiej biedzie. Ale macie przy sobie synowicę, a Ja nie mam panny do Towarzystwa. Niech wasza siostrzenica zostanie u mnie panną do Towarzystwa, a Ja jej dam 400 rubli pensyi y dwie yedwabne suknie na rok. Dwieście rubli posyłam iako pułroczną pensyą waszej siostrzenicy. Jeżeli chcecie to nią sobie długi swoje popłaćcie, y ieżeli nie wystarczy to dam więcej z gury. A jeżeli nie chcecie to Mnie pieniądze proszę odesłać.“

Cecylya Orczyńska.

Leokadya jako zwykła lektorka ciotek, przeczytawszy im głośno list ten, zbladła śmiertelnie. Widziała ona parę razy w swem życiu panią jenerałowę i lękała się jej okropnie. Na myśl iż ma przebywać nieustannie w domu tej chudej, żółtej kobietki o bazyliszkowym wzroku, obwieszonej perłami, piórami i złotem, krew ścięła się w jej żyłach, a potem do oczu, wielką falą popłynęły łzy. Była to przecież krótka bardzo chwila, po której Leokadya powiódłszy dłonią po czole i podnosząc głowę rzekła pewnym głosem.
— Pojadę! będę służyć pani jenerałowej! niech ciocie biorą te pieniądze i płacą długi prędko! prędko! prędko!
Przy ostatnim wyrazie runęła na ziemię u stóp trzech przy sobie siedzących ciotek, a całując ich kolana i oblewając je łzami, urywanym głosem przypominała im wszystkie dobre, ciepłe chwile, które u boku ich spędziła, wszystkie dnie promienne i swobodne, które pod dachem ich lub wkoło ich ścian przeigrała, wszystkie pieszczoty słodkie i marzycielskie, które otrzymała od nich, wszystko co im była winna i czem one były dla niej i czem ona wzajemnie dla nich być powinna! Słuchając ją, trzy ciotki płakały i śmiały się na przemian, włosy jej pomarszczonemi dłońmi głaszcząc i rozpalone jej czoło pocałunkami okrywając. Potem uspokoiwszy się nieco, ciocia Anielka rzekła.
— Kto wie, zresztą czy tego wszystkiego Pan Bóg dla naszego dobra nie obmyślił? pani jenerałowa jest bogatą panią i daleką krewną naszą... będzie ci u niej i lepiej może niż u nas!
Ciocia Marynia ozwała się z kolei.
— Zapewne. Drogi Opatrzności niepojęte są dla nas. Być może iż Leosia w domu pani jenerałowej bawiąc, świetny los jaki zrobi.
Jedna tylko ciotka Brygida milczała. Będąc trochę poetką i trochę literatką, lepiej od sióstr pojąć ona mogła, co dziać się musiało w tej chwili w sercu młodej dziewczyny na ofiarę idącej, trafniej, bystrzej wnikała w posępne głębie gotującej się dla niej doli. Ale — i ona także nie sprzeciwiła się odjazdowi Leokadyi. Jeżeli kochała bardzo wychowanicę swą, kochała niemniej siostry swe i... siebie, a ofiara Leosi (ciotka Brygisia wiedziała dobrze, że była to ofiara) stanowiła jedyny ratunek od tułaczki, głodu i torby żebraczej dla sióstr jej i... dla niej!
Od owego czasu ośm lat upłynęło. Do Bobrówki wrócił spokój i dostatek, a mieszkanki jej, jak niegdyś, za dobrych, dawnych czasów, urządzały znowu wędliny, smażyły makagigi, piekły pierniki, a w zimie siadywały przy wesołym ogniu naprawionego już piecyka, w ciepłych tułubkach, z twarzami czerstwo wyglądającemi przy całkiem już białych włosach i okrywających je śnieżnych czepeczkach. Siostra Brygida pochyliła się tylko nieco i często zapadała na zdrowiu, a gdy młodsze siostry jej gwarzyły o Leokadyi wychwalając jej cnoty i chwaląc Boga za to, że jej miejsce zdarzył w takim dostatnim, pańskim domu, gdzie ptasiego mleka chyba niedostawać jej tylko mogło, jedna siostra Brygida smętnie jakoś kiwała głową, a niekiedy nawet to i gruba łza stoczyła się po więdniejących i coraz gęstszemi zmarszczkami okrywających się jej policzkach. Żadnej jednak z trzech tych kobiet na myśl nawet nie przyszło, aby Leokadyą przywołać znowu ku domowemu ognisku, a przez to pozbawić się głównego teraz źródła ich dochodu. Po odjeździe jej było w Bobrówce tak jak bywało wtedy, gdy jej jeszcze tam nie było. Piękne czarnookie dziecię przesunęło się tylko jak wiosenne błękitne widzenie przez żywot trzech starych panien, a na pamiątkę jakby zjawienia się swego, sypało teraz na nie dwa razy do roku, złotą rosę... To też gdy w wiadomem już terminie Leokadya przybywała do Bobrówki, ciotki witały ją płaczem radości, milionami pieszczot i czyniły jej prawdziwą owacyą z konfitur, powideł, pierników i t. p. arcydzieł złożoną. A gdy odjeżdżała żegnały ją również łzami, pieszczotami i spokojnie już potem wygrzewając się na słońcu letniem, lub przy piecykowym ogniu gwarząc, oczekiwały przez pół roku drugiego jej przybycia i drugiej raty...





ROZDZIAŁ IV.

I teraz także, Leokadya miała do odwiezienia ciotkom swym półroczną swą pensyą. O dość wczesnej przedpołudniowej godzinie, Pawełek przyjechał po nią i udali się razem do Bobrówki.
Pani jenerałowa zaś, ubrana prawie tak samo jak wczoraj, siedziała sama jedna w wielkim swoim salonie, na zwykłem swojem miejscu i oddawała się wcale osobliwemu zajęciu. Z mahoniowego stołu przed kanapą stojącego, zdjętą została lampa, a natomiast pokrytym on był od brzegu do brzegu najróżniejszemi, a bardzo cennemi klejnotami. Pani jenerałowa wyjmowała klejnoty z wielkiej, srebrem okutej szkatuły, przy niej na taburecie umieszczonej i układała je na stole jeden przy drugim, coraz jednak zmieniając szyk i symetryczność układu. Zrazu, ułożyła była rzędami regularnemi wszystkie bransolety, naszyjniki, kolce, brosze i fermoary, tak aby każde z nich, miało obok siebie podobnych tylko sobie przeznaczeniem i kształtem towarzyszy, potem w porządku tym wzorowym zaprowadziła wielki nieporządek, szmaragdy pomięszała z rubinami, brylanty z perłami, z brosz ułożyła gwiazdy, z bransolet łańcuchy, z kolców żyrandole i t. d. Potem jeszcze zgarniała je wszystkie i przesypywała w chudych, żółtych swych palcach i znowu je rozkładała i układała na stole najrozmaiciej. Zatrudnienie te zdawało się pochłaniać wszystkie władze czucia jej i myślenia, a jednak od chwili do chwili odrywała oczy od błyszczących przedmiotów swej zabawy i niecierpliwe spojrzenia rzucała na drzwi od sieni.
Niebawem też dał się słyszeć na dziedzińcu szelest sań pod dom zajeżdżających, drzwi otworzyły się i z wielkim szelestem jedwabiów wbiegła przez nie do salonu wysoka, bardzo zgrabnej kibici kobieta, w nadzwyczaj długiej i strojnej sukni, w malutkim kapelusiku zarzuconym na kunsztownie utrefione włosy. Była to wezwana przez jenerałową panna Żulieta Kniksowa.
Przybyła przebiegła salon bardzo szybko i bardzo wdzięcznym, elastycznym ruchem przypadła do kolan jenerałowej, pochwyciła jej rękę i poniosła ją do ust. W ręku jenerałowej znajdowała się właśnie wielka, przepiękna brosza brylantowa, której szpilka, w chwili właśnie dokonywającego się aktu całowania ręki, skierowała się tak jakoś niefortunnie, że przesunąwszy się po białym delikatnym policzku pani Kniksowej, zostawiła na nim lekko różowy ślad swego przejścia.
— Co to? zawołała jenerałowa, zadrasnęłam cię jakoś niechcący, Julietko! co?
— Nic to, nic najdroższa ciociu, harmonijnym niezmiernie, srebrnym głosikiem odparła przybyła, a jakby pragnąc dowieść że w istocie było to „nic“ raz jeszcze pocałowała z przejęciem się ciernistą rękę jenerałowej, poczem przysuwając fotel bardzo blizko do kanapy i w bardzo wdzięcznej pochylonej postawie siadając na nim, zaczęła:
— Wezwałaś mię, najdroższa ciociu! jestem na twe rozkazy!
Gdy wymawiała to, oczy jej czarne i iskrzące się pomimo że okalały je już roje owych niegrzecznych zmarszczek zwanych powszechnie motylkami, powiodły po stole nasłanym dyamentami i zaiskrzyły się jeszcze bardziej. Jenerałowa przekładała znowu brosze i bransolety milcząc.
— Nie uwierzysz najdroższa ciociu, zaczęła znowu przybyła, jaką radością napełnił mię list twój wczorajszy! j’étais folle de joie! Upewnił mię on naprzód o dobrym stanie drogiego zdrowia twego, najukochańsza ciociu, a potem każda literka ręką twą skreślona, jest dla mnie taką świętością! taką relikwią!
— Chi, chi, chi, zaśmiała się jenerałowa, nie spuszczając wzroku z kilku długich kolców, które układała na stole w kształt fantastycznego jakiegoś pająka; to bardzo pięknie! to bardzo czule! to dowodzi że masz wiele serca, Żulietto! wiele! wiele serca!
— O! najdroższa ciociu, westchnęła dama, gdybym go mniej mieć mogła, byłabym z pewnością daleko szczęśliwszą! ale to serce... to serce moje, które uderza zawsze tak silnie, tak gorąco do wszystkiego, co dobre i piękne!
Przy ostatnich wyrazach oczy pani Kniksowej tak uparcie już i tak ogniście wpatrywały się w ułożonego na stole brylantowego pająka, że w istocie wątpić nie można było ani na chwilę, że serce jej nadzwyczaj gwałtownie uderzało do wszystkiego — co piękne. Zarazem delikatny paluszek jej przesunął się zlekka po różowej szramce zakreślonej złośliwą broszką na białym jej policzku, która jakkolwiek była „niczem“, bolała znać trochę.
Jenerałowa, zwykłym sobie nagłym, nerwowym ruchem, odwróciła się od zabawiających ją dotąd klejnotów i wpijając wzrok swój w twarz przybyłej damy, najniespodzianiej w świecie zagadnęła:
— I cóż Żulietto, jakże tam twój towar kosztowny? czy i dotąd jeszcze nie masz na niego kupca?
Błysk rumieńca przemknął po zwiędłej trochę, ale pięknej jeszcze twarzy pani Żulietty. Niewiadomo tylko, czy zmięszało ją wspomnienie to o jakimś towarze, czy też przez jenerałowę na gorącym uczynku pochwycone zbyt trochę namiętne może przyglądanie się brylantowemu pająkowi.
— Towar? uśmiechnęła się jednak słodziutko i żartobliwie, nie rozumiem dobrze o czem mówisz, najdroższa ciociu!
— A przecież to bardzo zrozumiałe! chi, chi, chi! zachichotała pani domu; „trzy piękne córy... śmiała się dalej, trzy piękne córy było nas u matki!” Miałaś trzy piękne córy, Żulietto!
— Niestety! najdroższa ciociu! wtrąciła spuszczając oczy pani Żulietta, Sylwia i Romania nie były wcale pięknemi...
— A tak! tak! tamte były rozumne! miałaś tedy Żulietto dwie rozumne córki i jedną piękną... Rozumne wydałaś za mąż, ale piękna siedzi... co?.. chi, chi, chi! siedzi!
Oblicze pani Żulietty oblekło się wyrazem szczerego smutku.
— Niestety! szepnęła, przed tobą najdroższa ciociu, sekretów żadnych nie mam! Delicya kończy rok 23-ci, a dotąd jeszcze żadna się dla niej przyzwoita partya nie zjawiła. Po tych nieszczęsnych wypadkach... brak nam zupełnie młodzieży... odpowiedniej! przytem i smutny stan jej ojca i posag niewielki, zraża może niejednego... Drżę prawdziwie z trwogi, patrząc na tego anioła który...
— Otóż... otóż Żulietto ja dla twego anioła mam teraz partyą... chi, chi, chi! ale jaką partyą! Cała kula ziemska zazdrościć jej będzie, a panny Trzewikowskie i Kobyłkowiczówny żółtaczek podostają z zazdrości! chi, chi, chi!
Twarz pani Żulietty stała się jasną, bardzo jasną i radosną.
— O, najdroższa ciociu! zawołała giętką, wdzięczną kibić swą pochylając znowu do kolan jenerałowej, jakże wypowiem... jakże... comment pour-rai-je...
— Nie trzeba nic wypowiadać! nie trzeba nic wyrażać! a po francuzku... ja nie rozumiem! zapiszczała jenerałowa, potem zaś, przerywając nagle rozpoczętą rozmowę, zwróciła się znowu do swych klejnotów i przesypując je między palcami, zawołała:
— Czy bardzo dziś zimno? Żulietto.
Fani Kniksowa drgnęła cała na niespodziane pytanie to, z oczu jej strzeliła błyskawica niecierpliwości, najsłodszym jednak, najczulszym głosem swym, odrzekła:
— O, bardzo dziś zimno! najdroższa ciociu! ale tu... u cioci ciepło jak w niebie!
W ogromnym salonie jenerałowej, niezmiernie skąpo opalonym, zimno było w istocie jak w lodowni, a delikatne członki pani Żulietty, przebiegał od chwili do chwili, pod lekką jedwabną suknią, dreszcz febryczny.
— Jak w niebie? powtórzyła jenerałowa, ciepło jak w niebie! a zkądże ty wiesz Żulietto, czy w niebie ciepło czy zimno? chi, chi, chi!
Pod fałdami i falbankami jedwabnej sukni dreszcz febryczny wzmógł się na chwilę. Niewiasta ta jednak silną wolę mieć musiała, bo błyskawicznie prędko opanowała nieprzyjemne wzruszenie i całując znowu z wdziękiem nieopisanym rękę jenerałowej i srebrnie śmiejąc się, rzekła:
— Jakże szczęśliwą jestem, najdroższa ciociu, że cię widzę tak wesołą! Ale... dodała prostując się, chciałabym bardzo usłyszeć z ust twych ciociu, kto jest ten kogo...
— Czy lubisz papugi, Żulietto? zagadnęła jenerałowa, huśtając na pomarszczonym palcu cudownie piękną bransoletę, całą sadzoną wielkiemi rubinami.
— To jest... ciociu najdroższa... je ne sais... niewiem doprawdy.
— Ja bo lubię pasyami! pasyami! pasyami! czy widziałaś kiedy moją papuzię! śliczny ptak! mądry ptak! jedyny ptak! rozmawia ze mną jak człowiek! chi, chi! chi!
— O! kochane, drogie stworzonko, skoro umilić umie chwile twe, najdroższa ciociu! Ale, jakżebym rada była usłyszeć imię tego którego..
— A jakie imię męzkie najlepiej lubisz Żulietto, zagadnęła znowu kotka bawiąca się z myszką.
Dreszcz, dość gwałtowny już tym razem poruszył jedwabiami pani Żulietty. W tym salonie, ciepłym jak niebo, atmosfera stawać się zaczęła dla niej straszliwie kolącą. Pohamowała się jednak i tym razem ta mężna niewiasta i leciuchno wiodąc znowu paluszkiem po różowej szramce, z westchnieniem odrzekła:
— Niegdyś uwielbiałam imię: Adam! Ale odkąd najukochańszy Adam mój uległ tej strasznej chorobie dźwięk imienia tego przejmuje mię smutkiem...
— Chi, chi, chi! niewiadomo dla czego, ale ostro i przeciągle zaśmiała się jenerałowa. Adam! Adam! powtarzała, Adam, mąż twój! uwielbiałaś go Żulietto! uwielbiałaś!
— Był on dla mnie wszystkiem, choć niestety! jak pokazało się potem jasno, jam dla niego niczem nie była!.. Ale... najdroższa ciociu, jakżebym chętnie z ust twych usłyszała nazwisko tego którego przeznaczyć raczyłaś za męża dla mojej Delicyi.
Tym razem jenerałowa zwróciła się twarzą ku pytającej i odpowiedziała przeciągle:
— Nazywa się on: hr. Cezary Pompaliński.
Pani Żulietta zbladła i zarumieniła się naprzemian kilka razy.
— Hr. Cezary! powtórzyła bardzo cichutko, syn hr. Jarosława i hr. Wiktoryi!
Z oczów jej widać było, że cieszyłaby się ogromnie, namiętnie, gdyby.. mogła wierzyć. Ale nie wierzyła i zawołała:
— Najdroższa ciocia żartuje!..
— Nie! nie! nie! zapiszczała jenerałowa, ten osioł jest teraz w naszych stronach, sprowadzę go tu do siebie i poswatam z twoim aniołem! chi, chi, chi! z aniołem! wybornie sprzedasz towar twój, Żulietto, wybornie sprzedasz swój piękny towar! daleko lepiej niż sprzedałaś dwa rozumne towary!
Niebiańska nadzieja, przedświt nadniebiańskiej radości rozlała się po twarzy pani Żulietty. Tak uczuła się wzruszoną, że aż podniosła do ust drżących batystową chusteczkę.
— O, ciociu najukochańsza! jesteś opatrznością naszą! aniołem stróżem naszym!..
Jenerałowa mówiła, a raczej piszczała dalej.
— Jutro wydaję obiad... zaproszę dwadzieścia osób... napisz do swoich rozumnych córek, aby przyjechały... i jego zaproszę... przyjedzie najpewniej... Delicya niech ustroi się... niech ustroi się...
— Ciociu! aniele nasz! szeptała pani Żulietta z ustami przylepionemi do ręki jenerałowej, w której na szczęście nie było na ten raz żadnej broszy.
— On podobno bardzo głupi... piszczała dalej jenerałowa, bardzo głupi i romansowy! z miłości chce ożenić się! czy słyszysz Żulietto? chi, chi, chi! Pompaliński romansowy! złap go sobie dla Delicyi!
Po białem czole pani Żulietty mknęły chmury zamyślenia. Myśl jej i wyobraźnia snać już pracowały nad przyszłem zadaniem.
— A teraz, zawołała jenerałowa, jedź już sobie Żulietto, jedź! jedź! Uwielbiany twój Adam czeka na ciebie, a ja pójdę rozmawiać z moją papuzią!
Pani Żulietta szybko powstała z krzesła, tłumiąc w sobie spazmatyczny płacz i śmiech, który ją zwykł był ogarniać we wszystkich wielkich wydarzeniach jej życia, ucałowała raz jeszcze kolana i ręce „najdroższej cioci”, „Opatrzności swej”, „swego anioła stróża” i nie rzuciwszy już więcej przelotnego nawet spojrzenia na stół klejnotami okryty, wybiegła z salonu. W sieni, gdy owijała się sobolowem futrem usta jej drżały jak w febrze i mimowoli jakby szeptały: hrabina Pompalińska! hrabina Pompalińska!
Stawiając drobną stopę, na stopniu karety na saniach, wymówiła głośniej już nieco: hr. Delicya z Kniksów Pompalińska! A gdy drzwiczki powozu zamknęły się już za nią i konie ruszyły, upadła na poduszki karety, głośno już zawołała: hr. Pompalińska moja córka! i... zaniosła się serdecznym śmiechem!





ROZDZIAŁ V.

W tej samej prawie chwili, gdy pani Kniksowa po konferencyi z „najdroższą ciocią“ wracała do swych Białowzgórz, Pawełek po krótkich odwiedzinach oddanych ciotkom w Bobrówce, zbliżał się do Pompalina, tam to bowiem, jakkolwiek Pompalin hr. Mścisława był własnością, zamieszkał na czas pobytu swego na wsi, hr. Cezary. Było to już bowiem tradycyjnym niemal w hrabiowskiej rodzinie obyczajem, że każdy z członków jej na krótko do rodzinnego powiatu swego przyjeżdżający, obierał sobie rezydencyą w Pompalinie, niby w głównej stolicy królewskiego rodu. I nie dziw wcale, że tak było. Pompalin mógłby przynieść chlubę niepomierną niejednemu, choćby udzielnemu księciu. Zdala już, o wiorst kilka od miejsca tego, ukazywały się oczom przejeżdżających dumnie i szeroko na horyzoncie szarzejące mury, wznoszonego wciąż z mozołem a kosztem nadzwyczajnym małego Watykanu. Dziewięć ukończonych już wież i wieżyczek, strzelało ku niebu, a niżej nad ziemią wiły się pyszne, murowanemi słupami błyszczące sztachety, okrążające dokoła podwórza pałacowe, ogrody i parki, które to ostatnie jakkolwiek nie miały jeszcze czasu stać się starożytnemi, jakość swą wynagradzały sowicie ilością, albowiem posiadały, nie wiem z pewnością ile, ale bardzo coś wiele morgów kwadratowych obwodu.
Bryczka Pawełka podjeżdżając pod ściany pałacu onego, który zdala, wśród lekko tylko wzgórzystej okolicy miał pozór wyniosłej góry, wyglądała przy nim tak drobniuchną i zaledwie dostrzegalną, jak mała muszka przybiegająca pod stopy Himalai. Dostrzeżoną snać jednak została przez osoby znajdujące się we wnętrzu ceglanego olbrzyma, zaledwie bowiem Pawełek miał czas wyskoczyć z bryczki i wejść na wysoki, marmurem i złoceniami zdobny perystyl pałacu, wybiegł naprzeciw niego człek jakiś o twarzy wielce poważnej, a więcej jeszcze stroskanej i zniecierpliwionej. Był to pełnomocnik hrabiów; traktujący wtedy właśnie z izrelskimi faktorami i cudzoziemskimi nabywcami o sprzedaż Malewszczyzny.
— Na miłość Boga! zawołał człek ten poważny i stroskany, chwytając rękę Pawełka, gdzie pan byłeś tak długo? Szczęście to przynajmniej, że pan już przyjechałeś! Ja bo z hr. Cezarym sam już sobie dać rady nie mogę!
— O cóż chodzi? zapytał Pawełek.
— Ano o tę sprzedaż! Nabywca coś mi dziś zobojętniał dziwnie! zwleka umowę i widocznie wahać się zaczyna! Żydki szepcą między sobą ze szczególną jakąś tajemniczością, a jest między nimi i Icek Zelmanowicz, który przyjechał tu widocznie dla zepsucia nam interesu! Zdaje się, że stręczy nabywcy któryś z folwarków jenerałowej obiecując mu go za bajecznie nizką cenę! Stara sknera raz jeszcze widać chce hrabiemu podstawić stołeczek, o sknerstwie swem nawet zapominając! Wszystko to jednak byłoby niczem, gdyby hr. Cezary...
— Cóż hr. Cezary?
— A cóż? zrana bylibyśmy już dobili targu i podpisali umowę, ale... przecieć tu podpis główny hrabiego. On tymczasem, zaledwie pan nogą za próg stąpiłeś, wymknął się nam jak piskorz i kędyś przepadł. Rozsyłam za nim służbę po całym dworze... rozstąp się ziemio! niema hrabiego! W godzinę potem, znajdują go, zgadnij pan gdzie? oto w pasiece siedzi między ulami i słucha jak mu pasiecznik stary, oparty na kiju, bajdy jakieś opowiada. Idę sam do pasieki, przyprowadzam go do pałacu, i sadzam na fotelu pomiędzy sobą a kolegą moim, którego w pomoc tu sobie przywiozłem. Ale czasu upłynęło sporo kiedym ja puszczał się na wyszukanie hrabiego, Icko Zelmanowicz wkradł się do pałacu i poszeptał coś nabywcy, który znowu dawaj stroić kaprysy. Ja z nim w targi nowe, tu ustępuję mu coś, tu się z nim sprzeczam, tu kolega mój przemawia do jego punktu honoru, któryby mu zrywać nie pozwalał raz zawartej i nawet już spisanej umowy. Mój nabywca człek głowy nietęgiej, zgadza się znowu na wszystko. „Niech graf podpisze umowę“ mówi. Ja i kolega mój uradowani zwracamy się do fotelu, w którym usadowiliśmy byli hrabiego... fotel pusty! w ogniu sporów przestaliśmy na niego zwracać uwagę i wymknął się nam znowu...
— Gdzież jest teraz? zapytał Pawełek, który śmiał się słuchając opowiadania rozgniewanego prawnika.
W odpowiedź, prawnik wzgardliwym nawpół, nawpół gniewnym gestem wskazał w znacznej odległości od pałacu stojące murowane stajnie.
— Oto tam jest! rzekł. Słyszysz pan?
Od strony stajen dochodziły do uszu rozmawiających rozgłośne i raz po raz powtarzane klaskanie z furmańskich batów.
— Bawi się 23 letnie hrabiątko i ze stangretami na wyścigi idzie, kto głośniej z bata palnie! Idź pan po niego bo ja z pewnością już sam nie pójdę i póki życia nie zgodzę się nigdy więcej prowadzić jakikolwiek interes hrabstwa, w którym uczestniczyć będzie hr. Cezary. To dziecko! to idyota kompletny! Na ten raz jednak szkoda położonego już trudu. Zlituj się pan, przyprowadź go do pałacu, byleby prędko bo temperatura u nas tak ochładza się w oczach, że za lada chwilę interes może całkiem zamarznąć.
Rzekłszy to, prawnik bardzo pospiesznie cofnął się w głąb pałacu, a Pawełek skierował się ku stajniom, zkąd ciągle rozchodziły się odgłosy coraz zawziętszych klaskań z bata.
Ach! nie pierwszy to już raz „ce pauvre Cesar“ nabawiał otoczenie swe kłopotami podobnemi do tych których doświadczał teraz pełnomocnik hrabiowstwa, a niekiedy nawet i daleko większemi. Od samego dzieciństwa już spostrzegano nadzwyczajną, a wszechwzględną wyższość nad nim brata jego Mścisława i troskano się srodze o przyszły rozwój tak fizyczny jak umysłowy tej najmłodszej odrośli rodu. Był jeszcze w kolebce kiedy hrabina matka zdecydowała że Cezarek jej, dziwnem zrządzeniem Opatrzności, posiada członki ciała szczególnie jakoś grube i urodzeniu jego niestosowne, że głos którym przywoływał ku sobie swą karmicielkę, niepojęcie był niedystyngowanym, a oczy któremi patrzeć zaczynał na świat Boży, nie objawiały tego geniuszu, tej szlachetnej dumy, któremi odznaczały się oczy Mścisławka, gdy był w tej samej porze swego życia. Smutne słowa te powtórzył za panią hrabiną dom cały, tak że gdy mały Cezarek zaczynał pierwsze drżące kroki stawiać po powierzchni ziemskiej, ogólnie już przyjętą i zdecydowaną rzeczą zostało iż jest on dzieckiem upośledzonem nic wcale na przyszłość nie obiecującem, ciężkiem zmartwieniem dla swej dostojnej matki i srogą groźbą dla chwały i honoru całego swego dostojnego rodu. Mniemanie to potwierdzały z kolei wszystkie bony i guwernantki, którym powierzaną bywała piecza nad dwojgiem hrabiowskich paniąt, potwierdził je następnie i l’abbé Lamkowski, gdy tylko zajął się prowadzeniem dalszej ich edukacyi, hrabina — matka zaś wzdychała ciężko za każdem spojrzeniem na młodsze swe dziecię i niosąc chustkę do oczu, szeptała: o! jakże nieszczęśliwą jestem matką! zdaje mi się doprawdy... że... gdybym nie lękała się zgrzeszyć... nie lubiłabym jednego z synów moich!
Bardzo być może, iż pomimo obawy swej, pani hrabina dopuszczała się grzechu nielubienia małego, a potem już i podrastającego Cezarka. Dziwnem to jest na pozór, a jednak najzupełniej prawdziwem, że serca matek posiadają niekiedy bardzo energiczne preferencye swe i wstręty. Nie zdarza się to wprawdzie wśród zdrowego, pracującego plebsu, ale wśród nerwowego, trochę niby rozkapryszonego patrycyatu, zdarza się dość często. Było to w istocie dziecię niezgrabne, nieśmiałe, nadzwyczaj w sobie zamknięte, z pojęciem tak mało rozwiniętem, że nigdy, pomimo usiłowań wszelkich nauczyć się nie mogło ortograficznego pisania po francuzku, z krtanią tak barbarzyńsko urządzoną że nigdy francuzkiego dostatecznie po paryzku wymówić nie mogącą. Siadywało sobie bardzo często dziecię to w najciemniejszym kąciku pałacowej komnaty i w czasie gdy starszy brat jego świetniał już wszelkiemi wdziękami i słynąć poczynał miłemi swawolami dorastającego młodzieńca, pogrążało się na długie godziny w biernej i bezczynnej nieruchomości. Wtedy przechodząca przez komnatę hrabina-matka, zapytywała niecierpliwie.
— Cesar? à quoi donc penses-tu?
A młodziutki hr. Mścisław w zastępstwie brata odpowiadał.
— Mais maman, Cesar ne pense à rien du tout!
I zakorzeniło się to głęboko w przekonaniu hrabiny że: Cesar ne pensais jamais, à rien du tout! Cały dwór, cała rodzina powtórzyły pacierz za panią matką.
Ale im dalej w las, tem więcej drzew. Co to było, gdy Cezarek doszedł już do lat 17 i 18-stu i powinien był, na wzór brata swego i innych rowieśnych paniąt, zacząć uczęszczać w salonach, strzelać do celu, jeździć konno, oddawać się słowem różnym tym podobnym rozrywkom i egzercycyom tradycyjnie w obyczaj młodych paniąt weszłym! W salonach jakkolwiek kości jego rozrosły się potężnie, a wzrost o wiele przenosił skalę wzrostu braterskiego, hr. Cezary znikał, kompletnie znikał, był tak jakby go nie było, kurczył się jakoś, zwężał, za konsole i za fortepiany właził zupełnie tak jakby grał w chowanego, milczał jak ryba, a gdy zmuszonym już był do mówienia, wyrażał się nadzwyczaj ordynaryjnie i na domiar nieszczęścia wciąż mówiąc rękom swym się przyglądał, rękom które nad wyraz grubiańsko były duże, kościste i czerwone. Uczono go konnej jazdy! Biada! Pomimo najgorliwszych starań, najbieglejszych mistrzów ekwitacyjnej sztuki, młody hrabia dosiadał zawsze konia nie po łacinie już nawet, ale zupełnie, doskonale po hebrajsku. Podskakiwał na siodle i podskakiwało pod nim siodło, widzowie tłumili śmiech szalony, a patrząca przez okno hrabina dostawała spazmów.
Ale dwa już szczególniej wydarzenia zaryły się głęboko w bolejącą pierś tej nieszczęśliwej matki i do reszty już odwróciły serce jej od młodszego jej syna. Mając lat 19, hr. Cezary zakochał się w pannie służącej hrabiny, ślicznej szlachcianeczce zagrodowej, jasnowłosej, błękitnookiej, czułej, marzącej i co wieczora przy świetle księżycowym, u otwartego okna garderoby, bardzo smętnie grywającej na gitarze!.. Zakochał się w niej nie na żarty wcale, ale tout de bon, jakby w równej sobie... formalnie i z najgłębszem uszanowaniem, z najniepokalańszą skromnością konkurował o jej serce, całował ją w rękę, rumienił się na jej widok, wzdychał i spuszczał oczy, gdy była przy nim. Avec ce pauvre Cesar, żartów nie było jak nie było głupstwa, któregoby nie można po nim się spodziewać. Mścisław! to co innego! on umiał rzeczy podobne brać z góry sobie, po rycersku i obchodzić się z niemi jak należało! Odprawiono więc pannę służącą i wysłano ją bardzo daleko, a hr. Cezary dostał po jej odjeździe gwałtownego tyfusu i omało życiem nie przypłacił swej niepojętej głupoty.
Innym znów razem, pełnoletni już zupełnie bo 21 lat mający hrabia, przypatrywał się na Ujazdowskim placu odbywającej się tam corocznie ludowej zabawie. Widok pajaców, huśtawek i djabelskich młynów, zdawał mu się sprawiać rozkosz niewypowiedzianą, śmiał się i klaskał w ręce wraz z tłumem w sposób nadzwyczajnie głośny i zupełnie nieprzyzwoity, najbardziej jednak podobały mu się włażenia na słup mydłem posmarowany, przez kominiarzy i mularskich czeladników dokonywane. Patrzał na te mniej lub więcej powodzeniem uwieńczane akrobatyczne próby, zapał ogarniał go co raz większy, coraz pustsza porywała wesołość, aż nagle, w chwili właśnie gdy mularczyk jakiś dosięgłszy już połowy słupa, zsunął się po nim na ten padół płaczu, z szybkością nadzwyczajną i wśród śmiechów a gwizdań gawiedzi, hr. Cezary poskoczył do słupa, zawołał: i ja spróbuję! i już już zdejmował z siebie angielską bonżurkę, a nogi swe ogołocił z paryzkiego obuwia, aby ramionami słup omydlony objąwszy, puścić się w górne zawody z kominiarzami i mularczykami, gdy na szczęście obecny przy nim zwykle we wszystkich publicznych okazyach Pawełek, w porę go za ramiona uchwycił opierającego się i błagalnie o swobodę działania proszącego gwałtem prawie do ubrania się i ozucia napowrót przymusił i od nieszczęsnego słupa w dal odprowadził. W tłumie wydarzenie to narobiło wiele wrzawy. Palcami pokazywano sobie hrabiego, który chciał włazić na słup igrzyskowy po sladach jednego kominiarza i dwu mularczyków; jedni śmieli się do rozpuku, inni płakali z rozczulenia a majster jakiś szewiecki podobno, stary i nawpół pijany, wyszedłszy z tłumu dopędził umykającego już pod przemocą Pawełka hrabiego-demokratę i w znak że chęci jego pobratania się z ludem gorąco poważa i akceptuje, wziął go w ramiona swe i oba policzki jego kilku głośnemi pocałunkami zaopatrzył. Hrabina Wiktorya zaś w towarzystwie księżnej B. powozem i bardzo powoli plac objeżdżając, widziała przez lornetkę całą tę eskapadę syna, a przy wieńczącym ją akcie, to jest przy udzielonym synowi jej uścisku brata w Chrystusie, majstra szewieckiego — zemdlała.
Na wszystkich powyższych danych opierając się, wszyscy członkowie rodziny uznali jednozgodnie, iż hr. Cezary obejść się i rozrządzić stosownie wielkim, przypadającym nań majątkiem nie potrafi i że najwyższą nieopatrznością rodziny, byłoby pozostawienie steru majątku tego we własnem jego ręku. Jakkolwiek więc, wnet po dojściu do pełnoletności obu braci, dział poojcowskiej ogromnej fortuny, dokonanym pomiędzy nimi został zupełnie formalnie i oficyalnie, za sprawą jednak przezornych a troskliwych starań hrabiny-matki, stało się tak, że hr. Mścisław otrzymał z działu tego dwa razy więcej niż brat jego. Hr. Cezary nie protestował bynajmniej, owszem dowiedziawszy się od matki i pełnomocnika familijnego, że jemu przypadła w udziale Malewszczyzna z pięciu folwarkami innemi, a Mścisławowi Pompalin z małym Watykanem, dziesięć innych folwarków, jakoteż kapitały będące, lub być kiedy mogące własnością ś. p. ich ojca, nietylko że w dziale tym żadnej ujmy dla siebie nie dojrzał, ale matkę swą bardzo pokornie i czule w rękę pocałował — a pełnomocnikowi dłoń bardzo serdecznie uścisnął, dziękując im za trudy, które około załatwiania interesów jego ponieśli. Co więcej! Malewszczyzną i pięciu folwarkami hr. Cezary nie rządził bynajmniej osobiście. Rządziła niemi rodzina. Wydzierżawiano je, sprzedawano, dochody z nich pobierano na mocy pełnomocnictw, jak najobszerniejszych, które hr. Cezary wydawał bez chwili wahania każdemu, komu powiedziano aby je wydał; jemu zaś dawano pensyą miesięczną, ale której drobną zaledwie część powierzano własnym jego rękom, resztę oddając pieczy osób nierozłącznie do osoby hr. Cezarego przywiązywanych, od paru lat Pawełkowi najczęściej. Każda z osób tych do osoby jego przywiązanych, miała sobie za obowiązek dostarczać hrabiemu wszystkiego czegoby potrzebował, składając następnie innym członkom rodziny ścisły rachunek z sum wydanych. Było to tedy coś niezmiernie podobnego do kurateli nad młodym hrabią rozciągniętej. Ale młody hrabia nie protestował, a przynajmniej nic nie mówił nigdy i nic nie czynił takiego, coby na najlżejszy protest zakrawało. Być może zresztą, iż nie mówiąc i nie czyniąc nic myślał sobie to i owo, jakkolwiek przypuszczenie podobne wydawać się mogło więcej niż wątpliwem, w obec przyjętego raz na zawsze i przez całą rodzinę przekonania, że „ce pauvre César ne pense jamais à rien du tout“.
A przecież hr. Cezary, jakkolwiek skromny w swych gustach, miał także długi szereg ulubionych sobie rozrywek. Jedną z nich np. było zakupywanie na mieście całych koszów jabłek lub bułek i rozdawanie ich ubogim ulicznym dzieciom, które znały go wybornie i gdzie się tylko ukazał gromadami go otaczały. Drugi rodzaj rozrywki stanowiło przysłuchiwanie się różnym gminnym baśniom i legendom opowiadanym przez stare, na progach miejskich domostw wygrzewające się babulki, lub starych, siwobrodych, wiejskich dziadów. Lubił też bardzo hr. Cezary gdy był w mieście, przyglądać się zabawom ludowym i płatać wśród zbiorowisk tych różne takie figle, jak np. wkładanie ukradkiem do kieszeni obdartych, kulejących staruszków dziesięciorublowe asygnaty, albo chwytanie z tyłu za włosy biegnące do dobroczynnego zakładu dzieciaki w różowych lub niebieskich bluzach i całowanie w chude, bledziuchne ich twarzyczki. Na wsi nie było dla niego większej przyjemności, jak zarzucać snopy w stodole lub grabić siano na łące z młodymi wieśniakami i rozmawiając z nimi w ludowem ich narzeczu, śmiać się do rozpuku z konceptów ich i żartów.
Takie to były upodobania i taki sposób życia hr. Cezarego. Nie dziw więc, że hr. matka jego, tyle łez z jego przyczyny wylała, tyle wstydu przeniosła i całej jego tak fizycznej jak moralnej organizacyi inaczej sobie wytłómaczyć nie mogła, jak przez rodzaj wyrodzenia się jakiegoś, a raczej wrodzenia się w któregoś z antenatów, z linii męzkiej naturalnie, przez to słowem zjawisko, które w języku naturalistów od niedawna otrzymało nazwę atawizmu. W istocie; w tej chwili np. patrząc na hr. Cezarego jak stojąc u roztwartych na oścież drzwi stajni, z szerokiemi ramionami swemi, długą, kościstą twarzą, ręką swą dużą, kościstą, czerwoną, rozwijał w całej długości wielki bat furmański, aby zamaszyście przerżnąwszy nim powietrze, tryumfująco potem spojrzeć na idącego z nim w zawody młodego stangreta, nie można było powstrzymać się od myśli, że tak właśnie, a nie inaczej, wyglądać musiał poczciwy, barczysty i kościsty pradziad flisak, gdy stojąc na przodzie wiciny, rozbijał fale rzeczne ogromnym rudlem i śmiejąc się do towarzyszy swych, wołał z całego gardła: ho ha! hej, hoha!
— Wyżej paniczu! szerzej paniczu! silniej, silniej paniczu! śmiejąc się serdecznie, wołała do młodego hrabiego otaczająca go liczna drużyna stangretów i stajennych posługaczy.
— Paniczu! paniczu! mój mi się rozchorował, a ja na doktora i na lekarstwo dla niego nie mam! zapiszczała mu za plecami wiejska jakaś baba.
— Paniczu! mnie pan rządca konia zajął w szkodzie i nie oddaje! kłaniał mu się do stóp wieśniak w sukmanie, z dziedzicznej jego Malewszczyzny przybyły. Dwoje czy troje dworskich dzieciaków stało tuż przy nim i niecierpliwie zdawało się czekać zakończenia paniczowej zabawy z batem, aby go o coś poprosić czy też może bez proszenia od niego coś dostać. Jakoż na piskliwy głos baby i uniżoną prośbę wieśniaka, hr. Cezary nie wypuszczając z ręki bata przestał nim jednak w powietrzu wywijać. Zwrócił się naprzód ku babie ale tu, oko w oko spotkał się z przybyłym od strony pałacu Pawełkiem.
Zmięszał się widocznie.
— Co ty tu robisz, Cezary? zagadnął Pawełek, który młodszego z kuzynów swych nie tytułował tak jak starszego.
— Mój Pawełku, odparł młody hrabia, żebyś ty wiedział jak oni mię tam znudzili!
Stosowało się to zapewne do prawników i innych osób obradujących nad interesami majątkowemi hrabiego, w pałacu.
— Hrabio! uroczyście wyrzekł Pawełek, zapominasz ciągle o tem kim jesteś!
Młody hrabia smutnie wstrząsnął głową.
— Kimże ja jestem! no, kimże ja tam jestem, szepnął.
— Rzuć no ten bat, Cezary! zadysponował Pawełek.
Po krótkiej chwili wahania się ze strony hrabiego, bat leżał na ziemi.
— A teraz chodź do pałacu!
— Aj mój Pawełku! byle nie tam! no proszę cię pójdziem na spacer... tam wiesz do tego wzgórza z którego widok taki piękny!
— Pójdziemy tam potem. Teraz trzeba interesy ułatwić.
— Aj te interesy! żebyś wiedział Pawełku jak mi już one kością w gardle stanęły!
— Nieunikniona to odwrotna strona twej wielkości, mój drogi! Ale pomyśl tylko co powie pani hrabina i co powiedzą twoi stryjowie jeśli tak świetny interes z twojej przyczyny do skutku nie przyjdzie.
Uwaga ta zastanowiła snać mocno młodego hrabiego, bo stał chwilę ze spuszczoną głową, potem westchnąwszy zcicha, rzekł:
— No to już pójdę!
Na ganku pałacowym, dwóch nadchodzących mężczyzn, spotkał pełnomocnik z wielce posępną twarzą.
— Wszystko przepadło, panie hrabio! rzekł, daliśmy czas żydom do intrygowania, nabywca stanowczo usunął się od interesu i wnet odjeżdża... Gdyby pan hrabia był zrana podpisał umowę, klamka by zapadła, ale teraz... ja ręce od wszystkiego umywam i opiszę pani hrabinie i panu hrabiemu jak wszystko było.
Rzekłszy to pełnomocnik zstąpił z ganku i śpiesznie oddalił się ku oficynom, hr. Cezary zaś pozostał na miejscu jak skamieniały.
— Pawełku! ozwał się po chwili zcicha. Ja nie wiem co to będzie...
— Z czego? zapytał Paweł.
On to zrobi z pewnością... on napisze do mamy i do stryja, że ja siedziałem w pasiece i klaskałem z bata pod stajnią, kiedy trzeba było podpisywać umowę...
— No, naturalnie że napisze... ale i cóż ztąd?
— Stryj jak stryj... ale mama będzie znowu gniewała się bardzo na mnie.
— Będzie z pewnością! ale i cóż ztąd? powtórzył Pawełek.
— Jakto cóż ztąd? czyż ty nie wiesz mój Pawełku jak mi przykro kiedy mama gniewa się na mnie...
— Zdarza się to jednak dość często.
— Zawsze Pawełku. Od dzieciństwa mego nie pamiętam mamy inaczej jak rozgniewaną na mnie... Nie łaje mię wprawdzie, nie bije... ale wolałbym żeby wyłajała mię, a nawet wybiła, niż słyszeć wiecznie jak mówi do mnie: „mon pauvre Cesar, ta n’es bon à rien du tous!“
Rozmawiając tak weszli do jednego z pałacowych salonów.
— Mój Boże! ciągnął młody hrabia, czyż jabym chciał martwić kogo, a tembardziej mamę? Jestem bon à rien, sam to czuję, ale cóż zrobić, kiedy mię już takim stworzyła natura...
— Kto wie czy natura! szeptał do siebie Pawełek.
Hr. Cezary miał łzy w oczach.
— Ot i teraz np. ciągnął, z tą sprzedażą Malewszczyzny... będą na mnie gniewali się... Mścisław mię wyśmieje...
— Bo też dobrzebyś zrobił Cezary, żebyś raz już przestał tak bardzo zważać na te wszystkie gniewy i wyśmiewania i tak bardzo czuć nad niemi...
Hrabia pokiwał głową.
— Dobrze ci tak mówić Pawełku, ale gdybyś był na mojem miejscu...
— Czy myślisz doprawdy, panie hrabio Czółno-Don don Pompaliński, że jestem szczęśliwszym od ciebie? uśmiechnął się Pawełek.
— Sto razy, tysiąc razy szczęśliwszym! mój Pawełku i chciałbym bardzo być na twojem miejscu!
Pawełek rozśmiał się zrazu, potem jednak rzekł poważniej.
— Być może zresztą iż masz słuszność; ale dodał, pomimo wszystkiego co cię czeka w niedalekiej przyszłości, lepiej się stało żeście Malewszczyzny nie sprzedali...
— Dla czego? zagadnął Cezary.
— Dla tego, że byłby to z waszej strony zły uczynek, zagadkowo wytłómaczył Pawełek.
Hrabia otworzył nieco usta: zadumał się nad słowami towarzysza długo i głęboko. To i owo mignęło mu snać przez głowę, w niewyraźnych zapewne zarysach, bo z lekkiem wahaniem w głosie odpowiedział przecież.
— A prawda! Czoło jego rozjaśniło się nieco. — No dobrze przynajmniej i to! rzekł, tylko że... że widzisz mój kochany, mama i stryj znajdą sobie innego nabywcę i Malewszczyznę sprzedadzą...
— Dla czegóżby tak koniecznie?
— No, dla tego, że jak powiadają, nie mógłbym, nie umiałbym zarządzić majątkiem, a z pieniędzmi to jakoś łatwiej... złożą je dla mnie na banku i... i... będą mi dawać procenty... wytłómaczył Cezary.
— Ależ Malewszczyzna jest twoją własnością, Cezary, twoją najprawowitszą własnością...
— To i cóż ztąd, Pawełku?
Pawełek rozśmiał się.
— Mój drogi, rzekł, od dwóch lat już pracuję nad tem ile sił mi staje, ażeby z dziecka przerobić cię na męża a ty...
W tej chwili stary, zaufany kamerdyner hrabiny-matki, jedna też z nieodłącznych od osoby hr. Cezarego nianiek jego, wniósł na tacy list do młodego hrabiego zaadresowany, a szczególny pozór mający. Była to szmatka grubego, szarego papieru, w fantastyczny kształt jakiś złożona, którą Pawełek z ciekawością roztworzywszy przeczytał co następuje:
„JW. Panie hrabio państwa Rzymskiego, Cezary Ponmpaliński!
„Dowiedziawszy się że kochany Waćpan yesteś w tych stronach, zapraszam Waćpana do siebie na yutro na obiat. Kochany Waćpan mnie nie znasz ale Ja yestem Waćpana krewną y kobitą yestem y starą yestem. Jeżeli tedy mnie odmuwisz będziesz bardzo niegrzecznym kawalerem i hrabią.

„Cecylija z Pompalińskich
Jenerałowa Orczyńska“.

Cezary wysłuchawszy treści listu struchlał cały, Pawełek zaszedł się od śmiechu.
— A to szczególna fantazya tej starej czarownicy! czego ona chce od ciebie?
— Mój Pawełku! cóż ja teraz zrobię?
— Ja nie wiem. Pani jenerałowa jest w bardzo złych stosunkach z twoją rodziną i stawia jej stołki, gdzie i kiedy tylko może!
— Otóż to! mama gniewałaby się może...
— Z drugiej jednak strony, jest to kobieta i stara do tego i krewna, nie wypada więc może młodemu jak ty człowiekowi odmawiać...
— To prawda! ale jak tu zrobić?
Pogrążyli się obaj w zamyśleniu; nagle hr. Cezary poskoczył na krześle.
— Wiem już, wiem jak zrobić! zawołał, trzeba napisać do mamy, albo do stryja Światosława i zapytać się jak zrobić!
— Wstydź się Cezary, mówić tak bez zastanowienia żadnego, upomniał pupila swego Pawełek; odpowiedź z Warszawy przyjśćby mogła najprędzej za dni pięć, a jenerałowa zaprasza cię na jutro...
— A prawda! potwierdził zmartwiony niepowodzeniem pomysłu swego hrabia.
— Wiesz co? Cezary, zaczął Pawełek po chwili namysłu, nie wypada żadnym sposobem, abyś nie jechał... Dla kobiety, a do tego starej, trzeba mieć zawsze pewne uszanowanie. Hr. Światosław będzie z pewnością tego samego zdania!...
— A mama? wtrącił nieśmiało Cezary.
— Tego to już nie wiem.
— Widzisz, Pawełku! ja boję się...
Zniecierpliwiony Pawełek porwał się z miejsca.
— Przestań że choć raz być dzieckiem, Cezary, zawołał. Przecież pani hrabina głowy ci nie zetnie i nosa nie oderwie...
Na to potworne przypuszczenie, Cezary parsknął śmiechem.
— A prawda, rzekł, tylko że widzisz ja wolałbym może aby mi kto nos oderwał, niż żeby mama mi powiedziała znowu: „mon pauvre Cesar! tu n’es bon à rien du tous!”
— To nie wierz temu gdy ci tak mówić będą...
Cezary smutnie wstrząsnął głową.
— Koniec końców zakończył Pawełek, do Odrzenic pojedziemy, choćby przez samą ciekawość, czego ta baba może chcieć od ciebie. Przytem i zgromadzenie będzie tam pewno liczne... zjeżdżają się do jej miljonów ludzie jak na odpusty...
— Aj Pawełku, zawołał hrabia, to ja tam nie pojadę!
— Dla czego?
— Kiedy będzie liczne zebranie...
— Mój Cezary, czyż jesteś dzikim człowiekiem?
— Nie, ale tak jakoś... nie chce się... widzisz bo mój kochany, mnie te wszystkie wielkie zebrania okropnie nudzą... nie rozumiem co w nich zabawnego... zjadą się... kłaniają się jeden drugiemu... siadają rzędem i... rozmawiają o pogodzie... już też każdy sam wie dobrze, czy słońce świeci, czy deszcz pada... Nie pojmuję po co o tem mówić! Potem... mówią sobie jeden drugiemu różne komplementy i... czy wiesz Pawełku? na własne uszy słyszałem jak ci co mówili najpiękniejsze komplementa różnym osobom, na innem znowu zebraniu, tak się z tych osób wyśmiewali, że ja... no ja, aż słuchać tego nie mogłem... Mama nawet,... ty wiesz Pawełku, że to święta kobieta... a nawet mama mówiła raz przy mnie pani baronowej K. że suknia jej jest de la dérnière élegance, a jak baronowa wyszła, powiedziała do Mścisława: cette pauvre baronne! wyglądała w swojej sukni jak straszydło na wróble! To też jak mi tylko ktokolwiek na jakiem zebraniu cośkolwiek miłego powie, zdaje mi się zawsze, że potem śmiać się ze mnie będzie... i co to w tem zabawnego, mój Pawełku, sam powiedz! Zresztą panny na zebraniach wyglądają tak zawsze dziwnie że... że jestem zawsze prawie pewny, że żadna z nich nigdyby nikogo pokochać nie mogła... Wszak ty Pawełku, jesteś daleko przystojniejszy odemnie i daleko rozumniejszy i dowcipniejszy, a pomimo to jak jesteśmy razem z tobą na jakiem zebraniu, wszystkie panny mnie wciągają do rozmowy z sobą, a ciebie nigdy żadna nie zaczepiła. Cóż to pięknego sam powiedz!
Wysłuchawszy słów tych z wielkim zapałem przez hr. Cezarego wypowiedzianych, Pawełek powstał, zbliżył się do kuzyna swego, pocałował go w czoło i popatrzył mu chwilę w oczy z miękkim jakimś wyrazem litości i sympatyi.
— Mój Cezarku! rzekł poważniej niż zwykł był mówić, powiedziałbym ci wiele, bardzo wiele o tobie samym i o tym świecie, którego tak nie lubisz... gdybym mógł. Ale nie mogę... już i tak hr. Mścisław napomknął mi raz, że cię buntuję przeciw familii, a to widzisz kochanku, z mojej strony, pachnie trochę zdradą... kiedykolwiek może sam oczy otworzysz, albo i ja ci w tem dopomogę, gdy przyjdzie stosowniejsza chwila... a teraz... — Teraz, dodał weselej, trzeba się nam na jutro do Odrzenic wybierać... Jesteś tak młodym że odmowna odpowiedź na zaproszenie kobiety wiekowej, byłaby z twej strony naprawdę nieprzyzwoitością wielką...
Rozmowa pomiędzy dwuma kuzynami, o pojechaniu lub nie pojechaniu do Odrzenic, wahała się jeszcze dość długo pomiędzy tak i nie, aż nakoniec za sprawą głównie Pawełka, tak przeważyło stanowczo.





ROZDZIAŁ VI.

W Odrzenicach nie widać było najmniejszych przygotowań, najlżejszego choćby krzątania się, które poprzedza zazwyczaj w domach wiejskich wszelkie liczniejsze zgromadzenie gości. Było to tem dziwniejsze, że w domu pani jenerałowej służba była bardzo nieliczna i pod względem płci męzkiej ograniczała się na starym kucharzu i również starym, bieluteńkim jak gołąbek lokaju, Ambrożym. Ów Ambroży rozmawiał z panią swą o przyjęciu oczekiwanych gości, nie więcej jak dwie minuty, szepnął z kolei coś bardzo lakonicznego staremu kucharzowi, poczem już ranek cały przepędził zupełnie jak przepędzał wszystkie inne ranki, z tą jedynie różnicą, że w wielkim bawialnym salonie, jak też i większej jeszcze sali jadalnej, wcale już dnia tego w piecach nie palił. Było to skutkiem wyraźnego rozkazu jenerałowej, która kończąc krótką swą konferencyę ze starym sługą, zawołała.
— W piecach nie palić, Ambroży! w piecach mi nie palić ani odrobinkę, ani krztę! Będzie im i tak ciepło! chi, chi, chi! Będzie im i tak gorąco!
W parę godzin po południu, jenerałowa siedziała już na swem zwykłem miejscu, w zimnem jak lodownia salonie, a zdala już odedrzwi można było dojrzeć aksamitną jej, jaskrawej barwy suknię, połyskujący na żółtej szyi gruby złoty łańcuch, z kosztownym medalionem i pąsowe pióro strusie, zdobiące aksamitny toczek, nad wysoko utrefionemi białemi włosami.
Wkrótce pod ganek domu zajeżdżać poczęły sanie różnego kalibru, a salon napełnił się towarzystwem nadzwyczaj wyborowem, samą najgęstszą śmietanką i samym najdelikatniejszym kwiatem towarzystwa, powiatu N.
Najpierwsi przybyli tam trzej bracia Tynf-Tutunfowiczowie. Młodzieńcy ci byli pod wszelkiemi zewnętrznemi względami extrémement bien a tylko osoby bliżej ich znające, odejść nie mogły ze zdziwienia zapytując siebie: jakim sposobem trzymać się oni mogli dotąd na tak cienkich nogach i na tak zrujnowanych majątkach? Co do pierwszego zagadnienia, rzecz rozstrzygała się znanem już powszechnie na Litwie przysłowiem o pewnym gatunku ludzi, których Aniołowie na rękach noszą, drugie wyjaśniało się również przysłowiem czysto litewskiem, opiewającem, iż... mędrcami opiekuje się Bóg. W istocie, nad rujnującą się wciąż ojcowizną trzech młodzieńców, (jakie to rujnowanie się postępowało na linii zupełnie równoległej ze zwężaniem się ich przyrządów chodzenia), wyraźną pieczę swą rozciągała Opatrzność. Ile razy bowiem już, już ojcowizna ta rozpaść się miała w gruzy ostateczne, spadł na nią testamentem zapisany, lub ciepłą ręką ofiarowany dar bogatej cioci jakiejś, wuja, stryja, lub kogoś podobnego i rozpadające się kawałki gmachu jako tako sklejał na nowo. Rujnował się on potem znowu gmach ten i znowu przybiegała mu zkądcić cudowna jakaś pomoc i podpora. Trwało to tak już oddawna i bracia Tutunfowiczowie głęboko wierzyli, że trwać będzie zawsze, że jednak strzeżonego Pan Bóg strzeże i temu kto sam sobie pomaga, Pan Bóg pomocy swej udziela, trzej bracia nie spuszczając się bezczynnie i biernie, pomimo tylokrotnie doświadczonych cudów na łaskę Opatrzności, własnemi siłami gotowali sobie nowy na przyszłość ratunek, bardzo pilnie pielęgnując znajomość i bardzo gorliwie starając się o życzliwe względy pani jenerałowej, z którą zostawali w niejakich stosunkach powinowactwa przez matkę swą urodzoną z Orczyńskiej, stryjecznej siostry nieboszczyka jenerała. I teraz także po długiej peregrynacyi przez lodowaty salon, dosięgłszy miejsca na którem stała znana i słynna w powiecie szeroka staroświecka kanapa, trzej młodzieńcy (najstarszy z nich przeszedł już granice wieku nazywanego Chrystusowemi latami), złożyli koleją pełne głębokiej czci, pocałunki na suchej, żółtej ręce pani domu i zajęli rzędem, trzy bardziej od kanapy oddalone fotele, bliższe miejsca, zwyczajem dystyngowanych i światowych kawalerów, pozostawiając damom.
Jakoż weszła wkrótce do salonu pani Sylwia Woryłłowa, najstarsza, (jedna z owych dwóch brzydkich) córka Żulietty Kniksowej. Mąż Woryłło, który na usilne domagania się swej małżonki i przez wzgląd na świętą spokojność domową, do poczciwego, szlacheckiego nazwiska swego, dodał niedawno chlubny przyrostek Jastrząb, nie tyle prowadzony, ile z pozoru sądząc, przemocą ciągnięty przez ukochaną swą Sylwię, z marsem na czole i ręką markotnie jakoś bujny wąs pokręcającą, miał pozór starożytnego niewolnika, prowadzonego na plac publicznych widowisk przez zwycięzkiego wodza. Ciągnąc z jednej strony męża, z drugiej pani Sylwia prowadziła dziesięcioletniego synka swego, a w takiem otoczeniu stanąwszy przed jenerałową, podobnie jak matka jej, nie tak tylko zgrabnie i lekko, do kolan, „najdroższej babci“ przypadła, poczem ten sam akt niewypowiedzianej czci i pokory dokonać rozkazawszy synowi swemu, obejrzała się na męża, ze spojrzeniem i gestem w szczególny sposób przypominającym ową grę dziecinną, której przywódzca oglądając się na resztę towarzystwa woła: „jestem majster Wirgili! co czynię czyńcie wy!“ Poczem za przewodnictwem majstra Wirgilego, dzieci przewracają krzesła lub wdrapują się na piec. Ale, zamiłowanie spokoju domowego, posuwało się w wielkim Worylle, do pewnego tylko stopnia; akt przypadania do kolan jenerałowej, przenosił widocznie siły jego i w najwyższym stopniu wydawać mu się musiał niestosownym, czy to ze względu niepomiernej wysokości i szerokości ciała jego, czy również wielkiej hardości duszy. Wszystko co zdołał wymódz na sobie, było to pocałowanie ręki jenerałowej, czyli raczej muśnięcie ręki tej bujnemi, szostkiemi wąsami, poczem wyjątkowy mąż ten, z wyjątkowo wśród wszystkich tych promieniejących twarzy schmurzonem czołem, oddalił się od kanapy tak szerokiemi krokami, jakby pragnął w tej chwili posiadać na nogach swych owe bajeczne siedmiomilowe buty i usiadł na ostatnim z rzędu fotelu, odgraniczonym od jenerałowej dziesięcioma, a od ostatniego z brzegu Tutunfowicza, pięcioma fotelami.
Na szczęście, pani jenerałowa nie miała czasu dostrzedz, a pani Sylwia skarcić spojrzeniem buntowniczego znalezienia się tego samotnego jak dotąd, członka opozycyi, otworzyły się albowiem drzwi i do salonu weszła pani Romania Trzewikowska, córka również pani Żulietty (druga z owych brzydkich) w podobnem jak siostra jej otoczeniu, liczniejszem tylko, bo oprócz męża, który ją prowadził i pięcioletniego synka, którego prowadziła za rękę, miała ona ze sobą ośmioletnią córeczkę, w białej, leciuchnej, mocno wygorsowanej sukience, cudnie piękne dziecko, a portret żyjący „najdroższej Babci“ jak wyraziła się pani Romania przyklękając (na wzór matki i siostry) przed jenerałową, przedstawiając jej córkę swą, której „najdroższa Babcia“ od kilku miesięcy już nie widziała i prosząc „Babcię“ o błogosławieństwo dla dziecięcia tego, które Pan Bóg tak cudownie opatrzył wszystkiemi aż do najdrobniejszych szczegółów rysami twarzy, czcigodnej i anielskiej jej prababki.
— Podobna! Julisia podobna do mnie! doprawdy! a to muszę być bardzo piękną, chi, chi, chi! nadzwyczaj ostro i cienko zapiszczała jenerałowa.
— Podobną jak dwie krople wody! najdroższa babciu! niech państwo potwierdzą! czyż moja Julisia nie ma w istocie tych samych oczu, tych ust, tego uśmiechu...
— Ależ najpewniej...
— C’est une ressemblance frappante!
— Żyjący portret pani jenerałowej! potwierdzili jednogłośnie bracia Tutunfowiczowie, za co obdarowanymi zostali przez panią Romanią bardzo wdzięcznem, przez panią Sylwią zaś, trochę jakby zjadliwem spojrzeniem.
— Niech mię piorun zabije, jeżeli widzę tu najmniejszy cień podobieństwa, mruknął na pustyni swej wielki Woryłło.
Niegrzeczne to à parte było szczęściem zbyt cichem, aby usłyszeć go mogła pani Sylwia. Pani jenerałowa usłyszała je może, bo dziwnie dnia tego błyszczącem i zielonkowatem okiem swem strzeliła ku odgrodzonemu od niej dziesięcią fotelami szlachcicowi. Ale Perła-Trzewikowski, mąż pani Romanii, ojciec ślicznej w istocie jak anioł Julisi, niepodzielający bynajmniej hypokondrycznych usposobień swego szwagra, ale odznaczający się przeciwnie nadzwyczajną łatwością humoru i giętkością charakteru, odkąd szczególniej został Perłą i posiadał swą ukochaną Romanię, odezwał się z żartobliwo-pieszczotliwym uśmiechem.
— I ktoby to pomyślał doprawdy, że pani jenerałowa jest już prababką!
— Dziesiąta woda po kisielu! zachichotała jenerałowa, dwudziesta woda po kisielu; chi! chi! chi! chi! Żulietta Kniksowa rodzi się ze Skórkowskiej, cioteczno-wujecznej siostrzenicy, mojej stryjecznej babki...
Odezwanie się to pani jenerałowej, czy to w skutek zawartego w niem, a trochę jakoś w złym guście brzmiącego nazwiska Skórkowskich, czy też dla onej przypomnianej dwudziestej wody po kisielu, rozluźniającej znacznie węzły pokrewieństwa z „najdroższą babcią“ zasępiło oblicza pań Sylwii i Romanii, mgłą lekkiej melancholii. Pomimo jednak lekkiego draśnięcia tego, które niemniejszą zapewne na sercach ich wyryło szramkę, jak na twarzy ich matki wczorajsze draśnięcie złośliwej broszy, — tkliwe te wnuki niewdzięcznej niekiedy babki, usadowiły dzieciny swe u jej kolan, w tak artystyczny i mistrzowsko wystudyowany sposób, że ze złożonemi rączętami, z twarzyczkami wzniesionemi ku żółtszej dziś, niż kiedykolwiek twarzy jenerałowej, wyglądały one jak grupa cherubinów z nadprzyrodzonem zachwyceniem wpatrujących się w oblicze Pana nad Pany.
Po wzroku Woryłły widać było, że radby on był wielce syna swego z grupy tej wyłączyć i ku sobie przywołać, ale wzrok ten spotykał się wciąż z oczami rozumnej Sylwii i w zniechęceniu smutnem ku ziemi opadał. Wkrótce zresztą, dla naprężonej tej nieco sytuacyi i urywającej się co chwilę rozmowy, nadeszła dywersya i pomoc w postaci nowo przybywających gości. Byli nimi dwaj młodzi Kniksowie, synowie pani Żulietty, a bracia trzech sióstr: Sylwii, Romanii i Delicyi, młodzieńcy będący także extrémement bien, epuzerowie jakich na te ciężkie czasy znajdzie się niewielu, stosownie też do wartości swej wysoko się więc ceniący od czasu szczególniej, gdy do nazwiska swego, trochę za krótko może i za ostro dźwięczącego, dodali przedłużający je i uszlachetniający przydomek Trzaska. Ojciec rodziny tej, Adam Kniks, ów uwielbiany Adam pani Żulietty, nic wcale o przydomku tym nie wiedział, albowiem przed urodzeniem się jeszcze jego, uległ jak wyrażała się pani Żulietta: „tej strasznej chorobie,“ czyli poprostu mówiąc, — zwaryował. Młodzi Kniksowie, po czołobitnościach złożonych ze swej strony „najczcigodniejszej babce“, połączyli się w jedno grono z Tutunfowiczami i Trzewikowskim, które to grono zwiększyło się niebawem, przybywającymi do kompanii, dwoma, czy trzema jeszcze mężczyznami.
Była to już tedy, z wyjątkiem pani Żulietty i Delicyi, które dotąd nie przybywały, cała jak wyrażano się najbliższa familia jenerałowej, zebrana w komplecie. Dalszej familii było jeszcze niezmiernie wiele, ale nie sprosiła ją do siebie na dzień ten pani jenerałowa, zkąd znowu członkowie familii sproszeni wyprowadzali sobie w myśli różne wnioski i pieścili się, powstającemi z wniosków, słodkiemi nad wyraz nadziejami. Całe towarzystwo to zresztą, ze strony kobiet naturalnie, odznaczało się tem mianowicie, że miało na sobie suknie niezmiernie strojne i bardzo nisko u szyi wycięte, znaczną obfitość klejnotów w rozmaitych miejscach tualety, z wyjątkiem rąk, z których na żadnej nie było więcej pierścieni nad jeden. Niech nikt przeto nie mniema, aby damy należące do śmietanki towarzystwa powiatu N. nie wiedziały o tem, iż suknie, nizko wycięte i znaczna obfitość klejnotów, nie wchodzą bynajmniej na wielkim świecie, w skład obiadowych tualet. Wiedziały one o tem doskonale jak o wszystkich zresztą innych prawidłach obowiązujących wielki świat, do którego przecież i same należały. Ale — wycięte suknie, klejnoty i samotne na palcach pierścienie, były to wszystko czułe i delikatnie wyrażane komplimenty dla jenerałowej, która widząc na otaczających ją osobach podobnie wierne odzwierciedlenie najdrobniejszych szczegółów swego stroju, jasno ztąd wnieść mogła, jak była kochaną, poważaną, i poczytywać się słusznie za królową nietylko już rządzącą sercami powiatu, ale i dyktującą jego — mody.
Pani Żulietta tymczasem i najmłodsza jej córka spóźniały się z przybyciem w sposób prawdziwie niepojęty. One! które tak pospiesznie przybywały zwykle na każde wezwanie najdroższej cioci i babci, teraz pozwoliły ubiedz się wszystkim, ale to wszystkim, całej najbliższej jej familii! Panie Sylwia i Romania, odejść nie mogły od zdziwienia i zaczęły przypuszczać, że cette chère maman, tak tkliwa zawsze, tak czuła, zachorowała może z nadmiaru serca, pierś jej przepełniającego, sama nawet jenerałowa, wydawała się niespokojną a nawet, prawdę mówiąc, formalnie złościć się zaczynała, czego dowodem było coraz żywsze trzepanie się jej po starej kanapie i coraz piskliwszym, a ostrzejszym głosem wydawane okrzyki.
— Gdzież jest Żulietta! cóż się stało z Żuliettą? czy nie wywróciła się czasem ze swoim aniołem do jakiego rowu, chi, chi, chi!
Otworzyły się w końcu drzwi ale zamiast oczekiwanych pań do najbliższej familii należących, wszedł przez nie stary Ambroży, a stanąwszy na środku olbrzymiego salonu, w kształcie anonsowania wykrzyknął tubalnym głosem.
— JW. Pan hrabia Cezary Pompaliński.
Gdyby od sufitu salonu spuścił się był sam Archanioł Michał i w znaną trąbę swą na sąd ostateczny uderzył, nie sprawiłoby to na zebraniu całem więcej piorunującego wrażenia jak owe nazwisko, przez starego Ambrożego, grobowym głosem ogłoszone. Wrażenie to posiadało kilka na raz przyczyn bytu. 1° Nikt nigdy nikogo w salonie jenerałowej nie anonsował, brzydziła się ona bowiem o tyle przynajmniej wszelkiemi ceremonijami światowemi co barwami żywych kwiatów i świeżą zielenią drzew rozłożystych. Zdarzyło się to więc po raz pierwszy, odkąd najbliższa familia, najbliższą krewną swą zapamiętać mogła, a zdarzyło się dla kogo mianowicie? Oto dla krewnego także i daleko bliższego, niż obecna tu najbliższa familija; wiedziano bowiem doskonale o tem, że Pompalińscy z Pompalina przypadali jenerałowej stryjeczno jakoś stryjecznemi, coś w drugim czy trzecim stopniu. 2° nigdy przenigdy żaden Pompaliński z Pompalina, stopy swej nie postawił na progu domu jenerałowej, odkąd została jenerałową i w Odrzenicach zamieszkała, zkąd pytanie: czego teraz ten przyjechał? czy w zamiarze starania się o względy swej krewnej? a więc nowy kandydat do konkursu i ogólne niebezpieczeństwo! czy może w zamiarach jakichś nieprzyjacielskich, impertynenckich, napastniczych? a więc wypadnie potrzeba niezbędna bronienia przed najezdnikiem najbliższą i najdroższą krewną — kłótnie, pojedynki może — w każdym razie, dla ludzi spokojność lubiących, nieprzyjemność wielka. 3° Pompaliński czemkolwiekby groził i w jakkolwiek niepojętych przybywałby zamiarach, był zawsze Pompalińskim, to jest kimś używającym (prawnie czy nieprawnie, ktoby tam w rzeczy podobne tak dalece chciał wchodzić,) używającym tytułu hrabiowskiego, dziedzicem majątku miljonowego, co najwięcej zaś mieszkańcem stałym stolicy i zagranicy, prawowitym członkiem wielkiego świata. Nie idzie za tem, aby zgromadzona tu najbliższa familja jenerałowej, nie uważała siebie samej za świat bardzo nawet wielki, ale każdy przecie ideał ma swe odcienia i stopnie... i tak gdy ideałem Pompalińskich i im podobnych było towarzystwo jaśniejące imionami Zamojskich, Lubomirskich, Sapiehów i t. p. szczęśliwców o których nie zapominali dawni bardzo kronikarze i historycy, ideałem Kniksów, Trzewikowskich, Tutunfowiczów, i im podobnych była sfera, w której bezsporne już i bardzo nawet szerokie miejsce zajmowali Pompalińscy. Wyżej nie śmieli oni sięgać, ale ku Pompalińskim — czemużby nie? I ten ideał jaśniał wprawdzie dość wysoko, ale nie tyle już wysoko, aby doń tęsknić, aby o nim marzyć, aby podług niego wzorować się nie było można. I tej to właśnie tęsknocie żywej do ideału, temu silnemu ku niemu pięciu się, przypisać należało doskonale żurnalowe ubrania zebranych tu członków najbliższej familji, dystynkcyą ich ruchów, makaronizmy ich mowy, wszystko słowem co czyniło ich tak bardzo, tak zupełnie, tak extrèmement bien. Ideał, panowie i panie, jest wielką, świętą rzeczą! I czegoż panowie i panie, wart jest człowiek, czegoż jest wartą społeczność nie posiadająca ideału swego? Owóż, nagle, niespodzianie, w pośród zgromadzoną śmietankę towarzystwa powiatu N. spadł pod postacią Pompalińskiego areolit, niby ze świecącego po nad nią słońca oderwany, spadł słowem — kawałek jej ideału! Było nad czem zamyślić się, i czego zblednąć i zarumienić się i dla czego fałdy sukni szerzej rozsunąć, lub wąsika sklejonego fiksatoarem w formę zaledwie już dostrzegalnych rożków ukształtować!
Jenerałowa także okazała się mocno zaniepokojoną. Nigdy przedtem nie spostrzegany u niej, ceglastej barwy rumieniec wybił się na jej żółte, zapadłe policzki, wyprostowała chudą drobniuchną postać swą jak strunę i — czekała.
Czekali wszyscy. Milczenie głuche zapanowało w salonie, który pomimo zgromadzonego w nim dość licznego towarzystwa wyglądał zawsze, jak step nagi i rozległy. Drzwi od sieni zamknięte po odejściu Ambrożego nie otwierały się jednak, za niemi niedosłyszalny dla osób w salonie będących toczył się mały dyalog następującej treści.
— Pawełku! wejdź ty pierwszy!
— Ale cóż znowu Cezarze! to nie wypada!
— Mój drogi Pawełku! tam tak dużo ludzi...
— Cóż ztąd? pomyśl że sam Cezary, kim ty jesteś a kim ja jestem...
— No kimże ja jestem? kim że ja tam jestem? Mój najdroższy Pawełku! jeżeli mię choć trochę lubisz wchodź pierwszy... ja za tobą...
— Zastanówże się! gdyby pani hrabina dowiedziała się o tem, że ja gdziekolwiek na świecie byłem pierwszym a ty drugim...
— Ale nie dowie się! z pewnością nie dowie się! mój Pawełku! jeżeli nie wejdziesz pierwszy, ja wrócę się do domu...
— Panie hrabio! chciej pan wejść do salonu! głośno i uroczyście zakończył dyalog ten Pawełek, zarazem otworzył drzwi na oścież i procederem bardzo podobnym do tego jakiego był użył niegdyś, w celu odprowadzenia kuzyna swego od igrzyskowego słupa, tylko najbardziej o ile być mogło ukrytym, wprowadził go, ściślej mówiąc, wepchnął do salonu.
Na widok wchodzących, a raczej wchodzącego, jenerałowa podniosła się z kanapy i ręką o stół wspierając się wpatrzyła się w zbliżającego się gościa jak w tęczę. Podniosła się z kanapy! myśleli sobie świadkowie sceny tej, dla nikogo przenigdy nie uczyniła tego! Wzruszoną jest widocznie, zdaje się nawet jakby nie wiedziała sama co czyni! czyliżby przywiązanie do tych stryjeczno-stryjecznych ozwało się w niej tak nagle i tak silnie! Biada nam!
Pawełek tymczasem, w pobliżu drzwi jeszcze szepnął kuzynowi swemu.
— Idź prosto ku wielkiej kanapie co pomiędzy oknami stoi! Maleńka dama z pąsowem piórkiem na głowie, to gospodyni domu!
Cezary kroczył tedy ku wskazanemu punktowi. Ręce jego, te wielkie, kościste ręce których widok do rozpaczy doprowadzał zwykle hrabinę Wiktoryą, nakształt dwóch, wątło przytwierdzonych wahadeł kołysały się po obu stronach czarnego jego fraka i czarnych również ineksprymablów według ostatniej mody uszytych, a siłę i bujny rozrost kształtów młodego hrabiego doskonale uwydatniających. Szapoklak pod ramieniem trzymany zsuwał mu się wciąż na żebra, a w celu przytrzymania go na właściwem stanowisku hr. Cezary czynił co chwila ramionami i całą górną połową korpusu swego rozpaczliwe wysilenia. Kiedy nakoniec stanął już u kresu wędrówki swej ciernistej, bo utkwionemi weń oczami ludzkiemi najeżonej, usta jego lekko były otwarte, a we wzroku malowała się bezdnia zmięszania. Głos jenerałowej przerwał nakoniec ogólną ciszę.
— Dziękuję, zaczęła, bardzo dziękuję kochanemu Waćpanowi za to, że zaproszenie moje przyjąłeś i dom krewnej swej nawiedzić chciałeś! Jesteś kochany Waćpan podobno faworytem swego stryja... prawem okiem, prawą ręką, przybranym synem pana Światosława! Bardzo pięknie! bardzo miło! bardzo chciałam kochanego Waćpana poznać! Zabawżeż się kochany Waćpan w domu moim wesoło! Oto rówiennicy Waćpana, młodzi kawalerowie jak i on: panowie Tutunfowiczowie, panowie Kniksowie, pan Trzewikowski, pan Korbyłkiewicz... bardzo proszę! bardzo proszę! bawcie się kochani Waćpaństwo! bawcie się!
Jednym tchem prawie wszystko to wypowiedziawszy, jenerałowa usiadła znowu na kanapie swej zdyszana, dziwnie zmieniona, rzekłby kto nawet, że trochę drżąca. Milczenie ogólne trwało po przemówieniu jej dość długą jeszcze chwilę. Jak po górach i wypukłościach falistego gruntu echo rozgłośne a ponure toczy się, leci i tysiąckrotnie powtarza dźwięk, który zabrzmiał w powietrzu, tak wśród obecnego tu zebrania od głowy do głowy toczył się, leciał i tysiąckrotnie, a ponuro w mózgach się odzywał, wyraz: Biada! biada! biada! Nikt przenigdy nie słyszał jenerałową przemawiającą takim stylem jak ten którym teraz do stryjeczno-stryjecznego bratanka swego przemówiła! a mówiąc nie zachichotała ni razu, ni razu głos jej nie zabrzmiał zwykłym sobie piskliwym tonem... i wzruszoną była — to widoczne — i gdy na kanapie swej już usiadła, ceglaste rumieńce wybiły się znowu na żółte jej policzki, a batystowa chustka do połowy-prawie ukryła się w drżących widocznie ustach... Tak; biada! ale także i... ideał, a raczej kawałek ideału spadły ze słońca wielkiego, stolicznego świata! I niech nikt nie ośmiela się twierdzić, że w naturze ludzkiej pierwiastki nieszlachetne biorą przewagę nad szlachetnemi, realizm nad idealizmem, interes materyalny nad wzniosłym, eterycznym popędem ducha! Zebrani goście widzieli w hr. Cezarym z jednej strony niebezpiecznego kandydata do konkursu, z drugiej odłam, odbłysk idealnego swego świata. I miłość dla ideału przeważyła nad instynktem złotochowawczym i powstali z miejsc swych pp. Tutunfowiczowie i pp.Kniksowie i etc., i otoczyli młodego hrabiego kołem na pozór poważnem i uprzejmem, w gruncie zaś nadzwyczaj ciekawem osoby jego i do zbratania się z nią nadzwyczaj skłonnem.
— Pan hrabia dawno w naszych stronach bawi?
— Pan hrabia tak rzadkim jest w naszych stronach gościem!
— Stolica zabiera nam większą część kwiatu naszego towarzystwa!
— Słyszeliśmy, że pp. hrabiowie nie myślą już nigdy osiedlić się w naszych stronach! i t. d. it. d.
O! gdyby tu, na miejscu brata swego był hr. Mścisław! Jakże jasno, jak świetnie przedstawićby zdołał ów świat idealny, którego barw i blasków nadaremnie w hr. Cezarym upatrywała zebrana do koła niego wykwintna młodzież powiatu N.! Hr. Mścisław dopiero mógłby ukazać im to lekkie zaniedbanie układu, połączone przecież z najstaranniejszą przyzwoitością, tę pyszną obojętność na wielkie rzeczy do świata ziemskiego należące, to głębokie znużenie życiem, tem cenniejsze im w młodszym doświadczone wieku, tę nakoniec postawę, ten wzrok, ten uśmiech, w których malowało się jasno wysokie poczucie własnej godności i doskonałą wiadomość o tem kim był i co się mu od reszty bliźnich jego z prawa i słuszności należało! Byłby to dopiero wzór, model, żurnal według którego mówiłoby, chodziło, uśmiechało się i patrzało wszystko co tylko w powiecie N. widzieć go miało szczęście! Ale hr. Cezary... Przemawiając do niego a zarazem w sposób jak najmniej dostrzegalny opatrując go od stóp do głowy, młodzież powiatu N. jednomyślnie myślała: „Czy podobna! est il possible! Zmięszany był nieborak najwidoczniej, szapoklak swój trzymał nie na żebrach już, jak wprzódy, ale w obu rękach spuszczonych w całej długości, a wyraźnie nie wiedzących co z sobą czynić mają, na liczne zwrócone ku niemu odezwy, odpowiadał półsłówkami i, z pozoru przynajmniej sądząc, zdawał się niczego więcej nie pragnąć, jak możności wycofania się z otaczającego go grona i schowania się, albo za staroświecki komin, zapełniający jeden z odległych kątów salonu, albo za równie staroświecki fortepian, stojący w kącie innym. Młodzież powiatu N. myślała dalej: „Drwi z nas sobie wyraźnie! posponuje nami! gra komedyą, aby nas w pole wywieść!“
Na myśl tę bracia Tutunfowiczowie wyprostowali się w całej swej wysokości, a że w tej chwili właśnie jeden z Kniksów zapytywał hrabiego czy Malewszczyzna jest już sprzedaną i otrzymywał krótką odpowiedź przeczącą, najstarszy z Tutunfowiczów biorąc to za assumpt do wypowiedzenia przekonań swych, zaczął w ten sposób.
— Wcale się nie dziwiłem panu hrabiemu słysząc, iż ma zamiar wyprzedać dobra swe, tu posiadane. Pan hrabia myśli zapewne o ekspatryowaniu się. Najzupełniej to pojmuję. Ja sam gdybym tylko znalazł dobrą sposobność wyprzedania się, uczyniłbym to i ekspatryowałbym się. Życie w tych stronach stało się niepodobnem. La vie est dévenue ici tout à fait imposible!
— Dla czego? zcicha i z wyraźnem zdziwieniem zagadnął hr. Cezary.
— O! pan hrabia nie znasz widać tych stron, jeżeli się o to zapytywać możesz, ciągnął najstarszy z Tutunfowiczów. C’est un desert! to pustynia! Towarzystwa wcale nie mamy i gdyby nie dom pani Jenerałowej, w którem zbieramy się od czasu do czasu, tak... nielicznie.. w małem familijnem kółku... moglibyśmy doprawdy zapomnieć jak wygląda dziesięciu przyzwoitych ludzi razem zebranych...
— Doprawdy! czy w powiecie N. wszyscy obywatele są... są tak... nieprzyzwoitymi? z doskonałą naiwnością zagadnął hr. Cezary.
— Obywatele! uśmiechnął się gorzko najstarszy Tutunfowicz i któż tu z obywateli pozostał? C’est sont des rustres, des gens de rien! Są to gbury, ludzie... no ludzie... zupełnie nic! a z pretensyami to! z fumami takimi, że niewiadomo doprawdy jak się od nich opędzić! Przedstawi sobie pan hrabia jakie się tu dzieją awantury! Ci ludzie przywłaszczają nawet sobie cudze nazwiska... tak np. wiadomo wszystkim, że w gubernji N. nie było nigdy innej familji Tutunfowiczów prócz naszej, to jest tej z której ja i bracia moi pochodzimy... Pieczętujemy się herbem Podkowa na złotem polu i jesteśmy jedynymi prawdziwymi Tutunfowiczami. Tymczasem, figurez-vous, comte, — po tych tam zamięszaniach, które cały kraj nasz przemieniły w jakiś bigos... demokratyczny... wcale nie smaczny... zjawiają się tu i tam jacyś Tutunfowiczowie, ani wiem jacy... wcale inaczej niż my pieczętujący się... jacyś szlachcice okoliczni... dorobkowicze... mówię panu hrabiemu des gens de rien... Przyjeżdżam raz do miasta... byłem trochę słaby... pytam się: jaki tu jest najlepszy doktor? Powiadają mi: Tutunfowicz! Jadę koleją, jedzie za mną dwóch facetów... bez maniery żadnej... bez żadnego widocznie pojęcia o dobrem towarzystwie... przy końcu podróży prezentują się mnie: Tutunfowiczowie, inżynierowie przy drodze żelaznej! I tak dalej i tak dalej! Nudziło mię to zrazu, potem zniecierpliwiło! Imię pozostawione nam po przodkach jest rzeczą ważną i świętą, nie można spokojnie patrzeć na to quand on la traine dans la bone... gdy je tarzają w błocie... Postanowiliśmy ja i bracia moi wyłączyć się stanowczo z tej gromady nowonarodzonych Tutunfowiczów, zaczęliśmy rozglądać się w naszych familijnych papierach i cóż pan hrabia powie? znaleźliśmy że istotnie Tutunfowiczów było zawsze wielu, ale my... to jest familija z której pochodzimy, nosiła niegdyś nazwisko Tynf, do którego potem dopiero, w skutek małżeństwa jakiegoś dodanem zostało Tutunfowicz... Jesteśmy więc w rzeczywistości nie Tutunfowiczami, ale Tynfami, że jednak urzędowo znani jesteśmy pod pierwszem nazwiskiem, podpisujemy się tedy od lat kilku: Tynf — Tutunfowiczami... Cała ta historya warta wydrukowania... tak jest doprawdy charakterystyczną... tak dobrze maluje naszą biedną prowincyę i wszystko co się tu od pewnego czasu dzieje... Zawsze to jednak przykro... bardzo przykro...
— Bardzo przykro! niby bierne echo szepnął hr. Cezary, który całego opowiadania nowego znajomego swego słuchał z szeroko otwartemi oczami, w których malowało się nieudane bynajmniej zdziwienie. O wielu, wielu bardzo imionach arystokratycznych słyszał on był od matki swej, od obu stryjów swych i od brata, ale o imieniu Tutunfowiczów, ani Tynfów nie słyszał nigdy. Namyśliwszy się tedy dobrze nad tem co mu powiedzieć wypadało, z pewnem jednak wahaniem w głosie, zapytał:
— Więc familija Panów jest zapewne... zapewne tak wielka jak i familija Pompalińskich?
To niesłychane a publiczne i tak wyraźne przyznanie się do wielkości własnej familiji, najwyższem zdumieniem napełniło słuchaczy. „Żartuje z nas sobie wyraźnie“ pomyśleli i już mieli obrazić się, gdy najmłodszy z Tutunfowiczów, znany powszechnie z pantaliku swego, z którego niczem zbić go nie było można, odezwał się wpół żartobliwie, wpół dumnie.
— Wychodząc z naszej staropolskiej zasady, iż „szlachcic na zagrodzie równy Wojewodzie!“ śmiało utrzymywać możemy iż ród nasz nie ustępuje żadnemu z największych rodów krajowych!
— To szkoda! najniespodzianiej w świecie szepnął hr. Cezary.
— Dla czego? chórem zapytali słuchacze, do najwyższego już stopnia zdumieni.
— Bo... zaczął młody hrabia,... bo ja myślę że... że daleko wygodniej jest nie pochodzić z wielkiego rodu...
Aha! pomyślała młodzież powiatu N., jesteśmy w domu! marzyciel! filozof! nowomodny hrabia — demokrata!
— Zapewne! zapewne! zgodził się pośpiesznie jeden z Kniksów, odpowiedzialność mniejsza... większa swoboda... noblesse oblige!...
Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale spojrzał przelotnie w okno i przerywając sobie zawołał. — Voiçi Maman!
— Voiçi Maman! jak zbiorowe echo powtórzyły za nim okrzyk ten panie Sylwia i Romanija.
Za oknami przesunęła się w istocie kareta na saniach, ciągnięta czterema w lice założonemi końmi, a po chwili otworzyły się drzwi od sieni i do salonu weszła pani Żulietta, prowadząca pod rękę najmłodszą córkę swą, piękną Delicyą.
O! jaka to była mądra i przebiegła matka ta pani Żulietta! Wiedziała ona bardzo dobrze dla czego przyjeżdżała tak późno, wtedy mianowicie gdy była pewną, że wszystkich co do jednego zaproszonych gości jenerałowej znajdzie zgromadzonych już w salonie! Wiedziała ona doskonale że niema na świecie nic efektowniejszego, jak młoda i piękna panna, która wdzięcznie na ramieniu dość młodej i dość pięknej jeszcze matki swej zwieszona przebywa zwolna ogromny salon, wyosobniona z pośród reszty towarzystwa, a więc wyraźnie i w pełni wszystkie dobre strony swej powierzchowności oczom widzów przedstawiająca! Co innego bywa zupełnie gdy przybywając gość ujrzy tę samą pannę siedzącą pośród licznego towarzystwa. Wtedy zamigocą mu w oczach różne twarze i różne barwy, wtedy może ją nawet nie zauważyć wcale, nie odróżnić z pomiędzy innych z bliska otaczających ją kobiet. Było to wyrachowanie pani Żulietty jedno. Wyrachowanie jej drugie ujawniało się w stroju którym przyoblekła dnia tego piękną swą córkę. Delicya, wbrew wszystkim przyjętym w Odrzenicach zwyczajom, ubraną była w suknią z białego kaszmiru nie wygorsowaną wcale, owszem bardzo skromnie aż po samą łabędzią szyję zapiętą, a powłóczystą, malowniczo opływającą ją bogatemi lecz dziwnie dziewiczo i anielsko jakoś wyglądającemi draperyami miękkiej materyi. I tylko rękawy u sukni pozwoliły sobie być krótkiemi, w zamian, gazowe, przezroczyste rękawki nakształt skrzydeł zwiniętych, osłaniały ramiona młodej panny o tyle tylko, aby doskonałe kształty ich i prawdziwa białość nie pozostawały w zupełnem przed oczyma świata ukryciu. Skromnie uczesane, ogromne, tak jasno płowe, popielate prawie włosy Delicyi, stroiła jedna tylko, świeżo z wazonu wyjęta blado różowa rosa-thee. Strój ten dziewiczy i poetyczny, a zarazem wszystkie wdzięki postaci doskonale uwydatniający, skomponowanym był na zasadzie może słów jenerałowej, uwiadamiających troskliwą matkę o tem, że hr. Cezary miał w sobie wybitne romantyczne usposobienia, a może też i pod dyktandem tego przedziwnego instynktu, który dla macierzyńskiego serca bywa tem, czem intuicya dla poety... trafnem niezmiernie domyślaniem się, odgadywaniem, jasnowidzeniem, układaniem słowem całego skieletu mamuta na mocy jednego posiadanego żeberka. Przyznać też trzeba, że nie nadaremnie p. Żulietta najmłodszą córkę swą nazywała Aniołem, posiadała ona bowiem ten właśnie rodzaj powierzchowności, w jakim kochają się malarze, przedstawiający na płótnach swych Aniołów.
Drobniuchna, niezmiernie kształtna, miała ona twarzyczkę okrągłą z niezmiernie białą i delikatnemi rumieńcami okraszoną cerą, usteczka małe, purpurowe i trochę zawsze w uśmiechu otwarte, jakby dla pokazania dwóch rzędów pięknych jak perły ząbków, oczy duże, błękitne, z brwią cienką i ciemną, charakterystycznie odbijającą przy popielatym warkoczu okrążającym czoło.
Nigdy jeszcze Delicya nie wyglądała tak pięknie jak dnia tego, a szczególniej tak niewinną, poetyczną, dziewiczą, anielską. Nigdy też hr. Cezary nie patrzał na kobietę żadną (z wyjątkiem może owej jasnowłosej panny służącej, z miłości dla której dostał był tyfusu), tak długo i z takiem zajęciem, jak na tę prześliczną istotę zwolna przebywającą ogromny salon jenerałowej.
— Kto to? zapytał z cicha jednego z młodych Kniksów, którzy stali po obu stronach.
— To nasza siostra, panie hrabio, odpowiedzieli młodzieńcy.
— A ta druga pani... starsza?...
— To nasza matka! panie hrabio!
Pani Żulietta w tej właśnie chwili skończyła całowanie rąk jenerałowej i zasiadając na fotelu, wdzięcznemi skinieniami głowy witała opodal stojących synów. Być może iż synowie zaczynali się domyślać czegoś ukartowanego. Spóźniony przyjazd matki, niezwykła jak na to miejsce tualeta Delicyi, żywsze niż zwykle rumieńce, które wybiły się na białą twarz p. Żulietty, w chwili gdy wzrok jej szybko i przelotnie przesunął się po skromnie na uboczu stojącej postaci hrabiego, wszystko to nasunęło może młodym Kniksom pewne myśli... przypuszczenia... dość że starszy z Kniksów z bardzo eleganckim kołysaniem się na obie strony i niezmiernie wdzięcznym uśmiechem ująwszy pod ramię hrabiego, wyrzekł: vous permettrez comte? i najzupełniej nie wiedzącego co z nim czynić zamierzają, pociągnął w stronę kanapy i fotelów.
— Maman! rzekł stając przed matką, pan hrabia Pompaliński!
Tu obrócił się wraz z hrabią ku innemu fotelowi i z małą odmianą powtórzył.
— Delicyo! pan hrabia Cezary Pompaliński!
Pan hrabia ukłonił się dwa razy i w straszliwy popadł kłopot z rękami swemi, dla których żadnym sposobem nie mógł obmyśleć naprędce właściwej sytuacyi, zwłaszcza że tkwił w nich ciągle okrągły i płaski jak półmisek, szapoklak. W najdrażliwszych jednak położeniach takt kobiety umie zarzucić od brzegu do brzegu leciuchny mościk i pierwsze lody zręcznie przełamać. Pani Żulietta rozkosznym gestem wskazała hrabiemu sąsiedni fotel, a gdy on domyśliwszy się iż oznaczało to zaproszenie do konwersacyi usiadł na nim, zaczęła:
— Miałam kiedyś przyjemność widywać panią hrabinę matkę pana hrabiego w porze, kiedy hrabiostwo mieszkali jeszcze w naszych stronach. Cieszę się bardzo że poznać mogę bliżej jednego z członków rodziny, związanej przecież z nami niejakim węzłem powinowactwa.
— Doprawdy? zapytał hr. Cezary zdziwionemi oczami patrząc na mówiącą, nigdy bowiem nie słyszał od matki swej ani od stryjów, aby Kniksowie byli w jakimkolwiek stopniu krewnymi Pompalińskich.
— Tak, potwierdziła p. Żulietta, przez panią jenerałowę, naszą najdroższą, najlepszą ciocię... Ciocia przecież jest Pompalińską z domu, a ja rodzę się...
— Ze Skórkowskiej, cioteczno-wujecznej siostrzenicy mojej stryjecznej babki! zapiszczał obok rozmawiających ostry głosik jenerałowej.
Pani Żulietta zarumieniła się do szkarłatu. Tracenie kontenansu nie leżało jednak ani w naturze jej ani w interesie. Uśmiechnęła się słodko do najdroższej cioci, poczem zwracając się do hrabiego i bystro nań popatrzywszy, a ze spojrzenia tego wywnioskowawszy, że genealogiczne wywody nie stanowiły dlań najbardziej zajmującego przedmiotu do rozmowy, zaczęła z innego tonu.
— Pan hrabia lubi wieś? zapytała.
Cezary ożywił się trochę.
— Bardzo lubię, odpowiedział przestając oglądać paliowe rękawiczki i podnosząc głowę, chciałbym bardzo mieszkać na wsi...
— O to zupełnie jak my! ja i Delicya przepadamy za wsią i nigdybyśmy się nie zgodziły zamieszkać w mieście. Ta cisza wiejska... ta zieloność drzew... ten śpiew słowika w Maju... a w jesieni te żółte liście na drzewach.
— To bardzo ładne! wtrącił hrabia ożywiający się w miarę jak p. Żulietta malowała przed nim z uniesieniem wszystkie piękności i uroki wiejskiej przyrody.
— N’est-ce pas? prześliczne! Całą wiosnę nic nigdy nie robimy z Delicyą tylko sadzimy i podlewamy kwiaty... Delicyo! pamiętasz, mon enfant, tę różę która w tym roku pod oknami naszemi zakwitła... tak była wielka, że gdy zwiędła przeliczyłyśmy jej listki... ile to ona listków miała... nie pamiętasz, Delice?
Zainterpelowana w ten sposób, na pobliskiem fotelu siedząca panna, zmieszała się widocznie. Nie posiadała znać ona w tej mierze daru improwizowania naprędce sielankowych ustępów, bo zmięszała się widocznie, spłonęła rumieńcami i za całą odpowiedź coś bardzo cichego i niewyraźnego wymówiła. Interpelacya jednak p. Żulietty, jakkolwiek nie oświeciła towarzystwa pod względem ilości listków zawierających się w cudownej róży, osiągnęła przecież skutek pożądany. Hr. Cezary patrzał na Delicyą.
Patrzał i miał widoczną, wielką ochotę przemówienia do niej. Bieda była w tem tylko, że i nie wiedział co mówić i nie śmiał odezwać się. Spojrzał parę razy na swoje rękawiczki i zaczerpnąwszy z nich jakby natchnienia, bardzo cicho zagadnął:
— Czy pani była w Warszawie?
Delicya podniosła śliczną swą główkę i odparła.
— O! byłam tam nieraz!
Słowa na pozór mało znaczące, lecz jakie towarzyszyło im spojrzenie miękkie i powłóczyste, co za uśmiech wtórował im łagodny, mętny jakby nieco, a tak awantażownie dwa rzędy białych ząbków prezentujący! tego już żaden język nie opowie i żadne pióro opisać nie potrafi.
— Jakże pani podobała się Warszawa? z większą jeszcze nieśmiałością niż przedtem zapytał młody hrabia.
Pani Żulietta usłyszawszy pytanie hrabiego struchlała w duchu. Nuż Delicya wyrwie się z czemś niestosownem i powie np. że uwielbia Warszawę, gwar jej, blask i rozmaitość, tak jak było w rzeczywistości! Cóż to będzie za rozdźwięk fatalny z sielankowemi pełnemi czułej niewinności gustami, objawionemi tylko co przez matkę jej i — młodego hrabiego! Ale napróżno trwożyła się p. Żulietta. Córka niewiasty tak biegłej w kombinacyach dyplomatycznych, musiała posiadać także wykształcenie dyplomatyczne, do dość wysokiego przynajmniej stopnia posunięte. Jakoż Delicya odpowiedziała z pełną wdzięku szczerotą i prostotą.
— O! ja tak tęskniłam zawsze w Warszawie do naszej kochanej wioski! Turkot, wrzawa i zabawy wielkiego miasta nudzą mnie bardzo i męczą!
— To zupełnie jak mnie! dość już głośno wymówił Cezary, który widocznie ożywiał i ośmielał się coraz bardziej.
— Jakież jednostajne gusta mają ci młodzi państwo! piskliwiej jeszcze jak zwykle zawołała jenerałowa. Hr. Cezary lubi wieś i moja wnuczka lubi wieś! moją wnuczkę męczy ruch wielkiego miasta i hrabiego także męczy! Co za podobieństwo inklinacyi! jaka zgoda bezprzykładna! chi, chi, chi! bezprzykładna!
Hr. Cezary zwrócił się do mówiącej tak pani domu ruchem pośpieszniejszym niż bywały zwykle jego ruchy i — ukłonił się. Dla czego to uczynił? Określić trudno. Co pewna, to że w fizyognomii jego zaszła od chwili zamienienia z Delicyą paru zdań powyższych, zmiana widoczna. Ożywiła się ona znacznie, a w oczach hrabiego mglistych wprzódy i zalęknionych, błyskała teraz iskra żywo uczuwanego zadowolenia. Le pauvre Cesar, posiadał widać w charakterze swym skłonność do cieszenia się małemi rzeczami...
Jenerałowa podniosła się z kanapy i rzekłszy prędko: proszę państwa na obiad! proszę! proszę! drobniutkim kroczkiem pobiegła ku drzwiom sąsiedniej sali, ugrupowanie się i porządek pochodu reszty towarzystwa, pozostawiając chęciom i upodobaniom składających je osób. To też wśród towarzystwa tego dążącego ku drzwiom w których zniknęła jenerałowa, utworzyły się liczne grupy i zawiązały się krótkie, ciche dyalogi.
— Kochana Sylwio! co ci się dziś stało? dla czego jesteś tak bladą? zapytała p. Żulietta najstarszą swą córkę.
— Czyż mama nie czuje że zimno tu jak w lodowni; skostniałam cała...
— Romanio! mówił do żony swej Perła Trzewikowski, czy ta przeklęta baba postanowiła nas tu zamrozić?
— W istocie, musi ci być bardzo zimno bo masz nos czerwony jak u gila! odparła małżonka.
— I twój nosek Romciu, wcale nie lepiej od mego wygląda!
— Czy wiesz Konradzie, szepnął swemu bratu najstarszy Tutunfowicz, że ta stara czarownica ma wyborne sposoby torturowania ludzi. Drżę cały od chłodu i obawiam się, abym nie dostał znowu zapalenia gardła jak po ostatniej tu bytności...
— Ba! pochwycił zbliżający się do dwóch braci Kniks, zaśpiewasz dopiero cienko gdy dobrze wygłodniejesz... co to będzie za obiad!
— Maman! mówił drugi Kniks do matki, odbywa się tu dziś jak widzę gra w łapanego...
— Chut Ladislas! wytłómaczę ci wszystko w domu...
— Nie płacz Julisiu! babcia będzie się gniewać! szeptała do ucha córeczce swej p. Romania,
— Kiedy zimno, mamo! hu, hu, hu! jak zimno!
— Brrrr! jak zimno! zatrzęsła się p. Sylwia...
— Oj, oj, oj! jak zimno! zajęczeli jednogłośnie państwo Trzewikowscy.
— Hu, hu, hu, hu! zabrzmiało nakształt roju pszczół całe towarzystwo z wyjątkiem jednego Woryłły, który bez najmniejszej ceremonii, z całej siły płuc swych potężnych w palce swoje chuchał, a do Pawełka bez najmniejszego cienia tajemniczości mówił.
— Panie odpuść mi ciężkie grzechy za te wizyty moje tutaj i za to marznięcie wszystkich członków moich! Niech mię dyabli wezmą jeśli ja się tu w słup lodu nie zamienię! Ha! cóż robić? mówią że dla dobra dzieci jeździć tu trzeba, to i jeżdżę, ale jak Pana Boga mego kocham, zbuntuję się kiedykolwiek i nie pojadę... niech tam sobie co chcą gadają — nie pojadę!
Tu był kres wszystkich szeptów, trzęsień się i wyrzekań, albowiem towarzystwo wchodziło do sali jadalnej, gdzie na jednem z krzeseł stół okrążających siedziała już jenerałowa.
— Zdaje się że tu zimno dziś trochę! zawołała, ujrzawszy wchodzących. Czy kochanym Waćpaństwu nie zimno? co? mnie bo nigdy nie zimno ale kochanym Waćpaństwu...
— Ale bynajmniej, najdroższa Ciociu...
— Gdzieżby tam babunieczko...
— Wcale nie...
— Mnie przynajmniej zupełnie jest ciepło...
— Rzecz nawet szczególna w jak doskonały sposób zbudowane tu są piece, że pomimo obszerności salonów jest zawsze tak ciepło...
— A prawda! kilka razy już obiecywałam sobie piece te rozpatrzyć i podobne kazać u siebie urządzić...
Jenerałowa słuchała wszystkich tych odezwań się z niepospolicie u niej nawet ostremi, a na wszystkie strony latającemi błyskami oczów. Zarazem chichotała zcicha, przeciągle i chustkę swą coraz głębiej do ust wkładała. Ostatni ze wszystkich odezwał się Woryłło.
— Już to co do mnie, rzekł, jeżeli mam otwarcie przyznać się pani dobrodziejce, jestem bardzo drażliwy na chłód i znajduję że tu porządnie jest zimno... Rąk nie czuję prawie tak mi skostniały od chłodu...
Liliowo blada od zimna twarz p. Sylwii zsiniała od gniewu, na ten buntowniczy wyskok małżonka, ale jenerałowa wyjęła z ust chustkę, wlepiła w Woryłłę błyskające oczy i zawołała.
— Ręce zimne, serce gorące! gorące! kochany Waćpan masz serce...
Umyślnie czy przypadkiem nie dokończyła i zwracając się ku drzwiom do salonu zawołała:
— Ale gdzież jest p. hrabia i gdzież jest Delicya? nie widzę ich tu! nie widzę! dla czego nie przychodzą?
Ba! dla czego nie przychodzili! powód tego był bardzo prosty ale zarazem i wielce niepospolity. Oto gdy całe towarzystwo ruszyło już było do stołu, p. Żulietta, par mégard zapewne pozostawiła córkę swą siedzącą jak siedziała. Delicya też nie ruszała się z miejsca przez chwilę. Nie ruszał się też ze swego i hr. Cezary. Wiódł wzrokiem za odchodzącymi, to patrzył znowu na piękne swoje vis-à-vis zajęte w tej chwili właśnie przyglądaniem się rzeźbionemu z bronzu postumentowi lampy. Ciężko mu było odejść — pozostać — niepodobna — czuł to sam dobrze. Gdyby tak pójść z nią razem, pomyślał. Ale jak? ona ani myśli wstawać z krzesła! Przypomniał sobie jak to na wielkich obiadach, w których brał udział, mężczyźni podają ramię damom aby je do stołu prowadzić. Podać więc jej ramię i poprowadzić? Łatwo to pomyśleć, ale niełatwo wykonać. Nie śmiał. Po chwilowem wahaniu się powstał jednak. Powstała także i Delicya. Jakie to piękne rzeźby, rzekła wskazując postument lampy.
— A prawda bardzo piękne! odpowiedział hrabia i stali tak znowu chwilę naprzeciw siebie, nieruchomi jak posągi: ona wpatrzona w postument, on w nią. Tymczasem ostatnia już z towarzystwa osoba zniknęła w drzwiach jadalni. Delicya oderwała wzrok od postumentu i ze zwieszonemi na suknią rączkami oddaliła się od stołu. Oddalała się tak powoli, że hr. Cezary miał czas do namysłu, jakoż namyślił się i z nagłą determinacyą wsuwając szapoklak swój pod jedno ramię, drugie podał odpływającej ku środkowi salonu dziewicy. Serce jego biło mocno, bardzo mocno, w chwili szczególniej gdy Delicya składając, przykryte zwiniętem gazowem skrzydłem, białe swe ramię na jego ramieniu, zapytała przyciszonym, melodyjnym głosem.
— Pan hrabia długo zabawi w naszych stronach...
— To jest... niewiem doprawdy...
— Bo, podchwyciła Delicya spuszczając oczy i uśmiechając się uroczo, jeżeli pan hrabia nie uleci ztąd prędko na ten wielki szeroki świat, o którym wiem z opowiadań tylko...
Tu zatrzymała się na chwilę.
— Chciałbym jak najpóźniej w ten świat ulecieć! odparł młody hrabia.
— Więc może pan hrabia zechce odwiedzić sąsiadów swych, dokończyła Delicya. Mama nadzwyczaj lubi gości i pan hrabia zrobi nam wielką przyjemność!...
— Będzie mi bardzo przyjemnie... zaczął hrabia, ale przerwała mu Delicya z figlarnym uśmiechem.
— O! nie, nie wierzę aby panu hrabiemu było przyjemnie...
— O! niech pani wierzy! z zapałem już prawie przerwał hrabia i z temi słowami weszli do jadalnego salonu.
Przy stole, dwa już tylko krzesła niezajętemi były, zasiadła na nich młoda para, — obok siebie. Po drugiej stronie hrabiego siedział Woryłło, za nim zaś umieszczony Pawełek przechylił się na swem krześle i bardzo cicho szepnął do Cezarego.
— Cezary! dla czego nie zostawiłeś w salonie swego kapelusza?
Zagadnięty zmięszał się niezmiernie i już, już chciał wstawać od stołu aby przedmiot nieustannego frasunku swego odnieść na stosowniejsze miejsce, kiedy w tej samej chwili zwrócił się do niego Woryłło i obcesowo nieco wymówił.
— Szczerze winszuję panu hrabiemu, szczerze cieszę się z tego że pan hrabia nie pozbyłeś się swej Malewszczyzny.
Odezwaniem się tem powstrzymany w zapędzie i na nowo z pantaliku zbity młody hrabia, złożył szapoklak swój na kolanach i po niejakim wahaniu się odpowiedział.
— Rzeczywiście ja sam rad jestem z tego.. lubię bardzo wieś... i Malewszczyznę lubię...
— Co bo też to za majątek... zaczął Woryłło.
Tymczasem przy bocznym stoliku Leokadya rozlewała zupę z ogromnej srebrnej wazy na prześliczne talerze z porcelany saskiej. Ambroży roznosił dokoła stołu talerze te w których pływała zawartość nieokreślonego rodzaju, coś nakształt wody ciepłej, różowo zafarbowanej i na mętnych swych toniach kołyszącej po kilka smętnych, samotnych krupek. Goście ujęli łyżki i z wielkim jednak na pozór przynajmniej apetytem, zajadać poczęli ciepłą wodę. Jeden tylko Woryłło zakosztowawszy onej niepojętego smaku i wyglądu potrawy, złożył spokojnie łyżkę swą na talerzu i mówił dalej do hrabiego.
— Malewszczyznę nabył był dziad pana hrabiego od podkomorowstwa W. zacnych nadzwyczaj, świętych ludzi... Majątek ten od niepamiętnych czasów zostawał w ręku rodziny W. Stanowił on punkt główny, do którego zjeżdżało się co tylko w Województwie całem było najzacniejszego i najrozumniejszego. Odbywały się tam narady sejmikowe, zbierały oddziały konfederacyi...
Cezary słuchał mowy tej sąsiada swego z wielką uwagą.
— Prawdziwie, odrzekł, nie wiedziałem wcale o tych historyach... które mi pan opowiedział... ale to piękne historye...
— Bardzo piękne... ze smutnem jakoś na hrabię spojrzeniem ciągnął Woryłło, to też nie godzi się, nie godzi się doprawdy wypuszczać z rąk swych pamiątek i szczerze panu hrabiemu winszuję iż namyśliłeś się pan i Malewszczyznę przy sobie pozostawiłeś.
— Ja także cieszę się z tego powtórzył hrabia, i jak tylko przyjadę do Malewszczyzny muszę zaraz obejrzeć stary zameczek i tej... sali przypatrzyć się lepiej...
— Warto! warto! markotnie jakoś dokończył Woryłło.
Cezary zaś zamyślił się tak, że łyżka którą trzymał w ręku, zawisła bezczynnie nad talerzem, a oczy jego machinalnie ścigały wędrówkę krupek samotnie żeglujących po różowawej powierzchni ciepłej wody. Opowiadanie Woryłły wbiło mu widoczne, jak to mówią, klina w głowę. Z zamyślenia tego wyrwał go przecież wkrótce melodyjny, przyciszony głosik Delicyi.
— I my także, z rozkosznym uśmiechem przemówiła dziewica, i my także jesteśmy bardzo radzi z tego, że Malewszczyzna sprzedaną nie została... Pan hrabia, bongré malgré, będzie musiał zostać naszym sąsiadem...
Słowa te, a bardziej może głos jakim wymówionemi były uczyniły na hrabim pewne wrażenie. Zwrócił się ku pięknej sąsiadce swej i z błogim na ustach uśmiechem zapytał:
— Czy doprawdy? panią obchodzi to choć troszeczkę czy ja zostanę sąsiadem państwa czy nie?
— Ależ bardzo, bardzo obchodzi to nas wszystkich! figlarnie śmiejąc się odparła Delicya. Tak mało mamy tu towarzystwa... tak mało osób takich... takich... z któremi...
— Ależ pani mię zna tak mało! nieśmiało zarzucił hrabia.
— Alboż trzeba znać długo aby ocenić... alboż pan hrabia nie wierzy w przeczucie serca, które uwiadamia nas o kimś czy będzie nam z nim przyjemnie czy nie!
Twarz hrabiego rozpromieniała się coraz bardziej.
— Więc pani... pani wierzy w serce? zagadnął z cicha, poczem jakby mu coś bardzo przykrego nasunęło się na pamięć, mówił dalej z odcieniem wyraźnego smutku w głosie:
— Ja bo widzi pani... nieraz słyszałem... że serce zwyciężać trzeba... dla wyższych familijnych interesów... i że kto tego nie robi... ten jest bon à rien!
Delicya podniosła nagle do ust chusteczkę, co mogło oznaczać zarówno doświadczone żywe wzruszenie, jako też gwałtowną potrzebę ukrycia napastującego ją śmiechu. Bardzo prędko jednak odzyskała równowagę władz swych i z przeciągłem na hrabiego spojrzeniem zapytała:
— A pan hrabia jakiego jest zdania pod tym względem?...
— Mnie bardzo trudno jest zwyciężać serce... to też mama zawsze mówi: mon pauvre...
Już, już miał zwierzyć się Delicyi ze swych domowych zmartwień, gdy uczuł lekkie trącenie w ramię, w skutek którego uczynił na krześle skok nieco zbyt gwałtowny i twarz od towarzyszki swej odwrócił. Trącenie było dziełem niezgrabnego już nieco w skutek starości Ambrożego, roznoszącego do koła stołu srebrny półmisek, na którym w niezupełnie malowniczym nieładzie spoczywały straszliwie chude i straszliwiej przypieczone członki dwóch, na rzecz uroczystości dzisiejszej zamordowanych kogutów. Goście z gorliwością godną, lepszego powodzenia, zabrali się do dyssekowania kogucich szkieletów. Końcem końców, głodnymi byli, a niezmiernie nizka temperatura mieszkania, nadwerężając giętkość i siłę ich palców, utrudniała robotę. Skrzypiały noże, uginały się widelce, kości kogucie, przykryte cieniutką zaledwie, a od przepalenia rudawej barwy skórą, wyskakiwały z pod uciskających je narzędzi ze swawolą nieposkromioną i wyprawiały na talerzach godne podziwu skoki i harce. Woryłło pierwszy porzucił niewdzięczne zadanie, po nim złożył swój nóż i widelec hr. Cezary.
— Pan hr. nie je? z szyderskim nieco uśmiechem na dobrodusznych wargach, zagadnął sąsiada swego Woryłło.
— Kiedy pieczyste to bardzo... twarde! najzupełniej dobrodusznie odparł hrabia... wszystko mi jedno zresztą.. nie jestem głodny...
— A to szczęśliwie! obracając się do Pawełka sarknął szlachcic, bo co ja to powiem otwarcie, że zdycham z głodu...
Cezary jednak mówił prawdę. Nie myślał on w tej chwili bynajmniej o jedzeniu. Delicya która półmisek z pieczystem usunęła od siebie lekkiem skinieniem ręki i nie jadła wcale, wyciągnęła teraz rękę po karafkę z wodą i nalewała ją sobie do szklanki. Gdy to czyniła, przed oczami młodego hrabiego mignęło parę razy, raz po raz, przysłonione gazowem skrzydłem białe jak alabaster jej ramię. Młody hrabia wpatrzył się w to arcydzieło natury tak uporczywie, że nie zauważył znowu starego Ambrożego, który po odebraniu od gości talerzy z koguciemi kośćmi i obdzieleniu ich innemi, roznosił do koła stołu inny znowu półmisek. Na półmisku tym piętrzyła się legumina bardzo smaczna, jakkolwiek niewybredna bo nosząca nazwę: kartofli w mundurach. Tu nastąpiła inna znowu, jakkolwiek dziwniejsza jeszcze może niż z koguciemi szkieletami awantura. Kartofle były bardzo gorące a goście okrótnie głodni. Głodne usta gości stykając się z gorącemi kartoflami, poczęły parzyć się niemiłosiernie i pomimo wszelkich usilności woli, sykać i dmuchać. W dodatku, aby spożyć leguminę tę, trzeba było wprzódy ogołocić ją z munduru. Dokonać tego nie podobna było inaczej, jak za pomocą białych paluszków dam i również prawie białych, bardzo wypieszczonych palców panów. Parzyły się tedy usta, piekły się, a co gorsza, brudziły się kartoflowemi łupinami palce, talerze okryte szczątkami mundurów wyglądały nadzwyczaj nieestetycznie, do tego stopnia nieestetycznie, że aby nie przedłużać widoku tego, panie bardzo prędko zakończyły jedzenie, a panowie, energiczniejszym apetytem obdarzeni, pożerali i gorące kartofle i okrywające je przypalone, więc gorzki smak posiadające mundury.
Jenerałowa przecież dawała ze swej strony towarzystwu całemu przykład, spartańskiego iście poprzestawania na małem. Ze smakiem widocznym, jakkolwiek powoli bardzo, zajadała kartofle, a w przestankach jedzenia, bardzo głośno i bardzo piskliwie mówiła.
— Nie osobliwym, wcale nie osobliwym obiadkiem poczęstowałam dziś kochanych Waćpaństwa (szmer grzecznej bardzo protestacyi, połączony z parą syknięć, mimowoli wydanych przez jakieś mocniej sparzone usta) ale cóż robić? cóż robić? Stary Ignacy mój zachorował i sklecił już co mógł i potrafił! Wcale inny obiad, wcale inny dysponowałam mu wczoraj...
Szmer wśród publiczności: ależ niepotrzebnie! doprawdy niepotrzebnie!
Jenerałowa dalej:
— Mieliście kochani Waćpaństwo mieć dziś u mnie barszczyk z pulpetami...
Publiczność szemrze: ależ i bulion był bardzo dobry! doskonały!
Woryłło do Pawełka: czy to był bulion? ja myślałem że zupa z muchomorów!
Jenerałowa dalej:
— Po barszczyku dysponowałam sztukę mięsa z truflami...
Szmer wśród publiczności: ależ i pieczyste było dobre, bardzo dobre!
Tutunfowiczowie przesuwają języki po oparzonych kartoflami wargach i wzdychają bardzo cicho: o trufle! trufle! trufle!
Jenerałowa dalej:
— Po sztuce mięsa miał być pasztet z jarząbków... z farszem... we francuskiem cieście...
Publiczność milczy głucho. Widok pasztetu przedstawiony jej wyobraźni, wprawia zmysły smaku i powonienia w drażliwość gorączkową prawie, mówić nie dozwalającą.
Młodszy Kniks nachyla się ku najstarszemu z Tutunfowiczów i szepce bardzo cicho: czy ta baba postanowiła nas zamęczyć?
Jenerałowa dalej:
— Zamiast kartofli dysponowałam krem jabłeczny z biszkoptami...
Publiczność szemrze: nie lubię słodyczy... słodycze są niezdrowe...
Pani Romanija do siostry swej bardzo cicho:
— Przepadam za kremem jabłecznym...
Pani Sylwija głośno z pieszczotliwym uśmiechem:
— Przepadam za kartoflami w mundurach, babciunieczko!
Woryłło do Pawełka:
— Drwi z nas sobie baba jak sama chce! noga moja tu więcej nigdy nie postanie!
Pawełek do Woryłły:
— Pani jenerałowa mówi zapewne prawdę. Dysponowała co innego, a co innego stary kucharz sporządził.
Woryłło do Pawełka:
— Djabła tam! zawsze nas tak częstuje.
Delicya niesie szklankę z wodą do purpurowych usteczek. Białe ramię z za gazowego skrzydła przesuwa się raz jeszcze przed oczami hr. Cezarego. Hr. Cezary wzdycha bardzo cicho.
Jenerałowa mówi znowu:
— Pan hrabia Pompaliński przebaczyć raczy, że go tak źle uczęstowałam... chi, chi, chi!
Hr. Cezary Pompaliński podnosi się nawpół z krzesła, kłania się i mówi z nadzwyczajnem zmięszaniem.
— I owszem... nic nie szkodzi... wszystko mi jedno... bardzo mi przyjemnie...
Przy ostatnim wyrazie wzrok jego oszklony już lekką mgłą rozmarzenia, spływa znowu na zwinięte skrzydło sąsiadującego z nim anioła i na białą jak alabaster jego (skrzydła) zawartość.
Jenerałowa szybko bardzo zrywa się ze swego krzesła i wołając: proszę państwa do salonu! proszę! proszę! drobniutkim kroczkiem opuszcza jadalną salę.
Wielkie suwanie krzesłami, szelesty jedwabiów, ciche jęki zgłodniałych piersi, cichsze jeszcze szepty i ponowne trzęsienia się od chłodu, poczem panowie podają ramiona swe paniom, (hr. Cezary bez najlżejszego już namysłu podaje ramię Delicyi) i parami wszedłszy do bawialnego salonu zatrzymują się na samym jego środku, rozłączają się, oddają sobie wzajemne ukłony i rozsypują się w różne strony pustego, zimnego stepu.
Dla tak szczupłego pożywienia były to może zbyt obszerne trochę ceremonije. Stało się jednak! Obiad był — przesiedzianym — ceremonije poobiednie odbyte — uroczystość cała zbliżała się ku końcowi. Wiedziano powszechnie, że jenerałowa nie lubiła jeśli zbyt długo u niej przesiadywano, a że wola jej była dla całej najbliższej a zebranej tu jej familji świętą i nienaruszalną, zamyślano tedy tu i owdzie o odwrocie. Delicya tylko bynajmniej nie wdając się w to, o czem inni myśleć mogli, z twarzą okrytą lekkim rumieńcem, opowiadała o czemś z wielkiem ożywieniem młodemu hrabiemu obok niej siedzącemu. Jenerałowa rzucała w stronę młodej pary błyskające, szybkie wejrzenia.
— Złapał się! szepnęła do siedzącej tuż przy niej p. Żulietty, złapał się już gagatek swego stryjaszka, w sidełka twego anioła! Bierz go teraz sobie Żulietto! bierz! bierz! już ty to wiesz jak zrobić... Pani Żulietta pochyliła się i rękę najdroższej cioci do ust swych przycisnęła.
— O! ciociu najdroższa! wdzięczność moja... szeptała... dozgonna...
Zachichotała jenerałowa.
— Nie trzeba wdzięczności, nie trzeba! nie trzeba! tylko pamiętaj sobie Żulietto! pamiętaj! jeżeli ten maryaż do skutku przyjdzie, Delicya będzie notowana w moim testamencie... zobaczysz jak będzie notowana...
Pani Żulieta obie już ręce jenerałowej w miękkie dłonie swe pochwyciła.
— Tyle łask, najdroższa ciociu! tyle łask! jakże wypowiem...
Nie miała czasu wypowiedzieć, bo w tej samej chwili pp. Tutunfowiczowie zbliżali się ku kanapie, naciągając na zaczerwienione od zimna ręce lilijowe rękawiczki, z szapoklakami mocno do żeber przyciśniętemi.
Nastąpiły pożegnania przed jenerałową składane i żegnania się wzajemne gości. W godzinę niespełna po obiedzie step jenerałowej pusty już był zupełnie i głuche zalegało go milczenie, od chwili do chwili tylko przerywane ostremi lub chrapliwemi wykrzykami z sypialni jenerałowej do bawialnego pokoju dolatującemi.
W niewielkiej sypialnej komnacie panował już zmrok głęboki, rozświecony tylko smukłym i migotliwym płomykiem lampy przed obrazami zawieszonej. Był to jedyny oświetlony kąt pokoju; dalsza głębia jego nurzała się w ciemniach wśród których widać było ciemny, nieruchomy profil Leokadyi, siedzącej u jednego z okien, u drugiego zaś wielką klatkę, kołyszącą się pod uderzeniami skrzydeł rozbudzonej ze snu papugi.
Twarz za to i postać jenerałowej, zwiniętej nakształt kłębka w kącie kozetki, złotawo oświetloną była blaskiem palącej się u obrazów lampy. Na czole jej i w koło ust wiło się i falowało mnóstwo zmarszczek, żółte powieki drżały nad palącemi się źrenicami; lśnił i połyskiwał na szyi jej złoty łańcuch, a bransolety okrywające ramiona dzwoniły jak łańcuchy.
Wiodła ona jedną ze zwykłych swych rozmów z papugą. Obelgi rzucane na ludzi sypały się z ust jej z ostrym, przeciągłym chichotem, podchwytywał je ptak, powtarzał i piskliwemu śmiechowi swej pani wtorował długim, zanoszącym się śmiechem. Przez dobry kwadrans wielka, wysoka komnata pełną była tej dzikiej, ponurej wrzawy i nic w niej innego słychać nie było, jak lecące od kozetki do okna i od okna do kozetki wyrazy: ludzie są głupi, głupi! obłudni! chciwi! podli!... Nakoniec, niby ostatni akord piekielnej jakiejś muzyki, zabrzmiały ciszej już przez jenerałową wymówione wyrazy: nędza na świecie, nędza! i cichsza jeszcze odpowiedź papugi, która głośnym, przenikliwym szeptem powtórzyła: nędza! i zwinąwszy skrzydła opadła ze stukiem na zielone pręty swej klatki.
Na chwilę umilkło wszystko. Jenerałowa oddychała z razu bardzo prędko i dzwoniła wciąż bransoletami jak łańcuchami, potem pierś jej opadać zaczęła w oddechu coraz powolniejszym, głębszym i ramiona nieruchomo na kolanach spoczęły. Wtedy złotawe błyski zwisającej od sufitu lampy przeglądały się w źrenicy jej bladobłękitnej, nieruchomo utkwionej w wiszące naprzeciw obrazy. Długo milczała zanurzona jakby w głębokiej jakiejś tajemnej kontemplacyi, poczem nie zmieniając kierunku wejrzenia, zawołała dość głośno i ostro:
— Czy panna tu jesteś?
— Jestem, odparł z głębi pokoju głos przyciszony nieco, z ciężko uciśniętej zda się piersi wychodzący i ciemna postać pod oknem siedząca podniosła się z miejsca swego.
— Pójdź tu panna... bliżej... chcę z panną porozmawiać...
Leokadya, przeszła zwolna przez pokój i ze złożonemi na kolanach rękami usiadła na taborecie w pobliżu kozetki stojącym. Teraz, blask lampy ukazał i jej twarz bardzo bladą, z pochylonem czołem i spuszczonemi powiekami i srebrzył zmięszane z kruczemi siwe jej włosy.
— Niech panna podniesie oczy i spojrzy na te obrazy... zaczęła jenerałowa, a głos jej daleko był mniej ostry i przenikliwy niż ten jakim przemawiała zazwyczaj.
Leokadya, nakształt niewolnicy przyzwyczajonej do machinalnego prawie spełniania udzielanych jej rozkazów, podniosła powieki i suchy, szklisty wzrok zwróciła we wskazanym jej kierunku.
Jenerałowa milczała. Po wązkich i drżących trochę jej ustach wił się dziwny jakiś uśmiech, jadowity i zarazem bolesny. Wyciągnęła nakoniec chudy, żółty swój palec w stronę obrazów i mówić zaczęła:
— Niech panna dobrze tylko przypatrzy się temu obrazowi co wisi po samym środku! jak tam wesoło być musi i ciepło w tym pokoiku takim pełnym ludzi! pełnym! pełnym! prawda? co? czy panna tego nie czujesz jak tam wesoło! czy panna nie słyszysz jak tam ludzie rozmawiają i śmieją się, a na tym kominie ogień trzaska a tam panienka pięknie na fortepianie przygrywa i dzieciaki tańczą, krzyczą, hałasują! Och! co to za gwar, co to za hałas i... tak tam cicho, cichuteńko, za oknami wiatr wyje.... śnieg wali a oni sobie ani dbają... dobrze im! dobrze! czy panna patrzysz na ten obraz?
— Patrzę, pani! szepnęła Leokadya. Patrzała w istocie na obraz jej wskazywany. Przypatrywała mu się tak po raz setny może, wzrok jej przecież, pod wpływem słów jenerałowej tkwił w nim zawsze jednostajnie nieprzepartą siłą.
Jenerałowa mówiła dalej.
— A czy panna wiesz kto są ci ludzie co tu na tym obrazku siedzą sobie przy kominie.... i uśmiechają się do siebie... wiesz panna?
Tu podniosła w górę palec, ten właśnie na którym połyskiwał samotny ów pierścień ze łzą brylantową i wymówiła zniżonym głosem:
— To mąż i żona! słyszy panna! mąż i żona!
Głos jej nie był już ani trochę piskliwym ni ostrym, możnaby go było prędzej nazwać uroczystym.
— A czy panna wiesz jak dawno ludzie ci żyją już z sobą... w tym pokoiku... O! dawno, dawno! dawno! on przyprowadził ją tu kiedy był młodym i ona była jeszcze młodą... i płynęły potem dnie... płynęły... płynęły... razem... teraz śmierć do nich biegnie... ale niech panna przypatrzy się tylko jak oni śmieją się sobie ze śmierci... cóż ona im zrobi? nie odbierze im już tego co było... co było... co było...
Mowa jenerałowej coraz cichsza, skończyła się w szepcie zaledwie dosłyszalnym. Oczy jej były szeroko otwarte i miały znowu barwę prawie tak szafirową jak niegdyś, brwi podniesione nadawały twarzy całej wyraz zdumienia i głębokiej, przepaścistej zda się zadumy. Leokadya nie odrywała też oczu od obrazu i zdawała się zapadać stopniowo w coraz rzewniejsze, miększe zamyślenie.
Jenerałowa przeniosła wzrok swój na inny obrazek.
— Niech panna teraz tam spojrzy... na prawo... w srebrnych ramkach ta dziewczyna chodząca po łące... widzisz panna jak tam słońce pięknie świeci.... jasno! jasno! tam dalej gaj szumi.... dziewczyna trzyma kwiaty w ręku i na gaj patrzy... czy ona czeka kogoś ztamtąd?... jakie u niej włosy ogromne, czarne... jakie oczy niewinne... wesołe... jaka twarz świeża... jak róża... czy panna słyszysz jak pod białym staniczkiem serce bije mocno... głośno... dobrze jej... jasno... ciepło... wesoło... Przypatrz się panna dobrze tej dziewczynie... i panna kiedyś taka byłaś i...
Tu głos jej zniżył się znowu do szeptu zaledwie dosłyszalnego.
— I..., dodała, i ja kiedyś taką byłam...
Patrzała wciąż na wdzięczny obrazek migocącemi szeroko otwartemi oczami. Patrzała nań także i Leokadya, a czarne źrenice jej tak suche zwykle i obojętne zaperliły się i błysnęły wielką łzą...
Pozostały tak obie w nieruchomych postawach — długo.
I był to dziwny duet, śpiewany przez dwa te serca kobiece, zbolałe, zgorzkniałe, przez dwie te dole złamane i sterane, duet żalów nieprzepłakanych, tęsknot na najgłębszem dnie serca chowanych, podnoszący się ku wizerunkom tego, co w świecie i ludzkości pięknością jest, świętością, miłością i szczęściem!
Nagle zwróciły się twarzami jedna ku drugiej i i zatonęły w sobie oczami. Ośm lat, ośm lat długich jak wieki przesiedziały tak razem w wielkim, pustym, zimnym domu, a za każdym razem gdy dom ten napełniał się obcymi ludźmi przegwarzyły tak długie, zimowe wieczory przed obrazami niby ołtarz lampą oświetlonemi i przemodliły się do nich tęsknotą i żalem. Leokadya młodszą była... serce jej więc uderzyło teraz żywiej, pierś wzdęła się, jak do modlitwy splotły się ręce i nagłym, instynktowym niemal ruchem porwawszy się z siedzenia osunęła się ona na ziemię do stóp jenerałowej i zawołała:
— O pani! pani! gdybyś chciała! gdybyś tylko wyciągnęła ramiona swe do mnie czy do kogo innego!... Tylu jest biednych, cierpiących na świecie, a tyś taka można... i jam taka smutna... a tyś tak samotna...
Jenerałowa ocknęła się z zamyślenia swego i drgnęła niby pod palącem, raniącem dotknięciem.
— I ty także... i panna także!... zawołała zwykłym już sobie piskliwym głosem... Przypadasz mi do kolan... chcesz mię całować w ręce... jak wszyscy... nigdyś dotąd nie robiła tego... miałam cię za lepszą... aleś taka sama jak wszyscy... wszyscy ludzie tacy sami... precz!... precz!
Leokadya powstała wyprostowana, blada bardzo. Dłonią przyciskała serce, a usta jej ułożone w wyraz dumnej obrazy drżały ostatniem niestłumionem jeszcze łkaniem. Nic jednak nie odpowiedziała. Nie broniła się. A tylko z głębi piersi odetchnąwszy stanęła przed jenerałową i zapytała:
— Czy pani potrzebuje mię jeszcze!
— Niech panna idzie i siedzi tam pod oknem dopóki ją nie zawołam. Proszę tylko z pokoju nie wychodzić, proszę! proszę!
Leokadya usiadła znowu na tem samem miejscu gdzie siedziała wprzódy. Wsparła czoło na dłoni, przymknęła oczy, bezmierne znużenie legło na bladej, nieruchomej jej twarzy — po chwili wydawać się mogło że usnęła. Przy drugiem oknie spała też nieruchoma w swej klatce papuga i tylko w głębokim kącie pokoju, oświetlonym złotym promieniem lampy, szeleściły od chwili do chwili jedwabie lub na gwałtownie poruszających się ramionach jenerałowej bransolety wydawały ciche lecz ostre dźwięki. Płynęły tak godziny, w sąsiednim wielkim salonie staroświecki zegar z kukawką wygłosił północ, a głos jego doskonale naśladujący wesołe wołania wiosennego ptaka dwanaście razy rozległ się w wielkim, pustym, milczącym jak grób domu i napełnił go przypomnieniem lata, słońca, zielonych gajów...
Wkrótce potem, w odpowiedź jakby, jenerałowa przeciągle krzyknęła: panno! panno! Leokadya zbudzona z lekkiego i nieustannie przerywającego się snu, powstała z miejsca i spiesznie zbliżywszy się do kozetki ujrzała jenerałową bez czucia i przytomności, bladą śmiertelnie, targającą się w przystępie okropnych spazmów.
Po chwili, konni posłańcy wyjeżdżali śpiesznie ze dworu, do poblizkich miast i miasteczek dążąc po lekarzy. Wiedziano powszechnie, że jenerałowa ulegała od czasu do czasu gwałtownym napadom tajemniczej jakiejś nerwowej choroby, w czasie których życie jej zawsze bywało w niebezpieczeństwie. Przytrafiało się to jej zwykle w pewne dni roku, — pamiątkowe dla niej może, i za każdym prawie razem, gdy przyjmowała u siebie liczniejsze cokolwiek zebranie gości. Lekarze, w wypadkach tych wezwani, zamyślali się nad chorą, wstrząsali głowami, a zebrawszy się w sąsiednim pokoju na naradę, chorobę jenerałowej nazywali każdy innem imieniem. Na jedno tylko zgadzali się jednogłośnie: „Organizacya to przeważnie nerwowa, mawiali.... umysł w najwyższym stopniu niespokojny, a może nawet pewnym patologicznym zboczeniom ulegający... parę jeszcze podobnych ataków a... wielka będzie radość pomiędzy — sukcesorami!“





ROZDZIAŁ VII.

Po powrocie z Odrzenic, p. Żulietta wbiegła do ładnego, z doskonałym w istocie smakiem urządzonego salonu swego, drżącemi trochę rękami zaczęła zdejmować z siebie futro i kapelusz i zwrócona ku drzwiom przyległej sali jadalnej, wołała: — Delicyo! Delisiu! Delciu!
A gdy na wołanie to Delicya kończąc jeszcze rozwiązywanie wstążek do kapelusza, śpiesznie weszła do salonu, p. Żulietta z gorączkową porywczością ruchów, chwyciła ją w swe ramiona, posadziła obok siebie na kozetce i głowę jej z której kapelusz spadł na ziemię do piersi swych przyciskając, a czoło, włosy i policzki młodej dziewczyny namiętnemi pocałunkami okrywając, przerywanym mówiła głosem:
— Moje ty dziecko drogie, kochane! moja ty perło — najpiękniejsza! mój ty klejnocie! bracia twoi jechali z nami, nie miałam czasu popieścić cię, ani rozmówić się z tobą! jakaś ty była dziś śliczna i rozumna! jakaś ty posłuszna swej matce! O! bo ty wiesz, ze ja cię kocham więcej nad wszystko na świecie! że ja ci życzę lepiej jak ktokolwiek pod słońcem życzyć ci może! że cała myśl moja, wszystkie moje pragnienia, zwrócone są tylko ku temu, abyś ty perełko moja, szczęśliwą była! Cóż, czy rada jesteś z dzisiejszego zwycięztwa swego? pokaż mi swoje oczka, czy błyszczą one do tego pięknego świata, który dziś, zdaje się, że otworzył się przed tobą? No, podnieś główkę, Delciu, spójrz na mnie! czemuż tak pochylasz się nizko? nie wstydź się! Matka, to przyjaciółka twoja najlepsza, najbliższa! przed nią można i trzeba powiedzieć wszystko!...
Mówiąc to, p. Żulietta z łagodną i pełną czułości pieszczotą, usiłowała podnieść ku sobie głowę i spojrzeć w twarz swej córki, która nizko w istocie pochylona, całowała jej ręce i tuliła się do jej piersi.
— Co to? zawołała po chwili z nieudanym wcale żalem i przestrachem, ty płaczesz, Delicyo?
W istocie, błękitne oczy pięknej dziewczyny perliły się łzami, a na twarzy jej zamiast radośnego uśmiechu, o którym mówiła jej matka, rozlewał się wyraz smutku.
Co ci jest? powtarzała Żulietta, wyglądasz mi tak smutnie jakoś! czy może cóś się stało, o czem ja nie wiem? czy przed pożegnaniem może powiedziałaś cóś hrabiemu, co mu się niepodobać mogło i lękasz się teraz, aby się tem nie zraził? powiedz! powiedz! wszystko jeszcze da się naprawić! od tego ja jestem! może on pomagając ci wsiadać do karety, powiedział cóś, z czego złe wnioski snujesz?...
Delicya mocniej przytuliła się do piersi swej matki i z za łez patrząc na nią, więcej jeszcze zmięszanym niż smutnym wzrokiem, szepnęła:
— Nie mameczko najdroższa, nie! tylko... on,.. taki brzydki i taki jakiś... śmieszny!...
Pani Żulietta uśmiechnęła się z widocznem uczuciem ulgi i końcami białych swych palców, bledszy jak wprzódy policzek córki swój popieściła.
Nastraszyłaś mię, Delciu! myślałam że zaszło cóś ważnego! Czyż doprawdy znalazłaś hrabiego tak brzydkim!
— Ach tak, moja mamo, tak! szeptem potwierdziła Delicya.
— Mnie bo on się wcale takim nie wydał... wzrost ma ładny... uśmiech przyjemny, a gdy ożywił się rozmawiając z tobą, oczy jego nabrały blasku i wyrazu i stały się nawet wcale pięknemi.... Zresztą, Aniele mój kochany, alboż tu o to idzie, czy hrabia jest wzorem piękności czy nie?
Wyprostowała się p. Żulietta i zatrzymując w dłoniach swych ręce swej córki, nie z uniesieniem już jak wprzódy, ale z namysłem i powagą prawdziwie macierzyńską mówić zaczęła:
— Droga moja Delicyo! młode osoby jak ty bywają zwykle skłonnemi do zapatrywania się na małżeństwo ze strony zbyt lekkiej... wybacz mi moje dziecko, ale powiem... płochej nawet i nierozsądnej. Wyobrażają one sobie, że wszystko tu zależy tylko na wzajemnem podobaniu się, lub niepodobaniu, na więcej lub mniej miłem wrażeniu, jakie sprawia im widok człowieka mającego rozstrzygać o szczęściu lub nieszczęściu całego ich życia... Tymczasem dziecko moje, jest to kwestya bardzo ważna i opierająca się na wcale innych, daleko trwalszych, daleko realniejszych warunkach...
Tu p. Żulietta milczała chwilę, zbierając jakby myśli swe dla jaśniejszego ich wypowiedzenia, potem zaczęła znowu:
— Nie pierwszy to już raz mówimy o tem z tobą, jedyne dziecko moje, ale teraz... teraz, jeśli nie mylę się, nadchodzi dla ciebie chwila, w której przejąć się cała powinnaś wszystkiem, coś kiedykolwiek odemnie słyszała, a także przypomnieć sobie wszystkie smutne widoki, która miałaś przed oczami swemi, a które powinny były nauczyć cię wiele... wiele... Mówię to o sobie... drogie dziecię! Jam, wychodząc za ojca twego, kochała go... był to w istocie piękny bardzo mężczyzna, twój ojciec, o!... mógł się bardzo podobać każdej młodej pannie... Posiadał on do tego najlepszą opiniją — nikt powiedzieć o nim nie mógł inaczej, jak że był człowiekiem nadzwyczaj rozumnym i nadzwyczaj prawym... Mogłam więc, zdaje się, posiadać pewność że będę z nim szczęśliwą... nieprawdaż? I w istocie, szczęśliwą byłam przez pierwsze lat parę, to jest póty dopóki nie rozwiał się czar pierwszych złudzeń i wzruszeń... dopóki miłość nasza trwała w całej świeżości swej i powiem prawdę, w całej swej ślepocie... Taki jednak czar, taka ślepota nigdy dziecię moje, długo trwać nie może na biednym świecie naszym, a gdy rozwieje ją czas nieubłagany, trzeba nam wtedy do szczęścia codziennego życia czegoś innego już... czego ojciec twój dać mi i nie mógł i nie chciał...
Delicya która dotąd słuchała mowy matki swej z wielkiem natężeniem uwagi, uczyniła lekkie poruszenie i zcicha przerwała:
— Ojciec był jednak tak czułym... tak dobrym dla nas wszystkich... Wszak miałam już lat trzynaście, kiedy... stało się z nim to... nieszczęście i pamiętam dobrze jak nas sam uczył... jak nas pieścił...
Na czole p. Żulietty legła przy tych słowach córki chmurka niezadowolenia. Smutne wstrząsając głową, łagodnie jednak odpowiedziała:
— Prawda, prawda! Delicyo! ojciec twój był bardzo... dobrym... kochałaś go zawsze i teraz jeszcze kochasz... niemam ci tego za złe wcale, jakkolwiek posiadam wszelkie prawo żądać w twem sercu pierwszeństwa dla siebie... jam matka... jam to nie kto inny, noce bezsenne nad twem łóżeczkiem spędzała, kiedyś malutką jeszcze będąc chorowała nieraz ciężko... jam to nie kto inny, pielęgnowała piękność twą i uczyła cię stawiać pierwsze kroki w świecie gdy dorosłaś... od iluż to już lat gdy nieszczęście to zaszło z twoim ojcem... ja sama... słaba kobieta, myślę o losie moich dzieci, troszczę się szczególniej o twoją przyszłość, Delicyo!
Delicya wzruszona widocznie słowami matki, całowała znowu jej ręce i tuliła się do jej piersi.
— Widzisz więc, ciągnęła p. Żulietta, że pomimo nawet dobroci twego ojca, o której mówisz i która cię tak do niego przywiązała... pomimo że pięknym on był i jak powiadano rozumnym człowiekiem, ja nie byłam wcale szczęśliwą... Wychowana w domu rodziców moich w zbytkach i pieszczotach, nie posiadłam bynajmniej po zamężciu tego wszystkiego do czego byłam przyzwyczajoną... o czem marzyłam i czego spodziewać się miałam prawo... Aby mi dać te wszystkie przyjemności i osłody życia, charakter twego ojca był zbyt surowym, majątek niewystarczającym... Nie był on wcale ubogim, o! nie! gdyby bowiem tak było, nie wydali by mię z pewnością za niego, najlepsi moi rodzice... Białowzgórze dawało sporą intratę i zdawało się być majątkiem nieledwie pańskim... Ale ojciec twój, dziecko moje, nie posiadał upodobań odznaczających ludzi, którzy ze krwią swą wyssali umiejętność i zamiłowanie do szerokiego, prawdziwie przyjemnego życia... Znasz dobrze pochodzenie ojca twego... był on synem niezamożnego bardzo szlachcica, który w późnym dopiero wieku, ciężką pracą, szczęśliwemi spekulacyami, dobił się znaczniejszej nieco fortuny. Ojciec twój tedy miał przyzwyczajenia, mało szlacheckie, kierunek myśli i gustów nadzwyczaj... poważny... że nie powiem... pedantyczny... Zakopał się więc na wsi i mnie tu młodą... spragnioną świata... zakopał. Zaledwie raz jeden powiózł mię za granicę... a i to dla tego, że jak powiadał, potrzeba mu było przypatrzyć się gospodarstwom wiejskim w innych krajach... to też podróż ta była bardzo nudną i nie pozostawiła mi po sobie żadnych prawie miłych wspomnień... Czy ty wiesz o tem, dziecię moje kochane, że przez 28 lat, odkąd mężatką jestem, raz jeden tylko miesiąc cały przepędziłam w Warszawie, a i tam ojciec twój oddawać nie chciał żadnych wizyt, ani bywać na żadnych większych zebraniach, mówiąc, że ponieważ nie jesteśmy ani bardzo bogaci, ani wysoko urodzeni, nie mamy żadnej potrzeby piąć się do wielkiego świata stolicznego... Czy ty wiesz, moje dziecię o tem, żem ja przez całe życie ani jednej sukni aksamitnej nie miała, bo ojciec twój utrzymywał, że aksamit niestosownym jest dla kobiety żyjącej na wsi i nie bardzo majętnej... że te biedne mebelki w dwóch salonach naszych ja wywalczyć i wypłakać musiałam zanim ojciec twój zgodził się sprowadzić je z Warszawy na miejsce tych obrzydliwych starych gratów, które przecie pamiętać musisz, boś miała zaledwie lat 10, gdy utrzymywałaś już że są fatalnie brzydkie i niewygodne?... czy ty wiesz o tem mój Aniele, że kiedy parę razy do roku przyjmowaliśmy u siebie sąsiedztwo, przyjęcie nie kosztowało nas nigdy więcej nad wielce skromną sumkę, którą ojciec twój z góry na cel ten przeznaczał i od niej nigdy odstąpić nie chciał ani na jotę? Czy ty wiesz, złota ty moja pieszczoszko, że twoja mama przez długie lat kilkanaście nie jeździła inaczej jak staroświeckim, wysokim koczem, a dopiero to od czasu... nieszczęścia tego... zdobyła się już sama, o własnych siłach na jaką taką karetę — gorszą wiele od tych, któremi jeżdżą oddawna sąsiadki jej i starego kocza nie warte? Każda żywsza przyjemność, której w życiu użyłam, wszystko co tylko kiedy miałam piękniejszego, stosowniejszego dla siebie, wypłakanem było, wywalczonem od ojca twego... który... pomimo całej dobroci swej, miał w sobie wiele uporu i nie dających się przełamać uprzedzeń. Cierpiało na tem i pożycie nasze domowe, inaczej być nie mogło. Jego przywiązanie dla mnie stygło coraz bardziej z latami, ja także uniosłam się może nieraz zbytecznie i zawiniłam przeciw niemu przykrem jakiem słowem lub gwałtowną sceną, a wszystko to razem, przyznaj sama dziecko moje, nie stanowiło bynajmniej jasnej i wesołej doli, nie stanowiło szczęścia.
Wymawiając ostatnie słowa, p. Żulietta miała łzy w oczach. Chyliła głowę córki swej do swych piersi, jakby chciała ukryć przed nią ogarniające ją boleśne wzruszenie. Delicya obu ramionami objęła kibić matki.
— Biedna, biedna mamo! szepnęła. Wiem ja o tem wszystkiem, widziałam nieraz sama... słyszałam... pamiętam... Ależ, biedny ojciec pewno myślał, że to co czynił było dobrem...
— Z pewnością, potwierdziła p. Żulietta, mniemam nawet że myśląc tak nie mylił się wcale... Być może, iż gdyby nie ta jego przezorność, nie te jego surowe przyzwyczajenia i upodobania, bylibyśmy teraz zrujnowanymi majątkowo, jak tylu innych sąsiadów naszych... Oddaję ojcu twemu wszelką sprawiedliwość... przyznaję nawet że ze względu na majątkowe położenie nasze, w sporach, które pomiędzy mną a nim zachodziły, on miewał najczęściej słuszność... ale... nie przeszkadza to temu, dziecko moje, że ja całą mą młodość spędziłam smutnie i monotonnie, że mi w życiu brakowało mnóstwa przyjemnych, powiem nawet, niezbędnych rzeczy i że podobnej przyszłości dla ciebie nie chciałabym za nic... za nic!
Milczała chwilę, potem zaczęła znowu.
— Wśród smętnego, monotonnego, ze wszelkiego blasku, ze wszelkich żywszych uroków odartego życia, które wiodłam, wy tylko, dzieci moje, byliście mi pociechą i... nadzieją dni jaśniejszych. Nikt na ziemi uczynić mi nie może zarzutu tego, abym była złą matką...
— O nie! nie! ze szczerym wybuchem zawołała Delicya, byłaś mamo zawsze dla nas wszystkich najlepszą, najczulszą, najukochańszą mamusią!
— Tak; potwierdziła z dumą p. Żulietta, z podniesionem czołem zdać mogę światu rachunek ze spełnionych przezemnie obowiązków żony i matki. Jak przyjęte na siebie imię żony przechowałam nieposzlakowanem żadnym nawet cieniem płochości i przeniewierstwa — tak godnie i mężnie nosiłam imię i pełniłam obowiązki matki. Pielęgnowałam was w dzieciństwie i chorobach, otaczałam pieszczotą najczulszą gdyście dorastali. Nie umiałam nic wam odmówić i gdyby którekolwiek z was zażądało odemnie gwiazdy z nieba wysokiego, poszłabym była po nią gdybym tylko mogła! Potem ileż to ja walk stoczyłam z powodu wychowania i wykształcenia waszego! Ile łez, ile nocy bezsennych, spędzanych na obmyślaniu pretekstów i wybiegów różnych; kosztowały mię te bony i nauczycielki francuzkie, któreście miały przy sobie tylko przezemnie... tylko kosztem zdrowia i sił moich... ojciec wasz bowiem był im strasznie przeciwny. Ale gdy szło o was, jam już lwicą stawała, nie ustępowałam i zwyciężałam... Potem... gdy stało się to nieszczęście... miałam ręce rozwiązane, sama już, według własnego planu mego, dokończyłam waszego wychowania... Wyrzekłam się podróży, która jednak tak bardzo potrzebną mi była dla zrujnowanego śród tylu nieprzyjemności zdrowia, aby bracia twoi mogli tak jak i wszyscy porządni młodzi ludzie, parę lat przepędzić zagranicą... Dla was sprowadziłam metrów muzyki, angielskiego i tańców, słowem czyniłam niepodobieństwa, wyrzekałam się sama wszystkiego, żeby tylko wykształcić was dla świata, a tym sposobem położyć podstawy przyszłego waszego szczęścia... Ale... droga Delicyo moja i tu jak wszędzie ciążyły na mnie i ciążą konsekwencye nieuniknione pierwszego kroku uczynionego w życiu... zamąż pójścia mego... Na cóż się zdały wszystkie ofiary i starania moje, dla was dokonywane? Na cóż się zdało Sylwii i Romanii to wysokie wykształcenie, które im dałam? ten polor, ten wdzięk którym pomimo niezbyt awantażownej powierzchowności swej, odznaczały się one dzięki naukom moim. Znasz swoich szwagrów. Woryło jest dość majętnym człowiekiem, ale parafianin to, gbur trochę, trochę skąpiec i jedyne to tylko szczęście, że Sylwija umie dotąd panować nad nim... ale czy długo to potrwa? Trzewikowski znowu... trèx comme il faut... ale zrujnowany, ostatkami goni tak że... drżę co chwilę myśląc o przyszłości, która czeka Romaniją... Ty także, perełko moja... skończyłaś już, entre nous, 23 lata... Dla czegóż jednak jesteście wszystkie tak nieszczęśliwemi? oto zawsze dla jednej i tej samej przyczyny, która mi przez życie całe, we wszystkiem bruździła. Czy mogłam wywieźć was gdzieś na świat szerszy? pokazać ludziom takim, którzyby dla was odpowiednimi byli? Nie; gdybyście miały wielkie posagi, zjeżdżałby się świat do was i tutaj, ale... cóż macie? cóż mamy wszyscy? bracia twoi podzieliwszy się Białowzgórzami, posiadać będą nie więcej jak po 40,000 rubli funduszu, a cała ich na przyszłość nadzieja w pomyślnym maryażu... Posag każdej z was wynosi 15,000. Cóż to znaczy? szlachecki posążek wynoszący tyle ile powinnaby kosztować sama tylko wyprawa takich panien jak wy... moich córek... Doprawdy, winszować sobie jeszcze zmuszoną byłam, wydając w ten sposób uposażone, a w kącie chowane córki moje za takiego Woryłę i takiego Trzewikowskiego...
Ostatnie słowa p. Żulietta wymówiła z goryczą nieopisaną w głosie i wyrazie twarzy. Delicya westchnęła także.
— Prawda, mamciu, rzekła, gdybyśmy były mogły choć jedną zimę w Warszawie spędzić.... choć raz zagranicę wyjechać...
Smutnie i szydersko zarazem uśmiechnęła się p. Żulietta...
— Nie dla nas to podobne szczęście i przyjemności, rzekła, nie dla nas! I cóż więcej wynika jeszcze z tej ciasnoty, z tej nędzy materyalnych środków? oto poniewierka moralna i grzech nie jeden. Czy myślisz Delicyo, że duma moja, że powiem nawet sumienie moje i mój zmysł estetyczny nie oburzają się na te nieznośne, upokarzające konkury, które stroić muszę do tej okropnej baby z Odrzenic... do jenerałowej? czyż nie widzę, że ona mną i mojemi dziećmi poniewiera? czyż nie wiem, że źle jest ze wstrętem w duszy całować kogoś i przed kimś się uniżać? Ale — cóż mam czynić? czegóż nie uczyniłabym dla dzieci moich? Ona bogata! bogata! bogata! w niej więc jedyna nadzieja nasza! Ona może braciom twoim udzielić środków do zawarcia pomyślnych maryaży, ona zapisem swym ułatwi, uprzyjemni pożycie z nieznośnym Woryłłą biednej mojej Sylwii i zapobieży ruinie majątkowej męża Romanii... O tobie niema co mówić... cały twój los prawie w jej ręku... Jeżdżę więc, całuję po rękach i kolanach starą tę sknerę... marznę w jej domu, zjadam obrzydliwe kartofle z łupinami, widzę jak nieraz uśmiechają się ze mnie szydersko ludzie... znoszę od niej samej kpiny, docinki i te jej djabelskie chichoty.... cóż robić? cóż robić? nędzarką jestem!.. żebraczką jestem!.. muszę o kawałek lepszej doli, o odrobinę słońca i radości życia żebrać... dla dzieci moich....
Tu p. Żulieta poniosła chustkę do oczu i zapłakała cicho lecz rzewnie. Oczy Delicyi zrosiły się także łzami. Objęła ona matkę silnym, gorącym uściskiem i całując ręce jej, twarz i oczy szeptała:
— Biedna, biedna, najlepsza, najdroższa mamusiu!..
— Widzisz więc droga moja, mówiła dalej p. Żulieta, co znaczą bogactwo i ubóstwo i jaką rolę gra w życiu kobiety — zamąż pójście. Od tego cała przyszłość nasza zawisła... nie o większej więc lub mniejszej przyjemności przemijających wrażeń myśleć powinnyśmy gdy krok ten czynimy...
Tu p. Żulieta w przystępie gorączkowej prawie czułości, znowu córkę swą w ramiona ujęła.
— O! zawołała, ja dla ciebie zawsze, zawsze spodziewałam się czegoś lepszego, świetniejszego jak to czego dostarczyć mogła nieznośna parafia nasza! Nie chciałam cię dać żadnym Tutunfowiczom ani Kobyłkowskim... nie dla nich bowiem stworzoną jesteś, ani dla takiego losu, któryby oni zapewnić ci mogli... Ty byłaś zawsze najmilszą pieszczoszką, najkosztowniejszą perełką moją... byłaś... daj uszko... powiem ci pod sekretem... najukochańszem z pomiędzy wszystkich dzieci moich dziecięciem...
Delicya podniosła twarz rozkosznie uśmiechnioną i z minką, z poruszeniem swawolnej pieszczochy zawiesiła się ustami na ustach swej matki.
— Tak, rzekła uśmiechając się już swobodnie p. Żulieta, Pan Bóg wysłuchał próśb moich gorących i zmiękczył dla nas serce tej starej wiedźmy Odrzynieckiej... Nie wiem zkąd się to u niej wzięło... ale zaczęła widocznie zajmować się twoim losem... sprowadziła do siebie hrabiego umyślnie, aby cię zobaczył i poznał... reszta będzie już naszem dziełem. Delciu moja! jakże w twem uszku brzmią następujące wyrazy: hrabina Delicya Pompalińska! prawda, że to brzmi wcale pięknie... do tego milionowa pani... i synowa hrabiny Wiktoryi, z domu księżniczki X. O! znam ja tę hrabinę Jarosławową. Spotkałam ją parę razy w życiu na zebraniach. Dumna kobieta jak szatan... w jej oczach, tacy jak my to robaki, na których spojrzeć nie warto... Otóż pokażemy jej co znaczymy. Przez małżeństwo twoje z jej synem, staniesz z nią na równi, wejdziesz do tych wszystkich domów, które stanowią jej towarzystwo... bo drzwi najpierwszych salonów w kraju, otworzą się przed moją Delicyą... przed milionową panią, hrabiną Pompalińską...
Delicya podniosła głowę, wyprostowała się i wyciągając przed siebie obie swe splecione ręce, zawołała z uśmiechem:
— O, prawda, prawda mamusiu! że to będzie miło! bardzo wesoło...
— A widzisz! widzisz! potwierdzała uradowana matka.
— Pojadę zaraz... gdzie? do Włoch... do Paryża... do Wiednia... wszędzie... takam ciekawa... ciekawa świata... I mamusia pojedzie z nami...
— Zbiorę ostatki, a pojadę aby być świadkiem pierwszych tryumfów twoich i pierwszych chwil twego szczęścia...
— Na zimę zamieszkamy w Warszawie.... otworzę salony i pokażę p. hrabinie Jarosławowej, że potrafię tak dobrze przyjmować wielki świat u siebie jak i ona...
— Jeszcze lepiej, mój ty klejnocie, jestem pewna, że jeszcze lepiej...
Delicya przestała nagle uśmiechać się. Chmurka smutku przyćmiła rozpromienione jej czoło.
— Ach, mamusiu! westchnęła, żeby tylko on był choć trochę mniej brzydki... Żeby to był nie on... ale brat jego stryjeczny; hr. Wilhelm?
— Skądże ci znowu przyszedł do głowy hrabia Wilhelm?
— Najpiękniejszy to człowiek, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam...
— Zkądże wiesz? nie widziałaś go nigdy!
— A fotografija jego?
Tu Delicya poskoczyła ku stołowi, wzięła jeden z leżących na nim albumów i roztworzywszy go pokazała matce fotografiją bardzo w istocie przystojnego i czupurną miną odznaczającego się mężczyzny.
— A prawda! zaśmiała się p. Żulietta, przypominam sobie... zainteresowała cię ta fotografija i kupiłaś ją sobie w zakładzie fotograficznym w Warszawie.
— O moje śliczności! uśmiechając się wpołfiglarnie, wpółsmutnie mówiła do fotografji Delicya, co to za włosy! co za oczy! jakie usta! Ach mamusiu! mamusiu!
Przypadła do kolan matki i kryjąc w suknią jej twarz spłonioną zawołała.
— Gdyby to na miejscu hr. Cezarego był... hr. Wilhelm... doprawdy, chybabym, mamusiu, oszalała z radości!
— Przestań dziecinić się Delicyo, wyrzekła z powagą matka, hr. Wilhelma nie znasz i poznasz go wtedy chyba, gdy będziesz już hrabiną Cezarową... Na świecie nie można posiadać wszystkiego razem, a gdy szczęście przychodzi do nas, chwytać je trzeba choć jest niezupełnem.
Delicya westchnęła zcicha i położyła album na stole. Do salonu weszli dwaj młodzi synowie p. Żuliety. Jeden z nich wchodząc zawołał:
— Panie tu gawędzą sobie, a myśmy po sławnej uczcie u jenerałowej, spragnieni i zgłodniali. Mamciu! kolacya na stole!
— Pójdźmy! rzekła wesoło Żulieta, przy stole pogawędzimy wspólnie o interesach naszych.
Wsparła się na ramieniu starszego syna, Delicya pochwyciła swawolnie ramię młodszego i przeszli tak do sali jadalnej, również jak salon białemi rączkami p. Żulietty bardzo smakownie urządzonej, ze stołem pośrodku, politurowana tafla którego zastawioną teraz była przyborami do herbaty i półmiskami zawierającemi dość wykwintną i obfitą kolacyą. Pani Żulieta odprawiła służbę składającą się z dwóch lokajów. — Niech nikt tu nie wchodzi, dopóki nie zadzwonię! rzekła.
Po odejściu służby, przez kilka minut panowało w sali jadalnej zupełne milczenie, przerywane tylko dzwonieniem nożów i talerzy. Zgłodniali goście Odrzynieccy zapomnieli na chwilę o ważnych rodzinnych sprawach, a nawet p. Żulieta i Delicya pomimo wzruszeń doznanych, zajęły się gorliwie woniejącemi na półmiskach potrawami. Oprócz dźwięku stołowych naczyń, milczenie panujące w sali jadalnej przerywanem jeszcze było dochodzącymi z sąsiedniego pokoju odgłosami kroków męzkich, równych, powolnych, miarowych, ani na chwilę nie ustających. Było cóś dziwnie posępnego, rzec nawet można, tajemniczego w tych krokach samotnie, a niezmordowanie stąpających po pokoju oddzielonym od reszty mieszkania ściśle zamkniętemi drzwiami. Znajdujące się przecież w sali jadalnej osoby nie zdawały się zwracać na nie najlżejszej uwagi, przywykły znać tak bardzo do tych posępnych odgłosów domu swego, że nie słyszały już ich prawie. Jedna Delicya tylko spoglądała od chwili do chwili ku drzwiom zamkniętym i zdawała się niekiedy przysłuchiwać stąpaniom samotnego za drzwiami wędrowca. Stała ona przy samowarze nalewając herbatę matce i braciom, a gdy jednemu z tych ostatnich podała filiżankę ze starannie przyrządzonym napojem, pochwycił on ją za drobną, białą rączkę i patrząc w spuszczone jej oczy, zapytał z uśmiechem:
— Cóż, siostrzyczko? czy mam ci powinszować? czy pewną już jesteś swego zwycięztwa!
Delicya uderzyła lekko brata po ręku i poskoczywszy, schowała się znowu za samowar, p. Żulieta zaś rzekła z żartobliwym uśmiechem:
— Sessya zagajona przez Władysława... możemy teraz mówić wszyscy o tem co nas wszystkich tak bardzo obchodzi. Władysławie! Henryku! wszak domyślacie się o czem mówić ze sobą mamy?
— Naturalnie! jednogłośnie ozwali się dwaj bracia.
— Jakże się wam wydał młody hrabia?
— Trochę... dziwny! ale oryginalność bywa często przybraną manjerą wielkich panów. Zawsze to dla Delicyi świetna, niespodziewanie świetna partya.
— Nieprawdaż, moi drodzy? Ale ja powiem wam cóś więcej jeszcze. Jeżeli ta prawdziwa łaska Boska spłynie na nas i maryaż ten dojdzie do skutku, Delicya moja stanie się prawdziwym aniołem pomocy dla nas wszystkich, dla braci swych szczególniej... Czy rozumiecie mię? Wszak przez nią, przez jej dom, otworzą się salony wielkiego świata i dla was, moi synowie a wtedy z waszą powierzchownością, z waszem wychowaniem znajdziecie tam pewnie niejedną sposobność stosownego ożenienia się...
— Prawda! potwierdził brat starszy, a młodszy dodał:
— Już bo też mnie te nasze gąski parafialne obrzydły doprawdy.
— Gąski te nie dla was i wy nie dla nich stworzeni jesteście, mówiła p. Żulieta patrząc na synów swych z dumą i miłością. Władysław powinien znaleźć sobie żonę z dużym posagiem, aby módz spłacić bratu połowę Białowzgórz, a Henryk ożeni się z jaką herytierą i mając kapitał własny, osiądzie w dobrach swej żony.
— Śliczne projekty naszej mamusi! zawołał śmiejąc się Władysław.
— Oby się spełniły! dodał również wesoło Henryk.
— Spełnią się niezawodnie, jeśli nam, mnie i Delicyi, dopomódz zechcecie...
— Ależ z całego serca! choćby nawet nie było w tem interessu naszego... dla siostry przecież...
— Już dopomagamy, przerwał bratu Henryk, poznajomiliśmy się z hrabią należycie i zaprosiliśmy się do niego na jutro na polowanie...
— Już to, z lekkiem zamyśleniem zauważyła matka, stosowniejby było, aby hrabia jako nie mieszkający stale w tych stronach, pierwszy wam oddał wizytę... ale pomiędzy młodymi ludźmi zachowywanie ścisłe etykiety światowej może i niekonieczne.
— Naturalnie; szczególniej że jak mi się zdaje hrabia Cezary nie jest ani zwolennikiem, ani wielkim znawcą etykietalnych ceregieli...
— Tem lepiej. Tem łatwiej pójdzie wszystko. Po odbytem polowaniu, przywieziecie nam tu naturalnie hrabiego na herbatę.
— Postaramy się o to mamusiu!
— Pójdźcie teraz wszyscy do mnie, kochane dzieci moje, niech was uścisnę!
Władysław i Henryk chętnie i wesoło powstawali ze swych krzeseł i pochyliwszy się przed matką, ponieśli do ust jej ręce.
— Już to mamusia nasza umie doskonale wszystko obmyśleć! rzekł jeden z braci.
— Niema, comme j’aime Dieu, lepszej i mędrszej pod słońcem kobiety, jak nasza mamusia! dodał brat drugi.
— A ty Delicyo? rzekła Żulieta rozpromienionym od pieszczot synowskich wzrokiem spoglądając ku córce.
Delicya lekko i szybko podbiegła, stanęła pomiędzy braćmi za krzesłem matki i objąwszy ramionami jej szyję, a twarz swą do twarzy jej przyłożywszy, szepnęła jej na ucho: — Mamusiu! duszko! Aniele!
Gruppa ta złożona z matki pięknie jeszcze i młodo wyglądającej, z dwóch młodych, urodziwych synów i pięknej jak róża majowa dziewicy, malowniczo oświecona spuszczającą się od sufitu lampą, przedstawiała godny podziwu obraz miłości i zgody rodzinnej. I błogo, radośnie, rozkosznie byłoby patrzyć na nią... gdyby...
W przyległym pokoju odzywały się wciąż, wciąż za zamkniętemi drzwiami, jednostajne, nieustanne stąpania męzkie. Rzekłbyś niespokojny duch jakiś pokutujący tam wśród ciszy i zamknięcia, lub więzień smutny, z niedającym mu spokoju robakiem w piersi.
— Ach! zawołała Delicya uwalniając z uścisku szyję matki, trzeba ojcu zanieść herbatę...
— Zawołaj Jakóba, niech zaniésie... markotnie jakoś ozwała się p. Żulieta.
— Nie mamciu, ja sama pójdę... jak zwykle, rzekła Delicya z miną i poruszeniem pieszczonego dziecka, któremu niczego wzbronić nie można.
Nalała filiżankę herbaty, postawiła ją na małej srebrnej tacce na której ułożyła też kilka najlepszych ciastek z pomiędzy znajdujących się na stole i wziąwszy tackę w obie ręce, zgrabna, lekka jak Sylfida, ale z twarzą zamyśloną trochę i poważniejszą niż zwykle, skierowała się ku drzwiom zamkniętego pokoju. Władysław wyprzedził siestrę o parę kroków, aby przed nią drzwi otworzyć, a gdy to czynił, usuwając się jednak na stronę, aby dla osoby znajdującej się w przyległym pokoju niewidzialnym pozostać i jej wzajem nie ujrzeć, przez drzwi na wpół roztwierające się i przepuszczające śliczną postać Delicyi, ukazała się obszerna komnata, słabo oświetlona przyćmionym płomieniem lampy, z wielkim, książkami zarzuconym stołem pośrodku, a w koło którego ze schyloną głową i rękami w tył założonemi, równym, miarowym krokiem, chodził mężczyzna wysoki, chudy, z długą siwiejącą brodą i oczami głęboko zapadłemi pod wielkiem, zbrużdżonem czołem...





ROZDZIAŁ VIII.

A hr. Cezary wracając z Odrzenic leciuchnemi sankami, mknącemi chyżo po osrebrzonej księżycem powierzchni śniegu, milczał do połowy drogi, potem rozmarzonym wzrokiem spojrzał na towarzysza podróży swej, Pawełka i zawołał:
— Pawełku! jaka ona śliczna! prawda?
Pawełek uśmiechnął się.
— Mógłbym udawać że nie domyślam się o kim mówisz, rzekł, ale nie mam w tej chwili ochoty do żartów. Zebranie to w Odrzenicach nastroiło mię dziwnie piołunowo, a przytem uważam że zanosi się na cóś bardzo ważnego dla ciebie, Cezary. Nie widziałem cię nigdy tak zachwyconym kobietą żadną, jak dziś panną Delicyą Kniksówną.
Cezary milczał chwilę zamyślony.
— Owszem, Pawełku, rzekł po chwili zcicha i nieśmiało, kochałem już dawniej raz w życiu... raz jeden...
— Wiem, wiem, pamiętam! ową Dorotkę...
— Tak, ciszej jeszcze potwierdził Cezary, mama i stryjowie gniewali się wtedy bardzo na mnie, Mścisław mię wyśmiewał... ale niech sobie co chcą mówią ludzie, ja i teraz powiem, że była to śliczna i dobra dziewczyna... Westchnął zcicha, potem dodał:
— Wiesz co, Pawełku? ja i teraz jeszcze nie mogę o niej wspomnieć obojętnie... była to sobie prosta dziewczyna, nizkiego pochodzenia i nieuczona wcale, ale... mnie się zdaje, że ona mię prawdziwie kochała...
Pawełek nie odpowiadał. Cezary po dość długiem milczeniu mówił dalej:
— I czy wiesz Pawełku, dla czego mi panna Delicya podobała się tak od razu... od pierwszego spojrzenia?.. pamiętasz Dorotkę? jak panna Delicya podobna do niej, nieprawdaż?
— A prawda, potwierdził Pawełek, ten sam wzrost ma co Dorotka, takie same włosy i tak samo uśmiecha się prawie ciągle... dla tego zapewne, że również ładne ma ząbki jak miała Dorotka...
— Widzisz sam! zawołał żywo Cezary, widzisz jakie to podobieństwo... jak tylko spojrzałem na nią, zaraz mi się tak smutno jakoś zrobiło koło serca... i tak mię jakoś ciągnęło do niej...
O! gdyby p. Żulieta słyszeć mogła to porównanie, czynione przez dwóch Pompalińskich pomiędzy najulubieńszą, tak świetnie i salonowo wykształconą jej córką, a byłą garderobianą hrabiny Wiktoryi, która to tak czułe pieśni na gitarze wygrywać lubiła przy otwartem oknie... garderoby siadając!...
Dojeżdżali już do Pompalina, gdy Cezary znowu mówić zaczął do Pawełka:
— Prawda Pawełku, jaka ona śliczna? Taka skromna, taka dobra! jestem pewny... jestem pewny Pawełku że... że umiałaby ona... kochać prawdziwie...
— Nie znam wcale panny Delicyi Kniksówny, odparł uśmiechając się Pawełek, nie mogę więc żadnym sposobem decydować o sile i doniosłości sercowych jej uzdolnień. Widzę tylko mój Cezary, że jesteś niepospolicie wzruszonym i zajętym, zatem ostrzegam cię... Będą cię tam łapać... łapać... na męża dla tego konterfektu twojej Dorotki...
Cezary zwrócił się ku mówiącemu z niezwykle żywem poruszeniem.
— Pawełku! zawołał, jakiś ty niedobry!
— Dla czego? zapytał Pawełek.
— Ty myślisz że wszyscy ludzie na świecie są źli... zepsuci... bez serca...
— Nie, odparł Pawełek, myślę tylko że jesteś świetną partyą, mój ty hrabio Pompaliński i dziedzicu Malewszczyzny z pięcią innemi folwarkami i że w naszych biednych czasach, Mamy podobne do p. Kniksowej i córunie takie jak panna Delicya, bywają na świetne partye nadzwyczaj łakome...
— Proszę cię Pawełku, nie mów źle o niej przy mnie!
Wyrazy te Cezary wymówił głosem tak pewnym i nieledwie rozkazującym, że Pawełek ze zdziwieniem na niego spójrzał.
— A! wyrzekł z uśmiechem, pierwsze strzały kupidynowe przenikając w serce twe, Cezary, wlały w nie jak widzę trochę już siły i męztwa... Winszuję ci... i cieszyłbym się bardzo szczerze, gdyby cokolwiek... ktokolwiek... niechby już sobie i panna Delicya, dokonała na tobie zbawienną metamorfozę i przekształciła cię z Cezarka-dziecka, na Cezarego mężczyznę.
Cezary wyciągnął rękę ku towarzyszowi swemu.
— Pawełku! rzekł z rozrzewnieniem, ty mię lubisz trochę? prawda?
— Jeżeli mam prawdę powiedzieć, odparł śmiejąc się Pawełek, lubię cię nawet bardzo, Cezarku!
— Ty jeden tylko... ty jeden... szepnął Cezary ściskając z całej siły rękę towarzysza...
— Dla tego też, kończył Pawełek, choćbyś się miał rozgniewać, co zresztą uważam za rzecz nieprawdopodobną, powiem ci raz jeszcze że w twojem położeniu zostając, z ludźmi takimi jak Kniksowie, trzeba być bardzo ostrożnym... Affekty ich dla takich utytułowanych i milionowych paniczów jak ty, bywają zwykle bardzo podejrzanego gatunku.
— Mnie o nikogo więcej nie idzie tylko o jedną pannę Delicyę, szepnął Cezary.
— Ha! westchnął Pawełek, o pannie Delicyi osobiście nic a nic nie wiem ani dobrego ani złego... mówiłem to tylko tak... z wniosków ogólnych...
Cezary zwrócił się do Pawełka i rzekł z szczególną stanowczością w głosie i żywym błyskiem w oczach.
— Mój Pawełku! ona wierzy w serce... powiedziała mi to sama... lubi wieś, ciszę... kwiaty... poezyą... jestem pewny że to istota któraby prawdziwie kochać umiała... nie wiem tylko... niewiem, czy ja jej się podobam... i...
Tu umilkł na chwilę, potem bardzo cicho dokończył:
— I czy mię ktokolwiek na świecie kochać może....
Na tem skończyła się dnia tego rozmowa Cezarego z Pawełkiem.
Przybywszy do Pompalina, młody hrabia zasiadł w najgłębszym kącie jednego z wielkich salonów małego Watykanu, postawił przed sobą jedną tylko świecę i pogrążył się cały w czytaniu jakiejś książki. Tak, nie myślcie bowiem czytelnicy, aby „ce pauvre Cesar“ zupełnie już żadnych nie posiadał stosunków z wielkim wynalazkiem Guttenberga i wszystkiemi jego następstwami! Owszem, lubił on czytać i czytał wiele, po całych dniach i nocach niekiedy. Wprawdzie, nie były to bynajmniej żadne uczone ani zbyt poważnie kształcące dzieła książki te, które czytywał i wszędzie ze sobą woził, ten biedny Cezary, zgryzota i wstyd swej rodziny. Powieści — rozmaitej treści i wartości, poezye przeważnie polskie, kiedy niekiedy zbłąkane tu wypadkiem dziełko jakieś historyczne, wielce popularnie pisane — oto wszystko. W dodatku, Cezary nigdy nie rozprawiał, nie wspominał nawet o tem co czytywał, nieledwie krył się z tem zamiłowaniem swojem przed najbliższem swem otoczeniem. Kiedyś dawniej, odzywał się on niekiedy o tych lub owych autorach, o tych lub tamtych książkach, ale zdarzało mu się to zawsze w tak niefortunny i nietrafny sposób, wyrywał się wśród towarzystwa z temi literackiemi zdaniami i wiadomościami tak bardzo nakształt sławnego Filipa z Konopi, że hr. Wiktorya powiedziała mu kilka razy: Mon pauvres Cesar! daj już pokój tym rozmowom o literaturze! Mówisz o dzikich jakichś, nikomu nieznanych książkach, a mówiąc o nich wypowiadasz prawdziwie też dzikie zdania! Mścisław także udzielił przy tej okoliczności bratu małą nauczkę. „Daj pokój, Cezary, mówieniu o książkach. Aby rozmawiać o literaturze w salonach, trzeba mieć wiele dowcipu, werwy i przytomności umysłu, et tu sais bien jak skąpo wszystkich przymiotów tych udzielił ci nasz wspólny Stworzyciel.
Cezary tedy dał pokój mówieniu o książkach, które jednak nie przestał czytywać, pochłaniać nieledwie całemi tuzinami najróżnorodniejszych tomów. I tej nocy także, po dniu tak dla niego pełnym wzruszeń następującej, zasiadł nad książką i czytał wtedy jeszcze, gdy Pawełek usnął już snem głębokim, gdy wielki zegar umieszczony na jednej z wież małego Watykanu, ogłosił już późną północną godzinę. Wprawdzie, stary, zaufany kamerdyner br. Wiktoryi (jedna z nieodstępnych nianiek młodego hrabiego), zbliżał się parę razy do pupilla swego i głosem w którym uszanowanie łączyło się z wielką powagą, przypominał mu iż jest już bardzo późno i że pani hrabina byłaby bardzo niezadowolona, gdyby wiedziała że p. hrabia tak długo czuwa i oczy swe nad książkami psuje. Ale w panu hrabi zaszła dnia tego widocznie mała jakaś rewolucya moralna. Na pierwsze wezwanie odpowiedział on łagodnie i trochę prosząco. — Nie chce mi się jeszcze spać, mój Fryderyku! Ale na drugie odrzekł:
— Mój Fryderyku, pójdę spać kiedy zechcę teraz jeszcze nie chcę.
A wymówił to tonem, tak zadziwiająco, jak na niego stanowczym, że stary Fryderyk nie posiadający w udzielonym mu przez p. hrabinę programie, zezwolenia na przymus cielesny, odszedł szemrząc i spać się położył.
Nazajutrz o dość wczesnej południowej godzinie, dwaj bracia Kniksowie zajechali niezmiernie eleganckiemi sankami i bardzo pięknemi końmi przed wyniosły i ozdobny ganek pałacowy. Gdy przebywali wschody gankowe, na twarzach ich malowała się błogość niewypowiedziana. Otworzyły się nakoniec przed nimi wysokie progi budowy tej, która niby pałac zaczarowany i im niedostępny, przesuwała się tylko dotąd przed ich oczami, ilekroć mijali ją sąsiedniemi drogami do równych sobie przyjaciół swych i rówieśników, Tutanfowiczów, Kobyłkowskich lub Trzewikowskich, dążąc.
Cezary przyjmował gości swych, zwyczajem zresztą u wielkich potentatów bardzo przyjętym, przez pełnomocnika swego, którym na ten raz, jak w mnóstwie innych razów, był Pawełek. Nie znaczy to wcale, aby młody hrabia nie wyszedł na spotkanie braci Delicyi, serdecznie rąk ich nie uścisnął i do salonów ich nie zaprosił — bardzo niezręcznym wprawdzie, nie hrabiowskim giestem. Owszem, uczynił on to wszystko; ale później Pawełek już zabawiał młodych Kniksów rozmową i częstował ich myśliwskiem śniadaniem, hr. Cezary zaś oddawał się po większej części bardzo starannemu oglądaniu rąk własnych, a przemawiał w koniecznej chyba potrzebie i to z namysłem wielkim, a większą jeszcze pewno nieśmiałością. Widocznie, młodzi Kniksowie, młodzieńcy będący extrémement bien, żywością swą, dowcipem i doskonałą pewnością siebie, a może też i tem, że byli braćmi Delicyi, imponowali niezmiernie młodemu hrabiemu i onieśmielali go więcej jeszcze, niż wszyscy inni śmiertelnicy, z pomiędzy których jednak, Bóg sam widział, jak drobna cząstka znajdowała się takich, którzy by na młodego hrabiego nie wywierali onieśmielającego wpływu.
Po śniadaniu pomyślano o wyprawie myśliwskiej. Była to pora polowania z chartami, uganiania się więc po polach na koniach. Cezary pamiętał dobrze o swej hebrajskiej konnej jeździe, zbladł trochę i wymówił się od udziału w wyprawie, a raczej wymówił go Pawełek. Kniksowie nie nalegali bynajmniej, ale zapowiedziawszy tylko, że hrabia musi wynagrodzić im zawód przez się zrządzony i tego samego dnia jeszcze z nimi razem do Białowzgórz pojechać, w towarzystwie Pawełka powsiadali na konie, puścili przed się charty i zwinni, weseli, piękni w swych myśliwskich ubiorach, pomknęli w szerokie pola... ku lasom... Młody hrabia stał na ganku i patrzał za odjeżdżającymi rozpromienionym wzrokiem. Radość widoczna malowała się na twarzy jego, a powodów do niej było trzy: 1° wykręcił się od polowania, którego perspektywa świdrowała mu w sercu od wczoraj. 2° bracia Delicyi przypadli mu bardzo do serca. Tacy weseli byli i piękni chłopcy, a Cezary nie posiadając w upośledzonej naturze swej najdrobniejszych zarodów zazdrości, uczuwał zwykle pociąg szczególny ku ludziom wesołym i pięknym. 3° powód i najważniejszy: panowie Władysław i Henryk zaprosili go na dziś do Białowzgórz. Zobaczy więc dnia tego jeszcze Delicyą... a może... może to ona sama chciała, aby on był dziś w Białowzgórzach... może myślała o nim choćby chwilkę tak, jak on myślał o niej przez noc całą... może też on nie bardzo się jej niepodobał! Myśli te wprawiały młodego hrabiego w niezwykły mu stan nerwowy. — Taka śliczna, myślał chodząc nieustannie po wielkich salonach swych, taka niewinna, skromna... i tak do mojej biednej, tak kochanej niegdyś Dorotki podobna!
Bracia Kniksowie jak zapowiedzieli tak uczynili. Wróciwszy z polowania i zjadłszy obiad przy którym Cezary pod wpływem wesołych, a serdecznych towarzyszy swych ośmielił się trochę i rozweselił znacznie, wzięli na eleganckie, a obszerne sanie swe młodego hrabiego i pędem wiatru uwieźli go do Białowzgórz.
Pawełek pozostawszy sam jeden, wysłał za hrabią sanie, któremiby mógł do domu... a! przepraszam! do pałacu powrócić, sam zaś zamyślił się nad przyszłością i uczuciami pupila swego długo i trochę smutnie. — Biedny Cezary! rzekł do siebie, gdybyż przynajmniej nie spotkał go tam zawód! gdybyż miłość kobiety tej dla niego była prawdziwą i podnieść go i zmężnić i człowieka zeń zrobić potrafiła!
Cezary wrócił z odwiedzin swych późno po północy. Przy pierwszem zaraz na niego spojrzeniu, Pawełek odgadł że... było już po wszystkiem, to jest, że serce młodego hrabiego było już nader żywo zajęte, bezpowrotnie może przez Anioła z Białowzgórz na własność zabrane. Postawa jego wyglądała prostszą jakąś, żywszą, śmielszą jak zwykle, oczy mu błyszczały i promieniały. Gdy tylko pilnujący go wiernie stary Fryderyk oddalił się, rzucił się na szyję Pawełkowi i zawołał:
— Jaka ona śliczna! mój Pawełku, żebyś ty wiedział, jaka ona śliczna była! Piękniejsza jeszcze, milsza... niewinniejsza jak wczoraj, w Odrzenicach.
Następnie, po tym pierwszym wybuchu radości i zachwycenia, usiadłszy naprzeciw Pawełka, mówił już ciszej daleko i powolniej, z rozmarzeniem na twarzy i łzawem okiem:
— Gdybyś wiedział jacy oni tam wszyscy mili, serdeczni, poczciwi... jak u nich tam dobrze... ciepło... Doprawdy, ani poczułem że jestem pomiędzy obcymi ludźmi, których wczoraj dopiero poznałem... Władysław i Henryk polubili mię... tak czuję to dobrze że polubili mię szczerze... p. Kniksowa była także dla mnie bardzo dobrą... czy wiesz że kilka razy omyliła się mówiąc do mnie i zamiast: panie hrabio! powiedziała: panie Cezary! Tak mi to było przyjemnie — że nieuwierzysz. Nigdy bo doprawdy pojąć tego nie mogłem, poco to ciągle powtarzać: hrabio! hrabio! jakby to było cóś szczególnie miłego. Ale mój drogi, mnie się też zdaje... nie śmiej się tylko ze mnie Pawełku... może ja się mylę... może jestem zbyt zarozumiały, ale zdaje mi się że ja i jej... jej... podobałem się trochę... troszeczkę...
Pawełek słuchał tych zwierzeń się z miną niezupełnie wesołą.
— Ależ spodziewam się, że nie oświadczyłeś się jeszcze o rękę panny Delicyi? zapytał.
Młody hrabia spojrzał na niego szeroko roztwartemi oczami.
— Nie, odpowiedział, nie pomyślałem o tem...
— To szczęście prawdziwie żeś nie pomyślał, bo gdybyś był pomyślał, możebyś to już był i uczynił...
— Nie! nie! za nic! zawołał Cezary z prawdziwem przerażeniem w głosie.
— Dla czegóż tak bardzo nie!
— Lękałbym się, mój drogi, lękałbym się bardzo, a nużby mi panna Delicya odmówiła...
— Tobyś coprędzej z harbuzem otrzymanym do Warszawy uciekał!
Cezary pobladł widocznie i na towarzysza swego spojrzał ze smutnym, łagodnym wyrzutem:
— Nie mów tak Pawełku, wymówił zcicha, nie żartuj z tego... Ja nie Mścisław... nikogo nigdy nie bałamuciłem i metres żadnych nigdy nie miałem... Jeżelibym pokochał... a nie miał wzajemności... ja nie wiem... ja nie wiem, coby się ze mną stało...
Mówiąc to, był tak blady i oczy mu tak gorączkowo błysnęły, że Pawełek przeląkł się prawie.
— Jeżeli tak, Cezary, zaczął bez cienia żartu w głosie, pakujmy się natychmiast i tejże nocy wyjeżdżajmy do Warszawy... Masz, widzę, ogromną skłonność do pokochania panny Delicyi, a... nużby ona cię nie pokochała? Uciekaj tedy póki czas...
Cezary uśmiechnął się dziwnie jakoś, powstał z krzesła i stając przed towarzyszem, rzekł głosem tłumionym i od wzruszenia i od zmięszania.
— Mój Pawełku! ja za nic nie pojadę... nie mógłbym... wiesz? ja ją kocham! ona taka śliczna i taka dobra i taka miła... i wszystkich ich tam ja, mój Pawełku, pokochałem... W jej matce znajdę matkę, w jej braciach... braci... bo mój Pawełku, sam powiedz... Tu zniżył głos i dodał raptem prawie:
— Powiedz! czy ja miałem matkę? czy ja miałem brata?... czy kiedykolwiek... ktokolwiek... był dla mnie...
Urwał i pochylił głowę, jakby sam zląkł się tego co powiedział. Była to pierwsza w życiu skarga, pierwszy jęk głośny, który mu wyszedł z piersi — przeciw temu co oddawna może a tajemnie, może nawet bezwiednie pierś mu uciskało. Pawełek też patrzał na niego z najwyższem zdumieniem, gdy prostując się i do bladego czoła dłoń przyciskając, namiętnie niemal zawołał:
— Czyż tak już zawsze ma być, Pawełku! powiedz sam czyż już inaczej być nie może? Nie, Pawełku, tak żyć nie można i nie warto! ja chcę rodziny! chcę być dla kogośkolwiek czem innem jak panem hrabią albo biednym Cezarym! ci ludzie polubili mię... ja ich za to kocham, z całego serca kocham!
Po tym wybuchu uczuć hrabiego, obaj towarzysze milczeli dość długo. Pawełek ozwał się pierwszy:
— Wszystko to bardzo dobre, rzekł, żądania twoje Cezary są bardzo słuszne, ale pomyśl tylko, jakaby to, na wypadek oświadczenia się twego pannie Delicyi... powstała burza tam... w Warszawie...
Cezary zmięszał się bardzo nagle.
— Dla czego? zapytał, niewiedząc jakby sam, co mówi.
— A no, rzekł Pawełek, jakżeby mogło być inaczej? Ojciec starego Kniksa, więc dziad panny Delicyi, był sobie podobno szaraczkowym szlachcicem, zanim dochrapał się Białowzgórz... pani Kniksowa znowu jest córką rządzcy... najwyraźniej rządzcy majątków u książąt S., matka jej z domu Skórkowska... córka już niewiem czyja... garbarza może jakiego albo rymarza... wszystko to mój drogi trąci szalenie demokracyą, parwenijuszostwem... a pani hrabina...
— Mój Pawełku, z błagającem na towarzysza wejrzeniem przerwał Cezary, dość już tego... dość... nie mów mi dziś o tem wszystkiem... nie truj mi tego dnia przyjemnego... ja nie wiem co będzie... pewno, pewno okropna burza... ale dziś... ja nie chcę o tem myśleć... oto lepiej pomyślę co jutro będzie... wyobraź sobie mój drogi, jacy oni tam wszyscy dobrzy! zaprosili mię znowu do siebie na jutro... na obiad.
— Prawda że to dowód wielkiej dobroci, mój Cezary, z uśmiechem zauważył Pawełek. Ale... dodał, poco ja mam względem ciebie grać rolę puszczyka czy dozorcy więzienia... czyń co ci się podoba, byleby ci to wyszło na szczęście, którego, wierz mi, szczerze ci życzę.
Ucałowali się i młody hrabia zasiadł znowu nad książką, której jednak tej nocy nie czytał, myśląc i marząc o czem innem.
Nazajutrz o dość wczesnej przedobiedniej godzinie, toczył się w salonie Białowzgórskim lekki spór pomiędzy p. Żulietą, a najulubieńszą jej córką.
Naprzeciw matki swej siedzącej na kanapie i widocznie gotowej już do przyjęcia oczekiwanego gościa, Delicya siedziała na fotelu z postawą i minką rozkapryszonego dziecka, którego woli któś się sprzeciwia, a które sprzeciwiania się tego znieść nie może.
— Moja mamciu, mówiła, jeżeli mamcia nie pozwoli mi tego uczynić, to ja mamci stanowczo zapowiadam, że jak hrabia oświadczy się o mnie, zrekuzuję mu formalnie i będzie po wszystkiem.
Pani Żulieta zbladła prawie z przestrachu, którym napełniło ją to oświadczenie córki bardzo stanowczym tonem wymówione:
— Ależ, Delciu... zaczęła...
Delicya nie dała jej dokończyć.
— Mamcia przecież wie bardzo dobrze, bo ja przed mamcią nic nigdy udać, ani skłamać nie umiem, że ja do hrabiego nie mam żadnej a żadnej sympatyi i że jeśli zdecyduję się na ten maryaż, to tylko dla tego, że... cóż mam czynić?.. wolę już przecież zostać jego żoną i wielką panią, jak wyjść za którego z panów Tutunfowiczów lub im podobnych... zresztą wiem że przez to sprawię wielką przyjemność mamie...
— Radość, moje dziecko, radość prawdziwą nie przyjemność, przerwała p. Żulieta.
— I braciom także dopomogę w życiu i losie, kończyła Delicya. Dla tego też zdecydowaną jestem i robię wszystko co mogę, żeby hrabiemu podobać się; ale szczęśliwą nie czuję się wcale i mówię mamie otwarcie, że jeśli mama nie zgodzi się na to, aby hrabia zobaczył się z ojcem... to ja wcale za siebie nie ręczę.
— Ależ moje dziecko kochane! zawołała p. Żulieta, pomyśl tylko jakie to wrażenie wywrzeć może na tak młodym i... niedoświadczonym człowieku... jak hrabia! Przelęknie się on twego ojca... i własnemi oczami zobaczywszy... to nieszczęście, nie zechce może żenić się z córką....
— Z córką waryata, ze smutnym uśmiechem dokończyła Delicya. Nie zechce, to nie zechce... cóż robić? ja pewno z rozpaczy po nim nie umrę... wiem zresztą dobrze, że zechce... jeszcze może więcej zechce... W każdym razie, moja mamciu, ja biednego ojca wstydzić się nie myślę i znieść tego nie mogę, aby on był upośledzonym przez nas i tak już za nic zupełnie poczytywanym...
— Ależ moja droga! co ci się dziś stało? któż kiedy myślał upośledzać ojca twego i poczytywać go za nic?..
— Byłoby to w najwyższym stopniu upośledzaniem go, jeślibym mu ani razu nawet nie pokazała człowieka, który stara się o mnie i którego żoną prawdopodobnie zostanę....
— Cóż z tego że mu go pokażesz... skoro jest on nieprzytomnym...
— Niech sobie będzie nieprzytomnym... kiedy idzie o mnie, ojciec rozumie i pamięta wszystko... Mamciu, dodała ciszej, mamcia ani wie, jak my się rozumiemy z ojcem...
Pani Żulieta zadumała się smutnie.
— Wiem, rzekła w zamyśleniu i z lekką goryczą w głosie, wiem że kochasz ojca daleko więcej... niż mnie!
— O nie! żywo i z mocą zawołała Delicya, nie więcej, mamciu droga, nie więcej! sama wiesz jak bardzo cię kocham! ale mi ojca biednego taki żal... taki żal...
— A więc, złagodzona już żywém odezwaniem się córki, rzekła p. Żulieta, czyń jak chcesz moje dziecko, ale pomyśl tylko wprzódy dobrze, aby ci to na złe nie wyszło...
— Niech mamcia będzie spokojną, już ja dobrze poznałam hrabiego i wiem doskonale, czem można go odstręczyć, a czem nie można...
Powstała z krzesła i stanęła przed lustrem. Prześlicznie dziś wyglądała w domowem ubraniu swem, które z grubego zimowego materyału sporządzone i pod samą szyję skromnie zapięte, ciemną swą barwą lepiej jeszcze uwydatniało przejrzystą białość jej cery i pyszny, popielaty odcień jej włosów. Pani Żulieta patrzała na córkę z prawdziwem zachwyceniem.
— Szkoda Delciu, ozwała się, żeś nie przypięła do włosów pąsowej kokardy, zamiast tej błękitnej... jesteś dziś trochę bladą i lepiejby ci było w kolorze pąsowym...
Delicya z figlarnym uśmiechem, odwróciła się od źwierciadła.
— Moja mamciu, rzekła, hrabia lubi nadewszystko kolor błękitny, jako godło skromności, czy tam stałości, nie pamiętam już dobrze; a odkąd ja się o tem dowiedziałam, kochamy się w błękitach oboje...
Pani Żulieta zaśmiała się wesoło i położywszy obie swe białe dłonie na ramionach córki, w czoło ją pocałowała.
— Oj ty filutko, rzekła, jaka z ciebie rozumna dziecina!..
— Nie bardzo już dziecina! wpół uśmiechnęła się, wpół westchnęła Delicya. Ba! dodała patrząc w lustro i układając na śnieżnem czole drobniuchne loczki, 23 lata... gdyby nie to... kto wie? czy pan hrabia nie poszedłby odemnie z kwitkiem...
— Cicho! na miłość Boga cicho! jęknęła p. Żulieta spoglądając w okno, pod którem przesuwały się właśnie sanie, z siedzącym na nich hr. Cezarym.
Władysław i Henryk byli już na ganku i z wesołemi, rozpromienionemi twarzami ściskali dłonie przybywającego gościa.
— Poczciwi, rozumni chłopcy! jak oni kochają siostrę i jak szczerze nam dopomagają! z rozrzewnieniem szepnęła p. Żulieta.
Cezary wszedł do salonu, jak zwykle z nim bywało, zmięszany bardzo. Gdy jednak całował w rękę p. Żulietę i witał Delicyą, po twarzy jego nieśmiałej i zalęknionej, przebiegł promyk radości i czułości. Widać było, że czuł się bardzo, bardzo szczęśliwym panie te witając. Z tem wszystkiem, gdy usiadł już na fotelu obok Delicyi, a naprzeciw jej matki, nie miał nic pilniejszego do uczynienia, jak zdjąć coprędzej rękawiczki i ze wszystkich stron, nadzwyczaj starannie obejrzeć swe ręce. Dłoniom swym szczególniej, szerokim i grubą skórą przychleczonym, przypatrywał się tak długo i z tak głęboko skupioną uwagą, iż zdawać się mogło, jakoby był szczególnym zwolennikiem chiromancyi, a studya nad nią przeważnie na swej własnej osobie odbywał.
Wszystko to jednak nie trwało długo. W salonie p. Żuliety panowała atmosfera tak ciepła, tak jakoś serdecznie i mile poufała, rozmowa pomiędzy znajdującemi się w niej osobami toczyła się w kierunkach tak prostych, łatwych, a dla młodego gościa przystępnych i sympatycznych, że ręce hrabiego opuściły się na kolana znacznie prędzej, niżby względnie do przyzwyczajeń jego spodziewać się należało, a powieki jego za to podniosły się i ukazały wzrok dziwnie łagodny i już spokojny, rozpromieniony bardzo ciepłą, jakkolwiek na dnie źrenicy chowaną iskrą żywej sympatyi ku otaczającym osobom uczuwanej. Błogi ten nastrój ducha hrabiego wzrastał stopniowo, wzmagał się coraz pod wpływem przyjacielskich rozmów p. Żuliety i jej synów, a bardziej jeszcze łagodnych spojrzeń i wdzięcznych poruszeń Delicyi; przy obiedzie, mającym doskonały pozór wytwornego wprawdzie, ale zarazem przyjacielskiego, rodzinnego niemal obiadku, nastrój ten szczęśliwy wzmógł się tak dalece, że hr. Cezary, zamiast jak zwykle bywało, ograniczyć się w rozmowie na krótkich odpowiedziach i krótkich również, a częstokroć naiwnych bardzo zapytaniach, jął solo już i zupełnie samodzielnie mówić współbiesiadnikom o rozmaitych epizodach stolicznego życia, jako to: o przedstawieniach teatralnych, koncertach, balach i t. d. Czynił to zrazu powoli, nieśmiało, jąkając się i niezupełnie trafnych a jasnych dobierając wyrażeń, ale potem, pod wpływem bądź to bacznej, a widocznie przychylnej uwagi słowom jego przez otaczających udzielanej, bądź to własnych myśli, które obficiej niż kiedy przypływały mu do głowy, ośmielił się i ożywił tak dalece, iż wyrażać się zaczął wcale płynnie i z łatwością, uczynił w mowie kilka zwrotów bardzo zręcznych i uwag rzeczywiście dowcipnych, przyczem zaśmiał się wesoło, prawdziwie młodzieńczo. Śmiechowi jego wtórowały tu również swobodne, wesołe śmiechy, opisy które czynił zajmowały widocznie wszystkich, uczynione dowcipne uwagi pozyskały ogólne zrozumienie i życzliwy oklask. Hr. Cezary, poraz pierwszy może w swem życiu uczuł, że w tem otoczeniu, pomiędzy tymi ludźmi nie był „biednym“ ale „kochanym“, niemal uwielbianym Cezarym, że z rąk i nóg jego, opadły ciężkie dlań zawsze kajdany ceremonjalnej etykiety i ściśle przestrzeganego konwenansu. To też przy końcu obiadu wymknęło mu się cóś nawet z tak starannie dotąd ukrywanych wiadomości i zdań literackich, które posiadał. Wiadomości te i zdania podchwycone żywo przez Delicyą, dostarczyły młodej parze wątku do nader ożywionej rozmowy, która gdy toczyła się jeszcze przy czarnej kawie podanej w salonie, młodzi Kniksowie szepnęli matce bardzo cicho:
— Czy wie mama, że hrabia nie jest wcale takim głupcem ani oryginałem, za jakiegośmy go dotąd mieli...
— Wcale nie głupi!
— I jak ożywił się, zrobił się nawet wcale nie brzydkim!
Pani Żulieta miała w oczach łzy rozrzewnienia, które ukrywała przed gościem patrząc niby w okno.
— Tem lepiej, moje dzieci, szepnęła synom, tem szczęśliwiej dla Delci i dla was! Wyraźna łaska Boska nad nami!...
W tejże chwili podniosła się z miejsca swego Delicya i jakby przypominając hrabiemu rzecz dawniej już umówioną, rzekła z zupełną swobodą acz z trochą smutku w głosie:
— Panie hrabio! pójdziemy może teraz do ojca...
Pani Żulieta pobladła trochę i szybko zwróciła się do hrabiego, który powstawał już z miejsca, aby udać się za zmierzającym ku drzwiom salonu, Białowzgórskim Aniołem.
— Panie hrabio! przemówiła gospodyni domu.
— Nie! poprawiła się szybko i z rzewnym na ustach uśmiechem, po co względem najlepszych przyjaciół naszych używać tych szumnych, światowych tytułów? kochany panie Cezary...
Cezary zbliżył się szybko i rękę p. Żuliety, dziękując jej jakby za cóś, w milczeniu pocałował.
— Kochany panie Cezary, powtórzyła matka Delicyi z widocznie uroczystą postawą na kanapie zasiadając, ponieważ pan jesteś tak dobrym, że chcesz wziąść udział w wielkiem, rodzinnem nieszczęściu naszem, trzeba koniecznie abyś pan wprzódy dowiedział się, jakiej jest ono natury i co je spowodowało...
Gdy p. Żulieta to mówiła, młodzi Kniksowie stanęli u okna obok siebie, w postawach poważnych i smutnych, z ramionami na piersiach skrzyżowanemi i pochylonemi głowami, Delicya usiadła nieco opodal, z poważną także i zasmuconą twarzą, Cezary zaś wszystkiemi władzami ducha swego zawisł na ustach matki Delicyi, która po chwilowem milczeniu, w następujący sposób mówić zaczęła:
— Mąż mój, kochany p. Cezary, a ojciec Delicyi był zawsze człowiekiem poważnym, nadzwyczaj poważnym... nie zajmowały go nigdy żadne zabawy... to co wszyscy inni ludzie z jego położeniem i stanowiskiem, uważają zwykle za niezbędne prawie przyjemności życia nie miało dla niego nigdy powabu żadnego... Oddawał się bardzo gorliwie gospodarstwu, interessom... łamał sobie głowę nad sposobami polepszania bytu i losu swych poddanych, czytywał z nadzwyczajnem zajęciem różne poważne dzieła, słowem, panie hrabio, zapracowywał się jak wyrobnik jaki, a miesiące całe z domu się nie ruszał, niby szlachcic zagrodowy, zmuszony do pilnowania swego zagonu... Może mylę się, ale doprawdy, to zapracowywanie się męża mego, to jego domatorstwo i ten wstręt do rozrywek wszelkich, uważam jako pierwszą przyczynę nieszczęścia, które go później dotknęło... Wszakże, wyznać muszę że w pierwszych latach pożycia naszego, charakter jego bardzo łatwym był i jednostajnym... mogę nawet powiedzieć wesołym... Trwało to jednak nie długo... Humor mego męża stopniowo zmieniać się zaczął... długie i częste zamyślania się, zastąpiły u niego miejsce uprzedniej wesołości... aż przyszło do tego że zamykał się w swym pokoju przez całe dnie niekiedy, nikogo z domowych, mnie nawet widzieć nie chcąc... Zkąd się wzięła ta zmiana nieszczęśliwa? jakiemi były jej powody? niewiem prawdziwie i odgadnąć nie mogę...
Mówiła prawdę; bardzo seryo nie wiedziała o niczem i zupełnie szczerze nie poczuwając się do niczego na świecie, powtórzyła raz jeszcze:
— Zkąd wzięła się smutna ta zmiana, nie wiem prawdziwie i odgadnąć nie mogę... interessa nasze stały jak najlepiej... dzieci wzrastały zdrowo i szczęśliwie... o sobie nie mówię... byłam zawsze taką, jaką dziś jestem! Cokolwiekbądź, mąż mój chociaż smutniejszym był niż wprzódy i więcej samotności szukającym, pracował zawsze wiele nad gospodarstwem i książkami, doskonale i bardzo energicznie... o! bardzo energicznie rządził majątkiem... słowem, nikt a nikt nie mógł posądzić go o najlżejszą nieprzytomność umysłową... Niekiedy tylko, rozmawiając w towarzystwach o pewnych przedmiotach, tyczących się... tyczących się spraw, jak wyrażał się, ogólnych, wpadał w dziwny jakiś, mogę nawet powiedzieć nienaturalny zapał... w szczególną, jak się później i pokazało, chorobliwą egzaltacyą... Przyszło nawet do tego, że o niczem innem już i mówić nie chciał... zakopał się w gazetach, dniami i nocami czytywał je, a wszystko co działo się na świecie, obchodziło go tak dalece, tak żywo jakby to były własne jego, domowe interessa... Przyszło do tego nawet, panie hrabio! że, ach! domowe osoby... ja... dzieci... jakbyśmy nie istniały dla niego... jakby nas dla niego na świecie nie było...
Wymówiła to z niedającemi się utaić żalem i goryczą; mniemała że bardzo szczerze i zupełnie słusznie, jakkolwiek ona nie ofiarowywała wyłącznie życia i myśli swych mężowi swemu, on przecież, dla niej tylko wyłącznie żyć i o niej myśleć był powinien. Zaledwie też mogąc poskromić gorzki żal swój, mówiła dalej:
— Tak, panie hrabio, przyszedł czas, w którym mój biedny Adam całą już duszą utonął w tych... sprawach ogólnych... zaczął nawet stopniowo zaniedbywać gospodarstwo i interessa, tak zajmowało go to co działo się... na świecie... ale gdy źle dziać się zaczęło, z moim biednym Adamem, stawało się też coraz gorzej... Przez cały rok pochmurny był tylko i jak grób milczący.,. trudno zeń było słowo wydobyć... dzieci pieścił jeszcze czasem, mianowicie najmłodszą córkę naszą Delicyą, ale zresztą nic go nie zajmowało... Zaczął doświadczać często okropnych bólów głowy, wychodził wtedy na przechadzki, z których wracał późną nocą, mówiąc cóś niezrozumiałego do siebie, wstrząsając smutnie głową tak jakby nad kimś niewidzialnym także litował się i bolał... Pewnego nakoniec wieczora, po bardzo długiem milczącem chodzeniu po pokoju, usiadł przy stole, wziął głowę w obie ręce i zaczął głośno mówić. Usiadłam przy nim i słuchałam. O, że ja przeżyłam tę chwilę, prawdziwy to cud Boski! Nie zgadłbyś nigdy p. hrabio, o czem mój biedny Adam mówił wtedy! Nie o mnie, nie o dzieciach, nie o interessach swych, nie! Wszystko to już nie istniało dla niego! Oto wyliczał rozmaite, rozmaite nieszczęścia, które działy się wtedy na świecie... jedno po drugiem... całą długą, długą litanją... z tego to wyniknie, mówił, a z tamtego znowu tamto... Mówił tak godzinę dobrą do samego siebie, mnie bowiem, chociaż siedziałam tuż przy nim, ani spostrzegał!.. Nagle, porwał się z krzesła, oczy mu w słup stanęły, twarz zbladła jak u trupa. Ścisnął głowę w obu dłoniach, okropnym jakimś głosem krzyknął: „Przepaść!“ i upadł na ziemię. Rozesłałam natychmiast po doktorów... zjechali się, lecz jakże strasznym był ich wyrok! Mąż mój, kochany panie Cezary, ojciec moich dzieci był obłąkanym...
Wraz z ostatniemi wyrazami p. Żulieta poniosła chustkę do oczu. Dwaj stojący u okna bracia spoglądali na siebie i szeptali zcicha:
— Nie pojmuję co się stało mamie i Delci...
— Poco było przy obcym człowieku zagajać tę rozmowę...
Delicya powstała z krzesła.
— Panie hrabio! rzekła zwracając się do Cezarego, ja chcę aby mój biedny ojciec zobaczył pana...
— Ależ Delciu, zawołali jednogłośnie dwaj bracia, poco, dla czego pan hrabia ma dzielić z nami...
Nie pozwolił im dokończyć Cezary. Bledszy trochę niż wprzódy, dziwnie jakoś poważny podniósł się z krzesła i rzekł proszącym głosem:
— Uczyńcie mi tę łaskę i pozwólcie, abym podzielił z wami boleść waszą... abym poznał ojca waszego, i chociaż niezrozumie on mię może, abym powiedział mu jak go szanuję...
Oho! co za odkrycie! Ce pauvre Cesar umiał widać czuć i uczucia swe we wcale przyzwoity, jakkolwiek całkiem prosty sposób wyrażać!
Dwaj bracia skłonili się w milczeniu, Delicya rękę swą położyła na ramieniu hrabiego i przez obszerną salę jadalną powiodła go ku owym drzwiom ściśle zamkniętym, za któremi słychać było równe, nieustanne, niestrudzone jakby stąpania męzkie.
W komnacie znajdującej się za zamkniętemi drzwiami, zapadał już zmrok wieczorny, rozświecony gdzieniegdzie czerwonawemi błyskami palącego się na kominku ognia. W migotliwem tem, niepewnem oświetleniu, w około wielkiego, okrągłego stołu, przechadzał się równym, miarowym krokiem wysoki, chudy mężczyzna, z wielkiem, w mnóstwo fałd zbrużdżonem czołem, z zapadłą, szeroko roztwartą, żywo połyskującą źrenicą. Trzymał oń w ręku książkę, z której powoli i ostrożnie wydzierał kartkę po kartce, każdą z nich rzucając z kolei w płomię kominka, około którego nie zatrzymując się ani na chwilę, przechodził. Trwało to dość długo, Delicya która wraz z towarzyszem swym zatrzymała się u drzwi, szepnęła:
— Biedny ojciec! tak lubił dawniej książki, a teraz niszczy je tak ciągle... spalił już w ten sposób połowę swej biblioteki, a gdy mu którego dnia książek nie położą na stole, staje się niespokojnym i chce spalić wszystko co ma pod ręką...
Z ust obłąkanego tymczasem wychodziły cichym, urywanym głosem wymawiane wyrazy:
— Na cóż to potrzebne? mówił, na cóż się to zdało? wszystko przepadło! wszystko zginęło! niczego już nie trzeba! niczego! niczego!
Przy ostatnim wyrazie zatrzymał się przed kominkiem i resztę książki w ręku trzymanej, rzucił w ogień. Papier zajął się wnet płomieniem i tylko tytułowa karta oświetlona jaskrawo wahała się czas jakiś w powietrzu, za nim wielkie czarne litery, składające uczoną nazwę jakąś, zaświeciły z kolei jaskrawo i opadły jedna po drugiej na stos nagromadzonych popiołów. Adam Kniks patrzał na to dzieło zniszczenia uparcie i bez zmrużenia powieki. Czerwone błyski ognia igrały po gęstych nieruchomych bruzdach wielkiego jego czoła i przeglądały się w zapadłych, smutnych, szklistych źrenicach. Szeptał cóś niedosłyszalnego i załamał ręce, gdy Delicya mimowoli jakby, ująwszy rękę hrabiego, wraz z nim, zbliżyła się ku kominkowi i dłoń swą łagodnie na ramieniu ojca złożyła.
— Ojczulku! szepnęła.
Z ciężkością jakby, oderwał wzrok od płomienia i zwrócił go na podniesioną ku niemu białą, łagodną, anielsko w istocie piękną w tej chwili twarz córki.
— Aha! rzekł zwolna i powiódł ręką po czole, jakby sobie przypominał o czemś, to ty Delciu!! mówił dalej i coraz już prędzej. Przyszłaś znowu do mnie! to dobrze! tylko widzisz, u mnie tu smutno... ja jestem bardzo... bardzo smutny... wszędzie smutno! bieda!
Rzekłszy to pochylił głowę, odwrócił się i miał już rozpocząć na nowo swą do koła wędrówkę, gdy Delicya z łagodną pieszczotą, otoczyła szyję jego ramieniem i zwracając twarz jego w stronę, w której stał młody hrabia, rzekła:
— Ojczulku! Oto jest pan hrabia Pompaliński, o którym ci wczoraj mówiłam... chciałam, koniecznie chciałam abyś pana hrabiego zobaczył...
Cezary, nagłym, niespodziewanym ruchem, pochwycił rękę obłąkanego i nie mówiąc ni słowa, uścisnął ją z całej siły w swych dłoniach. Adam Kniks zatrzymał jego rękę i patrzał mu w twarz długo, uporczywie, jakby z niej wyczytać cóś pragnął, jakby z wysileniem niezmiernem, zbierał własne, rozpierzchłe myśli.
— Hrabia... Pompaliński... zaczął nakoniec, wiem... wiem... słyszałem... jesteście wielkimi panami... macie miliony... ale nie warci jesteście niczego... niczego... nic nie czujecie... nic nie czynicie...
— Ojczulku! z przestrachem w głosie szepnęła Delicya.
Ala Adam Kniks nie przestawał uporczywie wpatrywać się w młodego człowieka, poczem mówił dalej:
— Bardzo mnie miło, bardzo dziękuję że pan poznać mię chciałeś... tylko że ja nic już nie znaczę i niczem nie jestem... mam widzi pan robaka w mózgu, który mię tam gryzie... gryzie i... bardzo smutny jestem... Ale to nic nie szkodzi... jak Delcia przychodzi do mnie, trochę mi lżej... to najmłodsze dziecko moje... dobre dziecko...
Delicya wspięła się na palce i usta swe do zapadłego policzka ojca przyłożyła.
Adam Kniks patrzał wciąż w hrabiego jak w tęczę.
— Pan jesteś młodym, bardzo młodym, zaczął... być może iż pan będziesz jeszcze szczęśliwym... chociaż wątpię... teraz nie można być szczęśliwym... mnie bo widzi pan smutno, strasznie smutno...
Mówił to bardzo łagodnie, kończąc westchnął z głębi piersi.
— Ach, dodał, żebyś pan wiedział czego mi smutno? wszystko, wszystko minęło... zginęło... przepadło... prawda? i pan to pewno widziałeś! ale pan młody jesteś! zapomnisz...
Myślał chwilę, potem wstrząsając przecząco głową, dodał:
— Nie! nie! o tem zapomnieć nie można! chcąc nawet, nie można! Robak tam siedzi w mózgu i gryzie mózg... gryzie... ale pan młody jesteś...
Stał znowu chwilę nieruchomy z pochyloną głową, potem podnosząc oczy na Cezarego, rzekł jeszcze:
— Wie pan co? gdybym miał miliony jak pan i tego robaka w mózgu niemiał, możebym jeszcze żył... Z milionami można dużo, dużo zrobić, ale Pompalińscy nic nie zrobią, nic! wiem... pamiętam że nic...
— Zresztą, dodał po chwili czyniąc ręką gest głębokiego zniechęcenia, po co miliony! po co roboty! po co wszystko!..
Postąpił parę kroków ku stołowi, wziął jedną z leżących tam książek i rozpoczynając na nowo powolną przechadzkę swą do koła stołu, wydzierał z książki kartkę po kartce i cichym, przejmującym głosem, niby zwrotkę jakąś do myśli mu nieustannie wracającą powtarzał:
— Na cóż to potrzebne? na cóż się to zdało? smutno! smutno! smutno!...
Delicya zwróciła się ku Cezaremu.
— Teraz, szepnęła zcicha, możemy odejść. Biedny ojciec zmęczył się rozmową z nami...
Ale Cezary nie słyszał w tej chwili głosu, który w zwyczajnych okolicznościach posiadał dla niego urok tak bardzo podbijający. Z oczami wiepionemi w twarz ojca ukochanej swej, w twarz tę zbolałą, przejmująco smutną a jednak przyobleczoną dziwną jakąś, nadludzką jakby powagą, postąpił szybko kilka kroków i zanim Delicya odgadnąć mogła co uczynić zamierza, pochwycił obłąkanego za obie ręce i głosem przyciszonym, nieśmiałym, uszanowania i czułości pełnym, wymówił:
— Jestem młodym, panie... bardzo młodym... a choć wszyscy mówili mi zawsze, że jestem bon à rien, być może jednakże kiedyś przydam się na cóś ludziom.... Mówiłeś, panie, że Pompalińscy nigdy nic nie uczynili... i ja także nic nie uczyniłem dotąd, ale być może iż będę mógł, iż kiedykolwiek potrafię co dobrego uczynić... pragnę tego... bardzo pragnę, a życie długie jeszcze przedemną... Pobłogosław mię panie na to długie życie, aby się ono na cokolwiek przydało tym ludziom, których ty panie tak mocno... tak bardzo kochałeś....
Wymawiając ostatnie wyrazy, młody hrabia przykląkł na jedno kolano. Uczynił to, prawdę mówiąc, w sposób bardzo niezgrabny, ale na twarzy malowało się tak silne, głębokie, tak pełne uroczystej niemal czci wzruszenie, iż wyraz twarzy tej stokrotnie wynagradzał w tej chwili to wszystko, czego pod względem gracyi i dystynkcyi niedostawać mogło jego postaci. To też błękitne oczy Delicyi oszkliły się łzami, a po smutnem obliczu obłąkanego, przemknęło na chwilę uczucie, jakby ulgi i ukojenia. Położył obie dłonie na pochylonej przed nim głowie młodzieńca i zwolna mówić zaczął:
— Żądasz błogosławieństwa mego, młodzieńcze! dobrze! błogosławię cię na to długie życie, które masz przed sobą... idź z męztwem i miłością... Niewiem tylko czy się to na co przyda! ale rób co możesz... miliony masz i siły masz... serce ci nie pękło jak mnie i robak w mózg się nie wwiercił... może jeszcze podołasz czemukolwiek... błogosławię cię... dla mnie nic już nie trzeba... nic... kiedyś... gdy żyłem jeszcze, powiedziałbym ci wiele... wiele... ale teraz już mówić nie mogę, tak mi smutno... smutno... ach! jak smutno...
Przy ostatnich wyrazach, mowa jego zniżyła się do cichego, zaledwie dosłyszalnego szeptu. Wyczerpany jakby, krótką stoczoną rozmową, osunął się na krzesło przy stole stojące, twarz oparł na obu dłoniach i westchnął tak głęboko, przeciągle, z takiem jakiemś ciężkiem wewnętrznem łkaniem, iż zdawać się mogło, że wraz z tem westchnieniem dusza jego śmiertelnym bólem rozebrana, uleci mu z piersi.
Delicya i Cezary weszli do jadalnej sali z takim wyrazem na twarzach, jakby przed chwilą stali oboje nad śmiertelnem łożem kogoś bardzo im drogiego. Młody hrabia drżał cały ze wzruszenia, Delicya patrzała na niego dziwnie miękko i przyjaźnie.
— Jaki pan jesteś dobry, panie hrabio... szepnęła.
Zwrócił się ku niej i stłumionym głosem zawołał:
— O nie! to pani jesteś dobrą jak Anioł... Jak pani kochasz swego... zacnego ojca!
— Cóż w tem dziwnego? smętnie uśmiechnęła się dziewica, my się wszyscy w rodzinie kochamy bardzo... a ojciec był dla nas tak dobrym zawsze... tak czułym... Możnaż o tem zapomnieć? Ale pan, panie hrabio... ja dziś, doprawdy... dwa razy większą mam przyjaźń dla pana niż przedtem...
Mówiła to szczerze. Oczy jej z rozrzewnieniem spoczęły na twarzy hrabiego, którą przy ostatnich słowach jej rozświecił promień niebiańskiej radości.
— Doprawdy! zawołał zcicha, pani masz dla mnie przyjaźń... choć trochę przyjaźni... mój Boże! Jakiż ja jestem szczęśliwy...
Mówiąc to przycisnął do ust swych rękę Delicyi, ale ona wyśliznęła ją żywo z jego dłoni.
— Chodźmy do mamy! rzekła i śpiesznie weszła do salonu.
Pani Żulieta z widocznym niepokojem oczekiwała powrotu gościa i córki. Widząc ich wchodzących, bystrem, przenikliwem spojrzeniem orzuciła obie ich twarze.
— Niewiem prawdziwie, zaczęła, jak mam przeprosić pana, kochany panie Cezary, za to przykre wzruszenie, którego pan w domu naszym doświadczyłeś. Delicya chciała koniecznie...
— Jestem bardzo, bardzo wdzięczny, pannie Delicyi, szepnął młody hrabia siadając na fotelu obok gospodyni domu.
Widocznem było że chciał powiedzieć cóś więcej jeszcze, ale zmięszał się ogromnie, przeląkł się prawie swej własnej myśli. Spuścił wzrok na ręce swe, które nabawiały go większym i widoczniejszym jeszcze niż zwykle kłopotem i zaczął oglądać je bardzo starannie. Ale ręce mu drżały, a wzrok mglił się daremnie wstrzymywanemi łzami. Nagle, w sposób najbardziej dla wszystkich obecnych niespodziany i najmożliwiej już niezgrabny, osunął się przed p. Żulietą na kolana i rękę jej do ust swych przyciskając, wyszeptał:
— Mąż pani pobłogosławił mię przed chwilą... czy pani także zechce...
Pani Żulieta podniosła się na wpół. Twarz jej wyrażała w tej chwili nadzwyczajne zakłopotanie. Niczego mniej spodziewać się nie mogła jak podobnej sceny i nic a nic nie wiedziała, w jakim mianowicie guście udzielonem być miało to błogosławieństwo, o które prosił ją młody hrabia. Dwaj bracia Delicyi stojąc na stronie, walczyli widocznie pomiędzy niepokojem i zakłopotaniem także, a serdeczną ochotą głośnego zaśmiania się. Ale p. Żulieta posiadała dużo wrodzonego dowcipu. W oczach jej błysnął pomysł genialny.
— Delicyo! zawołała zcicha.
Na dźwięk imienia tego, Cezary w klęczącej ciągle postawie zostający, drgnął i wzrok nieśmiały zwrócił ku przywoływanej dziewicy.
Dziewica zrozumiała niezmiernie ważne dla niej znaczenie tej sceny. Zbliżyła się i na wpół swawolnie niby, na wpół ze wzruszeniem, przyklękła przed matką tuż obok hrabiego. Wtedy p. Żulieta stanęła w postawie poważnej, a roztkliwionej matrony i matki. Złożyła dłonie na dwóch młodych głowach przed nią schylonych i drżącym głosem wymówiła:
— Niech was Bóg błogosławi, moje dzieci! spełniły się najgorętsze życzenia moje... Delicyo podaj rękę swemu narzeczonemu...
Delicya rumieniąc się i blednąc na przemian wykonała rozkaz — matki. Cezary podaną sobie rękę okrył pocałunkami, poczem powstając zwolna powiódł dłonią po czole i mętnym wzrokiem rozglądając się dokoła, wymówił zcicha:
— Czy ja śnię!
Stało się to tak szybko, tak jakoś dla niego samego niespodziewanie, że nie śmiał wierzyć szczęściu swemu. Ale upewnili go co do rzeczywistości błogiego dlań wydarzenia, młodzi Kniksowie.
— Genjalna, comme j’aime Dieu, kobieta z Mamci! szepnął Władysław do Henryka, poczem obydwaj bardzo śpiesznie postąpili ku świeżo zaimprowizowanemu narzeczonemu i z serdecznemi wyrazami na ustach wyciągnęli doń szeroko roztwarte swe dłonie. Oddając braciom narzeczonej swej uściski za uściski, po tysiąc razy całując ręce p. Żuliety i przelotne acz ogniste spojrzenia rzucając na narzeczoną, która pobladła nagle i spoważniała dziwnie, Cezary wyglądał tak rozpromienionym radością, ufnym, kochającym tu wszystkich, a nawet śmiałym i pewnym siebie, że jak to mówią, nie poznałaby go w tej chwili rodzona matka, co zresztą tem prawdziwszem było w tym razie, że matka młodego hrabiego najmniej z pomiędzy wszystkich na świecie ludzi znając swego syna, najtrudniej też, w chwili tej szczęścia i wezbrania uczuć jego, poznaćby go mogła!
Do Pompalina Cezary wrócił późno po północy, a pierwszą rzeczą która uderzyła w oczy nie śpiącego jeszcze Pawełka, był zdobiący rękę jego piękny pierścień z szafirem.
— O! z wyrazem istotnego przestrachu zawołał Pawełek, zaręczynowy pierścień! a więc oświadczyłeś się już, Cezary!
Nie mógł mówić dłużej, bo młody hrabia dusił go formalnie w uścisku.
— Jaki ja jestem szczęśliwy, Pawełku, jaki ja jestem szczęśliwy! szeptał, jaka ona śliczna! jaka dobra! jacy oni tam wszyscy dobrzy! jak ja ich kocham! A ojciec jej, Pawełku! Wiesz ten o którym mówią że jest waryatem! widziałem go dziś! co to było za wielkie, wielkie serce u tego człowieka! Wiesz? zdaje mi się że widzę go ciągle przed sobą i słyszę to jego głębokie, takie ciężkie, takie okropne westchnienie!
Pawełek wysłuchał wszystkich tych bezładnych, z namiętną radością wypowiadanych zwierzeń swego krewnego, potem rzekł:
— Wszystko to dobrze, mój Cezary. Winszuję ci i składam jak najlepsze, jak najserdeczniejsze życzenia! Ale, niech cię już Aniołowie sami skrzydłami swemi osłonią, gdy z nowiną tą staniesz przed oblicznością pani hrabiny — twojej mamy...
Na te słowa Cezary zesztywniał nagle. Usiadł na krześle ze spuszczonemi oczami i milczał długo. Po kilku dopiero minutach podniósł na Pawełka oczy dziwnie zmienione, nie promieniejące już radością, mętne znowu jak przedtem bywały najczęściej i rzekł z westchnieniem:
— Ja nie wiem Pawełku co to będzie? ja nigdy nie ośmielę się powiedzieć tego mamie i stryjom... szczególniej mamie...
— A hrabiemu Mścisławowi? dorzucił Pawełek,
Cezary zwolna skinął ręką.
— O Mścisława mniej dbam... rzekł, chociaż...
— Chociaż i z nim trudno... podchwycił Pawełek.
— Trudno; będzie latał po pokoju jak szalony i wyśmiewał się ze mnie, zcicha dokończył młody hrabia.
Po długiej naradzie, Cezary napisał znany nam już list do swej matki, z którym nazajutrz zaraz Pawełek pojechać miał do Warszawy.
Nieobecność Pawełka trwała kilka dni zaledwie, które Cezary całkiem prawie spędził w Białowzgórzach, a gdy nakoniec uwiadomiony telegramą o powrocie krewnego swego, pośpieszył na stacyą kolei i rzucił się w objęcia przybywającego Pawełka, nie znać już było na nim najmniejszej troski ni niepokoju. Możnaby rzec iż przez te kilka dni upłynione skąpał się cały w cudownej wodzie Letejskiej i zapomniał w zupełności tak o hrabinie swej matce, jak i o innych członkach dostojnej swej, a tyle mu imponującej rodziny.
I wtedy dopiero gdy obaj przybyli już do Pompalina i gdy Pawełek wręczył mu list od pani hrabiny przywieziony, zasępiło się rozpromienione czoło jego i nieotwierając listu, zapytał:
— Cóż tam, Pawełku, bardzo gniewają się na mnie?
— Ogromnie, odparł Pawełek. Pani hrabina wymawiając nazwisko twej narzeczonej, zakrztusiła się i dostała spazmów... hr. Światosław rozgniewany jest najbardziej, jak się zdaje, wtrąceniem się w tę sprawę jenerałowej, hr. Mścisław nie może pogodzić się z przydomkiem Kniksów, a cała kompanja grobowo umilkła, gdym ją uwiadomił z kogo rodzi się p. Kniksowa. Przyznaj bo też mój drogi, że Skórkowska, Kniks i Trzaska, tworzą zbieg spółgłosek wielce skomplikowany dla dostojnych gardeł twej rodziny.
Cezary słuchał całego opowiadania tego w skamieniałej zda się postawie. Długą chwilę niewypowiedzianie przykre jakieś uczucia zdawały się opanowywać całą istotę jego. Potem jednak podniósł głowę i spojrzał na Pawełka oczami, które zapaliły się żywym, gniewnym jakby ogniem.
— Niech sobie gniewają się, rzekł wahającym się jednak i niepewnym jakimś głosem, niech sobie będą Skórkowscy... niech sobie będą Kniksowie... niech sobie będzie Trzaska... co im do tego? Wszak to nie Mścisław żeni się, ale ja....
Im dłużej mówił tem więcej ożywiał się i zapalał.
— Mścisław to co innego, ciągnął dalej po chwilowem milczeniu, jego wszyscy kochają i admirują, to niechże go sobie i żenią dla jakich tam familijnych interesów, czy czego innego... ale mnie nikt nigdy nie lubił! Pocóż teraz tak bardzo dbają o mnie i o moje ożenienie się! Ja zawsze, zawsze myślałem sobie, że jeżeli ożenię się kiedy, to nie będę z pewnością o czem innem myślał, jak tylko o tem, żebym kochał moją żonę i był przez nią kochanym! Teraz... pokochałem — pokochałem z całego serca... jestem pewny że ona mię także kocha i nie myślę za nic w świecie, dla nikogo w świecie, nawet dla mamy, wyrzekać się mego szczęścia... Ożenię się... ożenię się z pewnością z tą którą kocham, żeby tam nie wiem co mówili i jakie góry na mnie walili... Niechże i ja choć raz mam rodzinę i będę czemś innem jak dzieckiem, którego wodzą na pasku, aby nie upadło i nosa sobie nie rozbiło... Niechże mi przynajmniej żona moja i jej rodzina mówią, nie: „mon pauvre“, ale: „mon cher Cesar“.
Gdy mówił to, głos mu drżał żalem głębokim, gniewną jakby urazą, co więcej, bolącem jakby gorzkiem szyderstwem. Przy ostatnich słowach łzy miał w oczach.
— Mama jest świętą kobietą, dokończył znacznie już ciszej, wiem o tem i robiłem zawsze wszystko, czego tylko chciała... ale... teraz... nie ustąpię... za nic nie ustąpię!...
Pawełek patrzał na wyrastającego mu tak w oczach pupilla swego ze zdziwieniem trochę, a trochę z nietajonem wcale zadowoleniem.
— Dobrze, rzekł, nikt sprawiedliwy nie może odmówić ci słuszności. W każdym razie jednak, trzeba ażebyś zaraz jechał do Warszawy i rozmówił się osobiście z twą rodziną. Potajemnego ślubu przecież nie weźmiesz a i p. Kniksowa nie zgodziłaby się z pewnością na ślub taki.
— Ach mój Pawełku! siadając i czoło na dłoni wspierając, szepnął Cezary, gdyby to można było nie jechać!..
Pokazało się jednak po naradzie z Pawełkiem, że jechać do Warszawy trzeba było koniecznie, choćby dla tej jedynej przyczyny, ze zapas pieniężny, przez familią młodemu hrabiemu wydzielony, miał się ku końcowi, a o samodzielnem braniu pieniędzy od rządzców i dzierżawców dóbr własnych, młody hrabia ani pomyśleć nie mógł. Nazajutrz tedy z chmurnem czołem i postawą tak zmieszaną i nieśmiałą, jakiej od kilka dni już nie miał, Cezary wchodził do Białowzgórskiego salonu. Na pierwsze jego o wyjeździe do Warszawy napomknienie, p. Żulieta zbladła i gniewnie sobie usta przygryzła. Z nadzwyczajną jednak przytomnością umysłu, wnet się ozwała:
— Jakże się to pomyślnie dla nas składa! My z Delcią i z Henrykiem wybieraliśmy się też do Warszawy... Nie mogę przecież kupować wyprawy dla mojej córki w tutejszych miasteczkach... będziemy więc z kochanym panem Cezarym podróżowali razem...
Uszczęśliwiony wiadomością tą, która oszczędzała mu boleści rozstawania się z narzeczoną, Cezary odjechał wkrótce, aby przygotować się do jutrzejszej podróży. Zaledwie zaś wyszedł za próg, p. Żulieta porwała się z kanapy i poczęła gorączkowym krokiem przebiegać salon.
— Familia! wołała, kochana familijka, przywołuje go już do siebie! zawsze lękałam się aby to nie nastąpiło! Ludzie ci dumni są jak szatani i małżeństwo hrabiego z moją córką uważają za mezalians! najlepszy to chłopiec pod słońcem, ale czy można ufać sile jego charakteru? gdzie tam! przed matką i stryjami drży podobno jak niemowlę! no, ale my tam będziemy także! Delicyo! zawołaj Justysi i Agatki! niech pakują rzeczy do drogi prędko! prędko! Henryk pojedzie z nami, im więcej nas będzie, tem lepiej! Władysławie! biorę tymczasem wszystkie pieniądze jakie są w domu! Za tydzień najdalej przyślesz nam więcej!
Dom cały napełnił się krzątaniną nadzwyczajną.
Delicya z zarumienioną twarzą i oczami błyszczącemi od radości, sama wyciągała na środek pokojów kufry i tłómoki, rzucała w nie co tylko podpadło pod jej rękę, wołając nieustannie: do Warszawy! do Warszawy! Raz przebiegając od jednego kufra do drugiego, pochwyciła wpół krzątającą się też gorączkowo matkę i szepnęła jej na ucho:
— Doprawdy, mamciu! gotowabym tego biednego Cezarego kochać choćby już za to, że przez niego do Warszawy jadę! Ale... dodała, ja go i tak lubię... doprawdy mamciu, lubię go coraz więcej...
Gdy rzeczy już były ułożone, Delicya ochłonęła nieco ze zbytku wzruszenia i zamyśliła się czegoś na chwilę, smutnie trochę.
— Mamciu, zwróciła się znowu do matki, wszystko to dobrze, ale jakże zostawimy tu biednego ojca...
— Dziecko jesteś, opryskliwie nieco odparła p. Żulieta. Alboż ojcu twemu będzie tu na czem zbywać? Stary Jakób siedzi ciągle przy nim, a i Władysław zostaje przecież w domu...
Uspokojona temi słowami matki Delicya, weszła do salonu w którym na stole dogorywającem światłem paliła się wielka lampa. Delicya wzięła jeden z leżących przy lampie albumów i wyjęła zeń fotografją pięknego bardzo blondyna, hr. Wilhelma Pompalińskiego.
— Nie zostawię cię tu, szeptała wysuwając ostrożnie kartkę z przytrzymującej ją oprawy, nie zostawię cię tu za nic! nie rozstanę się z tobą nigdy, nigdy, mój ty śliczny portreciku!
Pod bladem światłem lampy, przypatrywała się długo delikatnym i prawidłowym, wyrazem swobodnej wesołości rozświeconym rysom nieznanego sobie mężczyzny. Przy tej kentemplacyi, oczy jej połyskiwały bardzo jasno, a śliczne usta układały się w wyraz rozmawiania.
— Mama mówi, szepnęła, że ja go zobaczę i poznam wtedy chyba, gdy będę już hrabiną Cezarową... Kto wie? może on teraz jest w Warszawie?...
Zamyśliła się i podniosła twarz po której igrały wpółfiluterne jakieś, wpół marzące uśmieszki.
— Kto wie? powtórzyła chowając fotografją do kieszonki szlafroczka i rozweselona tajemną myślą jakąś, walcowym krokiem wykręciła się kilka razy po salonie, powtarzając wciąż:
— Kto wie?.. kto wie?... kto wie?...,

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ.





CZĘŚĆ TRZECIA.
ROZDZIAŁ I.

Jakkolwiek hr. Światosław Pompaliński nie wyglądał bynajmniej na gorącego zwolennika gwarnych i tłumnych zebrań, ani też na człowieka z sercem spragnionem serc i towarzystwa swych bliźnich, w obszernym, wspaniale urządzonym gabinecie jego, poranki nie upływały cicho i samotnie. Owszem, w przedpołudniowych godzinach bywało tam zazwyczaj pełno ludzi, nie z prostemi przecież wizytami grzeczności, ale z najrozmaitszemi interesami przybywających. Jacy to bywali ludzie? Różni bardzo, lecz zawsze wyższą obdarzeni naturą i za wyższemi celami goniący, jakoto: fundatorowie, protektorowie i członkowie najrozliczniejszych w mieście istniejących towarzystw i instytucyi filantropijnych, nowo zjawiający się na horyzoncie stolicznym, zatem niewypróbowani jeszcze artyści muzyczni, poeci bez wieńców chwały na skroniach lecz z niezmiernie kunsztownie a malowniczo wyrysowanemi wieńcami na okładkach utworów swych, „własnym kosztem“ wydawanych; malarze którzy w mozolnym pochodzie swym ku szczytom powodzeń dostatecznie przez talent i fortunę nie wspierani, dzielniejszego szukali wsparcia u wpływowych a możnych lubowników sztuki, wydawcy dzieł kosztownych, drogą prenumeraty w świat wychodzących, a prenumeratorów wysoko w świecie położonych żądni, i t. d.
Że hrabia Światosław był przez całe upłynione swe życie wielkim lubownikiem i znawcą sztuk pięknych, nikt sprawiedliwy zaprzeczyćby temu nie mógł. Wykwintna natura jego, jak też może i niezaspokojone w zupełności warunkami istnienia potrzeby umysłu i serca (krążyły bowiem po świecie wieści, jakoby stary hrabia miał istotnie serce), znajdowały rozkosz i ulgę w melodyjnych tonach muzyki, w tragicznych lub lirycznych obrazach, nasuwanych mu przed oczy malarstwem i poezyą. Nic też dziwnego że z nałogu choćby, lub przez ostatki dogorywających w piersi dawnych uczuć, zajmował się on i teraz losem tak kapłanów sztuki, jak dzieł które oni światłemu sądowi jego i możnej protekcyi poddawali. Dla czego przecież pozwalał oblegać się licznym bardzo i niemniej wymagającym przedstawicielom filantropii miejscowej i nietylko wysłuchiwał szeroko wykładanych mu planów ich, ale do urzeczywistnienia planów tych hojnie pieniędzmi i stosunkami swemi dopomagał? trudniej to już zrozumieć. Czy widział w tem dobry sposób wynoszenia na coraz wyższe i rozgłośniejsze stanowisko rodowego imienia swego, a przez to loicznego już prowadzenia wciąż dalej dzieła, któremu poświęcił znaczną część swego żywota? czy może wybór tego właśnie środka, tej właśnie imię podnoszącej dźwigni, odpowiadał skrytym i tlejącym też pod popiołami poszeptom sumienia jego i popędom serca? Wszystko to być mogło i było najpewniej, w każdym przecież razie najmniejsza nie zachodziła wątpliwość, iż tłumne owe poranne wizyty, staczane rozmowy, prośby wysłuchiwane, rachunki sprawdzane i pieniądze wyliczane na dłonie liczne, które się po nie wyciągały, nietylko nie ożywiały hrabiego zbawiennie i przyjemnie, ale nużyły go, wyczerpywały i wtrącały na długie potem chwile, w stan zdwojonej apatyi i bezsilności. Ujemny wpływ ten przez filantropijne i artystyczne konferencye i starania na hrabiego wywierany, wybijał się mu na twarz zmnożoną ilością zmarszczek, przezroczystszą i zimniejszą niż kiedy powierzchnią bladych źrenic, wyraźniejszem opuszczeniem się w dół warg uwiędłych, zdradzające pomimowoli zapewne hrabiego, zniechęcenie głębokie i głęboko również tajone, lecz utaić się nie dające, smętne ze wszech rzeczy ziemskich szyderstwo. I teraż także, siedząc przed wielkiem biórem swem, stary hrabia martwą źrenicą przypatrywać się zdawał rozrzuconym na biórze przedmiotom: szczegółowo rysowanym planom zamierzanych jakichś dobroczynnych gmachów, cienkim książeczkom otwartym na pierwszych stronnicach, śród których na czele szumnej dedykacyi, wielkiemi literami wydrukowane jaśniało jego imię, sążnistym rachunkom przedstawionym mu przez członka jakiegoś stowarzyszenia, mającego na celu uszczęśliwienie ludzkiego rodu, jakiejś głowie nakoniec pastelami wymalowanej, a pozostawionej mu w kształcie hołdu zapewne, a bardziej może w guście owych węzełków dla odświeżania pamięci na chustkach zawiązywanych, przez ostatniego z gości, chudego i bladego młodzieńca, który w tej chwili właśnie, z teką wypchaną rysunkami pod ramieniem, po cichych a nizkich ukłonach, wysuwał się za drzwi. Zdawać się mogło na pozór, że stary hrabia przypatrywał się tym śladom i pamiątkom chwalebnie a pracowicie przepędzonego ranka. Byłto przecież tylko pozór, który znikał po bliższem przyjrzeniu się wyrazowi jego twarzy, W oczach jego nie świeciło żadne uczucie, żadna myśl wyraźna nie malowała się na czole, białe chude ręce, bezwładnie spoczywały na poręczach fotelu. Po chwili, dzwonkiem na biórze stojącym przywołał kamerdynera swego, który wiedząc już snać o co chodziło, przybliżył się i podał mu swe ramię. Stary hrabia wsparty na najemnem tem ramieniu, z ciężkością przebył całą długość pokoju i zajął zwykłe miejsce swe przy malachitowym kominku. Wkrótce nogi jego owiniętemi były jak zazwyczaj grubemi zwojami flaneli do lamparciej skóry podobnej, a spracowany i pracą znużony pan, z lekkiem westchnieniem ulgi, rozciągnąwazy się na długim, nizkim fotelu, przymknął nieco powieki, jak zdawaćby się mogło komuś co nań patrzył, dla tego głównie, aby na chwilę przynajmniej przestać patrzeć na świat i wszystko co na nim żyło i było.
Nie długo przecież trwała chwila ta spokoju i ukojenia. Kamerdyner zaanonsował jw. hrabiego Augusta Pompalińskiego. Hr. Światosław wyrzekł zwykłym swym, zimnym głosem: prosić! i tylko po pewnem lekkiem bardzo, nerwowem drgnięciu otwierających się jego powiek, poznać można było iż nadchodząca wizyta, nie sprawiała mu najlżejszej przyjemności.
Dnia tego hr. August inaczej wcale wyglądał niż wtedy, gdy za mojem łaskawem pośrednictwem, czytelnik miał zaszczyt poznać go po raz pierwszy. A naprzód nie miał on na sobie archeologicznego munduru, co jedno już stanowić mogło nie mylną oznakę, iż nie chodziło tym razem o żadną radosną i tryumfalną uroczystość rodzinną. Co więcej, ubiór hrabiego z bardzo wykwintnych zresztą materyałów sporządzony, taki miał zupełnie pozór, jak gdyby go hrabia przywdziewał pośpiesznie, niedbale, z roztargnieniem, z myślą zwróconą ku jakiemuś dalekiemu, a ciemnemu punktowi. Ciemny ten punkt jakiś, który widocznie pojawił się był na wiecznie dotąd pogodnym horyzoncie życia hr. Augusta, odźwierciedlił się też i w oczach jego, czyniąc je mniej wesołemi, bardziej jakby nieśmiałemi niż zwykle. Gdy przebywał pokój, aby zbliżyć się ku siedzącemu u kominka bratu, chód jego nie odznaczał się tą pewnością siebie, tą kawalerską prawdziwie swobodą i, rzec nawet można, zamaszystością, która wśród otaczającej go ludności wielkiego świata, nadawała mu piętno pewnej, dość wybitnej oryginalności. Owszem, dnia tego kroki hr. Augusta ciche jakoś były, nierówne, przytem i gęste faworyty jego, zamiast jak zwykle bywało, symetrycznie a wspaniale rozkładać się w kształt wachlarzy, zwisały po obu stronach pulchnych policzków, niby niedbale przez ogrodnika opatrzone gałęzie płaczącej brzozy, a wśród gęstej, czarnej jak węgiel czupryny, ukazywały się tu i owdzie, niewidzialne dotąd a wielce kompromitujące srebrnawe pasemka, smutne świadectwa roztargnienia, z jakiem dnia tego, hrabia spełniać musiał czynność zabarwiania tej części swego organizmu.
Tak, hr. August był widocznie zmartwionym i stroskanym, srodze stroskanym. Zdawać się też mogło, że do niezwykłego mu moralnego nastroju tego, mięszało się dziś także w mocnej dozie, zmięszanie. Ostatnie to uczucie silniej nawet niż smutek i troska, wybijało się na powierzchowność tego, boleśnie snać losem dotkniętego, człowie... pana.
Myliłby się przecież, ktoby sądził że hr. August wnet po powitaniu serce swe przed bratem otworzy i braterskim oczom ukaże nurtującą je troskę. Nie. Hartowne dusze zwierzają się niełatwo. Być może także, iż tym razem, zwierzenia były drażliwej nieco natury i z trudnością tylko przebijać się mogły z myśli na usta.
— Bonjour, comte.
— Bonjour, Auguste.
Młodszy hrabia usiadł na poblizkiem fotelu, wkrótce jednak powstał i wsparty o gzyms kominka, z wielką uwagą przypatrywać się zdawał żarzącym się zlekka węglom.
— Eh bien, zaczął nakoniec podnosząc głowę, comment vous porter vous, comte? jakże się dziś czujesz, hrabio?
— Comme toujours! jak zwykle! brzmiała jednostajnie zawsze odpowiedź hr. Światosława.
— Bo co do mnie... co do mnie... jestem dziś cóś niezdrów!
Z temi słowami hr. August usiadł znowu na fotelu. Nie upłynęło jednak kilkanaście sekund, gdy powstał znowu i stanął przy kominku w uprzedniej postawie. Widocznie, było mu dziś trudno usiedzieć, lub ustać długo na miejscu.
— Cieszę się, zaczął po chwili, cieszę się bardzo... lękałem się trochę o zdrowie twe, drogi bracie!
Było to już właściwością wszystkich prawie członków rodu Pompalińskich, że w chwilach zmartwienia lub wzburzenia, zapominali o wzajemnem tytułowaniu się po francuzku.
— Dla czego lękałeś się o zdrowie moje, Auguście, zagadnął gospodarz domu, dla tego tylko jak się zdawało, że gospodarzowi domu trzeba przecież zawsze cośkolwiek mówić do gościa, chociażby gościem tym był brat rodzony.
— No tak... myślałem przecież... Cezary przyjechał dziś w nocy... mówił mi o tem Bartolome. Myślałem że rozmawiałeś z nim o tym nieszczęśliwym maryażu projektowanym i że mogła zajść jakaś... chose... jakaś scena.
Hr. Światosław wzruszył lekko ramionami.
— Wiesz dobrze, Auguste, że ja scen żadnych nie znoszę i nigdy z nikim ich nie miewam. Jakakolwiek zresztą scena z Cezarym wydaje mi się zupełnem niepodobieństwem.
— Tak... zapewne! Ten nasz kochany, biedny Cezary, mówi zwykle tak mało i jest tak lękliwym, tak łagodnym... tsllement craintif... docile... mais, enfin... jakżeście z sobą mówili... jakże się znalazł?..
— Nie znalazł się zupełnie, zwolna i niedbale wymówił hr. Światosław, bom go wcale nie wzywał do siebie i nawet, jeżeli zechce przyjść do mnie, nie przyjmę go przez dni kilka...
— Comment? ze zdumieniem zapytał młodszy hrabia, wszakże, comte, przyrzekłeś nam solennie...
— Co przyrzekłem tego dotrzymam. Ale nie lubię utrudzać się daremnie. Tym razem zaś jestem pewny, że pani hrabina z pomocą labego i Mścisława, powstrzymają dostatecznie romantyczne zapędy Cezarego, a gdyby się to im nie udało, co zresztą jest prawie niepodobnem, eh bien! wtedy już ja będę w rezerwie...
— Dyplomatycznie! bardzo dyplomatycznie! spróbował uśmiechnąć się hr. August, ale uśmiech zamarł szybko na strapionem jego licu, a myśląc widocznie wcale o czem innem, dodał machinalnie prawie:
— Gdyby jednak p. hrabinie nie udało się powstrzymać romantycznych zapędów tego biednego Cezarego...
— Jest to rzeczą prawie niemożliwą, przerwał hr. Światosław. Cezary ubóstwia swą matkę...
— Et entre nous, lęka się jej straszliwie, spróbował znowu uśmiechnąć się młodszy hrabia. Bo też, mówił dalej, pani hrabina, pomimo charakteru swego słodkiego, bardzo słodkiego... malgré son extrême douceur... umie być czasem energiczną...
Wyrzekł to i na twarzy brata badał wrażenie, jakie słowa jego wywrzeć na nim mogły. Ale twarz hr. Światosława nie zdradzała wrażenia żadnego.
— Przyznać też trzeba, ciągnął hr. August gładząc zwolna boleśnie zaniedbane dnia tego faworyty swe, przyznać też trzeba, że hrabina Wiktorya nie jest zupełnie szczęśliwą matką.
— Pour quoi? zapytał hr. Światosław podnosząc na brata oczy.
Braterskie to spojrzenie zmięszało znowu hrabiego Augusta, który pod wpływem błogich dlań wspomnień o hrabinie, zaczynał już był odzyskiwać trochę swej zwykłej pewności siebie...
— Eh bien! rzekł po chwilowym namyśle, wszyscy to przecież widzą, Mścisław ma wprawdzie wiele zalet, mnóstwo zalet, ale... c’est un monceau de glace... to szyba lodu... przytem tak młody jeszcze, a już chorowity... znużony życiem... Cezary znowu... mais... entre nous, il est complétement bête, ce pauvre Cesar!
Przeszywający, szyderski acz błyskawicznie szybki promyk przerznął zimną powierzchnią źrenic hr. Światosława.
— Jeżeli oto idzie, wyrzekł z bladym uśmiechem, je trouve, znajduję... że Cezary nie jest wcale głupszym od wielu innych młodych ludzi... być może nawet iż w gruncie rzeczy... au fond... jest on od wielu rozsądniejszy...
— Vous dîtes? co mówisz hrabio? z wyrazem głębokiego zdumienia na twarzy i pochylając się nieco ku bratu, wymówił hr. August. Pierwszy to raz w życiu, słyszał on kogoś przypuszczającego, że młodszy syn hr. Wiktoryi, mógł być w gruncie... au fond... rozsądnym. Nie chciał wierzyć uszom własnym.
— Vous dîtes? powtórzył.
Ale zamiast bezpośredniej odpowiedzi, otrzymał od brata wzajemne pytanie:
— Quelles nouvelles... jakież wiadomości mamy dziś od hrabiego Wilhelma?
Hr. Wilhelm to właśnie, czy też wiadomości od niego otrzymane, stanowić dziś musiały zmięszaną i stroskaną stronę istoty hr. Augusta, bo usłyszane zapytanie głębokim rumieńcem zabarwiło i tak już dość rumianą twarz jego.
— Oui, oui! wyjąkał, il y a du nouveau... są wiadomości...
Hr. Światosław nie zdawał się spostrzogać boleśnego zakłopotania brata, jakkolwiek nieruchome i nic nie mówiące źrenice, bez zmrużenia powiek tkwiły w jego twarzy.
— II faut que je Vous avoue... muszę ci się przyznać, drogi hrabio, że jestem nawet cokolwiek zmartwiony.
— Uważam to, wtrącił chłodno brat starszy. Le jeune comte... młody hrabia nie myśli zapewne o nawróceniu się na drogę umiarkowania...
— Bah! wybuchnął nakoniec hr. August, Wilhelm i umiarkowanie, to dwa przeciwległe bieguny ziemskie... Wyborne porównanie, dodał gładząc swe faworyty, uczynił je niedawno w angielskim klubie Książe Amadenu, mówiąc o mnie: smutek i nasz nieoceniony hr. August, to dwa przeciwległe bieguny ziemskie... Tak; przez całe życie zachowałem swobodę humoru i chlubię się tem... je m’en vente... nie idzie za tem, abym nie zachowywał umiarkowania w rzeczach... w rzeczach... chose... ważnych, majątkowych...
— C’est vrais; byłeś hrabio zawsze dość oględnym, nie do tego stopnia, aby powiększać fortunę swą, ale do tego przynajmniej, aby ją nie trwonić...
— Oui, mon frère. Nie strwoniłem fortuny... wiesz o tem dobrze... nie zbierałem kapitałów, ale dóbr moich nie odłużałem...
— Do czasu... zaczął hr. Światosław.
— Eh bien! do czasu w którym Wilhelm pozwolił sobie przed parą laty zadłużyć się w Brukselli i Paryżu na owe 100,000 franków, o których wiesz, comte...
— Wiem, pamiętam... zahipotekowałem sumę tę na Aleksińskich fabrykach...
— Za co będę ci wiekuiście wdzięcznym, drogi bracie. Umarłbym chyba ze wstydu, gdyby mi przyszło żądać pożyczki gdzieindziej jak u ciebie...
— Eh bien! eh bien! wyrzekł starszy hrabia czyniąc ręką gest oznaczający, iż radby już był przerwać rozmowę.
— Ale teraz... zaczął hr. August ze spuszczonemi oozami... mais maintenant... Wilhelm mi pisze że... chose... potrzebuje znowu...
— Ile? krótko zapytał hr. Światosław.
— Une somme ènorme... summa ogromna... jak na moje przynajmniej fundusze... Wiesz sam, kochany hrabio, jak ciężkie przebyliśmy czasy i jaką klęską stało się dla finansów moich, zamknięcie jednej z fabryk Aleksińskich...
— Zamknięcie to, które nastąpiło w skutek nie przysłania z zagranicy przez hr. Wilhelma, nowych machin...
— Oui. Wilhelm martwi mię... prawdziwie martwi... jakkolwiek przyznaj sam hrabio, że gdyby nie ta nieszczęśliwa passya do tracenia pieniędzy, byłby z niego, un jeune homme accompli...
— Masz słabość wyraźną do jedynaka swego, Auguście.
Hr. August podniósł na brata oczy, z których zmięszanie i stroskanie, ustąpiło na chwilę przed ciepłem, żywem światłem.
— C’est mon unique enfant.... jest to moje jedyne dziecię, odparł zcicha i... i taki podobny do swojej matki. Nieprawdaż hrabio, że Wilhem jest żyjącym portretem mojej biednej, nieodżałowanej Berty....
— Dla której, gdy żyła, nie pałałeś zbyt widocznie gorącemi affektami, a której po śmierci jej dopiero, namyśliłeś się żałować gorzko i wytrwale... zwolna i chłodno wymówił brat starszy.
— Bóg widzi jak gorzko i wytrwale żałuje tej pięknej, dobrej a tak wcześnie zgasłej kobiety, bardzo już cicho szepnął hr. August, a na pochylonej twarzy jego malował się szczery, istotny smutek.
— Mais Vous êtes lugubre, aujourd’hui... jesteś dziś ponurym, hrabio! uśmiechnął się blado hrabia Światosław. Któż z nas w swem życiu nie żałował czegokolwiek? mnie i tobie jednak, Auguste, pora już wielka zaprzestać żalów wszelkich i cenić wszystko co się w życiu przytrafia według istotnej wartości życia... to jest, niżej zera...
— Vous avez complètement raison, cher frère, bywają jednak wypadki... chose... okoliczności... które zatruwają nam swobodę humoru.
— Do wypadków takich zaliczyć należy listy pisywane przez młodego hrabiego...
— Przez Wilhelma... dokończył hr. August. Eh bien, oui, cher comte. List ostatni zasmucił mię... bardzo mię zasmucił...
— I cóż nam opiewa list ten? zapytał brat starszy.
Hr. August sięgnął do kieszeni tużurka i wydobył z niej złożoną w kształt listu ćwiartkę welinowego papieru.
— Czy zechcesz, comte, być pobłażliwym dla mego... dla mego... pour mon pauvre enfant?
W głosie jego dźwięczała, a w oczach malowała się prośba.
Podawał bratu list od syna otrzymany z wyraźną nieśmiałością. Ale hr. Światosław nie wyciągnął ręki po pismo synowca.
— Pardonnez-moi, rzekł, czytanie utrudza mię... Bądź tak dobrym Auguście i list ten przeczytaj głośno.
Twarz hr. Augusta oblała się znowu gorącym rumieńcem. Niespokojnie poruszył się na fotelu, na którym przed chwilą był znowu usiadł i powoli, bardzo powoli rozwijał list synowski, którego głośne odczytywanie stanowiło dlań widać, nieprzyjemną bardzo, przerażającą niemal perspektywę.
Hr. Światosław nie spuszczał zimnych i nic wcale nie mówiących oczu swych ze zmięszanej i głęboko stroskanej twarzy brata. Po ustach jego bladych i wązkich, igrał zaledwie dostrzegalny uśmieszek.
— Słucham cię, Auguście, wyrzekł po chwili.
Odezwaniem się tem przyciśnięty do muru, hr. August, jąkając się i zniżonym głosem, czytać zaczął co następuje:
„Cher papa! Ani wyobrażenia mieć nie możesz o tem, jak cudownem miastem jest Florencya. Nigdy tu jeszcze nie byłem, a dla czego teraz jestem zamiast być w Londynie? Mógłbym zapewne, jak mówią żaki w szkołach, dusić wilka i... zachorować na piersi, znaleźć się, naprzykład w pierwszym stopniu suchot gwałtownie południowego klimatu wymagającym, a wstręt śmiertelny uczuwającym do mglistego nieba angielskiego, pod którym wyrabiają się machiny z najdoskonalszemi pod słońcem kółkami i śrubkami i przechadzają kobiety z największemi na kuli ziemskiej nogami i najbrzydszemi lokami. Mów sobie co chcesz, cher papa, ale ja w angielskich pięknościach, dopatrzeć nie mogłem nigdy żadnej piękności. Kibicie ich w zadziwiający sposób przypominają mi flety, barwa włosów popielcowego śledzia, a loki nastręczają mi niezbędnie myśl o pijawkach. Nikt zaś z pewnością nie wie lepiej od ciebie, cher papa, czego wartą jest sztukamięsa bez ostrego sosu, poncz bez dobrego rumu, koń bez silnych nóg, sztos bez śmiałego partnera i kraj — bez pięknych kobiet. Ale — wracam do niespodzianej mej bytności we Florencyi. Nie mam cienia innych suchot, prócz chwilowych, jak ufam, suchot kieszeni. Poprostu, jadąc do Londynu i po drodze zatrzymawszy się w Hamburgu, spotkałem przy trente et quarente, Jasia Rondondońskiego, poznaliśmy się bliżej, polubiłem go, a że jechał do Włoch i ja się z nim zabrałem. Dla czegóżby nie, zresztą? podróż wabiła, a towarzystwo miłego chłopca, było jedną jej więcej przyjemnością. Widzę, cher papa, jak czytając o nowym towarzyszu moim, mówisz z niezadowoleniem: Rondondoński, mais c’est de la roture! c’est un homme de rien! Być może! ale taka już moja natura, że jest mi to zupełnie, najzupełniej obojętnem czy kto pochodzi ad Adama lub Bartka, czy w herbie ma orła lub dudka. Byleby był miłym i wesołym towarzyszem — niczego więcej od niego nie wymagam i z pewnością nie zapytam go nigdy, czy miał prapradziada i kto jego matkę urodził. Bo koniec końcom, pardonnez moi, cher papa, ale rozsądkiem moim, rzecz tę rozważając, przyszedłem do przekonania, że każdy a każdy człowiek na świecie musiał mieć pradziada i każdego matkę któśkolwiek rodzić musiał. N’est ce pas! Widzę już że masz wielką ochotę mię łajać — ale nie bardzo się tem martwię, bo wiem doskonale, że ochota ta długo nie potrwa. Un tout petit baiser, cher papa, et revenons à nos moutons.“
„Szalenie tu wesoło. Powiadają że odkąd dwór tu przebywa, miasto zyskało dużo na przepychu i wesołości. Jaki ruch na ulicach! co za głosy w teatrach! Na każdym kroku świecą ci w oczy i śpiewają w uszy kawiarnie i rajskie ogródki! A kobiety!.. Nie, cher papa, kto Włoszek nie znał, nie znał kobiet. Oczy jak czarne gwiazdy, włosy jak królewskie korony, uśmiechy jak kielichy pieniącego się szampana, nózie na ćwierć łokcia długości... najwyżej! Jestem też ciągle za domem, a raczej za hotelem i znajduję że doprawdy życie jest piękną, nadzwyczajnie piękną rzeczą, szczególniej gdy kto jak ja ma młodość, zdrowie, dobry humor i najlepszego, najpobłażliwszego pod słońcem papę!“
„A! zapomniałem o jednej jeszcze rzeczy zupełnie niezbędnej! Trzeba mieć także pieniądze, ogromnie dużo pieniędzy! Ja zaś przyjeżdżając do Florencyi miałem ich bardzo mało, cóś około dwóch tysięcy talarów, które wyratowałem był w Hamburgu z toni czarnego i czerwonego morza. Osądź sam cher papa, czy może ktokolwiek z fraszką taką egzystować długo? Ja przynajmniej nie mogłem, i kilka dni nie upłynęło, gdy byłem już complétement à sec. Cóż byś zrobił, cher papa, na mojem miejscu? naturalnie pożyczyłbyś? I ja tak zrobiłem. Jaś Rondondoński miał tu na szczęście stosunki dawne i podzielił się niemi ze mną. Nowożytny jakiś Schyllok udzielił mi ze swej kassy cóś jakby, na naszą monetę rachując, około stutysięcy złotych. Musiałem mu przecież wydać cyrograf na sumę dwa razy prawie większą. Cóż czynić? znajdowałem się w ostateczności i byłbym mu nawet funt mięsa z pod serca mego, jako procent przyobiecał, byleby tylko — módz żyć. Módz żyć! zrozumiesz cher papa, cały urok tego wyrazu! Va, toi aussi, avec ta soissantaine bien sonnée, gdybyś tu był jak ja i jak ja widział wszystko co tu jest, ta serais bien capable de mainte frédaine! Et ça coûte! ça caûte! oh! ça coûte!
„Tak więc jestem tu corps et âme niewolnikiem nowożytnego Schylloka. Sois si bon, cher papa, i wyzwól mię z ziemi Egiptu i z domu niewoli. Jakkolwiek bowiem ziemia to rajska i niewola błoga, trzeba będzie przecież wracać do domu, tembardziej że i Jaś wyjeżdża wkrótce, a ja tu bez niego będę jako wróbel na dachu. Jeżeli zechcesz cher papa, do wymienionej powyżej sumy dodać jeszcze jakie sześć albo i ośm tysięcy rubli, uczynisz mi tem wielką przyjemność. Pomiędzy Florencyą i Warszawą jest Wiedeń... a czem jest Wiedeń i czy można ominąć go bez serdecznego pocałunku, sam już wiesz o tem cher papa, bo i ty kiedyś byłeś w Arkadyi!
„Wiem, wiem, wiem! słyszę wszystko co mi mówisz! tak! tak! zgadzam się! potwierdzam! tu as raison! tu as mille fois raison! Ale... Florencya tak piękna, a jam tak... wesoły, a tyś, cher papa, tak dobry! Mam szczere postanowienie zostania świętym, w dowód czego gdy tylko wrócę do kraju, je ferai ma fin. Ożenię się. Oui. Ożenię się i to z każdą młodą osobą, którą mi sam wybierzesz, cher papa! Nie będę wymagającym. Chcę tylko żeby była młoda, piękna, wesoła (to koniecznie), żeby pięknie grała i śpiewała (przepadam za muzyką i nie pojmuję bez niej dozgonnej towarzyszki życia), żeby przepadała za mną i ubierała się według prawideł obowiązujących kobietę dobrze wychowaną. Co się tyczy kwestyi pradziadowej, tę pozostawiam zupełnie twej przezornoności, cher papa, warując tylko, aby przyszła moja żona rodziła się z pięknej matki i dystyngowanego ojca, bo uważałem zawsze że z raroga i czupiradła rodzi się — potwór. Pieniądze nie zaszkodzą, a nawet wolałbym, aby pradziad był niepewny lecz milion dobrze ugruntowany!
„Cher papa, niech bankier twój telegrafuje coprędzej do bankiera florenckiego o wypłatę koniecznej mi sumy, za co przyrzekam milion razy pocałować cię, cher papa i naopowiadać ci tyle pociesznych z teraźniejszej podróży mej historyjek, że aż twe stare numizmaty i unikaty, trząść się będą w szafach od śmiechu.“
Im dalej hr. August list ten czytał, tem więcej ożywiał się, ośmielał i rozweselał. Dobry humor syna spędzał mu chmury z czoła, a oczy napełniał wyrazem dumy, tkliwości i radości. Skończywszy czytanie, tryumfującym prawie wzrokiem spojrzał na brata i zawołał:
— Eh bien, comte! powiedz sam! możnaż nie ubóstwiać tego dobrego, miłego chłopca?
— Oui, zupełnie obojętnie odparł starszy hrabia, ale te czterdzieści tysięcy!.. ça sonne assez haut.
Wyrazy te przywróciły zupełnie hr. Augustewi pamięć o twardej prozie życia. Wstrząsnął głową i powtórzył smutnie:
— Oui! ça sonne — terriblement haut!
Milczeli chwilę obaj. Hr. Światosław grzebał w węglach złoconym haczykiem.
— Jestem w dość przykrem położeniu! zaczął powoli bardzo i za spuszczonemi oczami hr. August. Gotówki na razie niemam. Prosić o pożyczkę kogoś... kogoś... rzecz przykra... Nie lubiłem nigdy wdawać się ze światem finansowym. Są to żydzi... parwenjusze i jak tylko komuś z nas wyrządzą jakąś tam bagatelną przysługę, zaraz już chcą bratać się z nami... bywać u nas... i gotowi są mówić nam par ty... Chybaby Aleksin albo Dębowlę w banku zastawić... ale znowu byłby to proceder długi... Wilhelm zaś czekać nie może, żadnym sposobem nie może. Nigdy się to jeszcze nie zdarzyło, aby prosił mię o cokolwiek i czekał długo. Cet excellent enfant, zmartwiłby się tem bardzo i zresztą im dłużej by czekał, tem więcejby tam zagranicą stracił. To widoczne, n’est ce pas? Obdzierają go ludzie, eksploatują niezawodnie. Zbyt dobre ma serce, ja mu to zawsze mówię. Ale tak to bywa w młodości. Serce na dłoni i kieszeń otwarta dla całej tej hołoty, która oblega zwykle un jeune homme riche et communicatif. Myśmy sami byli młodymi, cher comte, i powinniśmy umieć wybaczyć młodości. Il faut que la jeunesse se passe, n’est ce pas? Chciałem cię więc, kochany bracie, prosić o radę...
Tu hr. August umilkł. Przy ostatnich wyrazach czarne okrągłe oczy jego wlepione w twarz brata przybrały wyraz niemal błagalny. Hrabia Światosław niedbale upuścił z ręki złocony haczyk i zwracając na brata spojrzenie, wymówił bardzo powoli, w sposób oznaczający głębokie znużenie.
— Po co tu długie przedmowy, Auguście. Chcesz zapewne abym ci pożyczył summę przez młodego hrabiego żądaną...
Twarz hr. Augusta oblała się szkarłatem, po chwili jednak zajaśniała nadzieją.
— Byłeś zawsze najlepszym bratem, cher comte... wyjąkał, jesteś głową i wsparciem całej naszej rodziny,..
— Eh bien! Eh bien! przerwał starszy hrabia, o cóż idzie? po co tu tak długo mówić? Dla mnie to zupełnie wszystko jedno, gdzie umieszczam moje kapitały... nie jem ich przecież i nie piję, a ewikcya na Aleksinie i Dębowli, jeszcze pewna... Przedostatni wyraz hrabia wymówił z naciskiem.
Brat jego z rozpromienioną już twarzą powstał z fotelu.
— Merci, rzekł z wylaniem, merci, cher frère! Nie wątpiłem ani na chwilę we wspaniałomyślność twego serca i w twe przywiązanie do... do... chose...
Wyraz wielkiego niesmaku wybił się na bladą, zoraną twarz starego hrabiego.
— Wspaniałomyślność! wymówił, przywiązanie! co za szumne wyrazy! Mais Vous faites des phrases, Auguste, i zdaje mi się jakbym miał przed sobą jakiegoś członka towarzystwa dobroczynności, albo muzycznego artystę, od którego pięćdziesiąt biletów na koncert kupiłem! O czem tu tak wiele mówić? Napiszę dziś do mego bankiera, aby telegrafował do bankierów florenckich o wypłatę młodemu hrabiemu 35,000 rubli. Procent mi płacić będziecie taki, jaki mam z papierów, a prawnemi ceremonjami niech tam jutro zajmie się Cegielski.
Hr. August rozczulony i nad wyraz uszczęśliwiony, mrucząc cóś niewyraźnego, pochwycił rękę brata, ale hr. Światosław coprędzej wycofał końce białych, chudych swych palców z uścisku pulchnej dłoni braterskiej i niezmiernie już znudzonemi oczami rozglądając się po pokoju, rzekł:
— Radzę ci jednak Auguste, abyś do młodego hrabiego telegrafował... Niech natychmiast wraca do kraju...
— Ale naturalnie... naturalnie... on sam zresztą uczyni to niezawodnie...
— Zapewne, po opłaceniu bowiem Schylloka, zostanie mu niewielka sumka... Uczyniłeś nierozważnie, bardzo nierozważnie, Auguste, posyłając zagranicę młodego hrabiego po machiny... puściłeś wilka do owczarni...
— Chciał jechać... koniecznie chciał jechać!.. tak mię o to prosił, że croyez moi cher comte, odmówić mu nie mogłem...
— Stosunek twój z synem, Auguste, jest bardzo sentymentalnym, z bladym uśmiechem zauważył stary hrabia, uważaj tylko, comte, aby się to dla was obu źle nie skończyło...
— Jakim sposobem? z zupełnie szczerem zdziwieniem zapytał August.
Hr. Światosław zlekka i niedbale wzruszył ramionami i odpowiedział zwolna:
— Młody hrabia ma lat 27 i zrobił już przeszło 100,000 rubli długu... Ja sam będę już miał na Aleksinie i Dębowli ośmdziesiąt tysięcy. Trzydzieści tysięcy winni jesteście Cezaremu...
— Oh! ce pauvre Cesar! na co mu pieniądze? poczeka aż się Wilhelm ożeni, i...
— Pardon, wymówił żywiej nieco hr. Światosław, dług Cezarego ma pierwszeństwo przed moim. Ja majątku mego nie zabiorę do grobu, który blizki już... blizki... Cezary zaś... kto wie? może porozumnieć wkrótce i dopomni się o swoją własność, a w takim razie oddacie mu ją natychmiast, cher comte... tak, natychmiast! chybabym ja już nie żył...
— Eh bien! eh bien! zawołał hr. August, który stopniowo odzyskiwał całą swą pewność siebie, sto dwadzieścia tysięcy... nie przyprowadzi to nas przecież do bankructwa... Bliżej przyjrzawszy się, Wilhelm tracił co prawda, ale nie tak znów wiele doprawdy... wcale niewiele...
— Ca ira! wymówił stary hrabia, uderzając zlekka po węglach złoconym haczykiem.
Hr. August zaczął znowu niespokojnie kręcić się na krześle. Spoglądał co chwilę ku oknu i upewniony już co do pomyślnego obrotu sprawy, z którą tu przyszedł, myślał widocznie o tem, jak wesoło było na widnym, osłonecznionym świecie, a jak smutno w dusznym i przyciemnionym gabinecie jego brata, jak przyjemną dziś będzie przejażdżka konna w Ujazdowskie aleje i jak smacznem śniadanie, które po przejażdżce, z gronem wesołych towarzyszów i z szumnym akompanjamentem szampana, nastąpi.
Hr. Światosław spoglądał od chwili do chwili na brata, który załatwiwszy interes swój, bardzo widocznie całą istotą swą wyrywał się w dal jasną i wesołą. Blady, wzgardliwy nieco uśmiech, przewinął się mu po ustach, bruzdy na czole jego drgnęły, Bóg tylko wie jaką myślą wstrząśnione. Zadzwonił na kamerdynera swego i kazał podać sobie przyrządy do pisania.
O! z jakże zmienioną powierzchownością hr. August opuszczał wspaniale urządzony, lecz sztywny bardzo i posępny nieco gabinet swego brata! Postawa jego była znowu wyprostowaną, głowa wysoko podniesioną, oczy błyszczały mu najczystszem światłem nieskazitelnie wesołego humoru, a pulchne rumiane usta, wśród rozpościerających się już w kształt wachlarzy czarnych bokobrodów, uśmiechać się zdawały z rozkoszą i miłością do wszystkich czarów i powabów życia. U początku wschodów włożył do pugilaresu drogocenny list do bankiera ręką brata nakreślony, poczem z piosenką na ustach zbiegłszy do wielkiej, wspaniałej sieni, miał już wyjść na ulicę i wskoczyć w oczekujący nań elegancki karykiel, gdy nagle, myślą jakąś tknięty, stanął i zamyślił się chwilę. Nie! nie przyszła jeszcze dnia tego błoga dla hr. Augusta chwila, w której swobodnie już i ze spokojnem sumieniem, mógłby on rzucić się w objęcia rozrywek i przyjemności życiowych! Pozostawał mu do spełnienia jeden jeszcze obowiązek. Raz jeszcze zająć się on musiał ważną i zwłoki niecierpiącą sprawą rodzinną! Tam zaś gdzie chodziło o spełnianie obowiązków, to jest o troskliwe czuwanie nad pomyślnym rozwojem i niepokalanym honorem spraw rodzinnych, hr. August był człowiekiem wytrwałym i niezłomnym. Pomimo więc że na świecie słońce świeciło tak jasno i pięknie, dzwoneczki szlichtad tak wesoło brzęczały, ulubiony wierzchowiec rżał tam kędyś w swej stajni z tęsknoty, za opóźniającym się dnia tego swym panem, a śniadanie zdala, zdala tak ponętnie woniało, hr. August nie przekroczył jeszcze progów pałacu swego brata, lecz zwracając się do lokaja, który go ku drzwiom odprowadzał, wymówił:
— Dowiedz się, mój kochany, czy hrabia Cezary jest u siebie?
— JPan Hrabia Cezary znajduje się obecnie w apartamentach JPani Hrabiny, odpowiedział sługa.
Hr. August zamyślił się głęboko. Z synowcem widzieć się dziś chciał, musiał koniecznie. Ale — miałże dla tego oddawać wizytę tak miłej mu bratowej? Było to pytanie, które go przejmowało dreszczem. Czegóż jednak, w sercu mężnem, nie dokaże poczucie obowiązku!
— Idź na górę, rzekł po namyśle hr. August do lokaja, i dowiedz się czy pani hrabina przyjmuje moją wizytę.
Po dwóch minutach, lokaj zbiegał już ze wschodów i z głębokim ukłonem mówił.
JPani Hrabina prosi!





ROZDZIAŁ II.

Kiedy dnia tego zrana uwiadomiono hr. Wiktoryą o powrocie ze wsi młodszego jej syna, na twarzy jej nie odmalowało się wzruszenie żadne, ani radośne ani gniewne. Przez chwilę tylko siedziała zamyślona, z czołem lekko zmarszczonem, poczem już spokojnie i bez cienia troski jakiejkolwiek, usiadła przed stolikiem na którym stała bogata śniadaniowa zastawa.
Pijąc czekoladę, hrabina miała zwyczaj czytywać zarazem książkę budującej jakiejś lub nabożnej treści. Były to poranne ćwiczenia umysłu, które na cały już dzień wlewać miały w serce i humor przykładnej niewiasty słodycz niezmąconą, pokorę pełną zaparcia się, rezygnacyą prowadzącą do obojętności dla wszelkich trosk i interessów ziemskich.
I teraz także, obok porcelanowej filiżanki leżała przed hrabiną małych rozmiarów książeczka, na aksamitnej okładce nosząca złotemi literami wyryty nadpis: Głos synogarlicy na pustyni świata tego jęczący, czyli ducha pobożnego, do świata lepszego wzdychania.
Wyjątkowym to zupełnie sposobem hr. Wiktorya czytała dnia tego książkę po polsku wydrukowaną. Jeżeli bowiem w rozmowach z ludźmi, uwzględniając różne doczesne okoliczności, używała ona od czasu do czasu ubogiej a prozaicznej mowy rodowitej, to już myśleć lub czytać o Bogu, tem bardziej do Boga przemawiać rzadko kiedy ośmielała się inaczej jak dźwięcznym, bogatym i dystyngowanym językiem franków. Tym razem jednak ośmieliła się, ale nie dla żadnego wcale płochego powodu. Labbé Lamkowski własnoręcznie przyniósł wczoraj dostojnej penitentce swej Głos synogarlicy upewniając, iż codzienne odczytywanie kilku stronnic tkliwej tej i budującej książki, bardzo potężnie wpłynie na udoskonalenie duchowe czytelnicy, osłodzi i ułatwi jej przebywanie ciężkiej wędrówki życia, dzielnie nakoniec dopomoże jej duszy do osiągnięcia wiecznego zbawienia. Hrabina tedy od kilku minut już łączyła głos serca swego z głosem synogarlicy i wraz z nim jęczała w duchu nad pustynią świata tego, a oczy jej smętne i zadumane spoczywały właśnie na stronnicy, wśród której ponura synogarlica, z zadziwiającą, jak na łagodną naturę niewinnej tej ptaszyny, nienawiścią i zawziętością wyliczała wszystkie niedoskonałości, niedobory, klęski, grzechy, zbrodnie i hańby ziemię tę, a mianowicie zamieszkującą ją ludność trawiące i plamiące, gdy wśród ciemne obrazy te i pełne pobożnej żółci przekleństwa i potępienia, wmięszał się nieśmiały i pokorny głos panny służącej, która wszedłszy do buduaru, zapytywała panią swą, czy przyjąć raczy hrabiego syna swego.
Tym razem wyczerpała się już mężna i bohatersko wytrwała cierpliwość niewiasty siedzącej w wyzłoconym, wykobierconym i oźwierciedlonym buduarze nad filiżanką czekolady i srebrnym koszem napełnionym biszkoptami; wyczerpała się cierpliwość niewiasty tej otulonej w miękkie i malownicze fałdy szlafroka ze wschodniej materyi, a owianej ciepłą jak wiosna, wonną jak róże i cichą jak spokój atmosferą; wyczerpała się cierpliwość kobiety, której przerwano rozpamiętywanie rozpaczliwej pustki na kuli ziemskiej panującej i głębokiej nikczemności jej bliźnich; czarna brew jej drgnęła, piękne usta wykrzywiły się zlekka i nie odrywając oczu od drukowanych żółciowych plotek synogarlicy, zapytała tonem który we wszelkim innym razie, mógłby ujść za gniewny i opryskliwy, w tym wszakże razie był jednym dowodem więcej nadzwyczajnego pogrążenia się gorliwej czytelnicy w sprawach i medytacyach duchowych i wzniosłego jej wstrętu do widoków i zajęć nastręczanych przez tak nienawistną dla synogarlicy rzeczywistość.
— Co tam, Aloizo? dla czego mi przeszkadzasz?
Aloiza z większą jeszcze jak wprzódy nieśmiałością, zapytanie powtórzyła. Parę minut upłynęło zanim hrabina zdecydowała się na chwilowe rozłączenie się z synogarlicą, a spojrzenie w oczy obrzydłej rzeczywistości, mającej stanąć przed nią w postaci jej syna.
— Prosić! wymówiła nakoniec i włożywszy w książkę zakładkę z mikroskopijną a kunsztownie wykonaną kopiją Madonny z rybami, oparła się o tylną poręczę fotelu i wzrok w przeciwległych, do salonu wiodących drzwiach utkwiła.
Jakim był wyraz wzroku tego, którym zmartwiona i rozgniewana matka przywitać miała syna, ośmielającego się bez jej wiedzy tworzyć zamiary małżeństwa z panną Ślepowron-Trzaska-Kniksówną? Zgadnijcie, czytelnicy! Był to może wzrok gniewny, piorunujący, ciężarny gromami srogich wyrzutów, albo też smutny, łzawy, rozżalony, pełen próśb tkliwych od serca matki ku sercu syna płynących? Wcale nie. Był to wzrok spokojny, jak w dniu pogodnym powierzchnia jeziora, powszedni, jak suknia którą się nosi na codzień, trochę poważny, ale o tyle tylko aby powaga w niczem pogody jego niezmąconej i najzupełniejszej powszedniości nie naruszała.
W zamian, cóż za zmięszanie najróżnorodniejszych uczuć malowało się na twarzy wchodzącego do buduaru hr. Cezarego! Uczucia te zawierały z jednej strony cześć i poszanowanie uroczyste aż do pobożnej niejako trwogi posunięte, z drugiej do utraty prawie samopoczucia posunięte przeświadczenie o bezzasadnem, rozpaczliwem nicestwie własnem.
A jednak przebywając trzy bawialne salony poprzedzające buduar, Cezary trzymał się dość prosto, a w oczach miał blask żywy, nieledwie gorączkowy, silne jakieś a nadzwyczaj trudne do spełnienia postanowienie objawiający. Zaledwie jednak stanął na progu buduaru, młody hrabia jakby za dotknięciem rószczki czarnoksięzkiej, przekształcił się na innego całkiem człowieka. Źrenice jego zmąciły się, a brwi podniosły się zlekka, przez co na młodem i gładkiem przedtem czole powstały dwie poprzeczne głębokie zmarszczki. Spotkawszy się oczami ze wzrokiem swej matki, z tym spokojnym, powszednim, zlekka tylko poważnym wzrokiem, chciał przyśpieszyć kroku, ale — dziwnem zrządzeniem losu nogi mu się splątały i tuż zaraz przy progu potknął się o niziutki fotelik perłową macicą wykładany, a przed niziutkim też, podobnież przyozdobionym stoliczkiem umieszczony. Czując że nogi mu się plączą i o cenny bardzo przedmiot zawadzając, szkodę jakąś w kosztownym remanencie matki wyrządzić są gotowe, Cezary przywołał do pomocy ręce swe, które i tak już od chwili spojrzenia na hrabinę, gwałtownie o jakikolwiek punkt oparcia się upominały. Ale i ręce któremi sięgnął ku stoliczkowi splątały się także. Leciechny stoliczek z cichym szelestem osunął się na kobierzec, a wraz z nim usunął się też na ziemię i potoczył się do stóp hrabiny, z alabastru rznięty koszyk na wizytowe bilety. Z koszyka wysypały się bilety i białemi płatkami usiały kobierzec, a młody hrabia zdumiony i oniemiały, stanął nad sprawionemi przez się temi ruinami Kartaginy, w nieruchomej postawie.
Hrabina patrzała na całe to tryumfalne wejście syna swego w zupełnem milczeniu, a tylko po ustach jej przesuwał się szybko wpół szyderski, wpół litościwy uśmieszek. I wtedy dopiero gdy Cezary wyszedłszy z chwilowego osłupienia nagłym ruchem rzucił się ku obalonemu stoliczkowi i rozsypanym biletom, w celu zapewne naprawienia o ile siły starczyły grzechów przez się spełnionych, hrabina ozwała się dość cichym i zupełnie obojętnym głosem:
— Laissez çeci, Cesar, Aloiza uporządkuje już to później! Bonjour!
— Bonjour, maman! odszepnął Cezary pochylając się nizko i przyciskając usta do ręki matki.
Kiedy wyprostował się, hrabina nie patrzała już na niego. Trzymała w ręku filiżankę i bardzo powoli przelewała w niej złotą łyżeczką płyn czekoladowy.
Cezary pozostał w postawie stojącej. Milczenie trwało dobrą minutę, przerwała je wreszcie hrabina.
— Eh bien! rzekła, jakże ci czas przeszedł tam na wsi?
— Bardzo dobrze, maman, szepnął młody hrabia i czując znać konieczną potrzebę zużytkowania w jakikolwiek sposób jednej przynajmniej z rąk swych, spróbował oprzeć się ramieniem o wysoką podstawę marmurowego popiersia jakiegoś, tuż przy nim stojącego. Nauczony przecież doświadczeniem przedchwilowem, zląkł się wnet własnego pomysłu i pozostał już nadal, tak jak był wprzódy, w stojącej i żadnego wsparcia nie posiadającej postawie.
— Bardzo się cieszę, zaczęła hrabina, bardzo się tem cieszę że nie znudziłeś się zbytecznie na wsi. Myślałam zawsze że będzie ci tam najzupełniej brakować odpowiedniego towarzystwa...
— I owszem, mamo, śmielej już trochę i głośniej zaczął młody hrabia, znalazłem tam towarzystwu bardzo miłe.. nadzwyczajnie miłe...
Przy ostatnich wyrazach głos jego drgnął. Ozwała się w nim struna rzewności jakby tłumionej, niewysłowionej, wspomnieniem jakiemś obudzonej tęsknoty.
— Vraiment? odparła hrabina, nadzwyczaj miłe towarzystwo w tamtych stronach... to rzecz bardzo dziwna! Któż to był taki? Czy nie stare dziady albo obdarte dzieciaki, z któremi tak chętnie przebywasz zwykle?
Cezary milczał chwilę. Rysy twarzy jego zaczęły wyprężać się niemal boleśnie.
— Non, maman, odpowiedział stłumionym głosem, byłem raz na licznem zebraniu u pani jenerałowej Orczyńskiej i poznałem tam państwa Kniksów...
I znowu głos jego drgnął i w gardle mu uwiązł. Ale nie była to tym razem nieśmiałość, która mu głosem w piersi zatrzęsła, tylko ta sama co wprzódy serdeczna, och! jak serdecznie w tem miejscu właśnie, uczuwana tęsknota...
— Eh bien! podjęła hrabina, cóż mogą mieć ci państwo Kli... Kwi... Kni....
— Kniksowie, z zadziwiającą żywością i śmiałością poprawił matkę młody hrabia.
— Oui, Knik...sowie, wykrztusiła hrabina, cóż mogą mieć ci państwo wspólnego z przyjemnem przepędzeniem czasu?..
Cezary podniósł głowę. Oczy mu błysnęły.
— Przepędziłem z nimi najmilsze chwile, jakie miałem w mem życiu, odparł stanowczym, tak jakoś ciepłym głosem, że powinno to było zwrócić koniecznie uwagę hrabiny. Nie zwróciło jednak, bo patrząc wciąż w filiżankę swą, wymówiła obojętnie:
— Vraiment! — a! dodała po chwili jakby namysłu i przypominania o czemś sobie... c’est vrai... przyszło mi w tej chwili na myśl, że pisałeś mi cóś... cóś... o tej rodzinie. Qu’y avait-il là dédans? Zdaje mi się że przypominam sobie teraz... jakaś panna Kwi... Kli... Kniks, którą... zająłeś się był podobno...
— Kochana mamo! wymówił Cezary drżącym głosem, ja pokochałem pannę Kniks i ona mię pokochała...
Teraz dopiero hrabina pełnym gracyi ruchem, zwróciła twarz ku synowi i spojrzała na niego głęboko zdumionemi oczami.
— Comment! wyrzekła zwolna i nadzwyczaj spokojnie, nie zapomniałeś jeszcze dotąd o niedorzecznym tym zamiarze? Mais ce sont des billevesées, mon pauvre Cesar i proszę cię, abyś nie wspominał o tem ani przedemną, ani tem bardziej przed nikim z obcych, okryłbyś się sam i okryłbyś nas wszystkich... śmiesznością...
Rzekłszy to, po raz pierwszy zda się spostrzegła stojącą postawę syna i bardzo łaskawym tonem wymówiła:
— Asseyez-vous donc, Cesar!
Ale Cezary którego rysy wyprężały się coraz sztywniej i boleśniej, łaskawych zaprosin tych nie usłyszał. Ramiona jego skrzyżowały się na piersi, czoło pochylone przerzynała głęboka, poprzeczna bruzda. Hrabina ukończywszy picie czekolady, przypatrywała się teraz bardzo uważnie różyczce na dnie filiżanki wymalowanej.
— Bardzo zmartwioną byłam, zaczęła, dowiedziawszy się, że sprzedaż Malewszczyzny nie przyszła do skutku... Zarządzać gospodarstwem i interessami wielkiego majątku ziemskiego, będzie zupełnem niepodobieństwem dla ciebie, mon pauvre Cesar!
Cezary drgnął nagle, jakby ze snu zbudzony.
— Chère maman, mówił cichym lecz dość pewnym głosem: chciałem prosić cię, bardzo gorąco prosić cię chère maman, abyś zezwolić raczyła na związek mój z panną Delicyą Kniksówną.
Hrabina zwolna wzruszyła ramionami:
— Mon pauvre enfant, rzekła, powinieneś już w twoim wieku lepiej znać prawidła konwenansów i wiedzieć o tem, że bywają pewne rzeczy, o których nawet przed matką.... szczególniej przed matką, młodemu człowiekowi mówić nie wypada...
— Jakto, chère maman, z głębokiem zdumieniem zapytał Cezary.
— Naturalnie, z utkwionemi w dno filiżanki oczami mówiła hrabina, w twoim wieku... z twojem majątkowem położeniem, młody człowiek może bardzo popełniać błędy... ciężkie nawet błędy przeciw skromności i moralności... Boleję nad tem mocno, jak w ogóle nad wszelkiemi grzechami i nędzami tego świata, ale cóż mogę na to poradzić? Są to tajemnice życia, na które zamykam oczy, o których jednak że istnieją, wiem niestety! Enfin... jakkolwiek nie pochwalam tego... pojmuję jednak, que Vous pouvez faire d’une M.lle Kli... Kwi... Kniks... votre... maitresse... ale o związku podobnym mówić matce i w dodatku prosić, aby ona na związek ten zezwalała — to nieprzyzwoitość wielka, mon pauvre enfant, a większa jeszcze śmieszność!
Cezary wysłuchał mowy tej z wyrazem osłupienia na twarzy. Nagle, wyprostował się, oczy błysnęły mu żywo i zawołał:
— Ależ nie! nie! nie! chère maman, ja nie o takim związku mówiłem...
— Nie o takim? z najwyższem zdumieniem przerwała hrabina. O jakimże więc?... nie pojmuję...
Blada dotąd, zesztywniała nieledwie twarz Cezarego, oblała się purpurą.
— Chère maman... zaczął drżącym głosem i z błyskawicą w oku.
Ale w tejże chwili w drzwiach buduaru, stanął kamerdyner i oznajmił wizytę hrabiego Augusta.
— Prosić! wyrzekła krótko hrabina, a zwracając się do syna zapytała:
— Czy pałacowa Kaplica w Pompalinie blizka już jest ukończenia? prosiłam cię abyś uważnie obejrzał pałac i opowiedział mi szczegółowo o ile tam postąpiły roboty około jego ukończenia. Słyszałam że narożną wieżę wyprowadzono zbyt wysoko, co psuje symetryą i osłabia effekt całości? czy nie uważałeś czasem czy tak jest rzeczywiście?
Cezary milczał z wlepionemi w ziemię oczami. Zdawać się mogło, że nie słyszał nawet wcale mowy swej matki.
Nie zrażona tem jednak hrabina, mówiła dalej:
— Nie raz powtarzałam ci to, Cesar, że jesteś zbyt obojętnym na dzieła sztuki. Nie znasz się na muzyce, a co do architektury, c’est totalement du grec pour Vous! Co prawda, Bóg nie obdarzył cię zbyt hojnie zdolnościami... Vous n’avez pas l’intelligence du bien, mon pauvre enfant, ale... trzeba starać się... usiłować... faites un effort sur Votre esprit, który był zawsze bardzo, bardzo zamkniętym na wszystkie wyższe pojęcia... W twojem położeniu nie znać się na sztukach pięknych, to ogromna strata przyjemności, mon pauvre enfant i wielki wstyd....
— J’ai l’honneur de vous présentez mes hommages, comtesse! zabrzmiał w drzwiach budnaru baryton hr. Augusta.
— Witam panią hrabinę i kochanego hrabiego Cezarego, ozwał się tuż za nim jedwabny jakiś, miękki głos męzki. Hr. August cofnął się nieco i nadzwyczaj grzecznym gestem zaprosił przybywającego z nim razem labego Lamkowskiego, aby wszedł pierwszy. Hrabina podniosła się lekko z fotelu.
— Bonjour, comte! bonjour, oh, bonjour Monsieur l’abbé!
Hr. August trzymał już w swych pulchnych dłoniach rękę Cezarego.
— Eh bien! śmiał się wesoło, le jeune comte wrócił nam zdrów i cały! nie porwała go nam żadna rusałka litewska!.. Wstydź się, wstydź się Cezarku! napędziłeś nam porządnego strachu z tą swoją panną... comment donc... Kij... Pałka... Trzaska... Gdyby syn mój Wilhelm był tu obecnym, powiedziałby ci...
— Pardonnez moi, comte, słodkim bardzo głosem przerwała hrabina, uwagi któreby hr. Wilhelm uczynićby mógł synowi memu, byłyby niezawodnie bardzo przyjemnemi, nadzwyczaj przyjemnemi... w tym razie jednak nie zachodzi tu już potrzeba czynienia jakichkolwiek uwag... Cezary oddawna już zapomniał o swych niedorzecznych zamiarach, a nawet wątpi już teraz sam czy miał kiedykolwiek zamiary jakie... takie przynajmniej... o których mówićby można bez... nieprzyzwoitości.
— Vrai? zadziwił się hr. August... zapomniał... zupełnie zapomniał? chose... to bardzo prędko...
— Kochany pan hr. Cezary, zabrzmiał jedwabny głos labego, pamiętał zapewne dobrze o świętym przepisie: czcij ojca twego i matkę twoją... jak też i o tem, że przez przepis ten rozumieć należy w ogóle powinne uszanowanie dla wszystkich członków rodziny, jak też cześć dla tradycyi i zasad rodziną tą rządzących...
— Zapomniał! powtarzał hr. August, bardzo dobrze zrobił... chose... ależ kiedy właściwie mógł zapomnieć? Mówił mi przecież Fryderyk, że ci... ci państwo przyjechali tu do Warszawy, jednocześnie z młodym hrabią...
Na wieść tę hrabina drgnęła lekko, czoło jej powlekło się rumieńcem.
— Oh! la demoiselle!.. zawołała.
W mgnieniu oka jednak powściągnęła wzruszenie swe i zwracając się do Cezarego, bardzo spokojnie zapytała:
— Est-ce vrai? Cesar.
— Oui, chère maman, c’est vrai, bez chwili wahania się i dość pewnym głosem odpowiedział Cezary.
— Voila! wykrzyknął hr. August, quand je vous disais comtessa, że nie było jeszcze czasu na zapomnienie...
— Eh bien! cóż to nas obchodzić może, czy komuś podobało się przyjechać do Warszawy czy nie! Każde wielkie miasto c’est un caravanserail! przybywa do niego kto chce! Cała ta historya zresztą przestała mię zupełnie obchodzić, odkąd przekonałam się że Cezary nie zapomniał wcale co się należy matce jego i całej rodzinie, i jakie obowiązki ciążą na nim, jako na bracie Mścisława, któremu niestosownie uczynionym krokiem, mógłby przynieść w świecie szkody niewynagrone... Jako matka znam najlepiej syna mego, wiem dobrze, iż jakkolwiek Opatrzność odmówiła mu wielu ze swych darów, udzieliła mu przecież najlepsze serce i pokorną świadomość o własnej jego słabości. Syn mój ma dobre serce, niezechce zatem boleśnie bardzo martwić swej matki i postępowaniem swem szkodzić w świecie bratu swemu. Wie on także, iż niewiele, bardzo niewiele liczyć on może na własne swoje siły... że zatem jedyną podporą jego, mogą być rady udzielone mu przez członków rodziny, a jedynym możliwym dlań sposobem zasłużenia się przed Bogiem i ludźmi jest zupełne zaparcie się siebie, zupełne oddanie się dobru i pożytkowi swej rodziny. Tak, Mr le comte, tak, Mr labbé, rozmawiałam dziś o tem wszystkiem avec mon pauvre Cesar, zbadałam usposobienia jego i historya którą nadaremnie przeraziliśmy się tak bardzo, ukazała mi się w zupełnie, zupełnie innem świetle... Młody hrabia może... bawić się... jak chce i z kim chce... ale nie przekroczy to z pewnością granic zabawy, et, je vous prie comte, n’en parlons plus!
N’en parlons plus! łatwo to było powiedzieć hrabinie, ale wcale nie łatwo wykonać hr. Augustowi. Hrabina wypowiedziała całą długą przemowę swą z tak doskonałym spokojem, z tak zupełną, powagi pełną pewnością siebie, że hr. August prawdzie słów jej nakoniec uwierzył. Gdy tylko zaś uwierzył, począł wnet guziki tużurka swego zapinać od góry aż do samego dołu. Nie był to wprawdzie mundur archeologiczny. Ale mógłże hr. August, wydalając się dziś z domu swego pod wpływem bardzo smętnych myśli, przewidzieć że zaskoczonym zostanie tak znagła wcale radośną uroczystością rodzinną? Na szczęście, tużurek jak i mundur archeologiczny posiadał guziki, bez posążków wprawdzie, rydelków i garnuszków, ale zawsze takie, które zapinać można było. Zapiął je też hr. August z pośpiechem wielkim od góry aż do dołu, poczem zbliżywszy się do skamieniałego jakby synowca swego, pochwycił w dłonie swe zimną jak lód, drżącą trochę jego rękę i podniosłszy wysoko twarz swą, czarnemi wachlarzami faworytów najeżoną, zaczął w te słowa:
— Cher neveu! W imieniu mojem i nieobecnego tu syna mego Wilhelma, mam zaszczyt i przyjemność powinszować ci tej siły... tego... tego... chose... rozsądku, na który tak niespodziewanie się zdobyłeś, przez pamięć na honor i wysokie stanowisko rodziny twej, do której ja także wraz z nieobecnym tu synem moim Wilhelmem, mamy zaszczyt należeć. Tak; cher neveu, ziemia nasza jest... jest okrąg... chose... chciałem powiedzieć piękną i bogatą w różne przyjemności i rozrywki, których ja sam, wyznaję to otwarcie, malgré... malgré ma... cinquantaine bien sonnée, używałem zawsze o ile tylko pozwalały mi na to prawidła honoru, i... chose... moralności, dlaczego też... et je m’en vante, zachowałem przez całe życie swobodę humoru i wesołość będącą wielkim przymiotem towarzyskim i... i... chose... uprzyjemnieniem tego naszego biednego życia. Ale, cher neveu, małżeństwo to rzecz ważna... i nie można wcale zaliczać go do zwykłych rozrywek i przyjemności, których każdy człowiek na naszem stanowisku zostający używać jest w prawie... Dowiedliśmy tego obaj... nieodżałowanej pamięci brat mój Jarosław, zaślubiając tu obecną szanowną bratowę moję, z domu Księżniczkę X. i ja... pojmując wcześnie zgasłą a nieodżałowaną baronównę Bertę von Szwarchausen. Życzę ci, cher neveu, w imieniu swojem i nieobecnego tu syna mego Wilhelma, abyś naśladując przykłady dane ci przez ś. p. nieodżałowanego ojca twego i przezemnie, ton oncle bien affectueux, zawarł wkrótce maryaż godny imienia, które nosisz, a przynoszący radość i... chose... chlubę rodzinie, do której ja także wraz z nieobecnym tu synem moim Wilhelmem mamy zaszczyt należeć!
Wymawiając ostatni wyraz, hr. August roztworzył ramiona i objąwszy niemi synowca, dwa głośne pocałunki złożył na jego policzkach. Gdy czynił to, zdawać się mogło, że w uścisk ujmuje ową skrystalizowaną kolumnę, w jaką wedle podania zamieniła się była niegdyś nieszczęsna żona Lotowa, do tego stopnia postać cała Cezarego sztywną była i jakby skamieniałą, do tego stopnia blademi i zimnemi były jego policzki. Zaledwie jednak ręka Cezarego wysunęła się z dłoni stryjowskiej i bezwładnie w dół opadła, ujął ją w białe, ciepłe, atłasowe dłonie, labbe Lamkowski. Ze słodkim uśmiechem na ustach i wyrazem rozrzewnienia w ciemnem, aksamitnem swem oku, l’abbé wymówił:
— Gorące dzięki składam Najwyższemu za to, że nie zawiódł nadziei moich, które kształcąc umysł dwu młodych hrabiów w Nim pokładałem. Największą usilnością moją było wpoić w duszę hr. Cezarego uczucie świętej pokory i należnego posłuszeństwa dla starszych. Nie ufaj własnym siłom swym, mawiałem zawsze młodemu hrabiemu, albowiem siły te są bardzo słabe, słabsze o wiele niż u innych twych bliźnich. Nie ufaj nigdy własnemu rozumowi swemu, albowiem rozum, rzecz to zawodna wtedy mianowicie, gdy Opatrzność, w niezbadanych wyrokach swych nie raczyła ukształcić go zupełnie zdrowo i silnie. Nie ufaj nigdy popędom własnego serca, albowiem ciało ludzkie krewkiem jest i łacno o cnocie zapominającem. Mawiałem zawsze młodemu hrabiemu, iż Niebo obdarzyło go matką, pełną cnót i rozumu i że po Bogu, w niej jednej, w radach jej i przestrogach, szukać powinien wsparcia dla sił swych słabych i kierunku dla swego życia. Dzięki składam Najwyższemu, że starania moje płonnemi nie zostały. Młody hrabia nie ufa rozumowi i siłom własnym, nie poddaje się ślepo popędom własnego serca, należną cześć i posłuszeństwo oddaje czcigodnej swej matce. Odnieśliśmy wielki tryumf pani hrabino, wyratowaliśmy z pomocą Najwyższego od srogich nieszczęść i cierpień słabą duszę ukochanego dziecięcia tego. Pani hrabino! Chrześcijańskiej matce wolno jest otwierać serce i ramiona przed posłusznem i pokornem swem dziecięciem. Otwórz pani hrabino, ramiona twe przed młodym hrabią i niech macierzyński pocałunek spływając na pochylone przed tobą czoło jego, da mu uczuć całą wielkość i dostojność cnoty, całą słodycz dobrze wypełnionego obowiązku!
— Venez, Cesar, que je Vous embrasse, mon pauvre... pauvre enfant! wymówiła hrabina i obie dłonie jej wyciągnęły się ku wrosłemu jakby w ziemię synowi.
Ale o dziwy! zamiast z okrzykiem radości lub ze łzą rozczulenia pośpieszyć po uścisk matki, tak rządkiem w życiu jego będący zjawiskiem, tak bardzo rządkiem że nie pamiętał wcale, aby spotkało go ono kiedykolwiek w przeszłości, Cezary podniósł czoło bardzo blade i nie czyniąc najlżejszego poruszenia, powiódł oczami po otaczających go twarzach. A dziwnie, bardzo dziwnie wyglądały w tej chwili te oczy jego zwykle tak łagodne i miękkie, lub mętne i bezmyślne. Teraz, źrenice ich stały się ciemne i bardzo głębokie, tak głębokie że aż przepaściste prawie, a na dnie palące się ogniem tłumionym wielkiego jakiegoś bólu czy gniewu. Pobladłe usta młodego człowieka drgnęły i otworzyły się parę razy tak jakby chciał on wymówić cóś bardzo do wymówienia trudnego. Nic jednak nie rzekł. Podniósł dłoń i zwolna przesunął ją po czole, poczem ze schyloną głową i obwisłemi rękami powolnym lecz równym krokiem pokój opuścił.
— Co się stało młodemu hrabiemu? patrząc za odchodzącym, ze zdziwieniam zapytał hr. August.
Labbé wydawał się także mocno zdziwionym, a po twarzy hrabiny przesunęły się z kolei gniew i trwoga. Bardzo prędko jednak mężna ta pani odzyskała zwykłą moc nad buntującemi się co chwilę nerwami swemi.
— Nie widzę nic dziwnego w postąpieniu mego syna, rzekła z wielkim spokojem, a niemniejszą słodyczą, musi on naturalnie przecierpieć trochę z powodu tych tak nieszczęśnie skierowanych affektów... mais ça passera vîte... przytem małomówność i niezręczność w obejściu się, stanowią zwykłe już cechy tego najlepszego, biednego dziecka mego!
— Nie, pani hrabino, uroczyście odparł l’abbé, młody hrabia ani jednem słowem nie odpowiedział na zwróconą doń przyjazną mowę dostojnego stryja swego i moją, co więcej, nie pośpieszył w objęcia matki swej, które wyciągały się ku niemu z tak niezrażoną niczem słodyczą i pobłażliwością! Zły to znak, pani hrabino! Widzę w tem wyraźnie symptomat wieku, tego nieszczęsnego, do gruntu zepsutego wieku naszego, który młodych ludzi naucza pomiatania najszanowniejszemi, najświętszemi rzeczami! Lękam się, bardzo się lękam pani hrabino, aby nasz biedny hr. Cezary, nie utracił tych jedynych zalet, które okupywały w nim wszelkie inne niedostatki, a któremi były: niezmącona słodycz, uległość i pokorne poczuwanie się do własnej słabości!
— Mon Dieu! szepnęła hrabina, i ja także lękam się tego trochę! Nie widziałam nigdy jeszcze aby biedny mój Cezary, miał taki jak przed chwilą wyraz twarzy i bez mojego pozwolenia, opuścił moje towarzystwo!
— Quand je vous le disais, zawołał hr. August, quand je vous le disais, comtesse, że Cezarek nie miał jeszcze czasu zapomnieć o tej zabawnej swojej romansowej historyjce! Jest on cały ogniem, w tej chwili, płomieniem et je vous le disais, comtesse, trzeba mieć na niego baczne oko, gdyż kto wie? bywają przecież na świecie wypadki różne... ucieczki, porwania... śluby potajemne... małżeństwa morganatyczne... i ani się może obejrzymy, jak wpośród nas wpadnie cette M-lle Trzaska jako hrabina Cezarowa...
Hrabina Wiktorya pobladła. Ślub potajemny! wyrazy te jak grot ognisty wyobraźnią jej przeszyły i pozostały w pamięci.
— Soyez tranquille, Mr le comte, rzekła z tłumionym gniewem, j’aviserai, będę o tem myślała...
Tymczasem, w trzecim czy czwartym salonie Cezary oko w oko spotykał się z idącym do buduaru hrabiny swym bratem.
— Ah! te voilà Cesar! zawołał ujrzawszy brata hr. Mścisław. Eh bien, dodał końcami palców dotykając dłoni braterskiej, comment va ta belle an bois dormant? Wykopałeś tam wśród puszcz litewskich jakąś nieznaną dotąd światu boginią i nawet przywiozłeś ją podobno tu do Warszawy. Je t’en félicite, mon cher! Wyglądałeś zawsze na Trapistę... ale pozory złudne są! Là, là, tu as le coeur vierge! strzeż się aby cię ta piękność leśna zbytecznie nie oplątała...
— Mścisławie! przerwał nagle Cezary i spojrzał w twarz brata takim wzrokiem, że hr. Mścisław szeroko oczy od zdumienia otworzył.
— Eh bien! zapytał, qu’y a t-il à ton service?
— Mścisławie, ciszej nieco i ze spuszczonemi już oczami powtórzył brat młodszy, wyśmiewałeś mię zawsze, całe życie... całe życie mówiłeś mamie że jestem niezgrabnym, śmiesznym, głupim, bon à rien... Nic to, nic! miałeś zapewne słuszność... ale teraz proszę cię... o mojej narzeczonej ani słowa!.. ja ją kocham!
Mścisław wybuchnął głośnym śmiechem i wołając: Maman, Maman, czy rozmawiałaś już z naszym Arkadyjskim pasterzem? śpiesznie oddalił się w głąb mieszkania.
W minutę potem Cezary znalazł się w mieszkaniu swojem, jak hr. Mścisława na dole pałacu położonem i równie jak tamto wykwintnie przybranem. W saloniku oczekiwał na młodego hrabiego Pawełek.
Cezary wszedł powoli, z pochyloną głową, usiadł na najbliższym fotelu i łokcie opierając o stół, twarz w dłoniach ukrył. Tak przesiedział dość długo i byłby zapewne dłużej jeszcze pozostał gdyby z zadumy czy z osłupienia nie wyrwał go był głos Pawełka.
— Cóż Cezarku? jakże ci się tam powiodło? czy wielka była burza?
Cezary zwolna twarz odsłonił i uczynił ręką gest zniechęcenia.
— At, rzekł, czy wiesz Pawełku, że zdaje mi się jakby mię tylko co z tortur zdjęto...
— Przyjemne to być musi uczucie! zauważył Pawełek.
— O! jakie przykre, Pawełku! nie uwierzysz jak przykre! zawołał Cezary i z całej siły dłoń do piersi przycisnął, jakby go tam cóś nagle i bardzo zabolało. Ja nie wiem, czego oni wszyscy chcą odemnie? czem ja jestem? i co tak bardzo złego w mojem życiu zrobiłem? za co oni mię tak nie lubią? za co oni mną poniewierają?
Milczał chwilę ze spuszczonemi oczami i zbrużdżonem czołem, nagle powstał i zawołał z wybuchem:
— Tak, Pawełku! tobie jednemu mogę to powiedzieć, mama i stryj i ten l’abbé, którego znieść nie mogę, poniewierają mną... jak dzieckiem... jak idyctą!.. nie dają mi słowa przemówić! wszystko co czuję, wszystko czego chcę, uważają za głupstwo, a kobietę którą kocham, za... za... o! nie mogę tego powiedzieć, nie mogę tego wymówić za co oni ją uważają!
Milczał znowu długo, potem, z niejakiem wahaniem w głosie mówić znowu zaczął:
— Nie wiem doprawdy, co już mam zrobić? Mama jest świętą kobietą... nie lubi mię... to prawda... ale może i nie można mię lubić, czy ja wiem?... chociaż tamci... oni... polubili mię wszyscy... zawsze jednak mama jest świętą kobietą... stryj August także jest poważnym i uczonym człowiekiem... choć wiesz Pawełku, że kiedy stryj August zaczyna te swoje mowy... te co wiesz... to ja słucham, słucham i zdaje mi się zawsze, że w nich nic a nic sensu niema... zawsze jednak wszyscy mówią, że to człowiek uczony... powiedz sam, Pawełku! czy ja mogę ich martwić i narażać się na to, aby oni gorzej jeszcze mię nielubili? To przykro! bardzo przykro... ależ znowu...
Tu podniósł na towarzysza oczy pełne żalu i ognia i znowu wybuchem głosu zawołał:
— Ale ja i jej wyrzec się nie mogę! za nic nie mogę!... jak ją tak kocham! to Anioł!..
Zakrył twarz obu dłońmi i milczał chwilę.
— Czy wiesz, Pawełku, że jak ja jej nie widzę, to mi się zdaje że słońca niema na niebie... zdaje mi się że to nie dzień ale noc... ciemna noc...
Głos jego stawał się coraz cichszym, głębokim, marzącym.
— I ja ich wszystkich tak kocham... tak kocham! Kiedy patrzę na jej matkę, to zdaje mi się... wiesz? pierwszy raz w życiu zdaje mi się, że ja mam matkę... Ojciec jej śni mi się co nocy prawie... jakie to było wielkie serce, Pawełku! Wiesz? chętnie byłbym sługą jej ojca... a dla niej... dla Delicyi... czegóżbym nie uczynił! o! moja droga! moja śliczna! moja różyczko biała i niewinna! jak oni cię nie znają! co oni o tobie mówią! Boże, mój Boże!
Mowa jego przeszła przy ostatnich wyrazach w szept zaledwie dosłyszalny, gorący i rozmarzony. W oku, które świeciło teraz czystym, ciemnym szafirem, błysnęła łza.
— Nie! zawołał z mocą, ja ją nie opuszczę! ja się jej wyrzec nie mogę!... ja ich wszystkich wyrzec się nie mogę!..
— Ach!.. dodał po długiem milczeniu. Dla czegóż mię Pan Bóg stworzył Pompalińskim? żeby to tak zasnąć i obudziwszy się nie być już Pompalińskim tylko kimkolwiek... kimkolwiek... byleby swobodniejszym trochę i jakoś silniejszym... byleby narzeczonym Delicyi!....
Pawełek uśmiechnął się i chciał wypowiedzieć uwagę jakąś, tę może iż gdyby cudownym jakimś sposobem żądanie Cezarego sprawdziło się i gdyby nagle, pewnego pięknego ranka, przestał on być Pompalińskim, przez to samo już nie byłby on z pewnością narzeczonym panny Delicyi. Przez wzgląd jednak na boleść krewnego powściągnął Pawełek gorzką dlań uwagę. Sam zresztą smutny jakoś dnia tego i rozstrojony widocznie, powstał i rzekł:
— Taki to już widać los wszystkich zakochanych Pompalińskich, że ich życzeniom wszystko na wspak stawać musi. Czy myślisz Cezarku, że mnie dziś wesoło? Ot tak wesoło, że gdybym miał choć krztę odwagi i rozumu, powinienbym iść ztąd prosto na most żelazny i hop do Wisły!
Pawełek wymówił to nawpół z uśmiechem, nawpół z westchnieniem, ale w głosie jego dźwięczał taki serdeczny, głęboki smutek, a wesoła zwykle twarz, taką posępną niemal oblekła się chmurą, że Cezary poskoczył nagle z krzesła na którem siedział i ramię swe na szyję towarzysza zarzucając, zawołał:
— Pawełku! co tobie? jeszcze nigdy nie widziałem, abyś był tak smutnym! czy ty także kochasz kogo? dodał ciszej.
— A! odparł Pawełek, jestem dziś jakoś usposobionym do zwierzeń... gdy serce zanadto pełne, to i wylewa się z niego przez brzegi... Zresztą... chociaż ty jesteś niby hrabią i wielkim panem, a jam tylko ubogim wychowańcem twego ojca, obadwaśmy bardzo biedni — mój Cezary! no tak; kocham pewną śliczną i dobrą jak Anioł dziewczynkę, która... która suchot dostaje od tego że je za mało chleba i mięsa, a za wiele połyka tytuniowego pyłu....
Przy ostatnich wyrazach Pawełek obie dłonie przycisnął do czoła. Cezary patrzał na niego z osłupieniem zrazu, potem, jedną ręką otaczając wciąż jego szyję, drugą sięgnął po swój pugilares. Ale Pawełek szybkim ruchem rękę jego powstrzymał.
— Daj pokój! rzekł, na nic się to nie przyda! oni jałmużny nie przyjmą!
Cezary smutnie zwiesił głowę. Widać było po nim, że na widok cierpienia towarzysza, zapomniał zupełnie o cierpieniu i kłopotach własnych.
— Mój Pawełku! zaczął proszącym głosem, żebyś ty mię do nich zaprowadził... żebym się ja mógł z nimi zapoznać... z rodzicami tej panny... możeby oni co przyjęli odemnie...
— Mój dobry Cezary! odparł Pawałek, to być nie może! ja sam nie byłem u nich jeszcze, choć pół dnia tu już jestem i Bóg widzi, jak mię do nich serce ciągnie... a tylko zdaleka, zdaleka ją widziałem, jak wychodziła z domu i szła do fabryki... taka blada i taka słaba... kiedy przechodziła koło bramy w której stałem ukryty... kaszlała...
— Powiedzże mój Pawełku, dla czegóż ty tam do nich nie poszedłeś?
— Nie poszedłem i nie pójdę! nigdy już nie pójdę! z rozpacznym niemal gestem zawołał Pawełek.
— Ale dla czegóż? dla czegóż? dopytywał się Cezary.
— Alboż mogę pomyśleć choćby o ożenieniu się...
— A dla czegóż nie możesz?
Pawełek uśmiechnął się smutnie, wpół żartobliwie.
— Moje ty naiwne, niedoświadczone dziecko, rzekł, abym mógł, jak wyrażają się poeci, rozpalić na własny mój rachunek ognisko rodzinne... trzeba ażebym miał... to czego nie mam...
— Ale co? co?
— Kawałek dachu własnego nad głową i kęs własnego chleba!
Cezary zamyślił się głęboko.
— Mój Pawełku, zaczął po chwili z powagą i prośbą w głosie, czyż ja dopomódz ci nie mogę?
Pawełek pocałował go w czoło i odrzekł:
— Nie możesz, Cezary! Wiesz czego mi trzeba? oto lichych paru tysięcy rubli dla zaczepienia rąk o cokolwiek... o rzemiosło jakie, o zawód jakikolwiek... Zkądże ty ich weźmiesz? Pieniędzy dosyć masz na to, aby biednym dzieciakom na ulicy jabłka i bułki rozdawać, powieści do czytania tuzinami kupować, albo też otaczających cię, mnie naprzykład lub Fryderyka, złotemi zegarkami obdarzać. Ale gdzie idzie o zapewnienie komuś losu całego, o wyświadczenie komuś większym kosztem dobrodziejstwa większego, bo całe życie, całe szczęście człowieka z toni ratującego, ty już na to środków nie masz, ty już w wypadkach takich nic nie możesz....
Rzekłszy to Pawełek powtórnie krewnego swego w czoło pocałował i wziąwszy kapelusz swój ku drzwiom zmierzał. Ale Cezary który słuchał go w zamyśleniu wielkiem, z oczami w ziemię wlepionemi, pochwycił go za ramię.
— Dla czego nie mogę? zapytał, dla czego niemam środków, aby jak mówił stary Kniks, robić cokolwiek dobrego na świecie, aby módz ludziom ważniejsze dobrodziejstwa wyświadczać jak rozdawanie jabłek i kupowanie złotych zegarków, abym mógł teraz tobie, mój kochany, mój dobry Pawełku i tej kobiecie, którą kochasz dopomódz? dla czego nie mogę? dla czego nie mam środków? Czy nie jestem synem mego ojca tak jak i brat mój Mścisław? czy nie wziąłem po ojcu dużego, bardzo dużego majątku? czy Malewszczyzna i pięć innych folwarków do mnie nie należą?
Mówił to wszystko bardzo prędko. Wzrok zaiskrzył się mu nagle. Malował się w nim żal, gniew i zdziwienie. Pawełek milczał chwilę.
— Mój Cezary, rzekł, przyjdzie zapewne chwila, w której sam sobie odpowiesz na wszystkie te pytania. Ja nie mogę ci odpowiadać. Jestem ubogim krewnym, wychowanym i żyjącym dotąd na łasce twej rodziny, nie chcę aby mię nazywano zdrajcą i niewdzięcznikiem, niechcę aby mię posądzano, że otwierałem ci oczy dla tego, aby z dobrego serca twego korzystać. Dowidzenia!
Rzekłszy to odszedł szybko, a Cezary pozostał na środku pokoju na wpół w zamyślonej, na wpół w zgnębionej i srodze stroskanej postawie.
Z zamyślenia wyrwał go służący, który mu na tacy liścik zgrabniuchny i woniejący podawał. Cezary pochwycił liścik ten śpiesznie i z widocznem uradowaniem. Były w nim tylko te słowa:
„Dwie samotnice znajdujące się w obcym i nieznanym sobie świecie Warszawskim, oczekują odwiedzin przyjaciela swego, hrabiego Cezarego.“ Słowa te podpisane były tylko literami: Ż. K. Było to więc pismo nie Delicyi, ale matki Delicyi. Cezary jednak przycisnął je do ust z uniesieniem, a po kilku minutach szybko biegł ulicą, zmierzającą w stronę Europejskiego hotelu.





ROZDZIAŁ III.

Tydzień przeszło upłynął, a Cezary pozostawał wciąż w tym stanie zachwytu i troski, silnych postanowień i nagłych zwątpień, a wahań się. W pałacu, nie widywano go prawie, całe dnie bowiem spędzał w najokazalszym numerze hotelu Europejskiego, zamieszkiwanym przez dwie z Litwy przybyłe panie, albo też błądził po mieście, pieszo, bez celu, tak w myślach swych i udręczeniach pogrążony, że nie widział nawet jak biegły za nim obdarte dzieciaki uliczne, prosząc zwykłego dobroczyńcę swego o grosze i jabłka i nie spostrzegał wyciągających się ku niemu dłoni żebraczych, z których żadnej nigdy nie omijał był dawniej. O późnej wieczornej porze wracając do pałacu, zapytywał zwykle o Pawełka, ale ten posępny jakoś i dziwnie milczący unikał widocznie tak jego jak i innych członków rodziny. Raz przecież wszedłszy z rana do sypialnego pokoju młodego hrabiego, Pawełek znalazł go siedzącym przed zwierciadłem i z wielką starannością osypującym długą, kościstą twarz swą subtelnym pyłkiem ryżowego pudru. Pomimo posępnego zamyślenia swego, Pawełek nie mógł wstrzymać się od śmiechu.
— Co to takiego robisz? Cezary, zapytał.
Cezary zmięszał się ogromnie.
— Widzisz Pawełku, wyjąkał, nie śmiej się doprawdy ze mnie, ale jestem taki brzydki... i mam twarz tak ciemną jakąś, chropowatą... a... a panna Delicya mówiła wczoraj, że podobają się jej najlepiej mężczyzni z białemi twarzami...
Innym razem Pawełek spotkał zakochanego młodzieńca na ulicy idącego śpiesznie z ogromną więzią cieplarniowych kwiatów w ręku.
— Śliczne kwiaty! zauważył.
— To dla niej, szepnął Cezary, ona Pawełku nadzwyczaj lubi kwiaty... tęskni za niemi... nie uwierzysz jak jestem szczęśliwy, że tem przynajmniej sprawić jej mogę przyjemność!..
— Wszystko to dobrze, odparł Pawełek, ale kiedyż nastąpi koniec?
— Jaki koniec, Pawełku?
— A no wesele twoje z panną Delicyą!
Radość zniknęła z twarzy Cezarego, a zastąpił ją wyraz rozpaczliwego zwątpienia.
— Ach mój Pawełku! jęknął, żebym ja sam o tem mógł wiedzieć!..
— A któż cię w powzięciu wiadomości tej zastąpić może, nikt z pewnością. Powinieneś się zdecydować.
Cezary milczał długo.
— Mój Pawełku, wymówił nakoniec prędko, porywczo niemal, jakże tu zdecydować się kiedy nikt a nikt, mówić zemną teraz nie chce... Mamie anonsowałem się kilka razy... nie przyjęła mię, kazała powiedzieć, że chora... Stryj Światosław nie przyjmuje mię także... Mścisław albo ucieka odemnie, gdy tylko mię zdaleka zobaczy, albo zaczyna mówić także rzeczy, że ja od niego uciekać muszę, ażeby nie zrobić czegoś... czegoś niedobrego... widzisz mój Pawełku, że jestem zupełnie już wyrzucony z łona mej rodziny...
Ostatnie wyrazy Cezary wymówił z szyderstwem tak niezwykłem w jego ustach, że Pawełek spojrzał na niego z uwagą. Po twarzy młodego człowieka błądził uśmiech gorzki, ale w oku jego malował się żal.
Pani hrabina tymczasem, jakkolwiek nie widywała się z synem, najdokładniej uwiadomianą bywała o wszystkich szczegółach teraźniejszego jego życia, od dni całych spędzanych w Europejskim hotelu i przejażdżek w Ujazdowskie Aleje z dwoma paniami z Litwy przybyłemi odbywanych, aż do bukietów, bonbonijerek i ryżowego pudru. Jakim sposobem pani hrabina dowiadywała się o tem wszystkiem, trudno odgadnąć? Niepodobna jest przypuścić, aby tak dostojna i nieskazitelnej cnoty dama, kalać mogła ucho swe wysłuchiwaniem gawęd i opowiadań starego kamerdynera Fryderyka naprzykład, albo młodej, fertycznej i wielomównej garderobiany, Aloizy. Nie! szpiegowanie, wysyłanie na zwiady, zbieranie wiadomostek i plotek, o własnym jej synu mianowicie przynoszonych niemożliwemi, najzupełniej chyba niemożliwemi być musiały dla pani tak prawej, czystej, godność swą szanującej, tak słowem pod każdym względem przykładnej. Być może więc, iż stał się dla niej cud jakiś nadprzyrodzony, że otrzymała na ten raz przynajmniej dar jasnowidzenia, że owa synogarlica która to tak rzewnie na pustyni świata tego jęczała, przemieniła się dla niej tym razem w gołębia pocztowego, po mieście latającego z bystrem okiem i ostrym słuchem... Być może... co pewna to, że pani hrabina wszystko a wszystko o synu swym wiedziała i po kilku dniach przekonała się dowodnie, iż cała dyplomacya jej, cała moc duszy przedziwna i cały ten jej takt nieporównany, których dowody dała w rozmowie swej z synem i późniejszem z nim postępowaniu, pożądanego skutku nie odniosły, że w biednym Cezarym powstał widocznie nowy a zupełnie dotąd nieznany w nim duch oporu i samowoli, że niebezpieczeństwo spokrewnienia się z Kli... Kwi... Kni... było istotne i bardzo groźne, że zatem środki zwyczajne i domowe, już tu wystarczać nie mogły, a użyć wypadało dla zapobieżenia nieszczęścia, środków jakich niezwyczajnych i bardziej skomplikowanych.
O tym przedmiocie pani hrabina miała jedną długą konferencyą z przewodnikiem sumienia i pocieszycielem serca swego, atłasowo-cukrowym labbem i drugą, krótszą znacznie ze szwagrem swym hr. Augustem, którego acz ze wstrętem nieopisanym do poufałości swej w tym wypadku wspólnej zgryzoty i wspólnego niebezpieczeństwa dopuściła. Lecz ani jedwabny labbe, ani chropowaty hr. August, nie zdobyli się na żadną praktyczną i możliwą do wykonania radę. Napomknął tam któś wprawdzie o zwołaniu rady lekarskiej, któraby w młodym hrabi odkryła może pewne patalogiczne zboczenia mózgowe w skutek których możnaby następnie nie tylko już nad majątkiem jego, co było faktem spełnionym, ale i nad osobą rozciągnąć pewną, prawem ustanowioną opiekę. Wzmiankę tę jednak, niepamiętam już, a może i nie chcę powiedzieć przez którego z dwu poradników uczynioną, hrabina pominęła grobowem milczeniem. Choroba umysłowa w rodzie, publicznie przyznana, byłby to skandal i byłaby to hańba. A o cóż tu właśnie chodziło? o nic innego przecież, jak o uniknienie skandalu i hańby. Zysku zatem nie było tu widocznie żadnego, a mogłoby w zamian nastąpić pewne, lekkie może, ale zawsze odrobinę boleśne zadraśnięcie macierzyńskiego serca hrabiny. Drugi znowu z poradników posunął się w gniewnych swych wnioskach tak dalece, że wspomniał cóś nawet o przymusie fizycznym za pomocą środków również fizycznych dokonać się mającym. Ten jednak wniosek hrabina pominęła już całkiem wzgardliwem milczeniem, jako rubaszny, grubijański i do najwyższego stopnia nieprzystojny, a w sposób ten nieznalazłszy skutecznego wsparcia u rozumów ludzkich, pożegnała obu swych doradzców i poczęła szukać środków ratunku we własnym swym rozumie, szukanie to poprzedziwszy naturalnie gorącem westchnieniem o zesłanie na nią daru dobrej rady. I otrzymała dar, o który prosiła i przyszedł jej na myśl środek pewien arcy dzielny, uniwersalną prawie w świecie całym posiadający siłę, który nietylko skutecznie już zapobiedz miał grożącemu nieszczęściu, ale i w niezmiernie rozkoszny, dla pokornego i miłosiernego jej serca sposób, upokorzyć był powinien obrzydłą tę parafijankę i parwenijuszkę, która tam, w hotelu Europejskim siedząc, ośmielała się zastawiać sidła matrymonijalne na syna hrabiny Wiktoryi, z domu księżniczki X.
Czarne oczy hr. Wiktoryi, błysnęły przedświtem wielkiego tryumfu. Zadzwoniła na kamerdynera swego i poleciła mu, aby jaknajśpieszniej wezwał do niej p. Cegielskiego, adwokata i od dawnych już lat głównego pełnomocnika całej rodziny Pompalińskich. Pan Cegielski przybył wkrótce i dość długo rozmawiał z hrabiną. W sąsiednim pokoju słychać było nawet jak głos adwokata poważny zrazu i perswadujący, przybierał stopniowo ton prośby bardzo usilnej. Pan Cegielski wymawiał się snać, wypraszał się od wkładanej nań missyi jakiejś z całego serca i z całej swej duszy, ale hrabina ze znanym u niej niezmąconym spokojem woli, obstawała przy swojem tak, że p. Cegielski po opuszczeniu pałacu skierował się wprost ku Europejskiemu hotelowi. Minę miał kwaśną wielce i zakłopotaną, widać mu było z twarzy, że w duchu klął i missyę z którą szedł i tę może osobę, która nań missyą tę włożyła. Cóż jednak czynić miał? Klijenci tacy jak hrabiowie Pompalińscy, nie wyrastają na każdym kamieniu, a p. Cegielski posiadał fortunę małą, a rodzinę liczną... Szedł więc poseł pani hrabiny ku Europejskiemu hotelowi, w którego numerze najwykwintniejszym rozlegały się w tej chwili właśnie tony fortepianowej muzyki. Pani Żulieta, nazujutrz zaraz po przybyciu swem do Warszawy, pojechała z córką do najsłynniejszej fabryki fortepianów i nająwszy jeden z najwyborniejszych znajdujących się tam instrumentów, przenieść go rozkazała do swego hotelowego apartamentu.
Któż kiedykolwiek widział, aby gdziekolwiek na świecie były dwie wykwintne panie, — z których w dodatku jedna jest panną na wydaniu, a fortepianu nie było? Gdzie jest panna na wydaniu, tam i fortepian być musi. Rzecz to wiadoma. Tak też było i tutaj.
Delicya siedziała przed fortepianem i roztargnioną dłonią wydzwaniała we wiolinie kawałek tęsknej jakiejś etudy. Godzina była dość wczesna, taka o której nie można było spodziewać się jeszcze nikogo z gości. Delicya jednak była już całkowicie ubraną. Ubranie zaś jej nie było takie, jakiem bywało na wsi. O nie! jakkolwiek bowiem i tam już wyborny istotnie smak p. Żuliety, umiał z każdego niemal gałganka uczynić strój bardzo dla oka przyjemny, tu jednak, w Warszawie, panie te odnowiły całkiem postacie swe, skutkiem czego postać Delicyi nabrała zdwojonego wdzięku i zdwojonym jaśniała blaskiem. A jak pięknie było jej w sukni świeżutko od Thonesa przyniesionej, jak cudownie suknia ta ujawniała wszystkie doskonałości prześlicznej jej kibici i uwydatniała wszystkie delikatne wdzięki i odcienia pięknej jej twarzy, tego już ja opisać nie podejmuję się — to już, we własnej duszy, dośpiewajcie, albo raczej domalujcie sobie czytelnicy! Do saloniku w którym Delicya lekko na fortepianie przygrywała, weszła p. Żulieta. I ona także miała na sobie suknią tylko co od Thonesa sprowadzoną, suknią w której gdyby ujrzała ją hr. Wiktorya, oczom swoim wierzyćby pewno nie chciała, aby ta jakaś Kwi... Kli... Kni... parafijanka słowem i parweniuszka, wyglądać mogła tak wspaniale i dystyngowanie i ubierać się z tak arystokratycznym prawdziwie smakiem. W rogu saloniku, siedział młody Henryk Kniks i ze znudzonym wyrazem twarzy, przerzucał brukowe jakieś pisemko.
Pani Żulieta zbliżyła się do córki i wsparta o fortepian, przypatrywała się chwilę jej ubraniu.
— Wybornie leży na tobie suknia ta, rzekła, co to znaczy ubierać się w Warszawie! Przypatrując się dziś tobie Delciu, myślę, że sam Pan Bóg nie pozwoliłby chyba na to, abyś tak jak ja więdnąć i ukrywać się miała całe życie w tym naszym wiejskim grobie!
Delicya uśmiechnęła się.
— Wie mamcia, odrzekła, że dawniej wydawało mi się to rzeczą smutną wprawdzie, ale prawdopodobną... teraz jednak, od czasu tych projektów... nie mogę sobie już nawet wyobrazić, jakbym mogła przeżyć tam długie lata!
— Tak, dziecko moje, z rzewnym uśmiechem wymówiła p. Żulieta; dobrze to powiedział poeta jakiś, że każdy iść musi koniecznie za gwiazdą swych przeznaczeń... twojem przeznaczeniem jest — być gwiazdą...
— „Będę ja złotą gwiazdą, na błękitnem niebie“ zanuciła półgłosem Delicya i urywając nagle śpiew, szybkim, szumnym passażem przebiegła klawiaturę fortepianu. Było to podobne do wykrzyku tryumfu czy niecierpliwego pragnienia.
Pani Żulieta ciszej znacznie rzekła:
— A jednak jestem niespokojną Delciu, bardzo niespokojną...
— O co, mamusiu?
— O młodego hrabiego. Wszak uważałaś jak od czasu przyjazdu do Warszawy pobladł i zmizerniał, jak często zamyśla się i cierpi widocznie... Kocha się on w tobie szalenie... wiem o tem, ale również prawie lęka się obrazić na siebie swą familią?
— Cóż ztąd? niedbale zapytała Delicya.
— To że nie można jeszcze wiedzieć napewno kto zwycięży: my czy familia.
— O! niech mama będzie zupełnie o to spokojna. Że Cezary nie porzuci mię, za to już ja ręczę.
— Tak, ale wlec się to może do nieskończoności...
— To i owszem. Ja cieszę się zwłoką tą... bardzo się cieszę...
— Nie rozumiem ciebie Delciu. Alboż sądzisz że możemy tu długo siedzieć tak i ekspensować się w Warszawie? Nie jesteśmy takimi milionerami jak Pompalińscy...
— Czy wie mama, przerwała nagle Delicya znacząco na matkę patrząc, czy wie mama że hr. Wilhelm dziś lub jutro do Warszawy przyjedzie...
— Wiem, słyszałam! z wyraźnem niezadowoleniem odparła matka. Ależ proszę cię Delciu, nie zajmuj tem sobie ślicznej twej główki... lepszy wróbel w ręku niż orzeł...
— Moja śliczna główka, uśmiechnęła się Delicya, stara się z całej siły o tem nie myśleć... ale cóż poradzę na to, kiedy mi serce ciągle... ciągle mówi o czemś takiem miłem... takiem miłem... że ach!...
Uderzyła w klawisze i zanuciła znowu półgłosem: „Si tu savais, comme je t’aimais....“
W tej chwili wszedł do saloniku służący hotelowy i wręczył p. Żuliecie wizytową kartę.
— Cegielski! przeczytała p. Żulieta, czy wiecie, zwróciła się ku dzieciom, kto jest ten pan? to pełnomocnik Pompalińskich! ciekawam co to takiego być może!
— Prosić! rzekła głośniej do lokaja i z pozornym spokojem zasiadła na kanapie, ale ręce jej i usta drżały lekko.
— Z czem oni go przysyłają do nas? szepnęła, a w tejże chwili zjawiła się we drzwiach poważna postać i uroczyście nastrojona fizyonomia pełnomocnika hrabiów Pompalińskich.
Po krótkiem ceremonialnem bardzo powitaniu, poseł hrabiny Wiktoryi głos zabrał. Głos to był zniżony nieco i wyraźnie bardzo zmięszanie głębokie zdradzający. Nigdy, przenigdy, ze słów klijentki swej i rodzaju missyi, którą go ona obarczyła wnosząc, p. Cegielski spodziewać się nie mógł, aby rodzina do której przybywał tak wytwornie, szlachetnie i dumnie wyglądać mogła.
— Przybywam tu, zaczął, z poleceniem danem mi przez klijentkę moję, panią hrabinę Jarosławowę Pompalińską...
Zatrzymał się i przelotnie spojrzał na Delicyą, która wsparta lekko o ramię siedzącego brata swego patrzała na niego swemi prześlicznemi turkusowemi oczami, z głębokim spokojem.
— Racz pan nie krępować się obecnością tu dzieci moich, zwolna i bardzo zimno wyrzekła p. Żulieta, ja dla nich i one dla mnie, tajemnic żadnych nie mamy.
Prawnik skłonił się lekko.
— Missya z którą przybywam, zaczął bardzo powoli i widocznie dobierając wyrazy, missya z którą tu przybywam, jest drażliwej natury. Śmiem jednak mieć nadzieję, że przez wzgląd na neutralną tu całkiem rolę moję, na to iż tylko i jedynie przez szacunek jaki mam dla pani hrabiny Jarosławowej, zgodziłem się na spełnienie włożonego na mnie przez nią poselstwa, łaskawa pani nie raczysz poczytać mię za zuchwalca.
— Słucham pana! z jednostajnym ciągle wyniosłym trochę chłodem, rzekła p. Żulieta:
— Słuchamy pana! wymówił Henryk i prostując się nieco utkwił w twarz prawnika wzrok wyraźnie do poznania dający, że w razie... niestosowności jakiej... matka jego i siostra będą w nim miały męzką opiekę i obronę.
— Śliczna jakaś, kochająca się, prawdziwie dystyngowana rodzina! pomyślał prawnik i milczał długo, dłużej zapewne niż wypadało. Zmuszony jednak położeniem swem, w które koniec końców już się był pogrążył, zaczął znowu:
— Nie tajnem jest może łaskawej pani, iż pani hrabina żywiła oddawna już dla młodszego syna swego pewne zamiary matrymonijalne, o które nawet... nawet toczyły się i toczą dotąd układy pomiędzy hrabiami, a inną wysoko położoną rodziną... Otóż... otóż... ze względu na te dawne zamiary i układy... z tego tylko jedynie względu... pani hrabina nieskończenie żałując iż składa się tak dla niej nieszczęśliwie, wnosi że... małżeństwo syna jej z córką łaskawej pani, prawdopodobnie do skutku przyjść nie będzie mogło... Nieskończenie, powtarzam, bolejąc nad tem, że wymienione już okoliczności, nie pozwalają jej wejść w bliższe, pokrewieńskie stosunki z rodziną łaskawych Państwa, pani hrabina za pośrednictwem mojem zapytuje...
Tu prawnik utknął znowu w swej mowie. Na twarz jego dość uczciwą i myślącą aczkolwiek ślamazarną, wybijał się coraz widoczniejszy rumieniec.
— Słucham pana! wymówiła p. Żulieta z samym co wprzódy chłodnym spokojem w głosie i na twarzy.
— Słuchamy pana! z tą samą co wprzódy męzką powagą, powtórzył za nią syn jej.
Niepodobieństwem już było cofać się. Czując się wewnętrznie do najwyższego stopnia nieszczęśliwym, prawnik kończył.
— Pani hrabina tedy, za pośrednictwem mojem zapytuje: czy łaskawa Pani uznać nie raczysz stosowne i najzupełniej... najzupełniej sprawiedliwe... aby, w razie nie dojścia do skutku pomienionych matrymonjalnych zamiarów pomiędzy córką jej a młodym hrabią, rodzina młodego hrabiego... wy... wypłaciła jej... tytułem zwrotu kosztów na podróże i wyprawę położonych... tylko i jedynie tytułem zwrotu kosztów summę... na przykład sześćdziesięciu tysięcy rubli...
Tu w całej swej wysokości, powstał z krzesła Henryk.
— Panie... przerwał.
Ale nie dała mu mówić p. Żulieta. Z twarzą której zwiększona tylko bladość, zdradzać mogła wewnętrznie doznawane wzruszenie, ale po której nieruchomych, najzupełniej spokojnych rysach błądził leciuchny uśmieszek więcej żartobliwy niż szyderski lub wzgardliwy, matka Delicyi skinęła ręką ku synowi w sposób łagodny lecz zarazem stanowczy.
— Pozwól Henryku, rzekła, a zwracając się do prawnika, wymówiła powoli i chłodno:
— Poselstwo pani hrabiny napełnia mię prawdziwem zdumieniem. Nie spodziewałabym się nigdy, aby osoba tak wysoko położona w świecie jak pani hrabina, posiadać mogła jakiekolwiek wiadomości z dziedziny handlu... i to handlu sercami i istnieniami ludzi. Co do mnie, jestem wiadomościom i manipulacyom podobnym najzupełniej obcą i nie wiem nawet zapewne, czy dobrze zrozumiałam tę, którą mi pan w imieniu pani hrabiny przedstawić raczyłeś...
Tu podniosła się p. Żulieta z kanapy i w postawie stojącej już, spokojnie wyniosłej, dokończyła:
— Być może iż pani hrabina, jako osoba słynna nietylko z cnót swych, ale i ze swej mądrości, potrafiła ocenić na brzęczącą monetę uczucia i szczęście syna swego. Wyznaję iż podobnie przezorną matką nie jestem i że zagadnienie, do jakiej mianowicie cyfry sprowadzić się da przyszły los mojej córki, zaskoczyło mię niespodziewanie, tak niespodziewanie, że prawdopodobnie do końca życia mego rozwiązać go nie potrafię. Racz pan te słowa moje powtórzyć pani hrabinie, jako odpowiedź na łaskawie mi uczynione jej zapytanie i dodać to jeszcze, że tak ja, jak córka moja, wysoce ceniąc sobie zaszczyt połączenia się z rodziną hrabiostwa, gotowe jesteśmy zaszczytu tego wyrzec się w pierwszej chwili, w której uczucia hr. Cezarego dla córki mojej, jakiejkolwiek ulegną zmianie. Do tej jednak chwili i na zasadzie uczuć tych, czujemy się najzupełniej w prawie tworzenia zamiarów i układania planów, obchodzących najbliżej nas i pełnoletniego już hrabiego. Żegnam Pana.
Prawnik powstał i z twarzą do szkarłatu prawie zarumienioną, złożył przed panią Żulietą ukłon pełen głębokiego, a szczerego widocznie uszanowania. Z drugim ukłonem zwracając się ku stojącym obok dzieciom p. Żuliety, przelotne na obie ich twarze rzucił wejrzenie. Henryk stał blady, wyprostowany, z ustami zaciętemi i jak się zdawało, przez wzgląd jedynie na wolę matki, milczącemi. Delicya wspierała się jedną ręką o ramię brata, drugą przyciskała serce. Twarz jej, miała w tej chwili wyraz dotkliwego cierpienia, a spływały po niej zwolna, z pod spuszczonych powiek, dwie grube łzy.
Zaledwie za niefortunnym posłem zamknęły się drzwi mieszkania, p. Żulieta, poniosła obie ręce do strasznie zmienionej twarzy, osunęła się na kanapę i wybuchnęła spazmatycznym śmiechem i płaczem.
— O! wołała przerywanym łkaniami głosem, o Delicyo, najdroższe złote dziecię moje! Widzisz jakie to są skutki fatalnego mego wyjścia za mąż... Całe życie byłam ubogą... nieznaną... zarzuconą w kąt zapadły... a teraz... teraz pierwsza lepsza milionerka poważa się proponować mi, abym sprzedała dziecię moje... O! Delicyo! Delicyo! niech cię Bóg strzeże od losu takiego!.. od takiej niedoli jak moja!....
Henryk i Delicya rzucili się na ratunek matki. Zlewali skronie jej orzeźwiającemi płynami i całowali jej ręce. Delicya płakała także choć zcicha. Henryk nie posiadający się z gniewu i oburzenia, chwytał już za kapelusz, aby biedz po doktora dla zanoszącej się wciąż spazmatycznemi łkaniami matki.
Nagle jednak łkania te ustały, p. Żulieta wyprostowała się na kanapie jak struna i zwróciła ku drzwiom twarz nerwowo drgającą i oblaną dwoma strumieniami obfitych łez. Przesilenie to sprowadzanem zostało, jak można było wnosić, wejściem do salonu hr. Cezarego.
Z za ogromnego bukietu, który niósł w obu dłoniach, twarz młodego hrabiego ukazywała się zmięszaną i wylękłą.
— Co się tu stało? zapytał wchodząc... spotkałem na wschodach Cegielskiego! chciałem zapytać go, ale nie zatrzymał się... leciał po wschodach bez pamięci! Co on tu robił? pani płacze... i pani także... Delicyo... i ty płaczesz! co się tu stało?..
— To się stało, panie hrabio, uroczyście powstając z kanapy, wyrzekła p. Żulieta, że z wielkim żalem... ale zmuszoną jestem odmówić panu ręki mojej córki!..
Bukiet wypadł z rąk Cezarego i legł u stóp jego na posadzce. Po twarzy przemknęło mu drgnienie strasznej trwogi. Otworzył usta, ale nie miał siły wydobyć z piersi głosu.
— Tak, podjął Henryk, przykro nam, wierzaj Cezary, że przykro to nam bardzo, ale nie możemy uczynić inaczej. Musimy odmówić ci ręki Delicyi.
— Panie hrabio! dodała Delicya prostując się i z dumnym błyskiem oczów, racz pan powiedzieć pani hrabinie, matce swojej, że ja nie jestem do sprzedania ani za 60,000 rubli, ani za wszystkie pieniądze, które są pod słońcem.
Cezary błędnem spojrzeniem wodził po otaczających twarzach.
— Nie rozumiem... szepnął, nie pojmuję...
— A więc jaśniej wytłómaczę ci wszystko panie hrabio! zawołała p. Żulieta hamując z całej siły i bardzo widocznie dreszcz spazmatyczny, który znowu przebiegał po jej ciele. Pani hrabina przysyłała tu pełnomocnika swego z propozycyą, abyśmy zerwali z tobą panie hrabio, ale zamian wzięli od niej 60,000 rubli! Pani hrabina myślała zapewne, że nie będąc tak bogatą jak ona, sprzedać mogę serce i szczęście mojej córki. Ale omyliła się, mocno omyliła się pani hrabina... Możemy być ubogimi, możemy więdnąć i ginąć nieznane od świata, ale poniżać się do tak nizkiej frymarki... nigdy! prędzej już umrzeć z nudów i rozpaczy!
— Wierzaj mi Cezary, bardzo poważnie zaczął Henryk, że gdyby cóś podobnego spotkało nas nie od kobiety, ale od mężczyzny... dla mnie lub dla niego nie byłoby już miejsca na świecie!..
Delicya blada wciąż bardzo i ze łzami na rzęsie drgającemi, usunęła się milcząc we framugę okna.
Boleść i oburzenie ludzi tych było najzupełniej szczere i głębokie. Sprzedać Delicyą za brzęczącą monetę, jakaż okropna, oburzająca myśl! Jakiż trywialny, grubijański, niesłychany i niewidywany nigdzie proceder!
— Boże mój! jęknął głucho Cezary... rozumiem teraz wszystko! O matko moja! matko!
Myliłby się ten ktoby mniemał, że ostatni wykrzyk młodego hrabiego, skierowanym był ku nieobecnej tu, a rodzonej matce jego. Nie. Skierowanym on był ku pani Żuliecie, przed którą Cezary na klęczki upadł i której ręce do drzących od wewnętrznego płaczu ust swych przyciskał.
— O, matko moja! matko! szeptał, nie odpychajcie mię od siebie za winę nie moją! ja bez was już żyć nie mogę! ja prócz was nikogo niemam blizkiego na świecie!
Powstał z klęczek, przesunął dłoń po czole i wyjąkał.
— Henryku! panno Delicyo!... czy mam was pożegnać? Nie! zawołał nagle, nie! wy mię kochacie i jesteście tacy dobrzy... Wy zrozumiecie że to nie moja wina... że ja sam jestem bardzo... bardzo nieszczęśliwy!...
Zdawało się że ten wybuch młodego człowieka tak szczery i tak gwałtowny, zmiękczył nieco i na korzyść jego wzruszył srodze zranioną w dumie swej rodzinę. Henryk uścisnął mu rękę w smutnem milczeniu, a p. Żulieta po chwilowym namyśle, łagodniej już nieco i spokojniej rzekła:
— Wybacz panie Cezary, ale powiem ci, że w tem co nas spotkało, jest dużo twojej winy...
— Mojej! krzyknął Cezary z przestrachem.
— Tak, twojej. Gdybyś bowiem miał więcej odwagi i stanowczości charakteru, familia twoja postępowałaby z nami wcale inaczej. Czyż pan sądzisz że ja nie wiem o tem, iż tak matka twoja jak brat, powinni byli już oddawna, według tego jak powszechnie dzieje się na świecie, oddać nam wizytę i starać się o zabranie z nami znajomości? Czy kto z rodziny pańskiej raz choćby ukazał się u nas, lub choćby jedną wyrządził nam grzeczność? Bynajmniej. Znać nas nie chcą, a wedle plotek na świecie krążących, Bóg wie nawet co o nas w kółkach swych rozgadują! Czy sądzisz pan że zniosłabym to wszystko, gdyby nie wzgląd na uczucia Delicyi i nie to przywiązanie, które dla ciebie powzięłam...
— O pani moja droga, najlepsza! jedyna na świecie matko moja! szeptał Cezary całując znowu ręce p. Żuliety.
— Otóż, coraz łagodniej już ciągnęła matka Delicyi, gdybyś pan miał, panie Cezary, więcej hartu i stanowczości, termin ślubu byłby już od dawna naznaczonym, familia pańska o nim uwiadomioną, a wtedy wszystko zaraz byłoby inaczej... Nic mówię tego w celu skłonienia pana do jakichś kroków, bo po tem co dziś zaszło, wątpię nawet czy nie byłabym zmuszoną odrzucić je stanowczo...
— O, nie! nie! zawołał Cezary, nie mów pani tego! to w żaden sposób być nie może! ja nie mogę być tak nieszczęśliwym!
Mówiąc to z niezwykłą sobie żywością, z błyszczącem okiem, przybliżył się do Delicyi.
— Panno Delicyo! rzekł drżącym głosem i starając się spojrzeć w twarz jej ku oknu zwróconą, czy pani mi przebaczasz?
Delicya podniosła nań spojrzenie wpół dumne jeszcze i rozżalone, wpół miękkie już i przyjazne.
— Matce pana nie przebaczę nigdy, wyrzekła, ale panu nie mam nic do przebaczenia.
— Owszem pani, ze szczególną jak na niego mocą i bardzo smutnie zarazem odparł Cezary, matka pani miała słuszność... byłem dotąd jak zwykle nieśmiałym, nierozsądnym, bon à rien... ale dziś dopiero zobaczyłem co szczęściu memu zagraża... dziś przekonałem się jakiebyto było straszne, straszne dla mnie nieszczęście...
Pochylił się nizko nad narzeczoną i cicho bardzo wyszeptał:
— Delicyo! Aniele mój śliczny! czy nie straciłaś dziś swojej... swojej życzliwości dla mnie?..
— Jestem taką jaką byłam, zcicha też odpowiedziała Delicya.
Cezary podniósł twarz, która w tej chwili piękną była nieledwie, takie gorące oblewało ją uczucie, tak silny blask niezłomnego jakiegoś postanowienia gorzał mu w oczach.
— Czy pozwolicie mi przyjść tu znowu za godzinę? pytał.
Pani Żulieta zdawała się namyślać przez chwilę.
— A! rzekła, powinnabym powiedzieć: nie! ale taką już mam do ciebie słabość kochany panie Cezary i tak boleśnie byłoby nam wszystkim rozłączać się z tobą....
— Przychodź, przychodź! Cezary, dokończył Henryk, cóż robić? na świecie wszystko znieść trzeba — od kobiet mianowicie; a za cóż byś znowu ty miał pokutować za arytmetyczne pomysły swej matki!
— Jedną tylko rzecz waruję sobie, z powagą rzekła jeszcze p. Żulieta, abyś kochany Cezary historyom podobnym raz na zawsze zapobiegł i aby ślub wasz moje dzieci, jak można najwięcej był przyśpieszonym... Pozostawiłam na wsi męża i syna... wracać muszę...
Po tak łaskawie udzielonem mu przebaczeniu, Cezary opuścił hotel Europejski ze spotęgowaną we dwójnasób miłością i wdzięcznością w sercu, dla rodziny tej która powtórnie dziś adoptować go raczyła za członka swego. Szedł ulicą szybko bardzo, zamyślony lecz zarazem błogiemi uczuciami i nadziejami widocznie przejęty. Wszedłszy do pałacu, posłał pierwszego spotkanego sługę na górę z zapytaniem, czy hr. Światosław stryj jego, przyjąć go zaraz zechce.
Hr. Światosław przyjął. Cezary wszedł do gabinetu stryjowskiego krokiem powolnym lecz równym i pewnym, ze spokojnym, myślącym wyrazem na bladej trochę twarzy.





ROZDZIAŁ IV.

Kryształowe źrenice starego hrabiego, z dość widocznie obudzoną uwagą, zatonęły na chwilę w rysach i postaci synowca.
— Bonjour Cesar? qu’y a fil donc de nouveau? co tam nowego?
Cezary stanął o parę kroków od stryja, ramieniem wsparty o gzems kominka. Gdzież się podziała zwykła niezręczność jego postaci? Nie spójrzał ani razu na swe ręce; patrzał w przestrzeń wzrokiem dziwnie jakoś przejmującym, głębokim.
— Mój stryju, wyrzekł głosem stłumionym trochę lecz pewnym, przyszedłem do ciebie ze skargą.
— Voilà! wymówił stary hrabia, ze skargą? do mnie? i na kogóż to masz się skarżyć przedemną, mój Cezary?
— Na moją matkę, odparł młody hrabia, a źrenice błysnęły pod nawpół spuszczonemi powiekami, światłem prawie posępnem.
— Syn skarżący się na matkę, a do tego jeszcze taki syn jak ty na taką matkę jak twoja! ależ to rzecz całkiem nowa dla mnie? zwolna i bardzo obojętnym głosem, lecz nie odwracając oczu od twarzy synowca, mówił stary hrabia. Dla czegóż z tą skargą nie idziesz do samej pani hrabiny?
— Dla tego, odpowiedział Cezary, że moja matka nie chce wcale mówić zemną o tem, co mię więcej obchodzi niż wszystko na świecie... Moja matka posyłała dziś pełnomocnika swego do rodziny, która przybrała mię już za syna, proponując aby odmówiono mi ręki kobiety, którą kocham, a wzięto w zamian od mojej matki 60,000 rubli.
Ciemny rumieniec oblał mu twarz, gdy wymawiał ostatnie wyrazy. W piersi jego pomimo że mówił głosem stłumionym i cichym, słychać było tłumioną burzę. Powieki starego hrabiego drgnęły, na ustach jego osiadł wyraz niesmaku. Jakkolwiek mało troszczył się o wszystko i wszystkich na świecie, postąpienie hrabiny niemile drasnąć w nim musiało strunę wrodzonej i w życiu wielkoświatowem ukształconej delikatności.
— Mais mon cher, rzekł po chwili, suis-je le précepteur de votre mère? Pani hrabina miała zapewne powody swe aby tak postąpić, dla czegóż więc z wiadomością tą przychodzisz do mnie?
Cezary milczał chwilę. Nie układał on był widocznie planu rozmowy swej ze stryjem, a niewprawnemu wmówienie i do głębi wzruszonemu, trudno było zdobywać się na szybkie odpowiedzi. Po chwilowem jednak milczeniu, mówić zaczął:
— Mój stryju, mam dwudzieścia trzy lata... jestem więc pełnoletnim i myślę że mam prawo ożenić się z kim zechcę... Nie chciałem jednak czynić tego bez wiedzy mamy i stryjów... pisałem, a później mówić chciałem o tem, ale nikt mię wysłuchać nie chciał. Mama, labbe i stryj August, postąpili ze mną jak z dzieckiem lub idyotą, z którym mówić nie warto... bolało mię to bardzo, ale... mniejsza o to! Potem jednak postąpiono gorzej, bo bez żadnej przyczyny ubliżono okropnie rodzinie dobrej i zacnej, za którą... za którą oddałbym z chęcią życie moje. Nie wiem już jakim sposobem, mój stryju, ale przyszło mi na myśl, iż bardzo być może że nie jestem ani dzieckiem ani idyotą...
— Enfin! zaledwie dosłyszalnie szepnął stary hrabia nie spuszczając wciąż nadzwyczaj już uważnych i badawczych oczu z twarzy synowca.
— Ponieważ zaś, coraz płynniej już i śmielej ciągnął Cezary, ponieważ zawsze, od urodzenia mego słyszałem, że ty stryju jesteś głową rodziny naszej, ponieważ byłeś prawnym opiekunem moim, dopóki nie przestałem być małoletnim, do ciebie więc, stryju, przyszedłem teraz, aby stanowczo oświadczyć, że od ożenienia się z panną Kniksówną nic na świecie odstręczyć mię nie może i że, choćby... (tu głos Cezarego zadrżał, a twarz jego powlekła się smutkiem) choćby mi przyszło zostać zupełnie i na zawsze już obcym własnej mojej rodzinie, ślub mój z panną Kniksówną nastąpi niepóźniej, jak, najdalej za miesiąc.
Oddawna już, od lat dziesiątka może nikt nigdy nie widział w oczach hr. Światosława takiego wyrazu, jak ten z którym patrzał on na twarz synowca. Było to zdziwienie połączone z tajemnie doznawanem zadowoleniem jakiemś, które jednak zniknęło całkiem gdy wzrok hrabiego pomknął ku przeciwległej ścianie i zatrzymał się na zawieszonym tam dagierotypie, młode i piękne dziewczę przedstawiającym. Dość długo milczał. Możnaby mniemać, że namyślał się a może i wahał pomiędzy dwoma sprzecznemi uczuciami. Nakoniec, nie spuszczając wzroku z dagierotypu, w pełni teraz oświetlonego padającym nań z okna promieniem słonecznym, ozwał się zwolna i zimno:
— A gdybym ja także powiedział ci, Cezary, że małżeństwo o którem mówisz, nie przyjdzie i przyjść nie może do skutku?
Cezary milczał chwilę.
— Mój stryju, rzekł, że smutkiem w głosie, musiałbym ci odpowiedzieć, że mylisz się...
— Kto wie? wymówił stary hrabia. Ecoutez-moi bien, Cesar! Jestem stary i chory... prawdopodobnie długo już żyć nie będę. Każdy z was synowców moich, odziedziczy po mnie część mego majątku, a każda z tych części Cezary... to miliony...
Umilkł na chwilę i patrzał znowu na synowca bardzo zimnemi i bardzo przenikliwemi oczami. Ale twarz Cezarego pozostała nieruchomą, nie odmalowało się na niej wrażenie najlżejsze.
— Otóż więc, coraz wolniej i dobitniej ciągnął stary hrabia, żenić się z tą... tą panną nikt ci zapewne wzbronić nie jest w możności, bo jak słusznie powiedziałeś jesteś już pełnoletnim. Uważam sobie tylko za konieczność oświadczyć ci, że jeżeli małżeństwo to przyjdzie do skutku, ja cię z przynależnej ci części spadku po mnie, wydziedziczę... uczynić to mogę w najrozmaitszy sposób, a uczynię z pewnością... powtarzam tylko raz jeszcze, że część ta, to, mój Cezary, miliony... miliony...
Ostatni wyraz hrabia wymówił z cichem, lecz przeszywającem syknięciem. Cóś nakształt tłumionego, krótkiego śmiechu zatrzęsło na mgnienie oka zapadłą piersią, a ze źrenic przezroczystych, strzelił ku twarzy Cezarego, błysk ostry i szyderski. Ale twarz Cezarego pozostała jak wprzódy nieruchomą, przemknął po niej tylko cień smutnego jakiegoś uśmiechu.
— Mój stryju, wymówił zcicha i nie podnosząe głowy, już przecie mam własne miliony, po ojcu wzięte, a czy... byłem szczęśliwy?
Teraz dopiero podniósł na stryja oczy, w których błyszczała wielka łza.
— Nie, mój stryju, dodał, nie miałem dotąd ani jednej minuty szczęśliwej w mem życiu, a przecież... przecież ojciec mój, miał i mnie pozostawił — miliony.
— Dziękuję ci więc, mój stryju, mówił dalej po chwilowem milczeniu, że myśląc o innych synowcach swych, myślałeś i o mnie... nieraz... nieraz myślałem sobie, że nikt nigdy nie myśli o mnie i że jestem tak jakbym niebył niczyim synem ani synowcem, ani bratem... O życzliwość twą, mój stryju prosić cię nie śmiem, bo wątpię czy ktokolwiek z rodziny mej, może mi być życzliwym... pragnę jej przecież bardzo... ale milionów twoich, mój stryju, nie pragnę wcale i gdyby mi trzeba było oddać wszystko co sam posiadam, za jedną chwilę spędzoną z kobietą którą kocham i z jej dobrą, drogą rodziną, oddałbym chętnie, mój stryju... natychmiast...
Umilkł. Milczeli długo obaj. Spojrzenie starego stryja zaciekawione nagle doznanem zdziwieniem, zmącone tonęło głęboko w jasnem, zlekka tylko mgłą marzenia przyćmionem spojrzeniu synowca.
— I... i... zaczął stary hrabia, i ty wierzysz w to Cezary, że ta kobieta kocha cię szczerze... istotnie?
— Wierzę, odpowiedział Cezary bez chwili wahania, zcicha ale z taką mocą, że wązkie wargi hrabiego drgnęły uśmiechem jakimś nieokreślonym, szyderskim trochę, a trochę boleśnym.
— Pojmuję, zaczął po chwili, że w twoim wieku można jeszcze wierzyć w rzeczy podobne i za niemi się uganiać. Widzę cię dziś zmienionym, Cezary, bardzo zmienionym i... nie powiem aby mi to przykrość sprawiało. Z tem wszystkiem, co do projektu małżeństwa tego, który pozwól abym ci to powiedział, jest projektem ze wszech stron opłakanym, zdania mego jeszcze nie zmieniam... jeszcze... i sprzymierzeńcem twoim być nie przyrzekam...
Tu oczy hrabiego przesunęły się znowu po ścianie, śród której wisiał mały, od słońca teraz błyszczący dagierotyp.
— Zaczekaj jeszcze trochę... dodał z wyraźnem wahaniem w głosie, przyjdź do mnie za dni dwa... trzy... a wtedy powiem ci co postanowię. W każdym razie, mężczyzną jesteś, nie dzieckiem już, jak to widzę teraz... zemną więc czy przeciwko mnie, masz prawo czynić co ci się podoba...
— Mój stryju! z serdecznym wybuchem zawołał Cezary, czegóżbym za to nie oddał, czegóżbym się nie wyrzekł dla tego, aby módz zadowolnić ciebie stryju i... innych. Jednej tylko rzeczy nie wyrzekłbym się dla niczego pod słońcem: ludzi, których kocham i... którzy mię kochają!
— Kocham, kochasz, kocha, kochają... uśmiechnął się stary hrabia. Jakże młodym, bardzo młodym jesteś jeszcze, mój Cezary! A! życzę ci abyś młodości twej nie zatopił wkrótce w gorzkiem morzu próżności i nikczemności świata tego!
Zdawało się że stary hrabia mówić chciał cóś więcej jeszcze. Nigdy a przynajmniej od bardzo dawna, nikt nie widział, aby kryształowe oczy jego z tak wyraźnem upodobaniem spoczywały na twarzy czyjejkolwiek, jak teraz na twarzy synowca. Ale, otworzyły się drzwi od przyległych salonów i kamerdyner Bartolome oznajmił JW. Hrabiów Augusta i Wilhelma Pompalińskich.





ROZDZIAŁ V.

Czytelniku! oto jeden jeszcze egzemplarz, jeden jeszcze, a od wszystkich innych odrębny typ hrabiego Pompalińskiego! Zewnętrznie typ to był istotnie piękny. Z wysoką, siły pełną, a zarazem posągowo kształtną postacią, z ciemno płowemi włosy, kręcącemi się w tysiące pierścieni, z białą jak u kobiety twarzą i od matki niemki wziętem błękitnem jak niebo powłóczystem okiem, hrabia Wilhelm był z pewnością jednym z najdoskonalej pięknych młodzieńców, jacy istnieli kiedykolwiek na kuli ziemskiej. Pomimo sposobu życia niesłychanie urozmaiconego, pomimo długich a na pozór przynajmniej wszechstronnie rujnujących pobytów w Paryżu, Homburgu, Wiedniu i wszelkich innych europejskich zbiorowiskach zbytku i rozkoszy, hr. Wilhelm zdawał się być uosobieniem świeżości i młodzieńczości tak fizycznej jak moralnej, co tem bardziej zadziwiać mogło, ile że stryjeczny brat jego Mścisław o dwa lata młodszy od niego i ani w części nie dosięgający go nigdy w przeróżnych zapasach życiowych, był już, jakeśmy to widzieli, trupem nieledwie, sztucznie od czasu do czasu, galwanizującym się wybuchami gniewu lub pychy rodowej. Świetny rezultat ten, przedstawiający, rzadko gdzie indziej widywaną zgodność, burzliwego i wyczerpującego życia z wiekuiście trwającą świeżością sił tak cielesnych jak duchowych, hr. Wilhelm zawdzięczał nie czemu innemu, jak wzorowemu pod wielu względami wychowaniu, od ojca swego otrzymanemu. Konna jazda, gimnastyka, myśliwstwo, pływanie — były to żywioły, w których hr. August sam lubował się namiętnie, w które też syna swego, od kolebki niemal, niby w nurtach zdrowia i siłodawczej rzeki pogrążał. W dodatku, gdy hr. Mścisław od najpierwszych dni swego życia nieustannym był świadkiem troski zachodów przez ojca swego, szczególniej zaś przez matkę około wielkości i świetności rodu dokonywanych, w domu hr. Augusta, troski te i zachody milkły jakoś i znikały wśród różnych gwarów myśliwskich lub srebrnych dźwięków stołowych zastaw, tak że pierwszy z młodzieńców więdnął i gorzkniał w wiecznie otaczającej go atmosferze pokornych wzgard i rezygnacyjnych wyrzekań hrabiny, drugi rozkwitał i skrzydła szeroko rozwijał w swobodnem, hulaszczem, nieskazitelnie różowem otoczeniu swego ojca.
Tak więc ogromna różnica usposobień dwu stryjecznych braci, sprowadzała się istotnie do zachodzącej pomiędzy nimi różnicy — zdrowia i humoru.
Cokolwiek bądź, hr. Wilhelm mógłby śmiało pozować rzeźbiarzowi do symbolu wesołości i swobody młodzieńczej. Dużo słodyczy i miękkości było w spojrzeniu błękitnych jego oczów, pąsowe usta uśmiechały się z pod złotego wąsika, tak jak gdyby wciąż do świata Bożego mówiły: luby czarowniku! wielbicielem twym jestem i — niewolnikiem!
Wizyta dwóch wesołych hrabiów w sztywnym gabinecie lodowatego starca nie trwała długo. Poprzedzeni o kilka minut przez Cezarego, który śpiesznie wybiegłszy z pałacu, dążył już ku Europejskiemu hotelowi, ojciec i syn rozłączyli się na wschodach i gdy pierwszy z zamyślonym uśmiechem na pulchnych wargach, udawał się do apartamentów hrabiny Wiktoryi, drugi nie anonsując się nawet, z piosnką świeżo w Wiedniu przedstawianej Ofenbachowskiej opery, jak promień słońca, lub jak wesoły ton muzyczny, wpadł do przyćmionego wiecznie i cichego saloniku, hr. Mścisława.
— Dieu des dieux! zawołał w progu jeszcze, ty śpisz Mścisławie! My z papą jedziemy zaraz na przyjacielski obiadek do hrabiego Gucia, a ztamtąd do angielskiego klubu na partyjkę écarté, a ty śpisz, Mścisławie?
Mścisław nie spał. Leżał tylko rozciągnięty na szezlągu, z oczami utkwionemi w sufit, z cygarem w ustach. Z powodu jednak spuszczonych rolet, w saloniku było tak mroczno, że można było wybornie omylić się i wziąść go za śpiącego.
— Ależ ja nie śpię, Wilhelmie, rzekł podnosząc się zwolna młody hrabia i poskramiając nerwowe drgnienie spowodowane nagłem wejściem i głośnem przemówieniem stryjecznego brata, jestem tylko trochę niezdrów i zdaje mi się, że będę miał dziś wieczorem straszną migrenę! W dodatku je m’ennuie furieusement!
— Biedny ty jesteś mój Mścisławie z temi nudami i migrenami swemi! ulitował się nad bratem Wilhelm. Jak żyję nie miałem migreny i nie posiadam najmniejszego pojęcia o tem, jak stworzenie to wyglądać może. Wiem tylko, że gdybym ze trzy dni posiedział w tej twojej ciemnicy, dostałbym z pewnością nie tylko migreny, ale i spazmów — co najmniej zaś, strzeliłbym sobie w łeb z tęsknoty za światem!
Mówiąc to, zbliżył się ku oknu i jednem pociągnięciem sznurka podniósł fałdzistą, grubą roletę. Potok słonecznych świateł, zalał część mrocznego pokoju i tysiącznem odbiciem zamigotał na posadzce, źwierciadłach i złoconych ramach obrazów. Mścisław mrugnął kilka razy powiekami, jak któś nagle i boleśnie światłem olśniony.
— Oślepniesz, zaśmiał się patrząc na niego hr. Wilhelm, zobaczysz że oślepniesz jak będziesz dłużej całemi dniami zamykał się w podobnych ciemnicach. Tu déviendras aveugle i nie będziesz mógł nigdy już świata oglądać... a szkoda by była! Jest co widzieć!
— Widziałem już wszystko, co mogło być widzianem, mruknął hr. Mścisław, pokładając się znowu na szezlągu. Nie pojmuję, mówił dalej, jak możesz być wiecznie tak wesołym, Wilhelmie? Tyle jest w życiu zmartwień, zgryzot, kłopotów...
— Doprawdy? nic o tem nie wiem, mój drogi! A! a! przypominam sobie! papa opowiadał mi, że macie tu podobno zmartwienie wielkie z Cezarym, który żeni się z jakąś panną... chose... jakby powiedział mój papa! Spotkałem przed chwilą Cezarego u stryja Światosława i mało brakowało do tego, abym go nie poznał... Czy wiesz, że ma teraz minę człowieka tout à fait comme il faut i będąc na waszem miejscu, nie myślałbym mu przeszkadzać w jego tych amorach... być może bowiem, iż stopniowo wykształciłyby go one na młodzieńca zupełnie idealnego.
— Mało to mię obchodzi, czy brat mój będzie kiedy młodzieńcem idealnym, czy nie będzie, z chmurzącą się już twarzą odparł Mścisław. Wiem tylko to, że mezalians podobny byłby skandalem i wstydem dla nas, do którego matka moja i ja, a jak spodziewam się i ojciec twój także i stryj Światosław, nie dopuścimy nigdy...
— I pozwól sobie powiedzieć, mon cher, że źle uczynicie, przerwał poważniej już trochę hr. Wilhelm, po co ludziom psuć szczęście? niechby sobie kochali się i pobrali, a na twojem miejscu będąc j’en ferais mon profit. Piękna i młoda bratowa... takiego szczególniej męża jak Cezary, żona... Ależ to, mon cher, widoczna łaska Boska dla Ciebie...
— Mówisz jak dziecko, Guillaume, z wyraźnie już gniewnem syknięciem i przypodnosząc się nieco na szezlągu, rzucił Mścisław, nie wiesz chyba, jakie są procedencye tej... panny?
— Tra, la, la! zanucił Wilhelm, wiem, wiem, że niema ona żadnego prapradziada i że nikt wcale ją nie rodzi! Ale mój drogi, zdaniem mojem, każda kobieta piękna i miła, jest kobietą doskonale urodzoną...
— Jesteś egoistą, Guillaume! Mówisz o tem tak lekko dla tego, że cię to osobiście nie dotyka. Jestem jednak pewny, że ani sam nie uczyniłbyś nic podobnego, ani byś bratu swemu, gdybyś go miał, nie pozwolił...
— Pewność twoja, mon cher, nie posiada żadnych podstaw, przerwał śmiejąc się Wilhelm, ale mniejsza o to! Kryminalna ta sprawa biednego Cezarego, a o niej odkąd przyjechałem do Warszawy ciągle i od wszystkich słyszę, zaczyna mię już nudzić. Wolałbym o wiele zapoznać się z istotą czynu, będącą powodem i główną treścią tej sprawy. Ma to być jak mówią istota prześliczna! Ale jak tu duszno u ciebie, Mścisławie! Ani krzty powietrza! dziwię się jak mogłeś dotąd nie umrzeć na asfikcyą!
Z ostatniemi wyrazami zbliżył się znowu do okna i w całej szerokości otworzył lufcik. Mścisław wyprostował się już na szezlągu i ręką osłaniając gardło, zawołał pośpiesznie:
Mais que fais tu donc, Guillaume? dostanę znowu tej okropnej chrypki, która prześladuje mię już i bez tego! proszę cię zamknij lufcik!
— Ani myślę! zaśmiał się Wilhelm, kocham cię, cher cousin i byłbym w rozpaczy, gdybyś się tu uwędził na kawał szynki! O! co za rozkoszne, orzeźwiające powietrze! Ubieraj się prędko we frak i jedź z nami na obiad do hr. Gucia!
Mais tu es devenu tout à fait fou, Guillaume! proszę cię zamknij lufcik!
— Wkładaj frak i jedź z nami na obiad do hrabiego Gucia!
Mais tu es assommant z twoim hrabią Guciem! zamknij lufcik Guillaume, proszę cię! ja nie mogę przecież z tem mojem usposobieniem do chrypki, zbliżać się do otwartego okna...
— A więc nie zbliżaj się, ale idź do swego gabinetu i wkładaj frak.
Hr. Mścisław z błyskającemi już od gniewu oczami, poskoczył ku taśmie od dzwonka i szarpnął nią gwałtownie.
— Żorż! krzyknął prawie do wchodzącego kamerdynera, zamknij lufcik!
— Żorż, plecami zasłaniając okno, odezwał się hr. Wilhelm, dis-moi, Żorż, od ilu już dni hr. Mścisław nie wychodził ze swego mieszkania.
— Pan hrabia od pięciu dni nie opuścił ni razu swego apartamentu...
— Uwędzisz się, Mścisławie, comme j’aime papa, uwędzisz się! zanosił się od śmiechu hr. Wilhelm.
Tu mens! krzyknął do kamerdynera swego hr. Mścisław, tu mens Żorż! nie od pięciu, ale od trzech dni nie wychodzę z mieszkania mego... Zamknij lufcik, Żorż, zamknij lufcik!
— Pan hrabia wybaczyć raczy, z ukłonem odparł służący, ale nie od trzech dni lecz od pięciu...
Quand je te dis że od trzech... zamknij lufcik...
— Od pięciu, panie hrabio...
Mówiąc to kamerdyner zbliżył się do okna i wyciągając ramię ku lufcikowi bronionemu wciąż przez zanoszącego się od śmiechu hr. Wilhelma, zrzucił ze stojącego obok stolika wazon porcelanowy, który rozbił się w kawałki.
Qu’à, tu fais? Żorż! qu’à tu fais? qu’à, tu fais? zamknij lufcik!.. od trzech dni nie wychodziłem...
— Stłukłem wazon z Drezna przywieziony, panie hrabio! Od pięciu dni pan hrabia....
Voilà qu’il recommence! Va t’en! Żorż! va t’en! stłukłeś mi wazon umyślnie!
— Nie, panie hrabio, stłukłem go spełniając rozkaz pana hrabiego. Od pięciu dni pan hrabia nie wychodził ze swego mieszkania...
— Od trzech dni, insolent, menteur, sansculotte que tu es! Va t’en! va t’en! va t’en! Umyślnie stłukłeś wazon!
— Nie umyślnie panie hrabio! dokończył Żorż i obszedłszy pokój w ten sposób, aby ręka pana jego dosięgnąć go nie mogła, wysunął się za drzwi.
Hr. Mścisław szerokiemi i szybkiemi krokami przebiegał salon.
— O! ci ludzie! wołał, ci ludzie! wolałbym być na pustyni z lwami, albo na dnie morza z wielorybami...
— Cha, cha, cha! zanosił się wciąż srebrnym, nieposkromionym śmiechem hr. Wilhelm, zawsze jednak masz gusta królewskie! na pustyni czy na dnie morza potrzebujesz do towarzystwa swego królów zwierząt lub królów ryb!
— Chwili spokoju mieć nie można! nie zwracając uwagi na wtrącenie się brata wyrzekał dalej hr. Mścisław, gryzą, męczą, nękają, gniewają! zdaje mi się że wylądowałem gdzieś na wyspę zamieszkiwaną przez dzikie ludy!
— Dziękuję za komplement! śmiał się wciąż hr. Wilhelm, nie potrzebując przecież jak ty Mścisławie gniewać się, aby czuć że żyję — nie gniewam się wcale. Wkładaj frak i jedź z nami na obiad do hrabiego Gucia!
Mścisław stanął na środku salonu i zmąconym jeszcze wzrokiem spojrzał na brata.
— Eh bien! rzekł, pojadę; rozgniewaliście mię, ty Guillaume i Żorż, wściekle... Czuję się jakoś wstrząśnionym...
— E vivo! wkładaj frak Mścisławie! Papa zaraz przyjdzie tu od hrabiny, po nas!
— Mais... mais... nie jestem zaproszony...
Qu’à cela ne tient! poczciwy Gucio rad będzie nieskończenie ze zwiększonej ilości biesiadników! Tiens! a po obiedzie pojedziesz z nami do klubu?
— Żorż! wołał hr. Mścisław, mon frac et ma voiture! i wybierz tam sobie co chcesz z mojej garderoby!
Po kwadransie, zgrabne tilbury hr. Wilhelma ciągnięte jednym, ale olbrzymiej wielkości i ogromnej ceny koniem, z turkotem i łoskotem wyjeżdżało z pałacowej bramy na ładną ulicę. Wilhelm siedząc obok wygalonowanego stangreta w białych swych miękkich dłoniach trzymał jedwabne lice, za nim, z kawalerską niedbałością rozpierał się w powoziku hr. August, a obok hr. Augusta, sterczała cienka i jak pręt żelazny, sztywna postać Mścisława, z gardłem owiązanem ciepłym szalem, z bladą, wpół nadąsaną, wpół usypiającą twarzą.
O czem hr. August w czasie krótkiej wizyty swej u bratowej rozmawiał z hrabiną? niewiadomo. To pewna przecież, że po opuszczeniu apartamentu jej, miał on na twarzy wyraz ogromnego zadowolenia z siebie, a uśmiechając się filuternie i, jak jemu samemu zdawało się zapewne, niezmiernie przebiegle, pokręcał czarnego wąsa, motając nań, jak to mówią, pomysły jakieś, czy nadzieje. Hrabina zaś po rozstaniu się ze szwagrem, przebiegała długo największy ze swych salonów krokiem szybkim i niespokojnym, z palcem przyłożonym do ust, które uśmiechały się również do myśli jakiejś, błogiej znać, lecz zarazem i lekką dozą złośliwości przyprawionej. Kiedy nakoniec zmęczona długą przechadzką, stanęła przed oknem, z koralowych ust jej wypłynął krótki, urywany, rzekłby kto, mój Boże! zjadliwy śmieszek.
Mon Dieu! mon Dieu! zawołała do siebie, i czegóżbym nie dała za to, aby na miejsce Cezarego, ugrzązł tam ten ulubiony i sławny Wiluś! que ce damoiseau s’embourbè là dédans... a pościć będę dziewięć sobót pour t’en remercier, o! Sainte vierge!
Nazajutrz w ślicznym acz niewielkim pałacyku hr. Augusta, w gabinecie bardzo kosztownie, lecz także bardzo po kawalersku urządzonym, brzmiał długo świeży, dźwięczny, ożywiony głos Wilhelma, a wtórował mu od czasu do czasu barytonowy, serdecznem zadowoleniem nabrzmiały śmiech hr. Augusta.
Czy stare medale i monety zgromadzone w rzeźbionych szafach hrabiego-Archeologa, trzęsły się od śmiechu słuchając opowiadań różnych historyjek, przywiezionych z szerokiego świata przez młodego podróżnika? nie wiem, ale wiem w zamian, że rumiana twarz hr. Augusta, nakształt księżyca w pełni wypływająca po nad różnobarwne zwoje wschodniego szlafroka, jaśniała niepokalaną, idealną radością, pulchne wargi jego zwolna i ze smakiem ssące bursztynowy cybuszek uśmiechały się rozkosznie, a oczy rozpromienione niewymownie miłemi uczuciami, ścigały krok za krokiem piękną i młodzieńczo ruchliwą postać syna, przechadzającego się po pokoju, mówiącego wciąż, gestykulującego, śmiejącego się i przyśpiewującego naprzemian.
Trwało to aż do południa.
— Papa! przerywając nagle opowiadanie jakieś o Wiedniu i Florencyi, zawołał hr. Wilhelm, cóżbyś powiedział na to, gdybym zaraz, natychmiast poszedł złożyć wizytę narzeczonej z Lamermoru!
— Jakiej narzeczonej? zapytał ojciec.
— Eh bien! tej narzeczonej o której posiadanie nasz biedny Cezary tak heroiczne walki stacza z całą rodziną swoją! Do najwyższego stopnia zaciekawia mię ta historya. Jeżeli panna jest brzydka — vogue la galère! niech ją sobie bierze Cezary, czy kto inny, ale jeżeli jest piękną, szkoda jej dla Cezarego! Taki niezgrabijasz — nie potrafi obejść się z ładnem cackiem.
— Panna jest bardzo piękną, zauważył hr. August nie śmiejąc się już, ale uważnie przypatrując się synowi.
Hé! hé! cher papa! czyś już ją nie widział wypadkiem?
— Widziałem gdy wychodziła z hotelu. Kazałem ją sobie szwajcarowi pokazać. Niepospolicie piękna blondyna i co dziwniejsza, elle a une mine tout à fait distinguée!
— A ubiera się?...
Comme une reine!
Vrai? a więc czegóż chcecie od tego biednego Cezarka? Choć raz w życiu pokazał, że ma rozum... tylko że, niepospolicie pięknej blondyny szkoda dla niego...
— Spróbuj mu ją odbić! filuternie mrugając powieką uśmiechnął się hr. August.
Wilhelm wzruszył ramionami.
— A to mi na co? rzekł, małoż to na świecie niepospolicie pięknych blondynek? pocóż mam obarczać sobie sumienie łzami tego biednego Cezarka? Gdyby... gdyby została już ona moją bratową... ha! nie zarzekam się! mógłbym zgrzeszyć...
— Zgrzesz teraz, przerwał hr. August, a oddasz przez to nam wszystkim wielką przysługę. Rozkochaj pannę w sobie, wywieź ją nawet... na czas jakiś zagranicę, a potem... no, potem... ty wrócisz do Warszawy, ona do swojej puszczy, a Cezarek tymczasem namyśli się może zostać kapucynem... co byłoby dla niego najwłaściwszem.
— Zbrodnicze miewasz pomysły, cher papa, przeglądając się w źwierciedle rzucił Wilhelm, co do mnie, nie mam wcale ochoty, ani wywozić pannę zagranicę, ani zapędzać Cezarka do klasztoru! Wszystko mi jedno! niech sobie żyją i kochają się zdrowi i weseli! Zobaczyć to cudo litewskie chciałbym, ale i to — niebardzo. Powiedz słowo, cher papa, a zamiast do tych pań, pójdę znowu do Mścisława, aby mu rolety odsłaniać i lufciki otwierać... Myślałem nawet że tak bardzo nie życząc sobie tego małżeństwa, mógłbyś być nierad, jeśliby ktokolwiek z rodziny zaawanturował się do tych pań z wizytą...
— I owszem, rzekł hr. August, awanturuj się mój Wilusiu, awanturuj się z wizytą... Wiem, że jesteś o tyle rozumnym, o ile miłym chłopcem i że wraz z twoim przyjazdem, bieda ta nasza skończyć się powinna...
Ainsi-soit il! idę tedy do Europejskiego hotelu, wchodzę do mieszkania tych pań... mama dobrodziejka (straszliwe zapewne parafialne czupiradło) powstaje na moje przyjęcie... wie już kto jestem, bom się zaanonsował: — Panie hrabio! — Pani! — Niech pan hrabia (ze straszliwym litewskim akcentem) będzie łaskaw usiędzie! — Upadam do nóżek, pani dobrodziejce! Konwersacya rozpoczyna się. Zapytuję jak na łanach litewskich urodziła pszenica. Mama dobrodziejka odpowiada, że chwała Panu Bogu dobrze! syn zaś podchwytuje: — Co tam mama plecie! kiepsko, panie hrabio, kiepsko! W tem córeczka odzywa się: — Ale za to kwiatki moje urodziły! — Pani lubi kwiatki! — Passyami! — I gołąbki pewnie? — Passyami! — I kurki czubate! — O, moje kurki czubate! żeby pan hrabia wiedział, jak one lubią jęczmień! — Tu wchodzi narzeczony, ja powstaję... składam błogosławiące dłonie na obu ich młodych i pięknych głowach, a udzieliwszy w ten sposób braterskiego błogosławieństwa mego, robię fugę i prosto od pszenicy mamuni i kurek czubatych córuni, lecę na śniadanie do boskiej Aurelii, która między nami mówiąc, znudziła mię fatalnie! Mniejsza o to! lecę do niej, wypijam szampana i przyjeżdżam tutaj, aby złożyć relacyą z nowo zabranej znajomości, u stóp twoich, cher papa!
W czasie całego monologu tego, wypowiedzianego z odpowiednią słowom gestykulacyą i stosownemi nagięciami głosu, hr. August śmiał się aż do łez prawie.
— Mój ty miły swawolniku! zawołał ujmując głowę syna w obie dłonie i składając głośno całus na białem, gładkiem, jak u dziewicy czole jego, zabawiłeś mię tym swoim sielskim obrazkiem mamuni i córuni, który jednak zdaje mi się nie odpowiada zupełnie rzeczywistości. Cegielski widział te panie i powiada....
— Cegielski jest trochę ślepy, przerwał Wilhelm, a w dodatku spełniał tam polecenie tak strasznej natury, że mu wybornie zamiast tych pań wszystkie gwiazdy niebieskie, stanąć mogły w oczach. Ręczę ci cher papa, że są to jakieś parafialne rarogi! Ale mniejsza o to! ja i na rarogi popatrzeć czasem lubię, gdy mają choć trochę ładne buzie! Trzeba zresztą wszystko widzieć na świecie! lecę więc i wracam około godziny czwartej... ze śniadania u Aurelii!.. Bonjour, papa!
Trudnoby opowiedzieć całą radość i wdzięczność Cezarego, gdy hr. Wilhelm wpadłszy do mieszkania jego jak błyskawica, oświadczył mu że pragnie natychmiast, ale to natychmiast złożyć wizytę narzeczonej jego i jej rodzinie.
— Chcę naprawić błędy moich bliźnich, dodał wpółseryo, wpółżartem i okazać paniom tym grzeczność, której wszyscy członkowie przedostojnej rodziny naszej dotąd im odmówili! Ożenisz się z tą panną czy nie ożenisz... tego już nie wiem, ale że się w niej rozkochałeś, pragnę być dobrym bratem i pójdę oddać jej należny pokłon!
Daleko trudniej jeszcze przyszłoby opisać wrażenie sprawione w salonie p. Żuliety, wejściem, zamiast jak zwykle bywało, jednego młodego hrabiego, dwóch młodych hrabiów.
Cezary z promieniejącą od radości twarzą, przedstawił stryjecznego brata swego. Niewypowiedzianą rozkosz uczuwał, wprowadzając w dom tyle sobie miły, jednego chociaż członka swej rodziny.
Pani Żulieta okazała się jak zazwyczaj, damą pełną dystynkcyi i dokładnej znajomości światowych zwyczajów, p. Henryk był takim za jakiego i w powiecie swoim uchodził, to jest młodzieńcem ze wszech stron extrémement bien, Delicya jakkolwiek drżała pod malowniczemi falbanami i tunikami sukni swej srebrnawego koloru z błękitnemi oszyciami, mężnie jednak hamowała gwałtowne swe wzruszenie i potrafiła powitać gościa tak wdzięcznym, lecz zarazem i poważnym ukłonem, z tak spokojnym acz słodkim wyrazem na z lekka zapłonionej twarzy, iż hrabia Wilhelm wprzód nim usiadł na wskazanym mu przez p. Żulietę fotelu, zatrzymał przez chwilę miękki, a błyszczący wzrok swój na tak harmonijnem i wytwornem, tak słodko i czysto dziewiczem zjawisku. W całej rodzinie tej, najnieprzychylniejsze oko dostrzedz by nie mogło najlżejszego cienia parafiańszczyzny, lub śmieszności jakiejkolwiek. Nie dostrzegł go więc i hr. Wilhelm, a gdy, po krótkiej, ceremonialnej bo pierwszej wizycie opuszczał hotel, rzekł do Cezarego, który go ze wschodów przeprowadzał:
— Winszuję ci gustu, Cezary! narzeczona twoja jest w istocie niepospolicie piękna i sympatyczna, a z kilku słówek które wypowiedziała, wnoszę że i rozumek ma nielada! Nie uważaj na nikogo i żeń się z nią! Będziesz miał prawdziwe cacko!
A kiedy Cezary w milczeniu, lecz z głęboką radością i wdzięcznością dłoń mu ściskał, hr. Wilhelm dodał jeszcze:
— Ale, ale! zaprosiłem się do tych pań na jutro... trochę to nie etykietalnie, ale etykieta zbyteczna i ja, to dwaj przyrodzeni nieprzyjaciele! Byleby mnie z kimś i komuś zemną było przyjemnie — nie patrzę ani w kalendarz, ani na zegarek! Otóż bądź tak dobry Cezary, zaczekaj na mnie jutro do 1-szej, przyjadę do ciebie i pojedziemy do pań tych razem. Dobrze?
Cezary po stokroć powtórzyłby: dobrze! tak go radowała przychylność przez brata stryjecznego okazana ukochanym, a tak przez innych gardzonym istotom. Zanim wszedł z powrotem na pierwsze piętro hotelu, ślubował w myśli Wilhelmowi przyjaźń dozgonną i gdyby w tej chwili wypadła mu potrzeba rzucenia się dla niego w ogień lub w wodę, uczyniłby to z pewnością, bez chwili wahania się i namysłu.
Radość Cezarego zaćmioną przecież dnia tego została niezwykłym wcale humorem, w jakim wracając do apartamentu p. Żuliety, znalazł matkę i córkę. Matka dziwnie jakoś zamyśloną była przez dzień cały, jakby zmartwioną i od czasu do czasu, niespokojne widocznie wejrzenia rzucała na Delicyą, która milcząca i bledsza niż zwykle, ale ze szczególnie jakoś, gorączkowo niemal błyszczącem okiem, niezmiernie mało i z musu tylko, jakby rozmawiała z narzeczonym. W połowie nakoniec wieczora, w chwili właśnie gdy Cezary siedząc przy narzeczonej, zdobył się na niezmiernie u niego rzadki objaw zuchwałości i ująwszy jej rękę a pochylając się, aby spojrzeć w spuszczone jej oczy, nieśmiało i zcicha mówić jej zaczął o blizkim terminie ślubu, Delicya, nagle i dla wszystkich niespodzianie, zakryła twarz batystową chusteczką, wybuchnęła głośnym, spazmatycznym płaczem i wybiegła do przyległego pokoju, drzwi za sobą zamykając. Wybiegła też za nią wnet p. Żulieta i niebawem wróciwszy z twarzą zmartwioną bardzo i ze łzą kręcącą się w oczach, oświadczyła że niespokojną jest o stan zdrowia córki, która od pewnego czasu, dostawać zaczęła podobnych ataków nerwowych i że myśli nawet, czyby nie należało zaraz jutro wezwać dla niej na naradę lekarską, kilku książąt medycyny warszawskiej.
Nazajutrz przecież książęta medycyny okazali się zupełnie niepotrzebnymi młodej osobie, która z cerą twarzy białą jak lilia, z uśmiechem zdrowia i wesołości na wilgotnych, purpurowych usteczkach, ożywioną rozmową przyjmowała wraz ze swą matką, dwu wchodzących do saloniku hrabiów. Hrabia narzeczony smutnym był jeszcze i niespokojnym smutkiem i niepokojem wczorajszym. Tem jaśniej też, tem świetniej, przy zbladłej nieco twarzy jego i onieśmielonej znowu postawie, odbijała młodzieńczych uroków pełna żywość i wesołość stryjecznego jego brata. Śmiało acz z uszanowaniem wielkiem, hr. Wilhelm przybliżał się do Delicyi, nieustannie obok niej miejsce zajmował i z góry już, jako przyszłą bratowę swą, prosił ją o pozwolenie nazywania się: siostrzyczką! Pozwolenie to udzielonem zostało wśród zobopólnych śmiechów i spojrzeń, w których któś upatrzyłby może cóś więcej nad zwyczajną towarzyską wesołość i pokrewieńską przyjaźń. Któś uważny, w uśmiechach tych i spojrzeniach, dojrzałby może coraz bliższe i szybsze dążenie ku sobie dwu jednostajnie zapalnych natur, niewidzialnie lecz namiętnie w atmosferze drżące prądy elektryczne, biegnące od skłonnego do marzeń i miłości spragnionego serca dziewicy, do miękkiej i ku wszelkim rozkoszom życia, z lekkością i płochością ptaka lecącej duszy młodzieńca.
Po dwugodzinnem pobycie w hotelowym apartamencie, w obec zbliżającej się pory obiadowej, hr. Wilhelm ze śmiechem i z błagalnem na p. Żulietę spojrzeniem, zawołał:
Comme j’aime papa! Róbcie panie sobie co chcecie, ja dziś ztąd nie wyjdę! Raczcie chyba panie zwołać lokajów i rozkazać, aby mię ztąd wynieśli, ale i w takim razie, zapowiadam, że silny jestem i bronić się będę...
Rzecz to była bardzo naturalna, że obie panie jak też i p. Henryk, oświadczyli że nic ich dnia tego bardziej zadowolnić nie może jak pozostanie u nich na obiedzie i herbacie młodego hrabiego.
— Wieśniacy jesteśmy, panie hrabio, z uśmiechem zupełnie wielkoświatowym dodała p. Żulieta, nie trzymamy się też zbyt ściśle prawideł etykiety i przekładamy o wiele dobrych, serdecznych przyjaciół nad ceremonjalnych gości.
W odpowiedź na łaskawe przyzwolenie to hrabia Wilhelm z miną swawolnego, rozpieszczonego dziecka, pocałował w rękę p. Żulietę, a przysiadając się znowu do Delicyi, rzekł zcicha:
— Czy jesteśmy naprawdę bratem i siostrą?
— Rzecz to przecież umówiona i postanowiona, uśmiechnęła się Delicya.
— W takim razie, smutnie mówił młody hrabia, ja jestem bardzo nieszczęśliwym bratem, a pani jesteś bardzo złą siostrą!
— Dla czego!
— Gdybym był szczęśliwym bratem, pozwoliłabyś pani, abym jej podziękował za pozwolenie pozostania tutaj — po bratersku!
Delicya zarumieniła się gwałtownie i dumnie nieco na młodego hrabiego spojrzała.
— Panie hrabio! rzekła, należę do liczby sióstr, które gniewają się bardzo łatwo i karać umieją niegrzecznych — braciszków!
Mówiąc to wstała i przeszedłszy całą długość saloniku, zbliżyła się do stojącego przy oknie Cezarego i z wdzięcznym uśmiechem, mówić cóś do niego zaczęła. Hr. Wilhelm patrzał za odchodzącą z widocznem bardzo zachwyceniem, a gdy stanęła obok narzeczonego swego i podniosła ku niemu łagodne swe, turkusowe oczy, spuścił wzrok ku ziemi i na twarz spadł mu, rzadko na niej widywany wyraz, przykrego uczucia.
Żadna pewno pod słońcem gospodyni domu, nie umiała lepiej od p. Żuliety organizować przyjacielskich, wykwintnych obiadków, przy których podsycana wciąż przez nią rozmowa i podtrzymywany dobry humor gości, tworzyły atmosferę pełną wytwornej, a zarazem serdecznej swobody. Dopomagał jej w tem dzielnie i umiejętnie syn, wdzięcznie a skromnie dopomagała córka. Hrabia Wilhelm został przy obiadku tym ostatecznie podbity i oczarowany przez miłą tę, a tak przyzwoicie serdeczną rodzinę, a Cezary który dnia tego, pierwszeństwa w rozmowie i względach pań, bardzo chętnie ustępując stryjecznemu bratu, w milczeniu najczęściej poił się widokiem wesołości i wdzięków drogich sobie osób, ujął po obiedzie ramię brata i pochylając się ku niemu szepnął:
— Prawda Wilhelmie, jaka ona śliczna! i jacy oni wszyscy dobrzy i mili!
— Ależ prawda, najzupełniejsza prawda, mój Cezarku! odszepnął z zapałem hr. Wilhelm, wiesz? nie spodziewałem się nigdy, aby na litewskich pustkowiach, wyrastać mogły podobne — cuda! Urodziłeś się w czepku, Cezary i doprawdy gotów ci jestem zazdrościć!
Pierwszy raz w życiu swem ce pauvre Cesar przejęty był do głębi duszy uczuciem wielkiego tryumfu. Uczucie to rzucało mu na czoło blask bardzo jasny i wyrazem słodyczy niewymownej napełniało jego oczy. Postawa jego i ruchy, nabrały dziwnej powagi i męzkiej godności. Był wtedy pięknym prawdziwie, pięknością ducha który długo nękany i usypiany, budził się do coraz pełniejszego życia szlachetnych uczuć i myśli i życiem tem wewnętrznem, gorącem niby światłem czarnoksięzkiem, oblewał zewnętrzne jego kształty.
Nieszczęściem, Delicya mniej niż kiedykolwiek, usposobioną była dnia tego do zwracania pilnej i przychylnej uwagi na narzeczonego swego. Nie spostrzegała też i ocenić nie mogła wszystkiego, o czem mówiła zmieniona do gruntu prawie i dla niej i przez nią upiększona powierzchowność jego. Przez długie parę godzin rozmawiała ona z hr. Wilhelmem o operach, na których w ciągu ubiegłego tygodnia wraz z matką swą była, o muzyce i rozmaitych rodzajach jej i wpływach. Hr. Wilhelm, jak sam wyrażał się, przepadał za muzyką i żyć bez niej nie mógł. Opery i koncerty przez wielkich mistrzów dawane, stanowiły jeden z głównych uroków, pociągających go ku wielkim miastom Europejskim. Mówił prawdę. Muzyka wywierać musiała ogromną siłę przyciągania na duszę jego, która samą zdawała się być niczem innem jak zbiorem strun niesłychanie na każde dotknięcie wrażliwych, długą, nieustającą pieśnią hulaszczą lub liryczną.
Rozmowa o muzyce prostą drogą zaprowadziła młodą parę ku fortepianowi, przy którym stała etażerka, zarzucona nutami do grania i śpiewu. Zaczęto przerzucać nuty, wybierając pomiędzy niemi kompozycye wspólnie obojgu znane i najbardziej ulubione. Nikt zaręczyć nie potrafi, czy przy zatrudnieniu tem drżąca od wzruszenia, śnieżna rączka Delicyi nie spotykała się od czasu do czasu z szukającą ją mimowoli może białą, gorącą dłonią Wilhelma. Co pewna to, że po kwadransie dwa głosy ich czyste jak kryształ, a silne jak młodość, spotkały się ze sobą w melodyjnym jakimś, długim duecie.
Delicya siedziała przy fortepianie, Wilhelm stał za nią, ręką o poręczę krzesła jej oparty, ze wzrokiem chwilami utkwionym w rozpostartych na pulpicie nutach, częściej daleko błądzącym wśród gęstych, miękko falujących włosów dziewicy.
Po pierwszym duecie nastąpił drugi, potem Delicya śpiewała sama, lub akompaniowała do śpiewu młodemu hrabiemu. Głosy obojga młodych śpiewaków, nakształt dwu tęsknotą zdjętych i ku sobie dążących płomieni, to falowały miękko i cicho, to wzbijały się coraz wyżej, kędyś zda się, w niedościgłe wysokości, ku słońcu szczęścia, ku niebu miłości, wzlatując.
Trwało to bardzo długo. Piersi tak Delicyi jak Wilhelma, zdawały się posiadać wieczoru tego siłę niezmordowaną. W głębinach istot ich rodziło się cóś co siłę tę podtrzymywało i wciąż potęgowało.
Pani Żulieta, cicha i nieruchoma jak posąg, siedziała na kanapie, w cieniu nieco, a oczy jej tkwiące nieustannie w twarzach dwojga młodych ludzi, zdradzały radość wielką i dumę połączoną z większą może jeszcze trwogą. Widziała ona, wyraźnie widziała, że nić przyszłości najukochańszego jej dziecka, którą była z takiem staraniem i tak zręcznie wysnuła, rwała się w jej oczach. Tuż obok wprawdzie i najniespodzianiej w świecie wypływała nić druga, świetniejsza jeszcze od pierwszej, ale — czy będzie można zawiesić na niej widoki i nadzieje przyszłości, z taką pewnością jak na tamtej? czy obie razem nici te, jedna przez drugą pochłonięte, nieznikną we mgle marnych ułud i zręcznych prządek, nie wyrzucą znowu na wydmę wiejskiej, a małoszlacheckiej nudy i samotności? Były to pytania, które trwogą napełniały serce p. Żuliety i skłaniały ją do głębokiego zastanawiania się nad położeniem pełnem już teraz wątpliwości i niebezpieczeństw.
Henryk który sam grał także i śpiewał, mięszał się od czasu do czasu do muzykalnych ćwiczeń młodej pary. Cezary zaś siedząc we framudze okna, w cieniu i odosobnieniu, z czołem wspartem na dłoni, całą istotą swą tonął w falach głosu narzeczonej. Fale to kołysały nim miękko, albo też porywały go w ogniste, burzliwe jakieś odmęty, a ile razy wezbrały z całą potęgą swą i kędyś wysoko, pod samem słońcem, zda się, drżały i wzdychały tęsknotą niewysłowioną, namiętnością nie tłumioną już nawet, zasłuchanego młodzieńca, przebiegał od stóp do głowy dreszcz rozkoszy — boleśnej niemal, tak nieznanej mu dotąd, tak potężnej i przejmującej. Był pewnym, a był tak pewnym jak tego że żyje i kocha, iż Delicya śpiewała dla niego i do niego, że każdy ton jej głosu, był wyrazem przez serce jej, jego sercu posyłanym. To też w odpowiedź na te wołania jej i westchnienia, leciały z ocienionej framugi okna ku w pełni i rzęsiście oświetlonej postaci dziewiczej, w głębinach ducha Cezarego wymawiane słowa miłości bez granic i promienistej jak szczęście nadziei. Z pod dłoni którą przysłaniał on sobie czoło, oczy jego świeciły jak dwie gwiazdy gorejące a nieskazitelne. Parę razy oszkliła je łza. Była to łza niewysłowionej wdzięczności dla kobiety, która mu dała ogromne to niespodziewane szczęście, — przez którą i dla której po raz pierwszy w życiu uczuł się mężczyzną czującym, myślącym i żyjącym w pełni.
Było już po północy, kiedy umilkły w hotelowym apartamencie dźwięki muzyki, śpiewu i rozmów, a matka i córka pozostawszy sam na sam, spojrzały na siebie przy słabem świetle, zasłoną ocienionej lampy.
— Delciu! przemówiła zcicha p. Żulieta.
— Mamo! z oddechem zapartym w piersi, odszepnęła Delicya i z nagłym, niepowstrzymalnym wybuchem uczuć, rzuciła się do kolan matki. Głowa jej była w ogniu, z oczu wytrysnął zdrój obfitych, niepohamowanych łez.
— Delciu! dziecię moje biedne, najdroższe! otaczając szyję córki drżącemi ramionami i pochylając się nad nią szeptała p. Żulieta, jakże znowu los twój stał się niepewnym! jakże lękam się o ciebie! o przyszłość twoją! o serce twoje! Ale nie płacz już dziecko moje, nie płacz! oczy ci zabrzękną i będziesz jutro źle wyglądała!
Delicya podniosła głowę i wstrząsnęła nią przecząco.
— Nie, mamo, wyrzekła, nie! łzy takie nic nie kosztują i nie zepsują piękności! to łzy radości, moja mamo, to łzy szczęścia! on mię kocha! on! ideał mój! moje marzenie od tylu dni i miesięcy! a ja! ach, mamo! ja nie pojmuję już, jakbym żyć mogła bez tej jego twarzy prześlicznej! bez tego głosu jego, od którego... pali mi się serce!
Pani Żulieta słuchała namiętnych tych słów córki z przerażeniem nieledwie.
— Delicyo! Delicyo! a jeżeli się mylisz! jeżeli on cię zawiedzie! jeżeli on nie kocha cię tak jak to sobie wyobrażasz!
Delicya wyprostowała się.
— Nie mylę się mamo, nie mylę się z pewnością... on mię pokochał od pierwszego na mnie spojrzenia, tak jak ja kochałam go już wtedy, gdy znałam tylko portret jego!
— Dziecko moje drogie! nie unoś się tak! staraj się panować nad uczuciami swemi! hr. Wilhelm jest w istocie miłym, nadzwyczaj miłym młodzieńcem i podobałaś mu się widocznie. Ale... ty nie znasz jeszcze świata... niewiesz że u takich młodych panów od pokochania do ożenienia się — przestrzeń ogromna!
— Nie chcę myśleć o niczem, mamo, nie chcę nad niczem zastanawiać się... kocham po raz pierwszy w życiu i czuję... czuję to tylko, że jestem szczęśliwą!
— O mój Boże! jęknęła Żulieta, cóż ja teraz uczynię, cóż pocznę! gdybym mogła być pewną! ale nie! są to miraże, na których nie mogę budować gmachu twej przyszłości! Obawiam się bardzo droga moja, abyśmy nie osiadły na mieliźnie! Z innej znów strony... jeżeliby uczucie hr. Wilhelma było prawdziwem... czemużby nie? jest on hrabią Pompalińskim jak i Cezary, a w dodatku jedynakiem, więc o wiele od Cezarego bogatszym... kochasz go... dodatek to bardzo dobry... będziesz z nim miała szczęście zupełniejsze jeszcze, choć znowu Cezary jest łagodniejszym, pokorniejszym i łatwiej mogłabyś wziąść nad nim górę... rządzić nim... i przytem szkoda mi go trochę, tego poczciwego Cezarka! tak się już był do nas przywiązał...
— I mnie go także żal, moja mamo... czuję dla niego przyjaźń, wielką nawet przyjaźń... ale... możnaż porównać go nawet z Wilhelmem? i cóż zrobię z mojem sercem, które...
— Zapewne, zapewne... w twoim wieku serce daje się jeszcze silnie uczuwać... ale ja jako matka, pojmując uczucia twoje, powinnam stać na straży twych interessów... Wpadł ci w rękę Delicyo, wielki los na loteryi życia... gdybyś go wypuściła, oblewałybyśmy potem obie stratę tę gorzkiemi łzami... Posłuchaj mię, moje dziecko! Jednej tylko rzeczy wymagam od ciebie. Bądź grzeczną, bądź uprzejmą dla Cezarego, więcej jeszcze nawet grzeczną i uprzejmą, niż byłaś wprzódy... Będzie to podwójnie użytecznem. Podrażni to uczucie i wzbudzi zazdrość w Wilhelmie, a zasłoni oczy Cezaremu i zatrzyma go przy tobie... Jeżeli tamten oświadczy się i to wkrótce, formalnie i stanowczo, oddamy mu naszą rączkę, a biednego Cezarego pocieszemy według możności najszczerszą przyjaźnią naszą, jeżeli zaś Wilhelm, jak się tego obawiam, ujrzy w tobie cel chwilowej tylko zabawy... postaramy się o nim zapomnieć i... i... pozostanie nam Cezary... Czy dobrze pieszczotko moja? czy słuchałaś mię uważnie i postąpisz tak jak cię o to proszę?
— O! mamciu moja, jaki on piękny! jaki zgrabny! jakie u niego oczy i głos cudowne! jak ja go kocham! nie odrywając głowy od kolan matki, szeptem odpowiedziała Delicya.





ROZDZIAŁ VI.

Dość wcześnie jeszcze było przed południem, kiedy Delicya weszła do saloniku ubrana już zupełnie, z książką w ręku. Miała na sobie dnia tego bardzo kosztowną i kunsztowną suknią bladoniebieską; szyję jej otaczały zwoje puszystych koronek, a włosy, z najzalotniejszą w świecie prostotą zwinięte w jeden olbrzymi warkocz, przepięte były nad czołem dwoma wielkiemi gwiazdami z kryształu i złota. Wzruszenie i łzy wczorajsze nie pozostawiły na świeżem jak lilie i róże jej licu innych śladów, jak lekkie błękitnawe obwódki, które okrążając jej oczy, dodawały im nieskończenie wiele wyrazu i blask ich w sposób nadzwyczaj poetyczny przyćmiewały.
Zadumana, wpółuśmiechnięta, wpółsmętna usiadła na kozetce w rogu saloniku stojącej, położyła otwartą książkę na kolanach i w karty jej wzrok utkwiła. Widać było jednak, że myśl jej, uciekając od brzydkich, czarnych wierszy na bibule wyrytych, tęsknie i niecierpliwie goniła po jasnem, szerokiem przestworzu, pieszczone wyobraźnią lube, promieniste jakieś zjawisko.
Nagle drgnęła. Na karty książki padł od strony drzwi podługowaty cień jakiś. Z poruszeniem osoby, która nieustannie a niecierpliwie, czegóś lub kogoś oczekuje, zwróciła głowę ku drzwiom. W drzwiach stała wielce prozaiczna postać hotelowego kelnera i w ręku kartkę wizytową trzymała.
Delicya wzrokiem tylko rzuciła kelnerowi pytanie niecierpliwe. Głos odmawiał jej posłuszeństwa.
— Hrabia Wilhelm Pompaliński, patrząc na kartę odpowiedział niememu pytaniu temu kelner.
— Proś! ledwie dosłyszalnie wyrzekła panna.
Dotknęła czoła obu dłońmi, potem przesunęła je po fałdach swej sukni. Mocowała się widocznie ze swem wzruszeniem, aby je opanować i jednocześnie szybką czyniła rewizyą swej toalety. Wzruszenie zostało opanowanem, — blado-błękitna tiunika okazała się w stanie pożądanej malowniczości, — Delicya podniosła się zlekka na kozetce dla powitania wchodzącego gościa.
Gość wszedł szybko do saloniku i śpiesznie pochwycił wyciągającą się ku niemu z pośród puchu koronek, bielszą od nich rączkę. Uścisnął ją naprzód i kilka sekund w dłoniach swych zatrzymał, potem, błyskawiczne spojrzenie rzuciwszy do koła saloniku, do ust swych rączkę tę przycisnął. Delicya stanęła w płomieniu rumieńca.
— A mama? zapytał gość.
Un peu indisposée! wstała dziś późno i ubiera się jeszcze, szepnęły purpurowe usteczka, zarazem właścicielka usteczek tych gestem ręki wskazała gościowi miejsce na fotelu, obok kozetki stojącym. Z oczu gościa poznać można było, że wolałby on o wiele usiąść na kozetce, tuż obok malowniczo falującej blado-błękitnej tuniki. Zrezygnował się jednak i zajął wskazane mu miejsce na fotelu.
— Doprawdy, zaczął, niewiem już jak mam ekskuzować się przed paniami z mego zuchwalstwa. Od trzech zaledwie dni paniom znajomy, nachodzę dom ich codziennie. Staję się nieuniknionym jak deszcz w jesieni...
— Pan hrabia nie byłeś nam... mnie przynajmniej... nieznanym i przed temi trzema dniami... podnosząc głowę i z półuśmiechem trochę żartobliwym, trochę rzewnym odpowiedziała Delicya.
Comment! być że to może, abym ja panią widział już kiedy, gdziekolwiek? Non, c’est tout à fait impossible! Bóg dobry uorganizował oczy moje w ten sposób, że nie widzą one nigdy rzeczy brzydkich, ale obraz wszystkiego co piękne i miłe raz w nich odbity, pozostaje już tam na zawsze.
Delicya figlarnie wstrząsnęła główką.
— A jednak, rzekła, tak było jak powiedziałam. Oczy pana nie widziały mię wprawdzie ni razu przed dniem zawczorajszym, ale duchy nasze, to jest pański, panie hrabio i mój, rozmawiały ze sobą od... od ośmiu już miesięcy po kilka razy codziennie...
Vous m’intriguez serieusement! z żywem poruszeniem zawołał Wilhelm, byłażbyś pani spirytką i miałażbyś w rozporządzeniu swem jakie, czarnoksięzką władzą obdarzone, medium...
— O! zawołała Delicya z cichym, srebrnym śmieszkiem, medium moje, za pośrednictwem którego duch pana rozmawiał z duchem moim, nie posiadało w sobie nic a nic z natury nadprzyrodzonej... Było ono ubrane w czarny surdut i od każdego kto żądał jego usług, brało pieniądze, według pewnej, raz na zawsze ustanowionej taksy...
— O! prozaiczne medium! raczże mi pani powiedzieć przynajmniej, jak nazywało się miejsce, w którem przybywało ono najczęściej? Da to może wskazówki jakie błądzącym w ciemnościach myślom moim!
— Miejsce w którem przebywało ono najczęściej, nazywało się... o! czy tylko nie zapomniałam! nie; pamiętam, mówił mi to brat mój, że nazywało się ono camera obscura!
Camera obscura! Komnata ciemna! powtórzył Wilhelm, brzmi to zupełnie czarnoksięzko! Z ciemnej tej więc komnaty wychodziło medium! a zkądże wychodził duch mój, gdy przybywał w celu rozmawiania z panią!
— O! to już moja tajemnica! zaśmiała się Delicya i nie wydam jej przed nikim... za nic!
— A gdybym prosił panią... błagał... zaklinał... mówił Wilhelm pochylając się coraz bliżej ku pięknej pannie.
— A więc powiem, uśmiechnęła się Delicya, zjawiał się on zawsze przedemną w salonie naszym na stole, obok lampy...
Dieu! jakże wstydzę się za ducha mego! chodzić po stołach jest rzeczą wielce nieprzyzwoitą! Czy i tu także, w tem mieszkaniu duch mój przebywa obok lampy?..
— Nie; tutaj... w Warszawie, zamknęłam ducha pana do ciasnego więzienia...
— Dla tego zapewne, aby nie zawstydzał panią nieprzyzwoitem swem znajdowaniem się! Ale gdzież jest to ciasne więzienie? za piecem? pod kanapą? za źwierciadłem?
— O nie! więzienie to znajduje się bardzo blizko nas!
— Blizko nas!
— Od pana dalej trochę, ale odemnie bardzo blizko! znajduje się ono właściwie przy mnie!
Wilhelm roziskrzonemi oczami patrzał na prześliczną z filuternym wyrazem twarz swej sąsiadki. Zagadki które dawała mu do rozwiązywania drażniły go, czuł i pragnął czuć w nich cóś więcej niż wesoły żart.
Delicya sięgnęła zwolna do kieszonki bladoniebieskiej sukni i wydobywając z niej niewielki, w błękitny aksamit oprawny pugilaresik, wymówiła:
— Oto jest więzienie!
— Śliczne więzienie! szepnął Wilhelm i pochylając się bliżej jeszcze, wyciągnął rękę po pugilares niby, w rzeczywistości zaś miękko i zwolna położył dłoń swą na trzymającej go białej rączce.
— Panie hrabio! drżąc wewnętrznie lecz uśmiechem pokrywając wzruszenie, rzekła Delicya, nie płosz pan mieszkańca więzienia tego... skoro tylko bowiem zadasz mu najlżejszą obrazę, cofnie się w głąb swej ciemnej komnaty i nigdy już pan wiedzieć nie będziesz kim był i jakim...
Wilhelm cofnął swą rękę, ale wsparł się w zamian ramieniem o poręczę kozetki i coraz głębiej tonąc oczami w twarzy pięknej dziewczyny, szepnął marząco:
Oh! la sensitive!
Delicya bardzo powoli otwierała pugilaresik. Otworzyła go nakoniec i z figlarnym uśmiechem spojrzała na młodego hrabiego, który ciekawy wzrok zapuszczał w głąb ładnego cacka.
— Nie widzę nic! rzekł tonem człowieka zawiedzionego.
— Otóż, mówiła Delicya zwolna i nie zdając się zwracać uwagi na jego słowa, otóż mediumem owym który wprowadził mię w styczność z duchem pana, był pewien mistrz fotograficznej sztuki... a duch pana pojawił się przedemną w postaci...
Zatrzymała się. Gorący rumieniec twarz jej oblał, ręka trzymająca pugilaresik drżała widocznie.
— W postaci? w postaci? wypytywał młody hrabia szeptem naglącym, niemal gwałtownym.
— Nie pokażę! wyrzekła nagle Delicya i pugilaresik przymknęła.
Wilhelm pochwycił obie jej ręce.
Au nom du ciel! wyszeptał, pokaż mi pani co tam jest, bo skonam chyba u nóg twych z niepokoju i niecierpliwości!...
Mówił szczerze i na seryo. Sprzeciwieństwa żadnego znosić nie mógł, a to które spotykało go od Delicyi, wprawiało go w rozdrażnienie prawie boleśne.
Delicya zdawała się jeszcze wahać przez chwilę. Potem ze spuszczonemi oczami, z rumieńcem który opłynął twarz jej i czoło aż po uploty popielatych włosów, odchyliła morową klapkę zasłaniającą jedną z połów pugileresiku i tworzącą tym sposobem bardzo misterną i elegancką skrytkę.
Młody hrabia drgnął cały.
— Moja fotografia! zawołał.
— Duch pana, mówiła Delicya nie podnosząc wzroku i z uśmiechem, który teraz rzewny wyraz nadawał purpurowym jej ustom, duch pana pojawiał się przedemną w postaci takiej...
Wilhelm siedział już nie na fotelu, lecz na kozetce i w obu dłoniach swych trzymał nie opierającą mu się więcej, bezsilną jakby rękę Delicyi.
— Pani! mówił stłumionym głosem, co to znaczy? au nom du Ciel, wytłómacz mi to pani! obawiam się zrozumieć zbyt wiele!... Od ośmiu miesięcy, mówiłaś pani... a więc od ośmiu miesięcy myślałaś o mnie nie znając mię, a ja... szalony goniłem po świecie za szczęściem... Ale ja może mylę się... powiedz pani, czy mylę się...
— Nie, szepnęła Delicya i zasłaniając twarz ręką, chciała powstać i uciekać. Ale ręka jej znalazła się w silnem acz miękkiem ujęciu dłoni Wilhelma... uczuła się opasaną jego ramieniem, a w uchu jej dźwięczał szept jego stłumiony wzruszeniem szczerem i namiętnem.
— Więc myślałaś o mnie nie znając mię... tęskniłaś za mną nie widząc mię nigdy... rzecz niesłychana! nigdy w życiu nie doświadczyłem niczego podobnego! nigdy też żadna w świecie kobieta nie wywarła na mnie takiego wrażenia, jak ty.... Delicyo!
— Panie hrabio! szepnęła Delicya.
— O! nie nazywaj mię tak... nie jestem dla ciebie hrabią ani panem... dla czegóż wyrywasz się i chcesz uciekać? miłość jest piękną rzeczą, Delicyo... i szczęście jest wielką rzeczą... nie trzeba uciekać... powiedz... kochasz mię?..
— Kocham! szepnęła Delicya bardzo cicho, ale szept ten dosłyszał Wilhelm i zdjął go ze zbladłych i drżących ust jej długim, gorącym pocałunkiem.
Pocałunek to był bardzo cichy, a jednak obudził echo. Echem tem był głuchy, przeciągły jęk który ozwał się w drzwiach salonu.
Zatopiona w sobie, upojona sobą para, nie spostrzegła jak od strony drzwi, ku którym zwracała się profilem, od kilku chwil już padał na nią podługowaty cień nieruchomo stojącej we drzwiach osoby. Spostrzegła go pierwsza Delicya i porwała się z kanapki... Powstał za nią i Wilhelm... spojrzeli oboje ku drzwiom. W drzwiach, z twarzą śmiertelnie bladą, z oczami ponuro utkwionemi w ziemię — stał Cezary.
Delicya nieruchomą pozostała jak posąg. Wilhelm zbladł trochę, bardzo prędko jednak wzrok jego przebiegł od twarzy brata na marmurowo białą twarz Delicyi... podniósł głowę, widać było że uczuł się do czegoś zobowiązanym i w mgnieniu oka postanowił spełnić to, co za obowiązek honoru poczytywał sobie.
— Cezary! rzekł postępując parę kroków naprzód, przebacz mi... niewiedziałem że się tak stanie, ale stało się... prosiłem w tej chwili pannę Delicyą o jej rękę!...
Pomimo całej grozy położenia, widać było jak na te słowa dreszcz rozkoszy przebiegł Delicyą. Nie podniosła jednak wzroku. Uczucie wstydu dorównywało w niej prawie, doświadczanemu uczuciu szczęścia.
Cezary podniósł powieki. Oczy jego posępnie lecz spokojnie oświecały twarz śmiertelnie wciąż bladą. Postąpił nieco ku dwojgu młodym ludziom i nie patrząc na Wilhelma, lecz nieruchomy wzrok topiąc w twarzy Delicyi, zwolna i stłumionym głosem wymówił:
— Tak... wiem... słyszałem jak pani powiedziała że cię kocha!
— Dumny tem jestem i szczęśliwy, rycersko odparł Wilhelm.
Widać było że Cezary chciał mówić, ale nie mógł. Najlżejsze drgnienie nie przebiegło po jego twarzy, oddech zdawał się wcale nie poruszać piersią. Był to spokój grobowy. Była to rozpacz paraliżująca wszystkie władze ciała i ducha. Po między trojgiem istot tych, trwało przez chwilę ciężkie, dręczące milczenie. Przerwał je szelest jedwabi i szmer drzwi otwierających się teraz zupełnie, a od kilku chwil na wpół otwartych. Do salonu, krokiem poważnym, zbytecznie może traicznym, weszła p. Żulieta. Twarz jej była poważna także, blada i smutna.
— Panie hrabio, wyrzekła zwracając się do Wilhelma, słyszałam wszystko!
— Pani! odparł Wilhelm z głębokim ukłonem, poczytuję sobie za szczęście i zaszczyt, słowa moje przed panią powtórzyć!
— Panie hrabio! mówiła dalej p. Żulieta poważnym zawsze i smutnym, acz łagodnym głosem, jako matka Delicyi, pozwalam sobie powiedzieć, że przyjąłeś pan na siebie odpowiedzialność za szczęście mej córki...
— Pani! przerwał Wilhelm, zostałem podbity przez pannę Delicyą od pierwszej prawie chwili poznania... a gdzie jest miłość, tam musi być szczęście...
— Hrabia Cezary kochał moją córkę, ciągnęła coraz smutniej p. Żulieta i ona go kochała...
Słowa te zbudziły jakby Cezarego z głębokiej martwoty. Drgnął całem ciałem i podniósł oczy na Delicyą. Pani Żulieta kończyła jeszcze smutniejszym głosem:
— Za miesiąc miał nastąpić ślub córki mojej z hrabią Cezarym...
— Pani! powtórzył Wilhelm, pomimo szczerego zmartwienia, jakiego doświadczam na widok boleści mego brata, szczęśliwym się uznam, jeśli w tym samym oznaczonym już terminie, pozwolonem mi będzie podać pannie Delicyi dłoń do ślubnego ołtarza...
— Panie hrabio! jestem matką... nie wątpię o honorze pana i prawdziwości uczuć jego dla mojej córki!
— Pani! wątpić o honorze moim nie pozwoliłbym nawet osobie, którą tak wysoce poważam jak panią...
Słuchając zamienianych słów tych, możnaby było myśleć, że wszystkie te urywane i rozpoczynane na nowo mowy p. Żuliety, były tyląż nitek, któremi ona niewidzialnie lecz mocno, obmotywała honor i sumienie młodego hrabiego Byłoby może nitek tych i więcej jeszcze, gdyby snuciu ich nie przeszkodziło nagłe poruszenie Cezarego, który szybko ku Delicyi przystąpił i ujmując rękę, zapytał cichym, zapierającym się w piersi głosem:
— Delicyo... Pani... powiedz mi jedno tylko słowo... czy kochałaś mię kiedykolwiek... przez jedną choćby chwilę?..
Twarz pięknej dziewczyny mieniła się bladością i rumieńcem. Milczała chwilę. Wzrok jej błyskawicznie szybko przesunął się po twarzy Wilhelma, który zdawał się także oczekiwać jej odpowiedzi z żywym niepokojem. Podniosła nakoniec na Cezarego wzrok nieśmiały, zawstydzony i szepnęła z ciężkością:
— Myślałam... łudziłam się....
Cezary wyprostował się i przesunął dłoń po bladem czole.
— Okropne złudzenie! wymówił i zwrócił się ku drzwiom. Ale zastąpiła mu drogę p. Żulieta.
Oh, Mr le comte! zaczęła, vous voyez dévant Vous une mère eplorée! Mogęż stawić tamę uczuciom mego dziecka? mogęż odtrącać pełne honoru oświadczenia hr. Wilhelma, które zresztą zgadzają się z uczuciami córki mojej? Przebacz panie hrabio! przebacz! i pozostań przyjacielem naszym! wszystko co tylko przyjaźń prawdziwa...
Przerwał jej mowę żywy gest Cezarego.
— Pani, rzekł, nic więcej uczynić nie mogę i nie chcę, jak pożegnać panią...
Wyrzekł to z dziwną powagą i również poważnie skłonił się przed panią Żulietą. Raz jeszcze jednak zwrócił głowę w stronę kędy stała Delicya i oczami poszukał jej wzroku. Dziwny uśmiech przesunął się mu po bladych wargach. Wzrok Delicyi bowiem, zalękniony jeszcze i trochę zawstydzony lecz coraz już promienniejszy podnosił się nie na niego, lecz... na nowego narzeczonego.
Bardzo powoli lecz z podniesioną głową i nieruchomą jak marmur twarzą, Cezary zstępował ze wschodów hotelu. Przed bramą stało eleganckie tilburi i parskał prześliczny koń hr. Wilhelma. Cezary pozbawiony jakby sił, oparł się ramieniem o róg bramy i niemym gestem przywołał stojącą w pobliżu dorożkę.
— Gdzie mam jechać? zapytał dorożkarz.
Cezary nie zaraz usłyszał to pytanie.
— Do pałacu Pompalińskich, odpowiedział w końcu, jakby gwałtownie wyrywając się ze swej martwoty i znowu dziwny nieokreślony uśmiech, przewinął się mu po ustach. Każdy dorożkarz, każdy niemal mieszkaniec stolicy wiedział kędy wznosiły się wspaniałe i ozdobne ściany pałacu Pompalińskich, — tego siedliska zbytku i rozkoszy!
W kilka chwil potem, kamerdyner Fryderyk otwierał przed powierzonym pieczy jego młodym hrabią, podwoje jego mieszkania.
— Pani hrabina, rzekł, zapytywała o pana hrabiego i rozkazała mi powiedzieć, że życzy sobie natychmiast widzieć się z panem hrabią!
Jakież było zdumienie poufnego sługi hrabiny, gdy Cezary podniósł na niego wzrok roziskrzony i dumnie, opryskliwie niemal odpowiedział:
— Powiedz pani hrabinie, że ani przyjść do niej, ani z nikim wcale widzieć się nie mogę.
— Ależ panie hrabio... z dawną poufałością zaczął Fryderyk.
Cezary rozkazującym gestem ramię ku drzwiom wyciągnął.
— Proszę wyjść i pozostawić mię samego, wyrzekł krótko.
Fryderyk nie opierał się dłużej. Wyszedł z mieszkania dawnego pupilla swego, mrucząc pod siwym wąsem:
— Cuda dzieją się na świecie! Umarli chyba powstaną z grobów i nowonarodzone dzieci przemówią! nasz biedny hr. Cezary przerabia się w lwa! Trzeba będzie opowiedzieć to zaraz pani hrabinie!
Cezary tymczasem pozostawszy samotnym, przechadzać się zaczął ze skrzyżowanemi na piersi ramionami po dość obszernym swym salonie. Krok jego powolny był bardzo i jednostajny, brwi zsunięte, oczy utkwione w ziemię świeciły ostrym, gorączkowym blaskiem. Taburet jakiś wysunięty zbytecznie na środek pokoju, zatamował mu drogę. Popchnął go stopą tak gwałtownie, że usunięty aż pod przeciwległą ścianę, ze stukiem upadł na posadzkę. Możnaby rzec, że w cichym tym i tak łagodnym zwykle młodym człowieku, wrzały teraz odmęty całe gorzkich, płomienistych gniewów. Możnaby rzec że wszystko, co kiedykolwiek w życiu swem przemyślał on w nieprzeniknionej skrytości ducha i przecierpiał bezwiednie może, wszystkie tęsknoty, gorycze i upokorzenia, które kiedykolwiek przenosił w pokorze i milczeniu, obudziły się teraz pod dotknięciem ostatniego, strasznego dlań ciosu i zawrzały w piersi jego tysiącem chaotycznych acz wrzących i pierś rozrywających uczuć. Obok burzy tej i po nad nią niby, unosiły się w głębi istoty jego tłumne, a chmurne myśli jakieś, bruździły mu blade czoło w zmarszczki liczne i głębokie, całą postać jego oblekały piętnem ołowianej, do ziemi przybijającej zadumy...
Kwadranse upływały, a młody człowiek nie kończył swej niezmordowanej, powolnej przechadzki. Przez wielkie okna salonu, wpływać już zaczynał zmrok wieczorny, gdy we drzwiach stanął znowu ulubieniec hrabiny, Fryderyk.
— Panie hrabio! wymówił, hr. Mścisław zapytuje, czy może widzieć się z panem hrabią.
Cezary przerwał na chwilę przechadzkę swą i bez chwili wahania odpowiedział:
— Powiedz hrabiemu Mścisławowi, że nie jestem w domu dla nikogo.
Fryderyk oddalił się znowu nieznacznie wzruszając ramionami, a w kilka minut po odejściu jego, galeryą obrazów przebiegał szelest posuwający się szybko jedwabnej sukni. Hrabina Wiktorya dążyła do hrabiego szwagra swego, z prośbą o radę i pomoc przeciw zbuntowanemu synowi swemu.
Kwadrans nie upłynął, a Fryderyk stawał znów w drzwiach salonu młodego hrabiego.
— Panie hrabio! wyrzekł uroczystym nieledwie głosem: JW. Hrabia Światosław Pompaliński, prosi pana hrabiego, aby raczył pofatygować się do jego apartamentu.
Cezary który stał już teraz przed oknem ze wzrokiem zatopionym w coraz gęstszy mrok okrywający niebo i przeciwległe domostwa, szybkim, niecierpliwym ruchem zwrócił się do zbyt poufałego sługi.
— Przeproś hrabiego stryja mego, że nie będę mógł widzieć się z nim dzisiaj... za kilka minut opuszczam pałac...
— Panie hrabio! co to znaczy? zawołał Fryderyk, nie chcąc jak się zdawało wierzyć świadectwu własnych uszów.
— Zawołasz tu do mnie pokojowca mego Jana, a stangretowi memu Michałowi powiesz, aby założył mi konie do powozu!
Słowa te wypowiedziane były tak stanowczo, że Fryderykowi nie pozostawało nic więcej jak cofnąć się odedrzwi i iść spełniać otrzymane rozkazy. Odchodząc przeżegnał się lewą ręką: — W Imię Ojca i Syna... przypomniał więc sobie nareszcie nasz biedny hr. Cezary, że ma swoją służbę i swoje konie...
Wychodzący z mieszkania Fryderyk spotkał się we drzwiach z wchodzącym Pawełkiem, który szybko zbliżył się do Cezarego i wyciągnął doń obie dłonie.
— Wiem o wszystkiem, rzekł, i wszyscy już o wszystkiem wiedzą... Wszedłem do ciebie nie meldując się, bo mi cię żal wielki...
— Dziękuję, obojętnie bardzo rzekł Cezary i zwrócił się do wchodzącego lokaja.
— Ułóż wszystkie rzeczy moje, jak do drogi! rzekł.
— Na miłość Boską! zawołał Pawełek, co zamierzasz czynić? dokąd się udajesz?
— Niewiem, nic niewiem, głucho odpowiedział Cezary, to tylko wiem, że ani jednej nocy więcej nie przepędzę pod tym dachem!
— Cezary! próbował mitygować przyjaciela Pawełek. Pomyśl tylko...
— Myślałem wiele... przerwał Cezary, bardzo wiele... od tej chwili w której odebrali mi oni to co miałem najdroższego na świecie. O! dodał niosąc ku czołu obie dłonie, myślałem tak wiele, iż głowa pękała mi nieledwie od tych myśli...
— Ależ, poco te podejrzenia.... zaczął Pawełek.
— Milcz, milcz Pawełku, z wybuchem zawołał Cezary, odkąd zacząłem kochać i cierpieć, przestałem być dzieckiem ślepem i pokornem... stałem się strasznie domyślnym... Wiem. Oni go tam umyślnie posłali... oni dla pychy swojej, dla swojej własnej przyjemności, chcieli zadać mi cios ten... chcieli w tak straszliwy sposób zmiażdżyć serce de ce pauvre Cesar... Ale zawiedli się, dodał z gorzkim uśmiechem, zawiedli się straszliwie... Wilhelm ma więcej serca i honoru, niż oni tego spodziewali się, niż tego żądali....
Tu zwrócił się znowu do dwóch pokojowców krzątających się około układania rzeczy.
— Konie gotowe? zapytał.
— Nie jeszcze, panie hrabio! odpowiedział z sąsiedniego pokoju markotny głos Fryderyka.
Cezary gwałtownie postąpił ku drzwiom przedpokoju i otworzywszy je, zawołał do szwajcara:
— Waliński! powóz mój i konie! natychmiast!
Głos jego rozszedł się po wielkiej, pałacowej sieni, gniewnym i donośnym dźwiękiem.
— A słowo stało się ciałem! mruknął stary Fryderyk.
— Dokądże jedziesz? Cezary, gdzie cię mam szukać? pytał Pawełek.
— Do hotelu, jakiegokolwiek... wszystko mi jedno gdzie... potrzebuję samotności i spokoju, a tu...
Uśmiechnął się.
— Tu, nie chciano nawet uszanować boleści i wstydu mego... Wołano mię po trzy razy do różnych osób... Bądź zdrów, Pawełku...
— Potrafię cię znaleźć, odszepnął Pawełek silnie ściskając dłoń przyjaciela, która na gorący uścisk jego, zimnem tylko odpłaciła dotknięciem.





ROZDZIAŁ VII.

Hr. August późno wróciwszy z klubu, zasiadał dopiero we wschodnim swym szlafroku i z bursztynowym cybuszkiem w ustach, przed śniadaniową zastawą, gdy do gabinetu jego wpadł w zgrabnem, porannem ubraniu z aryetką jakąś na ustach, hr. Wilhelm.
Bonjour, Wilusiu! czy mogę wiedzieć, gdzie mi przepadasz od dni dwóch? nie było cię wczoraj ani w domu, ani w klubie?
Bonjour, papa, odparł syn pochylając się i składając pocałunek na czole ojcowskim. O! gdzie ja przepadam! to cała historya! suis-tu papa! je fais ma fin! j’epouse...
Hr. August drgnął cały i wlepił w twarz syna szeroko roztwarte oczy. Jakkolwiek twarz ta świeżą była i wesołą jak zwykle, malował się na niej jakiś cień zamyślenia, czy rozmarzenia który świadczył, że Wilhelm nie żartował wcale.
Tu épouse! wymówił hr. August wypuszczając z ręki łyżeczkę od kawy; A qui épouses tu donc si... si a l’improviste!
Cher papa, wymówił Wilhelm z ukłonem głębokim, wpółżartobliwym, wpółuroczystym, j’épouse Mlle Delice Kniks!...
Wrażenie jakie słowa te wywarły na hr. Augusta, dałoby się porównać tylko z tem, jakiego przed laty doznał ów Pompaliński pomniejszy, ojciec Pawełka i Leokadyi, w chwili gdy siedząc u okna oberży pińskiej, usłyszał słowa współobywateli swych dowodzące, że nie pochodził on z tych samych Pompalińskich! Tu jak tam śmiertelny atak apoplektyczny zdawał się być przez chwilę blizkim i nieuniknionym. Tu przecież jak tam, za szczególnem jakiemś zrządzeniem Opatrzności, atak ten nie nastąpił. Hr. August zrumieniony do szkarłatu, z wyprężonemi na czole żyłami, siedział sekund kilka jak skamieniały, nagle porwał się z krzesła, wyprężył się w całej swej wysokości i pięścią uderzając o stół, krzyknął:
Jamais! nigdy!
Wilhelm zbliżył się ku tak srodze rozgniewanemu ojcu swemu, ujął go łagodnie za obie ręce i posadził znowu na fotelu. Hr. August oniemiały i odurzony, posłusznym był jak dziecko. Wilhelm powtórnie pocałował go w czoło.
— Nie nigdy, cher papa, ale za miesiąc, rzekł bardzo stanowczym tonem: za miesiąc poprowadzę do ołtarza pannę Delicyą Kniksównę...
J’en mourrai! umrę! jęknął hr. August.
— Pewny jestem, cher papa, że nieszczęście to nie nastąpi. Chciej mię tylko posłuchać!
Mówiąc to, przysunął taboret do fotelu ojcowskiego i siadając zarzucił ramię na szyję ojca.
— Panna Delicya jest istotą prześliczną, zaczął.
Hr. August wstrząsnął obu rękami.
Ne m’en parles-pas! jęknął, je l’abhorre! to zły duch naszej rodziny!
— Jest to, cher papa, duch bardzo słodziutki i rozumniutki w najpiękniejszem pod słońcem ciele... Szaleję za nią!
— Szalałeś już za dziesiątkami kobiet Wilusiu, a nie ożeniłeś przecież z żadną!
— Do ożenienia się z panną Delicyą skłania mię nie tylko już zachwycenie, w którem ona mię pogrążyła, ale także i uczucie honoru!
Hr. August spojrzał na syna dziwnemi oczami. Pomimo przerażenia pod wpływem którego zostawał szczególny jakiś uśmieszek zabłądził na jego usta.
— Honoru? wymówił, diable! comme tu y allais! pocóż było tak się śpieszyć...
Honni soit qui mol y pense! odparł Wilhelm. Nie śpieszyłem się wcale i byłbym może wyszedł z historyi całej nieskazitelnym jak Józef Patryarcha, tembardziej że Delicya jest najskromniejszym i najczystszym kwiatkiem jaki widziałem kiedy... ale stało się... stało się tak, cher papa, że Cezary nadszedł w chwili właśnie, gdyśmy czynili sobie wzajemnie wyznania... wyznania drażliwej nieco dla uszu narzeczonego natury...
Teraz na twarzy hr. Augusta malował się znowu przestrach, ale całkiem już czem innem spowodowany.
— Nie wyzwał cię? rzucił prędko i z niepokojem patrząc na syna.
— Ani pomyślał o tem, odparł Wilhelm.
Dieu merci! splatając pulchne dłonie jak do modlitwy, szepnął hr. August. Lękam się zawsze o te pojedynki... jesteś tak zapalczywy, Wilusiu, a już i te dwa, które miałeś w swojem życiu, kosztowały mi dużo zdrowia...
— Widzisz, cher papa, jak szczęśliwie się składa! Nie zostałem wyzwanym i nie będę zabitym. Ożenię się z najpiękniejszą i najmilszą w świecie kobietą, zamieszkamy przy tobie i wszyscy troje będziemy zostawali aż do śmierci w nieskazitelnie wesołych humorach!
— Ależ to być nie może! ja na to nie zgodzę się nigdy! jest to zupełne niepodobieństwo! z gniewem a większą jeszcze trwogą wybuchnął znowu hr. August.
Wilhelm, białą dłonią poklepał ojca po ramieniu i poraz trzeci pocałował go w czoło,
— Jest to konieczność nieuchronna, cher papa! rzekł. Rozkochałem się szalenie w Delicyi, a do posiadania jej w żaden sposób dojść inaczej nie mogę, jak przez kościół i księdza...
Bêtisse! sarknął ojciec. Zrób nad sobą wysilenie... przezwycięż się...
— Nie mogę! jęknął Wilhelm, nie mam dostatecznej wprawy po temu... Byłeś dla mnie zawsze tak dobrym, papo tak niewypowiedzianie i niezmordowanie dobrym, że ani razu jeszcze w życiu mem nie byłem postawiony w konieczności zwyciężania się...
Mówiąc to ujął rękę ojca i pieszczotliwie spoglądając mu w oczy, przycisnął ją do ust.
— Byłem dla ciebie dobrym ojcem Wilusiu, zaczął August rozrzewnionym już nieco głosem, ale i ty także jesteś najlepszym i najmilszym w świecie chłopakiem... Byliśmy z sobą zawsze, nietylko już jako ojciec i syn, ale jako... chose... jako przyjaciele i dobrzy towarzysze... przez miłość dla mnie, Wilusiu, przezwycięż się... ten raz tylko... spróbuj... przezwycięż się...
— A obowiązek honoru? czy także mam go przezwyciężyć? zagadnął Wilhelm.
Dieu te garde, abyś kiedy chybił honorowi! ale jaki tu może być obowiązek?.. jaki honor?.. sam mówisz przecie, że pomiędzy wami... nie było, no,... chose... nie było nic takiego...
— Panna Delicya utraciła przezemnie partyą.. zerwanie z Cezarym, tak nagłe, skompromituje ją w oczach świata!
— Jakie tam skompromitowanie! w oczach jakiego tam świata! wróci do swojej puszczy i znajdzie tam sobie jakiego Kiksa czy Szyksa... Si c’etait au moins une femme du monde, ale parafianeczka jakaś... wnuczka łapciastego szlachcica...
Cher papa, rzeki Wilhelm, ani wyobrazić sobie nie możesz, jak teraz świat postępuje szybko! Parafianeczka o której mówisz, zostawszy moją żoną, będzie najwytworniejszą i najświetniejszą ze wszystkich dam, którym kiedykolwiek wielki świat hołdy swe składał... C’est une creature vraiment delicieuse! Delikatna jak lilia, rozkoszna jak niebo, wabna i zręczna jak wszystkie szatany...
Hr. August spojrzał znowu na syna z tajemnym jakimś uśmieszkiem w oczach i na ustach.
— Czy naprawdę jest tak piękną i... chose... tak powabną?
— Niczego w świecie nie pragnąłbym tyle jak tego, abyś ją sam poznał i ocenił, cher papa!
— Za nic! energicznie sprzeciwił się ojciec, za nic nie pozwolę na to małżeństwo!
Rozmowa ta pomiędzy ojcem a synem, trwała jeszcze bardzo długo. Hr. August unosił się, to miękł naprzemian, Wilhelm wyczerpywał wszystkie bogate zasoby ponęt i pieszczot swych, aby niemi rozbroić i ku ostatecznemu ustępstwu skłonić miękkie zawsze dla niego serce ojcowskie. Przyszło do tego nakoniec, że hr. August przyłożył chustkę do łzami zroszonych oczów.
— Cóż znowu? cher papa! papcio płacze! ależ ja na to patrzeć nie mogę! z żalem zawołał Wilhelm.
Hr. August nie odsłaniając oczu, przerywanym głosem mówić zaczął.
— Płaczę po nadziejach moich, które... chose... pokładałem na tobie! Marzyłem zawsze że będziesz klejnotem rodu naszego...
— Alboż nim nie jestem? chyba zechcesz, cher papa, Mścisława i Cezarka uważać za klejnoty rodu! smutne klejnoty! jeden spróchniały, drugi nieoszlifowany!
— Dumny byłem tobą i zwracałem się zawsze z gorącem podziękowaniem do Boga i do... chose... mojej nieodżałowanej Berty, że obdarzyli mię synem takim jak ty, nie takim jak tamci... Ale teraz, małżeństwo to, na które zresztą nie pozwalam, stanowczo nie pozwalam... upokorzy mię strasznie w oczach hrabiny... Uf! będzie tryumfowała... cette douce vipère!
— Nie dbaj oto, cher papa!
— Nie dbaj! Mścisław ożeni się pewnie z księżniczką B. A ty... avec une... Miks... Szyks... Kiks... Gdyby tam były przynajmniej miliony!.,
— Będą miliony, cher papa!
Hr. August odsłonił oczy.
— Będą? zapytał przeciągle. A zkądze ci Kniksowie mieć je mogą? czy fałszują pieniądze?
— Nie, papciu, zaśmiał się Wilhelm, ale pani Kniksowa czytała mi wczoraj list od pani jenerałowej Orczyńskiej...
— Od jenerałowej? powtórzył hr. August, a oczy jego oschły nagle z łez i stały się bardzo uważnemi.
— Od jenerałowej, która dziwnym trochę co prawda stylem... pisze do pani Kniksowej, że jeżeli córka jej wyjdzie za hrabiego Pompalińskiego, zostanie notowaną w jej testamencie...
— Za którego hrabiego Pompalińskiego?
— Naturalnie, jenerałowa musiała mieć na myśli Cezarka, o mnie bowiem podówczas wiedzy i słychu jeszcze w tamtych okolicach nie było... Myślę jednak że dla niej wszystko jedno być musi który z Pompalińskich...
— Wszystko jedno! zawołał hr. August powstając; voilà une idée! ty czy Cezarek, wszystko jedno! Dla mnie zaś rzecz to widoczna i najpoważniejsza, że jeżeli miała zapisać coś tej pannie... chose... w razie małżeństwa jej z Cezarkiem, to gdy wyjdzie ona za ciebie zapisze jej dwa, trzy, dziesięć razy więcej. A chacun selon ses mérites! tak, tak, niezawodnie!
Przeszedł się parę razy po pokoju i stanął przed synem.
Eh bien! ileż tam te sperandy sięgać mogą? ? jakie może 20 tysięcy... szlachecki posażek...
— Szlacheckich posażków nie daje się hrabinom cher papa! Mówiła mi pani Kniksowa... tak sobie... nawiasem że spodziewa się od ciotki swej dla Delicyi jakich 300 a może i 500 tysięcy rubli.
Phi! gwiznął przeciągle hr. August. Świetne marzenia tej twojej pani... chose! Au fait, dodał po namyśle, nic w tem zresztą niema nieprawdopodobnego! Baba wzięła po mężu ogromną fortunę... a sknerą będąc, powiększyła ją w dwójnasób... Milion rubli kapitału jest tam w szkatule... oprócz dóbr i kosztowności... wiem o tem z pewnych źródeł.
Chodził i myślał znowu.
Au fait, powtórzył, nic wtem niema nieprawdopodobnego. Pompalińska z domu i wychowana u naszych rodziców... Chce może coś zrobić dla Pompalińskich w delikatny sposób... inaczej, jakżeby zrozumieć tę klauzulę: jeżeli panna... chose... wyjdzie za hrabiego Pompalińskiego!
Wilhelm milczał i zdawało się, że myśl jego była już gdzieś daleko. Uśmiechał się do tej myśli.
Hr. August chodził jeszcze chwilę po pokoju i myślał. Stanął potem znowu przed synem i wyjmując z ust cybuszek rzekł zcicha.
— Wiesz Wilusiu, że sumka taka przyszłaby nam w porę... bardzo w porę... odłużyliśmy się już trochę, no trochę tylko dotąd, ale hr. Światoslaw powiedział mi niedawno: ça ira! a słowo to dało mi do myślenia... Gdybyś chciał jeszcze tracić, Wilusiu... W Aleksin dużo wsadzić trzeba żeby fabryki zrestaurować i znowu w bieg puścić... 500 tysięcy rubli, choćby trzysta... to już nieźle... wcale nieźle...
— Papa, nagle powstając rzekł Wilhelm, ubieraj się i jedźmy do tych pań...
Słowa te wywołały nową, a długą sprzeczkę, której przecież ostatnim argumentem było rzucenie się Wilhelma na szyję ojca i okrycie tłustych policzków jego pieszczotliwemi pocałunkami, a ostatecznym wynikiem, mknięcie przez ulice Warszawy eleganckiego tilbury, który wiózł ku Europejskiemu hotelowi i ojca i syna.
W parę godzin potem ojciec i syn wchodzili znowu do jednego z salonów ślicznego swego pałacyku.
Eh bien papa? w tryumfującej postawie stając przed ojcem zapytał Wilhelm.
Eh bien! zawołał hr. August, Cezary jest najbieglejszym na świecie nurkiem... odnalazł i przywiózł tu nam prawdziwą perłę... cacko! Wilusiu, królewski kąsek ta panna Delicya! a mama! Mon Dieu! jak się też ta prowincya szybko cywilizuje! Jaka maniera! co za dystynkcya! a jak były ubrane! a czy uważałeś z jakim taktem, z jaką wspaniałą indyferencyą rozpoczęła ona ze mną rozmowę o liście jenerałowej i pokazała mi go potem... tak; widziałem czarno na białem... „Delicya będzie notowaną w moim testamencie!“ a testament jenerałowej to Kalifornja, mon cher!
Mówiąc tak hr. August z rozpromienioną twarzą stał przed źwierciadłem i układał faworyty swe w kształt symetrycznych wachlarzy. Nagle zwrócił się do syna.
Sais tu? zawołał, przyszła mi myśl... mais une idée... bierz córkę, a ja ożenię się z matką... ze swoim waryatem niech weźmie rozwód... sais-tu? jak ją osypię brylantami i wprowadzę do salonów, zaćmi hrabinę Wiktoryą... zobaczysz że zaćmi...
C’est une idée folle, papa, wymówił Wilhelm, avec ta soixantaine bien sonnée...
Hélas! westchnął hr. August, avec ma soixantaine... eh bien! cieszyć się będę twojem szczęściem... tylko...
Westchnął znowu.
— Tylko... wiesz, Wilusiu? żeby ona inaczej nazywała się... Z Kniksów Pompalińska... ça sonne diablement faux!
— Mam pomysł! zawołał śmiejąc się Wilhelm, przemienimy jedną tylko literę w nazwisku Delicyi, dwie inne przemieścimy i wylitografujemy na jej biletach: z Kingsów Pompalińska...
— Z Kingsów, zastanowił się hr. August, c’est mieux, c’est beaucoup mieux... Kings... przez g... brzmi to z angielskiego jakoś...
— I nawodzi na myśl cóś o królach, dodał śmiejąc się wciąż Wilhelm, King... król... Kings... z królów może...
Oui oui, oui! potakiwał ojciec, et sais tu encore, mon garçon, że bliżej przyjrzawszy się niepodobna uwierzyć, aby pani Kings rodziła się ze Skórkowskiej... une feme si distinguée, comment donc! trzeba będzie tylko rozejrzeć się lepiej w jej familijnych papierach... ale my to już zrobimy...
— Naturalnie, odparł Wilhelm.
— Co do tego ich przydomku... pałka czy trzaska... il est absurde! trzeba będzie w papierach familijnych inny jaki wynaleźć... no, ale mniejsza o to! kobieta może się nawet obejść zupełnie bez przydomka... Et maintenant, mon garçon, pomówmy o twojem weselu...
— Najnudniejszy to punkt w całej sprawie, zauważył Wilhelm.
— Ale bardzo ważny... bardzo ważny... nous ne sommes pas paysans, mon cher i musimy stosować się do świata... Mojem zdaniem, trzebaby tu obmyślić cóś oryginalnego... cóś w nowym zupełnie guście... cóś, coby ludziom usta pozamykało... będą bo mówić... hélas! będą nieładnie mówić! Otóż, j’ai une idée! mon garçon. Sprosimy ztąd pewne kółko osób... niewielkie... l’élite de la societé... rozumiesz? zamówimy sobie cały pociąg... tu comprends, pociąg zupełnie osobny i ruszymy na ślub do Wilna... do Ostrej bramy... tu comprends, do stolicy niby i do potronki naszej rodzinnej prowincyi... Będzie to i oryginalne i ostentacyjne i religijne i chose... nacyonalne...
— Ja mam zupełnie inny projekt, odparł Wilhelm, wziąłbym najchętniej ślub zagranicą...
— Gdzie naprzykład, gdzie? pytał z iskrzącemi się oczami hr. August.
— Wszędzie gdzie będę mógł być zdaleka od nieznośnych gwarów gawiedzi i, pardonnez moi papa, od niedyskretnych oczów naszego świata. W Dreźnie, w Paryżu... w Rzymie.
Va pour Rome! zawołał powstając hr. August. C’est une idée! Ślub wzięty w stolicy chrześcijaństwa... potem błogosławieństwo Ojca Ś-go i poślubna podróż dokąd? Do Notre Dame de Lourdes par éxemple... Będzie to także oryginalne... ostentacyjne i... religijne... Cette pauvre comtesse spazmów dostanie z zazdrości, et ça fera toujours mousser le nom!...





ROZDZIAŁ VIII.

W tej samej prawie porze w której hr. August i syn jego, układali tak wesołe i świetne plany przyszłych uroczystości weselnych, Pawełek Pompaliński wchodził do dość obszernego i wykwintnego apartamentu, położonego na pierwszem piętrze jednego z pierwszorzędnych hoteli warszawskich.
W apartamencie tym, w saloniku, na małej kanapie siedział z książką na kolanach i skronią na dłoni wspartą Cezary. W powierzchowności jego zaszły przez upłynioną dobę zmiany wielkie. Wychudł i pobladł bardzo, oczy jego podkrążyły się i błyszczały jednostajnem wciąż posępnem światłem. Znać w nim było człowieka nurtowanego do głębi wielkim, upartym bólem, a nie mogącego w całej istocie swej moralnej i umysłowej wynaleźć najlżejszego na ból ten lekarstwa, najlżejszej, chwilowej choćby ulgi. Blade wargi dumnie i gniewnie zacięte, gdy opuszczał pałac stryja, siedlisko całej prawie rodziny swej, układały się teraz znowu w wyraz łagodny acz głęboko smutny, a postać która pod wpływem spotęgowanego do najwyższej miary rozdrażnienia, wyprostowała się była hardo i wyzywająco, przygarbiła się nieco i zdradzała bierną jakąś bezsilność, bezzaradny upadek znękanego ducha.
Ujrzawszy wchodzącego Pawełka, Cezary podniósł się z kanapki i powitał dawnego towarzysza swego uściskiem dłoni milczącym, ale cieplejszym już daleko od tego którym go był w przed dzień pożegnał.
— Odszukałem cię Cezary, zaczął siadając Pawełek, i nie było to zresztą wcale rzeczą trudną. Żaden Pompaliński, prócz mnie, utonąć nie może w Warszawie bez wieści, a o schronieniu twojem wiem już nie tylko ja, ale wiedzą wszyscy w pałacu.
— Nic dziwnego, zniżonym, obojętnym głosem odrzekł Cezary, nie pomyślałem nawet o tem, aby czynić tajemnicę z tego gdzie jestem. Chciałem tylko być samotnym, zupełnie samotnym i dla tego tu zamieszkałem.
— Na czas jakiś zapewne, podjął Pawełek.
— Niewiem, krótko brzmiała odpowiedź Cezarego.
— Jeżeli mam prawdę wyznać, wysyłano mię już z pałacu w poselstwie do ciebie dwa razy.... Wczoraj i dziś z rana... Wymówiłem się, bom mniemał że będzie to jeszcze zawcześnie i że mógłbym ci być natrętnym. I teraz zresztą jakkolwiek przyszedłem tu, nie myślę sprawować w obec ciebie poselstwa żadnego.
— Proszę cię o to Pawełku! żywiej nieco przerwał młody hrabia.
— Mam nadzieję przecież, że mi przebaczysz, jeśli powodowany przychylnością i niepokojem o ciebie, będę niedyskretnym i zapytam się co uczynić, dokąd udać się zamierzasz?
Cezary milczał chwilę z oczami w ziemię utkwionemi.
— Nie wiem, powtórzył, a po chwili dodał, jestem teraz podobny do jednego z tych rozbitków wyrzuconych na bezludną wyspę, o których historye różne lubiłem zawsze czytać....
Pawełek przyglądał się mu sekund kilka uważnie.
— Nie gniewaj się Cezary, rzekł, ale muszę ci powiedzieć, że wnosząc z usposobienia, w jakiem opuszczałeś pałac, spodziewałem się znaleźć cię innym, wcale innym.... Mniemałem że zdobędziesz się na męztwo, silną wolę i samodzielną odwagę.
Cezary spojrzał na towarzysza wzrokiem zdziwionym trochę, trochę szyderskim.
— Zkądżeby wszystkie przymioty te wziąść się mogły Pawełku? zapytał zwolna.
Powstał i w głębokim jakby namyśle zatopiony, chodził dość długo i bardzo powoli po pokoju. Nagle upadł raczej niż usiadł na kanapę, oparł łokcie o stół i twarz ukrywając w dłoniach, zawołał z dziecięcym prawie, skarżącym się żalem:
— O mój Pawełku! ty nie pojmujesz! ty nie wyobrażasz nawet sobie, jak jestem nieszczęśliwy! Nie wiem co pocznę! nie wiem gdzie się obrócę, świat dla mnie to wielka pustynia, w której na każdym kroku spotykałem tylko obojętność dla siebie, lub gorzej... gorzej jeszcze... fałsz, kłamstwo! Być może iż jestem już takim, że przez nikogo kochanym i na cokolwiek komu potrzebnym być nie mogę! lecz w takim razie, pocóż żyję?
Pawełek milczał długo i z przychylną litością spoglądał na pochyloną w bezzaradnym żalu głowę młodego człowieka. Zdawał się myśleć nad czemś i wahać się w postanowieniu czegoś. Wstał nakoniec, zbliżył się do towarzysza i położył mu dłoń na ramieniu,
— Cezary, rzekł z cicha, czy nic już więcej nie potrafisz nigdy, jak skarżyć się dziecinnie i ubolewać nad samym sobą? czy żadnej innej drogi dla siebie nie dojrzysz, jak ta która przez samolubne pieszczenie się z własną boleścią prowadzi wprost ku jałowej rozpaczy i dziecięcej karności.
Cezary milczał.
— Widzisz, ciągnął Pawełek, milczysz bo mimo wiedzy twej może słyszysz w sobie głos sumienia, które mówi ci, że źle i nierozsądnie czynisz!
— Jakże mam czynić? stłumionym głosem i nie podnosząc twarzy w dłoniach ukrytej, wyrzekł Cezary: Jestem przecież dzieckiem bezmyślnem i słabem i tak okropnie o, mój Boże, jak okropnie zranionem....
— Nie, rzekł z mocą Pawełek, nie jesteś dzieckiem bezmyślnem, jesteś tylko człowiekiem słabym, w pieluchach chowanym i na pasku wodzonym dotąd.... Lecz powinieneś być mężczyzną — człowiekiem i dać dowody, że być nim możesz....
Usiadł i myślał jeszcze chwilę. Potem zniżonym i łagodnym głosem, z wyrazem głębokiego uczucia w oczach, mówić zaczął:
— Długo milczałem. Nieraz gdym był z tobą, słowa na gwałt z ust mi się wyrywały, ale — powstrzymywałem je przez obawy i skrupuły różne. Teraz jednak Cezary, czas jest abym okazał się szczerym, wiernym przyjacielem twoim, abym odrobiną myśli i doświadczeń moich, odpłacił jednemu z rodziny waszej.... najlepszemu jak mniemam z rodziny tej, za chleb który u was jadłem, za tę trochę umysłowego światła, którą w domu waszym otrzymałem. Widzę przed tobą Cezary, drogi wielkie i jasne i jestem przekonany, że zdołasz wejść na nie i iść nimi. Milczeć nie mogę dłużej. Opowiem ci naprzód własną historyą twoją....
Cezary podniósł na towarzysza oczy ciekawe i ożywione już nieco, ale zakrył je wnet znowu dłońmi. Pawełek mówił dalej:
— W rodzinie pewnej bardzo bogatej a bardziej jeszcze dumnej, przyszło na świat dziecię. Było to z rzędu drugie dziecię, drugi syn.... Przed nim istniał już syn jeden, ukochany, wypieszczony, genjalny od pierwszej chwili urodzenia, do matki i jej świetnego rodu rysami twarzy podobny.... ten który po nim przyszedł na świat, stawał się współdziedzicem jego, okradał tedy brata z połowy jego milionów i... był to jego grzech pierworodny....
— A! nie podnosząc głowy, jęknął Cezary.
— Tak, rzekł Pawełek, trzeba ażebyś wszystko wiedział i dni swego życia jak paciorki przebrał od kolebki samej.... inaczej nie zrozumiesz nigdy wszystkiego w zupełności.... Owóż, dziecię o którem mówię, nie było wcale podobnem do genjalnego i przepięknego brata swego.... Urodziło się brzydkie i krzykliwe.... Krzyczenie zaś, w kolebce choćby leżącego dziecka, poczytywało się w rodzinie owej za nieprzyzwoitość najwyższą i brak dystynkcyi.... Wzrastając, niezgrabnem było i nieśmiałem, przez niezgrabność tłukło kosztowne cacka zdobiące gotowalnię matki, przez nieśmiałość zaniedbywało dowcipnym szczebiotem ozdabiać i rozweselać chwile jej w dziecinnym pokoju spędzane.... Oto był drugi grzech jego.
— Tak, wyrzekł głucho Cezary, pamiętam to.
— Następnie, ciągnął Pawełek, dziecię to wyrastając w chłopięcia, szczególnie złym akcentem mówiło po francuzku. Polska krtań jego nigdy z dostateczną charkawością wymówić nie zdołała r francuzkiego. Kiedy już stał się młodzieńcem, konno jeździć było mu bardzo trudno, bo wiecznie zalęknionym i zmieszanym czuł się w obec tych, którzy na niego patrzeli, na kartach się nie znał, broni palnej nie lubił, metressy żadnej nie miał nigdy, w świecie nie sprawił żadnej furory, żadnego brio, od którego nakształt szampana szumiećby mogło imie jego rodowe.... było to już wiele grzechów, aż nadto wiele, aby sprowadzić nań pogardę i niechęć matki naprzód, całej rodziny potem, wszystkich tych nakoniec, którzy przed rodziną tą czołem biją i prochy pochlebniczemi usty zmiatają....
— Tak, powtórzył Cezary, pogardę i niechęć....
Głos jego drżał ponurym, gniewnym już dźwiękiem, Pawełek mówił dalej:
— Ale w dziecięciu tem nielubionem i wzgardzonem, istniały wielkie zarody dobra.... skarby uczucia i skarby może pojętnej myśli.... Było ono szczere, dziecię to czyste jak kryształ, jak dyament, żadną skazą obyczaju złego, lub złej skłonności nieskalanem.... Ale uczucia jego odtrącone i ranione na każdym kroku, zwijały się w sobie albo rozpraszały się na drobną monetę błahej litości, lub drobiazgowych dobrych uczynków.... myśl jego skrępowana, przelękniona utuliła się w najgłębszym kątku mózgu jego i samej sobie mówiła: nie istnieję wcale!
Cezary podniósł głowę i błyszczącemi oczami patrząc na Pawełka, wymówił stłumionym głosem:
— Tak, tak!
— Wmówiono mu, że jest do niczego niezdolnym, że jest bon à rien i ono uwierzyło temu, bezsilnem się uczuło i pozwoliło obracać sobą jak lalką....
— Tak! tak, głośniej już i z oczami wlepionemi w twarz mówiącego powtórzył Cezary.
— Tak było, ale tak trwać wiecznie nie mogło; rzekł jeszcze Pawełek; trzeba było tylko silnego uderzenia, aby to co stworzonem było przez naturę i tlało w głębi istoty dziecka tego cicho i niewidzialnie, wywinęło się z pieluch, wzrosło i wybuchło.... Nadeszło uderzenie to, dziecię doświadczyło wielkiej miłości i wielkiej potem boleści i stanęło na nogach własnych, targnęło pęta swe i ryknęło jak lew....
Tu uśmiechnął się Pawełek i powstając położył znowu dłoń na ramieniu towarzysza.
— Ale nic na świecie nie ginie, mój Cezary i żadna przyczyna bez skutku nie pozostaje. Porwałeś się i ryknąłeś jak lew, ale pochyliłeś się znowu i zapłakałeś jak dziecko. Inaczej być nie mogło. Lecz trwać to powinno, trwać to musi chwilę tylko. Powstaniesz znowu Cezary i pójdziesz drogą twoją wielką i jasną....
Cezary siedział już teraz wyprostowany z pałającem okiem, i w silnym uścisku trzymał dłoń przyjaciela.
— Jaką jest ta droga? gdzie jest ta droga? zawołał. O, mój Boże, zdaje się że widzę ją.... przed oczami staje mi stary Kniks... ten człowiek obłąkany z miłości dla ludzi... zdaje mi się że w uszach brzmią mi słowa, które do mnie mówił....
— Wiem, rzekł Pawełek, mówił ci on, że Pompalińscy nigdy nic nie czynili... Ty Cezary przed którym nikt nigdy nie uderzał pokłonów kornych, którego umysłu nie zaćmił i serca nie zepsuł dym pochlebstw i szał swawoli, z duszą twoją czystą, nieznękaną wolą i sercem spragnionem miłości, w którą inni nie wierzą już nawet, zostaniesz jedynym Pompalińskim, który czynić będzie wiele i dobrze....
— O! gorącym szeptem i z oczami w przestrzeń utkwionemi mówił Cezary, widzę, słyszę starego Kniksa! O, święty człowieku, który postradałeś rozum przez miłość dla ludzi, jakże wiele, wiele uczyniłeś mnie dobrego!....
Czarne oczy Pawełka błyszczały ogniem zapału i łzą rozrzewnienia. Ubogi krewny, rezydent żyjący na chlebie łaskawym, pierwszy raz może w swem życiu uczuł się w pełni godności swej człowieczej, uczuł że czyni cóś pięknego i użytecznego, że sowicie odpłaca za chleb otrzymany temu, który sierotę w dom go swój przyjął, pomagając do dźwignięcia się i zmężnienia synowi jego.
— Cezary, rzekł, ty masz miliony....
Szyderski, smutny uśmiech osiadł znowu na ustach Cezarego.
— Mój Pawełku, rzekł, miliony te były dla mnie zawsze kajdanami, a potem stały się przyczyną okropnego złudzenia i zawodu. Wierzaj mi, że wiele, wiele razy w mem życiu, gdy zatrzymywałem się nagle śród pola na wsi, lub śród ulicy w mieście, a wszyscy myśleli ze jestem pół idiotą gapię się na cóś bezmyślnie, jam patrzał na biednego wyrobnika jakiego, który rzeźki i swobodny, śpiewając pracował albo spokojny i poważny spoczywał po pracy otoczony temi, którzy go kochali. Ileż razy myślałem, że gdybym się był nie urodził Pompalińskim byłbym sto razy, milion razy szczęśliwszym.
— O Pompalińskiego mniejsza, uśmiechnął się Pawełek, ale co do milionów to gardziłeś niemi dla tego Cezary, że ogromną i rzeczywistą wartość ich i potęgę znają najczęściej ci tylko ludzie na świecie, którzy, niestety! ich nie posiadają.
— Tak, tak! zawołał Cezary, ale ja także poznać je muszę. Stary Kniks powiedział do mnie: jesteś młodym, silnym i masz miliony...
— Zaprawdę! waryat ten więcej ma jeszcze rozumu od tych, którzy śród świata za mędrców uchodzą! On nie powiedział ci pewnie: używaj milionów swych na picie szampana, na pozłacanie zielonych stołów, na kupowanie sobie sprzedajnych kobiet.
— Nie Pawełku, on mi powiedział, masz miliony, możesz z pomocą ich uczynisz cóś dobrego.
— I nie mając rodziny, któraby cię kochała, ciągnął Pawełek, stworzysz sobie rodzinę ze wszystkich tych, którym łzy z oczu otrzesz i myśl z ciemnej niewiadomości podźwigniesz i myślą swą próżnującą dotąd, bo zafukaną do wielkich źródeł światła podniesiesz i z nich wiadomości poczerpniesz jakim sposobem, zamiast rozdawać na ulicach jabłka dzieciom i grosze żebrakom, zużytkować masz dobroć swą i fortunę i wznieść cóś wielkiego i trwałego....
Cezary stał już przed Pawełkiem z podniesioną głową i iskrzącem się okiem.
— Pawełku! zawołał, teraz dopiero zrozumiałem jasno, kim jestem i co mi czynić wypada. Dziękuję ci!
Ujął w swe ręce obie dłonie przyjaciela i dodał z cicha:
— Więc mogę jeszcze być kochanym i szczęśliwym.
Zamyślił się na chwilę z okiem wlepionem w przestrzeń, tak jakby przypatrywał się czemuś zdaleka mu przez wyobraźnią własną ukazywanemu, potem dodał z cicha:
— To prawda! to prawda! cóż znaczy boleść moja w porównaniu z boleścią człowieka tego, który cierpiał za.... miliony ludzi!
— A jednak, dokończył po chwili, i ja także cierpię bardzo, Pawełku! cóżem winien, że cierpię jeszcze?.. ja ją tak szczerze, tak ogromnie kochałem, jam się do nich tam wszystkich jak dziecię przywiązał.
— I cierpieć będziesz długo jeszcze, odpowiedział Pawełek; dopóty zapewne, dopóki bólu twego nie pochłonie nowe całkiem życie.
— O! Chciałbym już zacząć, to nowe życie! z pełni piersi zawołał Cezary, prędzej mógłbym zapomnieć.... prędzej może stałbym się czemś... dla kogóś!...
Pawełek milczał chwilę w zamyśleniu.
— A! rzekł powstając, niechże ja te pierwsze chwile nowego życia twego, Cezary, wyzyskam dla tych których kocham.... Chodź, zaprowadzę cię do ludzi prawdziwie nieszczęśliwych.
— Do rodziców twej ukochanej, Pawełku? zapytał Cezary ujmując ręce przyjaciela.
— Pójdźmy Pawełku! pójdźmy! mówił dalej śpiesznie ubierając się już do wyjścia.
— Po drodze opowiem ci ich historyą, rzekł Pawełek.
Po chwili dwaj młodzi ludzie, ręka w rękę opuszczali ciasne i wyzłocone, a świat szeroki przed oczami smutkiem zamglonemi zakrywające ściany, hotelowego mieszkania.





ROZDZIAŁ IX.

Na poddaszach, w suterenach, w nędznych lepiankach tulących się do ziemi, we wszelkich słowem siedliskach biedy i smutku, zmrok wieczorny daleko prędzej zapada niż w obszernych, wielkiemi oknami na świat spoglądających, szerokiemi, a widnemi przestrzeniami okolonych miejscach bogactwa i wesołości. Dziwię się temu doprawdy, bo myślę, że słońce dłużej przyświecaćby powinno tym, dla których bywa ono jedyną znaną i widzialną lampą balową, że mroki nocne krótszemi być powinny dla tych, którym troska i trudy, spędzają sen z powiek. Pomimo jednak zdziwienia mego tak zwykle na świecie bywa, tak też bywało i w ciasnych izdebkach, pod dachem wysokiej, starej kamienicy położonych, a przez państwa Wandalinostwa zamieszkiwanych. Śród szerokich ulic i obszernych placów miasta, jaśniał jeszcze dzień biały prawie, kiedy na wąziuchnej uliczce, ostawionej wysokiemi i od starości kruszącemi się niemal murami szaro już robiło się i mroczno; w komnatach białych ozdobnych domostw, rozpoczynała się zaledwie urocza i poetyczna szara godzina, gdy do izdebek szczerniałych i chropowatych kamienic zawitały już na dobre godziny czarnych ciemności i nadciągających wraz z niemi — czarnych myśli.
W bawialnej izdebce, tak pompatycznie nazywanej niekiedy przez p. Wandalina solonem, przed wązką twardą kanapką paliła się niewielka lampka. Przy stole na twardym drewnianym stołku, siedziała p. Wandalinowa i ze schyloną nizko głową, bardzo pilnie zszywała grube jakieś płótno.
Bawialna izdebka daleko smutniej jeszcze wyglądała jak przed parą tygodniami. Po pierwsze było w niej daleko zimniej; bardzo nawet zimno; powtóre nie rozweselał już ją blask i trzask ognia, w przyległej kuchni na kominku rozpalonego; potrzecie zniknęły z niej trzy przedmioty, które przyozdabiały ją wprzódy. Albumu z malachitową oprawą na stole, fotografii w rzeźbionych ramach na ścianie i złotego naparstka na palcu szyjącej kobiety — nie było. Kędy podziały się przedmioty te tak drogie zubożałej i osamotnionej rodzinie, bo przypominające jej dawne dobre czasy dostatku, wesela i przyjaźni ludzkiej? Stoczyły się one zapewne po tym jedynym stopniu, który przed paru tygodniami dzielił jeszcze państwa Wandalinostwa od ostatecznego ubóstwa i spadły w leżącą teraz tuż przed ich stopami czeluść ciemną, zawierającą w sobie ostateczną nędzę
Dzieje kilku tych tygodni, które sprowadziły państwa Wandalinowstwa ze stopnia znośnego niedostatku, na którym zatrzymali się byli przez czas jakiś, na stopień ostatecznego ubóstwa, były bardzo proste i bardzo zwykłe i bardzo krótkie.
Rózia zachorowała i nie mogła już więcej chodzić do fabryki oygar; pani Wandalinowej odmówiono lekcyj, bo kandydatek na takowe w owych ciężkich czasach było mnóstwo niesłychane, a pani Adela nie sposobiąc się nigdy w swojem życiu do stanu nauczycielskiego, nauczycielką była mniej niż mierną. Pan Wandalin nie otrzymał pracy żadnej.
Oto wszystko co zaszło i stało się w losie państwa Wandalinowstwa. Wystarczyło to aby wygnać z ciasnych izdebek tę odrobinę spokoju i dostatku, która istniała była u nich jeszcze.
Cisza głęboka panowała w chłodnem, nagiem, wpółciemnem mieszkanku. Nie przerywał ją ani łoskot, ani gwar miejski, uliczka bowiem wązka i ciemna cichą była i niemal pustą, a na piętro najwyższe kamienicy przedzierały się we dnie nawet słabe zaledwie odgłosy zewnętrznego miejskiego życia.
Ciszę tę przerywał za to odzywający się od czasu z za wielkiego parawana, w kuchni ustawionego, krótki, suchy kaszelek leżącej na łóżku Rózi, albo też stuk siekiery kędyś w poblizkiej sieni jakiejś czy kuchni drzewo rąbiącej.
Zastukano do drzwi. Pani Wandalinowa szybko podniosła się z krzesła.
— Czy to ty Wandalinie? zapytała.
— Ja Adelciu, odpowiedział za drzwiami miękki zniżony głos męzki, a po chwili do kuchenki oświetlonej słabym przez otwarte drzwi wnikającym blaskiem lampy w bawialnej izdebce palącej się, wszedł pan Wandalin. Pomimo dobrego mroku, który panował dnia tego na dworze, p. Wandalin niósł surdut swój na ramieniu, a zmęczony ogromnie, zziajany, rękawem od koszuli ocierał pot kroplisty spływający mu po rumianem zawsze i jak księżyc w pełni okrągłem obliczu.
— Tom się dopiero spracował dziś Adelciu, rzekł sapiąc głośno i z ciężkością surdut przywdziewając. Urąbałem drzewa, tam na trzeciem piętrze.. Wystarczy im już chyba na jakie dni kilka... Niebogaci ludziska, ale zapłacili mi zaraz... Ot macie... złotówkę całą zarobiłem... niechże mi nikt dziś nie mówi, że Ciastusiem jestem!....
Mówiąc to p. Wandalin składał na stole przed żoną, białą błyszczącą monetę.
— Będzie jutro chleb za to i trochę krupniku może.... Na drewka zarobię może znowu, bom już tam szepnął kucharce tych państwa co na 1-m piętrze, aby nikomu innemu drzewa do rąbania nie dawali.... Poczciwa kobiecina przyrzekła i mówiła, że może nawet jutro zrana robota będzie....
Sapał ogromnie mówiąc to p. Wandalin i wciąż sobie pot ocierał z twarzy, która jednak promieniała widocznem bardzo wewnętrznem zadowoleniem, uczuciem tryumfu nieledwie. Krótko trwałą przecież była radość ta ojca rodziny, z poczucia użyteczności własnej i spełnionego obowiązku poczerpnięta. Przerwał ją suchy, krótki kaszelek odzywający się znowu w kuchence, z za parawana. Czoło pana Wandalina zmarszczyło się w kilka fałd poprzecznych i głębokich.
— Kaszle ciągle? wymówił bardzo cicho patrząc na żonę niespokojnym wzrokiem i wskazujący palec ku parawanowi wyciągając.
Pani Adela która siedziała już na uprzedniem miejscu i szyła pilnie, milcząco skinęła głową.
— Byłyście dziś u doktora? zapytał p. Wandalin siadając i pochylając się ku żonie.
— Byłyśmy, odrzekła p. Adela nie podnosząc oczu.
— Cóż powiedział?
— To samo co i dwa tygodnie temu, kiedy zabronił Rózi chodzić do fabryki tytoniu. Kazał jej jeść jaknajwięcej mięsa i pić wody Emskie....
— Jak najwięcej mięsa.... wody Emskie.... machinalnie jakby powtórzył p. Wandalin i pozostał przez chwilę z postawą osłupiałą, z otwartemi usty i oczami szklisto wlepionemi w twarz żony.
— Zkądże wziąść mięso?.. za cóż kupić te wody?.. wyszeptał nakoniec i z ciężkiem westchnieniem nizko pochylił głowę.
Pani Adela za to podniosła twarz. Ciemne, pojętne, poczciwe jej oczy utkwiły na chwilę w znękanej twarzy męża z wyrazem głębokiego współczucia... Wyciągnęła rękę uzbrojoną brzydkim mosiężnym naparstkiem i powiodła dłonią po zbrużdżonem i nizko pochylonem czole męża.
— Cóż robić? Mój Wandalinie, szepnęła łagodnie. Robiemy co możemy. Sprzedaliśmy na komorne wszystko cośmy mieli u siebie trochę kosztowniejszego. Ja szyję od rana do nocy, ty od trzech dni już rąbiesz drzewo....
— Cóż z tego? jęknął p. Wandalin, kiedy dziecka naszego ratować nie możemy....
Pani Adela wstrząsnęła głową z powątpiewaniem jakiemś.
— Zapewne, mówiła zawsze bardzo cicho, aby słowa jej w sąsiedniej izdebce usłyszanemi być nie mogły; lepsze wygody i lekarstwa przydałyby się zapewne Rózi.... ja jednak po babsku może na rzeczy patrząc, myślę że daleko więcej pomogłoby jej cóś innego....
— Co? co? zapytywał niespokojnie mąż.
— Rózia jest zajętą... bardzo żywo jest zajętą Pawełkiem Pompalińskim, szepnęła pani Adela, tęskni za nim.... gryzie się tem, że przestał on u nas bywać!...
Pan Wandalin wpół smutnie, wpół gniewnie potrząsał głową.
— A! westchnął, tak to zawsze bywa w biedzie! najlepsi nawet przyjaciele, opuszczają tych których opuściła fortuna.
— Nie oskarżaj Pawełka, Wandalinie, rzekła pani Adela, postępuje on tak jak uczciwy człowiek postępować powinien... Gdy tylko spostrzegł zajęcie się nim Rózi, oddalił się od niej, aby więcej jeszcze nie wzmagać i nie utrwalać jej uczucia....
— Tak, tak! szemrał wciąż pan Wandalin, Rózia jest teraz biedną, bardzo biedną dziewczyną. Dla tego to taki nawet ubogi kawaler jak Pawełek uczuciem jej gardzi....
— Ja myślę, że nikt nie mógłby i nie śmiał gardzić uczuciem córki naszej, żywo przerwała pani Adela. Ale Pawełek jest sam, jak wiesz, ubogim chłopcem, żyje na łasce swych krewnych. Czyż może więc o ożenieniu się z ubogą też dziewczyną pomyśleć choćby....
— To prawda, to prawda! namyślał się trzęsąc wciąż smutnie głową pan Wandalin. Masz słuszność, Adelciu, masz zupełną słuszność! Ty myślisz zawsze za siebie i za mnie i wszystko mi zawsze wytłómaczysz. O! biedna, biedna Rózia! najbiedniejsza tem, że ma takiego ojca niedołęgę....
— Wandalinie! z łagodnym wyrzutem szepnęła pani Adela; zaczynasz znowu dręczyć się temi skrupułami i wyrzutami sumienia....
— Nie zaczynam wcale, bom nie przestawał nigdy i nigdy nie przestanę! Nędzna bo ze mnie istota! Gdybyście miały innego ojca i męża.... Gdybym był takim dzielnym, sprężystym człowiekiem jak tylu innych ludzi, a nie takim opasłym wołem jak jestem, nie marłybyście głodem i Rózia miałaby posag dostateczny, aby wyjść choćby za najuboższego chłopca.
— Mój Wandalinie! odezwała się pani Adela, mówisz sam nie wiesz co! O pracę teraz taką do której uzdolnionym jesteś, bardzo trudno. Dla tego też rąbiesz drzewo. Co się tyczy zbierania posagu dla Rózi, są to już bujania twojej wyobraźni, na które odpowiedzi niema. Co do mnie, nie rozpaczam wcale. Tyleśmy już od ośmiu lat przebyli, tyleśmy się po świecie natułali i różnych okropnych położeń przenieśli, z których zawsze dźwignęliśmy się jako tako, że i teraz pewną jestem, iż w jakikolwiek sposób uratujemy się z tej ostatecznej biedy, która nas zaskoczyła. Gdyby nie choroba Rózi i ten jej smutek głęboki, którego nić rozerwać i zmniejszyć nie może, z ufnością patrzałabym w przyszłość i nie dbałabym o nic....
Tak mówiła pani Adela ciesząc i uspakajając męża. A jednak z twarzy jej która w ostatnich tygodniach zbladła i schudła znacznie, z wyrazu oczów które chwilami mgliły się łzą niepodobną zda się do powstrzymania poznać można było, że dbała ona o wszystko bardzo serdecznie, bardzo trwożnie, że ufność w pomyślny zwrot losu daleką była od jej myśli, że serce jej macierzyńskie, niemo lecz bardzo dotkliwie ściskało się bólem i zamierało od trwogi, pod wyszarzanym stanikiem ubogiej jej sukni.
Teraz, za parawanem w kuchence, dał się słyszeć szelest powstającej z łóżka osoby. Do bawialnej izdebki powolnym i osłabionym widocznie krokiem weszła Rózia. Miała ona na sobie tę samą co przed parą tygodniami ciemną wełnianą sukienkę i ciepłą dużą chustkę, w którą się otulała przed chłodem w mieszkaniu panującym, a dla niej jak się zdawało, szczególniej dotkliwym. Wśród delikatnej i białej jak chusta twarzy dziewczęcia, ciemne wielkie oczy świeciły z pod długiej rzęsy żywym blaskiem gorączki. Gruby jedwabisty warkocz ocieniał blade jej czoło, a cieńkie zaledwie różowe wargi uśmiechały się łagodnie, gdy zbliżała się ona ku miejscu, na którem siedzieli i z cicha z sobą rozmawiali jej rodzice.
— Wstałaś, Róziu? rzekła pani Wandalinowa podnosząc na córkę wzrok, którego niepokój daremnie ukryć usiłowała. Dla czego nie poleżałaś jeszcze trochę?
— Odpoczęłam już dosyć, moja mamo, odrzekła dziewczyna; wróciwszy od doktora byłam trochę zmęczoną... to tak daleko! ale teraz odpoczęłam już i jest mi daleko.... daleko lepiej!
Mówiąc to wzięła koszyk kawałkami pokrojonego płótna napełniony i postawiwszy go na stole, usiadła po drugiej stronie lampy.
— Róziu! wymówiła pani Wandalinowa.
— Co? Mamciu?
— Możebyś lepiej dziś już nie szyła! Jak posiedzisz trochę w nachylonej postawie, zaraz ci gorzej....
— O, nie mamciu kochana, z żywością odparła dziewczyna, nie będzie mi d