Pompalińscy/Część trzecia/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub Pobierz Cała część trzecia jako PDF Pobierz Cała część trzecia jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.

Kryształowe źrenice starego hrabiego, z dość widocznie obudzoną uwagą, zatonęły na chwilę w rysach i postaci synowca.
— Bonjour Cesar? qu’y a fil donc de nouveau? co tam nowego?
Cezary stanął o parę kroków od stryja, ramieniem wsparty o gzems kominka. Gdzież się podziała zwykła niezręczność jego postaci? Nie spójrzał ani razu na swe ręce; patrzał w przestrzeń wzrokiem dziwnie jakoś przejmującym, głębokim.
— Mój stryju, wyrzekł głosem stłumionym trochę lecz pewnym, przyszedłem do ciebie ze skargą.
— Voilà! wymówił stary hrabia, ze skargą? do mnie? i na kogóż to masz się skarżyć przedemną, mój Cezary?
— Na moją matkę, odparł młody hrabia, a źrenice błysnęły pod nawpół spuszczonemi powiekami, światłem prawie posępnem.
— Syn skarżący się na matkę, a do tego jeszcze taki syn jak ty na taką matkę jak twoja! ależ to rzecz całkiem nowa dla mnie? zwolna i bardzo obojętnym głosem, lecz nie odwracając oczu od twarzy synowca, mówił stary hrabia. Dla czegóż z tą skargą nie idziesz do samej pani hrabiny?
— Dla tego, odpowiedział Cezary, że moja matka nie chce wcale mówić zemną o tem, co mię więcej obchodzi niż wszystko na świecie... Moja matka posyłała dziś pełnomocnika swego do rodziny, która przybrała mię już za syna, proponując aby odmówiono mi ręki kobiety, którą kocham, a wzięto w zamian od mojej matki 60,000 rubli.
Ciemny rumieniec oblał mu twarz, gdy wymawiał ostatnie wyrazy. W piersi jego pomimo że mówił głosem stłumionym i cichym, słychać było tłumioną burzę. Powieki starego hrabiego drgnęły, na ustach jego osiadł wyraz niesmaku. Jakkolwiek mało troszczył się o wszystko i wszystkich na świecie, postąpienie hrabiny niemile drasnąć w nim musiało strunę wrodzonej i w życiu wielkoświatowem ukształconej delikatności.
— Mais mon cher, rzekł po chwili, suis-je le précepteur de votre mère? Pani hrabina miała zapewne powody swe aby tak postąpić, dla czegóż więc z wiadomością tą przychodzisz do mnie?
Cezary milczał chwilę. Nie układał on był widocznie planu rozmowy swej ze stryjem, a niewprawnemu wmówienie i do głębi wzruszonemu, trudno było zdobywać się na szybkie odpowiedzi. Po chwilowem jednak milczeniu, mówić zaczął:
— Mój stryju, mam dwudzieścia trzy lata... jestem więc pełnoletnim i myślę że mam prawo ożenić się z kim zechcę... Nie chciałem jednak czynić tego bez wiedzy mamy i stryjów... pisałem, a później mówić chciałem o tem, ale nikt mię wysłuchać nie chciał. Mama, labbe i stryj August, postąpili ze mną jak z dzieckiem lub idyotą, z którym mówić nie warto... bolało mię to bardzo, ale... mniejsza o to! Potem jednak postąpiono gorzej, bo bez żadnej przyczyny ubliżono okropnie rodzinie dobrej i zacnej, za którą... za którą oddałbym z chęcią życie moje. Nie wiem już jakim sposobem, mój stryju, ale przyszło mi na myśl, iż bardzo być może że nie jestem ani dzieckiem ani idyotą...
— Enfin! zaledwie dosłyszalnie szepnął stary hrabia nie spuszczając wciąż nadzwyczaj już uważnych i badawczych oczu z twarzy synowca.
— Ponieważ zaś, coraz płynniej już i śmielej ciągnął Cezary, ponieważ zawsze, od urodzenia mego słyszałem, że ty stryju jesteś głową rodziny naszej, ponieważ byłeś prawnym opiekunem moim, dopóki nie przestałem być małoletnim, do ciebie więc, stryju, przyszedłem teraz, aby stanowczo oświadczyć, że od ożenienia się z panną Kniksówną nic na świecie odstręczyć mię nie może i że, choćby... (tu głos Cezarego zadrżał, a twarz jego powlekła się smutkiem) choćby mi przyszło zostać zupełnie i na zawsze już obcym własnej mojej rodzinie, ślub mój z panną Kniksówną nastąpi niepóźniej, jak, najdalej za miesiąc.
Oddawna już, od lat dziesiątka może nikt nigdy nie widział w oczach hr. Światosława takiego wyrazu, jak ten z którym patrzał on na twarz synowca. Było to zdziwienie połączone z tajemnie doznawanem zadowoleniem jakiemś, które jednak zniknęło całkiem gdy wzrok hrabiego pomknął ku przeciwległej ścianie i zatrzymał się na zawieszonym tam dagierotypie, młode i piękne dziewczę przedstawiającym. Dość długo milczał. Możnaby mniemać, że namyślał się a może i wahał pomiędzy dwoma sprzecznemi uczuciami. Nakoniec, nie spuszczając wzroku z dagierotypu, w pełni teraz oświetlonego padającym nań z okna promieniem słonecznym, ozwał się zwolna i zimno:
— A gdybym ja także powiedział ci, Cezary, że małżeństwo o którem mówisz, nie przyjdzie i przyjść nie może do skutku?
Cezary milczał chwilę.
— Mój stryju, rzekł, że smutkiem w głosie, musiałbym ci odpowiedzieć, że mylisz się...
— Kto wie? wymówił stary hrabia. Ecoutez-moi bien, Cesar! Jestem stary i chory... prawdopodobnie długo już żyć nie będę. Każdy z was synowców moich, odziedziczy po mnie część mego majątku, a każda z tych części Cezary... to miliony...
Umilkł na chwilę i patrzał znowu na synowca bardzo zimnemi i bardzo przenikliwemi oczami. Ale twarz Cezarego pozostała nieruchomą, nie odmalowało się na niej wrażenie najlżejsze.
— Otóż więc, coraz wolniej i dobitniej ciągnął stary hrabia, żenić się z tą... tą panną nikt ci zapewne wzbronić nie jest w możności, bo jak słusznie powiedziałeś jesteś już pełnoletnim. Uważam sobie tylko za konieczność oświadczyć ci, że jeżeli małżeństwo to przyjdzie do skutku, ja cię z przynależnej ci części spadku po mnie, wydziedziczę... uczynić to mogę w najrozmaitszy sposób, a uczynię z pewnością... powtarzam tylko raz jeszcze, że część ta, to, mój Cezary, miliony... miliony...
Ostatni wyraz hrabia wymówił z cichem, lecz przeszywającem syknięciem. Cóś nakształt tłumionego, krótkiego śmiechu zatrzęsło na mgnienie oka zapadłą piersią, a ze źrenic przezroczystych, strzelił ku twarzy Cezarego, błysk ostry i szyderski. Ale twarz Cezarego pozostała jak wprzódy nieruchomą, przemknął po niej tylko cień smutnego jakiegoś uśmiechu.
— Mój stryju, wymówił zcicha i nie podnosząe głowy, już przecie mam własne miliony, po ojcu wzięte, a czy... byłem szczęśliwy?
Teraz dopiero podniósł na stryja oczy, w których błyszczała wielka łza.
— Nie, mój stryju, dodał, nie miałem dotąd ani jednej minuty szczęśliwej w mem życiu, a przecież... przecież ojciec mój, miał i mnie pozostawił — miliony.
— Dziękuję ci więc, mój stryju, mówił dalej po chwilowem milczeniu, że myśląc o innych synowcach swych, myślałeś i o mnie... nieraz... nieraz myślałem sobie, że nikt nigdy nie myśli o mnie i że jestem tak jakbym niebył niczyim synem ani synowcem, ani bratem... O życzliwość twą, mój stryju prosić cię nie śmiem, bo wątpię czy ktokolwiek z rodziny mej, może mi być życzliwym... pragnę jej przecież bardzo... ale milionów twoich, mój stryju, nie pragnę wcale i gdyby mi trzeba było oddać wszystko co sam posiadam, za jedną chwilę spędzoną z kobietą którą kocham i z jej dobrą, drogą rodziną, oddałbym chętnie, mój stryju... natychmiast...
Umilkł. Milczeli długo obaj. Spojrzenie starego stryja zaciekawione nagle doznanem zdziwieniem, zmącone tonęło głęboko w jasnem, zlekka tylko mgłą marzenia przyćmionem spojrzeniu synowca.
— I... i... zaczął stary hrabia, i ty wierzysz w to Cezary, że ta kobieta kocha cię szczerze... istotnie?
— Wierzę, odpowiedział Cezary bez chwili wahania, zcicha ale z taką mocą, że wązkie wargi hrabiego drgnęły uśmiechem jakimś nieokreślonym, szyderskim trochę, a trochę boleśnym.
— Pojmuję, zaczął po chwili, że w twoim wieku można jeszcze wierzyć w rzeczy podobne i za niemi się uganiać. Widzę cię dziś zmienionym, Cezary, bardzo zmienionym i... nie powiem aby mi to przykrość sprawiało. Z tem wszystkiem, co do projektu małżeństwa tego, który pozwól abym ci to powiedział, jest projektem ze wszech stron opłakanym, zdania mego jeszcze nie zmieniam... jeszcze... i sprzymierzeńcem twoim być nie przyrzekam...
Tu oczy hrabiego przesunęły się znowu po ścianie, śród której wisiał mały, od słońca teraz błyszczący dagierotyp.
— Zaczekaj jeszcze trochę... dodał z wyraźnem wahaniem w głosie, przyjdź do mnie za dni dwa... trzy... a wtedy powiem ci co postanowię. W każdym razie, mężczyzną jesteś, nie dzieckiem już, jak to widzę teraz... zemną więc czy przeciwko mnie, masz prawo czynić co ci się podoba...
— Mój stryju! z serdecznym wybuchem zawołał Cezary, czegóżbym za to nie oddał, czegóżbym się nie wyrzekł dla tego, aby módz zadowolnić ciebie stryju i... innych. Jednej tylko rzeczy nie wyrzekłbym się dla niczego pod słońcem: ludzi, których kocham i... którzy mię kochają!
— Kocham, kochasz, kocha, kochają... uśmiechnął się stary hrabia. Jakże młodym, bardzo młodym jesteś jeszcze, mój Cezary! A! życzę ci abyś młodości twej nie zatopił wkrótce w gorzkiem morzu próżności i nikczemności świata tego!
Zdawało się że stary hrabia mówić chciał cóś więcej jeszcze. Nigdy a przynajmniej od bardzo dawna, nikt nie widział, aby kryształowe oczy jego z tak wyraźnem upodobaniem spoczywały na twarzy czyjejkolwiek, jak teraz na twarzy synowca. Ale, otworzyły się drzwi od przyległych salonów i kamerdyner Bartolome oznajmił JW. Hrabiów Augusta i Wilhelma Pompalińskich.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.