<<< Dane tekstu >>>
Autor Erazm Majewski
Tytuł Profesor Przedpotopowicz
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1898
Druk P. Laskauer i W. Babicki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXII.
Leśne idylle. — Mastodon longirostris, Król Pliocenu.
C

Co się z tobą dzieje, profesorze? — zabrzmiał mu wesoły głos Puckinsa nad uchem. — Rzucasz się i krzyczysz, jakby cię kto mordował.

Paleontolog otworzył oczy i spostrzegł, że podróż w przestrzeni była zwykłem nocnem marzeniem. W rzeczywistości spoczywał obok lorda Puckinsa na miękkiem kobiercu leśnym.
— Miałem sen okropny! — odrzekł uspokojony i jął spowiadać się anglikowi ze swych wrażeń niebieskich. Potem obadwaj pogrążeni w cieniach i milczeniu nocy napróżno usiłowali zrozumieć niepojętą dla obu zmianę otoczenia. Nagle wstrząsnął powietrzem dźwięczny ton basowy. Echo poniosło go wgłąb boru, coraz dalej i dalej, aż zgubiło gdzieś na krańcach.
Wkrótce ten sam nizki, przeciągły ryk stał się głośniejszym i urywanym, wreszcie silny plusk wody, chrapanie i rzężenie potężnych płuc napełniły całą puszczę i zbudziły Stanisława.
Zgiełku podobnego oddać słowami trudno. Geolog nie umiał zdać sobie z niego sprawy.
Zdawało się że zwarty kłąb bawołów, tygrysów, a może i słoni walczy na falach rzeki, lub pasuje się ze śmiercią.
Anglik wsłuchał się w tumult piekielny, spojrzał na poważne miny profesora i Stanisława i uśmiechnął się lekko.
Uśmiech był tak szczery i serdeczny, że równał się głośnemu wybuchowi wesołości u nie­‑anglika.
— Niewinna sielanka w rodzinnem kółku, — rzekł Puckins w formie objaśnienia.
— Co takiego? Sielanka?
— Przecież i hipopotamy mają prawo do chwil słodkiej igraszki.
— Ależ to ryki zażerających się bestyi! — zauważył Stanisław.
— Zdaje ci się tylko, boś nie przyzwyczajony do głosów natury na swobodzie. Zresztą możesz się łatwo przekonać...
— Już wierzę!
— Znam ja hipopotamy osobiście, — ciągnął Puckins. — Na wybrzeżach Azraku przez dwie noce polowałem na tego «syna piekieł i szatana», jak go arabowie grzecznie zowią.


Hipopotamy.

Pierwszej nocy, z lekkiej łódki, wpakowaliśmy kilka kul, w łeb potwornego gróboskórca, ale, jak się potem okazało, utkwiły one w skórze i rozjątrzyły tylko potwora czterometrowej długości[1]. Dopiero drugiej nocy mieliśmy wspaniałą zabawę.
Szukaliśmy konia rzecznego zapamiętale, nie wiedząc, że i on rad był się z nami zobaczyć. Obie też strony wielce się ucieszyły ze spotkania. Hipopotam rzucił się ku naszej łódce z większą żywością, aniżeliby tego po ciężkiem cielsku jego można się spodziewać, my zaś posłaliśmy kule w sam łeb potwora. Raniony dosięgnął w mgnieniu oka naszej łupinki i zgrabnym ruchem szczęk zgruchotał pięć desek w boku łodzi. Zanim łódka zatonęła, plunęliśmy mu jeszcze na pożegnanie w oczy parę nabojów, następnie znaleźliśmy się w wodzie. O! bardzo dobrze te chwile pamiętam. Rzadko kiedy się tak dobrze bawiłem, jak wówczas. My do brzegu, a świnia rzeczna z chrapaniem za nami. My przez ciernie i kolące gałęzie mimozy, i ona za nami. Tak w ciemnościach bawiliśmy się w chowanego może z pięć minut, a może z dziesięć, zanim dopadłem bezpiecznego schronienia.
Tam dopiero zrozumiałem, że łatwiej gruboskórnemu hipopotami przedzierać się przez mimozy i haczykowate ciernie nabaku, aniżeli człowiekowi. Z mego ubrania zostały tylko malownicze strzępy, ufarbowane na czerwono, a ręce i odkryte części mej cielesnej powłoki pozbawione były skóry. Wesoła to była zabawa!
— Nie zazdroszczę, — odezwał się Stanisław. — A zabił pan przynajmniej zuchwalca?
— Nie miałem nawet tej przyjemności. Nicponia osłabłego od upływu krwi dobił dopiero mój gospodarz, nubijczyk, zawołany myśliwy. Podarował mi potem cztery potężne kły potwora na pamiątkę polowania. Ale że pamięć mam dobrą, przeto trzy zęby oddałem mu napowrót. Z jednego tylko, krzywego jak u dzika, a ważącego 5 kilogramów, kazałem zrobić wieszadło do szlafroka. Ile razy zawieszam na tym haku ubranie, tyle razy przypominam sobie, że o mało nie zawisły na niem mięśnie mego ciała. W parę lat potem miałem szczęście widzieć całą rodzinę hipopotamów na lądzie. Rzadki to traf, bo koń rzeczny jedynie w bezludnych puszczach pozwala sobie na drzemkę dzienną, w lesie, zwykle zaś przesypia cały dzień w rzece, pływając machinalnie z nozdrzami jedynie wystawionemi nad wodę. Przodem kroczył wtedy stary samiec. Na wzór dzika podnosił co chwila łeb monstrualny i bezmyślnemi oczkami wodził po gałęziach drzew.
Wśród myśliwskiej gawędy, ani opatrzono się, jak purpurowe blaski wschodzącego słońca zajrzały przez konary.
Paleontolog zabrał się do określenia epoki. Chwila była niezdecydowana. Hipopotamy do dziś dnia żyją. Łatwo też było przypuścić, że nadszedł kres wędrówki z przeszłości ku teraźniejszości.
Należało jednak przekonać się, czy hipopotamy, których ryk rozlegał się po lesie, były współczesne z człowiekiem, czy jeszcze trzeciorzędowe.
Roślinność nie dawała rozstrzygających wskazówek. Mało ona była różną od współczesnej flory południowej Europy. Jeden tylko świat zwierzęcy mógł dać objaśnienie, ale oprócz owadów oraz kosmopolitycznego ptactwa, nie zauważono zwierza, któryby wyraźnie scharakteryzował swą obecnością miejscowość i epokę. Przedzierano się przez moczary i sieć szeroko rozlanych małych rzeczek i strumyków. Wreszcie napotkano kilka powalonych pni drzewnych. Nie obalił ich wicher, nie padły od starości, bo zdrowe pniaki sterczały jeszcze z pośród mchów i paproci, białe zaś drewno nie miało czasu zczernieć od grzybków i porostów. Boczne konary były poobcinane tak gładko, jakby je kto oddzielił piłą lub siekierą.
— Nareszcie jesteśmy wśród ludzi! — zawołał Stanisław.
Geolog oglądał kłody.
— Świeży budulec! — prawił uradowany sługa. — Gdzie zaś jest budulec, tam muszą być ludzie.
— Muszą być cieśle, — poprawił Przedpotopowicz.
— Wszystko jedno!
— Niekoniecznie! Twoi cieśle mają po cztery nogi.
— Cóż znowu?
— Tak, tak mój drogi. Drzewa te podciął jeden z najmądrzejszych obecnie na ziemi ssaków. Nie umie on porządnie nawet chodzić, a mimo to jest panem życia każdego drzewa w pobliżu wód. Pływa jak ryba, mieszkania ma podwodne, żywi się jednak roślinnością lądową, a co dziwniejsza, nie tą, którą mu nastręczają zioła i trawy, ale sięga właśnie po młodą korę, gałązki, pączki i liście drzew wysokich.
— Jakże to może być, aby zwierzę, nieumiejące chodzić po ziemi, właziło na drzewa i objadało liście i pączki?
— Radzi ono sobie inaczej. Podgryza drzewa, a wtedy smaczne gałązki same się doń zbliżają.
— Bobry! — zawołał domyślny sługa.
— Tak, bobry.
Zdobyto nowy fakt, ale i ten nie był w stanie rozjaśnić wątpliwości. Bobry, zarówno jak i hipopotamy, żyją do dziś dnia, ale żyły także na długo przed człowiekiem w Pliocenie, a nawet wcześniej, bo przodek bobra, Steneofiber, mało różny, tylko mniejszy od dzisiejszego, zamieszkiwał jeszcze Mioceńskie wody.
Nie mylił się wcale paleontolog. Niedalej jak o kilkaset kroków od miejsca, gdzie leżały podcięte kłody, nad szeroko rozlaną rzeczką, było więcej drzew powalonych. Wszystkie leżały czubkami zwrócone w kierunku wody, bo przewidujące bobry tak mądrze podgryzają pnie, że podcinają głębiej od strony rzeki, przez co przewrócone drzewo dostępniejszem się staje do dalszego rozczłonkowania i transportu okrąglaków oraz gałęzi.
Wśród płytkich moczarów, na samem korycie rzeki stał zamek bobrów, ochroniony przez tamę, zbudowaną przez całą szerokość rzeczki. Zdumiećby się można na widok olbrzymiej, jak na siły drobnego zwierzęcia, budowli, trzymającej się przez wieki pomimo ciągłego naporu wód bieżących. Wysoka na 3 metry tama posiadała około 200 metrów długości. Szerokość tego mocnego wału u dna wynosiła 6 metrów, u samej zaś góry nie mniej nad dwa metry.
Składał się on z tysięcy zdrowych jeszcze, grubych, długich równoprzyciętych kloców drzewa, wstawionych pionowo w dno i połączonych mniejszemi gałęźmi, gliną, piaskiem oraz ziemią.
Z mniejszych okrąglaków i gałęzi zbudowane były powyżej tamy wysokie na 2 metry zamki o średnicy 4 do 5‑ciometrowej. Każdy taki kopiec zamieszkiwała osobna rodzina, złożona z dorosłej pary i kilkorga dzieci. Chat podobnych stało tam kilkadziesiąt. Wszystkie miały z wierzchu pozór niepięknych kopców, a wejście do nich było podwodne. Prócz tych chat wodnych każda rodzina posiadała w ziemi wybrzeża wygrzebaną obszerną jamę. Prowadziła do tych schronisk od strony rzeki podwodna wązka galerya na kilka niekiedy metrów długa.
Te gniazda podziemne bardzo schludnie utrzymane i wysłane suchym mchem, trawą i sitowiem, są sypialnią pary, w niej także młode na świat przychodzą, oraz przechowują się zapasy żywności na zimowę porę. Zoolog, wtajemniczony w stosunki bobrów, wie jaką nadzwyczajną odznaczają się te zwierzątka solidarnością, jak nad budową chaty pracuje wprawdzie tylko rodzina, która ma w niej zamieszkać, inne zaś bobry nigdy jej nie pomagają, jak za to wszelkie prace około podwyższania, albo naprawiania tamy dokonywają się wspólnemi siłami całej osady, a gorliwość i liczba robotników wzrasta w miarę rzeczywistej potrzeby. W nagłych wypadkach, gdy zagraża powódź, albo niepożądany spadek wody, wszystkie pracują bez wytchnienia przez całą noc i dokonywają dzieł iście zdumiewających.
Lubią bowiem, aby woda zawsze stała w osadzie na jednym poziomie, a przyroda kapryśna darzy ich na przemian, to zbyt wielką ilością wody, to znów niespodziewaną suszą. Raz tedy trzeba otwierać szluzy, drugi raz zatykać wyłomy, sprawione przez rwące fale. A ileż to jeszcze trudów pokonywać trzeba przy sprowadzaniu budulca! Podcięte drzewo upadło zbyt daleko od rzeki. Trzeba ciężkie kloce ciągnąć po ziemi, albo zalewać, celem spławienia takowych. Gdy niemożna zalać, zaprzęga się kilka bobrów do jednego klocka i zgodnie spychają ciężar na niższe miejsca. Gdzie można sprowadzić wodę, kopią poprzeczne kanały, aby budulec lekko spławić do miejsca przeznaczenia. Czasami, gdy brakuje już drzewa w blizkości, bobry płyną o pół mili w górę lub dół rzeczki, tam ścinają pień, członkują go i spuściwszy na wodę, holują zręcznie do osady.
Do całej tej roboty używają potężnych siekaczy (zębów) i przednich łapek. Do pływania bowiem wystarczają im tylne nogi i łopatkowaty ogon, zastępujący ster.
Mimo tylu i tak ciężkich zajęć, czujne są nadzwyczajnie i najbystrzejszemu zwierzowi nie dadzą się podejść. O zbliżającym się zwierzu wiedzą, gdy jest jeszcze daleko, bo rozproszeni po okolicy mieszkańcy osady świstem ostrzegają zdaleka towarzyszów o każdym podejrzanym szeleście, a sygnały takie, udzielane z odległości, w mgnieniu oka dochodzą do wioski i mieszkańcy mają się już na ostrożności. Za najmniejszem niebezpieczeństwem zawieszają najbardziej gorączkową czynność i wszystkie bobry bez szmeru kryją się pod wodą.
Osada nie daje znaku życia, a okolica pogrążona jest w głuchem milczeniu. Nie lubią bobry okolic obfitych w innego zwierza, na osady wybierają też głuche i niedostępne puszcze, a raz założywszy siedziby opuszczają je tylko w ostatecznej konieczności. Dla tego to jedna wioska służy nieraz kilkudziesięciu pokoleniom, a iżby się nie przeludniła, rodzice wypędzają dorosłe dzieci z wioski, zmuszając do zakładania własnych nowych siedzib w dalszych okolicach, gdzie jest żywności i budulcu poddostatkiem.
Zresztą wysiedlone bobry nie szukają długo dogodnego miejsca na mieszkanie. Nawet i na ubóstwo wody radzą sobie jak inżynierowie. Przez zbudowanie szeregu tam umieją najskromniejszą strugę przetworzyć w szereg bagien i stawów. Nawet suche łąki i szmaty puszczy zalewają, aby drzewa, do których dostęp był trudny, wygodniej było spławiać aż do chat. Niebawem przychodzą im w pomoc mchy i zielsko wodne. One przy poległych pniach tworzą splątane gąszcze, tamujące odpływ wód, i bobry mają niekiedy aż za dużo wody tam, gdzie jej przedtem wcale nie było. Muszą wtedy znowu kopać rowy, podnosić tamy, w jednem miejscu, rozrywać w innem, aby szczyty kopców górowały stale nad najwyższym poziomem przyboru. Przy tak ciężkich zatrudnieniach znajdują te dziwne istoty czas na czułe pieszczoty i, bezwątpienia, kto nie widział pary bobrów, igrających miłośnie na brzegu strumienia, ten niema pojęcia, jakie wdzięczne idylle kryją głuche napozór i ponure puszcze leśne.
Długoby wypadło oczekiwać na upragnione wskazówki, gdyby po wyjściu na suchą część puszczy baczne oko i myśliwska wprawa lorda nie przyszły z pomocą. Dzięki kilku złamanym gałązkom, na które geolog nie zwrócił uwagi, anglik skierował kroki towarzyszów na prawo i ukazał im szeroki szlak, wygnieciony przez bardzo grubego zwierza. Mnóstwo gałęzi, świeżo połamanych, lub przygniecionych do ziemi, zaściełało wydeptaną przez jakieś potężne stopy drogę.
— Tędy przeszło w nocy stado słoni, — zawyrokował anglik i wzrok mu się zaiskrzył.
— Czy pan jest tego pewnym? — zagadnął żywo Stanisław. — Czy to znowu nie jaki atlantosaur, albo inny wielki jaszczur.
— Tych już dawno niema. Wstydź się mówić nawet o jaszczurach, gdyś widział już bobry i słyszał hipopotamy.
— Jestem pewny, że to słonie, — powtórzył Puckins. — Znam dobrze ich obyczaje.
— W takim razie bylibyśmy w naszych czasach i wcale nie w Europie, — rzekł profesor.
Stanisław nieposiadał się z radości. Przezwyciężył on nawet wstręt do myśliwskich wycieczek i sam zaproponował, aby podejść do pasących się zapewne w pobliżu «trąbatych» olbrzymów i przekonać się coprędzej, jak rzeczy stoją. Życzenie jego spełniło się rychło, choć nie tak, jak pragnął.
Z oddali doleciał chrzęst gruchotanych lub odchylanych gałęzi.
— Baczność! słonie! — szepnął anglik.
— Zejdźmy im z drogi! — zawołał Stanisław, ale Puckins bez ceremonii położył mu dłoń na ustach.
— Sprawuj się ciszej! od tego zależy całość twoich członków.
Za chwilę mignęły w gąszczu żółtawe kły i brunatne, kosmate cielska rzędem wyciągniętych gruboskórców.
Słychać było nawet ciężkie ich oddechy i szelest liści, ocierających się o boki zwierząt.
Geolog z zapartym tchem pożerał wzrokiem olbrzymy, które, dysząc, mijały naszą trójkę z majestatycznym spokojem i poczuciem siły oraz bezpieczeństwa.
Na twarzy anglika odbił się wyraz zdumienia.
— Te słonie są jakieś niepodobne do siebie, — szepnął.
— Bo to mastodony!
— Jakto? Gatunek zaginiony?
— Zwierz plioceński! — wyrzekł niemniej zadziwiony paleontolog.
— Zlituj się profesorze, czy to podobna?
— Niema wątpliwości!
Tymczasem rozgorączkowany Stanisław rachował przechodzące olbrzymy.
— Szesnaście, siedemnaście, małe słoniątko... dziewiętnaście...
Rachunek przerwał stłumiony ryk. Zanim przebrzmiał, powstał w gromadzie trąbowców zgiełk nie do opisania. Mastodony rozsypały się bez ładu po lesie.
Trzask łamanych trąbami gałęzi zlewał się z chrzęstem gniecionych i przeżuwanych pomiędzy wielkiemi trzonowemi zębami. Ciężkie oddechy, potężne kruczenie powietrza we wnętrznościach olbrzymów, kłapanie uszami, tarcie ciał o wielkie drzewa, głuche mruczenie i urywane ryki potężnych gardzieli złączyły się w jedną wrzawę, od której drżał las cały. Stado dotąd w porządku kroczące, ucztowało bez troski. Pomimo pokojowego nastroju trąbowców nie można było uważać sąsiedztwa ich za zbyt bezpieczne, zwrócono się tedy w głąb puszczy i starano się zachowywać jak najciszej. Znowu jednak jakiś potężny i odmiennie brzmiący ryk przykuł do ziemi naszą trójkę. Jeszcze drugi ryk wodza, przenikliwy i w połowie urwany, rozdarł powietrze i ustał nagle gwar biesiady. Potem zajęczała tylko ziemia od łoskotu zbijających się w ścisłą gromadę olbrzymów. Trudno było na razie zrozumieć, co się stało.
Przeraźliwe ryki wydarły się z kilkunastu naraz gardzieli i nieustawały już ani na chwilę. Trzask pękających nagle gałęzi mieszał się w jeden koncert, daleko straszniejszy od pierwszego, wówczas, gdy stado rozsypało się swobodnie po lesie. Teraz łatwo było zrozumieć, że jakaś walka zawrzała w gromadzie.
W głosach zwierząt rozróżnić było można odcienie przerażenia, gniewu i bólu. Trwało to najwyżej pięć minut, poczem stado śpiesznie się oddaliło. Wróciła cisza. Tylko ptactwo, umilkłe z trwogi, ożywiło ją ponownie świergotem bez troski. Nagle doleciał ucha geologa głuchy, świszczący oddech i szamotanie się w krzakach. Zbliżono się z należytą ostrożnością do miejsca, które przed chwilą musiało być widownią tajemniczego jakiegoś dramatu, i ujrzano rosłego mastodona, który, wsparty na przednich nogach i dwóch kłach, napróżno usiłował powstać. Siły go już opuszczały, śmierć szła doń szybkim krokiem. Z rozdartej szyi sączyła się obfitą strugą ciemna posoka. Okrwawiona trąba zwijała się niby wąż boa dokoła rany. Może rozumny olbrzym pragnął ją zatkać. W oczach konającego zwierza tyle się bólu cichego skupiło, że geolog odwrócił głowę. Małe oczy mastodona patrzyły wciąż w stronę oddalającego się stada, tylko głowa, jakby coraz cięższa, skłaniała się zwolna ku dołowi. Próżno ją dźwigał, kły długie co chwila wspierały się na ziemi. Stęknął wreszcie mastodon raz ostatni, wyciągnął trąbę nad głową i osunął się bezwładnie na ziemię. Teraz dostrzegł Stanisław o kilkanaście kroków przewieszonego przez leżący pień napół zgniły innego, stosunkowo niewielkiego zwierza. Trudno go było na razie odróżnić od ciemnej kory, więc zbliżyli się nasi wędrowcy i paleontolog ze zgrozą rozpoznał w krwawych szczątkach drugiego króla puszczy, machaerodusa. Wspaniały ten kot o groźnej paszczy, w której błyskały potwornie długie kły, krzywe i ostre jak szabla, był literalnie zmiażdżony i podobny do krwawego kawała mięsa. Gdzieniegdzie sterczały z tego mięsa ostrza pogruchotanych i bladoróżowych kości. Odegrała się tu jedna z niezliczonych tragedyi świata. Największy kot ziemi, ufny w swą zwinność i stalową siłę muskułów, zaatakował któregoś mastodona, ale przerachował się może w skoku i nie zdołał już ujść zemsty rozgniewanych olbrzymów. Po krótkiej i zaciekłej walce legł zmiażdżony przez łagodnych zwykle, ale w obec wroga mężnych i nieznających co to litość, roślinożerców. Machaerodus zamordował wprawdzie jednego z tych majestatycznych i mądrych czworonogów kłami, przystosowanemi do walki z największemi zwierzętami ziemi, ale ostatnie to zwycięztwo zbyt drogo przypłacił, bo życiem.


Najpotężniejszy kot minionych czasów, Machaerodus o wielkich kłach.

Geolog stał zamyślony nad szczątkami zwierzęcych herkulesów. Czoło okryło się fałdami, oko posmutniało. Któż zgadnie, co mu się po głowie snuło, gdy patrzył na dwie ziemskie potęgi, które się w jednej chwili unicestwiły. Nie widział ich wcale. Wzrokiem duszy błądził daleko, potykał się o nierozwikłaną zagadkę jaką stanowi ten świat zjadających i zjadanych. Snuły mu się w duszy nieokreślone jakieś pytania i porównania, a serce ściskał żal, jak kleszczami. Tymczasem anglik mierzył już ze spokojem myśliwca długość plioceńskiego słonia, Stanisław zaś oglądał z brutalną ciekawością okrutnie pogruchotane cielsko kota.


Żyrafy.

— Dobrze mu tak, zbrodniarzowi! — odezwał się z błyszczącym od oburzenia wzrokiem.
Geolog zwolna się odwrócił i popatrzył mu w zaiskrzone oczy.
— Źle mówisz! Cóż ten kot wspaniały winien naprawdę, że natura wypiastowała go na krwi ciepłej? czy winien że żołądek jego trawi i upomina się ciągle o krew nową? Czem gorszym jest ten krwiożerca od spokojnego mastodona?
— O panie! różnica ogromna. Tamten nikomu krzywdy nie uczynił...
— Tak, zwierząt nie zabijał. I ja o tem myślałem. Ale przyszło mi także na myśl, że my nasze sympatye i antypatye bardzo stronnie rozdzielamy między zwierzęta. Ściśle biorąc, ten mastodon ma na sumieniu swojem więcej jeszcze przeciętych żywotów ziemskich, aniżeli ten krwiożerca, który zabija co dzień jedną tylko rosłą istotę. Wszak on co dzień zjada miliony roślin i ciężką nogą depcze całe kobierce ziół wonnych.
— To co innego, roślina nie czuje...
— Ale żyje. Czyż przez to, że nieumie się bronić, utraciła już prawo do życia? A zresztą, czyż stopa tego kolosa razem z ziołami nie rozgniata licznego tłumu ślimaków, owadów i drobnych zwierzątek.


Szkielet żyrafy.

Czemże on wobec natury niewinniejszy od tego sponiewieranego kota? Czyż ten zwierz sprężysty winien, że posilna dla przeżuwających trawa byłaby dlań trucizną, że jego jelita zdolne są przerabiać tylko krew na krew? Przecież on jest tylko dziecięciem posłusznem tajemniczej sile, która świat ziemski ustosunkowała do wzajemnego tępienia się i wyznaczyła mu rolę okrutnika. Właśnie ten srogi porządek świata przejmuje mię zgrozą i każe pytać: dlaczego tak jest? dlaczego, chce czy nie chce, wszystko na ziemi żyje krzywdą innych?!... Czyżby nie mogło wszystko co żyje — żyć w zgodzie, nie czynić sobie krzywd i bólów? Czy tak zawsze będzie? Czy tak wszędzie na świecie? Do czego potrzebny ten piekielny łańcuch mąk i okrucieństw?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Stanisław tego wszystkiego niesłuchał prawie. Niezdolny współczuć z profesorem, zaprzątnięty był daleko ważniejszą i aktualniejszą sprawą. Nie myślał nawet o zwierzęciu minionych czasów, tylko, że swojem ukazaniem się rozwiało i zburzyło nadzieję ukończenia dziś wędrówki.
Biadania na ten temat oprzytomniły wreszcie paleontologa.
— Tu można zmysły stracić, — wołał Stanisław. — Jużem się cieszył, że szczęśliwie dobiliśmy do portu, aż tu nagle mamut!
— Mastodon, — poprawił lord Puckins.
— Wszystko jedno! zapewniał sługa.
— Wcale nie jedno! — rzekł przyrodnik. — W pliocenie mastodony dopiero i Dinotherye panują. Wprawdzie jeden gatunek Mamuta (Elephas meridionalis), najstarszy, pojawia się już w południowej Europie, ale to zwierz rzadki i bez znaczenia[2].
— Zapewniam pana, że to mi zupełnie wszystko jedno. Najgorsze tylko, że nie możemy wybrnąć z otchłani czasu.
Lord Puckins nawet i z tem się pogodził i rad był tylko usłyszeć, jak jeszcze daleko do XIX wieku?


Szkielet amerykańskiego Panochthus tuberculatus.

— Wiesz dobrze, lordzie, jak trudno wyrokować w materyi, o którą pytasz, — odrzekł mu na to profesor. — Mimo to, mogę cię pocieszyć. Nie popełnię dużej omyłki, przypuszczając, że od świata ludzkiego dzieli nas jakie pół miliona lat.
— Pół miliona?... — wybełkotał przerażony Stanisław.
— Tylko tyle? — wycedził lord Puckins, zlekka kiwając głową.
Stanisław się oburzył.
— Pan sądzi, że tak łatwo przeżyć pół miliona lat.
— Mój kochany, przebyliśmy już dziesiątki milionów, nie widzę więc dobrej racyi, dla której mielibyśmy lękać się i tej bagatelki.


Amerykański Panochthus tuberculatus.

— Piękna bagatelka! Już ja wolałbym siedzieć w wagonie i powtarzać sobie «jedziemy do domu». A przecież nawet i na ostatniej stacyi nie można być pewnym, czy się cało do domu dojedzie...
— Najzupełniejszą masz słuszność, — odezwał się Przedpotopowicz suchym i uroczystym tonem profesora. — Zanim ujrzymy oblicza naszych przyjaciół i znajomych, pierwej ród Mastodonów i Dinotheriów musi się przeżyć. Pierwej ulęgną się lwy i pantery, których niema jeszcze teraz, pierwej wypiją morze krwi nieistniejących dotąd gatunków antylop, żyraf, jeleni i gazelli. Pierwej mamuty rozmnożą się, nażyją i wymrą wszystkie! Pierwej przybędą tu z Azyi niedźwiedzie, bawoły i konie, pierwej pojawi się majestatyczny jeleń irlandzki (megaceros eurycerus). Pierwej w Ameryce zrodzą się dziwne panochthusy...

— Dość! — zawołał anglik. Ale profesora uniósł już zapał paleontologiczny. Nie słyszał nic dokoła.

Krajobraz plioceński.
— ...W tej chwili ssaki przeżywają epokę najwyższego fizycznego rozwoju — ciągnął. — Wspaniałe ciałem, górują one bezspornie nad całem stworzeniem... Żaden jednak z tutejszych gatunków nie dotrwa do naszych czasów. Rodzaje tylko zostaną... i to nie wszystkie!

— Pół miliona lat... — biadał Stanisław, głuchy ze swej strony na wszystko, co mówił profesor! — Pół miliona!...
— Uspokójże się i przestań narzekać, — przerwał mu z pogardą anglik. — Pół miliona, to może tylko doba! Wiesz przecież, że dla nas wieki mijają niby sekundy.







  1. Ważącego 2,500 kilogramów.
  2. Pod koniec miocenu panował w Europie Mastodon longirostris.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Erazm Majewski.