Spowiedź królowej/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Spowiedź królowej
Podtytuł Królowie na wygnaniu
Wydawca "Rój"
Data wyd. 1928
Druk „Grafika“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Rois en exil
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.
Przed bitwą.

Dobiega końca przyjacielski obiadek w antykwariacie przy ulicy Eginharda. Stary Leemans, gdy jest sam, zadowala się kroniką chleba w kuchni, bez obrusa i serwetki; gdy ma gości, skrzętna gospodyni, gderając, zdejmuje białe pokrowce i ustawia stół pod portretem „pana“, w cichym i schludnym saloniku, gdzie panuje przez kilka godzin woń czosnku i ożywione dyskusje, toczone w żargonie podrzędnych geszefciarzy.
Od czasu gdy się przygotowuje „wielkie posunięcie“, obiady te są coraz częstsze. W takich chwilach dobrze jest naradzać się, nigdzie zaś nie czuje się człowiek tak bezpiecznie, jak w głębi uliczki Eginharda, zagubionej pośród starego Paryża. Można tam przynajmniej dyskutować i kombinować... Bo cel już blisko. Za kilka dni, ba, za kilka godzin rezygnacja zostanie podpisana, a interes który pochłonął tyle pieniędzy zacznie niezgorzej rentować. Pewność powodzenia rozpala oczy i głowy biesiadników wesołością; prawdziwa to uczta weselna, której przewodniczy ojciec i — nieodłączny od niego Pichery, o głowie niby drewnianej i wypomadowanej z węgierska, i wyglądzie zdegradowanego oficera. Zawód: lichwiarz-antykwarjusz, rzemiosło nowe, skomplikowane, dobrze przystosowane do artystycznej manji naszego wieku. Gdy jakiś synek bogatego papy jest bez pieniędzy, do cna „wygolony“, udaje się do handlarza obrazów Pichery, zbytkownie urządzonego przy ulicy Lafitte.
— Ma pan Corota, dobrego Corota?.. Przepadam poprostu za tym malarzem.
— Ach, Corot!.. mówi Pichery, zamykając oczy śniętej ryby z wymazem błogiego zachwytu, Potem, zmieniając nagle ton: „Mam właśnie czego panu potrzeba...“ i pokazuje na stalugach bardzo pięknego Corota: poranek skąpany w drących mgłach srebrnych, a pod brzozami pląsające nimfy. Goguś zakłada monokl, udając, że się zachwyca:
— Klasa!.. Pierwsza klasa!.. Ile?
— Pięćdziesiąt tysięcy franków, mówi Pichery bez zająknienia. Tamten pyta w ten sam sposób:
— Na trzy miesiące?
— Na trzy miesiące... z gwarancją.
Goguś podpisuje zobowiązanie, zabiera obraz do siebie lub do przyjaciółki, i przez cały dzień opowiada rozpromieniony w klubie, i na bulwarach, że kupił „pysznego Corota“, Nazajutrz posyła swego Córcia do „Domu Sztuki“, gdzie Pichery odkupuje go przez ojca Leemansa za dziesięć lub dwanaście tysięcy, co stanowi rzeczywistą cenę płótna. Jest to lichwa na wygórowany procent, ale lichwa dozwolona, bezpieczna. Pichery nie jest obowiązany wiedzieć, czy amator kupuje płótno poważnie, czy nie.
Po drugiej stronie patryjarchy Leemansa, Sefora i jej mąż, zbliżywszy krzesła i szklanki, mają miny zakochanych. Widują się tak rzadko od chwili rozpoczęcia tego interesu. J. Tom Levis, który dla ludzi jest w Londynie, przebywa ukryty w swej kasztelanji w Courbevoie i spędza cały czas z wędką w ręce, albo płata Sprichtom okropne figle. Sefora, bardziej sztywna niż królowa hiszpańska, spodziewając się każdej chwili króla, ceremonjalna i uroczysta, prowadzi tryb życia renomowanego półświatka, tak mało zabawny, że panie te łączą się po dwie, aby razem znosić nudę długich przechadzek łub czczych wypoczynków.
Ale hrabina Spalato nie może odwiedzać kobietek ani zdeklasowanych osobistości tej ciemnej sfery, a kobiety uczciwe nie przyjmuje jej. Więc też pozostaje zawsze sama w buduarach o malowanych pułapach i otoczonych girlandami róż zwierciadłach, w których odbija się jej postać, znudzona mdłym sentymentem, składanym przez króla, równie mdłym jak ziarnica pachnideł, palące się w złotych kadzielnicach. Ach, oddałaby cały ten smutny przepych książęcy za mały gabinecik w podziemiach ulicy Royale, gdzie agent odtańczył niezapomnianą „gigue“.
To też czuje się szczęśliwa tego wieczora, mogąc siedzieć obok męża i podniecać go słowami: „No, dalej, rozśmiesz że mnie!“ Tom stara się usilnie, lecz zapał jego nie jest szczery i co chwila utyka, krępowany myślą, niemożliwą wprost do odgadnięcia. Tom Levis jest zazdrosny. Wie, że nic jeszcze nie zaszło między Chrystjanem i Seferą, która zbyt wiele posiada zręczności, by się oddać bez gwarancji, lecz moment psychologiczny już niedaleko, i gdy akt zostanie podpisany trzeba będzie dotrzymać umowy. I oto nasz przyjaciel Tom doznaje niepokoju, dość dziwnego w człowieku pozbawionym wszelkich przesądów i dziecinady. Przebiega go lekki dreszcz na widok żony, która nigdy nie wydała mu się równie piękna; przy tem ten tytuł hrabiowski uszlachetnia, rzekłbyś, jej rysy i rozjaśnia oczy. Rzecz prosta, J. Tom Levis nie stoi na wysokości zadarła; byle co — a zabierze żonę i wszystko pośle do licha. Ale powstrzymuje go jakiś wstyd, a przytem tyle pieniędzy włożono do tego interesu. Nieszczęsny wije się, targany rozmaitemi skrupułami; udaje wielce wesołego i gestykuluje, choć czuje w sercu sztylet.
Są tu w swojem gronie, między kamratami. Zaczynają się opowieści o fortelach i podchodach, o koalicjach wielkich handlarzy, pozornych rywali i ich sztuczkach, całej tej tajemniczej masonerji, co stawia zatłuszczoną zgraję, niby barjerę między przedmiotem sztuki a kaprysem amatora, zmuszając go do szaleństw i wygórowanych sum. To wyścig cynicznych historyj, mistrzowskie zawody filutów.
— Czy opowiadałem wam hecę z latarnią egipską? pyta ojciec Leemans, popijając małemi łykami kawę. I podobnie jak stare wiarusy, rozmiłowane w swych kampanjach, po raz setny rozpoczyna opowieść o latarni, którą sprzedał mu za dwa tysiące franków pewien Lewantyńczyk w opałach, on zaś odsprzedał ją tego samego dnia prezesowi rady ministrów za czterdzieści tysięcy, osiągając ponadto podwójne komisowe: pięćset od sprzedawcy i pięć tysięcy od nabywcy. Lecz cały urok opowieści tkwi w „kawałach”, któremi się działa na klijenta bogatego i ambitnego. I stary, ożywiając się pod wpływem rozlegających się śmiechów, przewraca kartki starego notatnika, w którym jego natchnienie czerpie siłę z jednej daty, cyfry lub adresu. Są tu poklasyfikowani wszyscy głośni amatorzy sztuki oraz ich manje i osobliwości: ci, których należy traktować szorstko; inni, wierzący w wartość przedmiotu, szczycącego się wysoką ceną, amatorzy sceptyczni, amatorzy naiwni...
— Słuchaj, Tomie, mówi Sefora do męża, pragnąc aby i on zabłysnął, gdybyś tak opowiedział im swój pierwszy „występ” po przybyciu do Paryża, wiesz aferę z ulicy Soufflot.
Tom nie daje się prosić, nalewa sobie trochę wóki dla odświeżenia głosu, i opowiada, że przed dziesięciu laty, przybywszy z Londynu z jedną monetą pięciofrankową w kieszeni, dowiaduje się od dawnego kolegi, spotkanego w tawernie angielskiej w pobliżu stacji, że wszystkie agencje są poruszone sprawą małżeństwa panny Beaujas, córki przedsiębiorcy, dającego dwanaście miljonów posagu pod warunkiem, że przyszły zięć będzie wielkim arystokratą, prawdziwym panem. Przyobiecano duże komisowe, i sfora już węszy. Tom nie traci otuchy, szpera po wszystkich herbarzach i znajduje wreszcie starą, bardzo starą rodzinę, skoligaconą z najlepszą arystokracją i zamieszkałą przy ulicy Soufflot. Rozdźwięk między tytułem a dzielnicą świadczy o ruinie albo skazie. „Na którem piętrze mieszka pan markiz de X...?“ Kosztem ostatniej monety otrzymuje od portjera parę informacyj.. Istotnie wielki ród... Wdowiec... Syn ukończył Saint-Cyr, córka, panna osiemnastoletnia, bardzo starannie wykształcona... „Dwa tysiące franków za komorne i świadczenia, dodaje portjer... „Właśnie to, czego mi potrzeba“... myśli J. Tom Levis, wchodząc na schody, nieco przytem wzruszony dobrym wyglądem domu, z którym jego zniszczone trzewiki i ubranie stanowią jaskrawy kontrast.
„Na pół drogi, opowiada agent, miałem ochotę zawrócić. Ale postanowiłem jednak: spróbować. Powiedziałem sobie: Jesteś sprytny i śmiały, wszystko do zyskania... Wprowadzono mnie do salonu, który szybko otaksowałem. Wchodzi gospodarz, starszy jegomość majestatyczny, bardzo elegancki... „Ma pan syna, panie markizie?“ Na te słowa mój jegomość wstaje, oburzony. Mówię cyfrę... dwanaście miłjonów... to go skłania do zajęcia miejsca... Rozmawiamy... Wyznaje mi, że jego majątek nie dorównywa imieniu, co najwyżej dwadzieścia tysięcy franków renty, nie miałby nic przeciwko przywróceniu herbom blasków złota. Syn otrzyma sto tysięcy. „O, panie markizie wystarczy nazwisko...“. Potem ustalamy wysokość mego komisowego i — uciekam... Ale na progu stary zatrzymuje mnie, mówiąc: — Pan mi wygląda na dzielnego chłopca... Miałbym ochotę coś zaproponować... Trzeba też wydać za mąż moją córkę... Nie ma posagu... I, prawdę powiedziawszy, przesadziłem nieco wysokość renty. Ale mógłbym ofiarować zięciowi tytuł hrabiego rzymskiego... Co więcej, jeżeli jest wojskowym, moje stosunki rodzinne z ministrem wojny pozwalają zapewnić mu poważny awans“.
— Proszę liczyć na mnie, panie markizie, mówię, chcąc wyjść. A on kładzie mi rękę na ramieniu, patrzy z zabawnym uśmiechem. „No i ja jestem jeszcze!“ oświadcza... Jakto, panie markizie? — Ależ tak, nie jestem wszak stary, i gdyby nadarzyła się okazja...
Wyszedłszy stamtąd, byłem całkowicie uświadomiony życiowo...
Ta cudowna historja była tak opowiedziana, a raczej zagrana przez Toma Lewisa, że wszyscy śmiali się, rozbawieni, wysnuwając bądź filozoficzne, bądź cyniczne wnioski.
— Widzicie, moje dzieci, rzekł stary Leemans, gdyby tak antykwarjusze porozumieli się z sobą, zostaliby panami świata... W naszych czasach kupczy się wszystkiem... Dotąd brak mi było jeszcze w handlu korony... Teraz interes gotowy.
Wstał trzymając szklankę, a oczy błyszczały mu drapieżnie:
— Za zdrowie Antykwarjatu!
Nagle przy wejściu zaskrzeczała gwałtownie kołatka, jak gdyby dusząc się w ataku kaszlu. Wszyscy drgnęli. Któż to o tej porze?
— To Lebeau, rzekł ojciec... Nikt inny...
Powitano kamerdynera głośnemi okrzykami, gdyż nie zjawiał się już dawno. Był blady zmieniony, zaciskał zęby:
— Siadaj, stary gałganie... rzekł Leemans, czyniąc mu miejsce obok siebie.
— Tam do licha! mówi przybyły... Zdaje się, że tu się bawią... Żałobny ton tej uwagi budzi niepokój... No tak, bawią się, czemuż mianoby się smucić?
Pan Lebeau wydaje się osłupiały.
— Jakto?.. Nic nie wiecie?.. Kiedy widziała pani króla, hrabino?..
— Dzisiaj... wczoraj... codziennie.
— I nic nie mówił o tej okropnej scenie?..
Potem w dwóch słowach opowiedział wszystko, co zaszło. Ale czemu Lebeau nie uprzedził ich?
— A tak, czemu? odparł lokaj z obrzydliwym uśmiechem... Byłaby to trudna sprawa... Od dziesięciu dni biegam jak szalony, bez wytchnienia... Ani mowy o napisaniu listu; jestem pilnowany przez okropnego mnicha, Franciszkanina, który nie opuszcza mnie na jedną chwilę pod pretekstem, że nie zna dosyć dobrze języka... Faktem jest, że w Saint-Mandé wydaję się podejrzany i skorzystano z mojej nieobecności, aby uknuć wielki spisek...
— Co takiego? pytają wszyscy.
— Zdaje się, że chodzi o wyprawę do Dalmacji... to ten piekielny Gastończyk winien wszystkiemu.... O, wszak mówiłem, że jego należałoby pozbyć się przedewszystkiem...
Od jakiegoś czasu kamerdynerowi udało się wywęszyć przygotowania w postaci listów, tajemniczych zebrań... Ze strzępów słów wywnioskował wyprawę, a podróż, jaką ma teraz odbyć pozostaje w związku z tem. Udaje się bowiem w góry Nawarry, aby stamtąd przywieźć pewnego czarnego człowieka, jak widać wielkiego wodza, który poprowadzi wojsko pod zwierzchniemi rozkazami król.
— Jakto? I król pojedzie?.. krzyknął ojciec Leemans, rzucając na córkę pogardliwe spojrzenie.
Wybuchła ogólna wrzawa.
— A nasze pieniądze?
— A zobowiązania?
— To bezwstyd!
— To kradzież!
— Za Cesarstwa nie możnaby uczynić nic podobnego! rzekł Pichery usposobiony nawskroś imperialistycznie. Zakłócać spokój ościennego państwa!
— Naturalnie, mówi poważnie J. Tom Levis, i nawet gdyby o tem wiedziano u Prezydenta, niktby nie chciał tolerować.. Trzebaby jakoś uprzedzić...
— Ale jak? podejmuje Lebeau. — Myślałem już, ale nie wiadomo nic ścisłego. Nasi ludzie są bardzo ostrożni. Naprzykład dzisiaj: rocznica urodzin królowej... Wydają wielki bal w pałacu Rosenów... Czy podobna powiedzieć władzom, że ci wszyscy goście zebrali się aby konspirować i gotować wojnę!.. A jednak coś jest szczególnego w tym balu...
Nagle hrabina, która zamyśliła się od kilku chwil, mówi:
— Lebeau, posłuchaj pan... Jeżeli król będzie miał jechać, proszę mnie uprzedzić na godzinę przedtem. Przysięgam wam, że ta wyprawa nie dojdzie do skutku...

Zdaleka już dawał znać o sobie bal, ów festyn letni, zalewający obydwa brzegi Sekwany donośnem echem oraz światłem czerwonem niby łuna pożaru. Zbliżywszy się, można było rozróżnić wysokie okna żarzące się od lamp, ognie tysiącznych kul kolorowych przymocowanych do stuletnich drzew ogrodu, a na quai d‘Anjou, śpiącym już zwykle o tej porze, latarnie pojazdów rozświetlały noc mnóstwem nieruchomych punktów. Od ślubu Herberta pałac Rosenów nie widział podobnego festynu, a dzisiejszy był jeszcze wspanialszy i rozlewniejszy.
Parter tworzył długą galerję sal w amfiladzie ozdobionych malowidłami, starożytnemi złoceniami, a żyrandole weneckie i holenderskie, lampy meczetów, zwisające z pułapów, oświetlały szczególną dekorację: draperje mieniące się złotem, zielenią i czerwienią, sprzęty z masywnego srebra, inkrustacje z kości słoniowej, stare lustra w poczerniałych ramach, relikwiarze, sztandary, bogactwo Czarnogórza i Hercegowiny, które zgromadzono tu ze smakiem paryskim, unikając jaskrawości egzotyzmu. A pośród blasku tych starych wspaniałości wynikał nutą silnego kontrastu modny walc, wirujący — i upajający, i przewijały się niby wyznanie bujnej młodości, postaci jasnowłose, lekkie i smukłe i czarnowłose, bladolice zjawy. Od czasu do czasu odłączała się od tego splotu par tańczących i mieszaniny jedwabistych materyj, jakaś para, przekraczała wysokie drzwi i oświetlona blaskiem frontonu z cyfrą królowej, ginęła w alejach ogrodowych, gdzie rytm walca stawał się wreszcie miarowym marszem, harmonijną przechadzką w balsamicznej atmosferze magnolij i róż...
Stary książę de Rosen, atakiem podagry przykuty od tygodnia do łoża, słuchał ze swego pokoju na drągiem piętrze tych odgłosów balu, tłumiąc pod kołdrą okrzyki bólu i przekleństwa kordegardy, miotane na okrutną ironję losu, co mu nie pozwala w takim właśnie dniu przyłączyć się do lej młodzieży, mającej wyruszyć nazajutrz. Ten bal był jak gdyby pożegnaniem, wyznaniem rzuconem złym prognostykom wojny, a zarazem ostrożnością wobec policji francuskiej. Książę, nie mogąc towarzyszyć osobiście ochotnikom, pocieszał się tem, ze bierze udział w sprawie jego syn Herbert, oraz jego ludwiki, bowiem Ich Królewskie Mości pozwoliły mu łaskawie ponieść koszty wyprawy. Na łóżku, obok map sztabowych i planów strategicznych leżały faktury dostaw, skrzynie od karabinów, trzewiki, koce, żywność, które sprawdzał skrzętnie, targając okrutnie wąsa. Czasem brakowało mu jakiegoś rachunku lub informacji; wówczas przywoływał Herberta, mając pretekst do zatrzymania przy sobie tego dorosłego syna, co go opuszczał po raz pierwszy w życiu, a może na zawsze. I czuł przypływ ogromnej tkliwości, źle ukrywanej pod pozorami milczącej sztywności. Ale książę ledwie chwilę mógł pozostać przy ojcu; spieszno mu było czynić na dole honory domu...
...Parom splecionym w zawrotnym rytmie towarzyszą długie spojrzenia, uśmiechnięte i wzruszone. Każdy wie, że ci wszyscy piękni tancerze, szlachta iliryjska, dzieląca z królem wygnanie, szlachta francuska, zawsze gotowa dać krew za dobrą sprawę, wyruszą o świcie na wyprawę niebezpieczną i zuchwałą. Nawet w razie zwycięstwa, ilu wróci z tej młodzieży, co się zaciągnęła bez wahania! Ilu z nich, przed upływem tygodnia, będzie gryzło ziemię, leżąc na stokach gór, mając jeszcze w uszach, szumiących od upływającej krwi, upojną melodję mazurków! Właśnie to idące już niebezpieczeństwo dodaje werwie balowej coś z niepokoju przedbitewnego, i w oczach wywołuje łzy i nieci błyskawice, ogrom odwagi i ogrom rozmarzenia. Czego można odmówić temu, co odjeżdża, co zapewne zginie? I jak zacieśnia się uścisk, jak wybucha wyznanie pod skrzydłem śmierci, którego muśnięcie słychać w rytmicznym pisku skrzypiec! Przelotne miłostki, efemeryczne spotkania! Widzą się po raz pierwszy, nie zobaczą się zapewne już nigdy, a oto dwa serca skute z sobą! A wszystko krąży w upojeniu, a każda para jest, zda się, sama jedna, oszołomiona, niesiona czarodziejskim wirem walca Brahmsa lub szopenowskiego mazurka.
Oszołomiony i wzruszony był też i Méraut, w którym muzyka budziła naprzemian słodycz i dziką energję, humor cygański, awanturniczy, tkwiący na dnie każdego południowego temperamentu. Czuł szalone pragnienie, chciał podążyć nieznanemi szlaki ku światłu, i przygodzie, wykonać czyn dumny i waleczny, który mu zdobędzie podziw kobiet. Upojenie balowe ogarniało go, choć nie tańczył, choć nie pójdzie się bić. I na myśl, że cała ta młodzież wyruszy, aby przelewać krew, doznawać pięknych i niebezpiecznych przygód, podczas gdy on zostanie tu ze starcami i dziećmi, na myśl, że zorganizowawszy krucjatę, nie weźmie w niej udziału, doznawał niewysłowionego smutku i żalu. A może prócz tej muzyki słowiańskiej, budzącej w nim pragnienie śmierci, przyczyniała się do żałosnego nastroju i promieniejąca duma Fryderyki, siedzącej na tronie obok Chrystjana. Znać było, że jest szczęśliwa, odnalazłszy wreszcie w mężu króla, wojownika!.. W szczęku oręża możesz zapomnieć, królowo, o wszystkiem, wszystko przebaczyć, zdrady i kłamstwa. Bo, nadewszystko lubisz moc fizyczną, i jej rzucisz zawsze swą chustkę, przepojoną łzami, albo woniejącą zapachem twego oblicza...
Zauważywszy w rogu sali to szerokie czoło poety o czuprynie obfitej a niesfornej, królowa uśmiecha się daje znak, aby się zbliżył. Rzekłbyś, odgadła przyczynę jego smutku.
— Jaki piękny bal, panie Méraut!
A zniżywszy głos, dodaje:
— I to także panu zawdzięczam... Ale już tyle jesteśmy mu winni... Nie wiem wprost, jak dziękować.
To on istotnie, którego mocna wiara podsyciła wszystkie te gasnące płomienie, upadających ożywała nadzieją, on przygotował jutrzejszą wyprawę. Królowa nie zapomniała tego, i nie było nikogo w tem świetnem zgromadzeniu, ktoby otrzymał spojrzenie pełne wdzięczności i słodyczy, tu, wobec wszystkich, w kole czcią otaczającem monarchów, Ale zbliża się Chrystjan II, mówiąc:
— Jest tu margrabia de Hezeta... Czy go pan widział?
— Nie znam go, Najjaśniejszy Panie...
— A jednak on twierdzi, że jesteście panowie starymi przyjaciółmi... Ale otóż i on...
Ów margrabia de Hazeta był to wódz, który w zastępstwie starego generała de Rosena miał stanąć na czele wyprawy. W ostatniej ekspedycji księcia Palmy wykazał zadziwiające zdolności wojskowe, lecz widząc swoje wysiłki zmarnowane, — sam pretendent dał hasło do ucieczki, — ogarnięty mizantropją ukrył się w górach baskijskich, chcąc tam w ciszy dokonać żywota. Lecz zapał rojalistowski O. Alfeusza i rozgłos męstwa Chrystjana II pociągnęły go raz jeszcze. Starożytność rodu tego partyzanta, jego życie romantyczne, pełne niebezpieczeństw, okrucieństwo fanatyczne otoczyły margrabiego Jose Maria de Hezeta niemal nimbem legendy, czyniąc zeń najważniejszą osobistość na balu.
— Dobry wieczór, Eli.., rzekł, wyciągając rękę do Elizeusza. No tak, to ja... Twój dawny mistrz... monsieur Papel.
Nie zmienił go zgoła frak, ozdobiony orderami, ani biały krawat, ani nawet dodatkowy ciężar dwudziestu lat. Potężna twarz karła tak była czarna od prochu i wichrów górskich, że niemal niewidzialna stała się szrama na czole, straszliwa i charakterystyczna.
Elizeusz doznał szczególnego uczucia, słysząc swego dawnego mistrza, któremu zawdzięczał to, czem był.
— ...Skończyli się królowie... Zasada istnieje, ale brak ludzi. Ani jeden z tych wytrąconych z siodła rycerzy nie jest zdolny wytrwać, ani jeden nie ma nawet szczerej do tego chęci... Ach, czego ja nie wdziałem, czego nie widziałem podczas tej wojny!..
— Ale nie wszyscy królowie są jednacy, zaprotestował Méraut, i jestem pewny, że Chrystjan...
— Twój nie lepszy od naszego.. Dziecko, bawidamek... W tych oczach niema, ani jednej myśli, ani trochę woli... Spójrz tylko!
Wskazywał króla, który upojony wirem walca skłonił głowę na obnażone ramię swej tancerki, wdychając jego zapach. Para przesunęła się obok, ogarniając ich gorącem tchnieniem. A ponieważ kupiono się coraz tłumniej, aby spojrzeć na Chrystjana II, pierwszego w swem królestwie tancerza, Hezeta i Méraut usunęli się ku głębokiej framudze okna, wychodzącego na quai d’Anjou, i tam trwali przez czas dłuższy w cieniu i kojącej ciszy nocnej.
— Królowie nie wierzą już, nie pragną. Czemu mielibyśmy nadstawiać karku za nich? mówił Hiszpan burkliwym tonem.
— Pan już nie wierzy... A jednak wyruszasz
— Wyruszam.
— Bez wszelkiej nadziei?
— Z jedyną nadzieją postradania głowy, tej biednej głowy, której nie mam już gdzie złożyć.
— A król?
— O niego jestem spokojny...
Czy chciał przez to powiedzieć, że Chrystjan II nie dosiadł jeszcze konia, lub że, podobny w tem do swego kuzyna, księcia Palmy, potrafi zawsze wrócić cało z bitwy?..
Dokoła nich bal szalał w zawrotnym wirze, lecz Elizeusz patrzył nań teraz poprzez zwątpienie swego dawnego mistrza i własne rozczarowanie. Czuł wielką litość nad tą wszystką dzielną młodzieżą, co pełna wesela miała iść walczyć z takimi wodzami, i już widział gasnący festyn w kurzawie bitewnej, i w zamieszaniu klęski pola ścielące się trupami. W pewnej chwili, broniąc się tej złowrogiej wizji, wyjrzał poza okno, gdzie blaski sali rzucały aż ku Sekwanie świetlane smugi. Woda, w tem miejscu spieniona i zgiełkliwa, mieszając szmer wartkiego nurtu z westchnieniem i przeciągłą skargą skrzypiec, to wybuchała niby łkanie porywiste udręczonego serca, to znów toczyła się szeroko, rzekłbyś, krew płynąca z otwartej rany...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: anonimowy.