Trzy dusze

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Sten
Tytuł Trzy dusze
Pochodzenie Jeden miesiąc życia
Data wydania 1900
Wydawnictwo Wydawnictwo Krytyki
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
TRZY DUSZE
dramat w jednym akcie.

OSOBY:
ANDRZEJ TUROWICZ lat 34.

ZOFIA, jego żona lat 25.

JAN KARSKI lat 28.


Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi w głębi; z prawej strony dwa łóżka ustawione jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece zasłonięte płótnem. Na lewo na przedzie stół, dwa krzesła i kanapka. W tylnej części ściany mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen różowych odblasków zachodu zapada zwolna.
Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona lecz pogodna, zajęta szyciem, które pozornie pochłania jej uwagę.
Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski — z wyrazem znużenia i zdenerwowania na twarzy.
ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem]. Tak późno wracasz, jedyny?
KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada przy niej na kanapie]. Miałem dużo roboty i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po francusku.
ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty źle wyglądasz?
KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem się trochę, bom szedł najpierw odwiedzić Henryka — wiesz Rzeckiego, ale później rozmyśliłem się i znów odłożyłem na później. Czas jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi.
ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć mówiłeś mi o nim jeszcze w Warszawie. Tyle lat nie widzieliście się...
KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko jedno! Mój Boże, cóż nas dziś łączy? Od tych lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło się przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak się zwali i dokąd poszli. Mniejsza o nich zresztą. [weselszym tonem]. Coś tak posmutniała, Zosieńko moja? czemu? No, spójrz na mnie.
ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; mówisz czasem tak smutnie, tak beznadziejnie i gniewasz się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś, nie, nie.
KARSKI [wesoło, pół żartem, pół seryo]. Uspokój-że się, dziecko. Najpierw nie powiedziałem nic smutnego. Bo czyż jestem dziś taki, jak byłem dawniej, nimem ciebie poznał? I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic a nic? Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną trzpiotką, z którą przed rokiem tańczyłem kadryla u Łempickich?
ZOFIA. O nie, nie.
KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby ulegając nadchodzącym wspomnieniom]. Pamiętasz ten wieczór? W jakiej byłaś sukni?
ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wieczór, kochanie?
KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy. — Ty nic nie pamiętasz... Nie znałem cię jeszcze wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś panną była. Miałaś na sobie taką bladą, bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i fiołki we włosach. I tyle woni fiołków w koło ciebie. Ach, ty kwiecie! [obejmuje ją wpół i przytula do siebie].
ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, tak dawno.
KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal ci tego?
ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem ja byłam? Ot dzieckiem, które chodziło z balu na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie wiedziało, że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie kocha. Wiesz ja dawniej naprawdę myślałam, że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. [chwyta go za rękę].
KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. Byłem smutny? Nie, to nie jest smutek, co się w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, coś czarniejszego. Takie znużenie straszne, które wygryza wreszcie i ból, i tęsknotę i pożądanie, i nie pozostawia nic, na czem oprzeć by się można. I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta pogarda dla ludzi, dla siebie, dla każdej myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie obrzydzenie do siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym stopę, któraby mię rozdeptać chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko zapada, gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci zalały nas powyżej głowy. [pod koniec mowa staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję, każda myśl moja, każde drgnienie jakimś wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za drugiem w pędzie, splątane jak dym. I znów pustka, pogodna bezsłoneczna pustka, która milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po co żyjesz? Po co żyjesz?
ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie]. Jakie to straszne! Ale to było dawniej, dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz teraz, nigdy? nigdy?
KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.
ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz dla mnie, dla swojej Zosi, musisz żyć dla mnie. Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna, nikogo nie ma na świecie, umarłaby z głodu bez ciebie.
KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna chodzić po pokoju] I ze mną ci niewiele do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej nędzy.
ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś. No i czego mi potrzeba. Gdybym nie wiem wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co z niemi tu począć. W Warszawie co innego, ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już się wyuczyłam. Widzisz, jaka Zońka twoja pojętna. I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty się będziesz śmiał ze mnie.
KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym głosem]. Z ciebie, duszo moja, z ciebie?
ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz — mnie się czasem zdaje, że to dobrze, że my jesteśmy w biedzie. Już za nic bym nie chciała, abyś ty był bogatszy od Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna, ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest źle, źle to wszystko, co ja z tobą zrobiłam. Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech. Mówił mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem ciebie znała. Może ta bieda nasza będzie mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem]. No, nie śmiej się.
KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem podły, podły! Ja wiem, tyś wszystko poświęciła dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość, bogactwa; narażasz się na zniewagi, na głód — dla mnie, wszystko dla mnie; a ja co, co ja ci dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną. Nic dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować nie mogę tyle, żebyś ty biedy nie cierpiała, [jakgdyby z trudem mówiąc]. Wiesz, obcięli mi połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt franków na nas oboje! A przyjąłem to zupełnie spokojnie, apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie znał, jak gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż ja ciebie nie kocham?
ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt franków. Połowa tego, cośmy dotąd mieli...
KARSKI [staje znów, mówi namiętnie]. Słuchaj! Uczucie moje dla ciebie to ostatnia moja świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie wszystko, prócz tej jednej, jedynej miłości. Ty musisz być dla mnie wszystkiem, ty jesteś moją wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę zdaje, że ja ciebie nie kocham — tak jak tam w redakcyi — zdaje mi się, że oszaleję. Nie, nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet nie kocham, to chyba już dziś jestem trupem.
ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce i przytula do siebie; łagodnym, kojącym głosem]. Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie kochasz, ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym mogła choć jedną chwilę o tem wątpić? ty mnie nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś chciał poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną grozą w głosie]. Och! ja pamiętam to dobrze!
KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?
ZOFIA. To, coś mi mówił wtedy, dawno jeszcze. Ah! to nie był żart. Tyś tak okropnie patrzył wtedy.
KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?
ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie... na Żórawiej. O nie, nie chciałam przyjść. Jeszcze nic nie było między nami, jeszcze mogło być wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła. Tak się długo modliłam do Matki Boskiej, i tyle sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak cię kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać na wsi — u nas w Golewicach, ukryć i zdusić tę miłość, która mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś szczęśliwszy może.
KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie mów tak nigdy.
ZOFIA [mówi z trudem, pokonywując uczucie zawstydzenia i winy]. Przyszłam wtedy do ciebie, żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko, powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że będziesz zawsze wybranym mojej duszy, ale że ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę — Boże, Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał, przekonywał. A ty nic, tylkoś mi powiedział to jedno, ale takim głosem strasznym, że mię dreszcz zdjął, jakgdybym już grób przed sobą zobaczyła. Klęczałeś przedemną i oczy twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc nawet: Zosiu, Zosiu, rozstanie z tobą mnie zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce i cisnąc ku sobie]. Janku mój, ty nie pogardzaj mną, ale ja nie mogłam inaczej, ja nie mogłam cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz mną pogardzał? Nigdy? Widzisz — ja nie wiem, za co ty mnie tak kochasz, mnie cudzą, wiarołomną żonę.
KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając dawniej powiedziane słowa]. Rozstanie z tobą mnie zabije; tak powiedziałem ci to — rozstanie mnie zabije.
ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz! Nie rozstaniemy się przecież nigdy, nie opuszczę cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?
KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie... Ale dziękuję ci, żeś mi to przypomniała teraz. Jak błądzącego w górach otoczyły mię mgły, i zdawało mi się, że na okół równina, zewsząd gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły, i widzę, że tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem] i będzie.
ZOFIA [trwożniej]. Na Boga — co ci jest dzisiaj? Janek, tyś nie zdrów: położysz się zaraz, dobrze? [podchodzi do łóżek, chcąc zdjąć i przygotować pościel].
KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem chory, nawet nie jestem zdenerwowany. Nic mi nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem. Dorastającym chłopcem krajałem sobie ramię nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś bólem powiedzieć sobie, że żyję. — I dziś niewiem nawet, czy mię te rany bolały. Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię szatan Massynissa, nie wzruszył mię bohater, ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar. Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! Czasem mi się zdaje, że jak u niego, każde czucie moje jest fałszem, każda żądza moja jest starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, bańką błota co nie błyśnie nawet i pęka. Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię kochać. [ironicznie].
Możem był ciekawy twej miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta ciekawość moja kosztuje.
ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie i cierpienie]. Powiedz, powiedz, poco ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie chyba mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie jeszcze, że jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało się zabrać z sobą. Wiem, co zrobiłam — i to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz, że obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, i sądzisz, że mogę za tem tęsknić? Nie mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli. [przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, że będziemy teraz mieli mniejsze dochody, a już przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to przejdzie. Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie — za miesiąc, dwa — to się już zupełnie wyuczysz po francuzku. Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast Lemaitre’a feljetony do Debatów pisywał. A i pani twoja weźmie się do roboty. Ty nie wiesz, jak ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie widziałam ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze śmiechem]. Założę jeszcze wielki magazyn mód; będzie taki wielki szyld: „Madame Sophie, Maison des confections” na Rivoli, albo na rue de la Paix, obok Wortha dla konkurencyi. Wszystkie elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym śmiechem]. Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem, chcesz?
KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym głosem]. Ty się modlisz, Zosiu?
ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...
KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz się?
ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie]. Teraz, teraz...
KARSKI. Ty wiesz, co jest kłamstwo?

[Długa chwila ciszy].
Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie kłamałem, nigdy, ani wtedy, gdyś po raz pierwszy przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz?

ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę.
KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak jak sobie wierzysz?
ZOFIA. Tak jak sobie.
KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham nad wszystko, że nigdy cię nikt nie kochał więcej odemnie?
ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej, wierzę.
KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym zginął, gdybyś ty się zawieść miała.
ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad siły]. Ja tego nie chcę, tak być nie może. Te ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co? Jedno jedyne miałam pragnienie, abyś ty, mój najdroższy był szczęśliwy. I patrz co się z tem dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś szczęśliwy. Czemu — czemu? Chciałeś mię mieć — jestem twoją, na zawsze twoją. Chciałeś mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich, od niego — przyjechaliśmy tutaj. Cóż ja jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo widzisz, gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną, to byłaby dla mnie taka kara, taka kara. [ze łzami]. Oh, nie...
KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem szczęśliwy, — jeśli ty mi wierzysz. Nie uwierzyłbym Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym krzaku, ale tobie wierzę.
ZOFIA. Ach, nie mów tego. Tak chciałabym, abyś ty choć trochę wierzył. Ale to niemożliwe.
KARSKI [pół-prosząco, pół-żartobliwie] Nawróć mnie.
ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko]. Ach, gdybyś ty naprawdę chciał. To tak dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, bólów, tęsknot; taki spokój, taka jasność nachodzi wtedy na mnie. I to, że całą wieczność będzie się miało przy sobie tych, których się kocha. Wiesz, wtedy co to nas już mieli wyrzucać z mieszkania, bo nie było pieniędzy na komorne, — tyś wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie u kogo chociaż kilku franków; zostawiłeś mnie samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd wypędzać. Jeszcze byłam taka naiwna i nic nie wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze pieniądze... Lękałam się zostać w domu i wyszłam na ulicę. Poszłam przez Boul’Mich. Długo, długo stałam na moście: szara, mętna woda płynęła bez końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła ku mnie. I pomyślałam sobie, że sama nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą — jeśli ty nic nie znajdziesz — dobrze. Ty nawet nie wiedziałeś, jak mi wtedy było straszno i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło Notre Dame; drzwi były otwarte, grały organy, poszłam. Było tak pełno, a nad nami leciały tony głębokie, wielkie, jakby wicher z organów zrywał się i rozpędzał nam dusze, gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych stóp Boga. Nie, ja się nie modliłam, ale byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany, i od tego pokoju na Glacierze...
KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?
ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak, — i od ciebie. Ty się gniewasz o to? Ale jak wróciłam, to byłam taka silna, taka pewna, taka spokojna. Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, to wiedziałam, że się nam nic nie stanie i że ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.
KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą duszę.
ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma?
KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być poetą, artystą, ale ja nic nie stworzę, ja nic nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, ale i nic nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, ja wiem, że tam nic nie ma, ale wierzyć w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną ironią]. Co jest pięknego we mnie?
ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: »Widziałem krew na duszy mojej«? Kto napisał: »Złote gromy«?
KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we mnie.
ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, o których mówić nie warto nawet. [z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz być wielki! zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby chwytając z radością myśl, która się jej nawinęła]. Jak to dobrze, że masz teraz mniej roboty w redakcyi! No bo wprost nie miałeś czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz do pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło się próżniactwo! Już Zośka cię dopilnuje. Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał kiedyś — pamiętasz u mnie jeszcze. To takie śliczne było. Poślemy to do Warszawy. [opamiętuje się]. Nie do Warszawy, nie — gdzieindziej, do Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy na przedstawienie. [smutnie]. Tak dawno już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... [znów żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, a ja schowam się gdzieś cichutko, skromniutko, na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie widział. Potem oklaski, krzyczą: autor, autor! Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w dłonie]. Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie kochasz. A może ty wtedy przestaniesz twoją Zońkę kochać?
KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty rozkoszą]. Mów, mów dalej... Jaki ty masz głos!
ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów to samo, a ja tego tak nie lubię. Napewno nawet nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz? Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie chyba masz za bardzo głupią. Może masz racyę nawet. Ja jestem taka roztrzepana.
KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie słyszeć oprócz głosu twego. Tak, głos twój pokochałem najpierw.
ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej w świecie! No już teraz nic, nic nie słucham. Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na śmierć o obiedzie. A jestem taka głodna. A jak Zońka jest głodna to jest taka zła, zła...
KARSKI. Dziecko, dziecko moje.
ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda półki]. Ale nic nie ma w domu. Tylko kawałek masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze zejść do miasta. [wracając znów do Karskiego, który stoi przy stole]. Czekaj, pomyślimy co będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki — ty lubisz sardynki — prawda? Potem kupimy dwa duże befsztyki, takie po sześć susów, a na deser... [wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, zgadnij!
KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, ty szalona główko.
ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam wczoraj takie śliczne róże, białe, ledwie ledwie różowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało. [z pewnem wahaniem]. A może to źle, że ja chcę róże kupić?...
KARSKI [wesoło]. Dlaczego znów źle?
ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest zbytek, a my teraz musimy oszczędzać bardzo. A powtóre to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty nie zbyt lubisz, i może będziesz głodny.
KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce mi się jeść; nie będę głodny.
ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty dobry! Widzisz mnie się tak strasznie chciało mieć te kwiaty... Przepadam za różami, już wczoraj chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam ani susa. W Warszawie w każdym pokoju były u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę prędziutko [liczy prędko]. Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi półtora franka [odwracając się od Karskiego podchodzi do wieszadła z ubraniami, wkłada zarzutkę i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy].
Janek, ja już idę...
KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na Zofię, mówi zimno, a jednak ze wstydem]. Zosiu, ja nie mam tyle.
ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy franki w Journalu.
KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem koło Odeonu, zacząłem czytać i kupiłem książkę.
ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę...
KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine, poezye Verlaine’a. Ale ja to będę tłomaczył. To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę wydobytą z płaszcza na stół].
ZOFIA [opanowując się, znów wesoło, by oszczędzić Karskiemu wyrzutu]. Jak to dobrze, żeś kupił Verlaine’a. Tak mało go znam. Będziemy to czytali razem. Ty tak ładnie umiesz czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś mi czytał »w Szwajcaryi« na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego panią. Ach! poezya...
KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie]. Podłość, podłość, podłość!
ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną, później zupełnie szczerą wesołością]. O, już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu na to. Ile masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze]. Siedemdziesiąt pięć centimów; trzeba zmienić menu. Ja i to umiem. Niedarmo czytywałam w Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy gospodarskie: najpierw wspaniały obiad, a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo. Więc teraz będzie tak: sardynki są nieświeże w lecie — zawsze mię tak uczono — a róże od wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt centimów, chleb dziesięć, jeszcze nam zostanie cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].
KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, wolę sam iść. Nie chcę żebyś teraz tyle chodziła po świecie, zmęczysz się...
ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po sprawunki. Czy ty?...
KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie, aby iść na dół po obiad!
ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym ja się nie zmęczyła? Nic więcej?
KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.
ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi. Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].
Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się niczego nie domyśla! Może to ja się łudzę? Nie, nie, to się czuje. I nie mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w Journal’u mu wymówiono popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś, dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże, Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca kartki, czyta bardzo wolno i cicho].

Les sanglots longs
Des violons
De l’automne,
Blessent mon coeur
D’une langueur
Monotonne.

[ciszej jeszcze].

Et je m’en vais
Au vent mauvais,
Qui m’emporte
De ça, de là
Pareil à la
Feuille morte.

Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek? [stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej].
ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca]. Andrzej!
ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wieczór Zofio!
ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?
ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspokój się. Przyszedłem teraz, bo tylko ciebie chciałem widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem w Berlinie, w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem już od miesiąca i dopiero wczoraj wieczorem cię spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą stało? Jak ty wyglądasz tutaj?
ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co się ze mną stało, czy ja wiem.
ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może. Za coś ty mnie opuściła? Bez słowa jednego rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze, z biura, przychodzę do domu, szukam cię po wszystkich pokojach. Służący powiada mi, że pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to być nie może, ja temu nie wierzę — to nieprawda, to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie, moja matka codzień pyta się ciebie — ona kochała cię jak własną córkę. A ty taka święta, taka czysta, ty tutaj, ty...
ZOFIA [szybko]. Nie mów! nie myśl tak o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz, tyś był moim mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta, nie, nie rozpusta, co mnie tu przywiodła, [prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...
ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego bólu]. Nie?... Wiec tyś mnie nie kochała — to był fałsz, twoja miłość, twoje szczęście, uśmiechy, wesołość, pustota. To była komedya, twoja radość, te podróże nasze... Jak dziecko nosiłem cię na rękach. Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś mi ręce na szyję. To była komedya.
ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem]. Tyś był bardzo silny, Andrzeju.
ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty nie byłaś szczęśliwą ze mną? Powiedz, powiedz!
ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi się może zdawało niegdyś; nie, nie było we mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam szczęśliwą. Ale ja i tu nią nie jestem.
ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu? Co ja ci zawiniłem Zofio?
ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie gardź mną. Ty nawet nie wiesz, jak ja cię szanuję. Mnie dużo, dużo mówiono o tobie, jeszcze nim byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia, kiedy ja o tobie pomyślę. Ale ja nie mogłam; ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie, otoczyłeś mnie bogactwem, przepychem...
ANDRZEJ [pół szyderczo]. Ty myślisz, że chciałem cię kupić...
ZOFIA...ja tobie zawdzięczam wszystko. Byłam biedną głupią panienką. Ty z twojem nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś mógł się ożenić nie wiem z kim, tyś wybrał mnie, dałeś mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża się ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, ja ciebie przepraszam bardzo [chce całować jego rękę].
ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!
ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu rękami o stół]. Byłam głupiem, lekkomyślnem dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o życzeniach moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, nie pokazałeś mi, co to jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. Mnie przy tobie było za dobrze. O! nie łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było bardzo żal, i twojej matki, i małej Anki, która codzień przychodziła do cioci Zosi — wyście wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was było żal dla siebie samej. A on jest taki biedny, taki sam. Ty masz matkę, Ankę, ciebie tylu ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie tak życie, praca twoja pochłaniała. — A w nim się dusza tak męczy, rwie, miota — ja się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat się zastrzelił, on zawsze nosi rewolwer przy sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą trwogą]. Przebacz mi, ja nie mogę już teraz kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?
ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak; masz racyę. Mnie kochają moi robotnicy, urzędnicy, wszyscy chłopi u nas w Golewicach. I ja ich kocham. Los dał mi majątek, dał mi obowiązki. Tyś nie była przy śmierci mego ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę. Ale i ja chciałem mieć coś wyłącznie dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym blaskiem moim. Chciałem cię mieć tak radosną, chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby nic nie płoszyło twojego uśmiechu. Nie mówiłem ci nigdy o zgryzotach swych, o zawodach. Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo ciężko — ale nie mylisz się — mnie się nic nie stanie, mnie się nie może nic stać...
ZOFIA [boleśnie]. Nie mów, nie mów...
ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to kryć. Oni nie wiedzą o niczem. Ty dla nich jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed matką, ale matka moja nawet sobie nie wyobraża, że coś podobnego być może; jej się w głowie pomiesza, jeśli się dowie...
ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.
ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu, ty wrócisz do mnie, ty musisz wrócić. Zapomnimy o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie. Tak, ja byłem szczęśliwy, silny, dumny, ale i ja tak chciałem być kochany. Jeśli nadzieję stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę wiedział już, żeś mnie oszukiwała zawsze. Nie byłem kochany nigdy — powiedz jest-żem podlejszy od innych?
ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś chciał mnie dzisiaj mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty naprawdę sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć do twej matki?
ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie nie poświęcaj, Zofio; a ja, ja zapomnę. Ty wiesz że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. Nie odtrącaj mnie od siebie!
ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie można, nie można.
ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go znam, on spali ciebie i siebie. On ciebie nie kocha.
ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do mnie.
...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę.
ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. Ja nie kłamię. Tyle wiesz o mnie, żem nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, że on cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, rozbite, które nic nie stworzą i nic nie oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, on cię zabrał na nędzę, srom i hańbę — i on ciebie kocha!
ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on mnie kocha nad życie. Ty jego nie potępiaj, ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest winien.
ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj się nad sobą. Ufaj mi. Gdybym wiedział, że znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie miała, że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, niezależność, nie widziałabyś mnie więcej, nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. Nie zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem ci szczęścia, mniejsza więc o mnie. Przysięgałem ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś moją żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się zgubiła — a tu czeka cię tylko zguba. Możesz nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd uciekaj!
ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. Ty mnie zabijasz twą dobrocią. Ty jesteś święty — a ja taka podła byłam z tobą. [prawie owładnięta już płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że ja ciebie kochałam, ja może i dziś ciebie jeszcze kocham...
ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, wrócisz?
ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, nigdy. Ty się nie łudź, Andrzeju... Ja się będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć pod twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, ale ja nie wrócę, nie! Słuchaj, gdybym go nawet kochać przestała, gdyby on nie żył, nie wrócę do ciebie, nie wrócę...
ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?
ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. Tak, tak kocham jego, jego — i już nie tylko jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od Andrzeja, pada na kanapę, kryjąc twarz w ręce].
ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie, prawie bezmyślnie] Jezus Marya... [spokojnie] O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca się ku wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski podchodzi zwolna na przód pokoju].
KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej [do Zofii, która patrzy nań prawie osłupiała]. Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie więcej kochał.
[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać strzał i odgłos ciała, spadającego po schodach].
ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy].
Aah!

Koniec sztuki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.