Uroda życia/Część I/XXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Uroda życia
Tom I
Część I. Cień
Rozdział XXV
Wydawca Spółka Nakładowa „Książka”
Data wyd. 1912/1920
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XXV.

Piotr niedługo przebywał w domu generała. Pobyt tam stał się dla niego nie do zniesienia. Rany przyschły, przecięta brew zrosła się dzięki umiejętnej opiece pułkowego lekarza, z policzka zdjęto bandaże i został na nim tylko plaster stały, pod którym goiła się pozeszywana szrama. Skoro pacyent miał możność wychodzić z mieszkania, zaraz wrócił do swej dawniejszej „kwatery“ nad „Kozdrojownią“. Początkowo, wydalając się na ulicę, nosił przy sobie nabity rewolwer, a szablę kazał naostrzyć, ponieważ cała oficerya piesza, z zemsty za porąbanych kolegów, miała go na oku. Gdy był jeszcze słaby, rzadko się ukazywał na mieście. Za to odbywał coraz dalsze zamiejskie wycieczki. Obiady z restauracyi przynoszono do domu. Za pośrednictwem miejscowej księgarni polecił sprowadzić kilkadziesiąt kilo książek naukowych z zakresu swej specyalności i z zakresu nowej, przybranej, która go coraz silniej pociągać zaczęła, to jest z lotnictwa. Sprawę tę począł studyować gruntownie, zarówno teoretycznie, jak historycznie, poczynając od Leonarda da Vinci. Przysiadywał fałdów nad poszczególnemi badaniami techniki lotniczej. Krok za krokiem, mozolnie przerabiał tablice doświadczeń i badań Langley’a i Maxima z aerodynamiki, o oporze powietrza, o prądach i uderzeniu wiatru, o kierunkach i wewnętrznym jego składzie, o wszelkich fenomenach ptasiego lotu, o wszelkiego rodzaju skrzydłach aerodynamicznych, o całej statyce i dynamice nowożytnego lotnictwa. Mieszkanie zapełniło się szkieletami albatrosów, kormoranów, nietoperzy, kondorów, orłów i bocianów. Praca nad temi kwestyami poczęła dawać duszy wytchnienie. Uczył się od nowa, jak abecadła albo angielskich słówek, poznając zwolna prawa, rządzące niezmierzoną dziedziną ludzkiego czynu przyszłości, nieogarniętą, jak niebiosa, w których się mają dokonywać jego dzieje. Uciszała cierpienie niezgruntowana w swej piękności rozkosz matematycznego poznania, prostota prawd jasnych i przejrzystych, jak powietrze, których nie spostrzegają nieszczęśliwi ludzie, jak pijacy leżąc przy drogach życia martwemi oczyma nie widząc zupełnie nieba.
Niektóre kwestye z zakresu tej techniki lotniczej były trudne i nie do zdobycia, gdyż zahaczały o dziedzinę matematyki, ledwie dotkniętą na ławie szkoły artyleryjskiej, — albo już zapomnianą. Musiał tedy brać się z powrotem do zarzuconych podręczników i ślęczeć nad wyższym rachunkiem. Te problematy dawały możność egzystowania na ziemi obok najżywotniejszego z problematów, który o samem życiu stanowił.
Piotr wymógł na sobie, wydręczył ze swej duszy postanowienie przymusowego niewidywania Tatjany. Tak postanowił i tak się stało. Nie pozwolił sobie na współczucie, które go dręczyło po opowieści o czynie na leśnej górze. Wiedział dobrze, iż ono istnieje w nim, jakoby owa zacieniona sztolnia, — wiedział, że istnieje w nim niezgruntowana, podstępna i zdradziecka namiętność. Nie mógł się z Tatjaną pogodzić, nie mógł jej darować Roszowa.... Miał wewnątrz siebie głębsze i stokroć boleśniejsze rany, niż na policzku. Probował tedy wypowiedzieć scytyjską wojnę namiętności samej. Nie pozwalał sobie na wspomnienie, na bezkarne marzenie, na sen o Tani. Kochał ją w głębinie swej, poza wolą i wiedzą. Ażeby wytępić fizyczną pamięć uroku, nie jadł prawie zupełnie mięsa, pił tylko mleko, często pościł, a wszelką reminiscencyę usiłował wyszarpać z ciała forsownemi trudami, ćwiczeniem na mustrach, gimnastyką, i dalekiemi, pieszemi spacerami. Częstokroć w nocy, osaczony od widzeń, wstawał z objęć tęsknoty, wyprowadzał konia i jechał w świat. Biała pawłoka szosy wapiennej uchodziła przed oczyma w noc, wsiąkała w nią i ginęła w niewidnej, ociemniałej pustce, gdy jechał mrocznie zamyślony. Wbrew woli, nie wiedząc o tem, śnił przecie wciąż o jednem. Roztapiający się w ciemności szlak drogi był jako zagadnienie ziemskiego bytu, niejasne już o krok, a niezgłębione o dwa....
Tajemnica uczynku Tatjany jak kruk siedziała na głowie, — zagmatwana jej dusza stowarzyszała się z jeźdźcem i długie z nim toczyła rozmowy. Postać jej wieszała się u jego szyi, białe ręce opasywały ramiona, ciemne oczy zatapiały się w oczy, a usta przemawiały:
— Więceś mnie już zapomniał....
Dźwigał się wtedy na swem siodle, jak tyran, potężnym aktem woli przeobrażał ją, Tatjanę, śliczną swoją kochankę, w wyobrażenie, w symbol, — niweczył ją w swej pamięci i usuwał ze swego pola. Jechał sam, wlepiając oczy w śniadą smugę swej drogi.
Nie wiedział też nic o Tatjanie w ciągu czterech tygodni, gdyż do domu generała nie chodził, a wszelkie wiadomości stamtąd pochodzące wprost unicestwiał, zanim do jego wrażenia dostęp znaleźć mogły. Cieszył się kryształową czystością atmosfery swej woli, której, jak sądził, nic zmącić nie mogło. Ale — jakże się łudził! Zdarzały się w tem jego państwie chwile, wybuchające jakby za wolą, przyczynieniem się i rozporządzeniem szatana. Pewnego dnia, gdy odbywał jeden ze swoich milowych spacerów szosą przez lasy i wzgórza i był od miasta o jakie dziesięć wiorst, usłyszał nagle za sobą poryk automobilu. Wkrótce nadleciał zza załamania się białej drogi wspaniały, lśniący wehikuł i w tumanie kurzu, z pogwizdem swoim go mijał. Piotr podniósł oczy i za szybą — ujrzał Tatjanę. Obok niej siedział Roszow i mademoiselle Mathilde. Tatjana nie miała na głowie kapelusza. Włosy jej otoczone były woalem niebieskawego koloru, który byli swego czasu razem kupowali w Galerie Lafayette. Blada jej twarz zwróciła się w stronę Piotra. Usłyszał przejmujący i bolesny okrzyk. Ale automobil, jakby w wichrze, z żałosnym swoim jękiem poleciał po białej wstędze szosy. Został po nim swąd benzyny i kręte słupy długo nie opadającej kurzawy. Gdzieś daleko, w przestrzeni słychać było pobekiwanie pojazdu, niby śmiech odrażający dyabła, który osiadł ziemię, przebił serce świętej prawdy, a teraz niesie swój tryumf zielonemi polami. Piotr zatoczył się na swej równej drodze, w dobrze i mądrze wypracowanych powierzchniach swej woli. To dalekie pobekiwanie samochodu spętało go i obaliło na ziemię. Jak pijany, siadł trzeźwy matematyk na pryzmie kamieni, objął głowę rękoma i chwytał płucami powietrze, a sercem życie. Patrzał w ciemnicę uczucia, która się nagle rozwarła. Blada twarz Tatjany i jej oczy, jej oczy.... Wywinął się znikąd i przypomniał dawny, paryski sen. Brzeg morza, jakaś bretońska, murowana chałupa, Tatjana w oknie, gdzie pełno mężczyzn.... Krótki jej okrzyk! Ileż boleści, jaki strach, jaki żal, jaka otchłań cierpienia uderzyła przez ten okrzyk senny, wewnętrzny! Gdzieś w piersiach nastąpiło na skutek tego okrzyku coś, jak pęknięcie krwionośnej żyły. I oto — niespodzianie, nie wiedzieć jak i kiedy Piotr stoczył się z kamiennej pryzmy w rów. Nie mógł ruszyć się z miejsca, udźwignąć, podnieść. Macał wokoło siebie rękami, — natrafił dłonią na okruch głazu, rozbitego młotem kamieniarza, i w obłędzie swym ściskał go oburącz. Z oczu jego, — och, nie z oczu, lecz z rany przebitego serca, poczęły lać się samotne łzy. W minucie poczucia męskiego wstydu nieszczęśliwy przekręcił się na twarz, łkał i wył w ziemię, zapychając sobie nią usta, żeby nie krzyczeć. Krzyk do Boga z dawnego snu zstąpił na jawę, — krzyk bez echa. Ów sen spadł na głowę, jak kamień. Roszow trzyma w swych dłoniach ręce Tatjany. Obcy mężczyzna trzyma jej ręce! Oczy jej zatopione są w cudzych oczach, — usta jej spoczną na cudzych ustach! Szaleństwo płomieniem zapaliło się w kościach głowy. Myśli pękły i rozprysły się. Nic już nie widział i nie słyszał. Lecz oto ów dyabelski poryk automobilu ozwał się. Echo, czy złudzenie? Głos przeklęty stawał się coraz bardziej bliskim i natarczywym. Piotr powitał go przekleństwem — i zrozumiał, że on się zbliża. Po chwili słyszał już daleki świst, lecący w jego stronę. Usiadł na ziemi. Przekonawszy się, że pojazd pędzi ku niemu, wstał z miejsca i poszedł brzegiem drogi. Wnet tuman kurzu... Automobil nadleciał, minął przechodnia. Stanął. Piotr nie odwracał głowy. Szedł dalej. Lecz zawołano go po imieniu. Przystanął. Tatjana wysiadła i szła. Zobaczył ją na własne oczy, tę przedziwną, swój sen ukochany. Była blada, wysmukła, w lekkich sukniach. Była tak strwożona, jakiej nigdy jeszcze nie widział. Zdało mu się, że to nie ona, tylko widzenie rozpaczy, — że się za chwilę rozpryśnie i ułoży w nicości, jak pył gościńca.
Tatjana do niego podeszła. Była między nimi przydrożna pryzma kamieni. Ta pryzma legła na szlaku ich spotkania. Tatjana potknęła się o kamienie i bezwładnie na nich uklękła. Patrzyła się w jego twarz, w jego oczy.
Stał przed nią i przypatrywał się również, dziwiąc się temu zdarzeniu, jakby z własnej jego duszy wydartemu, z ciężkiej jego niedoli...
— Zobaczyłam cię, jakeś tu szedł... — rzekła po cichu.
— A tak, szedłem tą drogą.
— Sam tak idziesz?
— Sam.
— Masz mundur powalany.
— A tak, powalałem mundur.
— Jesteś taki bardzo blady... Zmęczyłeś się...
— Nie jestem zmęczony.
— Piotrusiu, Piotrusiu, moje dzieciątko...
— Taniu...
— Roszowa już tam niema w automobilu... — rzekła z pokorą, żebrzącą u jego nóg, ze wstydem bez granic.
— A gdzież jest?
— Kazałam mu wysiąść pod miastem.
— Dla czego?
— Bo pewnie z nim nie chciałbyś wsiąść.
Wściekły, niemal zwierzęcy rzut męczarni i płomienisty wybuch dumy porwał się z jego piersi nanowo i zamarł na ustach. Piotr żuł w zębach wyraz okrutny, straszliwy. Spojrzał na nią — i przeczytała w jego oczach ten wyraz.
Jęcząc, wstała z klęczek. Chwiała się tu i tam. Bezsilnie zawróciła, pchnięta jego spojrzeniem, i odeszła na nogach jakby spętanych, które się pod nią zginały. Za chwilę pojazd znowu zaryczał, zawył i w tumanie kurzu pomknął.
Teraz oficer szedł znowu brzegiem gościńca, taksamo jak szedł niedawno temu. Stawiał równo stopy na kędzierzawych trawach, grubo przyciętych wapiennym pyłem. Zeschłe głowiny białych koniczynek i szorstkie źdźbła uginały się pod jego nogami, niby zwoje subtelnych sprężyn. Ciepły wiatr taksamo leciał ze ściernisk, wciskał się pod rozpięty mundur i opasywał żebra spazmem, którego ohydy słowo nie zdoła wydać. W przymkniętych oczach, na biały gościniec szosy upadłych, zostały blade policzki Tatjany i jej czarne oczy tak struchlałe i tak zabite... Objawiła się we wzroku błękitnawa smuga pod dolnemi powiekami. Nawinęło się proste pytanie:
— Czemużem z nią nie wsiadł i nie pojechał? Przecie Roszowa tam nie było w istocie. Była tylko dobra przyjaciółka mademoiselle Mathilde — i ona...
Uczuł jej ramię oparte o swoje ramię, rozkoszny nacisk, który był już częścią jego zmysłowej jaźni, — mięki zwój włosów na swym policzku... Tyle już dni, tyle już nocy tych włosów ustami nie muskał! Jakże? Wróciła się! Zadrżało jej wierne serce — i tak niezgłębiony krzyk miłości był w jej gołębim wzroku! Taka w jej twarzy pokora i taki szczery wstyd! Jawnogrzesznicy Chrystus przebaczył, a on? Postąpił z nią w tej stanowczej chwili nie tylko, jak kat, lecz jak gruby, brutalny cham! Po tym postępku — już nigdy, już przenigdy! Duma już jej nie da zapomnieć. Szofer patrzał i ta mademoiselle Mathilde. Piotr uczuł, że runęło nań teraz nieszczęście zgoła nowe, dwakroć gorsze, niż było dawne. Szał rozpaczy znowu zjeżył włosy. Pot oblał ciało. Wytężyły się muskuły. Lecz jak cięciwa łuku naciągnęła się wszystka wola. Dźwignął swe nieszczęście i poszedł ku miastu.
Odtąd zły na niego przyszedł czas. Wypracowane tak mądrze i tak doskonale budowisko woli, nagle, jak domek z kart, runęło. Ukazały się podspody, nice woli, grzęzawisko i topiel, gdzie ani przebrnąć, ani przepłynąć, ani nawet utonąć nie sposób. Jak dwa wściekłe zwierzęta rzuciły się na siebie dwa elementy duszy: podłość i duma. Wżarły się w siebie dzikiemi szczękami i borykały bez jednej chwili wytchnienia. Ustał zupełnie apetyt, sen i zdolność do jakiegokolwiek uczynku. Odraza do książek, map i rysunków napełniła dawne funkcye ducha. Nienawiść do ludzi i ich życia, do ptaków i ich śpiewu, do drzew i ich poszeptów, do nieba i jego pogody zwiększała się z dnia na dzień, aż urosła do potęgi, równej sile życia i ogromowi świata.
Piotr nie mógł usnąć w nocy, również następnej i trzeciej z rzędu. Czuł, jakby miał wbitą w bok drzazgę żelazną, coś niby grot lancy, i musiał na tem leżeć w łóżku. To też wstawał i bosy, w nocnej bieliźnie chodził po stancyi. Zwalczał się sam w sobie. Poszukiwał, — ach, jakże straszliwie! — poszukiwał siły, któraby mu mogła zastąpić miłość Tatjany. Przemierzał wysiłkiem ducha wszystko, co mogłoby mu dać siłę życia bez Tatjany, — co mogłoby w nim wytworzyć zdolność zapomnienia o niej, — i nie mógł znaleźć. Przebierał i rewidował po kolei — wielkie czyny, zapasy z przeciwnościami, prace, nędze, poświęcenie się, głuche męczarnie i najskrajniejszą rozpustę, — i widział, że to wszystko jest na nic. Jedna jakowaś nikła reminiscencya wszystko rozdzierała na strzępy. Wspomnienia pewnych słów, miejsc, dźwięków i połysków nabrały siły straszliwej. U wezgłowia pościeli, w ciągu krótkich minut sennego zamroczenia zdawał się zasiadać czuwający konsyliarz ducha, bezsenny szatan, — i kiedy głęboki sen miał zejść i uciszyć cierpienie, — wymawiał krótką a nieśmiertelną formułę nieszczęścia: słowo... Ukazywała się zmoczona od deszczu aleja w Charenton, — zaciszny pokój w Paryżu, — ciemna noc w dalekiej, pustej ulicy...
Czasami nieszczęśliwy wyszarpywał się na wierzch z topieli, wychodził na miejsce suche i zdobywał pewność, że nareszcie siłą rozumu, mocą niezłomną logiki pokonał strzygę uczuć. Kładł się spać — i drzemał. Przebywał na poły na jawie, na poły we śnie. Niby to spał, wiedząc dobrze o tem, co się dzieje w myślach. I oto sylogizm o konieczności trwania, ostatnie narzędzie woli, wydobyte ku obronie przed zatratą z błogosławionego kraju logiki, — znagła i niespodziewanie pryskało, jak sprężyna w zegarku. Siła męczarni wyrzucała z łoża. Znowu powolny krok po izbie. Nocna ciemność i nocna cisza były znośniejsze, lecz szarzał brzask... Piały koguty i lekki powiew poruszał liście drzewiny w podwórku. Dawał się słyszeć odgłos życia i kroków ludzi. Wstawał do pracy ubogi stolarz w dziedzińcu. Coś mierzył, przystawiał, przyklejał. Wkrótce budziła się gruba jego żona w zdeptanych chodakach. Jakąż nienawiść Piotr powziął do tego stadła! Rzucał na ich niewinne głowy ciężkie przekleństwo!
Mocne i stałe cierpienie poczęło wysysać wszelką racyę i wszystką siłę bytowania. Piotr obejmował rękoma niejaki kształt w próżni, coś jakgdyby ów kolec spróchniały krzyża, wiszący na drzewie. Wałęsając się po izbie wśród wstającego dnia po białej nocy, powielekroć, bez wydania głosu wołał z głębi serca:
— Ojcze! Ojcze!
Za dnia nie jadł. Trochą mleka zwilżał zeschnięte wargi. Chodził po mieście, z nienawiścią myśląc, że znowu będzie noc. A gdy przychodziła okrutniejsza niż wszystko, co o jej grozie mogłoby podać ludzkie słowo, — długa, ciemna, milcząca, — począł zagłębiać się w jedyne wyjście z tego lochu męczarni. Zapragnął spoczynku śmierci tak szczerze i tak naturalnie, — wmyślał się w to, czem ona jest, tak logicznie i bez jakiegokolwiek wzruszenia, że nareszcie pociecha do jego izby zawitała. Odłączony od siebie samego, obcy sobie, istność nieznosząca życia i jego wesela, — jakgdyby po stopniach bardzo stromych wszedł zwolna na jakiś pomost. Stamtąd zobaczył piękno spokoju. Z uśmiechem rozmyślał, że miłości do Tatjany pokonać nie można, a każde jej mniemane pokonanie jest obłudą męczarni, — że spodleć, to znaczy wrócić się do Tatjany, nie można, bo trzeba-by było przestać być sobą, — więc musi być inne jakieś wyjście. To wyjście dawało możność pokonania podłości i obleczenia się w dumę. W tym płaszczu dumy czuł się, jak monarcha, wstępujący na tron. Na czole miał ciężką nadmiernie, ołowianą koronę, na kolanach miecz ślepy i bezlitosny. Przymykał oczy i wyniośle czuł, że króluje nad światem wewnętrznym, choć krwawe łzy wciąż płyną mu po policzkach.
Następnego dnia wałęsał się po mieście bez rewolweru i szabli. Wstępował do klubu i cukierni, gdzie było pełno oficerów piechoty, najbardziej wrogo dlań usposobionych. Siadał wśród nich i wzgardliwie zaglądał im w oczy, mijał ich z odrazą, lub przeciskał się przez ich grona. Ale ci ludzie usuwali mu się z drogi, albo milkli na jego widok i patrzyli nań z podełba. Wracał do domu obojętny i bardziej jeszcze znużony nicością ich męstwa.
Na czwartą noc, zaraz z wieczora rzuciwszy się na łóżko bez nadziei spoczynku, zasnął krótkim, lecz twardym snem. Przyśniło mu się, że, nie przestając chodzić po swej izbie, zstąpił ze schodów, wymknął się z domu i udał do Tatjany. Stoi oto u drzwi i pociąga za niezapomnianą, bronzową rączkę starożytną od dzwonka w kształcie strzemienia. Dzwoni raz, drugi i trzeci. Za drzwiami słychać tupot nóg: — biegają tam, gdyż wiedzą dobrze, że to on dzwoni. Lecz nie otwiera nikt... Nareszcie ktoś drzwi uchylił. To ta — Mathilde. Wszedł do wąskiego korytarzyka, gdzie pewnego razu, o zmroku pocałował Tatjanę, co jej, jak później wyznała, sprawiło najgłębszą, najsubtelniejszą rozkosz w życiu. Ciemna przed jego oczyma wisi zasłona, jakiej tam nie było w rzeczywistości. Za zasłoną sala duża, jak w hotelu na paryskich bulwarach. Trzej młodzi ludzie przeszli przez tę salę. Twarze ich ukazały się nad wyraz żywo, choć ich nigdy nie widział na oczy. Potem trzej inni — starsi wiekiem panowie. Ci rozmawiali z Tatjaną. Jeden z nich proponował, żeby pojechała na Litwę. Wreszcie — o, głęboka, niewysłowiona, senna rozkoszy! — ujrzał Tatjanę. Siedziała na łóżku nieubrana, w liliowym szlafroku, który niegdyś tak lubili... Czesała swe długie, czarne włosy. Piotr zadrżał od wewnętrznego spazmu serca. Czekał. Zobaczył twarz Tatjany, — usta, brwi, policzki, włosy... Sen zatarł i zniweczył wiadomość o niedoli, o rozłączeniu, o strasznej męce i ukazał bliskość szczęścia dawnego. Lecz oto ktoś nadszedł, jakaś kobieta znajoma, czy, nieznana, — i rzekła, że Tatjana już go widzieć nie chce. W istocie podniosły się przeciwko niemu jej oczy obce, cudze, w których nie było już nawet nienawiści, tylko zimny i jałowy popiół wzgardy.
W owej chwili Piotr ocknął się. Był zlany potem, serce mu biło nadzwyczajnem tętnem. Wstał natychmiast z łóżka, narzucił na ramiona letnią szynel, wdział długie buty na bose nogi, — i cicho wyszedł z mieszkania. Jak w niedawnym śnie szedł po pustych, ciemnych, małomiejskich ulicach. Omijał główne, brnął po błocie zaułkami. Wyszedł na łąkę, przylegającą do ogrodu generała. Przeszedł przez kilka rowów, przebrnął przez żywopłot i jakieś głębokie doły, aż wreszcie znalazł się pod ogrodzeniem, skąd widać było obadwa skrzydła pałacyku od wewnątrz. Nieruchomy, zimny blask księżyca padał na szyby pokoju, gdzie była Tatjana. Okno było zamknięte. Ten blask, tak niegdyś piękny, a teraz płony, niezmienny i okrutny, jakby wapnem rozpuszczonem zabielał okno. Boleść niezgłębiona zmogła ciało i duszę Piotra. Przewieszony przez kamienne ogrodzenie dawnego raju swej duszy, pokonany, przebity, bezwładny i upadły jęczał przed Bogiem.
Tak przeminęła ta najgorsza z nocy...
Borykaniem się ze sobą, męczarnią mocniejszą, niż siły fizyczne człowieka, zdobył przecie w ciągu następnych dni jedną władzę, — wyżął, wycisnął i wydusił z cierpień jedną potęgę: szlachetną, zaiste świętą dumę. Nie widywał Tatjany i — dzięki dumie, — mógł jej nie widywać. Mógł spać, nabrawszy w ciągu dnia wiedzy tajemniczej, że ona go już zdradziła. Mógł pracować tylko dzięki hartowaniu w ogniach duszy i zastalaniu wciąż w sobie cienkiego sztyletu pogardy. Doskonale wiedział, że gdyby teraz popadł znowu we wspomnienia, w, mięką mądrość litości, — utraci sen, a z nim władzę nad furyami swej duszy. Pokonywał te furye z takim trudem, wdeptywał je w miazgę swego bytu tak powoli! Wiedział, że i duma, tyle szlachetna i tak cnotliwa, — jest to fikcya, lekarstwo symptomatyczne, mechaniczny nacisk na czujnego ducha. Wiedział, że jedno spojrzenie tamtych oczu...
W kilka tygodni później, przyszedłszy o naznaczonej godzinie na pole ćwiczeń bateryi, Piotr zastał jednego tylko oficera, Jeżkowa, chłopca bardzo zdolnego, wesołego, z lepszem wychowaniem, ale birbanta i hulakę, który swe zdolności oddawna trwonił po knajpach, a wiedzę techniczną topił w próżniactwie. Jeżkow okazywał Piotrowi wiele życzliwości w czasie choroby i był dlań zawsze dobrym kolegą. Po awanturze zdradzał jakgdyby zazdrość z powodu otrzymanych przez Piotra ran. Uskarżał się nieraz, że też to on wtedy był gdzieś — i to notabene, — licho wie gdzie, — że go też to nie było w pobliżu, gdy się owa bitka przydarzyła, — że też to on nie przeczuł, że się taka rzecz dzieje. Onby im był wówczas zadał bobu! Już onby im pokazał, jak to się sekunduje koledze — artylerzyście, a jeszcze Rozłuckiemu, „Piotrusiowi“, — a nadewszystko w takiej sprawie! Ale ta rzecz, — dodawał, — jeszcze wypłynie i jeszcze Piotruś zobaczy, jak to Jeżkow sekunduje...
Dzień był zimny, więc otulali się w szynele i, ćmiąc papierosy, gwarzyli na wietrze. Jeżkow rzekł, poziewając:
— Piotr Iwanycz, — przepraszam, że cię o to zapytam, bo dziś, jak się okazuje, już można. Jakże to? Tatjana Iwanowna idzie za mąż za tego tam Roszowa?
— Skąd to wiesz? — spytał Rozłucki.
— Wczoraj wieczorem byłem u generała. Było mnóstwo osób, całe miasto, wielka feta. No i przy wszystkich już Roszow występował, jako szczęśliwy narzeczony.
— Skoro tak, — to sam widzisz...
— Przepraszam cię bardzo... Wybacz, że dotykam tej sprawy. Czy zostałeś przez nią zdradzony?
— Nie.
— Bo jeżelibyś potrzebował mojej pomocy... — rzekł Jeżkow, gryząc munsztuk papierosa i przymrużając mądre i poczciwe oczy, — zawsze możesz liczyć na mnie. Gdy wczoraj zobaczyłem i posłyszałem o narzeczeństwie, wierz mi, miałem zamiar natychmiast doprowadzić do jakiejś awantury z tym pudlem uczonym, Roszowem. Ale nie wiedziałem, co o tem sądzić, jakie jest twoje zapatrywanie na tę sprawę. Wybacz, że to poruszyłem...
— Ach, nie! Jestem ci wdzięczny za tę wiadomość.
— Doprawdy? Piotr Iwanycz!
— Co, bracie?
— Jeżeli cię zdradziła, a chcesz tamtemu pokazać, że naszym bratem pomiatać nie wolno, to słuchaj! — licz na mnie...
— Dziękuję ci, — ale ja nie jestem zdradzony. Daję ci na to me słowo!
— Nie jesteś zdradzony?
— Nie.
— Ejże!
— Jeszcze raz daję ci na to me słowo.
— Dziwaku! — mruknął Jeżkow. — Taka dziewczyna, takie stosunki, taka karyera. I on nie jest wcale zdradzony, daje na to słowo. No, więc milczę.
Piotr uśmiechnął się i odszedł do swej roboty. Mówił do żołnierzy, — później wsiadł na koń, wydawał rozkazy... Widział pola, lasy, wzgórza, w dali miasto. Lecz widoki te stawały się coraz bardziej zmącone, jakby obrazy snu. Unikał Jeżkowa i rozmowy z nim w niejasnej obawie, ażeby nie przyszła chęć wyrwania niespodzianie rewolweru i wypalenia mu między oczy.
W końcu następnego miesiąca, grudnia, lokaj generała, człowiek stary, wierny swemu panu, jak pies, dawny wysłużony żołnierz i niemal członek rodziny generalskiej przyniósł i wręczył Piotrowi list od mademoiselle Mathilde. Francuska pisała krótko i niezupełnie ortograficznie z prośbą, ażeby Piotr przyszedł nazajutrz na ów plac obok ogrodu i magazynów wojskowych, gdzie po raz pierwszy Tatjana naznaczyła mu spotkanie. Po przeczytaniu tego listu Piotr wpadł w zamyślenie. Przewidywał, że tam przyjdzie nie tylko Matylda, lecz i Tatjana. Cała jego męczarnia była nie czem innem tylko wykrętnym snem o spotkaniu z Tatjaną, wzdychaniem do jej widoku. Teraz jednak, gdy ona się nareszcie poniżyła i miała przyjść, ocknął się dawny gniew... Piotr wiedział, że owo narzeczeństwo z Roszowem może być li wybiegiem, a jeśli nawet było faktem istotnym, to w każdej chwili mogłoby być zerwane... Ale sama obecność Roszowa obok niej — już dawno wszystko zdecydowała.
W czasie namysłu Piotra stary lokaj stał przy drzwiach w swym czarnym surducie, z mnóstwem orderów pod jego klapą. Gdy Piotr podniósł głowę, żeby dać odpowiedź, ten stary sługa, wbrew zasadzie subordynacyi i oczekiwania, — przemówił:
— Piotr Iwanycz...
— A co to powiesz? — przerwał mu Piotr wyniośle.
— Piotr Iwanycz, — nisko ja się tobie kłaniam i proszę o przebaczenie, że śmiem mówić...
— No, dobrze, dobrze. O co ci idzie?
— Piotr Iwanycz, — ja czołem biję przed tobą...
— Powiedziałem, żebyś wyłożył, czego chcesz.
— Przebacz ty już Tatjanie Iwanownie, odpuść!
— A to co ma znaczyć! Tobie co do tego!
— Przebacz ty jej przez miłość Chrystusa Zbawiciela. Przebacz i mnie, staremu człowiekowi!
— Na ten raz przebaczam. Ale nie waż się wtrącać w taką sprawę. Zrozumiałeś?
— Tak jest, w istocie. To do mnie nie należy. Ja dużo wiem, Piotr Iwanycz, ja i twój gniew rozumiem, choć ja i lokaj. Zlituj ty się nad Tatjaną Iwanowną przez miłość Chrystusa Zbawiciela. Sam wiesz, dla czego.
— A dla czegóż to mam się nad nią zlitować? — szarpnął się Piotr.
— Widziałem, jakeś do niej chodził na wiosnę, kiedy to plany w kancelaryi jego generalskiej mości pisałeś. A teraz ona z tamtym. Zważ!
— No, więc cóż? Skoro chce być z tamtym, to ja przecie z nią być nie mogę. Czy tego jeszcze zrozumieć nie możesz, choć tyle lat przeżyłeś?
— Piotr Iwanycz! Na ręku ja ją wyhodowałem. Mówić i chodzić przy mnie zaczęła. Znam ja ją! Nie dobrze ta sprawa stoi...
— Powiedz mademoiselle Mathilde, że przyjdę... — rzekł Rozłucki, przerywając wynurzenia starego sługi.
— Słucham... — mruknął lokaj i wyszedł z niskim ukłonem.
O naznaczonej godzinie ubrał się starannie i poszedł na plac za ogrodem miejskim. Zbliżając się do tego miejsca, spostrzegł Matyldę — samą. Doznał zawodu. Powinien był ucieszyć się, że Tatjany niema, — a oto tak bardzo się nie ucieszył! Głucho, twardo zakołatało serce. Niepostrzeżone afekty zawirowały, jak odór ohydy życia bez Tatjany, — pomimo, że logicznie rozumował i cieszył się na pozór z takiego obrotu sprawy. Francuska była podniecona, blada, niespokojna. Na zapytanie, czy przychodzi od Tatjany, odpowiedziała niejasno. Bredziła coś o dawniejszym stosunku...
— Słyszałem, że Tatjana Iwanowna zdążyła już zaręczyć się z monsieur Roszowem... — przerwał.
— Tak... — mruknęła wymijająco, — Tania się zaręczyła. A cóż pan na to?
— Składam życzenia na razie za pośrednictwem pani. Później, później sam je złożę osobiście. Jeżeli dotąd tego nie uczyniłem, to tylko z tego powodu, że nie byłem z dobrego źródła powiadomiony, a nie chciałem korzystać z pogłosek. Teraz, skoro pani to potwierdza...
Francuska przypatrzyła mu się bystro i po tej obserwacyi jeszcze bardziej sposępniała.
Milczeli obydwoje, idąc w stronę ogrodu. Piotr zauważył z wewnętrznym, grubijańskim śmiechem, że towarzyszka Tatjany nie traci po kobiecemu sposobności wyprobowania na nim mocy swych wdzięków. Wiedział jednak, że nie to było jedynym powodem tego rendez-vous. Spytał:
— Kiedyż można spodziewać się ślubu?
— Czy ja wiem... Logicznie rzeczy biorąc, powinienby być wkrótce...
— Ach, tak?
— No, oczywiście...
— Tak im pilno?
— Pilno, gdyż...
— Gdyż co?
— Gdyż Tania jest...
— Cóż takiego?
— Tania jest, — domyśla się pan...
— Nie domyślam się niczego...
— Ach, Boże! Ona jest, — no...
— Cóż?
— Ona jest, — ach, jakiż z pana człowiek!...
— Co takiego?
— Ona jest, — no, — przecie, — w ciąży.
Piotr uczuł w głowie huk, jak wówczas od cięcia w nią wielu szabel. Czarna chmura zasłoniła mu oczy.
— „Córeczka, nasza córeczka“... — zabrzmiał kędyś chichot szatana. Krótki, sztuczny śmiech na wargach białych, jak wapno.
— Winszuję panu Roszowowi powodzenia... — rzekł, korzystając z obecności tego śmiechu na ustach.
Francuska odrzuciła na bok wszelkie osobiste zamysły i sposoby i zwróciła się z szeptanem wynurzeniem:
— Tania jest w rozpaczy!
— Tania? W rozpaczy? Zawsze przecie pragnęła mieć dziecko... — wypluł w śmiechu wyrazy wszeteczne, bezwstydne i wściekłe, jakby sobie samemu plwociny w oczy.
— Ale z panem...
— Inaczej się złożyło. Niestety! Niedawno to, lecz siedm miesięcy... Siedm miesięcy upłynęło od paryskich czasów, kiedy mogłem widywać Tatjanę Iwanownę. Pan Roszow mię ubiegł. Pani to zresztą wie najlepiej, — ciskał jej w ucho chichoczące, głupie wytryski ślepej rozpaczy.
— Wiem, wiem... — cedziła przez zęby.
— Więc co?
— Panie! Szanuj ją! Ona cię do szaleństwa, do obłąkania kocha.
— Nawet mając mieć dziecko z Roszowem?...
— Chciała w ten sposób zemścić się na panu za to, coś z nią zrobił.
— Krwawa zemsta z przestarzałej operetki.
— Co teraz począć?
— Przedewszystkiem nie wtajemniczać obcych, jak ja, w sekrety szczęśliwych narzeczonych. Mogę przecie być plotkarzem, który wieść rozniesie po cukierniach miasta. Po drugie szyć co tchu wyprawę, zamówić popa, karety, drużbów i druchny, — no i kołyskę.
— Ona po całych nocach nie śpi, chodzi po pokoju, wałęsa się po domu, schodzi do ogrodu, wraca, znów gdzieś ucieka, coś pisze, pisze na dużych arkuszach listy do pana, czy do kogoś innego — nie wiem, — coś pali w kominku, przychodzi do mnie i mówi dziwne, niestworzone rzeczy. Na głos rozmawia z panem, modli się, leżąc godzinami na podłodze w tym wąskim korytarzyku, który do jej pokoju prowadzi. Najczęściej zaś stoi przy oknie i płacze w przestrzeń jednym głosem tak dziwnie i tak strasznie, jakby wyła. Biedna Tania! Zaplątała się w sieciach, które na pana chciała zastawić, gdy ją pan zdradził tak bezlitośnie, tak na zimno...
— Zdradził! Ja ją zdradziłem?! Przecie ja nie żenię się z nikim, ani się w nikim nie kocham.
— To też ona poleciła mi, żeby panu to wszystko powiedzieć i żeby pana tylko o to jedno zapytać, co ona ma zrobić? Tylko to jedno pytanie, co ona ma teraz zrobić? Tak kazała. Tylko już to jedno jedyne pytanie, co ona ma zrobić? Jak pan rozkaże, tak się stanie.
— Cóż ja mogę powiedzieć... — zaczął Piotr w poprzednim, męskim tonie, lecz nagle zaciął się. Myśli zapadły się i zawaliły weń, jak gruzy domu głupio zbudowanego. Bezużytecznemi wydały się wygodne, cyniczne słowa. Nędzną pokazała się sztuczna wyniosłość między łzami. Szedł tąsamą drogą w parku, którą był szedł po raz pierwszy z prześliczną dziewicą Tanią, gdy go na szczęśliwą schadzkę wezwała. Tesame bezlistne stały drzewa, taksamo leżał cienką warstwą śnieg, taksamo huczał wiatr w nagich konarach, tensam stał posąg greckiej bogini, zniszczony i zamazany czegoś symbol... Gdzież jest Tania?
Porwała się w nim rozpacz, jak obłąkany ze swego kaftana. Oto tasama kamienna ławka, zasypana wiotkim śniegiem...
Żal, straszliwy w swej mocy, w swej niepojętej wiedzy o wszystkiem, rozdarł serce. Jakże tajnie, a jak logicznie złożyły się te wszystkie sprawy!
Zdało się, że ktoś bezdennie a podstępnie mądry zważył wszystko na niewidzialnej a subtelnej szali, — wszystko, — nie zapominając o niczem, o najlżejszem westchnieniu wiatru, o najlichszej prószynie śniegu, o najbardziej małej gałązce. Piotr chciał powiedzieć miłosne i litościwe słowo, posłać je Tani, ale oto nagle, jak złowieszczy błysk miecza zamigotała w jego duszy straszliwa prawda, że ona była w objęciach Roszowa, że z tamtym poczęła dziecko, że zdradziła miłość zaprzysiężoną. Rzekł twardo, surowo i zimno:
— Niech jej pani powie, że ja we wszystkiem, com zrobił, jestem w porządku. Tak musiałem. Nie chciała iść ze mną... Zdradziła naszą świętą miłość.
Francuska głośno, z wybuchem zapłakała. Ale wnet uspokoiła się. Wytarła chustką oczy. Przez jakiś czas szła spokojnie aleją. Nagle podniosła na Piotra oczy płonące od dzikiego gniewu, złe i aż podłe od złości. Poczęła mówić jednym tchem:
— Komu pańska miłość tak się wżarła w życie i krew, ten się nie może zadowolnić podobnem słowem. Barbarzyńca! Dziś dopiero rozumiem potęgę jej wielkiej miłości. Przeklęte jest życie kobiety biernej! Was trzeba w pewnych wypadkach trzymać na łańcuchu, doprawdy jak psów! Spuszczeni z łańcucha jesteście gorsi od psów. Was trzeba kopać i znęcać się za tyle sił zniszczonych przez nienasyconą waszą żądzę i brutalstwo! Kat!
Posępnie i obojętnie wysłuchał tej tyrady. Ukłonił się pogardliwie, odwrócił i poszedł.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.