<<< Dane tekstu >>>
Autor Bronisław Rajchman
Tytuł Wycieczka na Łomnicę
Podtytuł Odbyta pod wodzą prof. dra T. Chałubińskiego
Wydawca Filip Sulimierski
Data wyd. 1879
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Droga na górę. — Trudności w żlebie. — Przełęcz pomiędzy Baraniemi Rogami a Kołowym. — Widok Łomnicy. — Skrzydlaty opryszek. — Jego postać i dzieła. — Szczyt Kołowy. — Granica życia i śmierci. — Widok na wsie i miasta. — Ludzie! — Niebezpieczny zamiar.

Drąc się po piargach, kierowaliśmy się ku długiemu, najeżonemu ostremi wyrostkami grzbietowi skalistemu, oddalonemu od miejsca naszego noclegu o milę, wyniesionemu 8000 stóp nad p. m. Po utrudzającym pochodzie znaleźliśmy o godzinie dziewiątéj żleb, coś w guście komina, któremu jednéj ściany brakuje. Był to ostatni, ale najtrudniejszy stopień na grzbiet góry. Spojrzeliśmy weń: łatwiéj było go przebyć bez pomocy nóg niż rąk. Nadto był dość gładko skrzesany a z góry zawalony wiszarem. Gdybyśmy, ja i ty szanowny czytelniku, napotkali, sami idąc, taką drogę, tobyśmy... usiedli pod żlebem, zjedli śniadanie i żałując straconych pięciu godzin uciążliwéj drogi, pomknęlibyśmy na dół.
— Zdałby się tu sznur, rzekłem.
— I bez sznura pójdziemy, rzekł któryś góral.
Profesor uszykował nas w ten sposób, że najprzód szedł góral, za nim pan Ludwik, potém znowu góral, profesor, daléj góral, ja i reszta górali z cięższemi ładunkami. Środek ten ostrożności był koniecznym, gdyż górale umieją zręcznie zatrzymywać spadające kamienie, w razie upadku jednego z nas, mogą swą bezporównania większą od naszéj siłą wstrzymać nie tylko spadającego ale nadto idącą pod nim resztę towarzystwa.
Weszliśmy w żleb i jakoś się szło. Jak się szło — mniejsza o to, dosyć że posuwaliśmy się naprzód. Było to wciąganie się na rękach, pełzanie całym tułowiem, popychanie się kolanami, i doprawdy cieszyć się wypadało, że nie potrzeba było używać zębów. Głównym zaś środkiem wspinania się była uwaga i oko. Bezpieczeństwo i dobry skutek polegały na wynajdywaniu wydatności skały, dość dużych i dość mocnych do utrzymania ciężaru człowieka. Forma i stan rozpadliny nie pozwalały myśléć o czém innem. W przeciwnym razie łatwo było o wypadek. Trudność zwiększała jeszcze ta okoliczność, żeśmy się wdzierali pod górę po zwaliskach już pięć godzin, z małym tylko odpoczynkiem. Trzeba więc było dobywać resztki sił. Naturalnie nie obyło się bez kilku obsunięć. Pewnego razu chwyciłem się za wystający jakby koniec cegły i kamień ujęty wysunął się. Zacząłem spadać. Ale góral przyparł ręką moje golenie do skały i utrzymał mnie. Innym razem ześlizgnąłem się znów na ciupagę przewodnika wbitą w szczelinę. Wiedzą już oni, gdzie łatwo się obruszyć, i dlatego tuż pod nogą turysty kładą, lub jeśli można wbijają rękojeść siekiérki.
Pomimo to wszystko, nie powiem aby ten żleb miał być niebezpiecznym, ma się rozumiéć, — co raz na zawsze zastrzegam, — niebezpiecznym w znaczeniu turystowskiém. Wyraz ten stosuje się tylko do przejść, gdzie dobry turysta nie może być pewnym swego kroku. A zatém nie będzie niebezpieczném przejście nad przepaścią po belce płaskiéj, a będzie takiém po okrąglaku. W żlebie jednak powyższym, choćby się przed nim cofnęło dziewięć dziesiątych Warszawiaków, można być pewnym swego kroku przy większéj lub mniejszéj ostrożności, stosownie do tego czy kto sam idzie, czy w towarzystwie górala. Wypadek poważny mógłby miéć miejsce tylko z powodu nieumiejętności, niebaczności lub zaniedbania; lecz to już trudna rada: w górach nie ma miejsca dla nieświadomości, lekkomyślności i roztargnienia.
Wdzieranie się po żlebku trwało 20 minut a zdawało się że najwyżéj 5, — do tego stopnia uwaga nasza była zaabsorbowaną. Ta jest właśnie zaletą przejść, okazujących na każdym kroku nowe trudności. Gdybyśmy szli daléj po piargach, 20 minut urosłyby w naszéj wyobraźni w godzinę.
Dostaliśmy się wreszcie do wyłomu, stanęliśmy na małéj arcyniewygodnéj przełęczy, pomiędzy Baraniemi Rogami, grzbietem zębatym, ostrym, w wyższych swych częściach jak się zdaje stopą ludzką nietkniętym, a tak zwanym przez Niemców i Węgrów szczytem Czerwonego jeziora. Nazwaliśmy go dla krótkości szczytem Kołowym, gdyż stérczy nad Stawem tegoż nazwiska, ciemniejącym u stóp jego od północozachodu, a bliższym niż Czerwony.
Na téj niewygodnéj przełęczy, na któréj ledwie że siedziéć można było, mieliśmy widok piękny, lecz z trzech czwartych okręgu prawie zamknięty. Najpiękniejszy, najmajestatyczniejszy był od południa: tam wznosiła się Łomnica.
W téj chwili patrzyłem na nią po raz drugi — piérwszy raz ujrzałem ją z Bryarki, góry niezbyt wysokiéj (około 2500 stóp (?)), znanéj każdemu kto był w Szczawnicy. Gdym wdrapał się na tę górę, dla mnie bardzo wysoką, uderzony zostałem niespodzianym widokiem. Z masy gór kopulastych rozlanych wyłoniła się przedemną, królująca nad tłem całego krajobrazu Łomnica, w postaci wielkiego ciemnego stożka, ubielonego gdzieniegdzie śniegami. Wrażenie było nadzwyczaj silne, podobne do rozkoszy nowego odkrycia. Wyskoczyła jakby z pod ziemi, rozpruwszy swemi barami jéj skorupę, i wystrzeliła ku niebiosom ponad tłum drobny, niewyraźny. Nie tylko oczyma widziałem nagłe wyłonienie się, ale i w uszach usłyszałem szum imponujący, majestatyczny, zimny, jak gdyby rzeczywiście cielskiem swém rozpruwała powietrze. Dziwne złudzenie!
Nie tylko ja, wszyscy byli wpatrzeni w Łomnicę; choć ją nieraz i nie drugi widzieli. Wszyscy téż mniéj lub więcéj zadumali się.
Nagle, jeden z górali szepnął radośnie, tonem takim jak gdyby lękał się spłoszyć lube widzenie:
— O! O! O! Oreł!
— Co takiego?
— Oreł, orlik, haniok (tam) ku Łomnicy.
Rzuciłem okiem ku téj górze i po długiém upatrywaniu spostrzegłem ciemniejszy punkcik, kołyszący się śród podkowiastéj czeluści, utworzonéj przez grupę Łomnicy. Rysował się kilka minut zygzakiem na brunatném tle skały, zapewne zakréślając skręty wężownicy, i wreszcie, wyniósłszy się wysoko ponad szczyt, znikł w stronie południowéj, gdzie może sobie jaką zdobycz wypatrzył. Trudno było oderwać wzroku od jego lotu. Kreślił zygzak spokojnie, jakby niecielesny duch przepaści, niepotrzebujący skrzydeł. Rzadko ich téż używał. Kilka machnięć wystarczało mu do posunięcia się o znaczną odległość, a potém już płynął bez ruchu, jakby w jakim gęstym płynie, od którego nie jest cięższym.
Orzeł ten ożywił na chwilę krajobraz, ale mu nie odjął dzikości. Ponury i żałobny charakter pomników praświatu utrzymał się, bo za pojęciem o orle ciągnie się cały szereg myśli o nagich, straszliwych przepaściach i morderstwach.
Tylko ten skrzydlaty opryszek imponuje Tatrzaninowi, tylko jemu góral zazdrości. Dla niego nic nie ma niedostępnego. Może z łatwością przechadzać się po wszystkich najstromszych wieżycach Tatr i rozpatrywać tajniki wszelkich przepaści. Wprawdzie i kozica, gór tych mieszkanka, wspina się na szczyty urwiste, wisząc niekiedy na małym skrawku skały; ale choć w niéj nieraz widziano ideał zręczności i siły, jednakże człowiek ją przewyższył. „Gdzie kozica przejdzie, mawiają górale, tam przejdzie i człowiek, ale gdzie człowiek przejdzie, tam nie zawsze przejdzie kozica“. Kozica bowiem nie posiada rąk chwytnych i dlatego, jeżeli nie ma miejsca do rozpędu, nie może się wdzierać na strome występy skał. Orłu zaś człowiek nigdy nie dorówna, a wszystko co jest niezrównane, ogromnie imponuje.
Orzeł skalny ma 3 do 3½ stóp długości, a siąg jego skrzydeł dochodzi do 8 stóp. Można więc sobie wyobrazić ich powiérzchnię, która zupełnie tłumaczy możność wiszenia w powietrzu bez ruchu. Zdaleka wydaje się czarnym, w bliskości zaś okazuje się czarno-brunatnym. Im jest starszy, tém ciemniejszy. Ogon ma zaokrąglony, 14 cali długi, który wiele się przyczynia do zwiększenia powiérzchni oporu przeciwko sile ciężkości. Końce skrzydeł nie dosięgają końca ogona. Dziób dwucalowéj długości jest rogowo-niebieski, od nasady zakrzywiony, żółtą woskówką obrębiony. Skok aż do palców krótkiemi, sztywnemi, jasno-brunatnemi piórami gęsto obsadzony; palce jasno żółte, pazury wielkie, czarne, tylne dosięgają 3 cali długości.
Zamieszkuje on najwyższe regiony alpejskie i w niższe okolice schodzi tylko w zimie, gdy brak zdobyczy w górach. Młode kozice, świstaki, zające, ptastwo, jagnięta, koźlęta są jego strawę powszednią.
Silny, odważny, mądry, wietrzący zdaleka, orzeł jest panem gór. Żadne zwierzę nie jest dlań straszne. Boi się tylko człowieka i umié go zręcznie unikać. Na dzieci jednak rzuca się czasami a i dorosłemu nie daruje, gdy go nad przepaścią przydybie. Rzuca się nań wtedy całą siłą swego lotu i uderzeniem swych skrzydeł usiłuje strącić go z brzegu. Gdy mu się to uda, leci za swą ofiarą rozbitą o dno przepaści i rwie ją w sztuki.
Do starych kozic często z powodzeniem stosuje tę metodę, ale z człowiekiem rzadko mu się to udaje. Człowiek ma broń palną, i w największych opałach potrafi ją skierować ku lotnemu rozbójnikowi, który, poczuwszy niebezpieczeństwo, umyka. Nie słyszeliśmy nic o przypadku, w którymby się orłu powiodło: może dla tego, że umarli nie mówią — a orzeł tylko na samotnych napada. O zamierzonych jednak napadach opowiadają dość liczne przykłady. I tak np. nad Maciejem Rojem, stryjem dzisiejszego przewodnika, zaczął raz kołować orzeł, w miejscu niebezpieczném, coraz bardziéj zbliżając się. Góral jednak spostrzegł go dość wcześnie i przestrzelił mu skrzydło.
Wytchnąwszy nieco, ruszyliśmy ku lewéj stronie, na szczyt Kołowy.
Wiodła do niego więcéj niż półgodzinna droga dość wygodna. Dopiéro blisko samego wiérzchołka stała się nader stromą. Musiałem użyć rąk do pomocy, aby się wdzierać z głazu na głaz. Wreszcie kamienie zaczęły się piętrzyć w ten sposób na sobie, że częścią wisiały w powietrzu, ponad ogromną przepaścią. Spostrzegłem to wtedy, gdym dla odpoczynku, czy dla widoku, oparł się o skałę i spojrzałem przed siebie. Przelękłem się. Wisiałem nad otchłanią, w któréj się oko gubiło, a stérczące ze wszech stron dziko porozrywane szczyty, powiększały grozę położenia.
Spojrzałem na podstawę, na któréj stałem. Nie była to lita skała, lecz głaz luźno leżący na innych. Nademną i podemną wisiały głazy tak samo.
Iskra elektryczna przebiegła mi po nerwach. A nuż się obsuną!... Lecz w téj chwili zreflektowałem się. Dlaczegóżby się miały obsunąć w téj chwili? Przecież pyłek zwany człowiekiem nie zaważy na ich cielskach tysiącofuntowych. Mogłyby spaść własnym ciężarem. Lecz czemuby na tę chwilę czekać miały?
Rozumowania te, choć mnie uspokoiły i uśmiéch na usta wywiodły, nie osłabiły jednak chęci jaknajprędszego wydostania się z miejsca, które miało wszelkie pozory samotrzasku, a o którego bezpieczeństwie dopiéro za pomocą rozumowania trzeba było przekonywać zmysły.
Zacząłem się znowu wdzierać po ogromnych stopniach i wkrótce dosięgnąłem szczytu.
Zwiedzenie Wirchu Kołowego wcale nie leżało w naszym planie. Profesor nakréślił sobie na karcie kierunek wycieczki, przechodzący tylko przez przełęcze i doliny. Ale przecież nie podobna omijać szczytów, i to szczytów nieznanych, gdy się jest od nich tylko o kilkaset stóp! Zboczyliśmy więc na Kołowy i wcale tego nie żałujemy. Widok, który się przed nami rozpostarł, zupełnie wynagrodził niewielki trud zboczenia. Na tym potrzaskanym cyplu skały, byliśmy na granicy życia i śmierci. Od południa i zachodu otaczało nas morze skał, z pośród którego wychylały się ogromne wieżyska Łomnicy, Lodowego, Ganku, Wysokiéj, Mięguszowieckiéj, Krywania, których jednostajną: burą, szarą lub ciemną barwę przerywały tylko martwe jak one, stoczyste pola śnieżne. Od północy-zachodu i północy było już przejście do krainy życia. Tam tylko małą przestrzeń zajmowały szczyty Hawrań i Murań, a wzrok nie napotykał już bliskiéj tamy i dosięgał w dali wielkiego morza zieleni. Na wschodzie wreszcie życie kwitło w całéj pełni. Wyżyna szybko się zniżała i ginęła w dolinie obrzeżonéj i usianéj lasami. Tam się wiły błyszczące wstęgi rzek i matowe szare pasy gościńców, tam stały grupy chat, tam kilkadziesiąt wiosek i miasteczek z wieżami i białemi ich ścianami nęciło ku sobie zmęczony martwotą wzrok wędrowców. Nigdy nie miałem sposobności objąć jednym rzutem oka tak wielkiego obszaru kraju zamieszkanego; nie wiedziałem nawet, że można widziéć z jednego punktu cztérdzieści miasteczek jak na dłoni. To téż doznałem silnego wrażenia, a kontrast wiekowéj tragedyi pustkowia, jaki za najmniejszém zboczeniem linii widzenia napotykałem, bynajmniéj go nie pomniejszał.
Napoiwszy się sielankowym powiewem, płynącym od pól i siedlisk ludzkich, zacząłem się rozglądać po bliższém otoczeniu. Spójrzałem ku północo-zachodowi na staw Kołowy, przewlokłem oko po ostréj pile Baranich Rogów, nęcących swą niedostępnością, i przeniosłem je wreszcie na szczyt Łomnicy, o którym najwięcéj słyszałem, i który już w dzieciństwie był przedmiotem moich marzeń, mych ambicyj. Spostrzegłem, że trudności o których mi mówiono nie są zmyślone. Widziałem jak najwyraźniéj, że boki szczytu były bardzo strome, prawie pionowe. Jednakże rzekłem sobie: „tam będę!“
— Ludzie! zawołał ktoś około mnie.
— Gdzie ludzie?
— Na Łomnicy!
Okiem nic dojrzéć nie mogłem żywego. Widziałem tylko t. z. patryą, piramidę z desek, wystawioną na szczycie przez inżénierów dokonywających pomiarów. Lecz za pomocą lornetki dojrzałem coś poruszającego się po szczycie i idącego ku patryi. To coś wydawało mi się tak wielkiém jak mały palec u małéj rączki damskiéj. Daléj pod patryą jeszcze dwa czy trzy podobne atomy zaczerniały.
Ludzie ci spostrzegli nas wcześniéj i dali znak wystrzałem, któryśmy zaledwie usłyszeli. Odpowiedzieliśmy im również z pistoletu. Wkrótce znikli.
Na Łomnicy znowu, zapanowała pustka a w sercach naszych zaległ smutek, — tęsknota po ludziach, którycheśmy nie znali, nawet nie widzieli...
Łomnicę ogarnęła pustka. Wydawała mi się znowu majestatycznie dumną, groźną, choć na chwilę straciła w moich oczach ten charakter, gdy owe ludzkie robaki stąpały po jéj głowie. Wydawała mi się wtedy utworem spółczesnym a teraz znowu przygniatała wyobraźnią moją jako pomnik zaklętych w skały czasów ubiegłych.
Po półgodzinnym pobycie na Kołowym zaczęliśmy schodzić na przełęcz. Piętrzące się nad przepaścią głazy już mnie nie straszyły, choć emocya powinna była być większą, gdyż schodzi się będąc obrócony twarzą do przepaści. W towarzystwie nie tak łatwo dać się porwać prądowi wyobraźni.
Ponieważ pogoda była, zgodnie z przepowiednią, zupełnie „legalną“ i słońce tak silnie grzało, iż niepodobna było wytrzymać pod gołém niebem, umieściliśmy się w kotlinowatém wgłębieniu skały na bardzo spadzistym stoku. Trawa i mech nęciły do drzémki, ale spadające z góry kamienie i stromość naszego legowiska odradzały powierzyć się Morfeuszowi. Wypaliwszy kilka papiérosów, zabieraliśmy się do odejścia.
— Pójdę jeszcze na „Baranie Rogi“ z Tatarem i Rojem, a panowie tu poczekacie — rzekł profesor.
Struchlałem naprawdę. Było to przedsięwzięcie więcéj niż szalone, gdyż z téj strony skała była zupełnie gładką, urwistą i zwieszoną nad straszną przepaścią, nie mówiąc już o tém, że sam przystęp do niéj był trudny.
— Pan profesor żartuje chyba, rzekłem; którędy?
— Już tam z Kołowego wypatrzyłem jakie skrawki. Prawda, Wojtku, że można!
Roj kiwnął głową potakująco; zawsze taką odpowiedź daje na twierdzące zdanie profesora, ale zdaje mi się, iż sądził, że nie można. Mogę trochę i swojemu znawstwu zaufać, a widziałem, że wejście jest albo wcale niemożliwém, albo téż wielce niebezpieczném w najbardziéj alpinistowskiém znaczeniu tego wyrazu.
Wiedząc że niebezpieczeństwo nie będzie argumentem przeciwko zamiarowi profesora, chciałem wynaléźć inną przeszkodę. Dopomógł mi Tatar, który przedstawił, że to zboczenie zajmie kilka godzin i z tego powodu ciemność może nas zaskoczyć nad przepaściami w okolicy nikomu nieznanéj. Nie będzie więc można ani rozbić namiotu, ani ugotować herbaty; bo może do wyższéj granicy kosodrzewiny nie zdołamy dotrzéć.
Bezwątpienia podyktowała te słowa Tatarowi troskliwość o naszą całość i wygodę; ważnym jednak motywem jego wystąpienia była wschodnia maksyma: „lepiéj stać niżli chodzić, lepiéj siedziéć niżli stać, lepiéj leżéć niżli siedziéć,“ któréj Tatar, będący zresztą dzielnym góralem, hołduje całą siłą przekonania, usposobienia i przyzwyczajenia.
Profesor zna dobrze tę słabą jego stronę; pomimo to zastanowił się. Rzeczywiście mieliśmy schodzić doliną z kilku tarasów złożoną, których stoków nikt nie znał. Żleb zaś, którym się dolina zaczynała wcale nie zapowiadał wygodnéj drogi.
Widząc początek wahania się, strzeliłem argumentem bardzo grubego kalibru.
— Zresztą, rzekłem, z Baranich Rogów nie będzie żadnego nowego widoku! Wszakże one nie panują nad otoczeniem. Nie zobaczy pan z nich bezwątpienia tyle co dawniéj z Lodowego a dziś z Kołowego.
— Prawda, już o tém myślałem. Tak tak, macie słuszność, widok nie opłaci straty czasu, a sam honor postawienia stóp na niedostępnym szczycie nie jest żadną dla mnie ponętą.
Roj powiedział krótko:
— Prawdę mówią.
Zwyciężyliśmy.
Posunęliśmy się ku dołowi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bronisław Rajchman.