<<< Dane tekstu >>>
Autor Walery Łoziński
Tytuł Zaklęty Dwór
Podtytuł powieść
Wydawca Władysław Dyniewicz
Data wyd. 1885
Druk Władysław Dyniewicz
Miejsce wyd. Chicago
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXV.
Juljusz.

Kiedy Katilina jak szalony pędził do Orkizowa i za jednym zamachem do zawziętej z dumnym magnatem gotował się walki, na zupełnie inny tór wstąpiły tymczasem rzeczy w Oparkach.
W godzinę po wyjściu hrabiego otrzymał Juljusz z rąk woźnego sądowe uwiadomienie o wytoczonym procesie.
Pan komornik Dezyderjusz Gramarski zapowiadał swój rychły przyjazd na komisję, a uprzedzając o wszystkich skutkach, jakie może pociągnąć za sobą unieważnienie testamentu starościca, wzywał dotychczasowego spadkobiercę, aby ze swej strony gromadził wszelkie zarzuty i dowody przeciwne.
Otrzymawszy tę niespodziewaną wiadomość, stanął Juljusz jak piorunem rażony.
Nie przestraszył się bynajmniej, że w jednej chwili może utracić cały majątek i wrócić do dawnego ubóstwa, ale drżał cały na samą myśl że majątku tego używał bez troski po dzień dzisiejszy. Nie o przyszłość ale o przeszłość chodziło zacnemu młodzieńcowi.
Podniesione zarzuty mogły być w samej rzeczy słuszne, a w takim razie okazywała się prawna jego na pozór sukcesja tylko niesłusznem uroszczeniem. Cała spuścizna należała właściwie do kogo innego, a on korzystał tylko z nieszczęsnego przypadku, który bliższych i słuszniejszych skrzywdził spadkobierców.
A im pilniej zagłębiał się w cały skład rzeczy, tem wyżej wzmagał się jego niepokój.
Zdawało mu się, że mimo swej wiedzy i woli popełnił jakiś występek w tej sprawie. Nie powinieni że był sam z siebie wpaść na podobną myśl i nie stawać się dobrowolnie narzędziem obcego pokrzywdzenia? Wszakże od samego początku nie mógł wytłumaczyć sobie żadną miarą, jakiemu przypadkowi miał zawdzięczać swoje szczęście niespodziewane.
Starościc nie widział go nigdy w życiu i z ojcem jego w żadnych bliższych nie zostawał stosunkach.
Zkądże więc nagle przyszło mu wydziedziczać bliższych swych spadkobierców a całą fortunę zlewać na nieznajomego imiennika?
Zresztą w całej okolicy, w całym nawet kraju starościc uchodził za warjata. Nie powinnoż było to samo już posłużyć za ważną skazówkę nowemu spad kobiercy i odstraszyć go od objęcia spuścizny?
Czy zgadzałoż się z honorem i sumieniem czekać tak długo, aż ktoś inny wystąpi z dowodami, że objęta w posiadanie spuścizna jest nabytkiem nieprawym i niesłusznym?
Bijąc się z takiemi i tympodobnemi myślami, upadł szlachetny młodzieniec zupełnie na duchu. Trapiony przesadnemi szkrupułami sumienia i honoru, nie śmiał już ani wątpić, że podniesione zarzuty są zupełnie słuszne.
— Nie mogę się łudzić dłużej — poszepnął z goryczą sam do siebie — korzystałem niegodnie z obłąkania i umysłowej nieprzytomności człowieka, który z dziecinnych jakichś powodów zapomniał o swych bliższych krewnych. Wyciągnąłem rękę po cudzą własność i używałem jej bez troski i wyrzutów sumienia!...
I wstrząsł się cały, a głowę z boleścią pochylił na piersi.
— Czomże się usprawiedliwię w oczach świata?... Mogęż powiedzieć, że dopuściłem się tego mimo wiedzy i woli?... Nie obijałoż się ustawicznie o moje uszy, że nieboszczyk był dziwakiem i warjatem?... Dlaczegóż nie powstrzymałem mej zaborczej ręki i nie starałem się z własnego popędu sprawdzić lub zbić naprzód tego zarzutu?...
I w tej chwili biedny Juljusz z głębi serca złorzeczył świetnemu losowi, którego mu do tej chwili zazdrościł świat cały.
I nagle duszno mu się zrobiło w przepysznych ścianach pałacu, jakieś cigżkie brzemię przytłaczało mu piersi, chciał wybiedz na dziedziniec i zebrać myśli pod tchnieniem świeżego powietrza.
— Muszę starać się naprawić mój błąd niegodny — mruknął. — Lepiej późno niż nigdy.
Postąpił spiesznie ku drzwiom, ale nagle cofnął się napowrót.
W progu pojawił się niespodziewanie pan mandatarjusz.
— Pan Gągolewski! — poszepnął i zdziwiony wzruszył ramionami.
Zacny mandatarjusz niezwyczajną miał minę. Zgarbiony i skurczony we dwoje, kłaniał się nisko a wyglądał strasznie jakoś niepewny siebie.
— Pan dobrodziej daruje — zaczął bełkotać ledwie zrozumiale — że ośmielam się jeszcze naprzykrzać panu dobrodziejowi, ale ufny w jego szlachetność charakteru....
— Cóż to się stało? — zawołał Juljusz, nie pojmując nic jak w rogu.
— Oddalony bez wszelkiego poprzedniego uwiadomienia, pod zimę, w ciągu roku....
— Kto pana oddala?
Teraz znowu mandatarjusz wybałuszył oczy z zadziwienia.
— Jakto? pan dobrodziej nie wie o niczem?
Juljusz wzruszył ramionami.
— Pan Kat... pan Czorgut oddalił mię w imieniu pana dobrodzieja.
— W mojem imieniu? Za co?
Mandatarjusz odetchnął łatwiej i jakoś silniej rozparł się w nogach.
— Ktoś mię denuncjował — rzekł, głowę przykrzywiając na bok — że wystąpiłem, jako świadek w procesie p. Żachlewicza.
Juljusz rzucił się gwałtownie, mandatarjusz przykucznął na nowo.
— Jakto pan już świadczyłeś?
— Musiałem... sąd mię zawezwał... kazał przysięgał... samą tylko szczerą zeznawałem prawdę — jąkał się, niewinną przybierając minę.
Juljusz żachnął się niechętnie.
— Katilina nie miał prawa oddalać pana z obowiązku.
— Niemiał? — powtórzył skwapliwie mandatarjusz i wyprostował się w całej postaci.
— Gdzież jest teraz pan Czorgut?...
— Popędził z listem Żachlewicza do Orkizowa a ja tym czasem postanowiłem udać się do pana dobrodzieja.
Jak widzimy przebiegły mandatarjusz przekonawszy się, że groźny przeciwnik w inną pomknął stronę, postanowił pospieszyć co tchu do Juljusza i upomnieć się o zapłatę i ordynarję za rok cały.
— Jeśli studencika djabli wezmą — rozumował — to wrócę nazad i rozpocznę nowy okres służby, a jeśli ten oczajdusza Katilina przeszkodzi wszystkiemu, to niech mię przynajmniej zaspokoją według prawa. Oddalonemu w ciągu roku oficjaliście należy się pensja za rok cały!
Ani się jednak spodziewał, że Juljusz o niczem nie wie, i wcale z innej strony zapatruje się na rzecz całą.
To też zgłupiał zupełnie, kiedy Juljusz rzucił się jak szalony i zawołał z furją:
— Jakto? Katilina pojechał do Orkizowa, do hrabiego? Po co? dlaczego?
Mandatarjusz podciągnął brwi w górę, krząknął i odkaszlnął należycie i opowiedział po krótce, jak Katilina napadł go w kancelaiji, jak kałamarzem palnął po łbie Żachlewicza, jak potem przymusił go do napisania kompromitującego listu i jak wreszcie z listem tym pognał do Orkizowa.
Juljusz wpadł w najwyższe oburzenie.
— Ten człowiek oszalał! — zawołał w gniewie i gwałtownie pociągnął za sznurek.
— Niech Tomasz co tchu zaprzęga konie do powozu! — krzyknął na wchodzącego lokaja.
Mandatarjusz nieznacznie łypnął oczyma.
— Owa! — poszepnął — jeszczem go nigdy nie widział w takiej furji — Co mu się stało?
Juljusz nagle zwrócił się ku niemu.
— Panie Gągolewski — rzekł prędko. — Dotychczas ja tylko jeden mam prawo oddalić pana z obowiązku.
Mandatarjusz ukłonił się nisko.
— Mój przyjaciel dopuścił się nadużycia.
— O gdybym był to wiedział?
— Panu wolno składać świadectwo, jakie mu się podoba, to jest jakie mu dyktuje sumienie.
— Ja zawsze i wszędzie idę tylko za głosem sumienia.
— Nie mam też najmniejszej przyczyny usuwać pana z dotychczasowej posady....
— Zresztą — dodał po chwili — nie wiem jak długo zatrzymam jeszcze jurisdykcję w moim ręku.
— O, hoho! panie dobrodzieju — zaśmiał się boleśnie pan mandatarjusz. — Strachy na lachy! pan dobrodziej wygra niezawodnie!
— Za nic w świecie nie zatrzymałbym majątku, na którymby ciężył jakikolwiek cień lub pozór niesłuszności....
Mandatarjusz chciał się odezwać czemś na nowo, ale Juljusz przerwał mu żywo.
— Wracaj pan na swoją posadę i działaj jak ci każe sumienie...
— Pan dobrodziej raczy mi dać list od siebie odezwał się mandatarjusz — bo pan Czorgut złożył władzę w ręce mego aktuarjusza.
Juljusz poskoczył prędko do stolika i nakreśliwszy kilka wierszy na papierze, podał go spiesznie mandatarjuszowi.
Pan Gogolewski ukłonił się nisko i promieniejąc od radości wyszedł z pokoju.
Za drzwiami zaśmiał się z cicha.
— Djablo utrę nosa Chochelce! — mruknął półgłosem.
— Ten Juljusz! — dodał kiwnąwszy głową.
— Ot, co dureń to dureń! ale nie ma co mówić z charakterem, dalibóg z charakterem.
Juljusz tymczasem oburzony i przestraszony porywczem i dowólnem postanowieniem swego przyjaciela, postanowił natychmiast udać się do hrabiego, i przeprosiwszy go usilnie, pozostawić mu wszelką wolność działania.
Gdyby on sam zechciał odstąpić od procesu — poszepnął sam do siebie z silnem postanowieniem — to ja nie odstąpię. Ani jednej chwili nie chciałbym zatrzymać majątku, krórego nie mógłbym posiadać z spokojnem sumieniem.
Już wychodził z pokoju aby wsiąść do powozu, kiedy znowu ode drzwi cofnął się zdziwiony.
W progu ukazała się olbrzymia postać Kośtia Bulija.
Miał w ręku gruby kij sękaty, a na plecach słomianą koszałkę grubo wypchaną, jakby w jakąś daleką wybrał się podróż.
— Sława Bogu i Jezusowi! — mruknął stary kozak, kłaniając się ku ziemi.
Cóż mi powiecie Kośtiu Buliju? — zapytał Juljusz rozciekawiony do najwyższego.
— Naznaczyłem jasnemu panu schadzką we dworze.
— Tak, na Czwartek.
— Przyszedłem ją przyspieszyć jasny panie...
— Jakto?
— Jasnemu panu chcą odebrać majątek, który po wszelkiem dostał mu się prawnie.
— Wy wiecie już o tem?
— Wiemy i dlatego kum Dmytro przyspiesza schadzkę.
— Maziarz?
Kośt’ skinął głową.
— A w czemże jego zajmuje mój proces?
— Kum Dmytro był największym przyjacielem nieboszczyka pana — odpowiedział klucznik z naciskiem.
— Więc starościc nie był obłąkany? — wykrzyknął Juljusz.
Z pod gęstych brwi Kośtia Bulija jasna łysnęła błyskawica.
— Hańba na tego, kto to mówi — wykrzyknął uroczystym głosem.
— Ale przeciwnicy moi nagromadzili jakieś dowody.
— Furda! — odparł kozak krótko.
Juljusz wstrząsł głową.
— Świat i sprawiedliwość ziemska mogą osądzić inaczej mój stary.
— Nie bójcie się jasny panie — przemówił Kośt Bulij dobitnie — od tego my.
Proste a dobitne słowa starego kozaka dziwny otuchę wlewały w zburzoną pierś młodzieńca. Zdawało mu się jakoś instyktowo, że po tem świadectwie może być spokojny w własnem sumieniu, choćby nawet przegrał sprawę w obec prawa i ludzi.
— I kiedyżto kum Dmytro chce się widzieć ze mną? — zapytał naraz.
— Jutro.
— Jutro?
— Od dwunastej w nocy.
— W tem samem miejscu?
— Tak jasny panie, w lipowej ulicy.
— Tam zastanę was?
— Nie, zastaniecie samego kuma Dmytra.
— Ja na dwa dni wybrałem się w drogę — dodał, głos jego zadrżał zlekka.
Po twarzy młodzieńca dziwny jakiś przemknął niepokój.
— Sami jedziecie Kośtiu? — zapytał z lekkiem wahaniem.
Kośt’ zrozumiał snąć zapytanie, bo mimo niezwyczajnie zasmuconej twarzy, lekki uśmiech mignął mu około ust.
— Sam — odpowiedział krótko.
— A obok kuma Dmytra obaczę jeszcze i kogo innego? — zapytał młodzieniec pospiesznie, jakgdyby jakąś drażliwą chciał przezwyciężyć niepewność.
— Obaczycie jego córkę.
— Jego córkę! — wykrzyknął Juljusz i uderzył się w czoło.
Kośt’ Bulij w głębokiej zadumie spoglądał przez chwilę na młodzieńca łagodnem, prawie rozrzewnionem spojrzeniem.
Nagle otrząsł się z zamyślenia i westchnął z lekka.
— Bogu oddaję, jasny panie — przemówił z ukłonem i wyszedł z pokoju.
Juljusz nie śmiał go zatrzymać.
Pozostawszy sam rzucił się na sofkę i chciał ważyć i rozmyślać, o ile zeznanie Kośtia Bulija może uspokoić i utwierdzić go w własnem sumieniu, ale na próżno. Myślom i oczom inny nasuwał się przedmiot.
Juljusz miał jutro obaczyć piękną nieznajomę. Ten nieznajomy maziarz, domniemywany piastun wielkich zamiarów był jej ojcem.
— Jutro poznam bliżej oboje! — radował się w myślach młodzieniec, a urocza postać pięknej nieznajomej stanęła mu żywo przed oczyma.
— Powóz już dawno zajechał! — ozwał się wchodzący w tej chwili lokaj.
Juljusz wstrząsł się z lekka.
— Już za późno, nie wyjadę dziś... — mruknął powodząc okiem po pokoju, po którym gęsty zapadał zmrok.
I pozostał w swych marzeniach, a marzył ciągle o jednym tylko przedmiocie. Snąć nie nudził się bynajmniej jednostajnością, bo nawet rozmowę z Katiliną odłożył na jutro a sam do późnej nocy siedział nieruchomo na sofce.
Nazajutrz trzeźwiejszym umysłem; zaczął Juljusz rostrząsać na nowo swe nieprzewidziane położenie.
I po długiem namyśle przyszedł do przekonania, że wczorajsze zeznanie starego kozaka nie może go bynajmniej zasłaniać ani w obec prawa, ani nawet w obec własnego sumienia.
Przywiązany ślepo i bez granic do osoby starościca, mógł Kośt’ Bulij tłumaczyć sobie naturalnie wszelkie dziwactwa i szczególności swego pana, lecz inaczej przedstawiłyby się one człowiekowi obojętnemu i bezstronnemu. Ów zaś tajemniczy przyjaciel nieboszczyka, ukrywający się w przebraniu maziarza nie mógł ani wobec świata ani wobec prawa wystąpić z swem świadectwem.
Niezachwiany zgoła w swem pierwotnem postanowieniu, myślał Juljusz z swej strony napierać się wszelkiemi siłami, aby wyjaśniło się stanowczo, jaką, wagę należy przywiązywać do ostatniej woli nieboszczyka.
Śród tego rozmyślania Katilina z promieniejącą miną tryumfatora wszedł do pokoju.
Ty spisz Zygmuncie a twoi sąsiedzi — zadeklamował we drzwiach znany wiersz Karpińskiego i puścił spory kłąb dymu z świeżo zapalonego sygaro. Juljusz schmurzył czoło i spojrzał na wchodzącego przyjaciela poważnie a nawet surowo.
Katilina parsknął śmiechem.
— Hoho, widzę nie zapomniałeś jeszcze, żem wczoraj fimfę w nos puścił hrabiemu! — ozwał się wesoło. — Bądź spokojny, naprawiłem złe. Wieczorem pojechałem umyślnie do Orkizowa.
— Widm o tem, i to jest właśnie co mię oburza do najwyższego.
— Najpierw się dowiedz, po co tam jeździłem.
— Przywłaszczyłeś sobie prawo jakiegoś opiekuna czy protektora nademną i uwziąłeś się skompromitować mię wobec świata.
Katilina wyjął sygaro z ust i wpatrzył się na przyjaciela osłupiały z zdziwienia.
— Jakto, czy już wiesz o wszystkiem i potępiasz moje kroki?
— Nietylko potępiam, ale się ich wstydzę.
— Eheu! — mruknął Katilina i sygaro na nowo wetknął do ust a obie ręce schował do kieszeni.
Juljusz zarumienił się i wpadł w niezwykły ferwor.
— Zrobiłeś burdę u mandatarjusza — zawołał żywo i głośno — zniewarzyłeś gościa jego domu, co niczem nie da się uniewinnić i różnych innych dopuściłeś się głupstw i szaleństw do których najmniejszego nie miałeś upoważnienia!..
— Oho — podchwycił nieprzebłagany szyderca — twojem zdaniem potrzeba jak widzę wyraźnego upoważnienia do robienia głupstw i szaleństw. Ty uznajesz tylko durniów uprzywilejowanych, za osobnemi niby patentami....
Zimne szyderstwo Katiliny, wprowadziło w istną furję Juljusza.
— Nie potrząsaj dzwonkami błazeńskiemi tam gdzieś się wstydzić powinien, jeźliś jeszcze nie ogłuchł na głos honoru!
Katilina znowu sygaro wyjął z ust i nieznacznie wstrząsł głową.
Juljusz niezrażony prawił dalej:
— Postąpiwszy sobie jak istny hajdamaka z moimi oficjalistami, nadużyłeś na domiar wszystkiego, mojego zaufania, pognałeś w mojem imieniu na łeb na szyję do hrabiego....
Katilina w ciągu tego przystąpił do sznurka i zadzwonił gwałtownie.
Juljusz urwał nagle.
— Cóż to znowu znaczy?
Katilina obrócił się do wchodzącego lokaja.
— Przynieś karafkę świeżej wody dla swego pana! a — rzekł z flegmą i skinął ręką.
Juljusz zacisnął zęby, a widać było że wszystka krew wezbrała mu do głowy.
— Panie! — zawołał groźnie, kiedy lokaj z głupią miną wyszedł z pokoju.
Katilina spokojnie wzruszył ramionami.
— Mój kochany — odrzekł spokojnie — nim zechcesz dalej sypać gromy i pioruny, napij się pierwej wody i daj sobie powiedzieć, że nigdy niczyjem nie lubię się zasłaniać imieniem i pod niczyją nie chowam się połę. Co robiłem, robiłem na własną odpowiedzialność, a tobie zostawiłem zupełną wolność zaparcia się dezawuowania mnie, jak mówi język dyplomatyczny.
— Jakto nie odprawiłżeś w mojem imieniu mandatarjusza?...
Katilina wzgardliwie machnął ręką.
— Przepraszam uniżenie! poradziłem mu we własnem imieniu uciekać na cztery wiatry i nic więcej..
— A po cożeś jeździł do hrabiego?
— Aby mu równie w własnem imieniu pokazać list Żachlewicza i powiedzieć mu równie w najwłaściwszem imieniu: Jwny hrabio, jesteś gałgan na wielki kamień i kwita!
— I powiedziałeś mu to? — krzyknął Juljusz, poskakując naprzód.
— Pan hrabia zaparł się udziału w procesie, upewnił mię że choćby testament starościca został obalony, ty żadnej nie poniesiesz straty, owszem korzyść niezawodną, i przyrzekł nareście, że dziś sam będzie u ciebie i porozumie się z tobą otwarcie. Potem wszyskiem „gałgan“ utknął mi w gardle.
— Ależ człowieku, nie pomyślałżeś sobie, że ja sam mogę pragnąć usilnie procesu, by nie pozostawić na sobie zarzutu, że korzystając z chwili obłąkania, nieprzytomności umysłowej warjata, zagarnąłem obcy majątek, wyrządziłem krzywdę bliższym i słuszniejszym spadkobiercom....
— Czyż myślisz — zawołał zapalając się coraz więcej — że byłbym w stanie używać majątku, na którym pozostałby lada cień, lada pozór niesłusznego nabytku?...
Katilina w głębokiem milczeniu wysłuchał żywej dyatryby swego szlachetnego przyjaciela. A snąć znał dobrze jego zasady i charakter cały, bo nie objawił żadnego zdziwienia, owszem zdawało się jakoby w duszy wyrzucał sam sobie, że naprzód nie domyślił się podobnego rezultatu.
Rzucił niedopalone sygaro daleko od siebie i wyciągając rękę ku przyjacielowi, i rzekł z niezwykłym u siebie nastrojem uczuciowym.
— Tyś Gracchus prawdziwy, mój Juljuszu! Powinien byłem odgadnąć cię od razu. Ale człowiek w pierwszej chwili sądzi zwyczajnie innych podług siebie samego. Mnie gdyby los rzucił jaką kość w łapę, to bym chciał widzieć tego, ktoby mi ją próbował wy drzeć.
Juljusz z widocznem zadowoleniem przyjmował jawny hołd swego towarzysza młodości.
— Uwziąłeś się przedstawiać się zawsze w gorszem świetle, niż w rzeczywistości znosi twoja natura. Ręczę, że dla siebie w takim razie nie robiłbyś wcale jego, czego gotówbyś się ważyć dla mnie.
Katilina niedbale machnął ręką.
— Dajmy pokój komplementom — rzekł obojętnie. — Ja cię pożegnam abyś mię mógł lepiej dezawuować — dodał stanowczo.
— Jakto chcesz mię opuścić?
— Nie przyjacielu, wyprzedzę cię tylko do Lwowa i będę szukał lekcyj i zatrudnienia dla ciebie i samego siebie
— Myślisz więc...
— Iż niebawem przyjedziesz za mną goły jak turecki święty, bo ręczę, że nie weźmiesz z sobą nawet chustki od nosa, kupionej podczas twego krótkiego panowania.
Juljusz w milczeniu pochylił głowę na piersi.
— Ha — rzekł po chwili — pogadamy jeszcze o tem z sobą...
— Ja tymczasem — dodał dzwoniąc na służącego — pojade sam do Orkizowa, i powiem hrabiemu, te do roztrzygnięcia procesu uważam się tylko za administratora majątku, tudzież że jałmużny nie myślę przyjmować od nikogo, dopóki mi własne siły starczą do pracy.
Katilina pokiwał głową, machnął ręką i zapaliwszy z flegmą nowe sygaro mruknął przez zęby:
— Zdaje się, że cała ta historja skończy się jak w palce trząsł.
Fuimus Troes! powiemy sobie przy pierwszem spotkaniu we Lwowie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Walery Łoziński.