<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Barcikowscy
Podtytuł Powieść
Wydawca Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch“
Data wyd. 1908
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.

W Ładyniu stary Barcikowski od kilku lat zupełnie na Filipa abdykował.
Skorzystał z bytności starego hrabiego pewnej jesieni na palowaniu i poprosił o dymisyę.
— Zdarłem się już, jak stara miotła — mówił — pięćdziesiąt lat, jakem na służbę stanął, czas spocząć. Dziękuję panu hrabiemu za chleb, zdrowy był, mnie żywił i córkę, a wreszcie zięcia i wnuki, gdy ich własny brat wygonił z ziemi. Teraz już nie zdołam na chleb zarobić, pójdę za piec do dzieci, wnuki niańczyć.
— Bój się pan Boga! Tak mówicie, jakbyście stąd wynosić się mieli. Przecie pana zięć zostanie na pana miejscu, a raczej wszystko będzie po staremu.
— Zięć za mnie dotąd pracował. Jak bąka palnął, na mój rachunek szło, a pan hrabia staremu darował, a teraz ja emeryt, a on niech robi, co chce i pan hrabia uczyni, co wola.
— Ależ ja nie puszczę żadnego z was, za nic! Nie chcę zmian najmniejszych. Tylko, jeśli pan naprawdę nie czuje się na siłach do pracy — proszę pozostać doradcą zięcia. Pański etat pozostanie bez zmiany, a zięciowi pana podwyższę pensyę o tysiąc rubli.
Stary się uśmiechnął.
— Bodaj to nowe sitko na kołeczku! — rzekł żartobliwie. — Co do zięcia, to raczy pan hrabia z nim samym kwestyę załatwić. Chłop już szpakowaty, a zawsze ja za niego decyduję. Niech się ośmieli, i raz sam sobą rozporządzi. A co do mnie — to etat mój się zmaże, żadnych pieniędzy brać nie chcę, a do śmierci siedzieć i radzić będę. Toć za pięćdziesiąt lat służby wart jestem zostać bezpłatnym przyjacielem.
— Ależ, panie Kazimierzu, pan mnie nie zrozumiał! — zawołał zmieszany hrabia.
— Owszem. Pan hrabia dał mi dowód, że wierzy w jednego oficyalistę, który nie kradł i dlatego chce mu starość zabezpieczyć. Ale tak nie jest. Kraść, tom nie kradł, alem przecie zebrał kapitalik. Miałem piętnaście tysięcy razem z żoninym posagiem. Połowę pożarł Gródek, ale połowa została. Procent wystarczy, żebym dzieciom nie był ciężarem, a po śmierci, jeszcze troje wnuków będzie miało o co ręce zaczepić w pracy na życie. Taki tedy jestem zasobny, i nic mi nie potrzeba. Tylko poproszę pana hrabiego o świadectwo służby — z pieczęcią i podpisem. Nie miałem w rodzie głośnych ludzi, ani w papierach nie mamy świetnych nadań i dyplomów. Zostawię wnukom po sobie dokument. Na ile kogo stać!
— Panie Kazimierzu, panie Kazimierzu! — zaczął wzruszony hrabia, i zamiast słów, objął go, i ucałował.
Wreszcie popłakali się starzy i zaczęli gadać poufnie o rodzinnych stosunkach, strapieniach i nadziejach, jak dwóch przyjaciół.
— Przyszlij mi pan zięcia — polecił hrabia, gdy się pożegnali.
Filip na wieść, co go czeka, zupełnie rezon stracił. Bał się, jak ognia, pałacu i audyencyi u chlebodawcy i dotąd prawie go nie znał.
— Mógł też ojciec sam za mnie rozmówić się! Co ja tam będę gadał — mruknął.
— A tak! Z sąsiadami gada za ciebie Muszka, z hrabią ja. Czy ci nie wstyd, być takim dzikim.
— Byleby za mnie nikt nie pracował. Bez gadania się obejdę.
— Niemasz co się upierać. Przebierz się, marsz! Ja od dziś jestem na emeryturze!
Mrucząc, Filip się ubrał i poszedł jak na ścięcie. Hrabia widocznie czekał na niego, bo bez meldowania wprowadził go kamerdyner do gabinetu.
Hrabia powitał go bardzo uprzejmie, podał rękę, prosił siedzieć. Żeby Filip był przebiegły, toby pomyślał, że snać bardzo jest magnatowi potrzebny, kiedy go tak honoruje.
Tak rzecz pojąwszy, starałby się chwilę i położenie wyzyskać na swą materyalną korzyść. Ale Filip myślał tylko, żeby prędzej wizytę odbyć, i nie palnąć jakiego bąka w rozmowie. Siedział tedy na brzegu krzesła, miął czapkę w ręku i czekał, jak uczeń egzaminu.
— Mam nadzieję, panie Barcikowski, że pan zechce pozostać w Ładyniu na miejscu swego teścia? — spytał uprzejmie hrabia.
— Chyba dam rady! — odparł po namyśle.
— Przybędzie panu roboty i stosownie do tego będzie pan pobierał wynagrodzenie wyższe o tysiąc rubli.
Tu się Filip okazał, jakim był, bo ramionami ruszył i odparł oburzony.
— A poco? Albo ja lepiej co zrobię, więcej umiem od ojca. Dwa tysiące rubli i tak pobierać będę, to dosyć! Albo ja jeden, setki nas jest, i te pensye cały dochód pożerają. Jeszcze kwestya, czy ja potrafię ojca zastąpić całkiem. Może i tego wart nie będę.
— Ja jestem tego pewien. I pewien przedewszystkiem pańskiej życzliwości, która droższa jest nad naukę i zdolności — a i tych panu nie brak, jak widzę ze stanu majątków.
— Tak pan hrabia mówi przez grzeczność, ale ja często widzę, że coś zaniedbam i coś przegapię. Cóż ja — uczyć się nie chciałem kilka lat, teraz uczyć się muszę całe życie. Jak samouk wertuję teraz księgi i na Ładyniu próbuję, czego się nauczę. Ja panu hrabiemu będę służył całe życie, jeśli pan hrabia chce. Bylebym dogodził.
— A ma pan też dosyć na wychowanie dzieci? — Proszę mi otwarcie wyznać. Przecie ma pan na kogo pracować. Troje pan ma.
— Troje. Starszy już w trzeciej klasie w Warszawie, młodszy we wstępnej. Dobrze się uczą, u siostry mojej mieszkają, która freblowski zakład ma. Wystarcza na ich utrzymanie i wpis, im mniej mieć będą, tem tężsi ludzie z nich wyrosną. Nic nie szkodzi, jak biedy zaznają.
Machnął ręką i dodał.
— Ja zresztą nie mam czasu dużo o nich myśleć. To żony kłopot. Ja mam Ładyń na głowie.
— Dziękuję panu. Pomówię tedy o tem z żoną pańską. A wychowa też pan którego na swego zastępcę w Ładyniu? — dodał z uśmiechem.
Filip, zarażony tym śmiechem, błysnął też zębami i tracił sztywność.
— A jakże. Trzeba przecie, żeby mnie kiedyś zluzował. Młodszego do siebie weźmiemy, tak żona wybrała. Nie mamy już innego dziedzictwa, tylko Ładyń!
Zasępił się, głowę zwiesił.
— Brat pana został przy majątku?
— Albo on brat. My go nie znamy, i bodajby o nim Bóg zapomniał.
Hrabia spostrzegł, że dotknął żywej rany, więc rozmowę skierował na gospodarstwo, a wtedy Filip się rozgadał swobodniej, zapomniał swej nieśmiałości i wróciwszy do domu, rzekł:
— Straszny to ten nasz hrabia nie jest, ale mało wie, co ma, i nic się na roli nie rozumie.
— Na to cię trzyma, żebyś ty rozumiał. Cóż, podwyższył ci pensyę? — spytał Barcikowski.
— Chciał, alem odmówił. Dość mamy! Co ma pan myśleć, że go ze skóry chcę drzeć, jak cham!
— Dobrześ zrobił — mruknął stary.
— Możeś ty nie rada? — spytał Filip żony, gdy milczała.
— Byle zdrowie! — odparła z uśmiechem. — Niedostatku nie cierpiemy, dla dzieci starczy, dobrze nam ze sobą, po co żądać więcej?
Istotnie, było im dobrze. Trochę pusto i tęskno czasem, gdy dzieci po wakacyach zabierała do Warszawy Jadwisia, ale w pracy niepostrzeżenie mijały miesiące, przychodziły święta, dzieci przyjeżdżały zdrowe, szczęśliwe, z dobrą cenzurą. Dzinia już podlotek, chłopcy swawolni, ale w matce rozmiłowani, dla ojca karni, z dziadkiem za pan brat. Potem nadchodziły wakacye, i wrzało śmiechem i życiem w domu. Filip z umysłu o Gródek nigdy nie pytał, gdy mu droga tamtędy szła, objeżdżał o milę, nigdy nie wspomniał brata. Jednakże obijały się wieści o uszy, i raz żyd na promie zakomunikował mu:
— Onegdaj przeprawiałem tego Brechunowa z Gródka. Wypędził go pan generał.
— Może i Gródek sprzedany? — mimowoli spytał.
— Nie, nie słychać. Tylko pan generał podobno chory leży.
— To przyjechał?
— Będzie z dziesięć dni, jak jest.
— Sam?
— Sam! Jechał tędy! Bardzo paskudnie wygląda. Pytał o jasnego pana administratora, czy zawsze w Ładyniu. Ja powiedziałem: a gdzieżby był. Tak nic więcej nie gadał, i pojechał. Brechunow gadał, że prędko umrze.
Prom przybił do brzegu, rozmowa się na tem skończyła. Opowiadał o tem Filip w domu.
— Jeśli to prawda, że ciężko chory, to możebyś się dowiedział? — rzekła Muszka.
— A mnie co do niego? — żachnął się. — Et, żydowskie plotki — dodał Barcikowski. — Żeby był chory, toby siedział zagranicą, i leczył się, a nie w Gródku spędzał listopad. Przyjechał zapewne na skutek donosów na Brechunowa, sprawdził jego gałgaństwa, i przepędził, a zanim drugiego dostanie, musi w pustce siedzieć. Nie wesoło mu. Czemu? ma popa i uradnika, może się z nimi bawić — warknął Filip.
Ale plotki żydowskie okazały się prawdziwemi, bo w kilka dni potem, przyjechał konny posłaniec z Gródka i przywiózł list do Filipa.
— A czego wasz pan chce? — zagadnął tenże chłopa, niechętnie biorąc pismo do rąk.
— „Musi,” żeby pan przyjechał, bo słaby leży.
— Sam jest?
— Samuteńki. Był lokaj z Petersburga, to i tego na drugi dzień odesłał.
Filip do domu poszedł i żonie list oddał.
— Przeczytaj, czego ten chce.
Otworzyła Muszka list, przebiegła go oczami i głośno potem przeczytała:
„Jestem bardzo chory i niedługo już pociągnę. Ponieważ umierającemu się nie odmawia, więc przyjedź mnie odwiedzić. Sam jestem zupełnie, i przyjechałbym do ciebie, ale nie mogę, sił mi brak. Odpisz, że mi nie odmawiasz”.
— Jedź! — rzekła Muszka. — Musi mu być bardzo źle!
— Ja mu nie pomogę, ani umiem politykować.
— Jeśli umiera, to go nie dobijesz! — wtrącił Barcikowski, po namyśle. — Pojechać musisz.
— Jak powiadacie, że muszę, to pojadę. Choćbym wolał hyclem być, jak jego widzieć.
Wyszedł i rzekł do posłańca:
— Wracaj, powiedz swemu panu, że jutro będę.
Cały dzień Muszka z ojcem wmawiali mu, żeby awantury choremu nie zrobił. On słuchał, wąsy gryząc, i odpowiadał:
— Będę spokojny, sam nie zacznę, ale jak on mnie zaczepi, zechce się bronić, tłumaczyć, to nie wytrzymam.
Tak przygotowany, nazajutrz ruszył konno, bo drogi były nie do przebycia, i o południu stanął w Gródku. Dwór był mu obcy, nowo odbudowany, z cerkwią pod bokiem, czerwony, wyświeżony w stylu ruskim. Ten sam chłopak, posłaniec, konia odebrał, i rzekł:
— Pan czeka!
I dom się zmienił zupełnie. Był umeblowany elegancko, nowożytnie, ładne obicia, ładne portyery i drobiazgi... obcy... cudzy...
Wacława znalazł wreszcie w rogowym pokoju, i aż się przeraził, spojrzawszy nań. Wychudły, żółty, siwy zupełnie, siedział w fotelu przed kominem, w szlafroku i drzemał. Wyglądał już, jak trup. Zbudził się na skrzyp drzwi, poznał brata, i wstał ciężko.
— Dziękuję ci, żeś przyjechał. Widzisz, że ja nie mogłem.
Zawziętość Filipa przygasła wobec tej słabości i znękania.
— Tak sam jesteś! — zawołał. — Czemuż się nie leczysz?
— Sam jestem. Choremu tak najlepiej, a nie leczę się, bo nie widzę racyi życia przedłużać. Albo ono warte tego zachodu. Przyjechałem tutaj umrzeć w spokoju. Jednakże chciałem ciebie zobaczyć jeszcze. Jakże ci się powodzi? Tak zdrów i pełen sił wyglądasz, a między nami tylko cztery lata różnicy.
— Dobrze mi jest. Z dziedzicem spokój — roboty wiele, alem jej rad, więc człowiek żyje sobie cicho. Teścia posadę objąłem już od dwóch lat.
— Umarł twój teść?
— Uchowaj Boże, żyje i zdrów, ale odpoczywa.
— Babka umarła?
— Tak, już cztery lata temu. Osmdziesiąt lat miała. Paraliż! Dwa dni tylko chorowała.
— Iłowicz też umarł?
— Czytałem w gazetach.
— Ja go pochowałem.
— Onże cię wychował!
Zapanowała chwila milczenia.
— A dzieci twoje? — zagadnął Wacław.
— Uczy się w Warszawie cała trójka, pod opieką Jadwisi. Na święta to wszystko zjedzie za miesiąc. Nie mam z nimi żadnego kłopotu, dobrze się uczą i zdrowe, jak orzechy. Nawet mnie mało kosztują, bo starszy — taki knot — ale już mniejszym korepetycye daje, i pierwszym jest w klasie, a młodszego mój hrabia wziął na swój koszt, bo ma mnie kiedyś w Ładyniu zastąpić.
— Szczęśliwy jesteś — szepnął Wacław. — Tylko potem chłopców do szkół w Petersburgu nie oddawaj.
— Za granicę ich wyślę, na zachód. Młodszy agronomię skończy — posadę ma — a starszy i tak kawałek chleba znajdzie, gdy będzie fach miał. Niema tutaj na czem siedzieć.
— Szczęśliwy jesteś! — powtórzył szeptem Wacław.
— Nikomu nie zazdroszczę, dzięki Bogu.
— Ale mnie pewnie nie darowałeś?
Filip spojrzał na niego, miał szorstką odpowiedź na języku, ale widok tej ruiny człowieczej go zreflektował.
— Daj pokój! Chory jesteś — nie mówmy o tem. Ja nad tobą sędzią nie będę.
— Tylko Bóg, i już mnie osądził — dokończył Wacław.
Umilkli, Filip wąsy motał, chory zapatrzył się w żar kominka.
— Żebym ja ci wydał weksle, położyłbyś areszt na majątku, i dzieci twoje jeśli nie ziemię, wzięłyby jej wartość — rzekł po chwili.
— Po co? Majątek twój i twoich dzieci. Moje niech będą ubogie, ale wyrosną na poczciwych ludzi. I bez ziemi można być obywatelem kraju. Co się stało, nie da się odrobić — i ty nad tem głowy nie susz. Jużem tę stratę przebolał, a dzieci wiedzieć o niej nie będą — tak małe stąd wyszły. To skończona rzecz.
— Tak — ja już nic nie odrobię — ponuro rzekł Wacław. — Przegrałem wszystkie stawki.
Tu się ożywił i wyprostował.
— To jedno mi śmierć osładza, żem was unieszczęśliwiwszy — sam szczęścia nie miał, i żem był zawsze uczciwy.
— Dlaczego siedzisz tu sam, melancholii dostaniesz w tej pustce. Napisz do żony — sprowadź ją albo córkę, będą cię pielęgnować — zmienił rozmowę Filip, którego zamiast zawziętości i gniewu, ogarniała litość.
Chory się wzdrygnął, zaprzeczył ruchem głowy.
— Nie potrzebny ja im — ani oni mnie.
Stała się rzecz niesłychana.
— To przyjedź do nas! — zaproponował Filip. — Jest wolny pokój, i ludzi mieć będziesz i opiekę. Doktór też jest roczny, dobry medyk i troskliwy o pacyentów. Tutaj cię nuda źre.
Wacław popatrzał na niego długą chwilę, twarz mu drgała wzruszeniem.
— Ja ci nigdy bratem nie byłem, i z tego domu cię wygnałem, a ty mi swój otwierasz!
— At, co tam! Chory jesteś i coś cię trapi. Nie psuj sobie krwi wspomnieniami. Chcesz, to przyjeżdżaj, rozerwiesz się i pozdrowiejesz.
— Dziękuję ci, może przyjadę. Zawsze jednak, to twoje zaproszenie duszę mi orzeźwiło. Dziękuję ci. Powiedz mi co o Jadwisi.
— A no, zdrowa i z zamiłowaniem dzieci uczy. Miała już raz biedę, ale mój hrabia sprawę zamazał. Rada z zajęcia i próżnoby jej kto o ostrożności mówił. Ja też dałem jej dzieci pod opiekę, bo przez wzgląd na nie jest uważniejsza. Zawsze trochę w strachu o nią jesteśmy, ale co robić. Każdy musi pracować wedle swej idei. Będzie, co Bóg dać zechce. Dwa razy człowiek nie żyje, ona mi zawsze na perswazye odpowiada — i racya.
— Dużo ludzi u was pewnie bywa?
— Nie dużo. Parę domów sąsiednich. Ja, jak wiesz, nie umiem gadać, a Muszka mówi, że woli mniej stosunków, a dobrych. Zresztą, kiedy te stosunki uprawiać. Ja w służbie cały tydzień, jak pocztowy koń ganiam, w niedzielę radzi we dwoje siedzimy. Jeszcześmy się sobą nie nacieszyli przez piętnaście lat. A na wielkie święta dzieci zjeżdżają, to wtedy nas i kijem z chałupy nie wypędzić.
— Nie znam twojej żony.
— To ją poznasz, jak nas odwiedzisz.
— Wybiorę się kiedy. Dziękuję ci. Chciałbym też twoje dzieci zobaczyć. Wybiorę się. Teraz jeszcze bardzo słaby jestem, aleś mi zdrowia dodał. Dziękuję ci, żeś przyjechał.
— Jeśli chcesz, przyszlę ci naszego doktora jutro.
— Nie, nie, tylu już mnie leczyło. Wiem, co mi jest; wyzdrowieć nie mogę i nie warto. Tyś mi pierwszy ulgę sprawił. Nie będę się czuł tak samotny. Odwiedź mnie jeszcze kiedy.
— Bylebym czas miał, to przyjadę. U nas już gorzelnie w ruchu, to mi trudniej się wydalić. Ot i teraz już spieszyć muszę. Mam nadzieję, że cię za drugim razem zdrowszego zobaczę.
— Jeszcze mam do ciebie jedną prośbę. Wygnałem Brechunowa, chciałbym dostać tutejszego człowieka. Ty znasz ich pewnie wielu. Przyszlij mi kogo.
— Dotrze. Postaram się.
W Ładyniu Muszka z ojcem niecierpliwie oczekiwali jego powrotu.
— No i cóż! — spytali oboje, gdy wszedł.
— A no, zastałem prawie trupa i litość mnie wzięła. Boże, co się z nim zrobiło. Toć on wygląda na ośmdziesiąt lat i niewiadomo, czy do świąt pociągnie.
— I sam jest w tej biedzie? — zdziwiła się Muszka.
— Sam. Musiała tam w rodzinie zajść jakaś katastrofa, bo i gadać o niej nie chciał.
— Trzeba go było zaprosić — rzekła nieśmiało, patrząc na nich.
— Zaprosiłem — odparł Filip — możem źle zrobił, nasze nieboszczki będą nie rade, ale on bardzo wygląda nieszczęśliwy.
Stary Barcikowski się odezwał:
— Nieboszczki u Chrystusa, który łotra do świętych ze sobą zabrał. Dobrześ zrobił, ale mnie się widzi, że on nie przyjedzie.
Jakoż minęło parę tygodni i z Gródka nie było wieści. O przybyciu i chorobie Wacława napisała Muszka do Jadwisi, ale i ta zbyła to milczeniem — i tak o tym dogasającym bracie zapomnieli, czy też nie chcieli wspominać.
Dopiero gdy dziatwa zjechała z ciotką na święta, spytała Jadwisia Filipa, gdy byli sami we dwoje:
— Cóż, umarł ten?
— Nie, boby mnie uwiadomili.
— Byłeś u niego drugi raz?
— Nie. Myślałem, że tu przyjedzie.
Milczeli chwilę, wreszcie Jadwisia rzekła:
— Trzeba się dowiedzieć, jak mu jest.
— Ano, to pojadę! — odparł lakonicznie Filip.
Na parę dni przed wigilią ruszył do Gródka. Zastał Wacława zdrowszym. Siedział w sypialni i czytał. Ucieszył się na widok brata i przez parę minut się ożywił, potem, jakby wyczerpany, umilkł, zgarbił się i patrzał szklanemi oczami w próżnię.
— Dlaczegożeś nie przyjechał do nas? — zagadnął go Filip.
Uśmiechnął się dziwnie.
— Trudno mi na cośkolwiek się zdecydować!
— Kiedy tak, to cię ze sobą zabiorę. Przyjechały dzieci. Jadwisia też rada cię zobaczyć. Nie masz żadnej wymówki. Zabawisz u nas przez święta.
— Poco ja wam potrzebny. Chory jestem, bez ducha. Popsuję wam zabawę.
— Cóż znowu. Sam się rozerwiesz, a my nie przez ceremonię prosimy.
— Będziecie mieli gości, a ja tak nierad ludzi widzę. Dziękuję ci, ale nic wam po mnie.
— Dajże pokój! Jeśli ludzi się boisz, to wrócisz pierwszego dnia świąt. Teraz będziemy sami zupełnie. Każ twoje konie wysłać, a ze mną pojedziesz. Wrócisz, kiedy zechcesz.
Wacław myślał chwilę.
— Chcesz mi swą rodzinę i szczęście pokazać. Słuszne — powinienem to zobaczyć — rzekł głucho i wstał, żeby się przebrać.
Po chwili wyjechali razem. Sanna była wyśmienita i świeże, mroźne powietrze ożywiło chorego.
— Dobrze żeś mnie wyciągnął! — rzekł do brata.
Zaczął mówić o gospodarstwie w Gródku, pytać i radzić się i dopiero dojeżdżając do Ładynia, posępniał, niespokojnie się oglądał.
Na spotkanie do sieni wyszła Muszka, powitała go poczciwym uśmiechem i troskliwem pytaniem o zdrowie. Jakże był jej wdzięczny. Pochylony, pocałował jej rękę.
— Bratowa mi tem powitaniem najlepsze dała lekarstwo — odparł wzruszony.
— Postaramy się, żeby było trwałem i skutecznem. Z góry tylko przepraszam za dziecinny hałas w domu. Po przymusie szkolnym szaleje trójka, a ja nie mam serca ich krępować.
— Ja im łby poukręcam, jeśli nam będą zawadzać! — wtrącił Filip.
— Żebyś ich jeszcze do większej swawoli nie podjudzał, to więcej od ciebie nie proszę — rzekła, grożąc mu palcem.
Uśmiechnęli się do siebie tak serdecznie, jakby się wczoraj pobrali. Wacławowi ścisnęło się serce. A w tem chłopaki wpadli — obaj w bluzach szkolnych — ze dworu, czerwoni od mrozu i rzucili się do ojca, nie zważając na gościa.
— Tatku, proszę z nami na lód. Powozimy tatka saneczkami, a za to nam tatko da po obiedzie kuca.
— Cicho! Przywitajcie stryja, urwisze! — zawołała Muszka.
Chłopcy natychmiast oprzytomnieli. Ujrzał Wacław przed sobą dwie twarzyczki śmiejące, dwie pary sprytnych oczu, patrzące ciekawie. Starszy szusnął nogami i pytająco na matkę spojrzał, młodszy trącił ojca i rzekł:
— Dlaczego ten stryj taki stary?
— Pocałujże w rękę i nie hałasować, bo stryj nie zdrów — zakomenderowała Muszka.
Wacław ucałował chłopców i wtedy starszy się odezwał:
— To my, mamusiu, wcale do pokoju nie będziemy zaglądać chyba, bo jakże w domu nie hałasować? Człowiek w gimnazyum tyle się namilczy, że wytrzymać nie może.
— Ale owszem, hałasujcie! — rzekł z uśmiechem Wacław. — Zabawię się, na was patrząc. Jakże ci na imię, zuchu?
— Kazimierz Barcikowski. W klasie mnie nazywają Kapelan, ale nie w oczy, bo tłukę, jak posłyszę.
— I dlaczegóż ciebie tak przezwali?
— To było raz za religię...
Nie dokończył, bo w tej chwili wszedł stary Barcikowski, wołając:
— Chodźcież do pokoju. Trzymacie chorego w zimnie — i przywitał uprzejmie gościa.
Chłopcy opadli znowu ojca i pozostali w sieni.
— Ręczę, że go wyciągną na lód i będzie się z nimi bawił w śnieżki! — uśmiechnęła się Muszka, wprowadzając gościa do saloniku.
Jakoż Filip się nie zjawił, a stary zaczął zrzędzić.
— To niesłyszana rzecz, żeby stary chłop był taki ślamazarny dla dzieci. Toć te chłopaki, traktują go, jak kolegę.
— Szczęśliwy i on i oni! A bratowa wszystkimi rządzi. Najwyższa instancya Rada państwa!
— O nie! Ja jestem, co najwyżej rzeczywistym radcą stanu i sędzią zarazem. Muszę słuchać zwierzeń, skarg i rozsądzać często spory. Nikt nie uwierzy ile w tych głowach się pali i kotłuje myśli. Z konieczności swego obowiązku muszę utrzymywać powagę. Ojciec jest dla nich za słaby, Filip zupełnie zawojowany, Jadwisia niepoprawna entuzyastka, musi ktoś mieć grozę, boby się rozpasały smarkacze ze szczętem.
— A bywają wyroki i kary?
— Rzadko. Bywał karany Kazik, zanim mu nie wmówiłam, że musi szanować Dziunię, bo starsza i opiekować się Sewerem, bo młodszy. Wziął tedy chłopak na ambicyę, i jest spokój. Z Dziunią nie było kłopotu, jest marzycielka, jak Jadwisia, zajęta wierszami i bajkami — nie chodzi po świecie. A mały ma sobie zapowiedziane, że ojca tu kiedyś zastąpi, i taki bąk, przejęty jest swem powołaniem.
— Co tam gadać! — wtrącił stary Barcikowski. — Udały się dzieci. Będzie z nich i Bogu i ludziom pociecha.
Wacław głowę spuścił. Zrozumiała Muszka, że jakąś serdeczną ranę zadraśnięto. Chciała zmienić temat rozmowy, ale nie wiedziała o czem mówić. Tyle było drażliwych tematów, a tak sobie byli obcy.
— Przyprowadzę Jadwisię — rzekła i wyszła.
Mężczyźni zaczęli mówić o hrabiowskiej rodzinie, o stanowisku Filipa, stary się nim szczycił, jak swojem dziełem.
— W rodzinie za głupiego uchodził, ja jeden się na nim poznałem i oto wyszedł na człowieka. Pewnie, że są na świecie wyższe stanowiska i świetniejsze karyery, ale spytać go, czy do nich tęskni, czy chciałby zmiany?
Tu się stary obejrzał, że w tej pochwale była jakby krytyka dla gościa, więc się niezgrabnie poprawił:
— Każdemu Bóg daje wedle sił i zasługi.
A w duchu klął: że też z takim to człowiek nie wie, z czem się odezwać, żeby mu bolączki jakiej nie zaczepić.
Weszła w tej chwili Jadwisia z Dziunią i Muszką.
Wacław nie widział siostry kilkanaście lat, wiedział, że jest najbardziej nieprzejednaną i że ani go przywita. Była sekunda, że się oczami spotkali bez słowa i ruchu.
Ona była szczupła i siwa, a jednak młodem życiem i zapałem świeciły jej oczy, on był ruiną — starcem.
Walka, litość mignęła jej w twarzy, postąpiła żywo ku niemu, podała mu rękę i pocałowała go.
— Takeś się zmienił. Musiałeś ciężko chorować — szepnęła wzruszona.
Spazm go zdławił za gardło. Żeby byli sami, zapłakałby i jej by wszystko wyznał. Ale nie byli sami, więc ją tylko długo uścisnął i szepnął:
— Tak chorowałem i — umarłem.
Usiedli obok siebie; widząc, jak jest wzruszony, rzekła:
— Przedstawiam ci moją imienniczkę. Nieprawda, jak ona do naszej matki podobna. Chodźno, Dziuniu!
Dziewczynka podeszła, płonąc, jak mak. Dygnęła, podnosząc na obcego wielkie, ciemne, marzące oczy — oczy pani Barbary.
— Nie pamiętasz mnie? — spytał, przyciągając ją ku sobie. — Widzieliśmy się kiedyś?
— Pamiętam — szepnęła i spojrzała na ciotkę. — Stryj był wtedy, jakeśmy z Gródka wyjechali, ja byłam jeszcze mała.
— Patrzajcie, a teraz możeś dorosła? Może za mąż się wybierasz? — zaśmiał się Barcikowski.
— Nie, ja za mąż nie wyjdę. Z mamusią i ciocią będę w domu.
— I cóż będziesz robić w domu?
— Będę chłopskie dzieci uczyć!
— Śliczny projekt. Poczekaj, powiem no policyi, niech cię do ciupy wsadzą — droczył się stary.
— To i co? Wszyscy wielci i święci ludzie byli prześladowani. Ja się nie boję!
No, no. Póki zostaniesz Joanną Ditre, idźno i zwołaj ojca i chłopców na obiad.
Dziewczynka wyszła, Wacław zaczął rozpytywać siostrę o jej życie i prace, i dowiedział się, że Warszawa, kraj cały, tysiące, miliony ludzi pracowały niestrudzenie, kształciły lud, utrzymywały ducha narodu, język, wiarę — tradycyę w całej czystości i sile. Byli bohaterowie, bojownicy, ofiary, męczeństwa, ale idea trwała, rosła, rozwijała się. Parę razy, słuchając mowy Jadwisi, stary Barcikowski niespokojnie oczami wskazał córce Wacława, który słuchał bardzo uważnie, z widocznem zajęciem. Ale Jadwisia, zawsze zapalona, prawiła gorączkowo, ogarnięta swą ideą, na nic nie pomna. Hałaśliwe wejście chłopców i Filipa przerwało dopiero rozmowę. Zaraz też ruszono do jadalni.
— Miałeś mi opowiedzieć, za co cię nazwano kapelanem? — zagadnął Wacław przy obiedzie Kazika, który naprzeciwko niego siedział.
— To było tak: Jeszczem wtedy był głupi, nie wiedziałem, co wolno mówić, a co nie. Wyrywa ksiądz Markowskiego — ile jest Bogów — ja mu podpowiadam: — trzech — więc on mówi: trzech. Którzy są? — pyta ksiądz: niby nic — ja znowu podpowiadam: ruski, polski i niemiecki. Ksiądz posłyszał, czerwony się zrobił. Barcikowski, tu do mnie — woła. — Wychodzę.
— Kazik! — upomniała Muszka.
Ale chłopak się rozpędził, nie uważał.
— Tyś podpowiadał Markowskiemu?
— Ja!
— Kto cię tego nauczył?
— Nikt nie uczył, ale przecie jest w gimnazyum pop, pastor i ksiądz. To i jest trzy bogi.
— Jest jeszcze czwarty bóg — i ty będziesz jego kapelanem. Dowie się zaraz o tem inspektor. Popatrzał na mnie, jak wilk i siedziałem za to cztery godziny w klasie. Chcieli wypędzić z gimnazyum. Odtąd mnie kapelanem nazwali. Oho — teraz już mam rozum, ale tego księdza już niema — wygryźliśmy go. To był taki Judasz.
— Kazik, nie masz decydować o starszych, — zawołała Muszka.
— Ja nie decyduję — ale toć cała Warszawa wie, jaki on był. Ciocia powie...
— Ciocia milczy — i tobie radzę to uczynić.
Kazik umilkł na sekundę, ale oczy mu zabłysły, trącił Dziunię łokciem i szepnął:
— Na zdrajcę plunąć nie wolno! Skończenie świata.
— Musisz mieć ciągły niepokój o to gimnazyum? — spytał Wacław Jadwisi.
— Ja mam kłopot, a oni koszt. Przecie Filip musi się opłacać, bo inaczej chłopcyby i roku nie skończyli, promocyi nie dostali.
— Czekamy tylko, żeby szanowny Kazio nabrał rozumu i potrafił się zaopiekować Sewerem. Wtedy wyślemy ich za granicę! — rzekła Muszka. — Ale jak brat uważa z tej anegdoty, do rozumu jeszcze daleko.
Kazio poczerwieniał.
— To, mamusiu, było we wstępnej klasie! — zaprotestował.
— Bądź takim samym i w siódmej!
Spojrzeli wszyscy mimowoli na Wacława, a on dodał:
— Czego cię w domu uczą — to prawda!
— Stryju — zagadnął nagle mały Sewerek — a u stryja chłopcy są — tacy, jak my?
— Nie, niema takich — odparł.
— Ja tak i myślałem — poważnie rzekł mały.
— Dlaczego? — spytał.
— Boby ich stryj do domu sprowadził na święta.
— Przestańcie nudzić stryja! — zawołała niecierpliwie Muszka. — Myślicie, że każdy lubi słuchać dziecinnych bredni!
— Dziunia się nie odzywa. Ta najmniej ma do mnie zaufania. A ja słyszałem, że Dziunia ładne wiersze umie i będę prosić o deklamacyę.
Dziewczynka poczerwieniała, a Kazik wtrącił:
— Ja więcej umiem od niej — tylko ona za to lepiej umie śpiewać.
— Urządźcie mi tedy koncert.
— Jeszcze czego? — zaprzeczyła Muszka.
— Proszę bratowę o tę łaskę. Tak rad posłucham poezyi i pieśni. Pozwólcie, proszę.
— Zaśpiewają ci i wyrecytują, ile zechcesz! — odparła Jadwisia. — Ale nie spodziewaj się osobliwości. Umieją stare rzeczy — cośmy recytowali i śpiewali, dziećmi będąc.
— To właśnie chciałbym jeszcze raz usłyszeć! — rzekł cicho. — A ty śpiewasz?
— Uczyłam ich.
— Ja też umiem wiersze! — pochwalił się mały.
— O, ty zaczniesz koncert! — roześmiał się Filip, gładząc chłopca po czuprynie zjeżonej!
Obiad się skończył — przeszli do saloniku. Filip wyszedł do gospodarstwa. Muszka została w jadalni, stary Barcikowski zakrzątnął się około kominka, żeby rozpalić znicz na cały długi wieczór, dzieci się rozpierzchły.
Wacław i Jadwisia zostali sami, chwilę milczeli, wreszcie ona położyła mu ręku na ramieniu i rzekła:
— Bardzo ci źle! Pozostań z nami.
Drgnął i coś jakby jęk wyrwało mu z piersi.
— Wszystko już pomszczone na mnie. Com podeptał — to mnie zmiażdżyło. Nie mam nic! nic!
— Nas masz.
— Was! — przeszedł ręką po twarzy. — Mam waszą litość i tegom się ani spodziewał, ani wart. Tylko myślę, żem przecierpiał dość, aby mi nawet matka i babka darowały — Zapóźno! Kresu wyglądam — śmierci!
— Nic ci tam nie zostało?
— Nic i nikt! Sam jestem, ja i ból!
— Zostań z nami. My ci nic nie pamiętamy.
— Ale ja pamiętam. Patrząc na was i pomimo dobroci waszej wiem, że obcy wam jestem, obcy tu i obcy tam. Dziękuję wam, za te chwile ostatnie, za serce litościwe. Szczęśliwi jesteście, to powinno mi być pociechą. A jednak jaki ból, jaki ból! Jaka pustka.
Osunął się w fotel, przechylił ku niej, pocałował w rękę i szepnął:
— A pomimo bólu, chciałbym jeszcze przed śmiercią pieśni te posłyszeć, te pieśni nasze dziecinne! Mój Boże!
Zakrył twarz rękami.
— Żeby sekundę zapomnieć o tamtem!
Jadwisia wstała, poszła do fortepianu, otworzyła go i poczęła grać jakąś pieśń Moniuszki. Mrok wczesnego zimowego wieczoru zalewał pokój. Lokaj rozpalił na kominie, cicho wszedł stary Barcikowski, zanim wśliznęła się Dziunia, umieściła się u kolan dziadka i słuchała w skupieniu.
Stary pykał z długiej fajki i gładził pieszczotliwie główkę dziewczynki. W jadalni zapalono lampę i przez otwarte drzwi widać było Muszkę rozmawiającą z Filipem. Droczyli się wesoło ze sobą, serdecznie do siebie uśmiechnięci.
Wacław wpatrywał się w ten obraz smutnemi, znękanemi oczami paryasa.
Wtem wniesiono lampę i jednocześnie odwołano Filipa. Wyszedł i wrócił po chwili.
— Jest do ciebie posłaniec z Gródka! — rzekł wahającym głosem.
— Do mnie? — zadziwił się Wacław. — Cóż się tam stało?
— Żona twoja przyjechała i przysłała po ciebie.
— Żona moja! — drgnął i śmiertelnie pobladł.
Jadwisia przestała grać. Czar prysnął, wracała rzeczywistość życia.
Chwilę siedział Wacław, jak skamieniały, potem spojrzał w około, dziwne miał spojrzenie i dziwny głos, gdy wymówił:
— A no, to muszę jechać tam!
— Przecie nie na noc! Śnieg zaczyna padać i zadymka się zrywa — rzekł Filip.
— To właśnie dobrze! Każ zaprzęgać. Im prędzej, tem lepiej! Zaśpiewaj mi co Jadwisiu na pożegnanie.
— A to ci pilno! — mruknął stary.
— A tak, pilno! — powtórzył.
— Zostań! — rzekła Jadwisia.
— Nie mogę!
Ton był tak stanowczy, że Filip ramionami ruszył i kazał zaprzęgać.
Jadwisia wzięła parę akordów i zaśpiewała:

Za Niemen tam precz,
Już gotów koń, zbroja
Dziewczyno ty moja
Uściśnij, daj miecz!

Wacław usiadł obok niej, wszyscy słuchali uważnie, nawet chłopcy weszli cichutko i zachowywali się przyzwoicie. Wesoło strzelał ogień na kominie.
Kończyła pieśń, gdy lokaj na progu się ukazał i oznajmił:
— Konie gotowe.
Wtedy Wacław, jakby sekundę się zawahał, ale wnet wstał, pocałował siostrę:
— Żegnam cię i dziękuję. Pomódl się kiedy za mnie! — dodał ciszej.
— Zobaczymy się przecie! Gdy będziesz sam, przyjedź do nas.
— Czekamy serdecznie! — dodała Muszka.
— Dziękuję. Wspomnijcie mnie, jak brata.
— Żona cię znowu do Petersburga wyciągnie pewno! — rzekł Filip. — Nie odjeżdżaj bez pożegnania z nami, pamiętaj.
— Do Petersburga nie pojadę. Bywajcie zdrowi, bo szczęśliwi jesteście!
Uścisnęli mu wszyscy dłoń i wyszli za nim do sieni. Ucałował milcząc dzieci, począł się spiesznie ubierać.
— Żeby w zadymkę drogi nie zgubić! — zatroskał się Barcikowski.
— Nie! Znam ją!
Filip przeprowadził go jeszcze na ganek i rzekł do furmana:
— Jedźno lepiej na Przeklęty Młyn, bo błotami zabłądzisz, a tam trakt pewny i widny!
— Stoi jeszcze ten młyn? — spytał Wacław.
— Przecie ma nas wszystkich przetrwać! — odparł, śmiejąc się, Filip.
Obok woźnicy na koźle siedział drugi chłop.
— Ktoś ty? — mruknął Wacław.
— To panie ten posłaniec! — odparł woźnica. — Wziąłem go dla bezpieczeństwa. Zadymka się zrywa.
— No, ruszaj. Bądź zdrów Filipie!
— Szczęśliwej ci drogi.
Konie ruszyły, zabrzęczały janczarki, mignęły oświetlone okna i doleciały stłumione dźwięki fortepianu i zapadli w noc, w ciszę, w biel śniegu, który sypał z nieba i leciał kłębami, gnany wiatrem.
Wacław otulił się szubą, zgarbił i siedział nieruchomy, wkrótce brzęk dzwonków zlał się z ciszą, nie dochodził uszu, sunęli bez szelestu, tylko wicher chwilami wył i gwizdał.
Chłopi milczeli także, przez uszanowanie dla pana. Droga była jeszcze pewna, sadzona, hrabska droga.
Wacław oczy zamknął. Różnokolorowe kręgi latały mu za powiekami, w głowie szumiało, jakby szedł pod wodę i tonął. Nie wiedział, ile czasu to trwało, gdy otworzył oczy, ujrzał przed sobą chaos szarobiały wirujących płatków.
— To śmierć swe kwiaty otrząsa! — pomyślał — Niedaleko jest!
Byli już w zupełnej pustce piasków i błot.
— Daleko jeszcze do młyna? — spytał.
— Chyba już blizko. Mało co poznać można za śniegiem.
— Za godzinę będziemy w domu! — dodał chłop.
Wacław się poruszył, czegoś szukał w kieszeni.
Potem znowu siedział nieruchomy, wypatrując oczami młyna w tumanie.
I nagle zaczerniło coś z boku, konie zapadły w zaspę, zwolniły kroku, młyn rósł, olbrzymiał, wydawał się przeraźliwie wielki.
Wicher zajęczał w około szkieletu, uderzył w śmigi, chłopi się obejrzeli trwożnie i nagle rozległ się wystrzał, konie się porwały zestraszone.
— Co to! Trzymaj! — krzyknął posłaniec.
— Jezus Marya, to pan! Stój, stój!
Osadził furman konie, zeskoczyli obadwa.
Wacław się w tył przechylił, szuba się rozsunęła, charczał i drgał.
Trwało to kilka sekund, potem całkiem opadł, zwisł za sanki, ręce odrzucił i znieruchomiał. Tedy zobaczyli, że z boku buchała krew, a na śnieg z martwej ręki wypadł rewolwer.
— Chryste, zabił się! — jęknął furman.
— Już i doszedł! — dodał szeptem chłop.
— Co robić? Wracać?
— Czego? Do domu go wieźmy! Niedaleko!
Tu się obejrzał, skamieniał.
— Patrzaj! Dur, czy co? Młyn, młyn!
Ale woźnica zabobonną trwogą i zgrozą przejęty, nie spojrzał.
Wskoczył na kozioł, konie zaciął, chłop ledwie za sanki się uchwycił i pognali bez pamięci.
Około młyna zostało trochę krwi na śniegu i porzucony rewolwer. Na to powoli, bez szelestu, śmierć otrząsała swe śnieżne kwiaty.
Los był spełniony...

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.