Dziennik wycieczki do Oberammergau/Poniedziałek, 9-go czerwca

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerome K. Jerome
Tytuł Dziennik wycieczki do Oberammergau
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1903
Druk A. T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Emilia Węsławska
Tytuł orygin. Three Men on the Bummel
vel Three Men on Wheels
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Poniedziałek, 9-go czerwca.
Długi rozdział, ale na szczęście ostatni. — Powrót pielgrzymów. — Opuszczone miasto. — Heidelberg. — Prześcieradło, za ręcznik uważane. — B. nie może sobie dać rady z rozkładem jazdy. — Niegościnny pociąg. — Szybka jazda. — Pociągi zewsząd wyjeżdżające. — Pociągi nigdzie nie idące. — B. waryuje. — Podróż kolejami niemieckiemi. — B. uwięziony. — Zbyteczny jego pośpiech. — Korzyść z nieświadomości. — Pierwsze wrażenie, jakie państwo niemieckie i Niemcy wywierają na cudzoziemcu.

Jesteśmy w Ostendzie, skończyła się nasza pielgrzymka. O trzeciej popłyniemy do Dower. Trochę wietrzno, ale, jak powiadają, uspokoi się wieczorem. Mam nadzieję, że nas nie oszukują.
Rozczarowaliśmy się co do Ostendy. Zdawało nam się, że znajdziemy tu wesołe tłumy, w teatrach, na koncertach, na plaży, że roić się będzie od pięknych kobiet.
W Brukselli kupiłem laseczkę i nową parę trzewików umyślnie na Ostendę.
A tymczasem, oprócz nas niema żywej duszy — a nawet umarłej nie znaleźliśmy nigdzie. Sklepy pozamykane, domy puste, kasyno zamknięte. Na hotelach wiszą ogłoszenia, że policya zabierze do więzienia tych, co ośmielą się wtargnąć tam, lub uczynią jakie szkody.
Znaleźliśmy jakąś restauracyę, mniej morgę przypominająca, niż inne i zadzwoniliśmy. Po kwadransie oczekiwania zjawiła się jakaś staruszka i spytała, czego chcemy?
Poprosiliśmy o dwa befsztyki z kartoflami i dwa kufelki piwa.
Odpowiedziała, że musimy przyjść za dwa tygodnie, gdyż ona nie wie, gdzie te rzeczy są, gdyż właściciele restauracyi wyjechali i wszystko pozamykali.
Dziś rano poszliśmy na plażę. Tam po półgodzinnej samotnej wędrówce ujrzeliśmy nagle na piasku wyraźny ślad ludzkiej stopy. Ktoś musiał być dziś tutaj. Strach nas wziął. Jakim sposobem mógł się tu dostać? Pogoda piękna, okręt nie mógł się rozbić, a wędrowny kupiec nie mógł tu wylądować. A jeżeli kto wylądował, to gdzie on jest? Nigdzie więcej śladów nie było. Do dziś dnia nie wiemy, kto był ten tajemniczy gość.
To bardzo podejrzana historya; rad jestem, że wyjeżdżamy, od wyjazdu z Monachjum podróżowaliśmy niemało. Najprzód udaliśmy się do Heidelberga. Przybyliśmy tam wczesnym rankiem, po całonocnej podróży; spojrzawszy na nas, właściciel hotelu Royal zaproponował, byśmy zaraz wzięli kąpiel.
Zgodziliśmy się na tę operacyę i wskazano nam małe marmurowe pokoiki; czułem się w nim tak, jak gdybym był cząstką obrazu Alma Tademy. Kąpiel niezmiernie mnie odświeżyła, ale rozkoszowałbym się nią daleko więcej, gdyby mi dano do obcierania się coś odpowiedniejszego, niż cieniutkie płócienne prześcieradło. Niemcy mają dziwaczne pojęcia o tem, jakie są potrzeby człowieka zlanego wodą. Gdyby chociaż czasami myli się i kąpali, to może nabyliby praktyczniejszych o tym przedmiocie pojęć.
Zmuszony koniecznością, obcierałem się cienkiem prześcieradłem, parą skarpetek, ale niema wątpliwości, że do tego celu najodpowiedniejszym jest gruby ręcznik. Do obcierania się prześcieradłem konieczną jest pewna wprawa i niezwykła zręczność.
Tancerka, lub tańczący derwisz wykonaliby tę czynność znakomicie. Wdzięcznemi ruchami obwiązaliby sobie głowę, następnie delikatnie ściągnęliby prześcieradło na plecy, biodra i nogi, w serpentynowym tańcu wykręciliby się jak wicher i zręcznie wyskoczyliby z tych śnieżnych zwojów, wytarci i uśmiechnięci.
Ale nieuczony Anglik nie umie w ten sposób obchodzić się z prześcieradłem, którem ma się obetrzeć. Chwyta prześcieradło w obie ręce, opiera się o ścianę i trze ciało z przodu. A gdy chce go na plecy sobie zarzucić, połowę upuszcza do wody i od tej chwili łazienka staje się zbyt małą, by mógł choć na chwilę usunąć się od tej mokrej połowy. Gdy wyciera front suchą połową, mokra leci na tył i z nieprzyjemną poufałością klapie go po plecach. Jeżeli się schyli dla obtarcia nóg, nieprzytomna z radości owija się koło głowy i nie prędko może się uwolnić od jej uścisków. Gdy się najmniej tego spodziewa, uderza go raptem w jakieś czułe miejsce on z krzykiem skacze w górę.
Z widoczną przyjemnością mokre prześcieradło nie odstępuje go ani na chwilę, kładzie się obok niego, gdy zrozpaczony siada na ziemi, a jeżeli uda mu się wpędzić nieszczęśliwego człowieka, już otartego, napowrót do kąpieli, to radość jego niema granic.
Spędziliśmy dwa dni w Heidelbergu, zwiedzając lasem pokryte góry, otaczające to miłe miasteczko, rozmaite ruiny, zkąd cudny roztaczał się widok, lub też krążyliśmy wśród szczątków najpiękniejszego niegdyś zamku w państwie niemieckiem.
Staliśmy w niemym zachwycie przed „Wielkim Tunem”, który jest najciekawszą rzeczą w Heidelbergu.
Co może być interesującego w wielkiej beczce od piwa, trudno zrozumieć w normalnym stanie umysłu; ale ponieważ przewodnik mówi, że to niezmiernie ciekawe, więc wszyscy turyści idą i gapią się. Jesteśmy zawsze stadem owiec.
Jeżeliby skutkiem omyłki drukarskiej nie umieszczono w przewodniku wzmianki o Koloseum, siedzieliśmy miesiąc w Rzymie, a lenilibyśmy się przejść przez ulicę, by na nie popatrzeć. Gdy przewodnik powie, że za nic w świecie ominąć nie możemy miasta, gdzie znajduje się sławna poduszka, zawierająca dwanaście milionów szpilek, jedziemy pięćset mil, aby tylko ją zobaczyć!
Z Heidelberga pojechaliśmy do Darmsztadu. Przepędziliśmy tam pół godziny. Pocośmy się tam zatrzymywali — nie wiem! Może przyjemnie mieszkać w tem miasteczku, ale dla cudzoziemca nie przedstawia ono żadnego interesu.
Przeszliśmy się raz i natychmiast zaczęliśmy się rozpytywać, kiedy wychodzi następny pociąg? Na szczęście, właśnie jeden już ruszał, więc wskoczyliśmy i wkrótce znaleźliśmy się w Bonn.
Z Bonn (gdzie zrobiliśmy parę wycieczek po Renie i na kolanach przeszliśmy dwadzieścia ośm „błogosławionych stopni” — tak lud nazywa te stopnie w kaplicy, my nazywaliśmy je inaczej) — wróciliśmy do Kolonii.
Z Kolonii pojechaliśmy do Brukselli, z Brukselli do Gent, ztąd udaliśmy się do Bruges (gdzie z przyjemnością rzuciłem kamieniem na statuę Szymona Stevin, który przyczynił się nie mało do moich nieszczęść w szkołach, wynajdując ułamki dziesiętne), nareszcie przyjechaliśmy tutaj.
Piekielna była robota z wynalezieniem odpowiedniego pociągu. Zostawiłem to B., który przy tej pracy stracił kilka funtów wagi.
Myślałem, że mój „Bradshaws” był dość twardym orzechem do zgryzienia, ale okazało się, że on jest niczem, w porównaniu z Kontynentalnym rozkładem jazdy.
Co rano B. siadał nad nim i ściskając głowę obu rękami, usiłował zrozumieć go, nie postradawszy zmysłów.
— Już jesteśmy — wołał. — Znalazłem bardzo odpowiedni dla nas pociąg. Wychodzi z Monachium o 1.45, przychodzi do Heidelberga o 4 — akurat na herbatę!
— Co? przychodzi do Heidelberga o 4-ej? — krzyknąłem — niecałe trzy godziny? Przecież jechaliśmy tu całą noc!
— No, to patrz — mówił, wskazując palcem na książce.
— Monachium wyjazd 1.45; Heidelberg przyjazd 4.
— Tak — odparłem, pochylając się nad nim — ale czy nie widzisz, że 4 wydrukowane grubemi czcionkami? To przecie oznacza godzinę nocną.
— Ach! prawda! — zawołał. — Nie zauważyłem tego. Tak, rozumie się. Nie! i ten być nie może. Podróż trwałaby czternaście godzin. Przecież ta cyfra nie oznacza godziny nocnej, to tylko przypadkiem ciemniej wyszła.
— Ale to nie może być dziś po południu, tylko jutro po południu — tłomaczyłem — to nawet możliwe, że ekspres niemiecki zużywa cały dzień na przestrzeń, którą w sześć godzin przebyć powinien.
B. dziwi się czas jakiś, nareszcie woła:
— O! widzę już. Jakże głupi byłem! Ten pociąg, co o 4-ej przychodzi do Heidelberga, to z Berlina!
Zdaje się być ucieszonym z tego odkrycia.
— Więc cóż nam z niego? — spytałem.
To go przygnębiło.
— Przyznaję, nie na wiele się nam przyda — mruczy — jak się zdaje, jedzie wprost z Berlina do Heidelberga, nie zatrzymując się w Monachium. Więc dokąd-że idzie ten o 1.45?
Po upływie pięciu minut woła znów:
— Do pioruna z tym 1.45! On nigdzie nie idzie. Z Monachium wychodzi o 1.45 i to wszystko. Ale przecie on musi gdzieś iść.
— Pozornie niema żadnego celu, wychodzi sobie z Monachium o 1.45 i ślad po nim ginie.
Najwidoczniej to młody, romantyczny pociąg, lubiący tajemniczość. Nie chce powiedzieć, dokąd idzie. Może on sam nie wie. Jedzie, by szukać przygód!
— Wyjadę — mówi on sobie — punkt o 1.45 i zobaczymy, gdzie mnie los zaniesie.
A może to jest taki zarozumiały, uparty pociąg. Nie chce, by nim kierowano i radzono mu. Zarząd kolejowy chce go wysłać do Peterburga lub Paryża.
Stary, osiwiały naczelnik stacyi namawia, by szedł do Konstantynopola, albo do Jerozolimy, jeżeli to woli — przekonywa, że trzeba mieć jakiś cel wytknięty, ostrzega o grożących niebezpieczeństwach takiej niepewnej jazdy. Inni ludzie probowali swych wpływów, przemawiali jak ojciec do zbłąkanego syna, błagali, by pojechał do Kamczatki, Timbuktu, Jerycho, a gdy to nic nie pomagało, wpadli we wściekłość, żądając, by udał się do miejsc jeszcze bardziej oddalonych. Ale on głuchym pozostał na wszelkie namowy i perswazye.
— Zostawcie mnie samego — mówił. — Już ja wiem, dokąd jadę. Nie kłopoczcie się o mnie! Pilnujcie własnych interesów. Nie potrzebuję, by cała gromada starych idyotów dawała mi nauczki! Wiem, co robię!
Czego się można spodziewać od takiego pociągu?
Wszelkie są dane, że on źle skończy. Przypuszczam, że kiedyś znajdą biedny, opuszczony, zużyty pociąg, pogardzony przez wszystkich, bez celu włóczący się po jakiejś oddalonej okolicy, smutnie rozmyślający o tym pięknym dniu, gdy pełen pychy i ambicyi, wyjechał z Monachium o 1.45.
B. opuszcza ten niepoprawny pociąg i dalej prowadzi poszukiwania.
— Hola! a co to? — woła. — Jak to może być? Wychodzi z Monachium o 4-ej, a do Heidelbergu przychodzi o 4.15. To szybko idzie! Ale musi tam być coś złego. Takiej przestrzeni w przeciągu kwadransa przebyć nie można. O! już widzę. Ten o 4-ej idzie do Brukselli, a później do Heidelberga, przychodzi tam o 4.15 zrana przypuszczam. Ale pocóż, u dyabła, idzie przez Bruksellę? Patrzcie! przecież on i w Pradze zatrzymuje się tak długo. Przeklęty ten rozkład!
Znajduje nareszcie jakiś pociąg wychodzący o 2.15. wydaje się on idealnym. B. wpada w zapał.
— Mamy nareszcie wspaniały pociąg — woła. — Nigdzie się nie zatrzymuje!
— A czy idzie dokąd? — spytałem.
— Rozumie się — odparł oburzony. — To ekspres Monachium — mruczy, wodząc palcem po karcie — wychodzi o 2.15. Pierwsza i druga klasa tylko. Norymberga? Nie, nie zatrzymuje się tutaj. Würtzburg? Nie. Frankfurt, Sztrasburg? Nie. Kolonia, Antwerpia, Calais? Nie. Gdzież się on zatrzymuje? Do pioruna, przecie gdzieś stanąć musi! Berlin, Paryż, Bruksella, Kopenhaga? Nie. Na Jowisza! to drugi pociąg, nigdzie nie idący! Wychodzi z Monachium o 2.15 i to wszystko. Nic innego nie robi.
Widocznie taki już zwyczaj w Monachium, że pociągi wychodzą bez żadnego celu. Chodzi im tylko o to, aby wyjść z miasta. Nie dbają o to, dokąd jadą, co się z niemi później stanie, pragną tylko z miasta uciec.
— Na miłość Boga! — mówią one — wypuśćcie nas z tego miejsca. Nie nudźcie nas pytaniami, dokąd się udajemy, zdecydujemy się, jak z miasta wyjedziemy. Wypuśćcie nas z Monachium, to rzecz najważniejsza!
B. przestraszył się na seryo.
— Więc nigdy nie będziemy mogli ztąd wyjechać!
Niema pociągów, to spisek, by nas nie wypuścić. Ot co jest! Już nigdy więcej nie zobaczymy naszej ukochanej Anglii!
Staram się go uspokoić, mówiąc, że może taki zwyczaj w Bawaryi, że pociągi idą tam, dokąd podróżni chcą je kierować. Władze kolejowe przygotowują pociąg na 2.15, a dokąd on pójdzie, to już ich nie obchodzi. Tę sprawę załatwiają między sobą podróżni. Oni zajmują pociąg i jadą, dokąd im potrzeba.
Jeżeli zaś zdarzy się taki wypadek, że jedni chcą jechać do Hiszpanii, a drudzy do Rosyi, to zapewne ciągną węzełki.
B. jednak nie chce temu wierzyć, mówi nawet, że mógłbym mniej mówić, widząc, jak on się męczy.
Oto cała wdzięczność za to, że chciałem pomódz.
Trudzi się jeszcze przez pięć minut, nareszcie znajduje pociąg przychodzący doskonale do Heidelberga i jest pod każdym względem wzorowym pociągiem, jedna jest tylko niepokojąca okoliczność — nie wiadomo zkąd wychodzi!
Zdaje się że w Heidelbergu z Nieba spadł i tam został; jego niespodziewane zjawienie się dziwić musi w Heidelbergu wszystkich. Nie wiedzą, co z nim robić.
Tragarz idzie do naczelnika stacyi i mówi:
— Przepraszam wielmożnego pana, ale tu jakiś cudzy pociąg wlazł na stacyę.
— O! — woła zdziwiony naczelnik — zkądże on się tu znalazł?
— Nie wiem, proszę wielmożnego pana — odpowiada tamten — cosik się zdaje, że i on nie wie!
— Patrzcie, co za historya! — mruczy naczelnik — a czegóż on chce?
— A nic, jest jakiś dziwny, zgłupiał widocznie czy co?
— Hm! niech postoi sobie tutaj — mówi naczelnik. — Trudno go na taką noc wyrzucać. Niech tam się prześpi wygodnie w szopie, a jutro może znajdziemy jego przyjaciół.
Nareszcie B. dochodzi do przekonania, że aby się dostać do Heidelberga, musimy najprzód pojechać do Darmsztadu, a tam siąść na inny pociąg. Ta pewność dodaje mu sił i odwagi i znów zabiera się do pracy; tym razem szuka pociągu z Monachium do Darmsztadu, a ztąd do Heidelberga.
— Jesteśmy! — woła po chwili. — Mam, doskonale! Wychodzi z Monachium o 10, przychodzi do Darmsztadu o 5 m. 25. Wychodzi do Heidelberga — 5 m. 20, przychodzi...
— To kiedyż się przesiądziemy — spytałem.
— A prawda, jakoś niezręcznie — odpowiada zamyślony.
— Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy o pięć minut prędzej przyjeżdżali, a tamten pociąg opóźniał się z wyjściem.
— Trudno na to liczyć — zauważyłem.
Przyznał mi racyę i znów rozpoczął poszukiwania.
Zdawało się jednak, że wszystkie pociągi umyślnie o pięć minut wcześniej z Darmsztadu wychodzą, by uniknąć pociągów przychodzących z Monachium.
Tu władze umysłowe B. zaczęły krążyć po bezdrożach. Wynajdywał pociągi, które w przeciągu czternastu minut przez Wenecyę, Genuę, z półgodzinnym przystankiem w Rzymie, przybywały do Heidelberga. Przerzucał całą książeczkę w pogoni za piekielnemi pociągami, przybywającemi do miejsca przeznaczenia na czterdzieści siedem minut przed swoim wyjściem i znów wyjeżdzającemi przed przyjściem. Przyszedł nareszcie do przekonania, że jedyna droga z Niemiec południowych do Paryża prowadzi przez Calais, zkąd łodzią trzeba płynąć do Moskwy.
W końcu nie wiedział, czy jest w Europie, Azyi, Afryce, czy Ameryce, ani dokąd, ani po co jechać.
Wówczas spokojnie lecz stanowczo wzięłem od niego książkę i ubrałem go, jak do drogi; zabraliśmy nasze manatki, poszliśmy na dworzec i tam, rzekłem do jednego z tragarzy:
— Chcemy jechać do Heidelbergu.
On wziął nas za ręce, poprowadził do sali, posadził i kazał siedzieć spokojnie i grzecznie, a gdy będzie czas, obiecał przyjść i wsadzić nas do pociągu.
I rzeczywiście tak zrobił.
Taką jest moja metoda, gdy chcę z jednego miejsca przejechać na drugie.
Prostsza jest ona i skuteczniejsza od metody B.
W Niemczech podróż trwa niezmiernie długo. Pociągi nie śpieszą się, a gdy raz staną, lubią zażywać spokoju. Na stacyach cała służba wychodzi na spacer.
Maszynista idzie z wizytą do gospodarza stacyi, ten wybiega na jego spotkanie, wita się z nim serdecznie, powraca prędko do domu, ażeby powiedzieć żonie o przybyciu przyjaciela. Żona wypada, zasypuje go pytaniami, witając gorąco, następnie stoją i rozmawiają o dawnych czasach, wspólnych przyjaciołach i zbiorach dokonanych na polach.
Po niejakim czasie, podczas przerwy w rozmowie, maszynista spogląda na zegarek i robi uwagę, że należałoby już jechać, ale pani słyszeć o tem nie chce.
— Musisz poczekać na dzieci — mówi ona. — Wkrótce powrócą ze szkoły i bardzoby się zmartwiły, gdyby się dowiedziały, że byłeś i znów odjechałeś. Lizia nie przebaczyłaby ci tego nigdy.
Maszynista śmieje się i przyznaje, że w takich okolicznościach pozostać musi.
W kasie znów idzie flirt na wielką skalę i pewno niezadługo rozlegną się w sąsiedztwie dzwony weselne.
Palacz pobiegł do miasteczka, bo chce tam swego pieska sprzedać, a podróżni chodzą sobie po platformie, palą papierosy, albo pożywiają się w sali restauracyjnej; biedna klasa opycha się gorącemi kiełbaskami lub zupą.
Gdy już wszyscy dobrze wypoczną, maszynista zajmuje swe miejsce i jeżeli nikt się nie sprzeciwia, pociąg puszcza się w dalszą drogę.
Straszna zdarzyła się historya w czasie podróży z Heidelberga do Darmsztadu, gdy spostrzeżono, że jedziemy ekspresem (nazywali to ekspresem, chociaż wlókł się dwadzieścia mil na godzinę, gdy już nie mógł stać, a najczęściej zdawał się być nawpół uśpionym), mając bilety na pociąg zwyczajny. Zatrzymano pociąg na następnej stacyi i dwaj ponuro wyglądający, złotem szamerowani kontrolerzy, poprowadzili B. do ponuro wyglądającego, złotem szamerowanego naczelnika stacyi, któremu asystowali dwaj podobnież wyglądający ludzie, ażeby sprawę wyjaśnił.
Wyglądało to zupełnie, jak sąd wojenny i widziałem, że B. chociaż, silił się na spokój i odwagę, bardzo był przerażony. Z platformy przesłał mi pożegnanie i prosił, gdy stanie się rzecz najgorsza, abym się zaopiekował jego matką.
Na szczęście, nic złego się nie stało, wrócił bez skazy na honorze, wyjaśnił bowiem, ku wielkiemu zadowoleniu sędziów, że nie wiedział, iż bilety nasze służą tylko na pociągi idące wolno; nie przypuszczał, byśmy jechali pociągiem pośpiesznym; gotów natychmiast zapłacić różnicę w cenie.
Później zły był na siebie, że się tak z tem oświadczeniem pośpieszył. Przypomniał sobie, że mógł uniknąć tego wydatku, udając zupełną nieumiejętność języka niemieckiego. Opowiadał, że przed dwoma laty widział zupełnie taką samą scenę, podróżując z trzema panami po państwie Niemieckiem. Oni podróżowali pierwszą klasą, mając bilety do drugiej.
Dlaczego to robili, B. nie umiał jasno wytłómaczyć.
Mówił, że o ile sobie przypomina, to konduktor wskazał im pierwszą klasę, czy też nie zdążyli wsiąść do drugiej, a może sądzili, że jadą w drugiej; przyznam, że to opowiadanie wydało mi się bardzo naciągane.
W każdym razie siedzieli w pierwszej klasie i gdy zjawił się kontroler, z niemem oburzeniem spojrzał na bilety drugiej klasy i czekał, co też oni powiedzą na swoje usprawiedliwienie.
Jeden z przestępców umiał trochę po niemiecku i lubił się tem popisywać, gdyż bardzo był z tego dumny; otóż zaczął rozprawiać i tak się dobrze po niemiecku wyrażał, iż kontroler zrozumiał i ani jednemu słowu nie uwierzył.
On zaś z wielkim trudem zrozumiał, co kontroler mówił, i w rezultacie musiał dopłacić osiemnaście marek.
Trzej pozostali, umiejący doskonale po niemiecku, udawali, że nic a nic nie rozumieją i nikt im nie zdołał wytłómaczyć, o co idzie. Kontroler krzyczał przynajmniej przez dziesięć minut, a oni, przyjemnie się uśmiechając, powtarzali, że jadą do Hanoweru.
Kontroler przyprowadził naczelnika stacyi, ten znów przez dziesięć minut wyjaśniał, że jeżeli nie zapłacą dobrowolnie po osiemnaście marek, to on ich do tego zmusi; oni uśmiechali się, kiwali głowami, powtarzając, że jadą do Hanoweru.
Nareszcie zjawiła się jakaś osobistość, poważnie wyglądająca, w stosowanym kapeluszu, i wpadła w złość; przez kwadrans przedstawiała tej nieszczęsnej trójcy, jak surowo zapatruje się prawo na takie przestępstwa.
Krzyczeli po kolei, grozili, błagali, co najmniej w przeciągu pół godziny, w końcu zmęczyli się i odeszli, zatrzaskując drzwi i rząd stracił pięćdziesiąt cztery marki.
We środę przejechaliśmy granicę niemiecką i jesteśmy w Belgii.
Lubię Niemców. B. twierdzi, że powinienem z tem się ukrywać, gdyż rozwinę w nich zarozumiałość, ja jednak przypuszczam, że posiadają pewną dozę zdrowego rozsądku i nic sobie z pochwał nie robią.
B. również utrzymuje, że okazuję więcej energii, niż ostrożności, tworząc sobie opinię o narodzie, poznanym w ciągu krótkiej podróży, ale z doświadczenia wiem, że pierwsze wrażenie jest najwierniejsze.
Pod wpływem pierwszego impulsu udaje mi się powziąć jakieś zdanie, czy myśl rozsądną, a jak tylko zacznę myśleć — głupieję.
Pierwsza myśl jest nam daną, drugą — sami wytwarzamy. Wolę więc polegać na pierwszej.
Niemcy — to wielka barczysta rasa. Mało mówią, ale zdają się myśleć dużo.
Źleby się tu wiodło rozmaitym antispecyalistom, jak antialkoholikom, antipapierośnikom i cygarnikom. Niemiec niema takich antinaturalnych odczuć, by miał uważać za grzech rozkoszowanie się życiem. Lubi swą fajkę i wielki kufel piwa, a gdy ten się opróżni, lubi, by go napełniano.
Niech kto spróbuje tańczyć w około Niemca, krzycząc i namawiając, by podpisał zobowiązanie, że póki żyje, ani kropli piwa nie wypije; spyta się on zaraz — cóż to, z dzieckiem, czy z głupcem macie do czynienia? a jeszcze w dodatku szturchnie porządnie za taką impertynencyę! On umie zachować umiarkowanie, nie robiąc z siebie osła. Potrafi być wstrzemięźliwym, nie obwieszając się wstęgami, nie biegając po ulicach z chorągwią w ręku, nie obwieszczając krzykiem doniosłego tego faktu.
Kobiety niemieckie nie są piękne, lecz kochające i słodkie. Potężnie zbudowane, rodzą zdrowe dzieci. Wcale nie troszczą się o wywalczenie sobie „praw”, są szczęśliwe i zadowolone, nawet nie mając głosu przy wyborach. Mężczyźni obchodzą się z niemi grzecznie, ale niema w nich śladu tej usłużności, jaką się widzi w krajach, gdzie ubieganie się za spódniczką stanowi cechę narodową. Niemcy kochają kobiety, ale ich nie ubóstwiają; dlatego też nie trapi ich ta myśl, kto ma rządzić państwem, a kto siedzieć w domu i dzieci niańczyć. Między niemieckiemi kobietami nie spotkasz ani polityków, ani radców, same gospodynie. Wszystkie sfery są względem siebie bardzo ugrzecznione, gdyż wzajemnie się szanują. Hrabia grzeczny jest dla kupca, kupiec dla hrabiego.
Niemcy jedzą potężnie, ale dla nich stół nie jest, jak u Francuzów, alfą i omegą życia. Brzuch nie jest dla nich Bogiem, a kucharz ze swemi sosikami, pasztetami — najwyższym kapłanem.
Wszystko im jedno, co jedzą, aby tylko zdrowo i obficie. Malarstwo i rzeźba biedną jest u nich, ale celują w literaturze i muzyce.
Dla Anglika podróż do Niemiec jest środkiem pobudzającym, gdyż widzi, że ten Niemiec pcha się wciąż naprzód, swoją narodowość uważa za najlepszą i pragnąłby w polityce świata zająć najpierwsze miejsce.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jerome K. Jerome i tłumacza: Emilia Węsławska.