<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Bourget
Tytuł Kłamstwa
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1904
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Mensonges
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.
Logika spostrzegacza.

Ireneusz Vincy wyszedł z domu państw a Offarel stokroć więcej smutny i rozdrażniony. Przedtem, niezadowolony był z obrotu rzeczy, teraz zaś z siebie samego. Szedł do Rozalii, aby jej dać dowód pamięci i oszczędzić przykrości dowiedzenia się od obcych o wczorajszym jego tryumfie a tym czasem zadał tylko nowy cios jej sercu. Wprawdzie kochał on tę dziewczynę, o pięknych czarnych oczach wyobraźnią jedynie, niemniej jednak przywiązanie to dość było szczerem, aby mógł doznać dwóch uczuć, które najdłużej opierają się obojętności: dolności zdawania sobie sprawy z najdrobniejszych popędów tego dziewiczego serca i ubolewania nad każdem cierpieniem, którego pośrednią chociaż był przyczyną. Po raz setny może zadawał sobie pytanie, czy ma obowiązek wyznać otwarcie, że ją już kochać przestał — pytanie niemożliwe do rozstrzygnięcia, gdyż w dwojaki tylko sposób odpowiedzieć nań można: z samolubnem i okrutnem brutalstwem lub też ze współczuciem udanem a dowodzącem podłości charakteru. Młody człowiek potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić natrętne myśli i pocieszył się słowami:
— Zobaczymy później, —
Słowami, któremi tylu podobnych mu katów przedłuża konanie swych ofiar. Zaczął się rozglądać wokoło. Teraz dopiero spostrzegł, że bezwiednie prawie doszedł do przedmieścia Saint-Germain, gdzie, młodszym będąc, przechadzał się często i upojony czytaniem romansów Balzaka — tej Iliady grożącej tyloma niebezpieczeństwami ubogim młodzieńcom — siłą wyobraźni wywoływał postacie pięknej księżny de Langelais lub de Maufrigneuse. Przechodził obecnie szeroką i posępną ulicą Barbel-de Jouy, która zdaje się być istotnie przeznaczoną na miejsce zamieszkania bezczynnych arystokratów, przez zupełny brak sklepów, okazałość niektórych domów i szereg licznych ogrodów otoczonych murami. Na mocy nieuniknionego skojarzenia wyobrażeń, zwrócił się myślą ku pałacowi pani Komof, a wielkopańska rezydencya hrabiny obudziła w nim — po raz czwarty dnia tego — wspomnienie pani de Moraines. Ale obecnie, zmęczony tyloma przykremi wrażeniami, z nieopisaną radością lubował się tym obrazem, któremu zawdzięczał zapomnienie o Rozalii i uspokojenie rozdrażnionych nerwów. Po kilku chwilach takiej wewnętrznej kontemplacyi, naturalnym biegiem rzeczy zadał sobie pytanie:
— Czy ja ją kiedy zobaczę?
I w odpowiedzi na nie, przypomniał sobie głos i spojrzenie, z jakiem powiedziała: „w przedobiednich godzinach jestem w domu zawsze a zwłaszcza w dnie Opery“.
W dnie Opery? Młody człowiek, nowicyusz w zawodzie wielkoświatowym, nie wiedział jednak, w które dnie tygodnia dawano operę. Z radością dziecinną, z byt wielką w stosunku do wywołującej ją na pozór pobudki, z radością człowieka, działającego zgodnie z najdroższemi swemi życzeniami, przebiegł ulicę, szukając szafki z afiszami teatralnemi.
Serce zabiło mu żywiej, gdy przekonał się, że dnia tego dawano Hugonotów. W jednej chwili zapomniał o Rozalii, o wyrzutach sumienia, o dręczącej niepewności, czy kiedykolwiek zobaczy panią Moraines. Jakiś głos tajemniczy — który nieraz podaje nam rady, przejmujące nas osłupieniem po chwili głębszego namysłu, odezwał się jego sercu: „A gdybym dziś do niej poszedł?“
— Gdybym dziś poszedł do niej? — zawołał głośno a na samą myśl wykonania tak śmiałego zamiaru, dreszcz wstrząsnął jego ciałem, tchu zabrakło mu w piersiach. Niezmierna łatwość, z jaką silnie wzruszenia, przy lada okoliczności powstają w sercu młodych ludzi, czyni z uczuciowego ich życia dziwaczny chaos zuchwale śmiałych nadziei i bojaźliwości, do tchórzostwa nieraz posuniętej. Zaledwie Ireneusz zdał sobie sprawę z dręczącej go pokusy a już niedowierzająco wzruszając ramionami pomyślał:
— To nie ma sensu!!
Ale wydawszy tak stanowczy wyrok, pod pozorem gromadzenia argumentów, dowodzących niemożliwości urzeczywistnienia tego zamiaru, począł stawać w jego obronie;
— Jakby mnie ona przyjęła?
Wspomnienie pięknych oczów i czarującego uśmiechu, nasunęło mu odpowiedź:
— Przecież postępowała ze mną tak uprzejmie, z taką pobłażliwością...
I znów pytał:
— Czemże usprawiedliwię się, że składam jej wizytę w niespełna dwadzieścia cztery godziny po poznaniu jej? Nie lękaj się — odpowiadał głos tajemniczej pokusy — pośpiech ten nie sprawi jej przykrości. — Ale nie jestem ubrany? Jesteś niedaleko domu. Nie wiem, gdzie ona mieszka?... Ale Klauryusz wie, pójdź i spytaj się go.
Ta myśl wydała się Ireneuszowi zbawieniem, zapragnął też jaknajrychlej wprowadzić ją w wykonanie. Odwiedzenie Klaudyusza było w gruncie rzeczy pierwszym krokiem ku zbliżeniu się do pani Moraines, ale Ireneusz z rozmyślną obłudą, starał się wynaleźć tysiące innych powodów: czyż nie było jego obowiązkiem przekonać się co porabia przyjaciel, którego widział poprzedniego dnia tak smutnym i przygnębionym?... Kto wie, może płacze jak dziecko?... a może myśli o wyzwaniu na pojedynek pana Salvaney?... W taki mniej więcej sposób poeta usprawiedliwiał przed samym sobą pośpiech, z jakim podążał na ulicę Varenne... Chciał dowiedzieć się o adresie Zuzanny, zebrać bliższe wiadomości o niej i wciąż przekonywał własne sumienie, że spełnia obowiązek, wynikający z przyjaznego stosunku z Klaudyuszem.
Przebiegłszy kilka ulic, Ireneusz stanął wreszcie przed bramą domu, w którym mieszkał przyjaciel. Od pierwszego rzutu oka, dom ten uderzał niezwykłą oryginalnością: po za bramą znajdował się rozległy dziedziniec, brudny, zaniedbany, między kamieniami bruku zieleniły się bujne chwasty a siatki pajęcze osłaniały okna pustej stajni, znajdującej się na lewo. W głębi brudnego dziedzińca wznosił się niewielki pałacyk, zbudowany w stylu Ludwika XIV a będący od czasów feudalnych rodową siedzibą markizów Saint-Euverte, których dewiza „Fortifer“ wyrytą była nadedrzwiami głównego korpusu. Pokryte pleśnią mury pałacu, cisza panująca wewnątrz, okna szczelnie okienicami pozamykane, stanowiły harmonijną całość z samotnością dziedzińca. W starożytnej dzielnicy Saint Germain, dziś jeszzce napotkać można domy podobne, dziwne, jak dziwnemi były koleje losu ich właścicieli, domy, które zawsze stanowić będą bogaty materyał studyów dla artystów, szukających ciekawie psychologicznej malowniczości — jeżeli temi dwoma wyrazami oznaczyć można cechę, nie dającą się podciągnąć pod żadne ścisłe określenie.
Ireneusz słyszał niegdyś od przyjaciela historyę tego pałacu. Przed sześcioma laty obecny właściciel posiadłości utracił jednocześnie prawie żonę, trzy córki i trzech zięciów, którzy padli ofiarą gorączki tyfoidalnej, grasującej w miejscowości kąpielowej, gdzie cała rodzina spędzała lato i przeniósł się z Paryża do swego majątku w Poitou. Tydzień czasu uczynił nieszczęśliwego starca jedynym opiekunem licznej gromadki wnucząt. Markiza, której staraniom mąż powierzył zarząd pałacu, odnajmowała zwykle dwa mieszkania, znajdujące się w skrzydłach pałacu. Mieszkania te miały także swoją historyę: dziadek obecnego markiza oddzielił je od pałacowego apartamentu dla dwóch swoich krewniaków, nieszczęśliwych emigrantów, którzy tu zakończyli życie spędzone w ubóstwie i na tułaczce. Po śmierci żony, markiz nie chcąc zmieniać nic z tego co ona urządziła, zostawił oba mieszkania do wynajęcia. Klaudyusz zajmował jedno skrzydło tego posępnego i bezludnego pałacu; drugie stało pustkami, bo dawny lokator opuścił je, zmęczony samotnością a nie zgłaszał się nikt, ktoby chciał zakopać się żywcem w tym grobie, zamkniętym między pustym dziedzińcem i równie pustym ogrodem. Ale to właśnie, co odstraszało innych, podobało się Klaudyuszowi. Oryginalny pozór domu nęcił marzycielski i paradoksalny umysł jego. Znajdował on niewymowny urok w sprzeczności, zachodzącej między wirem życia światowego, jakie zwykł pędzić a tem zacisznem ustroniem, gdzie w chwilach wewnętrznego smutku mógł myśleć spokojnie i cierpieć bez świadków.
Samotnia ta stanowiła wyborny grunt dla analitycznego romantyzmu, który z całą świadomością starał się w sobie rozwijać, podobnie jak doktór rozmyślnie pozwala, by organizm jego nurtowała choroba, stanowiąca rzadki wyjątkowy „casus“. Nadto, czuł się w tem mieszkaniu zupełnie niezależnym.
Stróż, zjednany pieniędzmi, biletami do teatru, onieśmielony głośnem imieniem swego lokatora, nie stawiałby najmniejszego oporu, gdyby Klaudyuszowi przyszła ochota urządzać w pałacu najbezecniejsze orgie, zostawiał mu zupełną swobodę i nieraz na dnie całe opuszczał swoją izdebkę.
Teraz też Ireneusz, nie mogąc znaleźć stróża, aby się dowiedzieć, czy zastanie swego przyjaciela, wszedł wprost do sieni, która wielkością swą świadczyła o wspaniałych przyjęciach, urządzanych niegdyś w pałacu. Z sieni tej szerokiemi, kamiennemi schodami udał się na drugie piętro i przeszedł długi korytarz, zasłonięty w głębi portyerą ze wschodowej makaty, dowodzącą, że wniesiono już gust nowożytny do tego starożytnego domu, w którym jak się poecie zdawało — duchy dawno zmarłych panów przechadzały się w nocy. Pociągnąwszy za sznurek od dzwonka, umieszczonego obok portyery, zobaczył po chwili lokaja, który wydał mu się podobnym do wszystkich dozorców starożytnych zamków i pałaców. Otoczenie wywiera niezawodnie tajemniczy wpływ na indywidualność człowieka, bo ci, którzy oprowadzają, czy to po ruinach pałaców, czy starych kościołach, mają zawsze cerę twarzy zielonawą, jakby od działania wilgoci a w oczach i w ustach dziki wyraz, jak ptaki nocne. Ferdynand — takie bowiem imię nosił lokaj Klaudyusza — różnił się od swoich kolegów, li tylko nowożytnym krojem odzienia, które donaszał zwykle po panu. Za dawnych czasów, piastował on godność kamerdynera markiza, teraz zaś był lokajem Klaudyusza i dozorcą pałacu, z którego najwyżej raz na miesiąc wychodził. Sprawy pozadomowe załatwiał Klaudyuszowi stróż, którego żona prała mu bieliznę i gotowała obiady. Wszyscy troje przywiązali się szczerze do Klaudyusza, który dzięki swej dobroci i zgodności charakteru, posiadał w wysokim stopniu dar zjednywania sobie podwładnych. Na widok gościa, Ferdynand nie mógł ukryć żywego niepokoju:
— Czy to stróż wpuścił pana? — zapytał — mój pan będzie się gniewał na mnie?
— Czy twój pan pracuje teraz? — przerwał Ireneusz, rozśmieszony naiwnem przerażeniem służącego.
Widocznem było, że Ferdynand nie wiedział, jak pozbyć się gościa, którego odwiedzin pan jego nie przewidział.
— Nie — odparł służący, zniżając głos — ale pani Rigbaud jest u pana.
— Idź się spytać, czy mogę się z nim widzieć na chwilę — odpowiedział Ireneusz, ciekawmy zachowania się obojga kochanków po wczorajszej scenie. — Idź na moją odpowiedzialność — dodał po chwili, widząc, że lokaj stoi wahający się i zakłopotany.
— Pan kazał prosić — oświadczył wkrótce Ferdynand i przeprowadził młodego poetę przez przedpokój oraz przez wewnętrzne schody wiodące do trzech pokoi, w których Klaudyusz przesiadywał najchętniej, twierdząc, że nie umie nigdzie myśleć i cierpieć spokojniej. Schody i dwa pierwsze pokoje: gabinet i salon uderzały przepychem drogocennych materyj i dywanów. Światło dzienne przedzierające się przez kolorowe szyby rzucało tajemniczy półcień na obite safianem krzesła w gabinecie i na ściany salonu, niknące po za wielkiemi szafami, pełnemi książek. Nadewszystko jednak Klaudyusz lubił przebywać w trzecim pokoju, w którym od ciemnego obicia odbijały żywo ramy obrazów olejnych i akwareli. Między innemi było tu kilka głów kobiecych Foraina, tancerka Degasa, krajobraz leśny Raffaelli’ego, widoczek morski Moneta, cztery akwarele Felicyana Ropsa i wiele innych malowideł, należących do nowożytnej szkoły, jako jedynie odpowiadającej wymaganiom bujnej fantazyi właściciela tego mieszkania. W rogu pokoju, na marmurowej kolumnie, stało popiersie Klaudyusza Larcher, wykonane przez Rodina. Wielki rzeźbiarz odtworzył znakomicie wszystkie psychologiczne właściwości swego modelu: śmiałość myśli i bezwładność woli, niepokój moralny i życie hulaszcze, wrodzony idealizm i zepsucie systematycznie nabyte, rysowały się na tem wyniosłem obliczu ulepionem z gipsu. Ozdobna szafa z książkami, biórko stojące pod oknem; trzy fotele w weneckim stylu i kanapa skórą zieloną obita, uzupełniały umeblowanie tego pokoju, w którym unosiły się teraz kłęby dymu.
Ireneusz, stanąwszy w progu, zobaczył Colettę, leżącą na kanapie z papierosem, w ustach. Długie blond włosy spływały w nieładzie po szyi, zakrywając stojący kołnierzyk i stanik, męzkim krojem zrobiony.
Z pod sukni wysuwały się szczupłe jej łydki i małe nogi obute w lakierowane pantofelki i czarne, jedwabne pończochy. Zapadłe jej policzki pokryte były matową bladością, właściwą artystkom pędzącym życie wyczerpujące, gorączkowe, bez chwili spoczynku prawie. U nóg Coletty siedział Klaudyusz dziwnie blady i zmieszany. Wyraz zakłopotania odmalował się na jego twarzy na widok wchodzącego przyjaciela, bo leżąca podstawa Coletty i porozrzucane poduszki kanapy, świadczyły aż nadto wymownie, że przed chwilą zaszła między kochankami, jedna z tych zwierzęcych scen pojednania, w których wraz z pamięcią o doznanej krzywdzie, ginie i godność człowieka.
— Ach! to ty, kochaneczku! — wesoło zawołała Coletta, podając rękę nowoprzybyłemu — przybywasz w samą porę, aby mnie ochronić od kary cielesnej. Gdybyś wiedział, jaki Klaudyusz jest niedobry, chciał mnie wybić... Zaprzecz temu, mój kotku — dodała grożąc palcem kochankowi zaprzecz, jeśli śmiesz...
I zręcznym ruchem, uwydatniającym wysmukłość jej kibici — gdyż jak sama utrzymywała, nigdy prawie nie nosiła gorsetu — podniosła się z kanapy, oparła główkę na ramieniu Klaudyusza i włożyła mu w usta papieros, który sama przed chwilą palić zaczęła.
Nieszczęśliwy człowiek rzucił na młodego przyjaciela błagające i pełne wstydu spojrzenie a gdy przeniósł wzrok na Colettę, dwie ciężkie łzy stoczyły się po jego policzkach. Ale dziewczyna stawała się coraz zalotniejszą: przytuliła się jeszcze bliżej do kochanka i zarzuciwszy mu ręce na szyję zdawała się czatować, czy w oczach jego nie zabłyśnie ogień namiętności, który sama wzniecać się starała i ryzyskiwała zręcznie a umiejętnie.
Ireneusz, który nieraz już będąc świadkiem scen podobnych, znał z doświadczenia cyniczny stosunek, łączący tych dwoje ludzi, nie dziwił się przeto zgoła bezwstydnemu postępowaniu przyjaciela ani jego kochanki. Ale wspomniawszy wczorajsze złorzeczenia Klaudyusza i szydercze uwagi Coletty, stanął osłupiały wobec tego nowego dowodu słabości ze strony mężczyzny a niekonsekwencyi ze strony dziewczyny, której bladą zwykle twarz okrywał teraz rumieniec zadowolonej namiętności.
Przytem czuł się podnieconym rozkoszną atmosferą panującą w tym pokoju, przesyconą wonią perfum używanych przez aktorkę i widokiem tych dwojga ludzi, którzy przed chwilą tonęli w namiętnym uścisku. Nieraz już widząc zachowanie się tej kobiety upadłej moralnie a jednak wykwintnej i czarującej, myślał, że musi istnieć odrębne, czysto zmysłowe uczucie, które dotąd obcem mu było. Ilekroć widział ją w garderobie teatralnej, gdy stała przed lustrem w przezroczystej batystowej koszuli, odsłaniającej kształtne jej ramiona, albo nie bacząc na jego obecność, wsuwała na nogi różowe, jedwabne pończochy — zdawała mu się jakiemś uroczem zjawiskiem, istotą, której żadne serce oprzeć się nie zdoła, której pocałunki muszą przejmować niewysłowioną rozkoszą. W takich chwilach, Ireneusz, ubolewając nad losem przyjaciela, zazdrościł mu zarazem. Wnet jednak budziły się w nim inne uczucia: wstręt do moralnej nicości tej kobiety i właściwa młodym sercom skrupulatność sprzeniewierzenia się nawet myślą przyjacielowi. Ireneusz poczytywał sobie na występek, chwilowe chociażby pożądanie kochanki Klaudyusza. Widocznie Coletta odczuwała instynktownie delikatność młodego poety, bo w celu pustej zabawki, rozmyślnie starała się podniecać go widokiem swej piękności.
Chciała wzbudzić w nim walkę między poczuciem obowiązków przyjaźni a żądzą cielesną. A młody poeta, pomimo subtelnych swych uczuć, musiał odczuwać owo pożądanie podobnie, jak musimy czuć powonieniem zapach kwiatu, chociaż nie chcemy wyciągnąć ręki, aby go zerwać. To też nieporównany wdzięk, z jakim dziewczyna obejmowała miłośnie kochanka, wywarł na Ireneuszu wrażenie, jakiego nieraz doznawał w jej obecności; wrażenie fizycznego łaknienia równie gorących pocałunków.
Skojarzenie pragnień — stokroć trudniejsze do rozwikłania i więcej tajemnicze od skojarzenia wyobrażeń — wskrzesiło znów w jego wyobraźni olśniewająco piękny obraz pani Moraines. Pod wpływem tylu różnorodnych a silnych wrażeń, poczuł w tej chwili, że musi, bądź co bądź, dziś jeszcze ją zobaczyć i że nie zdobędzie się na siłę wymówienia jej nazwiska lub spytania Klaudyusza o adres, w obecności pięknej aktorki, która nie przestawała obsypywać kochanka namiętnemi pocałunkami.
— Zostaw mnie — rozpaczliwie zawołał Klaudyusz, odpychając ją od siebie — wiesz, że cię kocham a jednak dręczysz mnie niemiłosiernie... Niechaj Ireneusz ci opowie, co się ze mną wczoraj działo.. Proszę cię, mój drogi — mówił dalej, zwracając się do przyjaciela — wytłomacz jej, że nie godzi się igrać tak niemiłosiernie z mojem sercem. Zresztą — dodał z westchnieniem, ukrywszy twarz w dłoniach — niema na to ratunku... Wiesz dobrze, że gdybyś przyszła do mnie wprost z domu rozpusty, shańbiona przez cały pułk oficerów, jeszczebym ukląkł przed tobą i uwielbiał cię jak zawsze...
— Oto poetyczne komplimenta, któremi mnie raczy aż do przesytu! — zawołała Coletta, pokładając się ze śmiechu. — Proszę cię, Ireneuszu, powiedzże mu, że i ja czułam się obrażoną wczoraj, gdy wyszedł, nie pożegnawszy się ze mną... A przecież dzisiaj przyszłam tutaj, choć nie napisał do mnie ani słowa. Tak, przyszłam pierwsza z popędu własnego serca... Ach powiedzże, szkaradniku, czybym dbała o ciebie, gdy bym cię nie kochała na prawdę? — mówiła dalej, ciągnąc kochanka za włosy.
Na twarzy jej malowało się teraz prawdziwe uczucie, jakie żywiła dla Kiaudyusza: okrutna zmysłowa miłość. Kobiety, doznające podobnej miłości, zadają kochankowi najsroższe męczarnie, pałając ku niemu nienawiścią za to właśnie, że same pragną jego uścisków.
Wszak historya wspomina o królowych, które wydawały wyroki śmierci na kochanków, posiadających moc wzbudzenia w nich miłości fizycznej, połączonej ze śmiertelną nienawiścią.
— Przyznaję, że byłem wczoraj bardzo niespokojny o Klaudyusza, który serdecznie bolał nad twoją obojętnością... — łagodnie odpowiedział Ireneusz.
— Wiecznie na jedną nutę śpiewasz — przerwała Coletta z prawdziwie szatańskim uśmiechem. — A jednak i ja zaczęłam obawiać się o niego, odkąd powiedział mi kiedyś, że sobie życie odbierze... Przerażona, przybiegłam dzisiaj prosto z teatru, nie zdążywszy nawet się przebrać... I... niech kto sobie wyobrazi... zastałam go przy biurku, piszącego jakiś poważny artykuł!....
— Ha! to jest moje rzemiosło! — odparł Klaudyusz — ty także grywasz nieraz wesołe role, choć ci smutno na sercu!
— Wiesz, czego to dowodzi! — kwaśno przerwała Coletta — że oboje jesteśmy komedyantami, tylko, że ja przyjmuję ciebie, jakim jesteś, gdy tymczasem ty...
Podczas gdy Coletta tak nielitościwie drażniła Klaudyusza z wyrafinowanem okrucieństwem, na jakie tylko obrażona kochanka zdobyć się może, Ireneusz dostrzegł przypadkowo na biurku przyjaciela przewodnik towarzyski, zawierający adresy wszystkich osób, pośrednio lub bezpośrednio należących do sfer arystokracyi pieniężnej i rodowej. Wziąwszy książkę do ręki, przerzucał ją bezmyślnie na pozór i z pewnem zmieszaniem w spojrzeniu i w głosie zapytał:
— Dlaczego niema tu twego adresu, Klaudyuszu?
— Jeszcze czego! — zawołała Coletta — bo ja nie pozwoliłam na to. I tak już zbyt wiele czasu spędza po balach i resursach!...
— Przypuszczałem, że ty również lubisz towarzystwo męzkie — zauważył Klaudyusz.
— Zrozumiałam wymówkę — odparła Coletta, wzruszając ramionami — lubię młodzieńców z wielkiego świata, bo nikt im elegancyą nie dorówna... Umieją ubierać się, grać w bilard, jeździć konno, rozmawiać o polowaniu a ty, mój drogi, pomimo swego rozumu, wyglądasz przy nich jak fircyk... Ach! czemuż nie zostałeś dotąd takim, jakim cię poznałam przed ośmioma laty!... Pamiętam, było to w restauracyi, do której nauczyciel mój, pan Farquet, zaprowadził nas z moją matką... Siedziałeś przy stole z miną tak nieśmiałą, jak kurczątko, które dopiero przebiło skorupkę jajka i zdziwionym wzrokiem rozgląda się wokoło... Dlatego tylko podobałeś mi się... Czy będziesz dziś w teatrze? — dodała zwracając się do Ireneusza, który podniósł się z miejsca, złożywszy książkę na biurku.
Znalazł wreszcie tak upragnioną dla siebie wiadomość: pani Moraines mieszkała przy ulicy Murillo, obok parku Monceau.
— Nie, do jutra więc a radzę ci, nie biegaj z wieczoru na wieczór... Muszę jednak przyznać, że te panie arystokratki są bardzo uprzejme... Niektóre z nich formalnie ubiegały się wczoraj o moje względy... Ha! ha! Spojrzyj, Ireneuszu, jak mój gołąbek znów się zasmucił... nowa burza wybuchnie gdy tylko zostaniemy sami... Cóż to, zaczynasz już być zazdrosnym o kobiety? — dodała zapalając drugiego papierosa. Do widzenia, Ireneuszu:
— Coletta umyślnie udaje obojętną przy tobie — mówił w chwilę potem Klaudyusz, odprowadzając przyjaciela do przedpokoju — ale gdybyś wiedział, jak dobrą i czułą być potrafi, gdy jesteśmy sami!
A — Salvaney? — zapytał poeta z roztargnieniem.
— Ha! — odparł Klaudyusz, blednąc — podpowiada, że chodziła do niego obejrzeć ryciny, z których weźmie wzór do nowego kostyumu teatralnego i przysięga, że nic między nimi nie zaszło... Po kobietach wszystkiego spodziewać się można, nawet cnotliwości idealnej — dodał podając przyjacielowi drżącą ze wzruszenia rękę. — Nie dziw się, mój drogi, czasami mówi do mnie takim głosem, że nie mam i nigdy nie będę miał siły zwątpić o jej szczerości.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Bourget i tłumacza: anonimowy.