Kapitał. Księga pierwsza (1926-33)/Dział trzeci. Wytwarzanie wartości dodatkowej bezwzględnej/Rozdział piąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karl Marx
Tytuł Kapitał. Księga pierwsza
Podtytuł Krytyka ekonomji politycznej
Redaktor Jerzy Heryng, Mieczysław Kwiatkowski (red. tłum. pol.),
Friedrich Engels, Karl Kautsky (red. oryg.)
Wydawca Spółdzielnia Księgarska Książka,
Księgarnia i Wydawnictwo "Tom"
Data wydania 1926-33
Druk M. Arct, Warszawa
Drukarnia „Monolit“, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Heryng,
Mieczysław Kwiatkowski,
Henryk Gustaw Lauer,
Ludwik Selen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
DZIAŁ TRZECI.
Wytwarzanie wartości dodatkowej bezwzględnej.

Rozdział piąty.
PROCES PRACY I PROCES POMNAŻANIA WARTOŚCI.
1. Proces pracy czyli wytwarzanie wartości użytkowych.

Spożyciem siły roboczej jest sama praca. Nabywca siły roboczej spożywa ją, każąc pracować jej sprzedawcy. Sprzedawca staje się wskutek tego czynną siłą roboczą, robotnikiem, actu (czynnym), podczas gdy przedtem był nim tylko potentia (możliwym). Ażeby jego praca przybrała postać towiarów, przedewszystkiem musi przybrać formę wartości użytkowych, formę przedmiotów, służących do zaspokojenia potrzeb jakiegobądź rodzaju. A więc kapitalista każe robotnikowi sporządzać jakąś szczególną wartość użytkową, jakiś określony artykuł. Wytwarzanie wartości użytkowych, czyli dóbr, nie zmienia swej ogólnej natury wskutek tego, że odbywa się dla kapitalisty i pod jego kontrolą. To też proces pracy trzeba najpierw rozpatrywać niezależnie od wszelkiej określonej formy społeczeństwa Praca jest przedewszystkiem procesem, zachodzącym między człowiekiem i przyrodą. W procesie tym człowiek swym własnym czynem doprowadza do wymiany materji z przyrodą, reguluje i kontroluje tę wymianę. Wobec materji przyrodzonej występuje on sam, jako jedna z sił przyrodzonych. Wprawia w ruch siły przyrodzone, należące do jego ciała, jak ramiona i nogi, głowę i ręce, ażeby przyswoić sobie materję przyrodzoną w postaci, przydatnej dla swego życia. Oddziaływując swemi poruszeniami na przyrodę zewnętrzną, i zmieniając ją, człowiek zmienia zarazem i swoją własną naturę. Rozwija on drzemiące w niej siły i podporządkowuje ich grę swej własnej władzy. Nie mamy tu do czynienia z pierwszemi, po zwierzęcemu jeszcze instynktownemi, postaciami pracy. Okres, gdy praca ludzka nie strząsnęła jeszcze ze siebie swej pierwszej, instynktownej postaci, dawno już jest pogrążony w zamierzchłej przeszłości w chwili, gdy robotnik przybywa na rynek towarowy jako sprzedawca swej własnej siły roboczej. Naszem założeniem jest praca w postaci, właściwej wyłącznie tylko człowiekowi. Pająk np dokonywa czynności, podobnych do czynności tkacza, pszczoła zaś budową swych komórek woskowych mogłaby zawstydzić niejednego budowniczego. Ale nawet najgorszy budowniczy tem zgóry już różni się od pszczoły, że zanim zbuduje swą komórkę w wosku, musi ją przedtem zbudować we własnej głowie. Po zakończeniu przebiegu pracy robotnik osiąga wynik, który już przed rozpoczęciem pracy istniał w jego wyobraźni, a więc istniał idealnie. Człowiek nie poprzestaje na zmianie formy tego, co otrzymał od przyrody. W tem, co mu dała przyroda, urzeczywistnia on jeszcze swój cel, który jest mu znany, który jest dla niego prawem, określającem metody jego działania, i któremu musi on podporządkować swoją wolę. Przytem podporządkowanie to bynajmniej nie jest jakimś odosobnionym aktem. Niezależnie od wysiłku pracujących organów przez cały czas trwania pracy potrzebna jest celowa wola, przejawiająca się jako uwaga, a potrzebna jest tem bardziej, im mniej praca ta dzięki swemu charakterowi oraz sposobowi jej wykonania pociąga ku sobie robotnika, im mniej przeto jest dlań ponętna, jako gra jego własnych sił fizycznych i duchowych.
Prostemi momentami procesu pracy są: 1) celowa działalność czyli sama praca, 2) przedmiot, na który działa i 3) środki, któremi działa[1].
Ogólnym przedmiotem pracy ludzkiej, istniejącym bez żadnego spółudziału człowieka, jest ziemia (do której z punktu widzenia ekonomicznego zaliczyć trzeba i wodę), ta ziemia, która w czasach pierwotnych zaopatrywała ludzi w prowiant, w gotowe środki spożywcze[2]. Danemi przez przyrodę przedmiotami pracy są wszystkie rzeczy, które praca pozbawia tylko ich bezpośredniej łączności z ziemią. Np. ryba złowiona, oddzielona od swego żywiołu, to jest wody; drzewo, ścinane w puszczy; ruda, wyłamywana z żyły kruszcowej. Natomiast gdy przedmiot pracy został już, że tak rzekę, przefiltrowany przez pracę wcześniejszą, to nazywamy go surowcem. Dotyczy to np. wydobytej już rudy, którą trzeba przepłukać. Każdy surowiec jest przedmiotem pracy, ale nie każdy przedmiot pracy jest surowcem. Przedmiot pracy jest surowcem tylko wówczas, gdy dzięki pracy uległ już jakiejś przemianie.
Środkiem pracy jest rzecz lub zespół rzeczy, które robotnik umieszcza między sobą i przedmiotem pracy i które służą mu jako przewodniki jego oddziaływania na ten przedmiot. Korzysta on z mechanicznych, fizycznych i chemicznych właściwości rzeczy jako z narzędzi swej potęgi, ażeby zmusić je do celowego oddziaływania na inne rzeczy[3]. Przedmiot, którym robotnik owładnął bezpośrednio, — pominąwszy tylko zdobywanie gotowych środków spożywczych, np. owoców, przyczem za narzędzie pracy służą mu tylko organy jego własnego ciała — nie jest przedmiotem pracy, lecz środkiem pracy. W ten sposób czyni on przedmioty przyrody organami swej działalności, organem, podobnym do organów jego ciała, wskutek czego rozmiary jego przyrodzonej postaci ulegają naprzekór biblji przedłużeniu. Ziemia jest dla niego nie tylko pierwotną śpiżarnią, lecz i pierwotną zbrojownią środków pracy. Dostarcza mu ona np. kamieni do miotania, tłoczenia, tarcia, krajania i t. p. Sama ziemia staje się też środkiem pracy, ale posługiwanie się nią jako środkiem pracy w rolnictwie wymaga całego szeregu innych środków pracy i stosunkowo wysokiego już rozwoju siły roboczej[4]. Wogóle, gdy tylko proces pracy osiągnie choćby jaki taki stopień rozwoju, potrzebne stają się dlań środki pracy już przedtem obrobione. W najdawniejszych jaskiniach ludzkich znajdujemy już narzędzia kamienne i broń kamienną. Obok obrobionego kamienia, drzewa, kości i muszli największą rolę w tym wczesnym okresie odgrywa jako środek pracy zwierzę ujarzmione i oswojone, a więc już zmienione pracą ludzką[5]. Choć używanie i wyrób narzędzi pracy spotykamy w zarodku już u niektórych gatunków zwierzęcych, lecz mimo to narzędzia znamionują specyficznie ludzki przebieg pracy, a dlatego Franklin określa nawet człowieka, jako „a toolmaking animal“, jako zwierzę, wyrabiające narzędzia. Szczątki środków pracy mają tak samo doniosłe znaczenie dla oceny zamierzchłych formacyj ekonomicznych i społecznych, jak budowa szczątków szkieletów — dla rozpoznania organizacji zaginionych gatunków zwierzęcych. Epoki gospodarcze różnią się od siebie nie tem, co się robi, lecz tem, jak się robi, z pomocą jakich środków pracy[6]. Te środki pracy dają nam nietylko skalę rozwoju ludzkiej siły roboczej, lecz są też wykładnikiem stosunków społecznych, w jakich praca odbywa się. Pomiędzy środkami pracy znowuż środki mechaniczne, których zespół można nazwać układem kostnym i mięśniowym produkcji, stanowią daleko bardziej wyrazistą charakterystykę danej społecznej epoki produkcji, niż takie narzędzia pracy, które służą tylko jako pomieszczenie przedmiotu pracy, a których zespół można ogólnie nazwać układem naczyniowym produkcji, jak np. rury, beczki, kosze, naczynia i t. p. Dopiero w fabrykacji chemicznej nabierają, one doniosłego znaczenia[7].
Poza przedmiotami, z których pomocą praca oddziaływa na przedmiot pracy i które są wobec tego w ten lub inny sposób przewodnikami jej działalności, przebieg pracy włącza do rzędu swych środków, ujętych w szerszeni znaczeniu, wszelkie przedmiotowe warunki, które są wogóle potrzebne, ażeby proces ten mógł się odbywać. Nie należą one do niego bezpośrednio, lecz bez nich proces ten nie może zachodzić wcale lub tylko w sposób niedoskonały. Ogólnym środkiem pracy tego typu jest znowu sama ziemia, gdyż daje ona robotnikowi locus standi (miejsce pobytu), a jego procesowi — pole działania (field of employment). Tego rodzaju środkami pracy, już przedtem dostarczonemi przez pracę, są np. budynki robocze, kanały, drogi i t. p.
A więc, w procesie pracy działalność ludzka poprzez środki pracy osiąga zamierzoną zgóry zmianę przedmiotu pracy. Wynikiem procesu jest wytwór. Wytwór ten jest wartością użytkową, jest materjałem przyrodzonym, przystosowanym do potrzeb ludzkich dzięki zmianie swej formy. Praca skojarzyła się ze swym przedmiotem. Została ona ucieleśniona w przedmiocie, przedmiot zaś został obrobiony. To, co u robotnika było ruchem, teraz ukazuje się w wytworze, jako ustalona właściwość, jako byt. Robotnik prządł, a wytwór jest przędzą.
Jeżeli będziemy rozpatrywali cały proces z punktu widzenia jego wyniku, wytworu, to i środki pracy i przedmiot pracy okażą się środkami produkcji[8], a sama praca — pracą wytwórczą (produkcyjną)[9].
Podczas gdy jedna wartość użytkowa opuszcza proces pracy jako wytwór, to jednocześnie inne wartości użytkowe, wytwory wcześniejszych procesów pracy, wstępują — w ten proces w charakterze środków produkcji. Ta sama wartość użytkowa, która jest wytworem jednej pracy, jest środkiem wytwarzania jakiejś innej pracy. Wytwory są więc nietylko wynikiem, lecz zarazem i warunkiem procesu pracy.
Jeżeli wyłączymy przemysł dobywający, którego przedmiot pracy dany jest przez przyrodę, jak np. górnictwo, myślistwo, rybołóstwo i t. p. (rolnictwo tylko w tych wypadkach, gdy po raz pierwszy karczuje dziewicze grunty), to przedmiotem pracy wszystkich gałęzi przemysłu są surowce, czyli przedmioty pracy, już przefiltrowane przez pracę, już same będące wytworami pracy. Przykładem — nasiona w rolnictwie. Zwierzęta i rośliny, które zwykle są uważane za wytwór przyrody, są nietylko wytworem pracy, być może zeszłorocznej, lecz nadto w swej dzisiejszej postaci są wytworem przekształceń, dokonywanych przez całe pokolenia pod kontrolą ludzką i z pomocą pracy ludzkiej. Zresztą, jeśli chodzi zwłaszcza o środki pracy, to olbrzymia ich większość już na najpobieżniejsze wejrzenie zdradza ślady pracy minionej.
Surowiec może stanowić główną substancję pewnego wytworu lub też tylko przyczyniać się do jego powstania jako materjał pomocniczy. Materjał pomocniczy bądź zostaje spożyty w całości przez środki produkcji, jak np. węgiel przez maszynę parową, oliwa przez koło, siano przez konia pociągowego, bądź bywa dodawany do materjałów surowych, ażeby wywołać w nich zmianę materji, np. chlor do niebielonego płótna, węgiel do żelaza, farba do wełny, bądź wreszcie spółdziała wykonaniu samej pracy, jak np. materjały, użyte na oświetlenie i ogrzanie pomieszczenia pracy. Różnica między materjąłem surowym i pomocniczym zatraca się we właściwej fabrykacji chemicznej, tu bowiem żaden z użytych surowców nie zostaje zachowany, jako główna substancja wytworu[10].
Ponieważ każda rzecz odznacza się wielorakiemu właściwościami i dlatego jest zdolna do najrozmaitszych zastosowań, więc ten sam wytwór może być surowcem zgoła różnych przebiegów pracy. Naprzykład zboże jest surowcem dla młynarza, fabrykanta krochmalu, górzelnika, hodowcy i t. d. Jest ono też w postaci nasion surowcem produkcji samego zboża. Podobnie i węgiel porzuca kopalnię jako jej wytwór, a wchodzi do niej, jako środek produkcji.
Ten sam wytwór w tym samym procesie pracy może służyć i jako środek pracy i jako surowiec. Naprzykład przy tuczeniu bydła, gdzie jest ono zarazem obrabianym materjałem surowym i środkiem wyrobu nawozu.
Wytwór, istniejący w gotowej do spożycia postaci, może stać się znowu surowcem jakiegoś innego wytworu, — np. winogrona, jako surowiec wina. Albo też praca pozostawia swemu wytworowi taką postać, że i nadal może być tylko surowcem. Surowiec w tym stanie nazywa się półfabrykatem, a powinienby raczej nazywać się fabrykatem stopniowanym, np. bawełna, nici, przędza i t. p. Pierwotny surowiec, choć sam jest już wytworem, może przejść jeszcze przez cały szereg różnych procesów, przyczem we wciąż zmienionej postaci będzie wciąż czynny jako surowiec, aż póki ostatni proces pracy nie odrzuci go jako gotowy środek spożycia lub gotowy środek pracy.
Widzimy więc: czy dana wartość użytkowa okaże się surowcem, środkiem pracy czy też wytworem, to zależy całkowicie i wyłącznie od określonej funkcji jej w procesie pracy, od zajmowanego przez nią w tym procesie miejsca, przyczem określenia zmieniają się wraz ze zmianą tego miejsca.
A więc z chwilą, gdy pewien wytwór wstępuje w charakterze środka produkcji do nowego procesu pracy, zatraca on swój charakter wytworu. Funkcjonuje on już tylko jako przedmiotowy czynnik żywej pracy. Przędzarz traktuje wrzeciono tylko jako środek, a len tylko jako przedmiot przędzenia. Wszakże nie można w żaden sposób prząść bez przędzy i wrzeciona. To też istnienie tych wytworów jest niezbędne już przy rozpoczęciu przędzenia. Ale w samym procesie tym jest tak samo rzeczą obojętną, że len i wrzeciona są wytworem pracy minionej, jak w akcie odżywiania się jest rzeczą obojętną, że chleb jest wytworem minionych prac chłopa „ młynarza, piekarza i t. d. Odwrotnie. Jeżeli środki produkcji w przebiegu pracy przypominają nam o tem, że są wytworami pracy minionej, to tylko dzięki swym usterkom. Nóż, który nie kraje, przędza, która wciąż się rwie, przypominają dobitnie o nożowniku A lub o przędzarzu B. W udanym wytworze znika wszelki ślad pracy minionej, która ukształtowała jego właściwości użytkowe.
Maszyną, nieczynna w przebiegu pracy, jest bezużyteczna. Niezależnie od tego ulega ona niszczącemu działaniu naturalnej przemiany materji. Żelazo rdzewieje, drzewo butwieje. Przędza, gdy nie jest tkana ani dziana, jest tylko zepsutą bawełną. Żywa praca musi zawładnąć temi rzeczami, musi wskrzesić je z martwych, przekształcić je z możliwych tylko w rzeczywiste i czynne wartości użytkowe. Przetrawione w ogniu pracy, przyswojone przez nią, jako jej powłoki cielesne, powołane w jej przebiegu do funkcyj, zgodnych z ich przeznaczeniem i powołaniem, zostają one wprawdzie również spożyte, lecz spożyte celowo, jako części składowe nowych wartości użytkowych, nowych wytworów, gotowych wziąć udział w spożyciu indywidualnem jako środki utrzymania lub w nowym procesie pracy, jako środki produkcji.
Jeżeli więc istniejące wytwory są nietylko wynikiem, lecz i warunkiem istnienia procesu pracy, to z drugiej strony ich wkroczenie do tego procesu, a więc ich skojarzenie z żywą pracą, jest jedynym sposobem zachowania i urzeczywistnienia tych wytworów pracy minionej, jako wartości użytkowych.
Praca zużywa swe składniki materjalne, swój przedmiot i swe środki, zjada je, a więc jest procesem spożycia. To spożycie produkcyjne tem się różni od spożycia indywidualnego, że ostatnie spożywa produkty, jako środki utrzymania żyjącej jednostki, pierwsze zaś — jako środki utrzymania pracy, to jest siły roboczej w stanie czynnym. Wytworem przeto spożycia indywidualnego jest sam spożywca, wynikiem zaś spożycia produkcyjnego jest wytwór, różny od spożywcy.
Praca, której przedmiot i środki są same już wytworami, spożywa wytwory poto, żeby tworzyć nowe wytwory, czyli zużytkowuje wytwory jako środki wytwarzania wytworów. Ale tak samo jak pierwotnie proces pracy odbywa się tylko między człowiekiem i istniejącą bez jego spółudziału ziemią, tak samo i teraz wciąż jeszcze czynne są w nim również i takie środki produkcji, które są tylko dziełem przyrody i nie stanowią skojarzenia materjału przyrodzonego z pracą ludzką.
Proces pracy taki, jak go tu przedstawiliśmy w jego prostych i oderwanych momentach, jest celową czynnością dostarczania wartości użytkowych, przystosowywania dzieł przyrody do potrzeb ludzkich, powszechnym warunkiem wymiany materji między człowiekiem i przyrodą, wiecznym naturalnym warunkiem życia ludzkiego, a przeto jest czemś niezależnem od jakiejkolwiek formy tego życia, raczej czemś wspólnem wszystkim jego formom społecznym. Nie było wobec tego potrzeby przedstawiać robotnika w stosunku do innych robotników. Wystarczały nam z jednej strony człowiek i jego praca, a z drugiej strony — przyroda i jej materjały. Podobnie jak po smaku pszenicy nie można poznać, kto ją uprawiał, tak samo po przebiegu pracy nie można poznać, w jakich odbywa się warunkach, — czy pod batem brutalnego nadzorcy niewolników, czy też pod czujnem okiem kapitalisty; czy jest on dziełem Cyncynnata, uprawiającego swych parę morgów grantu, czy dzikiego, który kamieniem zabija drapieżne zwierzę[11].

2. Proces pomnażania wartości czyli wytwarzanie wartości dodatkowej.

Wróćmy do naszego kapitalisty in spe. Porzuciliśmy go, gdy nabył na rynku towarowym wszystkie czynniki, potrzebne w przebiegu pracy, — zarówno czynniki przedmiotowe czyli środki produkcji, jak czynnik osobowy, czyli siłę roboczą. Przemyślnym wzrokiem znawcy wypatrzył on środki produkcji i siłę roboczą, nadającą się do jego właśnie przedsiębiorstwa, do przędzalni, do fabryki obuwia i t. d. Nasz kapitalista zabiera się teraz do spożycia kupionego przez siebie towaru, siły roboczej, to jest zmusza posiadacza tej siły roboczej, robotnika, żeby pracą swą spożył środki produkcji. Ogólny charakter procesu pracy nie zmienia się, oczywiście, przez, to, że robotnik dokonywa go dla kapitalisty a nie dla siebie samego. Ale również i określone sposoby wyrabiania butów lub przędzy nie mogą natychmiast ulec zmianie wskutek wmieszania się kapitalisty. Musi on narazie brać siłę roboczą, jaką znajduje na rynku, a więc nabywa i pracę taką, jaka wytworzyła się w okresie, gdy jeszcze kapitalistów nie było. Przekształcenie samego sposobu produkcji wskutek podporządkowania pracy kapitałowi może nastąpić dopiero później i dlatego musi być też później rozpatrzone.
Proces pracy, odbywający się jako proces spożycia siły roboczej przez kapitalistę, wykazuje teraz dwa swoiste zjawiska.
Robotnik pracuje pod kontrolą kapitalisty, do którego należy jego praca. Kapitalista przestrzega, żeby praca odbywała się jak należy i żeby środki produkcji były stosowane celowo, a więc, żeby nie trwoniono materjałów surowych i żeby oszczędzano narzędzi pracy, to jest żeby niszczono je tylko o tyle, ile tego wymaga ich zużycie przy pracy.
Ale powtóre: wytwór jest własnością kapitalisty, a nie bezpośredniego wytwórcy-robotnika. Kapitalista opłaca np. dzienną wartość siły roboczej. Użytkowanie jej w ciągu tego dnia należy więc do niego, tak samo jak użytkowanie każdego innego towaru, np. konia, wynajętego na jeden dzień. Spożycie towaru należy do jego nabywcy, posiadacz zaś siły roboczej, dając mu swą pracę, daje mu w rzeczywistości tylko sprzedaną przez siebie wartość użytkową. Z chwilą, gdy wszedł do warsztatu kapitalisty, wartość użytkowa jego siły roboczej, a więc jej zużycie, praca, należy już do kapitalisty. Nabywając siłę roboczą, kapitalista zaszczepił samą pracę jako żywy czynnik fermentu martwym, a również do niego należącym składnikom wytworu. Z jego punktu widzenia proces pracy jest tylko spożyciem kupionego przezeń towaru siły roboczej, którą jednak może on spożyć tylko wówczas, gdy dołączy do niej środki produkcji. Proces pracy jest to proces, zachodzący między rzeczami, nabytemi przez kapitalistę, między należącemi do niego rzeczami. To też wytwór tego procesu należy do niego zupełnie tak samo, jak wytwór procesu fermentacyjnego w jego piwnicy[12]. Wytwór — własność kapitalisty — jest wartością, użytkową, np. przędzą, obuwiem i t. p. Ale chociaż buty są poniekąd podstawą postępu społecznego, a nasz kapitalista jest nie byle jakim postępowcem, to przecież fabrykuje on buty wcale nie dla nich samych. Wartość użytkowa nie jest wogóle w produkcji towarowej rzeczą, „qu’on aime pour elle même“ (którą się kocha dla niej samej). Wartości użytkowe są tu wytwarzane wogóle tylko dlatego i tylko o tyle, ponieważ i o ile są materjalnem podłożem, nosicielami wartości wymiennej. Naszemu zaś kapitaliście chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze, chce on wytwarzać pewną wartość użytkową, posiadającą wartość wymienną, pewien artykuł, przeznaczony na sprzedaż, pewien towar. Powtóre zaś chce on wytworzyć towar, którego wartość jest większa niż suma wartości towarów, potrzebnych do jego wytworzenia, a mianowicie środków produkcji i siły roboczej, na które wyłożył na rynku towarowym swoje dobre pieniądze. Chce on wytworzyć nietylko wartość użytkową lecz i towar, nietylko wartość użytkową, lecz i wartość i nietylko wartość, ale i wartość dodatkową.
Istotnie, skoro chodzi tu o produkcję towarową, to jest jasne, że dotąd rozpatrywaliśmy tylko jedną stronę procesu. Podobnie jak sam towar jest jednością wartości użytkowej i wartości, tak samo i proces produkcji musi być jednością procesu pracy i procesu tworzenia wartości.
Otóż rozpatrzmy teraz proces produkcji również jako proces tworzenia wartości.
Wiemy, że wartość każdego towaru określa się ilością pracy, zmaterjalizowanej w jego wartości użytkowej, czasem pracy, społecznie niezbędnym dla jego wytworzenia. Stosuje się to również i do wytworu, który osiągnął nasz kapitalista jako wynik procesu pracy. Trzeba więc przedewszystkiem obliczyć ilość pracy, zawartej w tym wytworze.
Niech to będzie np. przędza.
Dla wytworzenia przędzy przedewszystkiem potrzebny był jej surowiec, np. 10 funtów bawełny. Nie mamy żadnej potrzeby badać, czem jest wartość tej bawełny, gdyż kapitalista nabył ją na rynku według jej wartości np. za 10 szylingów. Cena bawełny wyobraża już pracą, potrzebną dla jej wytworzenia, jako przeciętną pracę społeczną. Następnie przypuszczamy, że masa zużytych przy przeróbce bawełny wrzecion, reprezentujących dla nas wszystkie pozostałe zużyte narzędzia pracy, posiada wartość 2 szylingów. Jeżeli suma złota, zawarta w 12 szylingach jest wytworem 24 godzin pracy, czyli dwóch dni roboczych, to wynika stąd przedewszystkiem, że w przędzy ucieleśnione są dwa dni robocze.
Nie powinna wprowadzać nas w błąd ta okoliczność, że bawełna zmieniła swą postać i że zużyta masa wrzecion całkowicie znikła. Zgodnie z ogólnem prawem wartości naprzykład 10 funtów przędzy jest równoważnikiem 10 funtów bawełny i ¼ wrzeciona, o ile wartość 40 funt. przędzy = wartości 40 funt. bawełny + wartość całego wrzeciona, to jest o ile dla wytworzenia obu stron tego równania potrzebna jest jednakowa ilość pracy. W danym wypadku ten sam czas pracy raz przejawia się w wartości użytkowej przędny, a drugi raz — w wartości użytkowej bawełny i wrzeciona. Dla wartości jest więc rzeczą zgoła obojętną, czy przejawia się w przędzy, we wrzecionach, czy też w bawełnie. Bawełna i wrzeciono, zamiast leżeć spokojnie obok siebie, zawiązują ze sobą w przebiegu przędzenia stosunek, stosunek ten zaś, przekształcając je w przędzę, zmienia ich formy użytkowe, lecz równie mało dotyka ich wartości, jakgdyby zostały one zastąpione przez równoważnik przędzy w drodze zwykłej zamiany.
Czas pracy, potrzebny do wytworzenia bawełny, jest częścią czasu pracy, potrzebnego do wytworzenia przędzy, względem której bawełna jest surowcem, a wobec tego jest zawarty w przędzy. To samo stosuje się i do czasu pracy, potrzebnego do wytworzenia tej masy wrzecion, bez których zużycia czyli spożycia bawełna nie może być wyprzędzona[13].
O ile więc chodzi o wartość przędzy i o potrzebny do jej wytworzenia czas pracy, to różne poszczególne, oddzielone od siebie w czasie i przestrzeni procesy pracy, które muszą, się odbyć, ażeby wytworzyć i sarną bawełnę i zużytą masę wrzecion i wreszcie żeby z tej bawełny i z wrzecion uczynić przędzę, mogą być uważane za różne kolejne fazy tego samego procesu pracy. Cała praca, zawarta w przędzy, jest pracą minioną. Najzupełniej obojętną okolicznością jest przytem to, że czas pracy, potrzebny do wytworzenia jej składników, upłynął wcześniej, w czasie zaprzeszłym, podczas gdy praca, zastosowana do procesu końcowego, do samego przędzenia, stoi bliżej czasu teraźniejszego, w zwykłym czasie przeszłym. Jeśli np. dla wzniesienia domu potrzebna jest określona ilość pracy, wynosząca dajmy na to 30 dni roboczych, to w ogólnej ilości ucieleśnionego w tym domu czasu pracy nie zmieni nic ta okoliczność, że trzydziesty dzień roboczy wziął udział w produkcji o 29 dni później niż pierwszy dzień roboczy. W ten sposób czas pracy, zawarty w materjale pracy i we środkach pracy, może być rozpatrywany zupełnie tak, jakgdyby był wydatkowany we wcześniejszem stadjum procesu przędzenia, poprzedzającem pracę przędzarza, dołączoną na końcu.
Wartości przeto środków produkcji, bawełny i wrzecion, wyrażone w cenie 12 szylingów, są częściami składowemi wartości przędzy czyli wartości wytworu.
Muszą być wszelako spełnione dwa warunki. Po pierwsze, bawełna i wrzeciona muszą być użyte rzeczywiście do wytworzenia jakiejś wartości użytkowej. W naszym przykładzie musi z nich powstać przędza. Dla wartości jest rzeczą obojętną, jaka wartość użytkowa ją dźwiga, ale musi ją dźwigać jakaś wartość użytkowa. Powtóre zaś niezbędną przesłanką jest, żeby użyty był tylko czas pracy, konieczny w danych społecznych warunkach produkcji. Gdyby więc dla uzyskania 1 funta przędzy konieczny był tylko 1 funt bawełny, to przy wytworzeniu 1 funta przędzy powinien być zużyty tylko 1 funt bawełny. To samo tyczy wrzecion. Gdyby naprzykład kapitaliście przyszła do głowy fantazja używać nie żelaznych lecz złotych wrzecion, to przecież mimo to w wartości przędzy mieściłaby się tylko praca społecznie niezbędna, to jest czas pracy, potrzebny do wytworzenia wrzecion żelaznych.
Wiemy już teraz, jaką część wartości przędzy stanowią środki produkcji, t. j. bawełna i wrzeciona. Wynosi ona 12 szylingów, czyli jest materjalizacją dwóch dni roboczych. Chodzi więc już teraz tylko o tę część wartości, którą, dołącza do bawełny praca samego przędzarza.
Teraz mamy tę pracę rozpatrzeć z zupełnie innego punktu widzenia niż podczas procesu pracy. Tam chodziło o celową działalność, zmierzającą do przekształcenia bawełny w przędzę. Im bardziej celowa była praca, tem lepsza przędza, o ile wszystkie inne warunki pozostawały niezmienione. Praca przędzarza była swoiście różna od innych prac produkcyjnych, a odmienność ta przejawiała się subjektywnie i objektywnie w szczególnym celu przędzenia, w jego szczególnym trybie pracy, w szczególnej naturze używanych przy niem środków produkcji, w szczególnej wartości użytkowej jego wytworu. Bawełna i wrzeciona są strawą odpowiednią dla pracy przędzenia, lecz nie można z ich pomocą fabrykować gwintowanych armat. Natomiast, o ile praca przędzarza jest pracą wartościotwórczą. czyli źródłem wartości, to niczem nie różni się od pracy puszkarza, wiercącego lufę armaty, lub też, sięgając po przykład bliższy, od pracy, zrealizowanej w środkach wytwarzania przędzy, od pracy plantatora bawełny, lub wytwórcy wrzecion. Jedynie dzięki tej tożsamości uprawa bawełny, wyrób wrzecion i przędzenie mogą stanowić tylko ilościowo różne części składowe tej samej zbiorowej wartości, wartości przędzy. Nie chodzi tu już o jakość, o właściwości i o treść pracy, lecz tylko i poprostu o jej ilość. Ilość tę można łatwo obliczyć. Przypuszczamy tutaj, że praca przędzenia jest pracą prostą, społecznie przeciętną. Przekonamy się później, że i przeciwne założenie zgoła nic w całej sprawie nie zmienia.
W przebiegu swym praca ze stanu działania przechodzi w stan bytowania, z formy ruchu do formy przedmiotu. Po upływie godziny ruch przędzenia przybiera postać pewnej ilości przędzy, a więc pewna określona ilość pracy, a mianowicie jedna godzina, wciela się w bawełnę. Mówimy: godzina, a to znaczy wydatkowanie siły roboczej przędzarza w ciągu godziny, gdyż przędzenie obchodzi nas tutaj tylko jako wydatkowanie siły roboczej, a nie jako swoista praca przędzenia.
Otóż rozstrzygające znaczenie ma to, żeby w czasie trwania procesu, t. j. w czasie przekształcania bawełny w przędzę, zużywany był tylko społecznie niezbędny czas pracy. Jeżeli w normalnych, t. j. przeciętnych społecznych warunkach produkcji 1⅔ funta bawełny musi być podczas 1 godziny pracy przekształcone w 1⅔ funta przędzy[14], to tylko taki dzień roboczy będzie uznany za 12-godzinny dzień roboczy, w którym 12 ✕ 1⅔, funta bawełny jest przemieniane w 12 ✕ 1⅔ funta przędzy. Albowiem tylko społecznie niezbędny czas pracy wchodzi w grę, jako tworzący wartość.
Podobnie jak sama praca, tak samo i materjały surowe oraz wytwór stoją teraz przed nami w zupełnie innem świetle niż z punktu widzenia właściwego procesu pracy. Surowiec wchodzi tu w rachubę tylko o tyle, o ile wchłania pewną określoną ilość pracy. W istocie, wskutek tego wchłonięcia przekształca się on w przędzę, albowiem siła robocza została wydatkowana i dołączona do niego w formie przędzenia. Lecz wytwór, przędza „ jest już teraz tylko miernikiem pracy, wchłoniętej przez bawełnę. Jeżeli w ciągu 1 godziny wyprzędzono 1⅔ funta bawełny lub przekształcono ją w 1⅔ funta przędzy, to 10 funtów przędzy wskazuje na 6 godzin wchłoniętej pracy. Określone i ustalone w drodze doświadczenia ilości wytworu nie wyobrażają teraz nic innego, jak tylko określone ilości pracy, określoną masę skrzepłego czasu pracy. Są one już tylko materjalizacją jednej godziny, dwóch godzin, jednego dnia pracy społecznej.
Że praca jest właśnie pracą przędzenia, że jej materjałem jest bawełna, a jej wytworem — przędza, to jest tutaj równie obojętne jak to, że przedmiot pracy sam jest już wytworem, a więc materjałem surowym. Gdyby robotnik był zatrudniony nie w przędzalni lecz w kopalni węgla, to przedmiot pracy, węgiel, byłby dany przez przyrodę. A jednak mimo to określona ilość wyrwanego z łona ziemi węgla, np. 1 centnar, wyobrażałaby również określoną ilość wchłoniętej pracy.
Założeniem naszem przy sprzedaży siły roboczej było, że jej dzienna wartość = 3 szylingom, przyczem suma ta jest wcieleniem 6 godzin pracy, a więc że właśnie takiej ilości pracy potrzeba teraz, aby wytworzyć przeciętną sumę dziennych środków utrzymania robotnika. Jeżeli tedy nasz robotnik w ciągu 1 godziny zamienia 1⅔ funta bawełny w 1⅔ funta przędzy, to w ciągu 6 godzin zamieni 10 funtów bawełny w 10 funtów przędzy. W toku procesu przędzenia bawełna wchłania więc w siebie 6 godzin pracy. Ta ilość pracy wyraża się w złocie sumę, 3 szylingów. Bawełnie nadano więc przez samo przędzenie nową, wartość 3 szylingów.
Przyjrzyjmyż się teraz całkowitej wartości wytworu, to jest 10 funtów przędzy. Są one ucieleśnieniem 2½ dni roboczych, a mianowicie 2 dni zawartych w bawełnie i w zużytej masie wrzecion i ½ dnia pracy wchłoniętej podczas przebiegu przędzenia. Ta sama ilość pracy wyraża się masę złota równą 15 szylingom. Cena więc 10 funtów przędzy, odpowiadająca ich wartości, wynosi 15 szylingów, cena zaś 1 funta przędzy wynosi 1 szyl. 6 pensów.
Nasz kapitalista jest zdumiony. Wartość wytworu jest równa wartości wyłożonego kapitału. Wartość wyłożona nie pomnożyła swej wartości, nie przyniosła wartości dodatkowej, pieniądze przeto nie przekształciły się w kapitał. Cena 10 funtów przędzy wynosi 15 szylingów, a wszak 15 szylingów również zostało wydanych na rynku towarowym na poszczególne składniki wytworu, czyli — co na jedno wychodzi — na czynniki przebiegu pracy: 10 szylingów na bawełnę, 2 szylingi na zużytą część wrzeciona i 3 szylingi na siłę roboczą. Na nic się nie zda przyrost wartości przędzy, gdyż jej wartość jest tylko sumą wartości, istniejących przedtem oddzielnie, jako bawełna, wrzeciono i siła robocza, a przecież z takiego zwykłego dodawania już przedtem istniejących wartości nie może w żaden sposób powstać wartość dodatkowa[15]. Wartości te są teraz skoncentrowane w jednym przedmiocie, ale istniały już one w sumie pieniędzy 15 szylingów, zanim jeszcze pieniądze te rozszczepiły się wskutek kupna trzech towarów.
Wynik ten sam przez się nie jest czemś dziwnem. Wartość 1 funta przędzy wynosi 1 szylinga 6 pensów, a za 10 funtów przędzy nasz kapitalista musiałby na rynku towarowym zapłacić 15 szylingów. Czy nabędzie on dla siebie na rynku gotowy dom mieszkalny, czy też każe go sobie sam zbudować, to przecież żadna z tych operacyj nie zwiększy sumy pieniędzy, wyłożonej na nabycie domu.
Kapitalista, który zna wulgarną, ekonomję jak swoje pięć palców, może nam wprawdzie oświadczyć, że wykładał swoje pieniądze po to, aby uzyskać dzięki temu więcej pieniędzy. Jednak droga, do piekła wybrukowana jest dobremi chęciami, a równie dobrze mógł on mieć zamiar robić pieniądze, wcale nie produkując[16]. Zaczyna więc grozić. Już go drugi raz nikt nie naciągnie. W przyszłości woli on kupować na rynku gotowe towary zamiast fabrykować je samemu. Jeżeli jednak wszyscy jego bracia kapitaliści uczynią to samo, to jakże znajdzie on na rynku towary? Pieniędzy zaś jeść nie może. Staje się więc namaszczony. Trzebaż mieć wzgląd na jego wstrzemięźliwość. Mógłby przecież przehulać swoje 15 szylingów. Zamiast tego jednak spożył je produkcyjnie i zrobił z nich przędzę. Ale też wzamian za to jest posiadaczem tej przędzy a nie wyrzutów sumienia. Jako żywo, nie może on wrócić do roli gromadzącego skarby sknery, wiemy bowiem, jakie są następstwa takiego ascetyzmu. Zresztą gdzie niema nic, tam ustaje nawet cesarskie prawo. Jakkolwiek wysoko cenilibyśmy zasługę jego wyrzeczenia się, absolutnie niema z czego opłacić ją extra, albowiem wartość wytworu, wychodzącego z procesu pracy, jest dokładnie równa sumie wartości towarów, które do tego procesu weszły. Niechże więc pociesza się tem, że cnota jest sama dla siebie zapłatą. Ale gdzie tam! Kapitalista staje się natarczywy. Przędza jest dla niego bezużyteczna. Wytworzył ją przecież na sprzedaż. A więc niech ją sprzedaje, albo jeszcze lepiej, niech w przyszłości wytwarza tylko to, co sam spożywa. Jest to wszak recepta, którą już przepisał mu jego lekarz nadworny, Mac Culloch, jako niezawodny środek przeciw zarazie nadprodukcji.
Teraz kapitalista pieni się. Niechno robotnik spróbuje swemi dziesięciu palcami wykonywać pracę, fabrykować towary z powietrza! Czyż to nie on — kapitalista — dostarczył robotnikowi materjałów, które dopiero pozwoliły mu zamienić swą, pracę w krew i ciało? Ponieważ zaś przeważna część społeczeństwa składa się z takich właśnie oberwańców, to czyż nie wyświadczył on niezmiernej usługi temu społeczeństwu swemi środkami produkcji, swą bawełną i swemi wrzecionami, czyż nie wyświadczył tej przysługi samemu robotnikowi, którego w dodatku zaopatrzył jeszcze w środki utrzymania? I czyż ma nie policzyć sobie tej zasługi? Ale czyż robotnik nie wyświadczył mu wzajemnej przysługi, przekształcając bawełnę i wrzeciona w przędzę? Poza tem zaś nie chodzi tu wogóle o usługi[17]. Usługa nie jest niczem innem, tylko pożyteczmem działaniem jakiejś wartości użytkowej, bądź towaru, bądź pracy[18]. Tu jednak chodzi o wartość wymienną. Kapitalista wypłacił robotnikowi wartość 3 szylingów. Robotnik zwrócił mu dokładny równoważnik tej sumy, w postaci wartości 3 szyi., dodanej przez siebie do wartości bawełny. Wartość za wartość. I oto nasz przyjaciel, tak dotąd dumny ze swego kapitału, przybiera nagle skromną postawę swego własnego robotnika. Czyż on sam nie pracował? Czyż nie wykonywał pracy kierowniczej, czyż nie dozorował przędzarza? Czyż ta jego praca też nie tworzy wartości? Lecz na to wzruszają ramionami jego własny majster i jego własny dyrektor. Wówczas nasz kapitalista z jowialnym uśmiechem przywdziewa znowu swą dawną skórę. Cała powyższa litanja to były kpiny. Nie przywiązuje on do tego ani za grosz znaczenia.. Te i podobne nędzne wykręty i jałowe kruczki pozostawia on profesorom ekonomji politycznej, właśnie za to opłacanym. On sarn jest człowiekiem praktycznym, który wprawdzie poza swem przedsiębiorstwem nie zawsze obmyśla to, co ma powiedzieć, lecz zawsze wie, co robi w tem przedsiębiorstwie.
Przyjrzyjmy się temu bliżej. Wartość dzienna siły roboczej wyniosła 3 szylingi, gdyż ucieleśnia w sobie pół dnia roboczego. Znaczy to, że środki utrzymania, konieczne dla wytworzenia dziennej siły roboczej, kosztują, pół dnia roboczego. Ale praca miniona, zawarta w sile roboczej, i praca żywa, którą siła ta jest w stanie wykonać, dzienne koszty utrzymania siły roboczej i dzienne wydatkowanie tej siły roboczej — są to dwie zupełnie różne wielkości. Pierwsza z tych wielkości określa jej wartość wymienną, druga — stanowi jej wartość użytkową. Jeżeli pół dnia roboczego wystarczy na to, ażeby utrzymać robotnika przy życiu w ciągu 24 godzin, to fakt ten bynajmniej nie przeszkadza robotnikowi pracować przez cały dzień. Wartość siły roboczej i pomnożenie tej wartości w procesie pracy — to dwie różne wielkości. Tę właśnie różnicę wartości miał na oku kapitalista, nabywając siłę roboczą. Pożyteczna właściwość tej pracy, polegająca na tem, że może ona wytwarzać przędzę lub buty, była tylko nieodzownym warunkiem, gdyż praca, mająca tworzyć wartości, musi być wydatkowana w formie użytecznej. Decydowała jednak swoista wartość użytkowa tego towaru, polegająca na tem, że jest on źródłem wartości, i to wartości większej, niż jego własna. Jest to właśnie ta szczególna usługa, jakiej kapitalista oczekuje od siły roboczej. Przytem zaś postępuje on zgodnie z wiekuistemi sprawami wymiany towarowej. W istocie bowiem, sprzedawca siły roboczej, podobnie jak sprzedawca każdego innego towaru, realizuje jej wartość wymienną a wyzbywa się jej wartości użytkowej. Nie może on otrzymać tamtej, nie dając wzamian tej. Wartość użytkowa siły roboczej, praca, tak samo nie jest własnością jej sprzedawcy, jak wartość użytkowa sprzedanej oliwy nie należy do handlarza oliwy. Posiadacz pieniędzy opłacił dzienną wartość siły roboczej. Do niego więc należy jej użycie w ciągu dnia, to jest całodzienna praca. Ta okoliczność, że dzienne utrzymanie siły roboczej kosztuje tylko pół dnia roboczego, chociaż ta siła robocza może być czynna, może pracować przez cały dzień, że więc wartość, powstała wskutek jej jednodniowego użycia, jest dwukrotnością jej własnej wartości dziennej, — okoliczność ta jest wprawdzie szczególnem szczęściem nabywcy, ale bynajmniej nie oznacza krzywdy sprzedającego.
Kapitalista kazus ten przewidział i dlatego może się śmiać, i o też robotnik zastaje w warsztacie środki produkcji, potrzebne nie dla sześciogodzinnego, lecz dla dwunastogodzinnego dnia roboczego. Jeżeli 10 funtów bawełny wchłania 6 godzin pracy i przekształca się w 10 funtów przędzy, to 20 funtów bawełny wchłonie 12 godzin pracy i przekształci się w 20 funtów przędzy. Przyjrzyjmyż się temu wytworowi przedłużonego przebiegu pracy. W 20 funtach przędzy zastygło już 5 dni roboczych, z czego 4 przypada na bawełnę i na zużytą masę wrzecion, a 1 został wchłonięty przez bawełnę podczas przebiegu przędzenia. Otóż 5 dni roboczych wyraża się sumą 30 szylingów, t. j. sumą 1 funta st. 10 szyi. Taka więc będzie cena 20 funtów^ przędzy. Funt przędzy kosztuje teraz, jak przedtem, 1 szyi. 6 pensów. Ale suma wartości towarów, użytych w tym procesie, wynosi teraz 27 szylingów. Wartość przędzy wynosi 30 szylingów. Wartość wytworu przewyższyła o 1/9 wartość, wyłożoną w celu jego wytworzenia. W ten sposób 27 szylingów przemieniło się w 30 szylingów. Przyniosły one wartość dodatkową w sumie 3 szylingów. Sztuka udała się nareszcie. Pieniądz przekształcił się w kapitał.
Wszystkim warunkom zagadnienia stało się zadość, a prawa wymiany towarowej nie zostały w żadnej mierze naruszone. Został wymieniony równoważnik na równoważnik. Kapitalista, jako nabywca, zapłacił za wszystkie towary ich pełną wartość: za bawełnę, za zużyte wrzeciona, za siłę roboczą. Następnie uczynił to samo, co każdy inny nabywca towarów: spożył ich wartość użytkową. Proces spożycia siły roboczej, będący jednocześnie procesem wytwarzania towarów, dał wytwór w postaci 20 funtów przędzy, posiadającej wartość 30 szylingów. Kapitalista wraca potem na rynek i sprzedaje tu towar, podobnie jak przedtem kupił inny towar. Sprzedaje on każdy funt przędzy po 1 szyi. 6 pensów, ani na szeląg wyżej lub niżej od jego rzeczywistej wartości. A mimo to jednak osiąga z obiegu o 3 szyl. więcej, niż doń wniósł. Cały ten proces, ta przemiana jego pieniędzy w kapitał, odbywa się i zarazem nie odbywa się w sferze obiegu. Odbywa się w sferze obiegu, gdyż jest uwarunkowany przez nabycie siły roboczej na rynku towarowym. Nie odbywa się w sferze obiegu, gdyż jest tylko wstępem do procesu pomnażania wartości, przebiegającego w sferze produkcji. W ten sposób zaś „tout est pour le mieux dans le meilleur des mondes possibles“ (wszystko idzie jaknajlepiej w najlepszym z możliwych światów).
Zamieniając swe pieniądze na towary, które staną się materjalnemi składnikami nowego wytworu lub czynnikami procesu pracy, kojarząc te martwe przedmioty z żywą siłą roboczą, kapitalista zamienia wartość, czyli ucieleśnioną, umarłą pracę w kapitał, to jest w wartość, która sama się pomnaża, w żywego potwora, który zaczyna „pracować“, jakby był ogarnięty szałem miłosnym.
Jeżeli teraz porównamy proces tworzenia wartości z procesem pomnażania wartości czyli tworzenia wartości dodatkowej, to okaże się, że proces pomnażania wartości nie jest niczem innem, jak tylko procesem tworzenia wartości, przedłużonym poza pewien punkt. Jeżeli proces tworzenia wartości trwa tylko do punktu, gdy opłacona przez kapitał wartość płacy roboczej bywa zastąpiona przez nowy jej równoważnik, to pozostaje on tylko zwykłym procesem tworzenia wartości. Jeżeli jednak przeciąga się jeszcze po za ten punkt, to staje się procesem pomnażania wartości.
Jeżeli dalej porównamy proces tworzenia wartości z procesem pracy, to ostatni polega na pożytecznej pracy, wytwarzającej wartości użytkowe. Ruch jest tu rozpatrywany z punktu widzenia jakościowego, zależnie od swego szczególnego rodzaju i charakteru, według swego celu i swej treści. W procesie zaś tworzenia wartości ten sam proces pracy interesuje nas tylko ze strony ilościowej. Chodzi tu już tylko o czas, jakiego wymaga praca dla swych czynności, lub o długość okresu, w którym siła robocza jest wydatkowana. Środki produkcji działają tu wyłącznie jako środki wchłaniania pracy i wyobrażają tylko tę ilość pracy, którą ucieleśniają w sobie. Wchodzą tu one w rachubę tylko już jako określone ilości skrystalizowanej pracy. Praca, bądź zawarta w środkach produkcji, bądź dołączona przez siłę roboczą, mierzy się tylko czasem swego trwania. Wynosi ona tyle a tyle godzin, dni i t. d.
Ale wchodzi ona w grę tylko wówczas, gdy czas, zużyty na wytworzenie wartości użytkowej, jest społecznie niezbędny. Warunek ten ogarnia wiele różnych rzeczy. Siła robocza musi funkcjonować w normalnych warunkach. Jeżeli społecznie panującym środkiem pracy w przędzalni jest przędzarka, to nie można robotnikowi wciskać w rękę kołowrotka. Nie może on również zamiast bawełny normalnej jakości dostać odpadków, rwących się co chwila. W obu wypadkach zużyłby on na wytworzenie każdego funta przędzy więcej czasu, niż to jest społecznie niezbędne, ale ten nadmierny czas pracy nie dałby ani nowej wartości, ani nowych pieniędzy. Lecz normalny charakter materjalnych czynników pracy zależy nie od robotnika, a od kapitalisty. Dalszym warunkiem jest normalny charakter samej siły roboczej. W zawodzie, w którym jest zatrudniona, ta siła robocza musi posiadać przeciętną miarę wprawy, wyszkolenia i szybkości. Ale nasz kapitalista nabył na rynku pracy siłę roboczą normalnej jakości. Siła ta musi być wydatkowana z zachowaniem zwykłej przeciętnej miary wysilenia i społecznie przeciętnego stopnia intensywności (natężenia). Kapitalista dba o to jednak nader czujnie, żeby ani jednej chwili nie zmarnować bez pracy. Nabył on siłę roboczą na określony przeciąg czasu i dba teraz o to, żeby wyjść na swoje. Nie chce być okradziony. Wreszcie — a w tym celu ów pan ma swój osobny kodeks karny — nie można dopuścić do niewłaściwego spożycia surowców i środków pracy, gdyż zmarnowane materjały i środki pracy oznaczają zbyteczny wydatek określonych ilości minionej pracy, a więc nie wchodzą w rachubę i nie uczestniczą w tworzeniu wartości wytworu[19].
Widzimy więc: uzyskane poprzednio z analizy towaru rozróżnienie pomiędzy pracą, tworzącą wartość użytkową, a tą samą pracą, tworzącą wartość, ukazuje się nam teraz jako rozróżnienie między rozmaitemi stronami procesu produkcji.
Jako jedność procesu pracy i procesu tworzenia watości, proces produkcji jest procesem wytwarzania towarów. Jako jedność procesu pracy i procesu pomnażania wartości jest on kapitalistycznym procesem produkcji, kapitalistyczną, postacią produkcji towarowej.
Zauważyliśmy już przedtem, że z punktu widzenia procesu pomnażania wartości jest rzeczą obojętną, czy przyswojona przez kapitalistę praca jest prostą, społecznie przeciętną pracą, czy też pracą bardziej skomplikowaną, posiadającą wyższy ciężar gatunkowy. Praca, uchodząca wobec społecznie przeciętnej pracy za wyższą i bardziej skomplikowaną, jest przejawem siły roboczej, której powstanie wymagało większych kosztów, której wytworzenie kosztowało więcej czasu pracy i która posiada wobec tego większą wartość niż prosta siła robocza. Jeżeli wartość tej siły jest wyższa, to wyraża się ona również w pracy wyższego rodzaju, a wobec tego w przeciągu tych samych okresów czasu ucieleśnia się w stosunkowo wyższych wartościach. Jakakolwiek jednak różnica w stopniowaniu zachodziłaby między pracą przędzarza i pracą jubilera, to zawsze ta doza pracy robotnika jubilerskiego, która odtwarza tylko wartość jego własnej siły roboczej, w żaden sposób nie różni się jakościowo od tej dodatkowej dozy jego pracy, która tworzy wartość dodatkową. I przedtem i teraz wartość dodatkowa pochodzi tylko z ilościo- wej nadwyżki pracy, z przedłużenia czasu trwania tego samego procesu pracy: w jednym wypadku procesu wytwarzania przędzy, w drugim zaś — procesu wytwarzania klejnotów[20].
Z drugiej strony w każdym procesie tworzenia wartości praca wyższa musi być zawsze sprowadzona do pracy społecznie przeciętnej, np. w stosunku 1 dnia pracy wyższej do 2 dni pracy prostej[21]. Gdy znakomici ekonomiści powstaję, przeciwko temu „dowolnemu twierdzeniu“, to możemy im śmiało powiedzieć, że im drzewa las zasłaniają. To, co im się wydaje fikcją teoretyczną, jest w gruncie rzeczy zabiegiem, stosowanym codziennie w każdym zakątku świata. Wszędzie wartości najrozmaitszych towarów wyrażane są, bez różnicy zapomocą pieniądza, to znaczy w określonych ilościach złota lub srebra. Już przez to samo różne odmiany pracy, których wyrazem są owe wartości, sprowadzane są w różnym stosunku do określonych ilości jednej i tej samej odmiany pracy zwykłej, pracy, wytwarzającej złoto i srebro. Przypuszczając więc, że zatrudniony przez kapitał robotnik spełnia prostą, społecznie przeciętną pracę, oszczędzamy sobie tylko zbytecznych operacyj i upraszczamy analizę.

Przypisy

  1. Do słów „procès de travail“ w wydaniu francuskiem Marks dodaje tu następującą uwagę: słowo „proces“, oznaczające rozwój, rozpatrywany w całokształcie swych realnych warunków, dawno już zdobyło sobie obywatelstwo w słownictwie naukowem całej Europy. We Francji wprowadzono je najpierw nieśmiało w formie łacińskiej: processus. Następnie jednak zrzuciło ono z siebie tę pedantyczną szatę i weszło do książek z zakresu chemji, fizjologii i t. d., a również i do niektórych prac metafizycznych. W końcu naturalizowało się całkowicie. W języku potocznym zarówno Niemcy jak Francuzi używają słowa: proces w jego prawniczem znaczeniu. K.
  2. „Ponieważ samorodne wytwory ziemi istnieją w nieznacznych ilościach i są całkiem niezależne od człowieka, więc wydaje się, jak gdyby były mu dane przez naturę tak samo, jak daje się młodzieńcowi niewielką sumę, żeby mu ułatwić zajęcie się jakimś przemysłem i zrobienie majątku“. (James Steuart: „Principles of polit. econ. Dublin 1770“ t. I. str. 116).
  3. „Rozum jest tyleż chytry co potężny. Chytrość polega wogóle na tej pośredniczącej działalności, która kojarzy różne przedmioty, oddziaływujące na siebie wzajemnie i wzajem się obrabiające zgodnie z ich własną naturą, lecz nie miesza się bezpośrednio do tego procesu, a mimo to przeprowadza tylko swe plany i urzeczywistnia tylko swe cele“. (Hegel: Encyklopaedie. Erster Teil. Die Logik. Berlin 1840“. Str. 382).
  4. W nędznej skądinąd pracy p. t. „Théorie de l’écon. polit. Paris 1815“ Ganilh, polemizując z fizjokratami, trafnie wylicza cały szereg prac, stanowiących przesłankę właściwego rolnictwa.
  5. Turgot w swych „Reflexions sur la formation et distribution des richesses“, 1766, Oeuvres, éd. Daire, tom I, trafnie ocenia znaczenie oswojonego zwierzęcia dla początków kultury.
  6. Właściwe artykuły zbytku mają z pośród wszystkich towarów najmniejsze znaczenie dla technologicznego porównania różnych epok produkcji.
  7. Uwaga do wyd. 2-go. Jakkolwiek mało nasze dotychczasowe dziejopisarstwo zna rozwój produkcji materialnej, a więc podstawę wszelkiego życia społecznego a stąd i wszelkich prawdziwych dziejów, to przecież przynajmniej okres przedhistoryczny podzielono nie na podstawie tak zw. badań historycznych, lecz na zasadach przyrodniczych, zależnie od materiału, z jakiego wyrabiano broń i narzędzia, a mianowicie na epokę kamienną, bronzową i żelazną.
  8. Wydaje się paradoksem, jeżeli np. niezłowioną jeszcze rybę nazwie ktoś środkiem produkcji w rybołóstwie. Dotąd jednak nie wynaleziono jeszcze sztuki łowienia ryb w wodzie, w której ich już przedtem nie było.
  9. To określenie pracy wytwórczej, dane z punktu widzenia prostego procesu pracy, bynajmniej nie wystarcza dla kapitalistycznego procesu produkcji.
  10. Storch odróżnia właściwy materjał surowy, jako „matière“, od materiałów pomocniczych, jako „matèriaux“. Cherbuliez nazywa materjały pomocnicze „matières instrumentales“.
  11. Właśnie z tego wysoce logicznego powodu pułkownik Torrens odkrywa w kamieniu dzikusa — początek kapitału. „W pierwszym kamieniu, rzuconym przez dzikiego na ścigane przez siebie zwierzę, w pierwszym kiju, który uchwycił, ażeby strącić z drzewa owoc, którego nie może dosięgnąć rękami, dostrzegamy przyswojenie sobie jednego artykułu w celu zdobycia jakiegoś innego i w ten sposób odkrywamy — początek kapitału“. (Torrens: „An essay on the production of wealth etc.“ str. 70, 71). Ten pierwszy kij (stock) wyjaśnia nam prawdopodobnie, czemu w języku angielskim słowo „stock“ jest równoznacznikiem kapitału.
  12. „Wytwory są przywłaszczane, zanim jeszcze zostaną przekształcone w kapitał. Przekształcenie to nie chroni ich od tego przywłaszczenia“. (Cherbuliez: „Riche ou pauvre, edit. Paris 1841“, str. 53, 54). „Sprzedając swą pracę wzamian za określoną ilość środków utrzymania (approvisionnement), proletariusz zrzeka się całkowicie wszelkiego udziału w wytworze. Przywłaszczenie wytworów pozostaje zupełnie takie, jak przedtem, nie zostało w żadnej mierze zmienione przez wspomnianą umowę. Wytwór należy wyłącznie do kapitalisty, który dostarczył surowcowi i środków utrzymania. Jest to nieuniknione następstwo prawa przywłaszczenia, podczas gdy — odwrotnie — u podstaw tego prawa leżało prawo wyłącznej własności każdego robotnika w stosunku do swego wytworu“. (Tamże, str. 58). „Gdy robotnicy pracują za płacę roboczą, to kapitalista jest właścicielem nietylko kapitału (ma on tu na myśli środki produkcji), lecz również i pracy (of the labour also). Skoro to, co zostało wypłacone jako płaca robocza, włącza się do pojęcia kapitału, jak to się zwykle dzieje, to jest niedorzecznością mówić osobno o pracy i o kapitale. Wyraz: kapitał, wzięty w tem znaczeniu, mieści w sobie jedno i drugie: kapitał i pracę“. (James Mill: „Elements of political economy etc. London 1821“, str. 70, 71).
  13. „Na wartość towarów wpływa nie tylko praca, włożona w nie bezpośrednio, lecz również i praca, zawarta w narzędziach, urządzeniach 1 Rynkach, pomocnych dla tej pracy“. (Ricardo: „The principles of political economy. 3rd ed. London 1821“, str. 16; przekład polski, str. 11).
  14. Liczby są tu całkiem dowolne.
  15. Jest to właśnie podstawowe założenie, na którem opiera się teorja fizjokratów o nieprodukcyjności wszelkiej nierolniczej pracy, i założenie to jest czemś niezwalczonem dla „fachowego“ ekonomisty. „Ten sposób przypisywania jednej jakiejś wartości różnych innych rzeczy (np. płótnu — spożycia tkacza), nakładania, że się tak wyrażę, warstwa po warstwie, wielu wartości na jedną z nich — sposób ten sprawia, że owa wartość o tyleż się powiększa... Termin „dodawanie“ bardzo dobrze maluje sposób tworzenia się wartości wytworów rękodzielnictwa. Cena ta jest tylko sumą wielu wartości spożytych i dodanych do siebie; otóż dodawanie nie jest mnożeniem“. (Mercier de la Rivière: „L’Ordre naturel et essentiel etc.“ Physiocrates, éd. Daire, część II, str. 599).
  16. Tak naprzykład w latach 1844—1847 wycofał on część swego kapitału z produkcyjnego zatrudnienia, ażeby ją stracić, spekulując na akcjach kolejowych. Podobnie podczas amerykańskiej wojny domowej zamknął om fabrykę i wyrzucił swych robotników za bramę, ażeby grać na liverpoolskiej giełdzie bawełnianej.
  17. „Możesz się chełpić, zdobić i chędożyć... Kto jednak bierze więcej lub coś lepszego (niż dał), — to jest to lichwa i zowie się nie usługą lecz szkodą, wyrządzoną swemu bliźniemu, jak gdybyś kradł lub rabował. Nie wszystko jest przysługą i dobrodziejstwem dla bliźniego, co się nazywa przysługą lub dobrodziejstwem. Albowiem cudzołożnik i cudzołożnica czynią sobie wielką przysługę i przyjemność. Rajtar wyświadcza mordercy i podpalaczowi wielką przysługę żołnierską, gdy mu pomaga łupić po drogach i napastować kraj i ludzi. Papiści wyświadczają naszym też wielką przysługę, że nie wszystkich topią, palą, mordują, nie wszystkim każą gnić w wieży, lecz pozwalają niektórym żyć i wyganiają ich lub zabierają im wszystko co mieli. Nawet sam djabeł wyświadcza swym sługom wielką, niezmierną przysługę... Słowem świat jest pełen wielkich, wybornych, codziennych usług i dobrodziejstw“. (Marcin Luter: „An die Pfarherrn, wider den Wucher zu Predigen etc. Wittenberg 1540“).
  18. W mej „Zur Kritik der Pol. Oek. Berlin 1859“, str. 14, mówię z tego powodu m. in. co następuje: „Łatwo pojąć, jaka. przysługę słowo „przysługa“ (service) musiało wyświadczyć pewnemu gatunkowi ekonomistów, jak np. J. B. Say i F. Bastiat”.
  19. Jest to jedna z okoliczności, podrażających produkcję, opartą na niewolnictwie. Robotnik, według trafnego wyrażenia starożytnych, uważany jest tu tylko za narzędzie obdarzone mową, instrumentum vocale, i tem tylko różni się od zwierzęcia, napół obdarzonego głosem, instrumentum semivocale, i od narzędzia martwego, niemego — instrumentum mutum. Sam on jednak daje boleśnie odczuć zwierzętom i narzędziom pracy, że nie jest im równy, lecz że jest człowiekiem. Samopoczucie swej wyższości nad niemi stwarza on sobie w ten sposób, że con amore (z zamiłowaniem) znęca się nad niemi i niszczy je. To też w tym sposobie wytwarzania ogólną zasadą ekonomiczną jest, żeby używać narzędzi pracy najsurowszych, najniezdarniejszych, ale właśnie wskutek swej prostoty i niezgrabności najtrudniejszych do zniszczenia. To też przed wybuchem wojny domowej w stanach niewolniczych, leżących nad zatoką meksykańską, znajdowano jeszcze pługi starochińskiej konstrukcji, które ziemię ryją jak Świnia lub kret, lecz jej nie krają w bruzdy i nie odwracają gleby. Por. JC. Cairns: „The slave power. London 1862“, str. 46 i nast. Olmsted w swych „Sea bord slave states“ opowiada m.in.: „Pokazywano mi tu narzędzia, których nikt z rozumem w porządku nie dałby swemu najemnikowi, gdyż nadmiernieby go krępowały: sądzę, że i nadmierny ciężar i niezgrabność ich przynajmniej o jakieś 10% utrudniłyby pracę w porównaniu z narzędziami, zazwyczaj używanemi u nas. Zapewniano mnie jednak, że wobec niestarannego i niezdarnego obchodzenia się z niemi niewolników, nie opłaca się dostarczać im narzędzi trochę lżejszych i nie tak ordynarnych i że narzędzia, jakie stale dajemy naszym robotnikom, znajdując w tem własny zysk, nie wytrzymałyby ani jednego dnia na polach Virginji, — zresztą znacznie lżejszych i mniej kamienistych niż nasze pola. Tak samo, gdy zapytywałem, dlaczego konie zostały tak powszechnie wyparte z ferm przez muły, to pierwszą i coprawda najbardziej przekonywującą odpowiedzią było, że konie nie wytrzymałyby traktowania, jakie musiałyby wciąż znosić od murzynów. Konie zawsze ginęły lub marnowały się szybko wskutek tego, podczas gdy muły znoszą bicie i nieraz opuszczają jeden lub dwa posiłki bez poważniejszych szkód dla organizmu i nie przeziębiają się ani chorują w razie złego nadzoru lub przepracowania. Zresztą, wystarczy mi podejść do okna pokoju, w którym piszę, a za każdym razem prawie widzę taki stosunek do zwierząt, za jaki każdy fermer na północy natychmiast przepędziłby swego najemnika“.
  20. Rozróżnienie między pracą wyższą i prostą, między „skilled“ i „unskilled labour“, do pewnego stopnia opiera się na zwykłych złudzeniach, lub przynajmniej na różnicach, które dawno już przestały być realne, a żyją jeszcze tylko, jako tradycyjny konwenans. Częściowo oparte jest ono na większej bezsilności niektórych warstw: ludności robotniczej, która nie pozwala im na równi z innymi wywalczyć sobie pełną wartość swej siły roboczej. Okoliczności przypadkowe odgrywają przytem tak znaczną rolę, że nie raz te same rodzaje pracy zmieniają miejsce. Tak np. gdy siły fizyczne klasy robotniczej ulegają osłabieniu lub względnemu wyczerpaniu, jak to się dzieje we wszystkich krajach rozwiniętej produkcji kapitalistycznej, stosunki się naogól odwracają, a prace bratalniejsze, wymagające więcej siły mięśniowej, osiągają wyższy stopień niż czynności bardziej wyspecjalizowane, które staczają się do poziomu pracy prostej. Tak np. praca takiego bricklayer’a (murarza) zajmuje w Anglji znacznie wyższy stopień niż praca tkacza adamaszków. Z drugiej zaś strony praca takiego fustian cutter’a (robotnik, który strzyże welwet) figuruje jako praca „prosta“, choć wymaga wielkich wysiłków fizycznych a ponadto jest bardzo niezdrowa. Zresztą nie trzeba sobie wyobrażać, że tak zwane „skilled labour“ zajmuje poważne ilościowo miejsce w całokształcie pracy narodowej. Laing oblicza, że w Anglji (i Walji) byt więcej niż 11 miljonów ludzi opiera się na pracy prostej. Po odliczeniu miljona arystokratów i półtora miljona nędzarzów, włóczęgów, przestępców, prostytutek i t. p., z pośród 18 miljonów ludności, zamieszkującej kraj w chwili ukazania się jego pracy, pozostaje 4.650.000 na klasy średnie wraz z drobnymi rentjerami, urzędnikami, literatami, artystami, nauczycielami i t. p. Żeby zaś otrzymać te 4⅔ miljonów, zalicza on do pracującej części klas średnich nie tylko bankierów i t. d. lecz również i wszystkich lepiej płatnych „robotników fabrycznych“. Również i „bricklayer’ów“ nie brak pośród tych „robotników wykwalifikowanych“. Pozostaje mu wówczas wspomniane 11 miljonów. (S. Laing: „National distress etc. London 1844“). „Liczna klasa ludzi, którzy wzamian za pożywienie nie mogą dać nic oprócz najprostszej pracy, stanowi główną masę ludności“. (James Mill w artykule „Colony“. Supplement to the Encyclop. Brit. 1831).
  21. „Gdy wskazujemy na pracę, jako na miarę wartości, to z konieczności mamy na myśli pracę pewnego wiadomego rodzaju stosunek jej do innych rodzajów może być łatwo określony“ („Outlines of polit. economy London 1832“, str. 22, 23).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karl Marx i tłumacza: Mieczysław Kwiatkowski.