Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XII.

Noc ta nie uśpiła nikogo, ani w twierdzy, ani w obozie.
Ruch, gwar i rozpalone ognie świadczyły, że sen nie zamknął powiek przybyszom znużonym; na wysokiéj wieżycy kościelnéj z rozkazu przeora zapalony gorzał świécąc daleko kaganiec, jakby wzywał pomocy i ratunku.
We wszystkich oknach płonęły światła, a obóz Millera połyskał mnogiemi ogniskami rozrzuconemi w różnych kierunkach i ukazującemi stanowiska oddziałów. Niebo było pochmurne, działa odzywały się do ciemnego mroku, ale coraz rzadziéj i w dłuższych przestankach.
Kordecki na południowéj kortynie przechadzał się po blankach z Zamojskim.
— Mieczniku, — mówił — uczycie mnie wojny!
— Pan Bóg to, nie ja, was jéj uczy, — odparł Zamojski, — lepszy to nauczyciel odemnie.
Widzę, że jeszcze jednę ofiarę spełnić nam potrzeba.
Wojna żyje ofiarami, — odparł Miecznik z westchnieniem.
— Powiedzcie raczéj, że wszystko co żyje, ofiarą tylko utrzymuje życie; tam tylko żywot gdzie ofiara; ale tu nie o tém mowa. Widzicie ztąd nasz folwark; mozoły tam naszych wieśniaków, bogate zapasy zboża, chleba, darów Bożych, a szwed sobie w nich pościeła snopki naszym potem zlane i cieszy się, że się niemi przeżywi. Cóż wy na to?
— Spalićby potrzeba, — rzekł Zamojski.
— A! widzę ja to od rana, a rozkazu nie daję — odparł Przeor z cicha z boleścią, wyraźną, tak to kosztuje pracę ludzką i dary Boże niszczyć. O! nie nasza to rzecz wojna, nie nasza. Panie Mieczniku! niech rzucą bomby, ja na ten ogień patrzéć nie chcę, zbyt mnie wiele on kosztuje.
To mówiąc spiesznie odszedł, a Zamojski zawołał Wachlera Niemca od dział, do siebie.
Niemiec to był całą gębą, bo i brzuchaty i gębaty, serca w nim ani za grosz, ręce do pracy niechętne. Z potrzeby tylko wzięli go xięża, bo nikt go nie lubił. Cały Boży dzień ujadało się to nieznośne niemczysko za karm, za płacę, za nagrody, za wygody; a przyszło robić, niechętnie i dumnie mrucząc posługiwał. Od czasu przyjścia szwedów jeszcze się stał mniéj ochotny i gdérliwszy, i rzekłbyś, patrzał tylko, którędy do nich droga. Z Polakami zawsze nadęty, nie bardzo posłuszny, postępował jak z czemś niższem od siebie, nabożny był tylko w niedzielę, a wesoły do piéniędzy; ale że znał swoją sztukę, musiano go trzymać, choć to była plama załogi Częstochowskiéj.
Cóż począć gdy się czasem obejść bez takich pomocników nie można. Ujmowano go datkiem, jadłem, darem, obietnicą, choć nie jednego chętka brała, ten kawał mięsa przez mury przerzucić. Wachler mrucząc po swojemu podszedł do pana Miecznika.
— Macie przygotowane bomby ogniste, widzicie to światło na folwarku? — rzekł mu Zamojski — rzucić ogień i spalić stodoły i gumna.
Niemiec spojrzał, ruszył ramionami i stanął jak słup.
— Słyszysz waść? — rzekł Zamojski.
— Po nocy! — odmruknął nareszcie niemiec.
— Po nocy, zaraz, wołać kanonjerów, działa sztyftować i ognia — nie czekając.
Chciał się choćby pospierać niemczysko, ale przy świetle stojącéj w strzelnicy latarni ujrzał twarz Zamojskiego i wzrok jego groźnie rozkazujący; szepnął cóś niezrozumiale i zajął się spełnieniem rozporządzeń.
Nie odszedł Miecznik, aż piérwsza bomba kréśląc ogniste koło w powietrzu, padła w zabudowania folwarczne; za nią jakby wyścigając się leciały inne, mierząc wszystkie na dachy brogów i zabudowań, z których natychmiast buchnął płomień i czarne, drobne postacie Szwedów, rojem sypać się poczęły. Wiatr dął od wschodu i niósł płachty ogniste w pola tak, że nawet pozostała z piérwszego Wejhardowskiego ognia kaplica S. Barbary, nie zajęła się od tego pożaru. Ogień szérząc się rozwidniał obozowiska szwedów w nieładzie będące i miasteczko, którego Fary wieża, na tle nieba ciemném błyszcząco się malowała ze swym krzyżem, kaplica też s. Jakóba, klasztor, wszystko odbitémi blaski gorzeć się zdawało; pozostała tylko w cieniach część murów północna i północno-zachodnia. Grzmiały działa do dwunastéj, popłoch i ruch w obozie był wielki, aż wreszcie pożar nie mając co niszczyć ustawać począł i strzelanie przerwano.
W chórze śpiéwali zakonnicy.
Po zabudowaniach klasztornych, ślachta piérwszą tę noc oblężenia przebyła w strachu i niepokoju największym: modlili się jedni, przysłuchiwali drudzy, niektórzy wchodzili na mury, poglądali na zniszczenie i tęskno dumali o jutrze. Przeor wyszedłszy z chóru, udał się po cichu za mury ku stronie północnéj, bo mu pożar folwarku, z przeciwnych baszt widoczny jeszcze, był przykrym nad miarę widokiem; obszedł część kortyny, a potém zstąpił w podwórze i począł oglądać wszystkie twierdzy zakątki, wszędzie witany hasłem...
A hasło było dnia tego: Marja Panna — Paweł święty!
Świéciło się jeszcze w mieszkaniu, które zajął pan Jan Lassota, i tu Kordecki kroki swe zwrócił, zapukał; gdyż wprzód jeszcze jęk głuchy i mowa niewyraźna oznajmiły mu, że nie spano. Wszedł więc i zastał na pościeli starca z głową schyloną, ze wzrokiem martwym; przy nim Hanna siedziała płacząca na nizkim pieńku, który jéj za stołeczek służył. Blade światełko migającéj lampy rozwidniało sklepioną izdebkę, smutną, nagą i pustą. Starzec podniósł głowę ku przeorowi, sądząc, że wchodzi brat jego, ale ujrzawszy Kordeckiego spuścił ją znowu, jakby mu mówił milczeniem, że obcy nie był mu pożądanym gościem. Kordecki nie zważał na to i usiadł przy pościeli.
— Bracie mój, — rzekł — cierpisz, widzę to, chciałbym cię pocieszyć, chciałbym ci dodać odwagi i wytrwałości.
— Jakże nie mam cierpiéć? — odparł po chwili Lassota — widzisz mój ojcze to dziécko; tyle mi tylko zostało na świecie, resztę wszystko wydarł nieprzyjaciel; czuję przychodzącą śmierć i téj ostatniéj drogiéj istoty, nie mam komu zostawić...
— A Bóg, mój bracie, a Bóg?
— Bóg o mnie zapomniał.
— Cóż mówisz stary! co mówisz? pomiarkuj się, nie Bóg o tobie, ty chyba zapomniałeś o nim.
Lassota zmilczał posępnie.
— Niechciałbym ci się naprzykrzać, panie Janie, — mówił daléj Przeor, — ale jako gospodarz tutejszy, dla zapobieżenia niemiłych spotkań, radbym wiedziéć, co cię to tak boli, kogo to masz wrogiem?
— Alboż nie wiécie jeszcze?
— Nie pytałem nikogo: nie ulży wam to bolu, gdy mi się zwierzycie? sprobujcie...
— Chciałbym, nie wiém czy potrafię... — spójrzał na wnuczkę.
— A naprzód — rzekł przeor, — wiedzcie, że niéma straszniejszego bolu w duszy nad ten, jaki zadaje nienawiść, jest to trucizna, któréj kropla psuje w nas wszystko wielkie i święte: z nią się ani modlić, ani kochać Boga, ni ludzi nie można; wszystko kwaśnieje od niéj w duszy i w ocet się zmienia. Starajcie się podnieść do Boga i darować winy, a ujrzycie, jak lekko odetchniecie potém; jako nadzieja i spokój wstąpią w duszę waszą.
— Darować! przebaczyć! — zawołał stary — o! nie mogę, nie mogę... darować boleści lat kilkudziesięciu, darować moje cierpienia, wszystko com przebył w Imię Boga, potrafiłbym może, byłem go nie widział, ale przebaczyć co ucierpieli drudzy, ci których kochałem, których mi wydarli... nigdy, nigdy!
Przeor pomilczał chwilę.
— Wszystko, rzekł — przebaczyć potrzeba, wszystko — jak Bóg przebaczył i darował, cbceszli by ci było przebaczono.
— Wiem, rzekł powoli ślachcic podnosząc głowę i na rekach ją spierając, bo powtarzam codzień słowa modlitwy — ale ich winy przebaczyć nie mogę, nie mogę...
— I dla tego cierpisz, mówił Kordecki.
— Można darować upokorzonym, ale zuchwałym i urągającym?...
— Powtarzam ci mój bracie, jeśli kiedy to nad grobem trzeba wszystko i wszystkim przebaczyć. Chrystus dla nas przykładem, on modlił się za zbójców swoich, gdy go katowali.
Ślachcic boleśnie jąknął, spójrzał na wnuczkę i dwie łzy zbiegły mu po zżółkłéj twarzy, któréj policzki ceglany rumieniec choroby zapalał.
— Posłuchaj mnie ojcze, rzekł po chwili widząc, że Hanna odeszła do pierwszéj izdebki, trzeba żebyście poznali życie moje, a osądzicie czym winien, że przebaczyć nie umiem; życie to niepowszednie. Wiecie może od brata mojego żeśmy niebyli ubodzy, nie! Bóg dał kawał ziemi pięknéj i chleba dostatkiem i imie poczciwe i konsyderację u ludzi. Było nas tylko dwóch u ojca, ale młódszego wcześnie przeznaczono i oddano do klasztoru, bo matka kochała mnie tylko, i pieściła nad miarę. Stare to dzieje ojcze, ja dziś starzec siwy, ale to były najszczęśliwsze życia chwile, bo spokojne, bo wesołe a bez troski na przyszłość. Wychowałem się po części w domu, po części w szkołach u xięży Jezuitów, a potém, gdy mi Pan Bóg ojca odebrał, powróciłem matce w gospodarstwie pomagać. Byłem już dorosły, ale pstro w głowie jak u każdego młokosa, a do tego jedynaka, bom się już za takiego uważał. Wszystko mi dogadzało; z psami, z końmi, z wesołemi towarzyszami, uganiałem się dnie i noce od kniei do kniei, rzadko nawet, czego mi dziś Bóg widzi żal okrutnie, do staréj zaglądając matki. Niewielkąm też był jéj pomocą; tylko że na mnie spójrzała kiedy niekiedy i pocałowała w głowę, a choć sama jedna długie dnie wysiadywała nad swoją xiążką pobożną i różańcem, nie poskarżyła się nigdy. Jam z młodości szumiał i szumiał. Jakoś, niewiem już poco, zaniosł mnie interes do Sandomierza, gdziem musiał kilkanaście dni przebawić, a i tu znaleźli się koło mnie weseli towarzysze do hulanki. Wypadło tak, że podczas mojéj bytności najbogatszy z tamtejszych mieszczan niejaki Franciszek Gallar, wyprawiał starszéj swéj córce wesele. A jak to za owych czasów bywało, na wesele prosili kto żyw, i kogo gdzie spotkali, bo i z ulicy uboż i ślachta znajoma i nieznajomi nawet cisnęli się do otwartego domu kupca. Odbywało się to po staroświecku z maszkarami, z błaznami, z muzyką, z wielkim stołem i wielkim strojem, a trwało dni dziesięć. Że to jakoś było blisko domu w którym stałem, a moi przyjaciele już tych Gallarów znali dawniéj, pociągnęli i mnie na bankiet weselny. Ot! jak czasem całe życie ludzkie od jednego zawisło kroku (i starzec westchnął ciężko) ale mi nie żal, nie, nie żal.
Starsza córka Gallarowa szła za ślachcica, bo to był mieszczanin bogaty co się zowie, kupiec wielki, i mówił o sobie jakoby był wygnańcem, religionis causa z jakiegoś tam niemieckiego kraju, gdzie katolików prześladowano, opowiadał też że był ślachcicem i dla musu się tylko udał do handlu. Bóg tam zresztą wié, jego niemieckie ślachectwo. To pewna że i sam był personat, okazała i poważna figura i familja jego wyglądała, gdyby cóś lepszego niż prości mieszczanie. Osobliwie też obie córki były piękne; bom podobno mówił że ich miał dwie, starsza co już szła za mąż za pana Otrębowskiego z Przewałowa, była śliczna jak obrazek, ale młodsza świeciła się gdyby gwiazda między tém mieszczaństwem. I tak mnie zaraz za serce chwyciło to dziewcze, żem i rozumu zbył i głowy, i zapomniał się o sobie. Już tedy owego wesela pilnowałem do końca i poznałem się bliżéj z Gallarami, którzy zamożnego ślachcica przyjmowali z dystynkcją, uczciwie i jak się należało. Konstancja było imie młodszéj, szła ze mną w taniec raz w raz i uśmiéchała się do mnie; jeszczem innych od niéj odsadzał, aż mało do bójki i szabel nie przyszło, i tak mignęły mi się te dni weselne, gdyby z bicza trzasł.
Ale ostatniego dnia nie obeszło się bez awantury. Już to ja widział zrazu, że koło niéj ćma gachów się kręciła, alem ich rozpędził łatwo, bo to byli mieszczańczuki; tylko się jeden pozostał wąsacz, z szabelką, ślachcic gołopięta, niejaki Krzysztoporski. Ten się nie dał zjeść w kaszy, i kroku mi nieustępował. Starliśmy się raz i drugi na słowa cierpkie, przemówili ostro, ale mnie jakoś przyjaciele odciągnęli od bójki, dla domu to czyniąc, bo Gallar stary był człowiek poważny i przykroby mu to było, żebyśmy się popłatali, a do tego omen zły dla nowożeńców. Mój tedy antagonista nieustępował wcale, a Konstancja choć się zdawała dla mnie bardzo przyjazna i szła ze mną tańcować i mówiła bardzo pięknie, uważałem, że bylem się odsunął, to jednako i z tym Krzysztoporskim śmieszkowała i gziła się. Jakoś to mnie po sercu drapało, ale nic.. Tu i wesele się kończy, a ja w Sandomierzu siedzę, i matka pisze — powracaj, a ja już od Gallarów ani krokiem; tu rano, tu i wieczór, skrzypki za sobą prowadzę, a oni przyjmują ochotnie.
Tylko ze wsi ślachetka uparty siedzi na nosie i siedzi, ani wykurzyć; i co się odstąpię, to on do panny. Nareszcie tak dni jeszcze z dziesięć po weselu przeskakawszy, trzeba było do domu, bo się i pieniądze wyszastały i u żydków jeszcze napożyczało. Matka choć wiedziała o wszystkiém, bom miał przy sobie starszego sługę, co jéj donosił każdą rzecz, nic mi nie powiedziała; ale gdy wkrótce potém znowu do Sandomierza się siodłam, już niewycierpiała i mówi mi otwarcie — myślisz, że to ja nic nie wiém, otoż z téj Gallarowéj imprezy nic nie będzie. A ja matce do nóg i taki od razu, że bez niéj żyć nie mogę. Było tam dosyć sporu i prośb, ale jak to serce macierzyńskie miękkie dla syna ulubionego, a ja wołałem, że do kozaków pójdę, jeśli mi się żenić nie pozwoli i począłem jéj jeszcze wmawiać ślachectwo Gallarów, jakoś się rozpłakała, umitygowała — i pojechałem. Tu znowu z miesiąc czasu spędziłem na biesiadach już otwarcie konkurując, ale mi ten Krzysztoporski nie ustępował. Tedy bez ceremonji wyzwałem go na rękę, aleśmy są porąbali napróżno, bo skoro odleżał i wylizał się ja do panny aż i on z drugiéj strony; a Konstancja pókim sam, to do mnie oczy zawraca, jakeśmy we dwóch, to jakby niewiedziała kogo sobie wybrać. Człek to był przystojny i śmiałek a żywego języka, co się kobietom podoba. Jużem to ja konnotował, że z tego pociechy nie będzie, ale jakby na mnie czary rzucono, bo nawet matka moja i ludzie mówili generalnie, że pewnie mi cóś w winie zadano, od razu tak primo impetu, rozmiłowałem się, ani na to rady. Tym czasem in tractu tych starań o pannę, matka moja umarła, panie świeć nad jéj duszą i domieść ją zbawienia wiekuistego; — ja zostałem panem swojéj woli. Ale żałoba rok i sześć niedziel trwała; więcem już bez muzyki dojeżdżał do panny i zaraz taki wprost oświadczyłem się Gallarowi, który to przyjął dobrze i zaraz mi podziękował za zaszczyt jego familji uczyniony. Panna, przy któréj zawsze ów Krzysztoporski siedział, trochę popłakała, jam to miał za zwyczajne ceremonje, i pierścionki zamieniliśmy, a ślub odłożony został po wyjściu żałoby. A jakoś też zaraz ludzie mówili, że w żałobie zaręczyny nie dobrze wróżą, ale się na to nie zważało wówczas.
Ile razy przyjadę bywało do Gallarów, jest mój gach koło panny, a czasem zjadę zcicha, to siedzą jedno podle drugiego i szepczą cóś zcicha; już to mnie okrutnie po sercu krajało, żem go drugi raz chciał wyzywać, ale rodzice pomiarkowawszy się, dom mu wypowiedzieli. Z tego tak już byłem szczęśliwy, żem do reszty głowę utracił. Tym czasem stary Gallar chodził koło mnie, różnemi racjami dowiadując się o majętność, chcąc niby zapewnienia losu dla córki, — ze swéj strony złote góry obiecując; majątek mój był czysty, w ziemi, a jego w szkatułce i w gębie; ale się to wówczas wszystkiemu wierzyło. Dosyć, że jak począł mi ukazywać, iż broń Boże śmierci mojéj, córkę krewni wyzują ze wszystkiego, a to i owo przywodzić dla skonwinkowania, tak ja rozmiłowany, ruszyłem głupi wspaniałomyślnością, i znajcie ślachcica, zapisałem całą majętność moją, jakby sprzedając ją przyszłéj żonie, a nic sobie nie excypujac i nie zostawując. Wkrótce potém i żałoba się skończyła, a jam zawiózł Konstancją na wieś, ożeniwszy się. Kilka miesięcy upłynęły szczęśliwie, alem się rychło postrzegł, że z piękną twarzą nie takiém sobie szczęście kupił jak mi się widziało. Żona moja do miasta i do rozrywek przywykła, do skrzypków, skoków i gwaru, nudziła się, ani czém zająć chciała. Gospodarstwo matczyne szło w niwecz, ażeby ją zabawić trzeba było nieustannie sprowadzać muzyki i gości, i szaleć. Już mnie to dojadło, myślałem, że się przecie kiedyś skończy; ale gdzie tam, co daléj to lepiéj. A do tego żona posmutniała, i ani ją rozkołysać, ani ją rozbawić. Tym czasem Bóg dał córkę, myślę już znowu, otoż ją do domu przywiąże, ale i to nie, jak była tak została; dziecię z mamką poszło do czeladnéj izby, a pani gdy pozdrawiała to ją wież do Sandomierza, to sprawuj w domu bankiety, czy jest czy niéma za co.
Aż tu i Krzysztoporski się zjawia; tu jest, tu go niéma, pokaże się i zniknie, i donoszą mi już ludzie, że liściki biegają. Źle, trzeba radzić; jadę do starych Gallarów; ale niemiec to sobie lekko waży, pół śmiechem, pół niedowiarstwem mnie zbywa i poczyna jakby nie znał się do tego, co ślachcicowi winien. Jejmość w tąż swoje, a gdym przyszedł do wymówek, ona w gniew, jam także nie z kamienia, dość, że przemówiliśmy się raz i drugi i trzeci, a coraz kwaśniéj z sobą. Aż jednego razu powracam do domu, niéma pani. — Gdzie? do Sandomierza. Już mnie ten Sandomierz kością w gardle siedział; bez zapytania, bez wiedzy mojéj, ale że to do rodziców — nie śmiałem nic powiedziéć i jadę za nią. Tu mnie przyjmują kwaśno, do żony nie dopuszczają i znowu najrzałem Krzysztoporskiego. Już nie żartem wziąłem się do rodziców i do niego, ale hałasu narobiwszy, przepędziwszy piekielnego gacha, gdym chciał żonę odebrać, nie dają. Odjechałem do domu, gdzie mi córeczka pozostała; myślę, przegniewa się i przyjedzie, aż mija miesiąc, drugi, i słyszę w konsystorzu machinacje o rozwód! Aż mnie krew oblała, bo tu żal i sromota; ja znowu do niéj, ale gdzie tam! pozamykano i dają mi znać, że stary Gallar nie żartem koło sprawy chodzi; a ludzie, com ich przepłacał, powiadają, że Krzysztoporski taki tam nieustannie koło niéj.
Cóż długo mówić? rozstaliśmy się, musiałem rad nie rad na rozwód pozwolić, bo mi już i to życie dojadło; jejmość zaraz nieczekając wybrała się za Krzysztoporskiego. Jeno się to stało, aż z innéj beczki poczęli, i do majątku mi się biorą. Majątek był wprost zaprzedany, ani się wywikłać; przeczyć swojéj robocie ignominia, kondyktu okazać niepodobna; na łascem został; Krzysztoporski goły, ona bez serca... Toczyła się jednak sprawa, toczyła i przegrałem ją naciągawszy się po sądach, natraciwszy zdrowia, spokoju i życia. Jużem i postarzał, a tylko mi córka została jedyną pociechą, bo i ubóstwo przyszło i późny żal, a przyjaciele jak wymiótł, przed biedą pierzchnęli wszyscy.
Krzysztoporski pamiętny sadła com mu zalał za skórę, zajadle na mnie powstawał, odebrawszy mi żonę, zagarnąwszy majątek, jeszcze na sławie mi szkodził; gdzie tylko mógł ujmował. Już tego daléj ścierpieć nie mogłem, bo srogi ból był w sercu i znowu wyzwałem go na rękę. Po długich ceregielach stanął, ale cóż? mnie z gniewu ręka drżała, on miał całą głowę i obciął mnie tylko. Wyleżałem, wykurowałem się, i z reszty pozostałéj majętności żyłem jakém mógł, a i córka podrastała. Choć mi się ciężko za mój afekt wypłaciła Konstancja, jeszcze dla niéj zostało jakieś w sercu uczucie jak do matki dziecięcia mojego, zresztą Bóg wie!
Tu dochodzą mnie wieści, że i ona nieszczęśliwa, Pan Bóg jéj oddał za moje. Krzysztoporski był w początku dobrym mężem, ale potém gdyby bisurman jaki obchodzić się z nią począł. Już jak to tam było, to było, a żal mi się zrobiło kobieciska; wielem przez nią wycierpiał, przecież miałem ją zawsze za żonę i anim myślał o innéj, choć wiek był potemu i trafiały mi się dobre partje, ale taki serce znarowione ciągnęło ku niéj. Jeden, drugi z sąsiadów zaczęli mi prawić dziwne rzeczy o losie pani Krzysztoporskiéj, aż mnie niecierpliwość porywała, ale myślę sobie z początku: a mnie co do tego? Jednakże z drugiéj strony, była to matka mojego dziecka. I tak i owak myślałem, rozbierałem, rzucałem się niewiedząc co począć, aż słyszę a tu już ją Krzysztoporski zamknął w domu i jak w więzieniu trzyma, że biedna kobiéta szaleje. Tu już i wytrwać było trudno: zebrałem ludzi, kilku ubogich krewniaków, uzbroiliśmy się dobrze, porachowali z czasem i nocką do dworu pana Krzysztoporskiego zajeżdżamy.
Kilkanaście lat było, jak jéj niewidziałem w oczy, a jednak mi cóś w piersi zatłukło, gdym pod dom podjeżdżał... Ciemno było i cicho, a pusto; obeszliśmy domostwo, wszyscy spali, w jednéj tylko izdebce na górce świeciło się mdłe światełko.
Miałem ja z sobą człowieka co mnie tam prowadził, ten wwiódł nas do izby Krzysztoporskiego, że gdyśmy go już otoczyli, dopiero się zbudził, krzyknął na służbę (a ci już byli wprzód powiązani) i za oręż pochwycił, aleśmy od niego odebrali szable i rusznice. Naówczas stanąwszy przed nim jak mściciel, spytałem go o wydartą mi żonę, co z nią uczynił i mierząc do niego jak do psa rozkazałem, by mi ukazał gdzie była, i wytłumaczył się jak się z nią obchodzi. Nie moja rzecz, rzekłem, słuchać cię liczby, którą sąd ludzki i Boży wezmie z ciebie, ale zcierpieć nie mogę, by ta, która była żoną moją, znosiła niewolę; jeśli więc okaże się nieprawdą co na cię mówią, jam winien żem ci spokój zamącił; jeśliś winien, ja tę sprawiedliwość opieszałą przedstawiam...
Na te słowa pobladł Krzysztoporski, ale schwytany musiał wreszcie wieść do żony; ażem zdrętwiał gdym ją ujrzał na kłódki i klucze zamkniętą w górnéj izdebce, samą jedną, w podartéj sukienczynie, z włosem rozczochranym. Siedziała na ziemi tak wymizerowana, blada i straszna, że gdybym niewiedział o niéj, jużbym jéj nie poznał. Włos mi na głowie stanął. A byłać to przecie matka jego syna, bo mu zaraz w rok po świętokradzkiém małżeństwie, dała następcę, wymógł na niéj zapisy majątku, który mnie wydarli, a obawiając się widać zalotności jéj — bo była do zbytku rozmiłowana w sobie i lekka niewiasta — tak ją niegodziwie zamknął.
Kobiéta z razu się przelękła napadu tego i mnie nie poznała. Powiedziałem jéj z czém przyszedłem, żeby ją bronić i niegodziwego ciemiężcę upokorzyć; popatrzała się na mnie i zalała łzami, padła mi do nóg, milczała długo, nareście głos jéj powrócił.
— Zbawco mój, zawołała, jam ciebie nie była warta, byłam winna, wielem była winna! Bóg mnie pokarał, za resztę grzechów moich sama odpokutuję. Niegodnam cieszyć się dziećmi, niegodnam żyć z niemi, grzesznica wielka! Bóg mnie w téj niewoli i zamknięciu oświecił i poruszył, dziękuję ci, że wyzwalasz mnie, abym resztę życia spędzić mogła na pokucie.
— Gdzież chcesz iść? spytałem widząc że się wybiera.
— Gdzie mnie oczy nie ujrzą ludzkie i Bóg jeden widzieć będzie, odpowiedziała. Ale pozwólcie mi wprzód pożegnać i choć niegodnéj pobłogosławić dziecię moje.
Zeszliśmy z nią do alkierza, gdzie spał syn, którego płacząc ucałowała i przeżegnała; potém mi się jeszcze do nóg rzuciła raz drugi, prosząc abym jéj winę przebaczył i wymogłszy na mnie że jéj szukać więcéj nie będę, uszła zaraz nocą.
— Cóż się z nią stało? zapytał przeor.
— Odtąd jéj niewidziałem, kończył ślachcic powolnie, ale nie tu jeszcze koniec historji. Odeszliśmy Krzysztoporskiego we wściekłości i gniewie, którego pohamować nie mógł; łajał mnie, aż do tego przywiódł, żem go wypłazował. Jakoś wkrótce potém umarł mu syn jedynak, a jak się to stało, wściekléj jeszcze obrócił zemstę swoję na mnie. Pozostała mi córka, którą wydać chciałem za uczciwego młodziana z sąsiedztwa; Krzysztoporski póty chodził póki mi nie przeszkodził. Usunął się on, ale znalazłem jéj drugiego i temu ją z błogosławieństwem poślubiłem. Nieskończyło się prześladowanie; taiłem przed córką historję matki, by jéj życia nie zatruwać, mówiłem zawsze, że umarła; Krzysztoporski widać o tém uwiadomiony, wszystko opisawszy najszkaradniéj, wybrał chwilę by biednéj kobiécie przesłać te czernidła, właśnie gdy wydawszy na świat córkę, leżała jeszcze chora... Przeczytała, rozbolała się, i umarła... Pozostało mi po niéj tylko to wnucze i...
Tu przeorowi przerwał słuchanie grzmot dział, lecz nim powstał, ścisnął za rękę starca i rzekł.
Bóg długo czeka na upamiętanie, a my wierzyć powinniśmy w Jego sprawiedliwość. Można mieć żal w sercu, ale nienawiści, niegodzi się. Zły człowiek więcéj godzien litości, niż gniewu: a na wszystkie rany duszy, jedno jest tylko lekarstwo — modlitwa...
Tu powstał Kordecki, błogosławiąc uspionéj wnuczce starca, która znużona podróżą, w pierwszéj izdebce oparłszy się o ścianę zdrzemnęła... Grom dział wywołał przeora na mury.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.