Maleńka Dorrit/Część I/Rozdział XV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XV: W STARYM DOMU.

W starym domu tymczasem życie płynęło cichą, ciemną strugą, nie zdradzając napozór żadnej zmiany. W pokoju pani Clennam przesuwał się fotel, na kółkach i płonął niegasnący ogień na kominku, w gabinecie Flintwincha zjawiali się interesanci, Jeremjasz pisał i odbierał listy, bywał na giełdzie, kontrolował książki, prowadził z panią Clennam długie i ciche narady, porozumiewał się z domami handlowemi, odwiedzał doki i bywał w specjalnych kawiarniach.
A biedna Efri bała się i drżała z trwogi, nasłuchiwała szmerów, uderzeń i tarcia, siadywała przed ogniem z głową nakrytą fartuchem, podsłuchiwała rozmawiających wspólników, nie umiała odróżnić snu od rzeczywistości i wyglądała już zupełnie na obłąkaną, z której sobie nic nie robiono.
Jeremjasz zabronił jej bardzo surowo ukazywać się w gabinecie podczas przyjęcia interesantów i nazywać go po imieniu. Nie szczycił się bynajmniej taką żoną.
Maleńka Dorrit skończyła całodzienną pracę, zawijała materjał i zbierała nitki, kiedy wszedł Pancks, który i tutaj bywał czasem. Oznajmił, że przechodząc, wstąpił w imieniu swego „właściciela“ dowiedzieć się o zdrowie pani Clennam.
— Pan Casby wie dobrze — odparła matka Artura surowo — w jakim stanie jest moje zdrowie.
— Istotnie? — zdziwił się Pancks, ogarniając bystrem spojrzeniem Emi, klęczącą na podłodze. — Jednak pani wygląda bardzo dobrze.
— Pan tędy często przechodzi? — zapytała pani Clennam z z suniętemi brwiami.
— Prawie codzień w różnych godzinach.
— Więc powiedz panu Casby, że sobie nie życzę, aby o moje zdrowie dowiadywał się za pańskiem pośrednictwem. Jeśli mię chce odwiedzić, jestem zawsze w domu. Dowidzenia.
Krótkie to pożegnanie popierał ruch ręki, wymownie wskazujący drzwi gościowi. Wobec tego Pancks rzucił spojrzenie na Emi, przegarnął ciemną ręką czarne włosy i skierował się poważnie ku wyjściu.
— Dowidzenia, szanowna pani, ukłony pana Casby i pani Flory.
Pani Clennam z brodą, opartą na ręku, odprowadziła go do drzwi spojrzeniem chmurnem i podejrzliwem, potem przeniosła wzrok na maleńką Dorrit, która podniosła się z klęczek i otrzepywała sukienkę. Oczy ich się spotkały.
— Czy znasz tego człowieka, mała Dorrit? — przemówiła pani Clennam z groźbą w głosie.
— Bardzo mało — odparła Emi. — Od niejakiego czasu spotykam go dość często na ulicy, parę razy przemówił do mnie, to jest wszystko.
— Co mówił?
— Dobrze nie wiem, bo go nie zrozumiałam. Jest dla mnie bardzo dziwny. Ale nie było w tem nic niegrzecznego.
— Dlaczego przychodzi za tobą aż tutaj?
— Tego nie wiem, proszę pani — odparła z zupełną szczerością.
— Ale wiesz, że przychodzi tu dla ciebie?
— Tak mi się zdaje, tylko nie rozumiem poco.
Pani Clennam spuściła głowę i ze spojrzeniem, utkwionem w podłodze, zamyśliła się tak głęboko, jakgdyby zapomniała o obecności Emi.
Maleńka Dorrit nie śmiała poruszyć się z miejsca, bała się jej przeszkodzić.
Nakoniec przesunęła się cichutko i przechodząc koło fotela, szepnęła:
— Dobranoc pani!
Nagle matka Artura wyciągnęła rękę i łagodnie oparła ją na ramieniu Emi.
W ciemnym kącie pokoju Efri otworzyła oczy tak szeroko, że stały się prawie okrągłe i podniosła ręce do głowy.
— Powiedz mi, mała — rzekła — czy wielu masz przyjaciół?
— Nie, pani, oprócz pani tylko jeden mularz i jeszcze jeden pan niezmiernie dobry.
— Nie ten, co był przed chwilą?
Emi stanowczo potrząsnęła głową.
— O, nie, pani! Zupełnie niepodobny i nic z nim nie ma wspólnego!
— To dobrze — rzekła pani Clennam, i Efri ujrzała wyraźnie na jej twarzy coś podobnego do uśmiechu. — Pytam cię o to, ponieważ mię obchodzisz. Zdaje mi się, że byłam twoim przyjacielem, kiedy jeszcze nie miałaś innych?
— Tak, proszę pani. Pamiętam. Wiem, że gdyby nie pani, i robota, jaką mam tutaj, nieraz, o, nieraz byłoby nam bardzo ciężko.
Wam? — spytała pani Clennam, patrząc na zegarek męża, który leżał przed nią na stole. — Wieleż was jest?
— Teraz już brat i siostra zarabiają, a ja tylko ojcu pomagam.
— I bardzo ciężkie było wasze życie? — mówiła pani Clennam, obracając w ręku zegarek.
— Czasem ciężkie — odpowiedziała Emi łagodnym głosem — lecz wtedy myślę sobie, ilu ludzi na świecie jest nieszczęśliwszych od nas.
— Oto rozumne zdanie! — zawołała pani Clennam. — Masz słuszność, moje dziecko. Jesteś dobra, rozsądna i umiesz być wdzięczna... albo zupełnie nie znam się na ludziach.
— Nie zasługa być wdzięczną, skoro ktoś jest dla nas debry. To przecież naturalne — zauważyła Emi.
Wtedy stała się rzecz tak dziwna, że biedna Efri zupełnie straciła przytomność, gdyż wątpiła o świadectwie własnych zmysłów.
Oto pani Clennam, surowa i kamienna pani Clennam, przyciągnęła do siebie małą szwaczkę i złożyła na jej czole pocałunek.
Doprawdy stokroć mniej byłoby dziwne, gdyby schylił się czarny sufit, aby pocałować podłogę.
To też Efri chwiejnym krokiem szła po schodach, aby za małą Emi zamknąć drzwi na dole.
Lecz wyjrzawszy na ulicę, ku swemu zdziwieniu, ujrzała znowu Pancksa. Zamiast iść swoją drogą, mały, czarny człowieczek kręcił się koło domu, walcząc z wichrem, i zobaczywszy Dorrit, wyminął ją szybko tuż przy drzwiach. Przytem spojrzał na nią, wydał dziwne rżenie i szepnął, przyciskając palec do ust:
— Pancks wróż, cygan, przepowiada dobre rzeczy!
Przestraszona Emi przytuliła się prawie do muru, a Pancks zarżał raz jeszcze i zniknął w ciemności.
Efri stała za progiem, prawie przykuta do miejsca. Bo jeśli to „wróż, cygan“, — to czegóż się można spodziewać? Jakie jeszcze okropne dziwy ją czekają?
Jakgdyby w odpowiedzi, gwałtowny poryw wiatru szarpnął z całej siły, uderzył w mury i kominy i z hałasem zatrzasnął przed Efri drzwi domu.
Efri chwyciła się za głowę!
Cóż teraz pocznie sama na ulicy? I co zrobi pani Clennam, sama jedna w domu?
Co począć? ach, co począć?
Zarzuciła fartuch na głowę, pobiegła kilka kroków w jedną stronę, potem w drugą, zajrzała przez dziurkę od klucza, jakby to co pomogło, i — znów zerwała się biec, gdyż razem z wiatrem uczuła spadające zimne krople deszczu, — wtem stanęła jak wryta: ktoś położył jej rękę na ramieniu.
Był to wysoki mężczyzna w płaszczu, zarzuconym na ramię, i w futrzanej czapce. Wyglądał na cudzoziemca. Miał czarne włosy, czarne, podkręcone do góry wąsy z rdzawemi końcami i wielki nos garbaty Gdy się śmiał, koniec nosa zbliżał się do wąsów, a wąsy podnosiły się do nosa.
— Czegóż się pani boi? — spytał dobrą angielszczyzną.
— Pa...na!
— Mnie?
— Tak... i burzy... i drzwi się zatrzasnęły... jakże wrócę do domu?
— Bah! — rzekł nieznajomy, — wkońcu pani wróci. Czy zna pani nazwisko Clennam?
— Czy znam? To dobre sobie! — zawołała Efri, klasnąwszy w dłonie ze zdziwienia.
— Gdzież mieszka?
— A gdzież może mieszkać, jak nie w swoim domu? — zawołała Efri, nachylając się znowu do dziurki od klucza. — Ale co teraz będzie? Jest sama w swoim pokoju i nie może się ruszyć, bo nogi ma bezwładne. A ten drugi filut sobie poszedł... Chyba zwarjuję tutaj!
Cudzoziemiec uważniej teraz spojrzał na nią, na dom, odstąpił kilka kroków i zatrzymał się wzrokiem na wąskiem oknie małej izdebki, która znajdowała się tuż przy wejściu.
— Czy wolno spytać, gdzie jest owa dama, która nie może poruszyć się z miejsca? — przemówił wreszcie, kryjąc w wąsach koniec nosa.
— Na górze, te dwa okna, gdzie się świeci.
— Tak. Jestem dość wysoki, ale bez drabiny tam dosięgnąć nie mogę. Mówiąc otwarcie, otwartość jest cechą mego charakteru: czy chcesz pani, ażebym drzwi otworzył?
— Niechże ci Bóg nagrodzi, poczciwy człowieku! — zawołała z radością Efri. — Otwórz mi jak najprędzej! Ona tam może się spalić tymczasem!
— Za chwileczkę. Biuro o tej godzinie zamknięte?
— Oddawna! — zawołała Efri z desperacją.
— W takim razie uczynią pani propozycję. Idę prosto ze statku, jak pani łatwo może zauważyć — mówił, wskazując mokry płaszcz i buty. — Dopłynęliśmy późno z powodu wichury, przeklęty wiatr! Tym sposobem nie mógłbym dzisiaj załatwić interesu pieniężnego. A zależy mi na tem bardzo. Więc otworzę pani te drzwi pod warunkiem, że następnie sprowadzi pani kogoś, kto będzie mógł załatwić mi interes. W przeciwnym razie...
I wzruszył ramionami, okazując, że go nic nie obchodzi.
Efri zgodziła się uszczęśliwiona.
Wówczas nieznajomy zrzucił płaszcz i oddał jej do potrzymania, odstąpił kilka kroków dla rozpędu i podskoczył tak zręcznie, że uchwycił za ramę okna, wstrząsnął ją, otworzył i zniknął w głębi w mgnieniu oka.
Efri patrzyła na to, drżąc jak w febrze. Obcy wydał jej się nagle strasznym człowiekiem i pomyślała, że gdyby chciał udać się na pierwsze piętro i zamordować jej panią, nicby na to poradzić nie mogła.
Na szczęście cudzoziemiec nie miał morderczych zamiarów i spokojnie drzwi jej otworzył.
— A teraz — jeśli łaska — rzekł, kryjąc koniec nosa między wąsy i odbierając swój płaszcz — cóż to jest, do wszystkich djabłów?!
Rzeczywiście gdzieś bardzo blisko dał się słyszeć szczególny szelest, przygłuszony, niby daleki, głuchy łoskot i jakieś lekkie uderzenia, połączone z wyraźnie odczuwanem drżeniem podłogi.
— Co to znaczy? — powtórzył, patrząc na kobietę.
— Och! to ja słyszę ciągle! — szepnęła przerażona Efri, mrużąc oczy.
Cudzoziemiec słuchał przez chwilę z twarzą bladą i posiniałemi ustami, ale skoro wszystko ucichło, machnął ręką.
— Głupstwo! — rzekł. — A teraz proszę sprowadzić tego jegomościa, który mi może załatwić interes.
Trzymał rękę na klamce i nie wpuszczał Efri do środka, gotów w razie odmowy zastrzasnąć wejście przed nosem.
— Ale pan mu nie powie, że się drzwi zamknęły?
— Ani słówka.
— I pan nie pójdzie tam do niej na górę?
— Nie ruszę się z miejsca.
Pobiegła. Lecz tak była niespokojna, że zawróciła znowu i kryjąc się pod cieniem muru, sprawdziła, że stał na progu nieruchomy. Wtedy pospieszyła znowu do kawiarni, w której przesiadywał Jeremjasz, i wezwawszy go do powrotu, pędziła co tchu pierwsza, obawiając się równie pięści swego małżonka, jak niespodzianki w domu.
Obcy stał wciąż na progu nieruchomy, a z góry słychać było donośny głos pani Clennam.
— Cóż się tam dzieje? Dlaczego nikt nie odpowiada? Czy jest tam kto na dole?
Zdyszani małżonkowie już dopadli wejścia.
Nagle cudzoziemiec cofnął się o kilka kroków, jakgdyby ujrzał widmo.
— Umarły czy żywy! — krzyknął z przerażeniem. — Skądże się tu wziąłeś u licha?
Flintwinch spojrzał na gościa niemniej zdziwionym wzrokiem, obejrzał się, jakgdyby spodziewał się zobaczyć kogoś poza sobą, znowu objął nieznajomego spojrzeniem błyszczących oczu i nagle zwrócił się do żony.
Porwał ją tak gwałtownie, że czepek spadł jej z głowy, a biedna Efri kurczyła się tylko pod gradem jego uderzeń.
— No, tym razem dostaniesz, co ci się należy — wołał zapamiętale. — Dość już tego...
Lecz obcy z galanterją podniósł czepek Efri i, kładąc rękę na ramieniu jej małżonka, przemówił z nadzwyczajną grzecznością:
— Przepraszam najuprzejmiej, że przerywam tę wesołą małżeńską igraszkę, lecz może pan pozwoli zwrócić sobie uwagę, że tam ktoś bardzo energicznie się dopytuje, co się stało na dole.
Jeremjasz puścił żonę, oprzytomniał. Odwrócił się do schodów i zawołał głośno:
— Jestem tu. Efri zaraz poda światło.
— Czem mogę panu służyć? — zwrócił się do cudzoziemca.
— Może pan będzie łaskaw przedewszystkiem zapalić świecę.
— Słusznie. Proszę zaczekać.
Znalazł po ciemku świecę i zapałki, które były wilgotne, i zapalały się, ale wnet gasły, upłynęło więc kilka minut, nim blady płomyk świecy rozjaśnił ciemności.
Teraz Jeremjasz spostrzegł, że nieznajomy stał o parę kroków i rozpatrywał go z taką uwagą, jakgdyby pragnął zbadać każdą zmarszczkę twarzy.
— Proszę pana do biura — rzekł, obrzucając go także ciekawym i badawczym wzrokiem. — Nic się nie dzieje! Niechże pani będzie spokojna! — zwrócił się w stronę schodów. — Przecie krzyczę, że tu jestem!
— Boi się? — spytał obcy.
— Ona? Na stu mężczyzn dziesięciu nie ma tyle odwagi, co ona!
— Paralityczka?
— Oddawna. Jedyna przedstawicielka tego domu, jestem jej wspólnikiem.
Weszli do biura. Flintwinch postawił świecę, wskazał gościowi krzesło i sam usiadł.
— Jestem na rozkazy.
— Nazywam się Blandois (Blandua).
— Blandois? Nie znam.
— Przypuszczałem, że otrzymałeś pan już przekaz od swojego korespondenta w Paryżu.
— Nic podobnego na pańskie nazwisko nie otrzymaliśmy.
Milczeli. Twarz obcego była uśmiechnięta, prawie szydercza. Wpatrywał się wciąż w Jeremjasza.
— To dziwne — zaczął znowu — jak pan jesteś podobny do jednego z moich znajomych! Teraz już mniej przy świetle, ale tam poprostu wziąłem pana za niego. Zdumiewające podobieństwo!
— Doprawdy? — rzekł niedbale Flintwinch. — Ponieważ jednak nie otrzymaliśmy żadnej korespondencji z Paryża na imię Blandois...
— Bah! — mruknął nieznajomy, wyjął pugilares, wyszukał w nim jakiś list i podał wspólnikowi firmy.
— To może panu wystarczy — rzekł krótko.
Był to list znanej firmy, polecający domowi handlowemu Clennam i Ska otworzyć panu Blandois kredyt do wysokości pięciuset franków.
— W porządku — rzekł Jeremjasz. — Jesteśmy na pańskie usługi. Ale o tej godzinie nie mogę załatwić pańskiego interesu. Są formalności.
— Bardzo pięknie. Spóźniłem się, muszę zaczekać do jutra. Bardzo przepraszam, że zaniepokoiłem tę odważną kobietę tam na górze. Tymczasem jednak muszę gdzieś przenocować. Czy może mi pan wskazać oberżę w pobliżu?
— W tej okolicy nie znajdzie pan hotelu, odpowiedniego do wymagań gentlemana.
— Jakkolwiek niewątpliwie jestem gentlemanem i szlachcicem, nauczyłem się w licznych podróżach gardzić przesądami. Demokrata-kosmopolita żąda jedynie czystości i zdrowego, gorącego pożywienia.
— W takim razie, jest tu oberża niedaleko — mówił z wahaniem Flintwinch.
— Doskonale! Może mię pan łaskawie zaprowadzi.
— Wpadnę tylko na górę powiedzieć pani Clennam, że wychodzę.
— Racz pan załączyć ode mnie ukłony i prosić o pozwolenie przedstawienia się osobiście tak niepospolitej kobiecie, skoro tylko zmienię podróżne ubranie.
Jeremjasz wrócił wkrótce, zapewniając, że pani Clennam będzie bardzo milo poznać jednego z klijentów ich starego domu.
W godzinę potem pan Blandois powtórnie zakołatał do drzwi domu pani Clennam. Efri mu otworzyła w czystym czepku, w przedsionku płonęły dwie świece, schody były też oświetlone, a w pokoju chorej rozłożono większy ogień na kominku i przygotowano wszystko do herbaty.
Pani Clennam w grzecznych słowach dziękowała, że odwiedził kalekę, o której świat dawno zapomniał. A co z oczu, to z myśli! Niegdyś dom Clennam miał pewne znaczenie, dziś — mąż umarł, syn obrał sobie inny zawód, ona jako kobieta, niezawsze ma prawo reprezentować firmę, ale Jeremjasz Flintwinch został jej wspólnikiem, nie opuszczają ich starzy klijenci, i chociaż interesy znacznie się ograniczyły, dom stoi mocno i ma ustaloną opinję.
— Pan nie jesteś Anglikiem? — dodała po chwili.
— Nie — odparł Blandois — nie jestem Anglikiem i nie mam narodowości wogóle. W moich żyłach płynie krew sześciu narodów, a liczne podróże zrobiły mię obywatelem świata.
— Nie jest pan żonaty, jak się zdaje?
— Wielbię płeć piękną, ale nie jestem żonaty.
— Może pan zechce osłodzić herbatę — grzecznie zapraszał Flintwinch.
— Dziękuję, nie pijam herbaty zupełnie. Jaki stary zegarek!
Podając filiżankę pani Clennam, spostrzegł leżący obok niej zegarek i przypatrywał mu się z nadzwyczajnie baczną uwagą.
— Czy pani pozwoli? — spytał, wyciągając rękę — Dziękuję! Nadzwyczajny. Stary. Trochę ciężki, ale dokładny. Dwie koperty, stara moda. Wolno otworzyć? Dziękuję. Jedwab haftowany złotem! Widziałem takie rzeczy w Holandji i w Belgji. „Nie zapomnij“ i naturalnie pani nie zapomniała? — dodał, podnosząc na nią badawcze spojrzenie i ostrożnie kładąc zegarek na stole.
Flintwinch, dopijając resztę z filiżanki, odchylił nieco głowę i utopił spojrzenie w rysach pani Clennam. Jej twarz kamienna nie zdradzała wzruszenia, odpowiedziała po chwili spokojnie.
— Nie zapominam. Życie takie, jak moje, nie pozwala zapomnieć. Nie chcę i nie usiłuję. Pamiętam o wszystkiem, nawet o swoich grzechach i rachunku, jaki zdać muszę.
Flintwinch postawił mocno filiżankę i spojrzał na Blandois, jakby chciał powiedzieć: — Widzisz? I cóż ty na to?
— Pani — rzekł Blandois — nigdy o tem nie wątpiłem.
Ale pani Clennam zdawała się tego nie słyszeć, mówiła do siebie, czy do kogoś niewidzialnego, który lepiej rozumiał jej słowa.
— Gdybym zapomniała o błędach przeszłości, mogłabym uskarżać się na teraźniejszość, a nie skarżę się przecie. Przeciwnie, uważam to za łaskę Pana, który pozwala mi odkupić winy i zasłużyć na tej drodze na zbawienie. A więc nie zapomniałam, pamiętam, rozumiem i przyjmuję wyroki Boskie z rezygnacją.
Położyła dłoń na zegarku, jakby tem dotknięciem mówiła do niego.
Blandois gładził wąsy i wpatrywał się w nią uważnie.
— La, la, la! — odezwał się niespodzianie Flintwinch — nie wiem, czy te pobożne racje przekonają pana Blandois, który prawdopodobnie mniej rachuje się z Panem Bogiem.
— O, przeciwnie! — zawołał Blandois — Bardzo przepraszam! Religijność jest cechą mego charakteru. Jestem wrażliwy i uczuciowy, panie Flintwinch, a taki człowiek musi być pobożny, albo... niewiele wart.
Gość nadzwyczaj uprzejmie żegnał panią domu, a Flintwinch patrzył na niego z uwagą i nagle wydało mu się, że jest — „niewiele wart“.
— Dziękuję panu bardzo, że zechciałeś odwiedzić starą kobietę-kalekę — rzekła pani Clennam. — Wybacz, że za wiele mówiłam o sobie. Flintwinch jest od jutra na pańskie usługi. Życzę przyjemnego pobytu w tem mieście.
Pan Blandois dziękował, przesyłał od ust białą ręką pocałunki i cofał się do progu, gdzie przystanął, jakby zdziwiony.
— To antyczna komnata! — zauważył z pewną przesadą. — Zawiniłem, nie rzuciwszy na nią okiem. Ależ tu każdy szczegół mówi o przeszłości!
— Cały dom taki — chłodno odparła pani Clennam. — Prawdziwy antyk, chociaż bez pretensji.
— Gdyby pan Flintwinch chciał mię po nim oprowadzić, byłbym nieskończenie wdzięczny. Mam słabostkę do starych domów, więc przepraszam za śmiałą prośbę.
— Bądź pan przygotowany na widok ruiny, posępnej i obdartej — mruknął Flintwinch bez wielkiego zapału, biorąc do ręki świecę.
Lecz pan Blandois zaśmiał się tylko, uderzając go przyjaźnie po ramieniu.
— Nie chodzi panu zapewne o górę? — podsunął Flintwinch, gdy znaleźli się na korytarzu.
— Przeciwnie, jeśli to nie będzie nadużyciem pańskiej fatygi.
Jeremjasz zaczął ciężko wstępować na schody, przysuwając świecę do wilgotnych murów i otwierając drzwi pustych pokoi, ciemnych, zastawionych gratami, pełnych kurzu.
— Nie wiem, czy się panu opłaciła droga — mówił, otwierając komnatę, w której nocował Artur.
Blandois był zachwycony. Przebiegał za przewodnikiem schody i korytarze, lecz kiedy Flintwinch obejrzał się niespodziewanie, spostrzegł, że gość zupełnie nie zwraca uwagi na mury i otoczenie, a natomiast wpatruje się w niego badawczo. Sprawdził to raz i drugi z niemiłem uczuciem, a kiedy podniósł głowę i spojrzał w oczy cudzoziemca, spotkał wzrok zuchwały, złośliwy, szyderczy i usłyszał śmiech przytłumiony.
Nakoniec zeszli na dół i przynajmniej nierówność schodów nie powiększała różnicy poziomu między wysokim gościem i małym gospodarzem. Lecz i wtedy Blandois nie spuszczał oka z Jeremjasza.
— Jestem zachwycony — wołał. — Co za tajemniczość! Czy pan słyszysz dziwne szmery i odgłosy?
— Tutaj? Nigdy nie słyszę.
— Jakto? Czyż taki stary dom może nie być nawiedzany przez djabła?
— Przynajmniej nie przychodzi pod własnem imieniem — odrzucił Flintwinch obojętnie.
— Ha, ha, ha! A ten portret?
Lecz patrzył na Flintwincha, jakby on był portretem.
— To nieboszczyk pan Clennam, mąż mojej obecnej wspólniczki.
— Właściciel zegarka, który podziwiałem?
Flintwinch skinął głową w milczeniu.
— Dzielny charakter tej kobiety — zauważył znowu nieznajomy, wskazując głową w kierunku pokoju pani Clennam.
— Tak, ma dużo siły woli i odwagi.
— Musieli być szczęśliwi?
— Kto? — zapytał Flintwinch.
— No, ci dwoje — odparł Blandois, wskazując schody i portret, ale nie odwracając oczu od Flintwincha.
— Tego nie wiem. Prawdopodobnie. Każda rodzina ma jakieś swoje tajemnice.
— Tajemnice! — zaśmiał się swym dziwnym, przygłuszonym śmiechem Blandois, i pochyliwszy twarz nad Jeremjaszem, uderzył go jednocześnie obu rękami po ramionach.
— Tak, tak, każda rodzina! Są różne tajemnice, panie Flintwinch, prawda?
Poklepał Jeremjasza po plecach i wybuchnął przeciągłym śmiechem, który w pustym domu budził dziwne echo. Ten wybuch wesołości drażnił Jeremjasza w najwyższym stopniu, ale nie mógł jej przeszkodzić.
— Pozwól mi pan na chwilę — przemówił Blandois, odbierając mu świecę — chciałbym przypatrzyć się trochę mężowi tej niepospolitej kobiety. — Ho! i w tych rysach jest także stanowczość... tylko inna... One zdają się mówić... jakże tam: „Nie zapomnij!“... Tak: nie zapomnij! mówi ten portret do mnie. Słowo daję, panie Flintwinch.
Oddał świecę, obejrzał jeszcze raz Flintwincha, niby jeszcze ciekawszy portret, oświadczył, że jest zachwycony domem, i że dzisiejszy wieczór wart dla niego więcej niż czek na pięćset franków.
Flintwinch nie mógł się mylić, spostrzegając, że zachowanie się Blandois było chwilami brutalne i wyzywające, ale zachował cały swój kamienny spokój i wygląd odciętego przez życzliwą rękę wisielca z kawałkiem postronka na szyi.
— Jestem zachwycony dzisiejszą wizytą — powtarzał Blandois w sieni, już ubrany w swój płaszcz i czapkę. — Przyznaję, że nie spodziewałem się tyle. Czy pan miewasz przeczucia, panie Flintwinch?
— Nie rozumiem, co to znaczy — oparł Jeremjasz poprostu.
— Jakto, czyż nie przeczuwasz pan np. przyjemności, która cię ma spotkać wkrótce?
— W tej chwili nic podobnego nie przeczuwam.
— A ja przeczuwam, panie Flintwinch, że staniemy się wkrótce... dobrymi znajomymi. Jestem tego zupełnie pewny.
— Nie przeczuwam — powtórzył spokojnie Jeremjasz.
— Nie przeczuwasz nic w tym rodzaju, mój miły, że musimy się stać przyjaciółmi?
— Nie wiem.
— Więc chodź do mnie na buteleczkę — zaproponował gość z dziwnym uśmiechem.
Wyszli razem. W oberży Blandois kazał podać wino w swoim pokoju i zasiedli z Flintwinchem naprzeciwko siebie.
Lecz jeśli cudzoziemiec liczył na to, że upoi Flintwincha i rozwiąże mu język, to zmarnował bez skutku trzy butelki. Jeremjasz spełniał chętnie każdy toast, pozwalał nalewać sobie nową czarę, pił, milczał i był zupełnie przytomny.
Blandois zrozumiał wreszcie, że mógłby go w ten sposób poić do jutrzejszego wieczora i równie bezskutecznie, więc podniósł wąsy w górę i patrzył na niego złośliwie.
— A zatem jutro zgłosisz się pan do nas po odbiór swojej należności? — odezwał się Jeremjasz niespodzianie, jak człowiek, rozważający interesy.
— Bądź spokojny, moja kapuściana głowo — odparł Blandois, ruszając wąsami. — Zgłoszę się i odbiorę, co mi się należy. Daję słowo szlachcica, że posłyszycie o mnie i że się spotkamy, a wtedy was pociągnę... bądź spokojny.
Lecz nazajutrz Blandois nie zgłosił się do biura, a gdy wieczorem Flintwinch przyszedł się dowiedzieć o niego w oberży, powiedziano mu, że wyjechał bardzo rano.
Pomimo to Jeremjasz był zupełnie pewny, że go zobaczy wkrótce.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.