<<< Dane tekstu >>>
Autor Jack London
Tytuł Negore-Tchórz
Pochodzenie Serce kobiety
(zbiór opowiadań)
Wydawca E. Wende i Spółka
Data wyd. 1925
Druk Zakł. Graficzne „Drukarnia Bankowa”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. „Negore, The Coward“ ze zbioru „Love of Life & Other Stories“
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
NEGORE-TCHÓRZ


Od jedenastu dni szedł tropem swego pierzchającego plemienia, a pogoń jego również była ucieczką. Za nim bowiem, wiedział o tem dobrze, szli okrutni Rosjanie, prąc przez bagniste, lub urwiskami zryte równiny, niosąc śmierć i zniszczenie całemu plemieniu. Worek do spania ze skór królika, sztucer i parę funtów suszonego na słońcu łososia stanowiły ładunek Negora.
Mógłby się dziwić, że całe plemię — kobiety, dzieci i starcy — wędrowało tak szybko, gdyby nie wiedział, że gnała je trwoga.
Były to minione czasy rosyjskiej gospodarki na Alasce; wiek XIX dobiegał połowy. Negore, uciekający wślad za uciekającym plemieniem, dotarł doń nareszcie pewnej nocy letniej na brzegu górnego Peelat. Godzina była zaledwie północna, lecz jasność panowała zupełna, kiedy wędrowiec mijał zmęczone obozowisko ludzkie. Wszyscy go spostrzegli, niektórzy poznali, lecz witali krótko i chłodno.
— Negore-tchórz! — posłyszał w drwiącym śmiechu młodej Illi-Ha, a Sun-ne, córka jego siostry, roześmiała się również.
Czarna wściekłość zdławiła mu serce, lecz ukrył ją w sobie i szedł dalej, szukając przejścia pośród obozu. Zatrzymał się wreszcie u jednego z ognisk, przy którem siedział starzec. Zmęczone mięśnie nóg rozcierała mu zręcznemi palcami młoda i silna kobieta.
Zeschła gałązka zachrzęściła pod stopami Negora. Starzec podniósł głowę i nadsłuchując bacznie, utkwił w przestrzeni ślepe źrenice.
— Kto idzie? — zapytał słabym, chybotliwym głosem.
— Negore — odrzekła młoda kobieta, nie podnosząc oczu od swej roboty.
Twarz przybyłego była jak z kamienia. Długą chwilę stał i czekał. Głowa starca znowu opadła na piersi. Młoda kobieta, klęcząc, mięła i prostowała znużone muskuły. Schylony jej głowę owiewało, jak obłok, czarne bogactwo włosów. Negore patrzał na smukłe ciało, gnące się zwinnie, niby ciało rysia, miękkie w ruchach, jak gałązka wikliny, a zarazem silne, jak tylko młodość silną być umie. Patrzał długo, aż nagle tęsknota zawyła mu w sercu, a pożądanie — głód piekący — szarpnęło wnętrzności. Przemówił:
— Czyż niema tu słowa pozdrowienia dla Negora, który odchodził na długo i powrócił dopiero przed chwilą?
Kobieta podniosła nań zimne oczy. Stary zamruczał coś sam do siebie, zwyczajem starych ludzi.
— Jesteś moją kobietą, Oona — rzekł Negore głosem, w którym brzmiał rozkaz i groźba.
Zerwała się na równe nogi szybko i lekko, jak kotka; oczy jej płonęły, nozdrza rozdymały się, jak u łani.
— Tak. Byłam twoją, Negore; ale dziś jesteś tchórzem, a córka Starego Kinoosa nie będzie żoną tchórza.
Rozkazującym ruchem przeszkodziła mu mówić.
— Stary Kinoos i ja przyszliśmy pomiędzy was z dalekiego kraju. Bracia twoi przyjęli nas i ogrzali u swych ognisk, nie pytając, skąd i dlaczego idziemy. Myślą dotychczas, że Stary Kinoos jest ślepy ze starości. Nie przeczy on temu i nie przeczę ja, jego córka. Stary Kinoos był odważnym mężczyzną, ale stary Kinoos nie jest samochwalcą. I teraz, kiedy ci opowiem, skąd pochodzi jego ślepota, zrozumiesz, nie pytając, że córka Starego Kinoosa nie może być matką dzieci tchórza, jakim jesteś ty, Negore.
Znowu rozkaz jej ręki zamknął usta mężczyzny.
— Wiedz, Negore, że gdyby jedną wędrówkę dodać do drugiej, a do nich jeszcze wszystkie wędrówki, jakie zrobić można po tym kraju, — nie doszlibyśmy jeszcze do dalekiej Sitki na brzegu Wielkiej Słonej Wody. Żyje tam liczne plemię Rosjan, a prawo jego jest okrutne. Z tej to Sitki, Stary Kinoos, który wtedy był Młodym Kinoosem, uciekł ze mną, małem dzieckiem, na ręku, wzdłuż wysp, aż na pełne morze.
Trup mojej matki opowiada historję jego nieszczęścia..
Trup Rosjanina z piersią przebitą na wylot opowiada historję zemsty Kinoosa.
Lecz dokądkolwiek uciekaliśmy i jak daleko odchodziliśmy od ojczyzny — wszędzie żyło znienawidzone plemię Rosjan. Kinoos był nieustraszony, ale ich widok piekł jego oczy. Tak więc, szliśmy wciąż dalej i dalej przed siebie, poprzez kraje i poprzez lata, aż doszliśmy do Morza Wielkich Mgieł, o którym słyszałeś, Negore, ale nie widziałeś go nigdy. Żyliśmy pośród obcych plemion, a ja tymczasem wyrosłam na kobietę. Ale Kinoos nie wziął drugiej żony, ani ja nie wzięłam sobie męża.
Nareszcie przyszliśmy do Pastolik, tam, gdzie Yukon wpada do Morza Wielkich Mgieł. Żyliśmy długo na wybrzeżu, pośród plemienia, które również gorąco nienawidziło Rosjan. Niekiedy przypływali tam oni — Rosjanie — na wielkich statkach i kazali ludziom z Pastolik pokazywać sobie drogę, pośród niezliczonych wysepek Yukonu, co ma tysiąc ramion. I zdarzało się, że mężczyźni brani na przewodników, nie wracali wcale do domów, aż nareszcie plemię uniosło się wielkim gniewem i uplanowało zemstę. Tak więc, gdy nowy statek przybił do brzegu, stary Kinoos wystąpił i oświadczył, że mógłby pokazać drogę. Był już wtedy podeszły w latach i włosy miał białe, ale po dawnemu nie znał trwogi. Przemyślny też był i chytry, bo wprowadził statek do miejsca, gdzie morze wchodzi wgłąb kraju i białe piany gryzą brzeg góry, zwanej Romanow. Morze zaniosło statek tam właśnie, gdzie fale najmocniej się pienią, a potem rzuciło o skałę, tak, że boki potrzaskały, jak skorupa. Wtedy nadbiegło całe plemię z Pastolik (bo taki był właśnie plan), uzbrojone w topory, dzidy i strzelby. Ale przedtem Rosjanie wyłupili oczy Starego Kinoosa, aby nigdy więcej nie mógł pokazywać drogi. Później zaś długo i krwawo walczyli z naszymi tam, gdzie białe fale gryzą brzegi skał.
Otóż wodzem tych Rosjan był Iwan. On to własnoręcznie dwoma wielkiemi palcami wyłupił oczy Kinoosa, i on to potem wywalczył sobie drogę przez białe piany z dwoma tylko ludźmi, co ocaleli. Ruszył na północ wzdłuż brzegu Morza Wielkich Mgieł.
Kinoos był ślepy. Nie mógł już widzieć i nazawsze stał się bezradny, jak dziecko. Więc ruszył precz od morza, w górę wielkiego, nieznanego Yukonu, aż do Nulato i ja, jego córka, poszłam z nim razem. Oto są czyny ojca mego, Kinoosa, starego człowieka. A cóż uczynił Negore, młody mężczyzna?
Raz jeszcze rozkazujący ruch wstrzymał jego mowę.
— Własnemi oczyma widziałam w Nulato przed bramami wielkiego fortu! Kilka dni temu! Widziałam, jak Rosjanin, Iwan, ten sam, co wyłupił oczy mego ojca, okładał cię batem jak psa. Widziałam to — i jesteś dla mnie tchórzem. Lecz nie widziałam cię wcale tej nocy, gdy całe plemię — nawet chłopcy, co jeszcze nie chodzą na łowy — dopadli Rosjan i porżnęli ich wszystkich...
— Ale nie Iwana — rzekł Negore spokojnie. — I otóż właśnie następuje on nam na pięty, wraz z całą chmarą nowych Rosjan, przybyłych zza morza.
Oona nie starała się ukryć zawodu, jaki sprawiła jej ta wiadomość. Po chwili jednak mówiła dalej:
— W dzień widziałam cię, jako tchórza; w nocy, kiedy walczyli wszyscy — nawet chłopcy, co jeszcze nie chodzą na łowy — nie widziałam cię wcale. Jesteś więc tchórzem podwójnie.
— Czy skończyłaś? Czy skończyłaś już wszystko? — zapytał Negore.
Skinęła głową i patrzyła mu w oczy pytającemi oczyma, jakby zdziwiona, że ośmielił się jeszcze przemówić.
— Wiedz-że: i Negore nie jest tchórzem — zaczął, a mowa jego była powolna i pełna spokoju. — Wiedz, że kiedy byłem jeszcze młodym chłopcem, powędrowałem sam jeden z biegiem rzeki, aż do miejsca, gdzie Yukon wpada do Morza Wielkich Mgieł. Dosiągnąłem Pastoliku, a potem szedłem dalej na północ wzdłuż morskiego brzegu. Uczyniłem to, jako młody chłopiec i nigdy nie byłem tchórzem. Nie byłem nim również, gdym powędrował w górę Yukonu — ciągle sam jeden i młody — dalej, niż ktokolwiek z mego plemienia, tak daleko, żem widział miasto nieznanych ludzi o białych twarzach, lecz o mowie niepodobnej do mowy Rosjan. Zabiłem też wielkiego niedźwiedzia w kraju Tanana, gdzie nie był nikt z mego narodu. I walczyłem z plemieniem Nuklukyet, i z plemieniem Kaltag, i z plemieniem Stick w dalekich krajach, właśnie ja, młody i sam jeden.
Opowiadam o czynach tych, ponieważ nikt tu o nich nie wie. Ale niechaj plemię moje opowie o czynach innych, które widziało samo. Nie nazwie mnie tchórzem.
Skończył dumnie i dumnie czekał.
— Wszystko to zdarzyło się przed moim przybyciem do waszego kraju — odrzekła Oona. — Nie wiem nic o tem. Zato wiem, to co wiem, a wiem, że widziałam na własne oczy, jak byłeś bity batem w jasny dzień, w nocy zaś, kiedy wielki fort płonął czerwonym ogniem, a ludzie zabijali i byli zabijani — nie widziałam cię wcale. A więc naród ma prawo nazwać cię tchórzem. I to jest od dzisiaj imię twoje: Negore-Tchórz.
— Złe imię, złe imię... — zamruczał Stary Kinoos.
— Nie wiesz, jak było, Kinoosie — rzekł Negore z szacunkiem. — Zaraz ci to wytłumaczę. Wiedz, że polowałem właśnie na niedźwiedzia, wraz z Kamo-tah, synem mojej matki. Kamo-tah dopadł zwierza. Trzy dni przedtem nie jedliśmy mięsa, więc Kamo-tah nie był krzepki w ramionach, ani szybki w nogach. To też niedźwiedź pogruchotał mu kości, jak zeschłe gałązki drzewa. Kiedy go odnalazłem, leżał na ziemi bezsilny i napół żywy. Nie miałem żywności i nie udało mi się nic upolować, żeby pokrzepić chorego. Więc powiedziałem: Pójdę do Nulato, przyniosę mięsa i wezmę ze sobą paru silnych ludzi, żeby pomogli zanieść brata mego do obozu. Lecz Kamo-tah odrzekł: Idź do Nulato i przynieś żywności, lecz nie mów nikomu ani słowa o tem, co mnie spotkało. Kiedy się pokrzepię i wrócę do sił, zabiję tego niedźwiedzia. Wtedy z honorem wrócę do Nulato i nikt nie ośmieli się drwić ze mnie i mówić, że niedźwiedź oprawił biednego Kamo-tah.
Nakłoniłem więc ucha słowom brata mego. A kiedy przyszedłem do Nulato i bat Iwana okładał grzbiet mój, jak grzbiet psa, wiedziałem, że niewolno mi walczyć. Nikt bowiem nie wiedział o Kamo-tah, chorym, bezsilnym i głodnym. Gdybym zaś walczył z Iwanem i zginął — brat mój zginąłby także. Tak oto stało się, Oona, że widziałaś mnie bitego, jako psa.
Słyszałem potem, jak szamani i wodzowie mówili, że Rosjanie sprowadzili na naród dziwne choroby, że zabijają nam mężczyzn i porywają kobiety i że trzeba nareszcie kraj z wroga oczyścić. Jak powiadam, słyszałem tę mowę i uznałem, że była słuszna. Tej nocy mieliśmy napaść Rosjan. Ale w lesie leżał brat mój, Kamo-tah, chory, jęczący i głodny. Tak więc, niewolno mi było zostać i walczyć, kiedy walczyli wszyscy, nawet młodzi chłopcy, którzy nie chodzą jeszcze na łowy. Zabrałem mięso, ryby i pręgi bicza na grzbiecie, i odnalazłem Kamo-tah, który nie jęczał już, ponieważ nie żył. Wtedy wróciłem do Nulato, lecz nie było już Nulato, tylko kupa popiołu na miejscu wielkiego fortu i trupy wielu ludzi. I widziałem Rosjan, jadących łódkami w górę Yukonu, nowych Rosjan, przybyłych zza morza. Iwanowi przysłano posiłki i słyszałem jak wydawał rozkazy. Następnego dnia widziałem, jak ruszyli po tropie naszego plemienia. Teraz są już blisko, a ja jestem tutaj, Negore — lecz nie tchórz.
— Piękną opowiadasz historję — odrzekła Oona, a głos jej był życzliwszy, niż przedtem. — Ale Kamo-tah umarł i nie może świadczyć za tobą, a ja wiem tylko to, co wiem, i chcę własnemi oczyma zobaczyć, że tchórzem nie jesteś.
Negore poruszył się niecierpliwie.
— Jest na to sposób, Negore — dodała szybko Oona. — Czy chcesz spełnić czyn, godny czynu starego Kinoosa?
Skinął głową i czekał.
— Jak powiedziałeś, Rosjanie tropią nas znowu. Pokaż im drogę, Negore, jak niegdyś pokazał im Stary Kinoos! Niech wejdą bezpieczni w wąwóz górski, a my ich tam spotkamy. Znasz to miejsce, gdzie stoi urwista skała? Tam zgnieciemy ich wszystkich, nawet Iwana. Kiedy przylgną jak muchy do ściany wąskiego przejścia — gdzie wierzchołek jest blisko podnóża — nasi wypadną na nich z obu stron i z góry, każdy z dzidą, toporem lub strzelbą. A kobiety i dzieci potoczą ze skał wielkie kamienie. Wtedy nastanie dzień szczęśliwy, Rosjanie legną pobici, kraj będzie wolny, a Iwan, sam Iwan, co wyłupił oczy mego ojca i bat swój spuścił na grzbiet mego mężczyzny — zginie. Zginie marnie, jak pies wściekły, z piersią zgniecioną przez głazy. A kiedy rozpocznie się walka, twoją jest rzeczą, Negore, wymknąć się im cichaczem, żeby cię nie zabili...
— Zgadzam się — odpowiedział mężczyzna. — Negore pokaże im drogę. Ale co potem?
— Potem zostanę twoją. Żoną Negora, dzielnego mężczyzny. Będziesz polował dla mnie i Starego Kinoosa, a ja będę warzyła ci strawę, szyła ciepłą odzież i robiła mokasyny sposobem mego narodu, który jest lepszy od waszego sposobu. I — jak przyrzekam — będę twoją, Negore, na zawsze twoją. Życie uczynię ci szczęśliwem, aż dzień każdy stanie się, jak pieśń i śmiech i zrozumiesz, że kobieta Oona nie podobna jest do innych kobiet, bo podróżowała daleko, żyła w obcych krajach, zna obyczaje mądrych ludzi i wie, w jaki sposób życie mężczyzny uczynić szczęśliwym. Nawet stare lata twoje napełnię szczęściem, bo pamięć o mnie z dni młodości pozostanie ci droga. O mnie, która byłam powolna i cicha, wierna i słodka, i ponad wszystkie kobiety świata byłam kobietą dla ciebie.
— O, tak — wymówił Negore. Pożądanie żarło mu wnętrzności i ramiona same wyciągnęły się ku niej, jak dłonie spragnionego ciągną się ku wodzie.
— Nie. Kiedy pokażesz drogę, Negore — wstrzymała go. Lecz oczy jej były słodkie i gorące i poczuł, że patrzy na niego, jak nie patrzyła jeszcze nigdy żadna kobieta.
— Dobrze — postanowił, odwracając się na miejscu. Idę teraz rozmówić się z wodzem. Niech wie, że będę pokazywał drogę Rosjanom i niech czeka w górskim wąwozie.
— O, Negore — mężu mój!... — rzekła Oona do samej siebie, patrząc za odchodzącym, lecz rzekła tak cicho, że nie słyszał nawet Stary Kinoos, chociaż z powodu ślepoty słuch miał wyostrzony.

W trzy dni później Negore, chytrze zdradziwszy pozorną swą kryjówkę, pojmany został jak szczur i rzucony przed oblicze Iwana-Okrutnego, jak zwali go właśni ludzie. Negore uzbrojony w nędzną dzidę, zakończoną kościanem ostrzem, owinięty był szczelnie w odzienie z króliczej skóry i pomimo ciepłego dnia trząsł się, jak w febrze. Kiwał głową na znak, że nie rozumie mowy Iwana i udawał, że jest tak chory i bezsilny, że prosi tylko, aby pozwolono mu usiąść pod drzewem i siedzieć spokojnie. Co chwila wskazywał na brzuch i ciągle drżał gorączkowo. Lecz Iwan miał ze sobą człowieka z Pastolik, który mówił narzeczem Negora. Liczne i nadaremne były pytania, które zadawał mu Iwan, aż człowiek z Pastolik, imieniem Karduk, odezwał się temi słowy: — Rzekł Iwan, że będziesz bity, aż do śmierci, jeśli nie odpowiesz. A wiedz, obcy bracie, że jeśli cię uprzedzam, iż słowo Iwana jest prawem, to dlatego tylko, że twoim, nie jego jestem przyjacielem. Nie z własnej woli opuściłem mą wioskę nad morzem i bardzo pragnę żyć. To też posłuszny jestem woli mego pana i radzę tobie uczynić to samo, jeśli jesteś mądry i również chcesz żyć.
— Nie, obcy bracie — odpowiedział Negore. — Nie znam drogi, którą poszło moje plemię, bo byłem chory, a oni szli tak szybko, że nogi podcięła mi słabość i upadłem.
Negore poczekał, aż Karduk powtórzy to Iwanowi. Potem ujrzał, że twarz Rosjanina pociemniała z gniewu i że ludzie, co stali u jego boku, trzaskać poczęli nahajami, trzymanemi w ręku. Natychmiast udał wielkie przerażenie i począł krzyczeć, że wprawdzie był chory i nic nie wie, ale wyda wszystko, co tylko wie. A powiedział to w taki sposób, że Iwan dał rozkaz marszu swoim ludziom, otoczywszy wprzód Negora, żeby nie uciekł. Negore nadal udawał bezsilnego i przystawał co chwila, a wtedy tamci okładali go nahajami, aż wył z bólu i odnajdywał nowe siły. Kiedy zaś Karduk zachęcał, że włos mu z głowy nie spadnie, jeśli doprowadzi do swego plemienia, Negore pytał: — I będę mógł wtedy odpocząć i już się nie ruszać? Wciąż tylko pytał: — Naprawdę, będę mógł wtedy odpocząć i nie ruszać się więcej?
A kiedy udał jeszcze słabszego i odwróciwszy się, powiódł zamglonemi oczyma po wrogich szeregach, zauważył wielkie zmęczenie żołnierzy Iwana i pomyślał z zadowoleniem, że Iwan nie poznał w nim tego, którego bił przed bramami Nulato. Dziwne to szeregi oglądał owemi zamglonemi oczyma: byli tam strzelcy słowiańscy, pięknoskórzy i muskularni; byli krótcy, tępi finnowie o płaskich nosach i wystających policzkach i syberyjscy mieszańcy, których nosy przypominały raczej orle dzioby, i powolne, skośnookie chłopy, w których żyłach płynęło tyleż mongolskiej, co i słowiańskiej krwi. Byli to awanturnicy, co przyszli z dalekiego kraju, leżącego za Morzem Beringa, aby za skarby skór i futer dławić świat nieznany krwawemi pazury i zdobywać go mordem i pożogą.
Negore patrzył z zadowoleniem i w myśli widział ich wszystkich martwych i zdruzgotanych w skalnym wąwozie. Równocześnie zaś widział twarz i postać Oony, czekającej go tam wśród gór i słyszał dźwięk jej głosu i czuł na sobie ciepłe światło jej źrenic, ale ani na chwilę nie zapominał jęczeć i wyrzekać pod razami bata, ani potykać się na kamienistej drodze. Niepokoiła go tylko obecność Karduka, którego uważał za zdrajcę; miał on bowiem fałszywe spojrzenie i łatwy język, zbyt łatwy, jak sądził Negore, by mówić słowa uczciwe. Cały dzień szli naprzód. Pod wieczór, kiedy Karduk zapytał go z rozkazu Iwana, kiedy myśli, że spotkają pierzchające plemię, odrzekł, że nie wcześniej, jak jutro. Ale Iwan, któremu już Stary Kinoos pokazywał drogę i który wtedy przedrzeć się potrafił przez spienione wody i czerwoną krew — nie wierzył już nikomu, to też, kiedy zbliżyli się do jednego z wąwozów górskich, zatrzymał swych czterdziestu ludzi i przez Karduka zapytał, czy droga jest wolna.
Negore spojrzał przelotnie i niedbale. Przed nimi leżał szeroki wąwóz, łamiący prostą ścianę górską w urwiska całe zarosłe krzakami, drobnemi, lecz dość wielkiemi, żeby ukryć wszystkich wojowników plemienia. Negore potrząsnął głową. — Nie, nikogo tu niema — rzekł. — Droga jest wolna.
Znowu Iwan przemówił coś do Karduka, ten zaś zwrócił się do Negora: — Wiedz, obcy bracie, że jeśli mowa twoja nie jest prawdziwa, a wróg zagradza drogę i napadnie na ludzi Iwana — umrzesz natychmiast.
— Mówię prawdę — rzekł Negore. — Droga jest wolna.
Iwan jednak wciąż niedowierzał, posłał więc dwu strzelców na zwiady, a dwu drugich postawił u boku Negora. Oparli lufy strzelb o pierś jeńca — i czekali. Czekali wszyscy. I Negore wiedział, że jeśli gwizdnie jedna zabłąkana kula lub padnie dzida — śmierć przyjdzie go zabrać.
Dwaj wywiadowcy ostrożnie szli naprzód, i stawali się wciąż mniejsi i mniejsi, a kiedy nareszcie minęli przełęcz i poczęli wymachiwać czapkami na znak, że wszystko w porządku, byli jak dwa czarne punkciki na jasnem tle nieba. Strzelby odjęto od piersi Negora i Iwan wydał rozkaz marszu. Sam szedł w milczeniu, zatopiony w myślach. Po upływie całej godziny, jakby nagle zbity z tropu, zapytał Negora przez usta Karduka:
— Skąd wiedziałeś, że droga jest wolna, kiedy spojrzałeś na nią tylko przelotnie?
Negore pomyślał o małych ptaszkach, które widział w szczelinach skał i pośród krzewów — i uśmiechnął się. To było takie proste; wzruszył tylko ramionami i nic nie odpowiedział. Pomyślał bowiem o drugim wąwozie górskim, do którego przybędą wkrótce i z którego pierzchły już napewno wszystkie ptaszki. Cieszył się, że Karduk pochodził z nad morza, gdzie nie było drzew ni krzewów i gdzie ludzie znali tajemnice wody, ale nie ziemi i lasów.
Po trzech godzinach marszu, kiedy słońce stało wysoko, doszli do drugiego wąwozu i Karduk rzekł: — Przyjrzyj się całemi oczyma, obcy bracie, czy droga jest wolna, Iwan bowiem nie chce już posyłać wywiadowców i czekać, aż wrócą.
Negore spojrzał, a dwaj żołnierze oparli lufy strzelb o jego piersi. Zobaczył, że wszystkie małe ptaszki uleciały z tego wąwozu, a potem ujrzał wśród nieruchomych krzewów błysk słońca na ostrzu dzidy. Wtedy pomyślał o Oonie i o jej słowach: — Kiedy rozpocznie się bitwa, twoją będzie rzeczą, Negore, umknąć cichaczem, aby cię nie zabito.
Poczuł ciężar dwu strzelb, opartych o piersi. Tego nie przewidziała Oona. Nie można stąd uciec cichaczem. On pierwszy umrze, gdy rozpocznie się bitwa.
— Droga jest wolna — wymówił stanowczo, choć wciąż jeszcze udawał, że patrzy zamglonemi oczyma i trzęsie się, jak w gorączce. — Droga jest wolna.
Więc poszli dalej: Iwan i jego czterdziestu ludzi z dalekiego kraju, co leży za morzem Beringa. A z nimi był Karduk, człowiek z Pastolik i Negore, wciąż z dwoma lufami u piersi. Droga była stroma i szli powoli. Ale jakże szybko — jak nieskończenie szybko — zbliżał się ku Negorowi środek wąwozu, to miejsce, gdzie wierzchołek ściany najbliżej jest podnóża...
Strzał padł wśród skał na prawo. Negore posłyszał okrzyk wojenny swego plemienia i przez sekundę widział, jak góry i zarośla wybuchły chmurą zbrojnego ludu.
Potem usłyszał piorunowy wybuch ognia, przeszywający całe jestestwo i runął na ziemię, czując jeszcze ostrą mękę życia, przemocą wydzieranego z ciała. Ale wpił się w swe życie kurczem zawziętej świadomości — i nie puszczał. Wchłaniał wciąż powietrze, przeszywające płuca bolesną rozkoszą i jak przez mgłę chwytał w przerwach między falami zupełnego mroku i ciszy, jakieś strzępki światła i dźwięku. Zrozumiał, że obcy strzelcy słali się trupem, a jego plemię kończyło rzeź, napełniając wąwóz zgiełkiem i krzykiem; a tam, daleko, tłum kobiet i dzieci spychał z gór odłamki skał, które wirowały w powietrzu, jak żywe i głucho uderzały o ziemię. Słońce tańczyło ponad nim na wysokim niebie, straszliwe ściany wznosiły się i opadały i wciąż widział i słyszał, jak przez mgłę. A kiedy wielki Iwan runął opodal, martwy i z piersią zdruzgotaną głazem — Negore wspomniał ślepe oczy Starego Kinoosa i był szczęśliwy.
Potem dźwięki poczęły cichnąć, a skały nie wirowały już w powietrzu. Wojownicy jego plemienia podchodzili wciąż bliżej i bliżej, zbierając swoich rannych, dobijając wrogów. Tuż przy sobie posłyszał rozdzierające wycie jednego z ogromnych strzelców słowiańskich, który nie chciał umrzeć i uparcie dźwigał ciało, nadziane na ostrze dzidy.
Nareszcie zobaczył nad sobą twarz Oony i poczuł Oony ramiona. I na jedną chwilę słońce zatrzymało się i lśniło spokojnie, a wielkie strome ściany stanęły bez ruchu.
— Jesteś dzielnym mężczyzną, Negore — posłyszał wyraźnie głos jej. — Jesteś mężem moim, Negore.
I w tej chwili przeżył całe życie szczęścia, o którem mu mówiła i cały śmiech i wszystkie pieśni, a kiedy słońce poczęło chylić się na niebie, jakby za dni jego starości — poczuł, jak słodką jest pamięć Oony. Gdy zaś wspomnienia zmierzchły i poczęły zamierać w ciemności, co nasuwała się zwolna, poczuł w objęciach Oony błogą pełnię nasycenia i ciszy, jaką mu przyrzekała.

I spoczywając głową na jej piersiach, gdy noc nieprzejrzana zapadła ponad nim, zdołał pojąć jeszcze wielki spokój, rozściełający się wokół, ciszę wielu mroków i wieczną tajemnicę milczenia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: John Griffith Chaney.