Ostatnie dni świata (Bielski, 1910)/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor S. Bielski
Tytuł Ostatnie dni świata
Podtytuł Fantazja powieściowa
Pochodzenie Ostatnie dni świata
Wydawca Nakładem "Kurjera Litewskiego"
Data wyd. 1910
Druk Druk Józefa Zawadzkiego w Wilnie
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Под кометой
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ III.
Koncert na aeroplanach. — Cmentarz dawnej kultury rolnej. — Zdziczali ludzie. — Wojna, która stała się klęską żywiołową. — W obserwatorjum. — Opinja włóczęgi o złotym wieku.

Dnia szesnastego sierpnia, zrana, redaktor polecił mi pojechać do głównego obserwatorjum. Dzień zapowiadał się niesłychanie upalny. Dodam przy sposobności, że zdaniem metereologów, ostatnie lato było gorętsze od tych wszystkich, o temperaturze których zachowały się notatki. Gdy wszedłem na dach wieży, będącej stacją aeroplanów, niebo wydało mi się, jak rozpalona, miedziana kopuła, zawieszona nad oślepiająco białem miastem.
Na placyku, ogrodzonym wysoką kratą, zebrali się członkowie Towarzystwa muzycznego, dający tego dnia właśnie koncert w najwyższych warstwach atmosfery. Prawo surowo wzbraniało wygrywania na instrumentach muzycznych poniżej trzystu metrów nad powierzchnią ziemi. To wysoce humanitarne rozporządzenie datowało się od chwili, gdy mechaniczne instrumenty muzyczne zaczęły bardzo poważnie zagrażać bezpieczeństwu publicznemu. Muzycy sprawiali sobie tanie aeroplaniki, albo też wynajmowali je na godziny i całemi gromadami, wraz ze swojemi słuchaczami, krążyli nad miastem. Tuż koło mnie leciał jakiś grubas, przyciskając do piersi oślepiającą miedzianą trąbę. Wziął mię za amatora muzyki i wymachując chustką, jął krzyczeć:
— Okropny upał... pozwól pan, że mu się przedstawię — Ernest Timbol, pomocnik notariusza... Patrz pan, skrzypce już rozpoczęły!
Grubas przyłożył trąbę do ust, zatrąbił, że mało nie ogłuchłem i jak trzmiel jął uwijać się między aeroplanami. Na przedzie, podwinąwszy pod siebie długie nogi i wyciągnąwszy szyję, leciał młody flecista; pierwszy skrzypek wdzięcznie zataczał szerokie kręgi, wiolonczela zaś to wzlatywała w niebo, to opadała prawie na szklaną kopułę nad stacją aeroplanów. Kapelmistrz, trzymający się wciąż pośrodku tego gwarnego roju, krzyczał na całe gardło:
— Maestro, na miłość Boską, nie niżej nad trzysta metrów! Zamilcz, maestro! Unieś się jeszcze ze dwadzieścia metrów. Z prawej strony zbliża się statek policyjny z megafonem.
W interesie przyszłych ludzi, którzy z naszego świata zastaną jedynie stos okopconych gruzów, wyjaśnię, że megafonem nazywano mechaniczny instrument muzyczny, wprowadzany w ruch za pomocą maszyny o sile stu, pięciuset, a nawet więcej, koni. Była to piekielna muzyka, od której mogły się zawalić najpotężniejsze mury, jak padły ongi mury starożytnego Jerychonu.
Megafon, grający sonaty Bethowena, zniszczył doszczętnie wielką armję murzynów, którzy wyruszyli na podbój Europy. Na statkach policyjnych, utrzymujących porządek w powietrznym oceanie, były zaprowadzone najsłabsze megafony, a wprawiano je w ruch w tych jedynie razach, kiedy trzeba było zagłuszyć mówców, będących nie na rękę rządowi, lub też przerwać jakąś niedozwoloną prawem muzykę.
Pewnego razu byłem świadkiem, jak ze stu skrzypków rzucało się w tę i ową stronę nad granatową, deszczową chmurą, nakształt komarów nad stawem, nad nimi zaś jak burza ryczała policyjna maszyna muzyczna.
Tym razem wszystko odbyło się szczęśliwie, a gdy mój aeroplan skręcał naprawo, widziałem jeszcze muzyków, ustawionych półkolem, — z dwoma rzędami słuchaczów na przedzie, — i kapelmistrza w górze, do połowy tkwiącego w obłokach.
Dwie godziny lecieliśmy nad opustoszałemi, liljowemi polami, otaczającemi miasto świata. Z kosza aeroplanu te martwe pola wyglądały, jak błotniste dno morza w chwili odpływu.
Wyniszczona tysiącoletnią kulturą ziemia, bez sztucznego użyźniania przestała żywić rośliny, tylko suchotnicze krzaki rozpełzły się jak liszaj po nagiej, stwardniałej skorupie. Głębokie wąwozy utworzyły gęstą siatkę; opustoszałe wsie, zawalone nasypy, rozmyte przez deszcze drogi, zarosłe trawą i chwastami, przypominały, iż jest to cmentarz dawnego, niepojętego dla nas świata, gdy rolnictwo wszędzie zajmowało miljony rąk roboczych.
Jak dalece życie tych dawnych ludzi różniło się od naszego, świadczą opisy ich obiadów. Jadali oni smażone mięso, mączyste bulwy, liście, korzenie i nasiona najrozmaitszych roślin, które uprawiali na polach i koło domów. Do zjedzenia ich trzeba już było niemało czasu, a na przetrawienie, według świadectwa wiarogodnych i poważnych historyków, zużywało się od dwóch do trzech godzin; niejednokrotnie w czasie przetrawiania wszystkich tych roślinnych i zwierzęcych pokarmów, nasi starożytni przodkowie spali, albo też drzemali w fotelach. Obecnie odżywiamy się pigułkami, w których w skoncentrowanej formie znajduje się wszystko, co jest niezbędne do podtrzymania życia. Cztery lub pięć pigułek zrana, do dziesięciu w czasie dnia i dwie lub trzy na wieczór, stanowią całe pożywienie dorosłego człowieka. Fabryki, laboratorja chemiczne i zakłady, gdzie maszyny wprawiane są w ruch za pomocą siły fal morskich, oraz ciepłoty słonecznej, zastąpiły pola, sady, ogrody warzywne i bydło ludzi starożytności. Największej rewolucji na świecie dokonali ci uczeni, którzy nauczyli ludzi substancje nieorganiczne przetwarzać w organiczne, a że wynalazki w tej dziedzinie następowały niezmiernie szybko jeden za drugim, technika zaś umiała spożytkować w znacznym stopniu w fabrykach i zakładach produkty, dostarczane przez laboratorja, rolnictwo zatem niespodzianie znalazło się na skraju przepaści. Chłopi zmuszeni byli zarzucić robotę, w polu i przenieść się do miasta. Powstała wielka wędrówka ludzi, całkiem zrujnowanych, których pracę nauka i technika uczyniła zbyteczną. Nieliczni chłopi długi czas jeszcze usiłowali uprawiać pszenicę, żyto i inne zboża, ale było to zajęcie równie celowe i zyskowne, jak naprzykład praca tkacza na ręcznym warsztacie pod murami olbrzymiej fabryki, która w ciągu jednego tygodnia może odziać ludność całego państwa.
Wódkę, wino i inne napoje wyrugowała „bakterja rozweselająca“. Obecnie wesołość szczepi się, jak ospę; wielu jednak pijaków woli używać hypnozy. W centralnej restauracji na placu Królewskim było zajętych kilkuset hypnotyzerów. Jako ciekawy przeżytek dawnych czasów używano tam wyrażeń: hypnoza na butelki, na półbutelki, na kieliszki i t. d. W tanich szynkach hypnotycznych goście śpiewają, tańczą pomiędzy stołami, klną swoje życie, wymyślają na postęp i na rząd, kłócą się i biją. Pozornie dzieje się tu jednem słowem wszystko to, co się działo w dawnych zakładach tego rodzaju, z tą jedynie różnicą, że nie widać nigdzie butelek, szklanek i innych naczyń, kilkanaście egzemplarzy których znajduje się dotychczas w muzeum starożytności.
Pragnący zaszczepić sobie rozweselającą bakterję, lub też upić się pod wpływem hypnozy, płacili specjalny podatek państwowy, który szedł na utrzymanie parlamentu, oraz licznych towarzystw trzeźwości. Udając się na zbiorowe przechadzki, przodkowie nasi musieli nosić się z całemi koszami butelek i najrozmaitszych zapasów, my zaś zabieramy ze sobą pudełeczko pigułek i jednego lub dwóch dobrych hypnotyzerów. Przed końcem świata ogromną sławą, jako hypnotyzer cieszył się niejaki Salme, który umiał wprowadzać we wszelkie stopnie i odcienie pijaństwa. Wielki to był artysta i na konkursie, ogłoszonym przez Akademję sztuk pięknych, całkiem słusznie otrzymał pierwszą nagrodę. Szczerze mówiąc, wesołość nasza miała w sobie coś posępnego, a w Heljopolisie niezmiernie rzadko można było spotkać ludzi, w towarzystwie których słyszałoby się niewymuszony, wesoły śmiech.

Uwaga. Istnieje wiele rodzajów wesołości, ale najlepsza jest ta, zasadniczym tonem której jest zemsta. Głupcy dają porwać się śmiechowi, który na lekkich swych skrzydłach unosi ich w takie dziedziny, gdzie nie ośmieliliby się nawet zajrzeć, gdyby nie oddali się w jego władzę. Śmiech, zrodzony wśród pól i łąk, nad brzegami strumieni, zamierał w kamiennych murach Heljopolisu, cała zaś nasza nauka, cała nasza sztuka wskrzesić go nie była w stanie.
E.

Aeroplan opuścił się na ziemię u podnóża góry, na szczycie której stało obserwatorium, ale natychmiast musieliśmy zpowrotem wznieść się w powietrze, ponieważ z gąszczu otaczających górę krzaków, wysypał się na polankę nieprzejrzany tłum ludzi, którzy w aktach urzędowych figurowali jako ludzie — wilcy i półludzie. Nagie, wychudzone dzieci zaczęły obrzucać nas grudkami zeschłej ziemi, a dorośli, widząc, że zdążyliśmy umknąć przed nimi, usiłowali wzruszyć mię krzykami i skargami i przepychając się jeden przez drugiego, proponowali nam kupno najrozmaitszych rupieci, które wygrzebywali ze śmietnisk i na opuszczonych polach - cmentarzach. Odrażająca wiedźma, podobniejsza do małpy, aniżeli do kobiety, wywijała nad głową szyjkami od butelek i jakiemiś skorupami, mężczyźni wyciągali w górę długie, wychudłe ręce, w których trzymali kawałki szyn i zardzewiałe topory. Spostrzegłszy, że nie mam zamiaru nic kupić, zaczęli obrzucać mię wymysłami i biedz za aeroplanem po zboczu wzgórza. Pragnąc jaknajprędzej pozbyć się tej ludzkiej sfory, wyrzuciłem wszystkie drobne, pudełko z pigułkami i paczkę dzienników. W tłumie rozpoczęła się bijatyka, i uśmierzył ją dopiero aeroplan policyjny, który całkiem niespodzianie zerwał się z dziedzińca obserwatorium.
Opuszczając się przed wspaniałym portykiem świątyni Wiedzy, przyozdobionym napisem: „Rozum jest bardziej bezgraniczny, aniżeli świat“, słyszałem wycie gromady dzikich i świst elektrycznych nahajek, przy pomocy których policjanci rozpędzali półludzi.
Przed końcem świata zdziczeli ludzie zaludniali okolice wszystkich wielkich miast, wiodąc bezustanną walkę z cywilizowanem społeczeństwem. Jeśli chodzi o ścisłość, to miasta tworzyły właściwie niewielkie oazy wśród olbrzymich przestrzeni, gdzie nędza, głód i występek zabijały postęp. Rząd oraz liczne gminy religijne niejednokrotnie wysyłały w te opuszczone pola misjonarzy i kaznodziei, tak samo, jak w starożytności europejczycy wysyłali księży, by oświecić i wprowadzić na drogę cnoty dzikich w pustyniach Afryki i dziewiczych lasach Australii. Na nieszczęście, nasi misjonarze nie cieszyli się powodzeniem i byli zmuszeni ustawicznie wzywać pomocy policji.
Każdy przewrót polityczny, każdy krok na drodze postępu, każda zdobycz w dziedzinie nauki i techniki wyrzucała ze środowiska cywilizowanej ludzkości setki tysięcy i miljony ludzi, którzy, nie znajdując dla siebie miejsca w miastach, zpoczątku powiększali szeregi tych wyrzutków społeczeństwa, co to lokują się, gdzie się zdarzy, wałęsają się bez dachu nad głową pod murami wspaniałych świątyń i pałaców, kryją się po przedmieściach, ale że i tam stanowili zawsze nader niebezpieczny żywioł, dla ustroju państwowego, w końcu zatem pod naciskiem siły zbrojnej zmuszeni byli uciekać w dzikie pola. Kiedy władza dostała się w ręce stu czterdziestu członków akademji, którzy postanowili zaprowadzić panowanie Rozumu na ziemi, w okolicach Heljopolisu w ciągu roku powstało kilka miast jaskiniowych, gdzie w jamach i norach zamieszkali ludzie, którzy okazali się zgoła niezdolnymi do podpierania wspaniałego gmachu państwowego, jaki wznieść mieli uczeni i filozofowie według swych genialnych teorii.
Wojna stała się klęską żywiołową, powietrzne eskadry w ciągu paru minut niszczyły całe miasta, pociski eksplodowały z taką siłą, że podobne były do wybuchów wulkanów. Zawładnąwszy nowemi, kolosalnemi środkami energji, nie potrafiliśmy ograniczyć sfery ich działania, każda wojna była pojedynkiem ślepych tytanów, wywołanych przez wynalazców i uczonych z tajemnych głębin nieba i ziemi; sztuczne burze zmiatały jak listek olbrzymie armje, powodowując naruszenie równowagi w całej atmosferze; powietrzne bałwany ściągały niebosiężne góry liljowych chmur z rykiem, podobnym do grzmotu wodospadów i spadały nakształt lawiny na miejscowości, niezmiernie odległe od pola bitwy, zostawiając po sobie chaotycznie spiętrzone zwały kamieni, lasów, drzew i trupów.

Uwaga. Materja, którą przodkowie nasi poczytywali za wiecznotrwałą i nie ulegającą rozkładowi, okazała się rezerwuarem siły: kamień, kawałek metalu, lub grudkę ziemi można było zamienić w promienie elektryczne i świetlne; energia, zawarta w kropli deszczu, mogła dokonać takiegoż samego zniszczenia, co pocisk, wypuszczony z dawnego, dwunasto-calowego działa. Odwrotne zadanie — zamiana światła, elektryczności i t. d. na materję zostało rozwiązane równocześnie w Europie i w Chinach. Fale elektryczne zamieniano w biały, iskrzący się metal, z którego zrobione były sztachety na jednym z bulwarów w Heljopolisie.
E.

Grzmot i błyskawica stały się dziecinnemi zabawkami. Mimo surowego zakazu sprzedawania kieszonkowych akumulatorów do ściągania burzy, wielu amatorów silnych wrażeń zaopatrywało się w te miniaturowe przyrządy i puszczało je w ruch gdzieś za miastem, w pustem polu. Ja sam miałem przyjaciela, reportera z pewnego małego pisemka, który co święto wyjeżdżał w okolice Heliopolisu i w wąwozach między górami urządzał najokropniejsze burze. W ręku każdego przestępcy fanatyka, czy warjata spoczywał klucz do takich niszczycielskich potęg natury, o jakich nie marzyli nawet nasi przodkowie z XIX i XX wieku. Przy rozpoczęciu każdej wojny, ludność gromadnie opuszczała miasta, które były narażone na największe niebezpieczeństwo, i uciekała w pole. Cywilizowane społeczeństwo, rozbiwszy się na tysiączne grupy, wyglądało, jak archipelag wysp, podmywany, podkopywany ze wszystkich stron przez szturmujący wciąż ocean.
Nowi barbarzyńcy gotowi byli choćby codzień wyruszać na zdobycie ognisk cywilizacji, gdzie zachowała się i rozwijała odwieczna kultura. By uchronić się przed zagładą, rządy wszystkich państw zawarły traktat, mocą którego rozpowszechnianie wiedzy i zdobyczy technicznych wśród dzikich prześladowano, jako najcięższą zbrodnię. Winnych tego przestępstwa usuwano na wiszące cmentarze, — tak nazywały się wyższe warstwy atmosferyczne, dokąd przestępców wysyłano w klatkach, przywiązanych do aeroplanów specjalnej konstrukcji. Motory tych latających mogił, zaopatrzone w olbrzymią ilość energji, mogły automatycznie pracować w ciągu wielu dziesiątków lat. Zbrodniarz umierał skutkiem zimna i braku powietrza, a trup jego wraz z aeroplanem błąkał się w otchłaniach powietrznego oceanu. Taka wieczna podróż została wymyślona po tem, jak wszystkie cywilizowane narody raz nazawsze zarzekły się stosowania kary śmierci. Podsądnemu niezmiernie uroczyście odczytywano uchwałę międzynarodowego traktatu o zniesieniu kary śmierci. Potem zamykano go do klatki, życzono szczęśliwej podróży i błyszczący, lekki grobowiec, podobny do zaszytej w adamaszek trumny, wdzięcznie wznosił się na taką wysokość, gdzie ustawało działanie wszelkich praw — i międzynarodowych i każdego poszczególnego państwa.
Obserwatorium, jak i wszystkie gmachy tegoczesne, było otoczone wysokim murem, zebezpieczającym je przed napadem barbarzyńców.
W wyobrażeniu dzikich z końca świata, wszystkie instytucje naukowe — muzea, akademie, biblioteki, obserwatoria, były to najsilniejsze twierdze znienawidzonego przez nich ustroju. Nauka zakuwała w łańcuchy niewolnictwa miliony ludzi, którzy łańcuchów tych nigdy zerwać nie zdołali. Słabe, bezsilne masy stały bezradnie wobec olbrzymich gmachów, wzniesionych dzięki pracy uczonych i broniących im dostępu do władzy i uciech życia. Uczeni również rozpadli się na wiele zamkniętych sekt, do których dostać się można było jedynie wyjątkowo szczęśliwym trafem, dzięki usilnej pracy w ciągu wielu, wielu lat, pracy, wymagającej zupełnego wyrzeczenia się życia.
Wiedza rozrosła się do tak niepojętych rozmiarów, iż żaden specjalista, choćby zakres jego pracy był najciaśniejszy, nie był w stanie przeczytać tysiącznej nawet części dzieł, które napisali jego poprzednicy. Koniec końców nauka zredukowała się do zapamiętania szeregu formuł i prawideł, a co one oznaczały, tego nie wiedział ani uczeń, ani nauczyciel. Twórczość w nauce stała się niemożliwa, ponieważ całe życie schodziło uczonym na odczytywaniu i zapamiętywaniu encyklopedii, gdzie w suchem streszczeniu podane były wszystkie zdobycze minionych wieków. Nauka umarła. Pozostał z niej jedynie suchy szkielet, mumja, złożona w grobie, otoczona zaklęciami i magicznemi formułami. Kto znał owe formuły, mógł wywoływać burze i grzmoty, tępić epidemje, budować zadziwiająco skomplikowane mechanizmy i wykonywać rzeczy, bardziej niezwykłe i tajemnicze, aniżeli cuda w świątyni Ozyrysa i sztuki fakirów na placu Wiary.
W obserwatorium przyjął mię młodszy dozorca Hokkey, — astronom sześćdziesiątego czwartego stopnia, mający prawo nosić różowy płaszcz. Budzące podziw instrumenty stały niezrozumiałe i zapomniane na mocnych, marmurowych piedestałach. Niektóre z nich były połamane, a w dalszych kątach sali rury, dźwignie i gwinty wyglądały, jak las, powalony przez burzę. Wśród instrumentów tych, Hokkey w swoim różowym płaszczu, wlokącym się po zakurzonej posadzce, wydawał się niesłychanie mały i nędzny. Zdawało się, jakby zgubił drogę wśród tych rur, miedzianych dysków i kamiennych piedestałów, podobnych do sarkofagów.
— Nigdy pan jeszcze nie był u nas? — zapytał Hokkey. — Jest tu na co popatrzeć. Wszystkie te instrumenty, — z wyjątkiem połamanych, oczywiście, — gromadzą fakty! tysiące, miljony faktów! zapisują je na wstęgach i same nakręcają wstęgi na wałki, które składamy do piwnic pod wzgórzem, gdzie stoi obserwatorium. Przed szklanem ich okiem nie ukryje się najdrobniejsza choćby zmiana w świetle najbardziej nawet oddalonej gwiazdy; z najściślejszą dokładnością określają one chemiczny skład mglistych mas, rozrzuconych po całej przestrzeni nieba; ten oto instrument, naprawo od nas, za kratą, robi tysiąc przeszło zdjęć fotograficznych w ciągu minuty.
Astronom spoglądał na otaczające nas machiny z takim wyrazem twarzy, z jakim starożytni bałwochwalcy podchodzili do swoich bałwanów. W spojrzeniu jego czytało się obawę i podziw.
— I cóż robicie z nagromadzonymi przez nie faktami? — zapytałem.
— Jakto, co? chowamy je.
— No, i cóż dalej?
— A cóż więcej mamy z nimi robić? Przecież, na przejrzenie i zbadanie fotografii, zdjętych przez ten instrument choćby tylko w tym czasie, kiedy z panem rozmawiam, trzebaby poświęcić conajmniej dwa lata. Umysł ludzki jest zbyt słaby, a życie zbyt krótkie, by módz rozejrzeć się w najdrobniejszej choćby cząstce nieskończonych notat o wszechświecie, jakie kreślą bez przerwy te oto mechanizmy. Był czas, kiedy uczeni usiłowali jeszcze borykać się z bezustannym napływem faktów i oświetlać teorjami i hypotezami stosy wciąż narastającego surowego materjału, teraz jednak nie możemy nawet marzyć o czemś podobnem. Gdybyś pan zeszedł w podziemia pod górą, mógłbyś cały dzień brnąć w wąskich przejściach między stosami drukowanej i zapisanej bibuły, a wtedy sama tylko myśl, ażeby można było, — nie mówię już zbadać, lecz choćby przejrzeć ów materjał, — wydałaby się panu dowodem szaleństwa. Gromadzimy fakty, nic więcej uczynić nie jesteśmy w stanie!
Dokoła słychać było słaby szmer kręcących się dysków i zdawało się, jakby istotnie obserwatorium zalewały fale niewidzialnego przypływu, który zatapia naukę i zamienia uczonych na korne sługi bezmyślnych, martwych maszyn.
Wąskiemi, kręconemi schodami weszliśmy na ozdobną metalową platforemkę, zawieszoną jak orle gniazdo między dwiema miedzianemi rurami. Hokkey posadził mię na krześle i zaproponował, bym spojrzał w otwór jednej z rur.
— Kometa ostatecznie się jeszcze nie uformowała. Znajduje się ona obecnie w okresie rozwoju. Nie patrz pan zbyt długo, jeśli nie chcesz popsuć sobie wzroku.
Pochyliłem głowę nad błyszczącą szklaną taflą i ujrzałem obraz, którego nie zapomnę do końca życia.
Na czarnem tle nieba oślepiającym blaskiem płonęła czerwona, trójkątna plama; dokoła wirowały snopy iskier. Zdawało się, jakby szalała tam zawierucha; straszliwa burza podnosiła smugi ognistego światła, tworząc z nich cudaczne obrazy; kometa nie miała jeszcze promieni, ale po bokach snuły się już wąskie, błękitne odnogi, wyginając się, nakształt warkoczy wodorostów na bieżącej wodzie.
Widziałem powstawanie. Doznawałem uczucia, jakbym patrzył na tworzenie się obrazu wielkiego jakiegoś mistrza i nigdy już potem kometa nie wywarta na mnie silniejszego, bardziej wstrząsającego wrażenia, jak w owej dziwnej chwili. Jak i wszyscy mieszkańcy Heljopolisu, nader rzadko spoglądałem na niebo. — Szare, zimne, nieme, z miedzianym odblaskiem elektrycznych słońc, oddawna już straciło ono dla nas urok tajemniczości. Czerwona plama komety i wichry, szalejące dokoła niej, wydawały mi się ognistym znakiem, znaczenia którego nie rozumiałem, lecz którego się domyślałem. Jakby jakaś ognista ręka kreśliła na niebie niezrozumiałe hieroglify, a w hieroglifach tych krył się wyrok na ziemię. Oderwawszy oczy od szklanej tafli, nie mogłem dojrzeć ani platformy, ani Hokkey’a, który stał tuż przy mnie.
— Bardzo być może, że i tym razem jeszcze ominie ziemię, — rzekł obojętnie Hokkey. — Mógł tu zajść jakiś błąd, a to tembardziej, że obliczeń dokonywaliśmy nie my, lecz nasza matematyczna maszyna.
Ale ja już wiedziałem, że katastrofa jest nieunikniona; pewność ta powstała we mnie w jednej chwili i nic już zachwiać jej nie mogło. Szczególna rzecz, że gdy kometa stała się już widzialna gołem okiem, takaż sama pewność zrodziła się u wszystkich ludzi, mimo, że rząd robił wszystko, by ludność uspokoić.
Przy pomocy Hokkey’a zeszedłem z kręconych schodów, a w kilka minut potem znalazłem się znowuż nad dzikiemi polami, zasnutemi w liljowe, wieczorne mgły. Woda w stawach i jeziorach wydawała się całkiem czarna, z przeraźliwym krzykiem krążyły ptaki, zimny wiatr podnosił obłoki szarego kurzu nad zeschłą ziemią, w oddali płonęły nad Heljopolisem ognie elektrycznych słońc, a światło ich wydawało się jakieś trupioblade.
W pobliżu miasta zdarzył się nam wypadek; w maszynie coś się zepsuło i bylibyśmy zmuszeni jaknajprędzej opuścić się na ziemię. Staliśmy na polanie, oświetlonej ogniami Heljopolisu. Z jednej strony biegł głęboki wąwóz, gdzie w dole szumiał niewidzialny potok, — z drugiej strony wznosił się nawpół rozebrany budynek, otoczony rozwalonym płotem. Podczas, gdy maszynistka majstrowała koło aeroplanu, podszedłem parę kroków w kierunku wąwozu i wpadłem prawie na jakiegoś człowieka, siedzącego na zrębie studni. Po ubraniu jego poznałem natychmiast, że mam przed sobą jednego z tych ludzi, co to nie zerwali jeszcze wszelkich stosunków z miastem, mieszkali zaś bądź w dzikich polach, bądź też na odległych, brudnych przedmieściach. Gdy człowiek ten podniósł głowę i uważnie na mnie spojrzał, domyśliłem się, że musi być albo chory, albo też oddawna już nic nie jadł.
— Co tu robicie? — zapytałem, aby coś powiedzieć.
Włóczęga wzruszył ramionami.
— Nie rozumiem, po co zadaje mi pan to pytanie, ale jeśli to pana może zająć, chętnie odpowiem: wyszedłem za miasto, żeby zobaczyć kometę.
— Nieprędko ją jeszcze zobaczycie: minie dni dziesięć, a może i więcej, zanim można ją będzie dostrzedz gołem okiem.
— Doprawdy! — rzekł z pewnym żalem włóczęga, — a ja myślałem, że za dziesięć dni będzie już skończone i że z tego wszystkiego — nieokreślonym ruchem wskazał naokoło siebie — zostanie kupa popiołu. A zresztą, może to tylko nowa jakaś sztuczka uczonych szarlatanów i błaznów z placu Wiary.
— Wracam właśnie z obserwatorium i mogę was zapewnić, że kometa istnieje naprawdę.
Twarz włóczęgi rozjaśniła się, wybuchnął chrapliwym śmiechem.
— Rzeczywiście! Widział ją pan? Doskonale, zatem nie napróżno czekam. — I nagle, w przypływie szczerości, jął mówić. — Gdyby pan wiedział, jak gorąco chciałbym być obecny, kiedy się będzie palił cały ten śmietnik, rozpoczynając od parlamentu, a kończąc na uczonych w płaszczach.
Bardzo nieprzyjemnie dotknęła mię ta radość, z jaką człowiek ów w łachmanach, siedzący wśród bezludnego pustkowia, mówił o zagładzie wszystkiego, co z takim trudem nagromadziła tysiącletnia historja ludzkości. Nie mogłem się powstrzymać, by nie powiedzieć mu tego w oczy.
— A cóż mnie może obchodzić ta wasza ludzkość? — odrzekł włóczęga z rozdrażnieniem. — Cóż ona mi dała? oto siedzę tu, pod czarnem niebem, obdarty i głodny. A jeśli tu umrę, jak pan sądzisz, w jaki sposób dowiedziałaby się o tem ludzkość?
Wstał i mówił gorączkowo, wymachując długą, żylastą ręką.
— Ależ, pozwólcie, nikt nie może być obojętny względem przyszłej ludzkości! Wszystkie cierpienia ludzi, tych, którzy żyli przed nami i którzy żyją teraz, konieczne są po to, by zapewnić szczęście przyszłym pokoleniom. Nastanie dzień, gdy nikt już cierpieć nie będzie...
Włóczęga przerwał mi ruchem, pełnym pogardy:
— Zrozumże pan, że ja nie chcę być niewolnikiem tych przyszłych ludzi.
I cóż przyjdzie mnie i milionom takich, jak ja, z tego, że kiedyś tam, za dziesięć tysięcy lat, ludzie będą żyć w ogrodach rajskich, czy też coś w tym rodzaju. Ja chcę żyć, i ci wszyscy, co pomarli, nie doczekawszy się tego pańskiego raju na ziemi, również żyć chcieli. Szczęście potrzebne im było dla nich samych, a nie dla jakichś tam nieznanych ludzi rajskich czasów.
Nie wiedziałem, co powiedzieć na tę krótkotrwałą mowę, wypowiedzianą z ogromnym żalem i gniewem, i w milczeniu spoglądałem na wychudłą twarz mego rozmówcy, oświetloną słabem, błękitnem światłem.
— Tak, za całe szczęście tej przyszłej ludzkości nie oddam ani jednego dnia mego życia. I na czemże będzie polegało to przesławne szczęście? Ja teraz już nienawidzę tych pańskich zdrowych, sytych, szczęśliwych darmozjadów przyszłych wieków, którzy na mojem cierpieniu zbudują nowe, udoskonalone życie.
Zamilkł nagle, upadł na brzeg studni i spokojnie już mówił dalej:
— Czekam przyjścia komety. Ta przynajmniej nasyci moje pragnienie zemsty.
— Mojem zdaniem ten, kto opowiada o opasłych pasorzytach, którzy przyjdą, wtedy może, kiedy kości nasze oddawna staną się prochem, jest albo głupcem, albo nie zna ceny łez i krwi.
Nie chcąc wszczynać sporu, odszedłem w milczeniu ku aeroplanowi.
Mżył drobny, zimny deszcz.

Mgła opadła, a ognie Heljopolisu tworzyły jakby łunę, która ogarnęła połowę nieba.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: S. Bielski i tłumacza: Anonimowy.