Pani Walewska/Tom I/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


II.

Przed karczmą w Jabłonnej od wczesnego ranka kupiły się wasągi chłopskie, bryki szlacheckie, sanie i furgony wojskowe. Mimo dnia świątecznego ruch i zamęt panował, niby w dzień polowania czy festynu w pałacu księcia Poniatowskiego.
Lecz pałac stał cichy, milczący, spowity płachtami śniegu — karczma zaś buchała kłębami pary i trzęsła się aż od rejwachu i zamieszania.
Drogą od Serocka wlokły się całe sznury pociągów wojskowych, pędziły wózki węgierskie, kałamaszki, sunęły raźno poczwórne karety. Niezliczone te pojazdy zahaczały o karczmę i przystawały. Do izby gościnnej coraz to nowi przybywali goście, dzwonili pałaszami, hukali, klęli, wołali o zmianę koni, piorunowali na karczmarza, posilali się, z pełniącymi służbę komisarzami wojskowymi szerokie prowadzili rozprawy — i znów wyciągali dalej, ku Warszawie; bądź koniom zarzucali dery, zawieszali torby z obrokami i, mimo mrozu wylęgali przed karczmę.
Brzęk dzwonków u sani, nawoływania woźniców, skrzyp zamarzniętych piast, skrzeczenie stężałych osi i gwar prowadzonych rozmów składały się na wesoły zgiełk, pełen życia i gorączkowego krzątania. Sukmany chłopskie ocierały się o żołnierskie płaszcze. Kożuchy i szuby szlacheckie o oficerskie peleryny.
Ci, co stali przed karczmą, zwracali się z zapytaniami do nadjeżdżających, a odebrawszy odpowiedź, dzielili się nią, czasem tłumaczyli sobie z francuskiego na polski. Odpowiedź taka obiegała pojazdy i pamiętała nawet o babach, zakutanych w wełniaki, a napoły zasuniętych w wypchanych słomą wasągach.
Około południa — droga od Serocka zaczęła się oczyszczać z furgonów — zato karoc przybywało. Karoc, eskortowanych przez plutony kawaleryi, z oficerami na kozłach. Karoce takie czasem mijały karczmę, czasem zatrzymywały się i zmieniały konie. Czasem ciekawie przyglądającej się ciżbie — w mrozem porosłem oknie ukazywały twarz wyrazistą, surową, czasem mignęły pióropuszem, czasem w tłumie budziły szept — „marszałek“. I prężyli się żołnierze i oficerowie, uchylali czap szlachcice, kłaniali się do ziemi kmiecie. Lecz i karoc powoli braknąć zaczęło.
Roj na niedawno droga świeciła pustką, skrzyła się w słońcu kryształami śniegu, ledwie dwiema wstęgami wyżłobionych kolei, znacząc swój kierunek.
Przed karczmą zapanowało zniechęcenie. Ten i ów, nie mogąc dostać na szczypiącym mrozie, cisnął się do izby, drugi biegł do sań i otulał się derami — trzeci chuchał w garście, uderzał po sobie rękami lub przytupywał nogami, byle rozgrzać skostniałe członki.
Naraz na drodze zadzwoniły małe saneczki powożone przez młodego mężczyznę w stroju nawpół wojskowym. Saneczki przesunęły się między pojazdami, zatoczyły półkole koło karczmy i zaryły się w śniegu. Mężczyzna zwrócił się do ciżby:
— Gdzie pocztowy? Hej! pocztowego, do kroćset!...
Chudy człowiek w krótkim kożuchu podskoczył do sanek.
— Do usług miłościwego pana!
— Acan jesteś? Cesarz nadjeżdża!... Konie wyprowadzić!... Widzisz tę kolebkę pod lasem?! Ruszaj!...
Chudy człowiek rzucił się ku stajniom. Młody mężczyzna, w stroju półwojskowym, zaciął konie i pomknął ku Warszawie.
W ciżbie rozległy się spłoszone głosy:
— Jedzie — jedzie! — Cesarz! — L’empereur arrive! — Attention!
Kilkunastu żołnierzy z oficerami i komisarzami wybiegło z karczmy i jęło ciżbę prostować równoległe do drogi, usuwać na bok zbyt wysunięte pojazdy i ład czynić. Nie było to atoli rzeczą łatwą — gdyż za oficerami z izb karczemnych, bocznych przybudówek, z bryk, sani, wozów i furgonów biegli ciekawi, cisnąc się na drogę i zwiększając zamieszanie.
— Jedzie! Jedzie! — huczały głosy coraz goręcej, coraz zapalczywiej.
Oczy tłumu zwróciły się ku pędzącej drogą od Serocka poszóstnej karecie, zlustrowały zaprzęg od forysiów aż do wąsatego woźnicy, zatrzymały się na jaskrawym stroju siedzącego na koźle służącego i wpiły się w ciemno zielone, pękate pudło karocy, jakby je wskroś przejrzeć chciały, przeniknąć.
Karoca pędziła jak wicher — tęgie źrebce, wyciągnąwszy szyje, a rozwarłszy chrapy, ledwie ziemi dotykały kopytami.
Tłum falował, znosił bez szemrania szturchańce ład czyniących żołnierzy, nie uląkł się nawet klątw oficerów i nawoływań komisarzy, i kołysał się zwarty, zbity w jedno potężne ciało, zlany w jednym przytłumionym oddechu, w jednem rozognionem spojrzeniu.
Karoca nadjeżdżała. Ryła już tak blizko, że czapy już spadać zaczynały z głów — gdy naraz od strony Warszawy zabrzęczały hałaśliwie janczary; para sani, oprzęgnięta czwórką siwojabłkowitych koni sunęła w tumanie śniegowego pyłu wprost przeciw karocy cesarskiej.
Oficerowie z komisarzami próbowali znakami powstrzymać rozpędzone sanie — lecz młody woźnica, w pańskiem futrze, siedzący obok sumiastego strzelca — pęknął z bata lekceważąco i jak burza sunął na karczmę. A gdy wkońcu opamiętany wołaniem: „Niech żyje“, które już dobywać się zaczęło wśród tłumu, chciał konie osadzić — było już zapóźno.
Kareta cesarska, prawie że otarłszy się o sanie, stanęła — sanie zaryły się płozami obok karety, odgradzając ją od tłumu.
— Niech żyje cesarz! — huczał tłum.
Vive l’empereur! — wołali żołnierze.
I podczas gdy jedni rzucali się do koni u cesarskiej karocy i wyprzęgali je pospiesznie — drudzy tarmosili niefortunnego woźnicę i sanie z drogi chcieli usunąć. Lecz siwojabłkowata czwórka, zestraszona okrzykami i powiewającemi czapkami, spinała się, wyrzucała łbami i nie dała się opanować.
Tymczasem drzwiczki karety otworzyły się z głębi jej wyskoczył dorodny mężczyzna w bogatym stroju wojskowym, jednem spojrzeniem dostrzegł uchybienie i ozwał się po francusku do wyciągniętego jak struna oficera:
— Pan tu trzymasz porządek?
— Ja, panie marszałku!
— Zameldujesz się do mnie! Miesiąc aresztu! Uprzątnąć sanie!
Kapitan wpadł na woźnicę, lecz w tejże samej chwili z głębi sań dobył się dźwięczny głos kobiecy:
— Wybacz ekscelencyo... jedynie gorąca chęć zobaczenia najjaśniejszego pana przywiodła nas tutaj!...
Marszałek skłonił się uprzejmie mówiącej i odparł z łagodną stanowczością:
— Panie tu nie są winne!... Nieroztropność służbowego kapitana mogła i was narazić na niebezpieczeństwo!... Niech woźnica skręci na prawo!...
— Natychmiast to uczyni, ekscelencyo... tylko pozwól nam na okamgnienie spojrzeć w oblicze cesarskie! — zawołał z przejęciem drugi głos kobiecy.
Marszałek uśmiechnął się, obrzucił ciekawym wzrokiem piękną twarzyczkę i podszedłszy do sań, wyciągnął rękę.
— Pozwól, pani, ze mną, proszę!
Młoda dama bez wahania wyskoczyła z sanek. Marszałek podał jej ramię, nie zwracając uwagi na młodszą, która spieszyła za swoją towarzyszką.
— Pani nazwisko!? — zagadnął pospiesznie marszałek.
— Marya Walewska — odpowiedziała ze wzruszeniem zapytana, czując na sobie bystre, przenikliwe spojrzenie, idące ku niej z głębi karety.
Marszałek zatrzymał się przed otwartemi drzwiczkami.
Sire! Ta dama ośmieliła się zajechać nam drogę, byle ciebie ujrzeć, najjaśniejszy panie!...
Napoleon pochylił się ku przodowi.
— Jestem bardzo wdzięczny!... Musisz być równie dobrą, jak jesteś piękną!... Sprawiłaś mi niekłamaną przyjemność... podwójną, bo na tem pustkowiu nie spodziewałem się zobaczyć tak miłego zjawiska!...
Pani Walewska, drżąc ze wruszenia, podniosła nieśmiało ciemno-szarowe, łzawe oczy, i osunąwszy się na stopień karety, przerwała cesarzowi z zapałem:
— Najjaśniejszy panie... tyś wielki!.. Tyś nasz zbawca! Wiedź! Prowadź nas!
Napoleon tym niespodziewanym wybuchem zdawał się być wzruszony, a dostrzegłszy łzy w oczach pani Walewskiej — zapytał dobrotliwie:
— Pani płaczesz?
— Ze szczęścia, że ciebie widzę, cesarzu!
— Dziękuję! W słowach twych dźwięczy szczerość, którą zapamiętam!... Mam nadzieję, zobaczyć cię w Warszawie!...
Marszałek odprowadził panią Walewską do sanek i raz jeszcze zapytawszy o nazwisko, powrócił do karety.
Tłum, nie rozumiejąc rozgrywającej się przed jego oczyma sceny — a widząc przed sobą karocę cesarską — chwiał czapkami i wznosił okrzyki.
Konie tymczasem przeprzęgnięto — marszałek rzucił jakiś rozkaz służbowemu kapitanowi i wskoczył do pojazdu. W oknie karety ukazała się głowa Napoleona.
Okrzyki wzmogły się. Karoca ruszyła ku Warszawie, a za nią szły długo jeszcze gromkie wołania...
W saniach, po chwilowem osłupieniu, zapanował wesoły rozgwar.
— Marysieńko! — nalegała żywo młodsza z dam — Mówił do ciebie?... Mówił!... Słyszałam, a nie mogłam zrozumieć słów!...
— Żanetko! — broniła się pani Walewska. — Daj mi ochłonąć... sama nie wiem... boję się, czy nie powiedziałam czego niestosownego!...
— Ależ skąd!... Był wzruszony!... A jak na ciebie patrzył!... Ale ten generał z nim to bardzo gładki!... Kuzynku Wiktorze, nie wiesz, jak się nazywa ten generał...
— Zaraz, tylko wydostaniemy się!.. Z drogi! — wołał na koźle Ossoliński, nie mogąc uporać się z końmi.
— Niech Domagalski weźmie lejce!...
— Byle prędzej stąd! — gorączkował się Ossoliński. — Gotowi tu do nas przystawać!... Patrzcie... ten oficer biegnie ku nam!
— Domagalski, skręcaj! — wołała Żanetka, dostrzegłszy, że istotnie kapitan służbowy, którego spotkała bura od marszałka — przeciskał się między tłumem do sani.
— Byle prędzej, byle prędzej! — napominała szambelanowa.
Domagalski odebrał lejce Ossolińskiemu — smagnął batem po koniach i, upatrzywszy pusty wylot ku polu — ruszył bez namysłu. Konie wyrwały sanie z przed karczmy i poniosły polami, zataczając wielki łuk ku drodze do Warszawy.
Szambelanowa odetchnęła.
— Ah, dzięki Bogu, żeśmy się wydostały!...
— I cóżby nam uczynili! Rozmawiałaś z samym cesarzem!
— Nie śmieliby! — przytwierdził Ossoliński.
— Więc opowiedz, jak było?! Moją droga! Słyszałem tylko, jak mówił: „vous pleurez?“ — Mnie samej czegoś płakać się chciało!... No, powiedz!...
Pani Walewska głosem wzruszonym po kilkakroć musiała powtarzać szczegóły rozmowy. Żanetka nie posiadała się z ukontentowania.
— Wiesz, Marysieńko!... Takiego zakończenia się nie spodziewałam!... A co!... To nam się wyprawa udała!... Pani wojewodzina jest pewna, że my jesteśmy gdzie pod Ujazdowem!... Otul się, bo zimno!... A my rozmawiamy sobie z Napoleonem! Tylko, jak się to stało?... Ja pierwsza odezwałam się do tego marszałka!... Bardzo grzeczny dał respons!... Ale imaginuj sobie... onieśmieliło mnie! No, a potem tobie podał rękę!... Miałam ochotę, kiedyście tak konwersowali z cesarzem, wsunąć głowę i zawołać: — Najjaśniejszy panie, mnie się także bodaj słówko należy!... — Ciekawa jestem, coby mi powiedział!... Nie imaginujesz sobie, jak na mnie ten marszałek patrzył!... Cha-cha! Co za przygoda!...
— Marszałek wcale mi się nie wydał! — zauważył kwaśno Ossoliński.
— Boś mu się waszmość nie przyjrzał!... Ja wybornie widziałem obu... Powiadam ci, Marysieńko, cesarz miał taki czerwoniusieńki nos! Jejej! Prawie siny!... Że to mróz waży się sięgać nosa cesarskiego!... Cha-cha!... Na surducie miał narzucone futro, a także wielkie rękawice. Szkoda, że nie ma wąsów! Teraz wszyscy zaczynają nosić wąsy.!
Ossoliński sięgnął z powagą do swego puszku młodzieńczego i jął go muskać.
Żanetka dalej żartowała i śmiała się serdecznie.
— Gdyby nas wtedy widziała pani wojewodzina, albo moja madame Luiza! Proszę mi derkę naciągnąć!... Dziękuję! Ten marszałek musi być wysoką figurą — jedzie razem z cesarzem!...
— Nie sądzę — pytanie, czy jest marszałkiem!...
— Proszę się nie sprzeciwiać — słyszałam jak kapitan tytułował go wyraźnie!...
— Lecz któżby to mógł być!? Davousta widziałem — starszy o wiele... chyba Lannes!... Ale zkądby Lannes!?
— Dość, że marszałek!... Waćpan musisz słuchać i pamiętać, z kim masz do czynienia!... Marysieńka rozmawiała z Napoleonem, ja z Lannesem... a waćpan tylko z kapitanem!... Szarża waszmościna najmniejsza!... Cesarzowa, marszałkowa i... kapitan! Cha-cha-cha!... Uprzedziłyśmy wszystkie panie!... Wczoraj sama słyszałam, jak pani Sobolewska zmawiała się z panią Wincentową, żeby jechać nad Wisłę, do mostu i tam czekać przejazdu! Jeszcze nie wiadomo czy zdążą — czy docisną się — Gorajski powiadał, że dopiero o zmierzchu spodziewają się cesarza!... Ale bura nas nie minie!... Niech Domagalski pośpiesza!... Co za spotkanie! Jakbyśmy się zmówili z cesarzem!... A cóż ty, Marysieńko, nic nie mówisz?...
Pani Walewska odchyliła wtuloną głowę w kołnierz szuby i odrzekła wymijająco:
— Mróz — zimno!...
— Kuzynku! — napomniała Żanetka Ossolińskiego. — Nie masz zachowania dla dam!... Nie widzisz, że kożuch usunął się pani szambelanowej?
Ossoliński odwrócił się z kozła i zaczął poprawiać opadłe niedźwiedzie — lecz nagle, rzuciwszy okiem poza sanie — zatrząsł się ze zgrozy, że o mało z sanek nie wypadł.
— Co waćpan czynisz?...
— Gonią nas! — krzyknął z przerażeniem Ossoliński, odzyskując utraconą równowagę.
Żanetka i pani Walewska obejrzały się i dostrzegły o kilkaset kroków za saniami tego samego kapitana służbowego z Jabłonnej, pędzącego wyciągniętym galopem na czele plutonu dragonów.
— Domagalski, na Boga, wypuszczaj konie! — zawołała pani Walewska w największem przerażeniu.
— Byle dopaść Warszawy! — wtórowała Żanetka.
Woźnica rozpuścił lejce i strzelił z bata. Siwojabłkowate rumaki rozwiały grzywy i zaczęły rwać z kopyta.
Kapitan z dragonami odstawał.
Pani Walewska odetchnęła. Ossoliński uśmiechnął się zuchowato.
— Nie dotrzymają nam! A choćby nawet, więc, cóżby nam mogli zrobić?...
— Sama nie wiem, lecz czegoś się ich boję!...
— Marysieńko!... Kuzynek ma słuszność!... Zestraszył nas tylko!... tylko że patrz... znów nas dopędza!... To dziwne!... Nie popełniliśmy nic takiego... Jeżeli kto, to chyba chevalier Ossoliński...
— Ja — ja?!... Zkąd ja?!
— Proszę się nie wypierać — napraszałeś się powozić... wpadłeś z impetem pod samą kolebkę!...
— Waćpanna sama kazałaś pośpieszać!... Domagalski, nie żałujcie bata!...
— Lecą jak zbiegane, jaśnie oświecony panie!
— Umkniemy?!
— Bogać tam!... Dyszlowe ustają!... Szmat drogi!
Woźnica miał słuszność — konie zmęczone drogą, coraz ciężej wyrzucały kopytami, coraz obojętniej przyjmowały poświsty bata. Szleje u orczyków traciły napięcie — z pod derek, chomont i janszarów dobywały się kłęby pary.
Równocześnie ku wielkiemu przerażeniu jadących saniami — kapitan z dragonami nadjeżdżał.
Domagalski raz jeszcze smagnął batem — konie jeszcze zdobyły się na kilka staj wyciągniętego kłusa — i w końcu ustały zupełnie — dyszeniem i parskaniem odpowiadając na nawoływania woźnicy.
Kapitan w okamgnieniu dogonił sanie — salutował jadących z wyszukaną galanteryą i, skinąwszy na towarzyszących mu dragonów, usunął się na sanie, miarkując chód konia swego do siwojabłkowatej czwórki.
Wobec tak pokojowych zamiarów kapitana — Żanetka i pani Walewska nabrały odwagi.
— Widzisz, Marysieńko, wcale dworski kawaler!... Ukłonił się nam!... A nas taki strach zdjął!...
— Moja droga — nie wspominaj mi nawet!... Urojenie — lecz już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje!...
— Hm! Jeszcze nie wiadomo! — ozwał się chmurnie Ossoliński.
— Co? Jakto, niewiadomo?
— Pani szambelanowa widzi, toć jedzie za nami!...
— Cóż ztąd?... Droga dla każdego otworem!...
— A mnie się zdaje, że on nas tylko eskortuje!...
— Kuzynku!... Co ty mówisz!... Dokąd!...
— Wiadoma rzecz — nie gdzie indziej — tylko na odwach!...
— Nie może być. — Nie może być!...
— Możemy się przekonać!... Niech Domagalski wypuści kłusem, a potem znów zwolnić i znów kłus!...
Woźnica wykonał rozkaz.
Pani Walewska z Żanetką i Ossolińskim śledziła zachowanie się kapitana.
Zaledwie sanie mknąć szybciej zaczęły — kapitan z dragonami ruszył galopa, na krok sani nie odstępując.
Sanie zwolniły — kapitan nie minął ich, lecz przeszedł w stępa.
Domagalski parę razy powtórzył ten manewr i za każdym razem kapitan ani nie dał się pozostawić w tyle, ani też sam sani nie wyprzedził.
Szambelanowa i Żanetka były stropione tem odkryciem, Ossoliński nadrabiał miną.
Tymczasem w dali, ponad śniegiem zasłaną równiną, rysować się zaczęły mury Warszawy.
Jadącym wracać zaczęła otucha — tem bardziej, że kapitan pozwolił się saniom oddalić i w większej teraz jechał odległości.
Żanetka już śmiać się zaczęła ze swoich własnych obaw — lecz niespodziewanie przyszły inne — dał do nich hasło Ossoliński.
— Późno już! — zauważył. — Pani oboźna i za miesiąc mi nie przebaczy, żem nie zdążył z noworocznemi życzeniami!...
— Która może być? Która może być?...
— Chyba trzecia!...
— Ah, mój Boże — pani wojewodzina już tam pewno ze dwóch konnych za nami wysłała... szukają nas po Ujazdowie... a my z audencyi cesarskiej!...
— Żanetko — na miły Bóg — aby mnie nie zdradź!...
— Ja ciebie zdradzać?... A, moja droga!...
— Bo przecież mój mąż nie wie!... Wziąłby mi za złe!...
— Ja myślę, taki mąż! — wybuchnęła Żanetka, lecz spostrzegłszy pomięszanie szambelanowej, złagodziła pospiesznie. — Żadnemuby się to nie podobało!... Oho! Ja wiem! Prawda kuzynku?...
— Dlaczego? Z cesarzem rozmawiać!... Phi!... Czyż to komu ujmę przynosi?...
— Prawda — prawda! — przerwała żywo pani Walewska. — Tylko zawsze dałoby to powód do... Zróbcie to dla mnie!... Ani słowa nikomu!... Powiemy... powiemy...
— Że nam koło spadło! — pomogła Żanetka.
— Wybornie, że koło spadło — podchwycił Ossoliński — i musieliśmy szukać kuźni!... Domagalski słyszycie?... Jakby się was pytano, powiecie, że koło nam spadło.
— Uważam, jaśnie oświecony panie... tylko że jedziemy saniami!...
— Ach, prawda!...
— Co robić?
— Więc popsuła nam się płoza — dość, że nie mogliśmy jechać!... Oj — żeby pani wojewodzina wiedziała... żeby wiedziała!...
— Tylko, moja Żanetko — upominała szambelanowa — pamiętaj, do nikogo ani o spotkaniu, ani o naszej wycieczce... pary z ust!
— Do nikogo?! — powtórzyła z żalem Radziłłówna.
— Bo pochwycą — bajka z tego urość gotowa... a wiesz sama — nie dalej jak wczoraj... sama mi powiadałaś, a raczej waćpan, panie kawalerze!...
— Nie chciałem urazić!... Imć panna Żanetka...
— Marysieńko — zaklinam ci się, nam powiedziano — nawet mi przez myśl nie przyszło, że ta historya z Walewskim!... No daj, niech cię uściskam!... Słóweczka nie pisnę do nikogosieńko... tylko madame Luize... powiem może coś, ale tak, że się nie domyśli...
— Żanetko, jeżeli mi dobrze życzysz!...
— Ale nie znasz madame Luizy — ona do sekretów jest bardzo!... Pani kasztelanowa nie ma przed nią tajemnic!... Madame tylko mnie jednej czasem coś powtórzy — zresztą nikomu na świecie!...
— Uczyń to dla mnie, Żanetko! Coby powiedzieli!... Na mnieby spadła cała wina!... Księżna Jabłonowska nigdyby mi nie darowała!...
— No, przecież z cesarzem rozmawiałaś!...
— Nic to, nic! Spaliłabym się ze wstydu — mogłoby to dojść wreszcie do zamku... Nie wiem sama!... Przyrzeknij mi!...
— Kiedy tego chcesz tak bardzo! — odrzekła melancholijnie Żanetka.
— I pan, panie kawalerze! — nalegała pani Walewska.
— Ja!? Oczywiście! Parol na sekret!
— Do nikogo!...
— Parol przecież! — odrzekł dumnie Ossoliński, skubiąc z fantazyą puszek pod nosem.
Sanie dotarły do mostu — okazały przepustkę i z trudem powlokły się, trąc nielitościwie bale i przeciskając się pomiędzy dwoma szeregami pontonierów, którzy straż trzymali dla obrąbywania obmarzających łyżew i rozrywania formujących się pod mostem zatorów.
Żanetka obejrzała się raz jeszcze dla upewnienia się, czy niema za saniami kapitana, lecz zobaczywszy, że ten z dragonami został daleko między furgonami wojskowymi, uspokoiła się zupełnie.
Przyjaciółki ostatnie zamieniły słowa.
Żanetka obiecywała do Walewic przyjechać — Pani Walewska przyrzekła odwiedzić Radziwiłłównę za pierwszą bytnością w Warszawie.
Sanie z Bednarskiej zawróciły ku Królewskiej i dalej, bocznemi uliczkami, wjechały na „Marszałkowskie“ — i stanęły przed dworem, zajmowanym przez księżnę wojewodzinę.
Żanetka raz jeszcze ucałowała panią Walewską, zaklęła się dotrzymać tajemnicy i znikła razem z Ossolińskim we drzwiach, pod podjazdem.
Domagalski zwrócił na Długą.
Szambelanowa z ciężkiem sercem wracała do domu. Znikł jej z oczu już i obraz spotkania z cesarzem, przebrzmiały w uszach miłościwe słowa — a pozostało jedynie uczucie, że znów musi wracać do pustki domowej, że chwila zaznanej swobody już minęła, może bezpowrotnie, że musi zdławić w sobie żywość i dostrajać się do nużącej powagi pani domu, do zmiennych humorów szambelana.
Coś jakby żal ukryty przejął panią Walewską — żal do ludzi, iż nie dali jej odetchnąć pełnią młodości, że odarli ją tak wcześnie z marzeń, że zniewolili do zawarcia małżeństwa z człowiekiem tak dalekim, tak obcym jej nietylko wiekiem, lecz i upodobaniami, i ideałami i wyobrażeniami.
Pani Walewska ze zgrozą wspomniała na przeżyte chwile...
Gdy szambelan zaczął konkurować, a obsypywać ją wspaniałemi prezentami... sama nie zdawała sobie sprawy z tego, co ją czeka!... Dopiero w dzień ślubu obudziła się do ponurej rzeczywistości. Nie chciała iść do ołtarza, padła do nóg matce — było zapóźno. Mimo łzy i prośby, zawleczono ją, wyrwano z ust słowa przysięgi!... A potem nastały dni smutne, przerażająco jednostajne, pełne wyrzekań szambelana, krzywdzących niekiedy podejrzeń i posądzeń... Czy dała do nich powód? Jeden Gorayski okazywał jej afekt — on jeden — lecz skoro dowiedział się o zamierzonem małżeństwie — obrzucił gorzkiemi wyrazami i odszedł! A wczoraj zdawał się jeszcze pamiętać, może żywić urazę!... Za co? Lubiła go bardzo, był towarzyszem lat dziecinnych jej brata... jedynego, a kochanego Pawła!... Dlaczego odszedł?!... Gdyby wówczas Paweł był przy niej... gdyby go nie pociągnęło do legionów — onby nie zezwolił, — stanąłby po jej stronie!... A teraz... jeszcze i przed nim kłamać i udawać musi, bo i na cóż miałaby go zasmucać... Stało się i nie odstanie!...
Pani Walewska z żalem wodziła wzrokiem po tętniących życiem ulicach, nie zwracała nawet uwagi na to, że kilkakroć z mijających ją sań i kolebek słano jej ukłony — doznawała jedynie wrażenia więźnia, który wyłamawszy kraty i zakosztowawszy swobody, — znów jest pochwyconym i prowadzonym do celi... Więźnia, którego wiodą przez miasto, który nie poznaje ludzi, nie postrzega pojazdów, nie rozumie okrzyków — lecz widzi tylko szeroką falę życia, toczącą się z wesołym szmerem, falę usuwającą się od niego!...
Sanie stanęły przed pałacem. Czatujący u podjazdu pachołek wybiegł ku saniom.
Szambelanowa otrząsnęła się z zadumy, odgarnęła promień włosów, który wydostawszy się z pod futrzanego kołpaka, muskał jej zaróżowioną od mrozu twarzyczkę — i odezwała się do woźnicy:
— Niech Domagalski odprowadzi sanie do księcia Ossolińskiego... a jakby co — to słyszeliście!... A wracajcie zaraz!...
— Uważam! Pani Walewska zawróciła do podjazdu. Już miała ująć za klamkę, gdy w tem tuż przed sobą spostrzegła salutującego z galanteryą kapitana służbowego... o kilka zaś kroków za nim dragonów, rozmawiających z kamerdynerem Baptystą.
Szambelanowej w oczach pociemniało — chciała coś rzec do służbowego kapitana, o coś go prosić, lecz ten, dostrzegłszy wrażenie jakie wywarł — cofnął się pospiesznie.
Pani Walewska przystanęła — zaczerpnęła pełną piersią powietrza i weszła do pałacu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.