Pani Walewska/Tom I/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


III.

Tego samego dnia pan Anastazy po bezsennej nocy zaspał był nad ranem i obudził się, kiedy już słońce iskrzyło w mrozem porosłych szybach. Krótki, lecz mocny sen pokrzepił szambelana. Wypił pan Anastazy ze smakiem filiżankę czekolady, przerzucił ostatnie wiadomości gazety „Korespondenta“, wysłuchał nawet uroczystych życzeń noworocznych z jakiemi zjawiła się doń służba pałacowa z Baptystą na przedzie i, dopiero wspomniawszy na żonę, skrzywił się.
— Jaśnie oświecona pani wyjechała!? — zagadnął pokojowca.
— Wyjechała.
— I nie powróciła jeszcze?
— Kolebka wróciła pusta, jaśnie oświecony panie!...
— Domagalski?
— Został z jaśnie oświeconą panią!...
Szambelan żachnął się na samego siebie. Niepotrzebnie uległ wczoraj tej dzierlatce.
Dzień piękny — pogodny — jednym tchem możnaby wrócić do Walewic! A tu, w dodatku, Nowy Rok — ani sposobu się pokazać nigdzie — bo być u jednych, trzeba objeżdżać wszystkich... a nie wiadomo nawet, jakby przyjęli.
Szambelan wspomniał na dawne czasy i gorycz go zdjęła. Dawniej w Nowy Rok! Ledwie mógł zdążyć na wieczór do księżnej!... Z zamku go prawie puścić od siebie nie chciano — a u pani Krakowskiej, u księcia podkomorzego, u krajczyny, u prymasa!... Dziś nawet nie wiadomo kto tu przewodzi, kto tu przyjmuje honory. Poniatowski? Spotkał go wczoraj i ledwie głową kiwnął! Są jeszcze ci, napoleońscy „ducowie“ — lecz od nich najpierw należałoby odebrać czołobitność... Zmarnowany dzień, stracony na kawęczeniu w opuszczonym pałacu, w którym ani tego rozległego pejzażu, ani faworyta legawca, ani tych przytulnych kątów.
Około południa szambelan zaczął się ubierać, wysłuchał cierpliwie anegdot, któremi kamerdyner uważał za właściwe bawić swego pana, a które Walewski umiał już na pamięć — gdy mu zameldowano przybycie pana Ksawerego.
Pan Anastazy zaledwie fryzurę ukończywszy wdział dostatni, a ciepły rajtrok i wyszedł do syna.
Pan Ksawery powitał ojca dość szumnie brzmiącemi życzeniami, — szambelan cmoknął kilkakrotnie w powietrzu nad głową syna i zagadnął sucho.
— Myślałem żeś acan nie wiedział o tem, że zostałem? Zkądże to u mnie!?
— Księżna wspomniała mi wczoraj — poczytałem sobie za obowiązek nawiedzić!...
— No, siadaj acan!... Może będziesz śniadał?...
— Dziękuję!
Ledwie nawiązana rozmowa urwała się nagle. Ksawery bawił się guzikami od fraka — szambelan trzaskał tabakierką i zezował nieznacznie syna, dziwiąc się w duchu, zkąd jego syn może już tak staro wyglądać. Myśl ta była tak silna, że szambelan nie potrafił jej ukryć.
— Acan mi coś nie tęgo wyglądasz!?...
— Ja? — odparł zaskoczony tem zapytaniem pan Ksawery. — Wiek... wiek... proszę jegomości pana szambelana.
— Cóż to za wiek?
— Sześćdziesiąt za pasem — bez wykrętów!
Szambelan sponsowiał.
— Właśnie acan na te lata wyglądasz mi nie dobrze! Pan Kazimierz także... a cóż pan Józef...
— Myśli do wojska!...
— Piękna karyera — niema co mówić!
— Powiadają, że dziś dla wojskowych wszystko stanie otworem, bo cesarz...
— Acan mi o nim nie mów — dla pana Józefa należałoby o stateczniejszej promocyi pomyśleć... a jeżeli już tak koniecznie — wyróbże mu patent pułkownikowski! Chyba „Pepi“ powinien ci w tem dopomódz!...
— Zabiegałem już — ale nie wiadomo! Odesłał mnie do imć Dąbrowskiego generała!... Nie próbowałem nawet.
— Ja myślę!
— Gdyby własnym sumptem ufundować mu pułk — kto wie!...
— Ha, jeżeli starczy dochodów — funduj!
Pan Ksawery westchnął.
— Teraz, proszę jegomości pana szambelana, ciężko... bardzo ciężko!...
— A mnie, myślisz, nie ciężko! Siedziałbyś acan na wsi, jak ja — bo tu co dzisiaj? Maszże wpływy, znaczenie? Lada mości Wybicki dorwać się potrafił! Zobaczysz, sami pozabierają co najlepsze starostwa, a takim, jak acan, dobrze, jeżeli ochłap rzucą! No i pewnie... o kimże mają pamiętać, jeżeli nie o sobie?!
— Mówią, że starostw nie będzie wcale!...
Pan Anastazy szeroko oczy otworzył.
— Bajesz acan — jakto, nie będzie starostw?!...
— Mają pruski porządek utrzymać; dochody i dobra wziąć na grosz publiczny...
Śliczny ład — niema co mówić!... Więc dobrze powiedziałem — lepiej na wieś wracać i zaszyć się w swoim kącie, niż tu się kręcić między tymi personatami — ale pewno pani Ksawerowa radaby się zabawić... radaby...
— Wiadomo jegomości panu szambelanowi — trzyma nas małżeństwo pana Kazimierza!... Księżna wojewodzina dosyć łaskawa — panna trzpiot jeszcze wielki, ale przy panu Kazimierzu nabierze statku... nawet niewątpliwie nie byłoby przeszkód — gdyby nie Ossolińscy... Pani oboźna z panią kasztelanową zabiegają około pani Dominikowej... ale zdaje się, jesteśmy dobrze „plasowani“... Dużą nadzieję pokładamy w jejmości pani szambelanowej, która jest w zażyłości podobno wielkiej z panną... miały nawet dziś jakąś promenadę odbyć...
— A no pojechała... z umysłu zostaliśmy dzień dłużej!
— Bardzo obligowany! Tylko obecność Ossolińskiego może bruździć!
— Nie rozumiem!
— Właśnie wypadkowo... nasz strzelec widział jejmość panią szambelanowę, jak wyjeżdżała od Dominikowej z Żanetką i Ossolińskim!... Zastanawia mnie, że księżna zezwoliła!
Szambelan wydął usta.
— A cóż tu było do zezwolenia? Jest szambelanowa, to dosyć!...
Pan Ksawery zmieszał się surową odpowiedzią ojca i zwrócił rozmowę na ostatnie wypadki, lecz spotkał się znów z tak oschłemi odpowiedziami, że wstał i zaczął się żegnać, raz jeszcze uroczyste ponawiając życzenia i zawiadamiając, iż cała jego najbliższa rodzina nie omieszka stawić się przed oblicze jegomości.
Szambelan podziękował, życzenia odwrócił, zastrzegł się przed odwiedzinami wnuka, a na pożegnanie wspomniał coś o poniesieniu wydatków ślubnych, gdyby małżeństwo z Radziwiłłówną doszło do skutku.
Po oddaleniu się pana Ksawerego — szambelan zadzwonił na pokojowca i zapytał, czy żona nie przyjechała, a odebrawszy przeczącą odpowiedź, zapadł w nerwowy rozstrój. Nieomal ze złością wspomniał sobie rozmowę z synem. Chciał raz jeszcze przekonać się do pana Ksawerego, a tu odstrychnęło go silniej niż zwykle.
W pojęciu szambelana, pan Ksawery nie miał w sobie nic ani z jego ambicyi, ani z upodobań, ani z manier, ani z temperamentu. Siedział w Warszawie, już niewiadomo, które rządy przeżywał, a przy żadnych nie umiał zawisnąć... Prawda, spodziewał się zawsze, starał się, kręcił po salonach i niczego nie dokazał! A przecież miał drogę utorowaną i urodzeniem, i pokaźną fortuną, i całym splendorem ojca, dziada i pradziada! Boć szambelan był jednym z najstarszych kawalerów Orła Białego, a szambelanią wziął nawet bez umizgów do kamerdynera królewskiego, Ryxa. Teraz to samo — lada Wybicki Francuzami dowodzi, a pan Ksawery narzeka i wzdycha, a co w odezwaniu się, we wzięciu na szaraka kroi!
W tem miejscu przyszła mu na myśl uwaga syna o spacerze szambelanowej. Pan Anastazy odpalił ją — ale w głębi uczuł się zaniepokojonym.
W Nowy Rok promenada z młokosem bez asysty starszej — i to jeszcze z Ossolińskim, który smali cholewki do Radziwiłłówny...
Szambelan mimowoli spojrzał na zegar — była godzina druga.
Baptysta już kilkakrotnie przypominał panu Anastazemu o obiedzie — szambelan zwlekał, dopytywał się co chwila o „jaśnie oświeconą“, kazał sobie zegar postawić na stoliku, śledził leniwie posuwanie się wskazówki na tarczy i coraz zawzięciej kołatał pokrywką tabakierki.
W tem oczekiwaniu zastała go księżna Jabłonowska, a wprawnem okiem wykrywszy ślady niehumoru na twarzy brata — zaczęła ze współczuciem:
Mon cher ami!... Przejeżdżam właśnie... Wracam od pani Stanisławowej Potockiej i myślę o tobie, cher ami, że tu sam siedzisz!... A gdzież pani Marya?...
— Niema jej — wyjechała przecież z Żanetką i nie powróciła.
— Ach, prawda! Jestem taką „ublijerką“, vraimant ciągle zapominam! Cete négligence! No, więc powrócić jeszcze nie mogła!... Bezwątpienia nie mogła!
— Cóż znowu, z krótkiej promenady!
— Nie tak bardzo!... Widziałam właśnie u pani Stanisławowej Thomas Łubieńskiego, należał do gwardyi przybocznej, która spotykała cesarza... cesarz powrócił przed godziną... Otóż Thomas powiedział mi, że widział sanki Ossolińskiego na moście!... Jechały na Pragę...
— Sanki Ossolińskiego?
— No tak! Jechała pani Marya z Żanetką...
— To niepodobna!
— Ależ z pewnością... odprowadzał je konno chevalier de Gorayski.
— Chyba... chyba żartujesz?
Mon cher! Thomas jest bardzo dobrze! Można go posądzać o sprzyjanie Ossolińskim, dla swej Konstancyi, ale... nie pozwoliłby sobie na plotkę — no, niema w tem jeszcze nic strasznego — bo Gorayski wrócił już do Warszawy — widziałam go nawet u pani Stanisławowej...
— To jednakże przeszło nieco granice... ja na coś podobnego nie mogę pozwolić... ja muszę się oprzeć... jutro... dziś jeszcze wyjedziemy!... Wogóle mój przyjazd był tu zbytecznym...
Mon pauvre, nie rób sobie wyrzutów — bo to mnie boli! Fatalność, nic, tylko prosta fatalność... Marie nie ma doświadczenia, brak jej obycia — nie posądzam jej o nic zdrożnego, lecz tylko o nierozwagę. Nie umie się ruszyć, aby nie dać powodu do komentarzy... wczorajsza rozmowa babki z wnukiem!...
— Jak rozmowa?...
— Nie przejmuj się! Drobiazgi! Między nami niech zostanie, zaścianek... tylko zaścianek... Nieboszczyk starosta cholewami i wylotami chciał już dowodzić na salonach u księcia generał swych ambicyj szlacheckich, a rankoru do najlepszego z królów... za to, że nie miał serca do juchtu. Przykład z rodzica odzywa się w dziecku. Trzeba czasu, wpływu, baczenia, aby dziecko uhodować! Ale — i nie trzeba sprawy lekceważyć... wywieziesz ją, utemperujesz!... No to przejdzie!...
Księżna urwała nagle, z przerażeniem spostrzegłszy, że szambelan dygocze jak w febrze:
— Boże! Ja ciebie zmartwiłam!... Ależ nie bierz znów tego tak bardzo do serca!... Czas... wpływ uleczy niejedno. Cóż ona winna... Wychowanie!... Przypomnij sobie, już o starościnie rozmaicie mówiono... a gdyby nie protekcya księcia generała ziem podolskich... kto wie, czyby starostwo było... Mój Anastazy, uspokój się — irytacya może ci zaszkodzić!... Z niejednem trzeba się w twojem położeniu pogodzić! Ma parole... spotkałam Gorajskiego przed chwilą... więc musieli tylko widzieć się!... Kto wie, może i nie rozmawiali ze sobą!... Już ja wybadam Żanetkę... tylko, proszę cię...
— Nic... nic mi nie jest! — wyjąkał urywanem głosem szambelan.
— Nie mów tak do mnie! Ciebie to musi boleć!... Nie przecz tylko... Ja rozumiem!... No, ale sam się deklarowałeś na następstwa! Zawsze byłam temu małżeństwu przeciwna... Marie nie budziła we mnie zaufania! Jej małomowność, skromność udana wszystkich raziły!... Teraz trzeba ją wywieźć, bo wiesz, plotki wynikną, a wówczas księżna Dominikowa zerwie!... Będzie zniewoloną zerwać!...
— Mnie to zostaw... ja potrafię sam...
— A!... mój Anastazy... przecie się nie mieszam! Nawet przed ludźmi udałam, że nie rozumiem! Kiedy mi Thomas mówił, o mało się ze wstydu nie spaliłam. Więc kiedy wracasz do Walewic?
— Dziś — jutro — zaraz!... Niepotrzebnie przyjeżdżałem — ta cała Warszawa nie dla mnie... nie chcę ani waszych dzisiejszych reunionów, ani tej socyety z końca świata!... Nie dla mnie takie towarzystwo!
Księżna kiwnęła z przekonaniem głową.
— Drogi Anastazy! A cóż ja mam powiedzieć? Nudzę się... w tej nowej atmosferze... A co to za ludzie! Po wyciągnięciu Prusaków powychodziło wszystko jak mrowie z kątów... i już się do urzędów garnie! Ja, zaraz po zapustach, wracam do Wiednia!... Książe de Ligny dwa razy do mnie pisał — rady sobie bezemnie dać nie mogą. Wyjechałabym wcześniej, lecz mnie żal Ksawerowej — mariage by się rozchwiał!... Ja jestem z Dominikową bardzo dobrze!...
Szambelan stukał w tabakierkę, nie odpowiadając na wynurzenia siostry, Księżnę milczenie brata uraziło.
— Ciebie to nie zajmuje! — zakończyła z przekąsem.
Szambelan poruszył się na fotelu.
— Nic mnie nie zajmuje! — wybuchnął z jakiemś dziecinnem rozkapryszeniem. — Niech Ksawery poczyna sobie, co chce! Mnie nic do tego! Zepchnęli go, odsunęli od wszystkiego, sam sobie winien!... Dałem nazwisko, dałem koligacye, zachowanie u dworu, fortunę... zaprzepaścił wszystko!... Niech teraz cierpi — ja nie chcę o niczem słyszeć!... Wracam natychmiast... dosyć mam kłopotów...
— Zapewne... ale trzeba pomyśleć o ekwipowaniu pana Kazimierza...
— Ma ojca, nich go ekwipuje!
— Mój Anastazy — przecież Ksawery i tak hipotekę musiał ustanawiać... teraz dług nie ciąży, lecz jeżeli do regulacyi u nowego rządu przyjdzie, to mu ruina grozi!
— U nowego rządu! Proszę! Niech się akkomoduje tak, żeby mu darowali!
— Ależ, gdzie — u kogo? Anastazy, nie imaginujesz sobie położenia!... Znacz mnie, potrafiłam zawsze radzić... umiałam poznawać arkana... lecz dziś ustaje wszystko... Kto rządzi, stanowi, nie wiadomo! Myślisz, że „Blacha“ jest lepiej „pozowaną“? Gdzie tam!... Monsieur Talleyrand ze mną jest bardzo dobrze. Wczoraj odżałować nie mógł, że nie miał sposobności poznać cię bliżej... Odjechałeś tak prędko! Mroki. — Powiadają, że cesarz Muratowi obiecał koronę!... U Napoleona nie trudno!... Możemy mieć króla z gminu!... „Blacha“ poprostu traci balans. Książę Borghese obiecał podobno pani de Vauban polecić cesarzowi pana Ksawerego, lecz sam nie bardzo jest z Napoleonem... tak przynajmniej twierdzi Constant, valet de chambre de l’empereur! Coś w rodzaju naszego Ryxa! Słowem błędne koło — kto może, powinien się usunąć i czekać, dopóki się nie zacznie klarować!... Drogi Anastazy, ufam, że będziesz miał w pamięci biednego Casimir... on jest bardzo dobrze! Cieszę się na ten związek! Daruj żem cię tak utrudziła.
— Cóż znowu?
— Już ja wiem, że do ciebie męczy!... A cóż dopiero, gdybyś był obligowanym obracać się między tymi ludźmi! Jestem dobrej myśli — jeżeli co wypadnie, wyślę zaraz list do Walewic! Dominikowa jest tobą zachwycona, nazwała cię toujours le même! Wcale trafnie. Admiruje cię zawsze! Cóżby to było, gdybyś nie miał tych przykrości z Marie!... Ucałuj ją odemnie! Więc do widzenia się!... Będę szczęśliwą, jeżeli zdołam wyprawić do Walewic młodą parę po błogosławieństwo! O tamtem... nie myśl — stało się... ludzie zapomną, byle nie dawać nowego powodu!...
Kiedy po kilkakrotnych pożegnaniach z siostrą — szambelan został nareszcie sam — odetchnął pełną piersią, otarł pot z czoła i, zapytawszy się pokojowca, czy żona nie powróciła — kazał sobie podać obiad.
Jadło nie smakowało panu Anastazemu, potrawy schodziły nietknięte, mimo poufnego zachęcania Baptysty.
Szambelan ze wzburzenia przeszedł w odrętwienie.
Odrętwienie to było tak silne, że kiedy kamerdyner doniósł o powrocie szambelanowej — pan Anastazy wzruszył ramionami i zapadł ponownie w poprzedni stan.
Baptysta znając wskroś swego pana, nie próbował go nawet poruszać z fotelu.
Tak upłynęło kilka godzin.
W pokoju mrok już zaczął słać swe szare cienie, ogień na kominku coraz silniejsze rzucał blaski, coraz śmielej odbierał odchodzącemu dniu berło światła — gdy szambelan ocknął się, przetarł zmęczone oczy, i jął zastanawiać się, jak mu postąpić należy z lekkomyślnością żony, czy natychmiast zażądać najściślejszego tłumaczenia, czy też rozprawę odłożyć do powrotu do Walewic, a teraz przybrać jeno maskę pogardliwej oziębłości.
Myśl pierwsza wzięła górę.
Pan Anastazy sięgnął do dzwonka, aby wezwać pokojowca i polecić mu przywołać szambelanową — gdy niespodziewanie wpadł do pokoju kamerdyner.
— Co tam? Czego?
— Jego ekscelencya, pan de Talleyrand Périgord, książę Benewentu!
Pan Anastazy porwał się z fotela.
— Kto — kto?
— Książę Benewentu pragnie widzieć się z panem szambelanem.
Pan Anastazy wzruszony odwiedzinami — wdział pospiesznie perłowy frak, przepasał go wskos wstęgą orderową i wysunął się do błękitnego salonu, w którym oczekiwał nań Talleyrand.
Książę Benewentu uprzejmi przyjął ciężko wyksztuszone powitanie, mówiące wiele i o zaszczycie, który spotkał szambelana i delikatnie podkreślające, że pan Anastazy nie powinien wątpić o łaskawości pana de Pèrigord — a kiedy Walewski nareszcie usadowił się naprzeciwko niego, ozwał się z wyszukanem ugrzecznieniem:
— Pan szambelan daruje spóźnioną wizytę... ale niech mnie tłumaczy tutaj wiadomość, że pan zamierza opuścić Warszawę!...
— Tak, istotnie... sprawy niewolą!
— Ach! Co za szkoda!... Przecież Warszawa teraz dopiero odetchnie pełną piersią... pobyt najjaśniejszego pana przedłuży się... Słońce wschodzi — gwiazdy nie powinny opuszczać swoich stanowisk...
Szambelan z godnością poprawił swą gwiazdę orderową i odrzekł melancholijnie:
— Bezwątpienia tak być powinno... lecz dziś są ludzie nowi, chciałem powiedzieć, młodzi... tych i siły pewniejsze i żal po stracie naszego najlepszego króla mniejszy!... Nam, starym sługom stanisławowskim, może lepiej w zaciszu domowem!
— Pan szambelan pogardza naszem francuskiem zawołaniem — „umarł król, niech żyje król!“ Nowy władca, lecz temu bodaj droższymi jelszcze są ci, którzy nieśli za jego poprzednika ciężar tronu... Jakże mogą wrócić czasy dawne, gdy wy, panowie, dawni, raczej niedawni przodownicy będziecie się usuwali!
— Pochlebne mniemanie księcia pana!
— Uchowaj Boże!... Panie szambelanie, odradzałbym mu najgoręcej wyjazd!... Dla człowieka takich zasług... otwiera się pole szerokie, bardzo szerokie!... Któżby stanął na czele, u steru... jeżeli ludzie panu podobni... odejdą?
Pan Anastazy rósł z zadowolenia, a coraz życzliwiej poglądał na księcia Benewentu, ten zdawał się nie spostrzegać wrażenia, jakie jego słowa wywierały.
— Mogą przyjść chwile decydujące, w których zdanie światłe może zaważyć na szali... Nie — nie, panie szambelanie, trzeba zostać, pańskim obowiązkiem jest nie ustępować.
— Rozumiem pięknie wypowiedzianą myśl... jednakże będzie tu dosyć ochotnych...
— Myli się pan! — przerwał Talleyrand. — Cesarz dziś zapytywał o pana!
Szambelana mrowie przeszło, wyprostował się na krześle i trwożliwie wyszeptał:
— Cesarz? Doprawdy... nie wiem, czem zasłużyłem sobie na tyle łaski...
— Ach! Panie szambelanie — odrzekł książę Benewentu. — To tylko znajomość ludzi, sztuka odgadywania ich, w czem najjaśniejszy pan zawsze celuje!... Powiem panu więcej, cesarz raczył nietylko pytać, lecz wyraził życzenie widzenia pana szambelana na przyjęciu w zamku!...
— Życzenie jego cesarskiej mości jest dla mnie rozkazem!...
— Bardzo szczęśliwy jestem, że będę mógł powtórzyć najjaśniejszemu panu to jego oświadczenie!... Ale wszak i pani szambelanowa nie odmówi swego przybycia.
— Jeżeli tylko zdrowie jej posłuży.
— Więc jest cierpiącą?
— Właśnie tak — słabowita ogólnie!
— Przedniejsi tylko panowie dopuszczeni będą na przyjęcie z żonami... więc gdyby pani szambelanowa nie mogła...
— No, to chwilowe! — wtrącił pospiesznie szambelan.
— I ja tak sądziłem! — ozwał się ze złośliwym uśmiechem Talleyrand. — Wielki marszałek dworu nie omieszka przesłać państwu zaproszenia na wszystkie uroczystości... bo, wszak, panie szambelanie, bezwątpienia zezwoli, aby twoja małżonka należała do tego nielicznego grona dam, które będą miały zaszczyt być prezentowane najjaśniejszemu panu!...
— Nie śmiałbym się wymawiać... chociaż, prawdziwie, żona moja jest chwilowo cierpiącą.
— Ach, czy być może? Wczoraj, jeżeli się nie mylę, była u księżnej?
— W istocie, lecz właśnie niedyspozycya zniewoliła nas do wczesnego puszczenia zebrania!...
— Byłaby to nieodżałowana szkoda!... Jeżeli państwo oboje nie wzięlibyście udziału... to... doprawdy nie wiem, kto mógłby dać cesarzowi wyobrażenie o stolicy, słynącej rycerskością i głębokim rozumieniem szlachty i pięknością kobiet... Nie, nie, szambelanie, nie wprowadzaj w kłopot Duroca!
Pan Anastazy aż się uniósł na fotelu z zadowolenia, lecz kryjąc je w uprzejmym uśmiechu — pospieszył odpowiedzieć z wprawą wytrawnego dworaka:
— Nie wiem, czem sobie zasłużyłem na względy księcia — to pewna, że niejednokrotnie słysząc o jego wielkich zasługach i talentach, najżywszy miałem szacunek... ile, że ród Perigordów nauczyłem się z dawna uznawać za jeden z najstarszych śród tych, którymi Francya poszczycić się może!...
Talleyrand na ten zwrot niespodziewany aż pokraśniał. Pod świetnym mundurem napoleońskiego ministra — zagrała krew książąt udzielnych. Książę Benewentu wyciągnął szczerozłotą tabakierkę do szambelana — pan Anastazy nawzajem podał mu swoją, równie bogatą kruszcem, równie filigranami zdobioną.
— Piękna tabakierka! — zauważył Talleyrand.
— Dar najlepszego z królów! — odrzekł skromnie szambelan, a poglądając na tabakierkę księcia, dodał grzecznie: — Lecz pańska, mości książę!...
— Dar najnieszczęśliwszego z królów! — odpowiedział sentencyonalnie pan de Pèrigord i westchnął.
Szambelan westchnieniem zawtórował.
Talleyrand zamyślił się i ozwał po pauzie, wracając do przerwanej rozmowy, lecz z innej strony.
— Czasy się zmieniają, panie szambelanie, a nawet panowania!... Między nami, pośród naszego życia obozowego i ludzi chwili... znajduje się prawdziwą oazę... więc nie skąp–że nam siebie!... Tej miary męża — niejedno pewnie razi!... Lecz bądź przekonanym, że są tacy, co potrafią uszanować w tobie krew rzymskich patrycyuszów!... Jesteśmy w konstelacyi Marsa, więc lada karabin ma głos!...
Pan Anastazy, olśniony do reszty okazywanem mu zachowaniem, pozwolił sobie na kilka sarkastycznych uwag, wymieszonych do osób, które tu w Warszawie przybierają na się role przodowników, nie mając po temu praw ani z imienia, ani z zasług własnych, ani z talentów, i tem samem odstręczają od majestatu tych, co podporami byli tronu, a ciężary reprezentowania państwa przez całe pokolenia dźwigali.
Książę Benewentu odpowiedział w tym samym sposobie, jeno ze zwróceniem żądła znów ku tym, co nareszcie zaczynają rozumieć, że mianować można oficerów, czy bodaj marszałków — ale nie książąt. Bo, aby umieć nosić mitrę — trzeba się urodzić bodaj hrabią!
Po zamienieniu jeszcze kilku równie miłych obudwom frazesów — Talleyrand, przeprowadzony przez szambelana aż do antykamery, pożegnał pana Anastazego i odjechał.
Szambelan podążył do pokoju żony.
Pani Walewska, którą pokojowa uprzedziła o niespokojnem dopytywaniu się o nią męża — na widok męża pobladła zlekka, spodziewając się całego potoku wymówek. Lecz pan Anastazy tak był przejęty rozmową z księciem Benewentu, że, wchodząc do pokoju żony, zapomniał był o repremendzie, z jaką gotował się wystąpić.
Szambelana chłonęła teraz jedna myśl, a był nią cesarz — ten cesarz, co pamiętał o nim, co bezwątpienia nakazał Talleyrandowi pierwszy krok zrobić... i to, mimo... niechybnie intrygi całej „Blachy“.
Szambelan atoli miał tak wysokie wyobrażenie o należnych mu względach, że radując się — silił równocześnie na obojętność. Powitał więc żonę lekkiem skinieniem, spojrzał na jej rozczerwienioną, jeszcze od mrozu twarzyczkę, zapytał, czy jadła obiad, a następnie, trzasnąwszy energicznie tabakierką, uniósł się na palcach i rzekł od niechcenia.
— Był właśnie pan Périgord!
Pani Walewska podniosła oczy i spojrzała ze zdziwieniem na męża.
— Talleyrand Périgord, książę Benewentu! — poprawił szambelan.
— Był — u nas?...
— A cóż!? Proszą, zabiegają... hm! Nie wiem sam! Przekonali się, że trzeba kogoś więcej, niż imć pan Wybicki, czy jakiś tam Dąbrowski!... Talleyrand bardzo układny... Powiedziałem mu moje opinie — niech wiedzą — wojna wojną — lecz z rodzinami zadzierać nie można!... ani senatorskich krzeseł obsadzać gminem!...
Pani Walewska patrzyła tak dziwnym wzrokiem na szambelana, że aż go to poruszyło.
— Cóż mi się tak przyglądasz?
— Nic — tylko nie wiem o czem mówisz!
— Powiedziałem — był Talleyrand!
— Minister cesarza?
— Więc nie taki personat, aby mu progi Kolonny Walewskiego były za nizkie!...
— Czegoż chciał?
— Dowiedział się, że jestem jeszcze w Warszawie i przyjechał z życzeniami noworocznemi... juści nie z własnego afektu — poprostu chciał się zapewnić, czy przyjmę „inwitacyę“ na zamek... Właściwie trudno było odmówić! Uważasz, cesarz pragnie mieć przy sobie kogoś więcej nad pana Gutakowskiego, czy Wojczyńskiego!... Co robić — trzeba będzie ofiarę uczynić!... Domagalski ruszy na noc do Walewic — należy ściągnąć kilkoro ze służby, zwieść nieco sprzętów... a i tu należy niejedno zmienić!... Może wypadnie kogo przyjąć — niezawodnie trzeba będzie... Acani musisz pomyśleć o stroju... Trudno — nie po sercu mi taka fatyga — lecz coś przecie dla ojczyzny należy poświęcić. Zachód nie lada, a wymówić się nie podobna — mieliby powiadać potem, że umyłem ręce, że się odstrychnąłem, że samolubem jestem!?
Pani Walewska tem przemówieniem męża jeszcze bardziej była zdumioną, niż w pierwszej chwili.
— Więc cóż zamyślasz czynić?
Szambelan zakrztusił się i szarpnął niecierpliwie swą gwiazdą orderową.
— Jakże sobie imaginujesz? Szabelkę przypaszę i na woluntarza do imć pana Dąbrowskiego się zdeklaruję? Co?... Cesarz wzywa — tedy przy nim trzeba stanąć. Rozumiesz!... Tobie wszystko dziesięć razy powtarzaj!...
— Życie dworskie!
— Co mi acani wyprowadzać będziesz rzecz o dworskiem życiu!... Zamek wzdłuż i wszerz schodziłem — ścieżki nie znajdziesz w Łazienkach, którejbym i ja nie wydeptał... Myślisz, taki Napoleon ma to za nic!?... Walewski mu jest potrzebny i koniec. Walewski znów lada urzędem zbyć się nie da — bo nie na to siły swoje i doświadczenie poniesie, aby mu inni imponowali!...
— Czy aby na zdrowiu sobie nie zaszkodzisz!?...
— Proszę — jaka piecza! Zaszkodzić mi może jeno ten świat zamurowany, zagrodzony, to pustkowie, na którem ducha żywego znaleźć nie można!... Zdaje ci się, że już nic, krom Walewic nie widzę?... Tu zostaniemy!...
— Niczego innego nie pragnę!...
— Aha!... Uśmiecha ci się. Zdaje ci się, że codzień na promenady będziesz wyjeżdżała?!... Gdzie byłaś dzisiaj?... Może się wyprzesz?...
Szambelanowa zmieszała się.
— Jeździłyśmy z Żanetką!....
— Z Żanetką?!... Piękna i niewinna wymówka!... Za mostem na Pradze!... Z Ossolińskim!?...
— Przystał sam... pani oboźna...
— I z Gorajskim!...
— Przeprowadził nas przez most, bo nie puszczali.
— Wam tego właśnie było trzeba!...
— Chciałyśmy zobaczyć cesarza...
Pan Anastazy ochłonął nagle.
— Hm! Cale niepotrzebny pośpiech!... No i cóż, widziałyście go?
— W przejeździe! — rzekła wymijająco pani Walewska.
— Wydał ci się?
— Owszem!
— Ja myślę! Taki cesarz!... Tylko na drugi raz miej zastanowienie i nie narażaj siebie i mnie na obmowy!... Kto wie, co wypadnie — może trzeba będzie ważyć każdy wyraz, każdy krok... Nie chcę ci czynić wyrzutów, jeno zalecam baczenie... Ale, a skądże ten Ossoliński się wziął z wami?
— Krewniak Żanetki, przytem jej adorator!...
— Wcześnie trznadel zaczyna. A jakże, wypośrodkowałaś Żanetkę w skłonności do pana Kazimierza?
— Nie było sposobności — przy Ossolińskim trudno...
— Hm... Nic nie szkodzi!... Pani Dominikowa jeszcze się napraszać będzie sama z ręką córki!... Jutro rano pojedziemy do księżnej — trzeba, żebyś się z nią naradziła, gdzie najlepiej zamówić suknie i jakie!... Ona najlepiej ułoży wszystko... Ile trzeba — dostaniesz!... Do Walewic dziś poślę. Jeszcze ze dwie pary koni muszę sprowadzić — koczyk lżejszy, sanie... może i starego Śmigowskiego... Gdyby przyszło ugościć... Kredensu może zbraknąć... Zrób-że wypis, które sepeciki najpilniejsze, a nie zapomnij o piwnicy... choć Śmigowski będzie wiedział.
Szambelan dreptał po pokoju, przysiadał, trzaskał tabakierką i coraz szersze plany kreślił — tak, że gdy go senność zaczęła morzyć, stanęło na tem, aby bezmała cały dwór walewicki do Warszawy sprowadzić.
Szambelanowa próbowała odwieść męża od takiego postanowienia, lecz jeno tem większy w nim wywołała opór i przyśpieszyła wydanie rozkazów, a nadto rozdrażniła pana Anastazego uwagą, że ani bywanie na wielkim świecie, ani nawiązywanie stosunków wcale jej się nie uśmiecha.
Szambelan wybuchnął:
— Acani się zdaje, że dla jej fochów zaniedbam sprawy publicznej, że zaszyję się w kącie, że panu de Périgord afront wyrządzę!... Ja, Colonna Walewski, mam breczkosieja udawać, w drążkowego szaraka się zabawiać?!...
Pani Walewska nie dała się zbić z tropu.
— Sam do tego życia mnie wdrożyłeś... Zakazałeś widywania ludzi — nie opierałam się... mnie i tak żadne réuniony nie nęciły!... Nie dozwalałeś nawet przyjmować najbliższych!
— Tego... tego Gorajskiego! Co?!... I takich szałaputów jak kasztelanie Kozietulski, Jerzmanowski... i cała kompanja imć pana Pawła, co i tak o mały włos do zatargu z amantem łęczyckim minie nie przywiodła!?... Byle na przekór iść — byle w niczem nie ustąpić!... Owóż na moim się stanie... Za mężem pójdziesz i do niego się akkomodować będziesz!... Dla acaninych grymasów nie zaprę się imienia!... No, chcesz wiedzieć, cesarz pytał o mnie!
— Cesarz! — powtórzyła melancholijnie pani Walewska.
— Cóż osobliwego? Był król, a teraz jest cesarz!...
Szambelanowa poczytywała odezwanie się męża za przechwałkę i postanowiła sobie już milczeć i czekać cierpliwie, póki przeciwnego nie usłyszy postanowienia — gdy we drzwiach stanął pokojowiec z listem i wielkim bukietem na srebrnej tacy.
Pan Anastazy zmarszczył się.
— Co to za kwiaty? Od kogo?
— Nie wiem, jaśnie oświecony panie... strzelec przyniósł.
— Dawaj list!... Leć po okulary!... Żywo!...
Pokojowiec postawił tacę z kwiatami na stoliku około drzwi.
Szambelan ważył w ręku list zapieczętowany niewyraźnie odbitym na wosku herbem i z gniewem poglądał to na bukiet, to na zarumienioną z lekka żonę.
— Tego mi jeszcze trzeba było!... Bukiety!... Zaraz dojdziemy prawdy!... Piękne acani święcisz sukcesy, jak na jeden dzień pobytu!... Będzie komu naznaczyć gorącego adonisa, parol na to!...
Pokojowiec wszedł z okularami.
— Dawaj!... Świecznik bliżej!...
Pan Anastazy obejrzał francuski napis. List był przysłany do niego.
Szambelan odchrząknął, złamał pieczęć, przebiegł szybko oczyma treść listu odchrząknął po raz drugi, znów przysunął pisanie do świecznika i skinął na pokojowca, aby się oddalił. Zaczem jeszcze podjął list do oczu i znów go odczytał, i zwrócił się do bukietu. Wziął go ostrożnie ze stolika i z jakiemś uroczystem rozradowaniu podszedł posuwistym krokiem do żony, złożył hałaśliwy pocałunek na jej drobnej rączce i, podając bukiet szambelanowej, ozwał się pieszczotliwie.
— Przyjmij go z najżywszym z mojej strony komplementem!...
— Lecz skądże?...
— Wielki marszałek dworu, Duroc, przysyła! — objaśnił pan Anastazy, siląc się na spokój.
— Chyba dworujesz sobie!...
— Masz list — czytaj!... Grzeczny kawaler, wie do kogo trafić, komu się tu należy zachowanie i... nic nadto!...
Pani Walewska, nie zważając na przechwałki męża — odczytywał list. List istotnie był dosyć lakoniczny, bo zawierał kilka frazesów o niemożności, z powodu spóźnionego, przyjazdu do Warszawy, złożenia wizyty szambelaństwu, zapowiadał w końcu odwiedziny na jutro i prosił panią szambelanowę o pozwolenie złożenia u jej stóp bukietu kwiatów na dobrą wróżbę nowego roku.
Pani Walewska dotknęła się różowej wstążki, przepasującej bukiet i rzekła niepewnie:
— Wielki marszałek dworu!... Taki zaszczyt... niespodziewany... nie wiem, czemu przypisać...
Szambelan wydął obwisłe policzki, odchrząknął i, kołysząc się na palcach, wycedził z całą stanowczością:
— To nie marszałek — tylko cesarz.
Pani Walewska drgnęła.
— Skąd ta suppozycja?...
— Bo wielkiemu marszałkowi dworu wolno tylko tych wyróżniać, kogo, wyróżnia cesarz! Oczywisty dowód!... Cesarz pytał... pewno nie raz — wystarcza. Marszałek śpieszy adresować się do względów!... Za Duroc’iem pójdzie Murat, za Muratem książę Borghese, za Borghesem Davoust... czy inny... Słowem dwór!... O czem tu myśleć. Napoleonowi może już kto ze starej szlachty francuskiej co wspomniał... Z królem jegomością, a na owe czasy imć panem stolnikiem litewskim, nielada relacje mieliśmy w Paryżu z najprzedniejszą szlachtą, kiedy jeszcze tacy Durocowie puzdro za nami dźwigali! Ale co to... acani! Jesteś „zdekurażowaną...“ Owóż przyczyna!... Grzeczny sobie kawaler — nic nadto. Jeżeli to uczynił — pewno i nie bez kozery dla samego siebie. Przecież mają nowe rządy zaprowadzić — niewiadomo, kto stanie na czele... Sympatje cesarskie nieodgadnięte — „Blacha“ aż drży z alteracji... niewiadomo! Przyjdzie chwila — stanie się!...
Szambelan, dla większego zadokumentowania swoich słów, dosyć żwawo wyprostował się, lecz prędzej jeszcze zgiął się w pałąk i schwycił za nogę. Ból drętwy studził zapały pana Anastazego i przypominał mu pedogrę i ósmy krzyżyk.
— Ziąb tu u ciebie!... Nie każesz palić! Zawsze na przekór. Trzeba jutro wcześniej wstać... jeszcze niejedno wypadnie zarządzić... a potem księżna... wreszcie Duroc!... Strach pomyśleć, ile trudu, bo przecież Talleyrandowi choć kartą trzeba się odwzajemnić!... Wieczerzać będę u siebie... Pomóż mi do drzwi!...
Pani Walewska ujęła męża pod ramię i powiodła go na drugą stronę pałacu i oddała w ręce Baptysty, a sama powróciła do siebie.
Szambelan, po zaznanych wzruszeniach, dostał lekkiej febry, która tem mu była dokuczliwszą, że przypominała o starczej niemocy w chwili, kiedy przyszłość zdawała się zapowiadać mu powrót najświetniejszych czasów, kiedy przez dwa miesiące z górą był nieodstępnym towarzyszem króla, a wszelkich najtajniejszych spraw powiernikiem! Ryx go się już zaczynał bać! Intryga familji usunęła go wówczas, ale żeby miał był ten rozum, co dzisiaj! Bo teraz... gdyby przyszło przy cesarzu — murem stanąć potrafi!... Byle go kto nie ubiegł!... Cóż, był Flemming, był Brühl — może przyjść kolej Walewskiego!... Napoleon szuka człowieka zdatnego — bezwątpienia szukać musi, bo choćby nawet koronę miał wziąć Murat — toć jeszcze sam nie poradzi, nie podoła. Jeżeli — to wówczas „Blacha“ pozna!... I ten pyszałek Małachowski, co na Katona wiecznie kroił, a z Kołłątajem i Ignacym Potockim królem chciał dowodzić, odbierze za swoje... odbierze za swoje!... Wszystkim się dostanie. Całe lata knuli, zmawiali się, konfederacje tworzyli, koncypowali odezwy, uniwersały, zbierali ruchawki — ot i mają! Jeden zagryzł się na śmierć, drugi fortunę zaprzepaścił, trzeci pogrzebał wpływy, czwarty dożył dzisiejszych czasów, lecz i naocznie patrzył na rumowisko swoich zamysłów. A szambelan — on przez całe życie miał wstręt do wszelkich ruchów, raz dał się wciągnąć w Barską Konfederację, lecz co zresztą stronił od rebelji, posłował, ale ani protestów nie wnosił, ani krzykaczów nie wspierał, dworu się trzymał, szambelaństwa się doczekał. Fortuna wzrosła, Prusacy respekt dlań mieli, grosz mu w amcie nie przepadł, cztery procesy graniczne sam Landrecht mu przysądził, a jeżeli teraz Napoleon o niego się dopytuje i ministrów mu nasyła — pewno, że nie bez kozery!...
Stanowisko naczelne, wpływy!... O lada uśmiech, lada skinienie co najprzedniejsi zabiegają... Dosyć mu wyraz rzucić, żeby być odgadywanym. Jedno spojrzenie i wyrok łaski albo niełaski... Potęga, władza!...
Gdy te marzenia kołysały pana Anastazego — inne zgoła uczucia wstrząsały szambelanową.
Po oddaleniu się męża, pani Walewska przeszła do ubieralni i, odprawiwszy służebnę — zasunęła się w róg wyściełanej kanapy. Wiadomość, że ma pozostać w Warszawie, nie dawała jej spokoju — życie w pustkowiu walewickiem, którego tak obawiała się przed chwilą, wydało się jej rajeni. Warszawy się bała — chłodu wiejącego ku niej z salonów, bała się i księżnej siostry, i Anetki Potockiej, i słynnej pani de Vauban, i tego całego świata i intryg, plotek, drobnych nienawiści, małych zabiegów... Sama znała go dotąd niewiele, lecz z każdego zetknięcia się z nim wynosiła gorycz, żal, bolesną ranę... I za co?... Czy że uległa woli matki, że oddała się człowiekowi, który mógł być jej dziadem, że wyrwać musiała z serca wszystkie porywy, że życie siało się dla niej ową księgą, mającą najpiękniejsze początkowe karty zlepione?... Z dzieciństwa bodaj, z dzieciństwa pełnego jasnej myśli, promiennej wiary jutra — została wtrącona w odmęt przesyłu. Kazano jej, wschodzącej nieledwie, iść z zachodem — poszła i skryła wszystkie swe zawody i wierzyć chciała, że dzień zaczyna się i kończy chmurnym zmierzchem, że zmierzch daje ciszę życia, a ta cisza właśnie jest nieskończenie lepszą nad dawne, jej własne, bujne mary!
Pani Walewskiej przyszło na myśl, że pobyt w Warszawie zapewnić jej może większą swobodę, a przynajmniej wyrwać z jednostajności, powstrzymać gderliwość męża, a wreszcie mieć niejaką rozmaitość. Myśl ta jednakże, przeszła na jedno wspomnienie księżny Jabłonowskiej, która bezwątpienia nieomieszka rozciągnąć dookoła niej swych opiekuńczych skrzydeł... Nawet ambitne nadzieje męża i pamięć panów de Périgord i Duroc nie nęciły szambelanowej. Coby ona robiła na Zamku pośród takiego świetnego towarzystwa! Ona, biedna szlachcianka, na przyjęciach cesarskich! Czyżby potrafiła nawet się poruszać, czy, zapytana przez cesarza zdobyłaby się na odpowiedź, wskazaną może przez dworską etykietę, a nie płynącą z serca!?... Nigdy!... Dziś, tam na drodze, widziała go, i czuje się dumną, i zadowoloną, i szczęśliwą!... Ozwała się do niego tak jak jej najszczerszy zapał podyktował!... Napoleon, wracając z pola bitwy, był dla niej wielkim, był tym, jakim go przedstawił Paweł, był tym bohaterem legendowym, zbawcą, wszechwładnym panem Europy, królem królów!... Lecz tam, na zamku, w otoczeniu pochlebców, zauszników... niech mu inni biją pokłony, zabiegają o uśmiech, walczą o skinienie.
Anastazy ma przywidzenia, jakąś grzeczność poczytał za dowód szczególniejszej łaskawości!... Rozczaruje się szybko!... A jednak należy Francuzom przyznać, że w uprzejmości nikomu prześcignąć się nie dadzą. Bo choćby te kwiaty!... Marszałek dwom cesarskiego, pamiętający o kwiatach dla pani Walewskiej!... Ileż on musiał takich biletów napisać... a ilu ludzi rozesłać, żeby z cierplarni wydostać aż tyle bukietów, boć niewątpliwie rozdali ich kilka dziesiątków!
Pani Walewska sięgnęła machinalnie po bukiet i jęła bawić się zwieszającemi się ponad wstążką kiśćmi konwalij, a przebierać stulone pąki róż.
Naraz, pod palcami szambelanowej, zaszeleściał między konwaljami kawałek papieru. Pani Walewska wyjęła go. Na skrawku widniał wyraźny napis: Pour la belle Marie!
Pani Walewska rozwinęła papier — na wewnętrznej jego stronie były wypisane wyrazy tym samym równym, czytelnym charakterem:
„On s’est fait répeter votre nom jusq’a l’apprender par coeur“.
Szambelanowa zadrżała — przysunęła papier do oczu — wyrazy biły ku niej całą pełnią równo zaokrąglonych liter.
„Powtarzano sobie wasze imię aż do wyuczenia się na pamięć“.
Więc tam, w Zamku.... Za pośrednictwem bukietu, przysłanego przez marszałka dworu!... Lecz któżby ważył się na podobny krok?! Gorajski! Niepodobna... może ten wstrętny hrabia Hercau!... Charakter pisma ten sam, którym był nakreślony list do szambelana... z pewnością ten sam! Ale w takim razie... skąd Duroc? Nie widziała go nigdy na oczy!... A jeżeli... to on był wczoraj z cesarzem?...
Pani Walewskiej w oczach pociemniało — rumieniec gniewu trysnął na jej piękną twarzyczkę.
— Więc za jej dobrą wolę, za poryw bezinteresowny, za swywolną może ciekawość, lecz płynącą z najczystszych źródeł zapału, uwielbienia — płacą jej miłosnym madrygałem!... Więc on — ten wielki, ten bożek wojny, wódz, pogromca, śniony, wzywany, byłżeby równym pospolitym pustakom; także sobie tłumaczył owo zawołanie, którem go powitała, owo przypadnięcie do stopni pojazdu?...
Pani Walewska rozśmiała się z samej siebie. Fantazja za daleko ją uniosła. Nieprzystojną natarczywość tego... tego Duroca poważyła się cesarzowi przypisać... On miałby na tak lichy krok się ważyć, miałby zamężnej kobiecie słać... Nie — sto razy nie!... Duroc — tylko Duroc — nikt inny... Trzeba, żeby Anastazy się dowiedział o wszystkiem, trzeba, żeby powagą swą osłonił ją przed podobnemi napaściami...
Szambelanowa schwyciła za bukiet, zmięła skrawek papieru i z hardo podniesioną głową zawróciła do pokojów męża — lecz gdy ujęła za klamkę drzwi, wiodących do sypialni szambelana — ziąb dotkniętego metalu wskroś ją przejął i zmroził w niej wszystką krew.
A jeżeli Anastazy wyśmieje jej obrażoną dumę, jeśli imię marszałka będzie mu imponowało, jeżeli do niej zechce przystosować dawne swe dworackie mniemania, z których tylekroć jej się zwierzał, jeżeli dla wiadomej mu przekory nie uzna ani obaw, ani gniewu?!...
Pani Walewska cofnęła się od drzwi i powlokła zpowrotem do swojej sypialni.
...Nie — ona nie dopuści, aby bodaj i temu Durocowi nie dać należytej odprawy. Sama wymierzy sobie sprawiedliwość, da mu uczuć, jak źle się zaadresował... uczyni to wyraźniej, prościej, niżby zdołał, bodaj szambelan, przy najlepszych chęciach! Odeśle mu i ten bukiet i to pisanie. Pozoru nie da, że je czytała.
Szambelanowa nie namyślała się długo, — zadzwoniła na pokojową i kazała przywołać do siebie Domagalskiego.
Stary strzelec stawił się natychmiast.
Pani Walewska zasunęła nieszczęsną kartkę między kwiaty i dała je Domagalskiemu.
— Trafisz do Zamku królewskiego?
Strzelec chciał odpowiedzieć, lecz szambelanowa nie pozwoliła mu myśli zebrać.
— Musisz trafić!... Tam zapytasz o marszałka dworu cesarskiego, Duroca, — dotrzesz do niego, i oddasz mu ten bukiet... Gdyby cię pytano, kto cię przysyła... powiesz wprost... że ja... Liczę na ciebie... wiem, żeś mi oddany... Wymknij się tak z domu, żeby cię nie spostrzeżono... O całem tem posłaniu, ani słowa do nikogo!...
Domagalski skłonił się nisko i stał zafrasowany, spoglądając niespokojnie na trzymane w ręku kwiaty.
— Proszę waszej wielmożności... jeno że tam czekają na mnie — mam jechać do Walewic... i duchem wracać!...
Szabelanowa podeszła do strzelca i położyła mu rękę na ramieniu.
— Miałam ciebie za oddanego mi i wiernego.
Domagalskiemu oczy się rozbłyszczyły.
— Jam gotów, proszę waszej wielmożności... byle...
Tu stary strzelec urwał nagle i spojrzał dziwnym wzrokiem na kwiaty.
Szambelanowa odgadła znaczenie tego spojrzenia.
— Domagalski, — rzekła z naciskiem, — znasz mnie od dziecka... tu nie rzecz w dokonaniu posłania, lecz w istotnej przysłudze... Kto inny powinienby o tem pomyśleć... Lecz ciebie niewolić nie chcę... Widzę, że nie masz ochoty — zostaw te kwiaty — odniosę je sama!...
— Proszę waszej wielmożności, jam gotów!... Gdzie trzeba pójdę... niech sobie... bodaj nie wiem co przyszło...
Szambelanowa powtórzyła rozkaz, zalecając Domagalskiemu kilkakrotnie, aby się nie dał byle czem zbyć i do marszałka dworu dotarł i kwiaty mu doręczył, unikając tłumaczeń i odpowiedzi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.