Pani Walewska/Tom I/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


IV.

Nazajutrz, z samego rana, do sypialni pani Walewskiej zapukał Baptysta, zwiastując przez drzwi, że pan Anastazy czeka już na szambelanowę, gotów do wyjazdu.
Pani Walewska jęła ubierać się pospiesznie, lecz zanim zdążyła się uczesać — dano jej znać o przybyciu księżnej siostry. Szambelanowa chciała ją prosić o chwilę cierpliwości — gdy księżna Jabłonowska wsunęła się niespodziewanie do sypialni.
Ma chére Marie! Daruj natarczywość... nie mogłam sobie odmówić!... Toujours belle!... Przypadkowo przez mego kozaka dowiedziałam się, że zostajecie!... Niezmiernie się cieszę! Niech cię uściskam!...
— Prawdziwie... wdzięczną jestem! — wyjąkała z trudem pani Walewska.
— Ach! Niema za co! Ja zawsze dla ciebie! Jakże Anastazy? — Wczoraj był dość źle... Uspokoiłam go, jak mogłam! Rozumiesz — w jego wieku... Przytem, widocznie ktoś mu doniósł o tej promenadzie wczorajszej!... Cóż, — Warszawa małe miasto — lada co podchwycą!... Ale winszuję ci wczorajszego sukcesu — wszyscy o tobie mówią!...
Pani Walewska pobladła.
— Sukcesu?! — odparła z wysiłkiem.
— No, przecież miałaś szczęście rozmawiać z cesarzem!... Zrobiło to podobno na nim wrażenie!... Upewniam cię, że mówię prawdę! Dość ci powiedzieć, że Duroc wczoraj, późnym wieczorem, był u Vaubanki... jak najszczegółowiej rozpytywał się o ciebie... Anetka nie posiadała się z gniewu! Bardzo chwalę zręczność, że udało ci się skłonić Anastazego do pozostania!...
— Myli się księżna!...
Chére Marie! No, przecież mnie, jako siostrę nie powinnaś tytułować... O, niech cię uściskam... Masz we mnie szczerze oddaną!... Może chciałabyś co z Anastazym... z całego serca ci pomogę!...
— Dziękuję!...
— Naturalnie, w tem wszystkiem niema jeszcze nic pewnego... Napoleonowi brak stałości w intencjach... Lecz to się pokaże! Jestem dobrze z Talleyrandem — potrafię go wyrozumieć i uprzedzę cię w porę... Tylko, moja najdroższa, gdybyś miała sposobność... pamiętaj, że dwa starostwa odebrali nam Prusacy i to na trzy lata przed śmiercią mego męża nieboszczyka! Pretensji nie wnoszę, ale słuszna rzecz, aby mi sprawiedliwość wymierzono!...
Szambelanowa targała niecierpliwie trzymaną chusteczkę.
Gdy księżna Jabłonowska skończyła — pani Walewska ozwała się zimno:
— Przepraszam najmocniej, ale nic z tego wszystkiego nie rozumiem!
Księżna uderzyła zlekka szambelanowę po ręku i rzekła żartobliwie.
Trés bienTrés bien!... Tak trzeba, koniecznie... dopóki się nie wyklaruje, ani słowa... Nie wiesz o niczem, do niczego się nie zobowiązujesz!... Powiadam ci, Talleyrand zna go na wylot — fantastyk, brutal!... trzeba z nim ostrożnie i umiejętnie!... Powiem ci nawet nowinę... Eleonora Dénnelle de la Plaigne... ma syna! Właśnie przedwczoraj przybył z tem kurjer z Paryża... Talleyrand ledwie mógł ukryć wzruszenie... Cesarz w odpowiedzi wysyła aż dwóch adjutantów!... Niewiadomo, co z tego wypaść może!... Trzeba więc podwójnego taktu, bardzo wielkiej ostrożności... A przytem Anetka zabiega... nie dość na tem, w drodze pod Pułtuskiem, Lubomirska miała audjencję. Cesarz był ujęty jej wdziękiem — więc wszystko zależy...
Szambelanowa siedziała z ustami zaciśniętemi, z głową pochyloną.
Księżnę to milczenie uraziło.
Ma chére!... Ciebie może niecierpliwi, że ja się mieszam?!... Miałam sobie to za obowiązek. Zdawało mi się, że moje doświadczenie przyda ci się na coś! Wierz mi, gdybym nie ja — pani Grabowska nigdyby nie doszła była do takich rezultatów!... Pochlebiam sobie, że znam dwór, znam ludzi... mam...
— Wielce obowiązana jestem, lecz mi to doświadczenie jest zgoła niepotrzebnem...
— Ależ Marylko!... Powiem ci całą prawdę! Vaubanka była u mnie! Zaklęłam ją, przyrzekłam za ciebie, że o niej nie zapomnisz... Ona może pomóc!... Bo, myślisz, że jeżeli taki Talleyrand nie zechce, to zdołasz docisnąć się do Zamku!
— Nie wybieram się tam wcale!...
— Nie rozumiem cię... przecież...
— Mam męża! — odparła wyniośle szambelanowa, — który jest zarazem jej bratem... o czem należałoby pamiętać...
Księżna poruszyła się niespokojnie na krześle.
— Widzę, że zanadto ufasz własnym siłom, zapominasz, że w razie czego, potrafię bodaj skłonić Anastazego do powrotu na wieś!...
— Tego jedynie pragnę!...
Księżna gotowała się do odpowiedzi na to niespodziewane odezwanie — gdy we drzwiach ukazał się szambelan, wyświeżony, woniejący zdaleka.
— Ach — pani siostra tutaj!... Właśnie mieliśmy jechać do ciebie!... Potrzebujemy twojej pomocy, twojej rady!...
— Trudno mi w to uwierzyć!...
— Idzie przedewszystkiem o stroje!... Rozumiesz, Marylka nie wie, gdzie się obrócić... a przytem nie potrafiłaby... Nie bywaliśmy od tak dawna... Trzebaby nadto wypośrodkować inne damy!... Więc, kochana siostruniu?...
— Ach, mój Anastazy — cóż ja mogę? Joubert stoi dla wszystkich otworem — nic łatwiejszego, jak poczynić zakupy! Zresztą, słyszę właśnie, że Marylka myśli o powrocie do Walewic, co znajduję bardzo rozsądnem! W jej usposobieniu jest to bardzo naturalnem — wcale się nie dziwię, że chce usunąć się od dworu!... Boć to przecież nie dwór, a obóz!...
Pan Anastazy skrzywił się.
— Pani siostra się myli!... Są chwile, w których niejedno trzeba poświęcić, niejednego się wyrzec... W Warszawie zostać musimy... niepodobna mi uchylać się...
— Ach tak! — zauważyła księżna, nadając temu wykrzyknikowi szczególniejszy akcent.
Szambelan wzruszył ramionami i podniósł się na palcach.
— Mnie samemu nie jest po myśli... ale cóż — niepodobna się wymówić... mogliby powziąć urazę... a nadto, gotowiby wypominać, żem nie chciał, żem zezwolił na panoszenie się rozmaitych ichmościów... Tedy, mniemam, że nie odmówisz Marylce... że pomożesz jej...
— Ależ! Mój Anastazy... skoro sobie tego życzysz... Jam gotowa!... Bardzo chętnie!... Joubert sprowadził prześliczne materje — jest w czem wybierać!
Tu księżna z całym zapałem jęła projektować toaletę dla szambelanowej, snując dobory kolorów, a osobne czyniąc plany dla muślinów, aksamitów, madrasów, triestów i „ostindyjskich“ tiulów.
Pan Anastazy dzielnie sekundował siostrze, każdem spięciem, każdą wstążką się zajmował, nad każdym szczegółem się zastanawiał.
Niekiedy przykładał szkła do oczu, mierzył badawczem spojrzeniem postać żony i dopiero decydował.
Pani Walewska nie przyjmowała zupełnie udziału w rozprawach i zachowywała się tak, jakby nie o niej mówiono, jakby nie dla niej gotowano te wszystkie świetności.
W trakcie tych narad, dano znać szambelanowi o przybyciu wielkiego marszałka dworu, Duroca.
Pan Anastazy bez zbytniego pośpiechu jął zbierać się do wyjścia na spotkanie gościa.
Księżna nie mogła ukryć zdziwienia.
— Duroc!? Duroc u ciebie!?
— Phi!... Wczoraj był pan de Périgord... dziś Duroc... aż do uprzykrzenia! — odrzekł spokojnie szambelan i wyszedł.
Księżna zwróciła swe małe, przenikliwe oczy na panią Walewską.
Cherie! Stokroć cię admiruję... nie spodziewałam się wcale po tobie takiej finezji!... Moja droga, już mi nie przecz, toć przedziwna finezja!... Wczoraj, wyznam ci szczerze, bałam się trochę o ciebie!... Anastazy był w okropnym humorze... Rozumiesz. Mężczyźni są wszyscy jednakowi!... Wychodząc, nie byłam pewną, czy nie wybuchnie... czy ci nie zrobi sceny!... Każdy z nich umie być „pojedyńczym“... Słów nie mam dla twego taktu... To ci robi zaszczyt!...
— Nie rozumiem uznania, którem mnie księżna siostra raczy obdarzać!...
Księżna roześmiała się cicho i pogroziła figlarnie palcem szambelanowej.
— Oj, ty filutko, — powinnam się urazić na ciebie za ten brak szczerości... ale już wolę ci darować... Byle ostrożnie — kto wie!... Znałam panią Grabowskę, nikomu przedtem w głowie nie było, żeby dojść mogła do takiego znaczenia!... Ciebie to denerwuje — więc już nic nie powiem! Byle ostrożnie — byle ostrożnie!...
Szambelanowej łzy stanęły w oczach.
Księżna nie zwróciła uwagi na to rozdrażnienie. Po kilkakroć zaprzysięgła się, — że jak najlepsze ma intencje dla bratowej, — obiecała natychmiast objechać magazyny i sprawdzić, co jeszcze możnaby dobrać do stroju — i po najczulszych pożegnaniach odjechała.
Pani Walewska odetchnęła pełną piersią po oddaleniu się księżnej. O znaczeniu jej słów, o sensie domyślników nie mogła wątpić.
W szambelanowej zagrała obrażona, dotknięta do żywego duma. Za wietrznicę ją mają, — posądzać chcą o niewiadomo jak występne zamiary. Na plotce na niczem nie usprawiedliwionem przypuszczeniu, budują cały gmach domysłów...
Pani Walewska wspomniała na bukiet... na przybycie Duroca, który gościł w tej chwili u pana Anastazego i lęk ją zdjął. Lęk przed ludźmi, przed tajemniczymi uśmiechami księżnej, przed suchym, ironicznym rechotem Anetki Potockiej, którym powitała ją na pamiętnem zebraniu.
Pani Walewska podeszła do okna, przyłożyła rozpalone czoło do obmarzniętej szyby i zapatrzyła się w białe kwiaty mrozu.
Jakaś ciemń ją otaczała, jakaś tajemniczość, świadomość niebezpieczeństwa kołatała w niej przeczuciem. Po kilkakroć chciała wmówić w siebie, że ją dziecinne zdejmują obawy, że sama plącze, łączy ze sobą nic nie znaczące fałdy, że przesadza w dociekaniach, że kojarzy oderwane słowa, że księżna, mówiąc o utraconych starostwach, mniemała, że może się zdarzyć niewinna okazja... Lecz te tłumaczenia, któremi chciała się szambelanowa uspokoić, pokrzepić — nie trafiały do jej przekonania. Głos wewnętrzny mówił jej, że powinna natychmiast zwierzyć się mężowi, że powinna wyznać mu wszystko, co ją łamie, co napawa strachem...
Szambelanowa nie zdawała sobie jeszcze sprawy, co i jak powie mężowi — ale niemniej spowiedź taka wydała jej się konieczną — nieodzowną. W chwili, gdy pani Walewska utwierdziła się ostatecznie w tem postanowieniu — wyrwał ją z zadumy głos pana Anastazego.
Szambelanowa drgnęła, a spostrzegłszy przed sobą niezwykle uroczyście uśmiechniętą twarz męża, straciła pewność, czy wyznanie jej znajdzie upragniony oddźwięk.
Pan Anastazy po raz drugi tymczasem powtórzył:
— Pozwól na chwilę!... Duroc bardzo mnie obligował o zaszczyt przedstawienia się tobie!...
— Duroc?
— Jesteś roztargnioną!... Wielki marszałek dworu!... Nie marudź!... Nie przystoi, aby zbyt długo czekał!... Owszem, jest on nadspodziewanie... nigdybym nie myślał, żeby miał takie formy!... Bardzo na miejscu!... Grzeczność trzeba cenić!...
— Może innym razem!... Jestem nie ubrana do przyjmowania wizyt!
Szambelan wydął pogardliwie usta.
— Nie potrzebujesz przecież robić zbytnich skrupułów!... Mały negliż jest w tonie!... Owszem, niech wie, że Kolumna Walewska wcale sobie takiej wizyty za szczególniejszy honor nie poczytuje... Chodź!...
— Głowa mnie boli... przeziębiłam się! — broniła się szambelanowa.
Pan Anastazy rozgniewał się.
— Fochy, humory!... Głowa! Naucz się panować nad sobą! — Bez panowania kroku nie zrobisz na dworze!... Te względy muszą ustąpić!... Grzeczność, formy i koniec! Myślisz, mnie raz się zdarzyło... Pamiętam, na obiedzie czwartkowym, w Łazienkach, ząb mnie rwał... a tu król jegomość jął rozpowiadać ucieszne metafory... wszyscy się śmieli, więc i ja śmiać się musiałem, choć mi łzy z bólu kapały!... No, dosyć tego! Proszę ze mną! I tak dałem mu czekać aż zanadto.
Szambelan ujął żonę pod rękę i powiódł do sali.
Pani Walewska w myśli układała sobie wyniosłą odpowiedź, jaką złamać potrafi każdy uśmiech, każdy półsłówek wyrafinowanego dworaka i szła zasłuchana w przyśpieszone tętno własnego serca.
— Duroc, książę Frioulu, wielki marszałek dworu jego cesarskiej mości! — rozległ się naraz głos pana Anastazego tuż nad uchem pani Walewskiej.
Szambelanowa podniosła niepewnie oczy i zdumiała się. Przed nią stał ten sam generał, który w Jabłonnej z taką uprzejmością ułatwił jej pamiętną rozmowę z cesarzem.
Duroc z wdziękiem i dystynkcją skłonił się szambelanowej i powitał ją wytwornym komplementem.
Szambelanowa ledwie mu głową skinęła, z zalęknieniem oglądając się dokoła, jakby szukając miejsca, gdzieby schronić się mogła.
Wielki marszałek, nie otrzymawszy odpowiedzi na pierwsze odezwanie, przemówił po raz wtóry.
Pani Walewska i tym razem jeszcze nie mogła się zdobyć na odpowiedź.
Pan Anastazy ledwie ukryć mógł zniecierpliwienie na to oczywiste parafjaństwo żony, ratując zaś milczenie, rzekł pośpiesznie:
— Zechciej wybaczyć panie marszałku... żona moja jest cierpiąca...
— Więc wina po mojej stronie... ważyłem się trudzić panią gorącą chęcią złożenia jej uszanowania!
— Proszę pana, panie marszałku, racz zająć miejsce! — wyjąkała pani Walewska.
Duroc siadł na fotelu naprzeciw szambelanowej. Pan Anastazy stanął za krzesłem żony i postukiwał tabakierką.
— Doprawdy, nie wiem, czem zasłużyłem sobie na taką łaskawość... nigdybym się nie poważył dłużej naprzykrzać... gdyby nie miły obowiązek uproszenia pani, abyś uświetniła swoją obecnością bal prezentacyjny...
— Panie marszałku... nie wiem...
— Naturalnie! — podchwycił żywo szambelan, nie pozwalając dokończyć żonie rozpoczętego zdania, — dołożymy starań, żeby nie zawieść...
— Najjaśniejszy pan, któremu miałem szczęście przedstawić listę mających się prezentować osób, po dwakroć zalecił mi upewnić się... że państwo przybędą!...
Pan Anastazy odchrząknął i, poprawiwszy gwiazdę orderową, dorzucił uprzejmie:
— Wielce obligowany za zaszczytną pamięć!...
— Ach, panie szambelanie! — odparł z wdziękiem Duroc, — po tylu miesiącach życia obozowego jesteśmy wprost spragnieni zarówno tali miłego towarzystwa, jak i dalej, głębiej sięgającej rozmowy... Życie mało daje nam chwil przyjemnych. Prawda, bywają wypadki, że śród wojennego rozgwaru, gdzieś na zapadłym postoju... przemknie się nam urocze zjawisko, jakaś dobra wróżka ześle mgnienie upojenia... Widziadła atoli takie giną, znikają... czyż dziw, że, upatrzywszy sposobną chwilę, gonimy za niem, ścigamy każdą myślą, tęsknimy całą duszą!...
Szambelan na ten zwrot niespodziewany kiwnął głową i z miną statysty, odchrząknął, choć w głębi wątpliwość go zdejmowała, czy marszałek nie robi aluzji do nowego sojuszu z Turcją.
Pani Walewska zaś mocniej pochyliła się ku przodowi, unikając wzroku marszałka.
Duroc tymczasem przeszedł żywo do ostatnich wypadków wojennych i z wprawą dworaka ślizgał się po dobrze mu znanych sprawach — niczego z zamysłów gabinetowych nie odkrył, żadnego nowego światła nie rzucił, mówiąc wiele, nie wyrzekł ani jednego stanowczego zdania. Dopiero gdy przyszedł do ostatniego dnia rozprawy Pułtuskiej i wspomniał na powrót do Warszawy — zmienił nagle ton i zakończył uroczyście.
— Dzień wczorajszy był istotnie jednym z najpiękniejszych w życiu najjaśniejszego pana... Niebo i ziemia złożyły się na to, aby mu urok zimy w całej przedstawić krasie... Nie pamiętam nigdy cesarza, aby tak był rozmarzonym — przyjęcie, które mu zgotowano w Jabłonnej niezatarte wyryło ślady w jego sercu...
— Proszę!... Nie wiedziałem nic o tem!...
— Panie szambelanie, nie należy brać moich słów co do litery!... Gdyby tam były bramy triumfalne, łuki girlandy, cyfry... nie sprawiłyby wrażenia... Temu, któremu już tylekroć razy sypano kwiaty pod nogi, słano kobierce, palono pochodnie — trzeba czegoś więcej nad powszednie hołdy... temu najsztuczniejszy ceremonjał obojętnym się wyda... W Jabłonnej było inaczej!... Tam spotkało go zawołania serca, tam powitało spojrzenie pełne ufności, zapału wiary... A jedno takie spojrzenie starczy niekiedy za miljony...
— Ba! ba!... Zapewne... zapewne! — potakiwał z godnością pan Anastazy.
Pani Walewska drżała ze wzruszenia.
Duroc nagle zmienił przedmiot rozmowy i, zwróciwszy się do szambelanowej, zagadnął — niespodziewanie:
— Pani lubi kwiaty?
Pani Walewska drgnęła, lecz uczuwszy na sobie badawczy wzrok bystrych oczu marszałka, odparła z mocą:
— Tak — niezerwane.
— Pytanie to niech usprawiedliwi moją wczorajszą śmiałość... Nieświadomy zwyczajów polskich, obawiam się, czy nie popełniłem niestosowności... Lecz sądzę, że kwiaty są tylko hołdem?
— Same kwiaty — tak!
— U nas wolno im niekiedy mówić...
— U nas nie każdy ma prawo ich słuchać...
— Lecz przyjąć je godzi się zawsze. Jak pani znajduje konwalje?... Dla mnie tyle, ile dla cesarza... nie masz piękniejszych... Łącząc delikatność zapachu z mocą — są uosobieniem prostoty, koją swym wiewem aromatycznym...
— I chcą odurzać!...
— Pani to poczytuje za występek?..! Czyż życie nasze, a raczej chwile szczęścia nie są odurzeniem, upojeniem?...
— Nie dla wszystkich!...
— A przecież konwalje tyle w sobie kryją szczerości!... Czyż można ich nie uznawać, czyż wolno odtrącać?... Wszak niosą ze sobą cała swą istność, wszak ze tchnieniem swem oddają część własnego bytu?...
— Panie marszałku!... Jeżeli konwalje są symbolem tylu uczuć podniosłych, to nie mogą równocześnie być oznaką igraszki — tam, gdzie ich woń spłynie, tam zastępować winno poszanowanie, zachowanie... tam nie miejsce dla swywoli.
— Najgoręcej podzielam to przekonanie! — zakończył Duroc i powstał z miejsca.
Wielki marszałek raz jeszcze ponowił zaproszenie, wspomniał o mającej nastąpić prezentacji na Zamku i, po kilku komplementach, mile łechcących miłość własną szambelana, — odjechał.
Pan Anastazy był niezmiernie zadowolony z tych odwiedzin, tak, że nawet nie spostrzegł roztargnienia, z jakiem pani Walewska pożegnała marszałka, i co prędzej uznał za właściwe podzielić się z żoną przepełniającemi go myślami.
— Widzisz — wczoraj wątpiłaś — dziś masz dowód oczywisty... kłaniają się, zabiegają!... A cóż, owszem!... Tylko niech im się nie zdaje, że lada warunki przyjmę! Ho-ho... Za instrument wziąć się nie dam! Byle urzędem mnie nie zdobędą! Duroc wcale sobie gładki... niktby nie pomyślał, że jest tak mizernego pochodzenia! Bardzo zręcznie prowadziłaś konwersację o tych... tych konwaljach... bardzo... bardzo...
Szambelanowa spojrzała niepewnie na męża.
— Więc wiesz!?
— A to dobre!... Chyba miałem dosyć czasu do osłuchania się z temi półsłówkami... Przez ciebie radziby trafić do mnie!... Z początku wydałaś mi się onieśmieloną... a potem doskonale! Francuzik nie wiedział, co odpowiedzieć... Tak z nimi trzeba — tylko tak!
Pani Walewska odetchnęła.
Dla tego też mniemałabym... że powinniśmy wracać do Walewic!
Szambelan, który był właśnie podniósł się na palcach — na to odezwanie się drgnął tak mocno, że o mało nie upadł.
— Co — co?... Wracać do Walewic?... Żartujesz!...
— Bo przecież niepodobna, abym była obecna na recepcji... Księżna siostra miała...
— Jakto — niepodobna?... Co księżna?!... Naplotła ci i koniec! — wybuchnął pan Anastazy. — Zazdrość zdejmuje wszystkich!... Wszyscy po jednych pieniądzach!... Pani do męża musisz się stosować...
— Wszak nie możesz narzekać... lecz kiedy chcesz zostawać — to mnie pozwól...
— Ani mi w głowie!... Fochy nowe, grymasy... Tak, wiem, zgaduję... już cię korci, aby przeciw mnie iść... Gdym chciał siedzieć w Walewicach było ci źle — wzdychałaś do Warszawy — wczoraj jeszcze nie podobało ci się, że zamierzałem wracać — dziś miasto ci obrzydło!... Byle na złość, byle na swojem postawić...
— Jesteś niesprawiedliwym!... Tych uprzejmości nie wolno mi dwojako tłumaczyć... Myśląc o powrocie, nietylko siebie bronię, ale i twego imienia!...
Pan Anastazy obrzucił żonę badawczem spojrzeniem, nie rozumiejąc w pierwszej chwili znaczenia słów, — dopiero po dłuższem zastanowieniu twarz mu się rozjaśniła. Szambelan parsknął serdecznym śmiechem.
— Więc ty sobie imaginujesz... że to do ciebie się łaszą!... Cha-cha!... Wszystkie wy jednakie... Nic przenikliwości, nigdzie dalszego widoku!... Wszędzie widzicie zwierciadło, a w niem siebie. — No no!... Możesz się waćpani uspokoić! Jeszcze niejedna czeka cię uprzejmość... Cha-cha-! Teraz jestem w domu!.. Wszystkie jednakie, przecież i księżna różne czyniła sobie wnioski o uprzejmości pana de Périgord... a tymczasem jeden cel we wszystkiem — pozyskać sobie człowieka, trafić doń, zjednać możliwemi środkami! A tyś już przelękła się o siebie... Chwalę skromność, ale Duroc to nie jakiś tam imć pan Gorajski!... Nie neguję że istotnie ozdobą możesz być każdego reunionu... ale co hołdów takich, przyjmować się nie wzdragaj... przy boku Kolumny-Walewskiego jesteś!... Tom się uśmiał!... Ot, koncept waćpani przyszedł!...
Pewność szambelana udzieliła się i pani Walewskiej. Istotnie, w oświetleniu pana Anastazego, wszystkie wypadki nabierały innego znaczenia.
To, co szambelanowa skojarzyła, przedzierzgnęła jedną nicią, rozpoczynającą się w Jabłonnej — rozpadało się.
Wszak być może, iż cała ta niespodziewana prezentacja u stopni karocy cesarskiej nastąpiła na dźwięk „Walewska“... może to spotkanie posłużyło za okazję do zbliżenia się, do pozyskania męża przez żonę...
Szambelanowa mimowoli podniosła oczy na pana Anastazego i znów ją zdjęła wątpliwość. Do jakich celów, do jakich zamysłów mógłby być im potrzebny Anastazy, człowiek, który, mimo swych przechwałek, był tylko magnatem, nie miał ani popularności, ani zbyt wielkich wpływów, ani przenikliwości, ani żadnych talentów?!... A który nadto ostatkiem woli bronił się przed niemocą! Czyżby tak dalece nie potrafiła ocenić męża, czyżby nie umiała się na jego zdolności poznać?!... A może oni są w obłędzie, może im zaimponowała fortuna i nazwisko Walewskich?
Lecz co znowu znaczyły te uwagi Duroca, te jego dziwne zwroty i apostrofy?
Pani Walewska raz jeszcze ponowiła swe przypuszczenia, usiłowała zwierzyć się z obaw, była bliską wyznania mężowi całej swojej tajemnicy — lecz zbita z tropu całym szeregiem przechwałek, ośmieszona w każdem przypuszczeniu, pomówiona o nieświadomość wielkiej gry politycznej — umilkła, rozumiejąc, że z tej strony nawet rady spodziewać — się nie może, a cóż dopiero osłony.
Kilka następnych dni zdawały się potwierdzać w zupełności słowa pana Anastazego.
Szambelan złożył wizyty panu de Périgord i marszałkowi Durocowi, był na zbiorowej audjencji u cesarza, odebrał zaproszenie do Murata i księcia Borghese, stał w świcie honorowej podczas dwóch parad wojskowych na Saskim Dziedzińcu i, według własnych zapewnień, coraz silniejsze kładł fundamenty pod przyszłe swe stanowisko, istoty którego wszakże sam dobrze nie rozumiał.
Pani Walewska w tymże czasie była oddaną na pastwę kunsztu Jouberta i pomysłowości księżnej. Daremnie chciała poprzestać na jednej toalecie. Księżna nie odstępowała od pięciu, — szambelan dodawał szóstą, a to z uwagi na poselstwo perskie, mające lada dzień przybyć do Warszawy.
Trudniejszą atoli rzeczą było z pośród sześciu sukien wybrać tę, w której szambelanowa miała wystąpić po raz pierwszy w Zamku.
Nielada to było zadanie — ile że księżna dokładne miała wiadomości o świetnych strojach, gotowanych przez panie Potockie, Sobolewską, Łubieńską, Krasińską i Gutakowską. Szambelan oświadczył się za zieloną w srebrne kwiaty — księżna za bladoniebieską w złote gwiazdy. Zdanie księżnej przeważyło — a to z uwagi na pogłoskę jakoby pani Wojczyńska materję podobnego deseniu zakupiła.
Śród tych przygotowań zeszło dni kilka pani Walewskiej we względnej ciszy.
Księżna uśmiechała się do niej znacząco, mrugała lecz ani razu nie poruszyła sprawy spotkania w Jabłonnej, ani nie wspomniała o domysłach swoich.
Szambelanowa nadto dosyć zręcznie udawała niedomaganie, co ją i od składania i od oddawania wizyt uwalniało.
Pan Anastazy niecierpliwił się, wymawiał żonie fochy i grymasy, lecz sam zajęty mocno życiem, które się dlań otwierało, nie miał czasu nawet na bardziej stanowcze wystąpienie — bo albo stroił się albo wzmacniał dla lżejszego przeniesienia trudów najbliższego reunionu — albo był na reunionie.
Zebrań zaś, wizyt, balów, „kaw“ i podwieczorków z dnia na dzień przybywało. Drogami, wiodącemi do Warszawy, ciągnęły wciąż jeszcze nieprzerwane sznury pojazdów, które z najodleglejszych zakątków kraju zwoziły całe rodziny magnackie i szlacheckie, chciwe odetchnięcia wiewem potęgi napoleońskiej, a może i szukające nowego pola do pracy, czy tylko ambicji — dotąd sromotnie cierpiącej od nastania amtów i rządów cyrkularnych.
W Warszawie więc co dnia spotykali się z sobą ludzie, którzy nie widzieli się, których rozłączył jeden strach, jedno i toż samo samolubstwo.
Pan Anastazy, jako bardzo podeszły wiekiem, miał takich spotkań i wspomnień co niemiara. Dnia nie było, by w jakim zgrzybiałym starcu, w zawiędłej damie, w zwarzonej latami starej pannie, w zmiętoszonym życiem kawalerze — nie poznawał miłościwej starościny, serdecznego kasztelanka, kompana, dawnej piękności, słynnego szaławiły, impetycznego pogromiciela dam, zapalonego radykała czy statecznego męża, trwającego wiernie przy zasadzie, że sejm czteroletni jest jeno limitowanym i zwołanym co najrychlej być musi.
Pan Anastazy aż dziwił się niekiedy — bo, niby za dotknięciem różdżki czarnoksięskiej — z zakamarków, z pyłem przyprószonych komnat, z karoc odwiecznych a landar jawiły mu się widma przeszłości, jakieś duchy z grobu powstałe w gwiazdach orderowych, cienie mówiące o swoich tytułach, przywilejach i rozprawiając czasem tak, jakgdyby nie Napoleon w Zamku mieszkał.
Szambelan dziwił się jeszcze więcej, boć każda ze spotkanych figur wydała mu się niepomiernie podstarzałą — a tymczasem on tak dzielnie się trzymał — o czem najdowodniej przekonywało go lustro! Pan Anastazy zrozumiał, ile tu ma do zawdzięczenia Baptyście i coraz czulej na niego spoglądał i pamiętał, by mu siurpryzami pamięć swoją okazać. Ale kiedy na podwieczorku u księżnej zamaszysty imć pan Chrzanowski w pięknym komplemencie wyraził szczególniejszy respekt dla dawnego pokolenia, co umiarkowaniem siły krzepiło, a życiem całem na najpiękniejszą starość zarobiło — pan szambelan uwierzył nakoniec sam w dawne umiarkowanie własnego życia i jął dosyć hałaśliwie siebie za przykład młodzieży stawiać. W ten sposób pan Anastazy jakoś zapracował powoli na szacunek, nie znajdując opozycji, a niewielu spotykając takich, coby coś stanowczego o całem jego curriculum vitae powiedzieć mogli. Jeden tylko Bolesza, podsłuchując czasem wywodów szambelana — śmiał się w kułak i złośliwym uśmiechem wzbudzał powątpiewanie.
Lecz szambelan co dnia nabierał większej pewności siebie, a znalazłszy, że mu z tą powagą jest i do twarzy, że mu większy dają i posłuch i zachowanie — tej metody i nadal trzymać się postanowił.
Jakoż istotnie szambelan musiał sobie przyznać, że jeżeli na Sylwestra u księżnej mało kto nań zwracał uwagę — teraz wszyscy prześcigali się, aby mu tamto uchybienie wynagrodzić.
Talleyrand przy spotkaniu bardzo często zwracał się do niego z zapytaniem. Duroc wyróżniał pana Anastazego uprzejmością — nawet hardy Murat kilkakrotnie dłuższe z nim prowadził rozmowy.
To wyróżnianie przez dostojników napoleońskich wywołało natychmiastowy skutek — towarzystwo warszawskie, przeniosło swe względy aż do syna i wnuków pana Anastazego.
Pan Anastazy rósł — a takiej nabierał pewności siebie, że gdy na zebraniu u księżnej Dominikowej omawiano nie bez zaciekawienia, kto ostatecznie utrzymał się na liście osób, mających posiąść wstęp na cesarskie salony — szambelan z pogardliwym uśmiechem zauważył, że Duroc był u niego już trzy razy z zaprosinami, że sam cesarz pytał go... ale on, pan Anastazy, nie mógł przyrzec, bo może socjeta będzie nazbyt... mieszana.
To odezwanie się szambelana sprawiło wrażenie. Wszyscy zdumiewali się śmiałości pana Anastazego i jeszcze większego zdawali się nabierać wyobrażenia o jego wpływach.
Tymczasem dzień pierwszego balu nadszedł.
Pan Anastazy, wyspawszy się i wyleżawszy dla należytego pokrzepienia, około południa powlókł się na pokoje żony. Ale tu na samym wstępie, ku wielkiemu przerażeniu, dowiedział się, że żona była cierpiącą więcej, niż zwykle.
Szambelan zawrócił wprost do sypialni.
Pani Walewska leżała na kanapie, spowinięta kołdrami.
— Co ci jest?... Co się stało?...
— Nic!... Przeziębienie dokucza mi silniej...
— Więc trzeba posłać po medyka... niech coś poradzi — czasu mało — trzeba myśleć o toalecie!...
— Nie rozumiem cię...
— Przecież dziś bal w Zamku! — wybuchnął szambelan.
— I cóż z tego?... Nie pojadę — widzisz sam!...
— Ależ to... humory... dzieciństwo!... Przeziębienie! Medyk cię wzmocni!... Dworski bal! Byle się pokazać... byle być!... Gotowi powiedzieć, żeś nie dostała zaproszenia!... Bierz przykład ze mnie!... Służba i koniec! Pamiętam na obiedzie czwartkowym u króla — ząb mnie rwał... a tu król jegomość zaczął swoje metafory — śmieli się wszyscy i ja się śmiałem — choć łzy mi z bólu kapały! A król jegomość łaskawie poglądał na mnie i powtarzał: „Co, Walesiu, ucieszne?...“ Rozumiesz?...
— Owszem powiadałeś mi już o tem kilka razy!...
Szambelan się uraził.
— Więc powtarzam ci jeszcze raz!... Posyłam po medyka!... Niech ulży — i trzeba się zmóc!...
Szambelanowa potrząsnęła głową.
— Nie — nie!... To byłoby nad siły!... Tak pokazać się nie mogę!...
Pan Anastazy przyłożył szkła do oczu — badał przez chwilę twarzyczkę pani Walewskiej i zawyrokował z przekonaniem:
— Znajduję cię bardzo dobrze!... Wyglądasz wcale interesująco!... Medyk da ci proszków, pokrzepisz się solami i pojedziemy!...
Szambelanowa zrobiła ruch przeczący. — Pan Anastazy żachnął się.
— Nie róbże mi tej kompromitacji!... Będą plotki — przytem niepodobna... Duroc tyle razy zapraszał!... Tu nie idzie o lada zebranie... tam najważniejsze sprawy mogą się dziś rozstrzygać!...
— A cóż ja znaczyć w tem mogę?...
— Otóż i brak wyobrażenia o rzeczy!... Waćpani szerszego pojęcia nie masz!... Żona to... to prawa ręka w dworskim świecie!... Każdy mąż stanu musi mieć żonę, umiejącą być jego sobowtórem... jego sojusznikiem...
Pani Walewska nie zdawała się podzielać zdania szambelana.
Pan Anastazy wpadł w rozdrażnienie. Kazał natychmiast hajdukowi odszukać sławnego, a dopiero przybyłego do Warszawy imć pana Dederkę, którego sława lekarska, zapoczątkowana w Lublinie, była ustaloną w towarzystwie warszawskiem.
Imć pan Dederko przybył niebawem, miał długą konsultację z panią Walewską — wreszcie stanął przed szambelanem z miną zafrasowaną i strzepnął bezradnie rękoma.
— Co jakże?! — badał niespokojnie pan Anastazy.
— Źle! — zawyrokował medyk.
— Ale... przecież...
— Źle, panie szambelanie dobrodzieju... niewiasta, dobrowolnie odmawiająca udziału w réunionie, — niewiasta gardząca strojem, kwitująca z zalotności, przekładająca spoczynek nad socjetę, to... to źle!...
— Kiedy bo, jegomość, nie rozumiesz!... W tem rzecz, aby choć na kilka godzin wzmocnić... aby choć przetrwała pierwszą prezentację... a potem.... może wracać!...
— Hm — hm!... Szambelanie dobrodzieju... niepodobna!... Boję się, czy to nie melancholja! A z melancholją nawet puszczenie krwi nie poradzi... bo melancholja tak dobrze rodzi się ze zbytku krwi, jak i z jej niedostatku!... Niechże tu będzie niedostatek!...
— Tedy cóż?...
— Nic — dobrodzieju szambelanie — łagodzący napój, rzeźwiące sole i czekać — niech się choroba wyklaruje... niech się objawi... wtedy my na nią obces — zaatakujemy ze wszech stron i zmożemy jejmość...
— Waszmość swoje... a mnie idzie właśnie!...
— Wiem — wiem, szambelanie dobrodzieju! — przerwał flegmatycznie medyk. — Nauka inaczej nie pozwala... Niewiasta, gardząca socjetą.... to już wszystko!... Najgorszego można się spodziewać! Boć taka, która bodaj podnieść się może, zwlec, nawet jeszcze okazji by nie zaniechała a nie dała się zakasować.
— Waszmość szambelanowej nie znasz!...
— Wrażliwa, delikatna w całokształcie, łaskotliwego pulsu, a szybkiego tętna!...
— Ja do sasa, waćpan do lasa!...
— Prawda, lecz do jednego zmierzamy celu — niepodobna, szambelanie dobrodzieju — niech w domu zostanie... i niech się choroba klaruje!...
Ten wyrok stanowczy zachwiał postanowieniem pana Anastazego. Raz jeszcze poszedł do żony — wystawił jej całe położenie, tłumaczył obowiązki ludzi, powołanych do wyższych stanowisk — wreszcie, spotkawszy się z niezachwianą opozycją, — postanowił sam ratować sytuację i zaczął się ubierać.
Po oddaleniu się szambelana — pani Walewska odetchnęła. Postawiła więc na swojem, zwyciężyła wszystkie przeszkody i uniknęła spotkania z dworem...
Gdy w kilka godzin później pokojowa zwiastowała pani Walewskiej, że szambelan już odjechał do Zamku — szambelanowę zdjęła wątpliwość, czy postąpiła dobrze, czy nie zbyt poważnie traktowała wszystkie te uprzejmości, czy dla urojonego niebezpieczeństwa nie pozbawiła się okazji oglądania wielkiego wodza w majestacie władzy, czy całe jej zachowanie nie trąciło przesadą i tchórzostwem!?... Wszak powinna była w sobie samej znaleźć dość siły do stawienia czoła zastawianym sieciom — wszak tylko od jej znalezienia się, od jej odpowiedzi zależało nadać kierunek każdej chęci zbliżenia się — gdyby ta istotnie się objawiła!...
Żywa imaginacja pani Walewskiej snuła dalej nić cisnących się jej refleksji. Czego się bała?! Czyż nie powinna była stanąć z głową podniesioną bodaj przed nim... samym i powiedzieć mu śmiało, — gdyby do tego przyszło — „tam, gdzie się zaczynają progi domowego ogniska...“ — albo lepiej — „najjaśniejszy panie, wszystko, coś raczył rzec, przyjmuję zawsze jako słowa bohatera lubiącego w łaskawości swej żartować“...
Byłoby to nierównie lepszem od tego zbiegostwa, przerwałoby to odrazu wszystkie wróżby księżnej!... A tak postawiła siebie w trudnem położeniu, kto wie, czy nie okryła się śmiesznością!...
Może te wszystkie uprzejmości były niewinną swywolą. Wszak pani Walewska znała niejednego przedtem Francuza — iluż z nich wynurzało jej swe uczucia, iluż występowało z najgorętszemi deklaracjami na to, żeby... odebrawszy przystojną odprawę... tego samego wieczora też same deklaracje powtórzyć innej!... A choćby ten hrabia Hercau — zaledwie ją poznał już pokusił się o cezarowe „vici“.
Pani Walewska była niezadowolona z samej siebie — otaczająca ją cisza drażniła ją. Wzięła do rąk jakiś romans francuski i przerzucała obojętnie jego karty — myślą goniąc wciąż jedne i też same obrazy. Chwilami jawiła się szambelanowej blada, zamyślona twarz Gorajskiego, a wraz z nią budziło się dziwne przekonanie, że ten w razie czego — potrafiłby się za nią ująć, — umiałby ją obronić.
Tę samotność szambelanowej — przerwało wejście hajduka.
Pani Walewska spojrzała nań ze zdziwieniem.
— Pan de Corvisart, lekarz przyboczny cesarza Francuzów — zaraportował hajduk.
Pani Walewska zaledwie uszom swoim wierzyła.
— Pan de Corvisart?!... Cóżeś powiedział?
— Że jaśnie oświecona pani jest chora!... Lecz właśnie pan de Corvisart — prosi o przyjęcie... powiada, że przybywa za wiadomością pana szambelana!...
Pani Walewska nie wiedziała co odpowiedzieć, — dopiero po chwili namysłu, — rozważywszy, — że pojawienie się pana Corvisart należy przypisać niespodziewanej troskliwości męża. — zdecydowała się przyjąć spóźnionego gościa.
Medyk cesarski, wprowadzony przez Baptystę do przylegającego do sypialni buduaru, powitał szambelanową wytwornym ukłonem.
— Pani daruje!... Nie ośmieliłbym się jej trudzić, gdyby nie obowiązki mego powołania!...
Szambelanowa obrzuciła niepewnym wzrokiem galony, suto haftowany frak — i nieskazitelne żaboty Corvisarta i rzekła zakłopotana.
— Nie wiem doprawdy, czemu mam przypisać pańską łaskawość... o ile wnosić mogę pan zapewne z Zamku?...
— Tak jest — z balu cesarskiego!...
— Czyż go się godziło opuszczać?
— Pani wszakże jest cierpiącą?
— Ach! Tak — lecz jest to niedomaganie, które, — pan wybaczy śmiałości, — czas leczy najskuteczniej!...
— Naszem zadaniem jest czas ten skrócać!
— Niezmiernie jestem rada, że mi danem jest poznać pana, o którego talentach tyle słyszałam!
Corvisart skłonił się, a bystrym wzrokiem przypatrując się szambelanowej. — zagadnął krótko:
— Czy wolno wiedzieć, na czem polega pani cierpienie?
— Ależ!...
— Jestem lekarzem, więc niejako spowiednikiem!... Należy mi się szczerość zupełna!... Czy nie ma febry?... W tutejszym klimacie — muszą być...
— Lecz, panie! — przerwała żywo szambelanowa. — Widzisz sam... Nie poddaję się!... Nie narzekam! Ból głowy, osłabienie ogólne — za małe nawet, aby się poczytać za chorą, a niestety, aż nadto wystarczające, aby zmusić do wyrzeczenia się, naprzykład, tak wspaniałego zebrania jak dzisiejsze! Zresztą, mam żal do męża! Przesadził w relacji — dowodem oczywistym, że pana ważył się fatygować.
— Myli się pani! Owszem, słyszałem go mówiącego o chorobie pani z cesarzem!... Przybywam tu atoli, jako lejb-medyk dworu jego cesarskiej mości!... Polecono mi zaopiekować się jej zdrowiem i zdać natychmiast sprawę... Ze swej strony poważę się dodać, że choć ta misja gwałtowna wydała mi się kłopotliwą — teraz wdzięcznym się czuję — bo dotąd nigdy tak piękną nie mogłem się poszczycić pacjentką.
Pod wpływem słów pana Corvisart — twarzyczka pani Walewskiej jęła się mienić, wargi drżeć.
Corvisart przysunął się nieznacznie do szambelanowej i, głos zniżywszy, mówił.
— Więc należy mi się szczera spowiedź. Proszę nie poskąpić słów... Całą moją wiedzę radbym skupić, aby na twarzyczce pani ani jedna zmarszczka bólu nie pozostała!...
Szambelanowa podniosła oczy na lejb-medyka i odezwała się z determinacją:
— Żąda pan szczerości — więc... jestem zdrową.
Corvisart spojrzał ze zdumieniem na szambelanowę.
— Łudzi się pani chwilowem polepszeniem...
— Nie!... Mówię prawdę!... Nic mi nie było! Na balu być nie mogłam dla przyczyn... których nie umiałabym bliżej określić, odwołuję się do pańskiego honoru... prawdę wyznałam lekarzowi...
Pani Walewska umilkła nagle i spuściła oczy. Na jej długich jedwabistych rzęsach błyszczały krople rosy.
Corvisart zasunął brodę w głąb halsztuka.
— Potwierdziła pani moje domysły! — Choć mąż jej tak szeroko rozwodził się nad cierpieniami pani...
— Był wprowadzony w błąd przezemnie!
— Teraz, doprawdy, nie wiem co sądzić — więc nie szambelan wpłynął na to upozorowanie?...
Pani Walewska podniosła się z miejsca.
— Mimo całego zachowania, jakie mam dla jego osoby — muszę zaniechać dalszych odpowiedzi na pytania!...
Corvisart podniósł się niechętnie za szambelanową i zauważył oschle.
— Żałuję! Zdawało mi się, iż jestem na drodze do wykrycia rzeczywistych cierpień, które z ciałem nie mają nic wspólnego!...
— Tym zdrowiej czasem, — gdy pozostają w ukryciu!
— Wątpię! Nie śmiem rościć pretensji do zaufania — a za te, które mi pani raczyłaś okazać, wdzięcznym być umiem... Jako lejb-medyk dworu jego cesarskiej mości — mam zaszczyt stwierdzić ogólne osłabienie, połączone z lekkiem przeziębieniem, a wymagające bezwarunkowego wypoczynku — a równocześnie poważę się zapewnić o podziękowaniach, jakie mi pani wyraziłaś za łaskawą pamięć cesarza i troskliwość!... Czy tak?...
— Stokroć panu dziękuję!...
— Corvisart nie taki nieużyty i nie taki zły... Druga auskultacja, jeżeli będzie żądana, pójdzie o wiele łatwiej!...
— Radabym się panu czem odwzajemnić....
Corvisart potrząsnął głową.
— Tylko zaufaniem w danym wypadku! Niech panią nie dziwi moja szczerość... Przyszedłem tu nie bez złośliwej myśli, — wychodzę onieśmielony! Znam dwór, znam ludzi!... Oglądam codzień i takie rany, które nie krwawią!... O pani mówiono mi wiele — nie wierzyłem, dziś się korzę. Najprzyjemniejszą chwilą z dzisiejszego balu będzie dla mnie rozmowa z panią!...
Corvisart skłonił się i zabierał do wyjścia.
— Jeszcze słowo! — odezwała się niespodziewanie szambelanowa.
— Rozkazuj pani!
— Gdyby forma pozwalała panu opuścić wyrażenie podziękowania mojego za pamięć i troskliwość — byłabym niezmiernie obowiązaną... bo dla mnie... bo...
— Rozumiem! Właściwie trudno to będzie... wyrazy te dodaje się nawet wówczas, gdy ich nie było wcale. — Lecz postaram się albo je pominąć, albo sprowadzić do najpospolitszego frazesu!...
Po wyjściu Corvisarta — szambelanowa nabrała otuchy. Ten niespodziewany sprzymierzeniec dodał jej odwagi, pomimo, że swojem przybyciem stwierdził raz jeszcze wszystkie obawy szambelanowej.
Pan Anastazy powrócił do domu już dobrze po północy — zrzucił z siebie balowy strój, wdział puchowy szlafrok, a dowiedziawszy się od kamerdynera, że pani czyta jeszcze w gotowalni — podreptał do żony z relacją.
Szambelanowa, na widok męża, starała się przybrać wyraz bezsennością trawionej — lecz pan Anastazy ani myślał troszczyć się o zdrowie żony. Cały zdawał się być zajęty samym sobą, o sobie chciał mówić, dla swych myśli znaleźć potwierdzenie.
— Żałuj — żałuj żeś nie była!... Stokroć żałuj — bo jest czego. Widziałabyś — przekonałabyś się na własne oczy... Małachowski aż zęby zaciskał, a Wybicki chodził koło mnie i zagadywał i wdzięczył się! Przyszła kreska!... Dobrze im tak! Oho! To dopiero początek! Przypomnę im się jeszcze i nie raz, a dobrze!... Oni sobie imaginowali, że ja szambelanikiem byłem... że niby tam jakiś tytuliku chciwy szlachciura ambitnik! Zawsze szczuli na mnie, a kłóć chcieli... Zobaczymy!...
— Jakże było?...
— Wspaniale!... Jak nabił!... Cesarz, łaskaw, zagadywał do rozmaitych, co mu Poniatowski podpowiadał!... Dopiero, jak mnie spostrzegł, skinął na Poniatowskiego i mówi. Sumituję się. On patrzy na rękę moją i powiada: — Masz tabakę szambelanie? — Tak jest, sire! — odpowiadam i podaję. Cesarz wziął szczyptę, zażył, strzepnął palcami i, spojrzawszy na tabakierkę — powiada: — Osobliwa jakaś! — Dar nieboszczyka króla jegomości! — odparłem. — Tak, pozwolisz, że i ja cię obdarzę tabakierką!... — Chciałem dziękować, ale cesarz dał znak tylko Durocowi i zasypał mnie pytaniami. Ledwie starczyłem z odpowiedziami. Ilu mam synów, ilu wnuków, gdzie przebywałem po najściu pruskiem, czy mnie nie skrzywdzono w czem... Mówię ci, nie pospolity człowiek — gdyby nie znajomość dworu i nie obycie, zmieszałby mię odrazu!... No... co tu długo mówić — zamysły ma szerokie! Wspominał pokilkakroć, że znajdujemy się u wrót nowego, szerszego życia, że teraz czas by, po latach bezczynności, silnem ramieniem chwycić ster!... Mówił długo. Wszystkiego nie powtórzę, bo snadnie mogłabyś się wymówić... Obawiam się nawet, żeby kto nie podsłuchał!... A Gutakowski kręcił się w pobliżu i uszami strzygł — lecz co się zbliży, to cesarz głos przytłumia!... Ale, w końcu pyta się: — „a gdzież żona pańska?“ Wytłumaczyłem — a cesarz na pana de Corvisart i mówi: — „odwiedź natychmiast panią szambelanowę Colonna-Walewskę i donieś mi, jak jej zdrowie!“ Naturalnie dziękowałem — a on tylko uśmiechnął się łagodnie i... i... po ramieniu mnie poklepał! Rozumiesz!... W sali zdumienie!... Poklepał mnie tak sobie... zwyczajnie... o tu... — tu!...
Szambelan podniósł się na palcach, stuknął tabakierką, a spojrzawszy na obojętnie słuchającą go żonę — dodał po małej pauzie.
— Rozmawiałem wczoraj z panem de Périgord. Hm!... Trzeba będzie mocne stawiać fundamenty, — aby nam lada gwałtownik się nie wtrącał!... Rząd stanowi i koniec! Subordynacja w wojsku — subordynacja w służbie publicznej, subordynacja wszędzie!... Patrz, co się działo we Francji! Ludwika ścięli, szlachtę wymordowali, rewolucja, konwenty, dyrektorjaty, aż Bonaparte rękę położył i dobrze... On rządzi, a właściwie ministrowie, i jest ład, kwitnie — wszystko jest!... I tu tak będzie!... Nikomu folgi. Mało się nieboszczyk król nawzdychał, a nawyrzekał na tych rozmaitych reformatorów!... Pamiętam jak dziś, powiada do mnie!... — Niech mi czapkę ziemi dadzą na królowanie, a resztę niech biorą!... — Najlepszy człek! Dowcip, rozum, metaforami sypał — a obiady czwartkowe w Łazienkach! Czasem księgi pisz!... Rygor musi być i będzie!
Pan Anastazy syknął nagle i jął nacierać stężałe kolano, poczem, znów wróciwszy do równowagi — ku żonie zerknął i zapytał:
— A cóż ty na to?
— Ja? owszem, tylko nie wiem, o czem właściwie mówisz?
Szambelan zacisnął usta i roześmiał się ironicznie.
— Moja wina!... Zapomniałem, że acani do innego narodziłaś się życia — wielki świat nie wypleni tego, co zaścianek zaszczepi!
— Ależ, pozwól — mówiłeś tak zawile...
— I coraz zawilej będę mówił! — odparł opryskliwie szambelan. — A pani radzę akkomodować się — lada czego nie powtarzać!... Cieszę się teraz z tego, że cię dziś nie było na przyjęciu bardzo się cieszę!... Dąbrowszczycy tylko czyhają, żeby coś pochwycić!... Tego im trzeba było!...
— Masz dziwny sposób prowadzenia rozmowy!...
— Cha! Zapewne! I niezrozumiały!... Wiem o tem — wiem!... Dosyć tego!... Jutro zapowiedziała się pani de Vauban! Przyjmiesz ją z godnością, lecz bez skwapliwości! Potrosze wymuszenie — owszem — to im się należy!... Choć zawsze bądź w tonie i manierze. Blacha kroi na pakt ze mną!... Tymczasem można — skupia się środki, zmaga wspólnego nieprzyjaciela, a potem dopiero czas na wspólne rozrachunki!... Najpierw z Dąbrowszczykami — precz!... Imć pan Wybicki nie długo będzie się tu konsolował!...
— Czyżby cesarz chciał się go pozbyć?...
— Cesarz, — ja chcę!...
Pani Walewska spojrzała niepewnie na męża.
Szambelan, uniesiony własnemi słowy, oczy zlekka przymrużył i, kołysząc się na obcasach, zdawał się chwytać echo swego odezwania które ostatniemi dźwiękami drżało w kryształowych puharach, zdobiących sekretarkę w gotowalni.
— Pojutrze będziemy u Talleyranda — a za tydzień, za dziesięć dni wydamy bal!...
— Bal — u nas?
— Bal — powiedziałem!... Bal reprezentacyjny!... Nie wiesz? Nie znasz? zajmie się nim księżna!...
Szambelanowa, zaskoczona tem niespodziewanem postanowieniem — chciała pytać o szczegóły, — lecz pan Anastazy przesłał jej ręką hałaśliwy pocałunek i, krzywiąc się pobłażliwie, podreptał do swoich pokoi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.