Pani Walewska/Tom I/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


V.

Pałac Brühlowski gorzał, bił potokami świateł, rzucając oślepiające łuny na ciemń Saskiego Dziedzińca. Do podjazdu pałacowego od godziny już przesuwał się nieprzerwany korowód karoc, landar i sani, wyrzucając na dywanami zasłane schody tłumy, spowinięte szubami, deljami, opończami, omotane dziwacznymi szalami, okryte wojskowymi płaszczami. Niekiedy z pod niedość szczelnego okrycia wychylił się na okamgnienie rąbek bogatej szaty, lśniącej, puszystej, niekiedy odchylona klapa płaszcza ukazała skrawek gwiazdy orderowej — wywołując szmer ukontentowania pośród tłoczącej się gawiedzi. Czasem z barwy woźniców i strzelców, z maści koni, z herbów na landarze, gawiedź odgadywała jadących, poznawała, i wówczas nazwisko padało, biegło z ust do ust — raz wymawiane ze skupieniem uwagi, z pełnem szacunku zapatrzeniem, to znów z ironicznym szmerem, z szyderczym rechotem, czy tylko z obojętnem skrzywieniem ust.
Goście przybywali coraz tłumniej, coraz huczniej, coraz śmielej pukali woźnice z batów, coraz skwapliwiej stojąca u podjazdu służba biegła do drzwiczek, coraz szerzej rozwierały się drzwi u wejścia do pałacu.
W szatni, na dole, ruch panował nieustający, potęgujący się. Tam z bombiastych salop i zamaszystych okryć dobywały się roje powłóczystych, szeleszczących, drogimi kamieniami zroszonych szat — złotem i srebrem haftowanych mundurów, mieniących się kolorami fraków.
Z szatni, po ostatnim przeglądzie stroju w zwierciadłach przedsionka — goście wstępowali na szkarłatem wyłożone schody, — u szczytu których stał uśmiechnięty, wyświeżony, sypiący bez wytchnienia uprzejmemi powitaniami gospodarz balu, pan Talleyrand de Périgord, książę Benewentu.
Talleyrand właśnie tym balem rozcinał węzeł gordyjski karnawału, usuwał wahanie się Poniatowskiego i zakłopotanie ministra dworu, Duroca.
Życzeniem cesarza było dać się poznać bliżej szerszym kołom ówczesnego towarzystwa warszawskiego, nadać swemu pobytowi nad Wisłą uroczysty charakter, a sąsiadów w zdumienie wprowadzić majestatem cesarskim. Po kilku prezentacjach na Zamku, ograniczonych raczej do krótkich, zbiorowych audjencyj — za najlepszą okazję uznano bal — ale wynikły niespodziewane trudności.
Napoleon mieszkał w Zamku, lecz znów książę Józef był prawie pod Zamkiem i niemal, że w nim gospodarzył. Cesarzowi więc nie wypadało odgrywać roli pana domu, zwłaszcza, iż Zamek, według dyplomatycznego orzeczenia gabinetu przybocznego, mógł zanadto wielkie nadać przyjęciu znaczenie. — Poniatowski zaś nie mógł spraszać na bal tam — gdzie przebywał panujący. Nie dość na tem — wyszukanie bardziej obojętnego miejsca było jeszcze trudniejszem — gdyż choć Warszawa posiadała moc nieprzebraną magnackich siedzib, zdawna nawykłych do goszczenia nawet ukoronowanych, lecz z chwilą wkroczenia Francuzów — siedziby te wypełniono kwaterami marszałków, generałów, wyższych oficerów i urzędników dworu cesarskiego, a że nadto zjazd obywateli i szlachty się zwiększał, a zajazdów było mało — więc kto mógł tylko, to protekcji szukał, dawnym względom się przypominał i bodaj o komnatkę w pałacu się przymawiał. Było więc komu wydać bal, lecz nie było gdzie.
Trudności te rozstrzygnął Talleyrand, który, wprowadziwszy się do kwatery Davousta, mieszczącej się w pałacu Brühlowskim, przyjął na siebie rolę gospodarza, a łącząc w swej osobie godność pierwszego ministra, dla jednych podnosił znaczenie balu do wartości oficjalnego przyjęcia, dla drugich mógł go zredukować do zwykłej uprzejmości towarzyskiej, zaszczyconej obecnością cesarza.
Warszawa nie zastanawiała się wówczas nad dwuznacznością tego wszystkiego — podążyła tłumnie do pałacu Brühlowskiego, byle nie zaniechać sposobności zbliżenia się do Napoleona.
Kto mógł trafić tylko, bodaj przez dziesiątą osobę, do księcia Józefa, do którego z przedstawicieli rządu tymczasowego, do osoby mającej jakie takie znajomości między generalicją — ten na bal się napraszał, wypominał dawne swoje pozycje i znaczenie, i zabiegał byle go nie pominięto.
Talleyrand był łaskaw bardzo — zebranie, sprowadzone do przyjęcia u ministra, nie wymagało ani tak surowego doboru, ani takich ograniczeń, jak bal cesarski — zaproszeń więc rozesłano tyle, ile pałac mógł zmieścić — dachem swym objąć.
Zjeżdżały się tłumy.
Talleyrand w nieskazitelnie czerwonym fraku ze złotymi haftami, ze szkłami w jednej ręce, a z chustką wyperfumowaną w drugiej, składał ukłony, zamieniał uśmiechy, odpowiadał protekcjonalnie na pozdrowienia, których czasem nie rozumiał, gdyż recytowano je niekiedy po polsku — a co chwila zwracał się do stojących za nim kilku panów, poleconych mu przez księcia Józefa, dla udzielania objaśnień i przypominania nazwisk.
Książę Benewentu był niezmordowany. — Od godziny już kłaniał się, witał — a tu dopiero teraz należało zdwoić uprzejmość, ile, że zjeżdżać się zaczęli coraz więksi dostojnicy, a tytuły książęce i magnackie nazwiska na prześcigi szły ze sobą.
Nareszcie już i ta najpotężniejsza fala przepłynęła.
W salonach był już książę Borghese, Poniatowski, Murat, Davoust, Małachowski, Maret i całe rodziny Potockich, Radziwiłłów, Gutakowskich, Wojczyńskich, Sobolewskich, Łubieńskich, Moszyńskich, Krasińskich, Tyszkiewiczów i Ossolińskich.
Zwarte szeregi oficerów gwardji, które u wejścia na salę stały, aby tem lepiej przyjrzeć się słynącym z piękności Polkom — zaczęły się przerzedzać.
Pan de Talleyrand coraz niespokojniej poglądał ku drzwiom podjazdu, lecz te otwierały się już teraz bardzo rzadko.
Jeden ze stojących obok Talleyranda kawalerów — ośmielił się zagadnąć ministra.
— Zdaje się, że są już wszyscy! Czy mości książę nie rozkaże wysłać kurjera do Zamku?...
Talleyrand skrzywił się niecierpliwie i odrzekł:
— Nie trzeba — jeszcze musimy zaczekać!
Kawaler cofnął się ku towarzyszom i zaczął z nimi szeptać — pan de Périgord zaś wsparł się o boczną balustradę i zapadł w zadumę, wodząc machinalnie oczyma po zczerniałych freskach przedsionka, zatartych herbach i cyfrach, jarzących się świecznikach, sznurach wyciągniętej służby.
Na tem zamyśleniu pochwycił pana de Périgord książę Bassano.
— Czy najjaśniejszy pan już zawiadomiony?...
Talleyrand wzruszył ramionami.
— Wiesz pan przecież, że jeszcze nie przyjechała!...
— A jeżeli nie przyjedzie wcale?...
— Nie mam jeszcze stanowczej odpowiedzi — jedna z pań pojechała właśnie!...
— Ależ to zakrawa na śmieszność, żebyśmy wszyscy wyczekiwali na jakąś tam gąskę!...
Pan de Périgord roześmiał się ironicznie.
— Cóż pan chcesz — cesarz wyraźnie rozkazał, żeby mu dać znać dopiero wówczas, kiedy ona przyjedzie... a gdyby jej się podobało przybyć wcześniej, to zawiadomić natychmiast!...
— Dzieciństwo! W ten sposób może się jej w głowie przewrócić! Dziwię się Durocowi, iż nie przełożył, nie wytłumaczył... Zwróci to uwagę! Cesarzowa będzie żywiła urazę!.. Ledwie z Eleonorą się skończyło!...
Talleyrand strzepnął niecierpliwie palcami.
— Mnie pan tego nie potrzebujesz przypominać! — odparł porywczo, tracąc nagle swą dworacką flegmę. — Takie sprawy załatwiać się powinno przez lokajów, a nie dziwowisko robić i zmuszać innych do brania w niem udziału!...
Książę Bassano spojrzał dziwnie na pana de Périgord — ten ostatni pośpieszył złagodzić swoje odezwanie.
— Właściwie idzie mi tylko o Warszawę. Powiadam panu mało jeszcze kto wie.
Dyplomaci obrzucili się wzrokiem pełnym nieufności i umilkli.
Między Talleyrandem i księciem Bassano zapanowało nieznośnie przykre milczenie. Nienawidzili się, nie znosili, a jednak musieli ciągle ze sobą przestawać, porozumiewać się, opracowywać papiery i całemi godzinami wystawać na posłuchaniu u cesarza. Pierwszy, dawny panek, biskup nawet, szlachcic, który w pogoni za władzą umiał przywdziać maskę republikanina, niecierpiący z dnia na dzień coraz więcej swego mocodawcę i pana, nie mógł znieść widoku wyrastających dookoła siebie potentatów; — drugi zaś, niedawno tylko pan Maret, a teraz już „Duc“, oddany Napoleonowi, nie mający ani cienia dwulicowości Talleyranda, szukający nawet w dyplomacji dróg uczciwych, osobistą zasługę stawiający ponad rodowe tradycje — nie cierpiał tych karjerowiczów szlacheckich, co niewytrwali w swem hardem przywiązaniu do Bourbonów, którym starczył pierwszy festyn cesarski aby przywdziać dworskie fraki... Książę Bassano był tym właśnie, który podsunął Napoleonowi pamiętne zdanie o szlachcie francuskiej: „Chciałem zrobić z nich generałów i marszałków, lecz oni woleli być moimi lokajami“. Bassano do takich właśnie zaliczał i Talleyranda, jeno uważał go za niebezpieczniejszego, za szkodliwszego, a już jego odezwań lekceważących cesarstwo znieść nie mógł. Stąd częste sprzeczki, odbijające się niekiedy aż o drzwi gabinetu cesarskiego, stąd walka nieustanna, zażarta, często z uśmiechem na ustach, stąd współzawodnictwo i wzrastająca z dniem każdym nienawiść.
Po długiej chwili, książę Bassano, uważając, że coś przecież powiedzieć trzeba, bodaj dla przyglądającej się ciekawie galerji sług i kawalerów polskich, pomagających Talleyrandowi w czynieniu honorów — rzekł od niechcenia:
— Książę Poniatowski będzie towarzyszył cesarzowi przy obchodzie osób?...
— Niewiadomo!... Duroc będzie wiedział!
— Nie wątpię! Lecz tu trzebaby koniecznie wysunąć Wybickiego... towarzystwo niejednolite! Książę nie u wszystkich ma mir!
— Nie wiem, co pan widzisz w tym Wybickim! Łączą pana, o ile wiem, stosunki przyjaźni, lecz z tem trudno się liczyć, jeżeli idzie o dobro!...
— Zapomina pan o życzliwości, okazywanej Wybickiemu przez cesarza!
— Najjaśniejszy pan jest też czasem za dobry!... Niekiedy wyróżnia ludzi, idąc za pierwszym popędem serca... i nie zawsze szczęśliwie!...
— Musisz pan to mówić z głębokiego przeświadczenia! Tu nie mogę przeczyć!
Talleyrand zrozumiał przymówkę.
— Ani ja, patrząc na pana.
Bassano poczerwieniał i miał odwzajemnić się Talleyrandowi, lecz ten, postrzegłszy we drzwiach wchodowych damę — skłonił się Maretowi i ruszył ku damie.
Dama nieco staroświeckim dygiem odpowiedziała na powitanie pana de Périgord i pochyliła się ku niemu.
— Jakaż odpowiedź?
Dama zasłoniła usta wachlarzem, przymrużyła oczy i wyrzuciła z przejęciem.
— Jedzie!...
— No, przecież! Nie wiedziałem, co czynić! Księżna rozumie!...
— A, co ja przeszłam! Anastazy całej swej powagi musiał użyć....
— Kto taki?...
— No... brat mój — mąż!...
Talleyrand uśmiechnął się sarkastycznie. Księżna pogroziła wachlarzem.
— Ej, panie ministrze, proszę nie żartować!..
— Ach, cóż znowu! Tylko pan Anastazy...
— Nie wolno być złośliwym! Należy mi się podziękowanie!...
Talleyrand ujął księżnę za rękę i złożył wyrazisty pocałunek.
— O, nic z tego — nic! Gdybym była o dziesięć lat młodszą wystarczyłoby bezwątpienia!
— Tem gorzej dziś dla mnie, że już nie starczy!...
— Teraz rozumiem, dlaczego nazywają cię sułtanem!
— Pani wierzy?...
— Wierzę, bo sama odczuwam, jak odrazu usidlasz! — Księżna w tem miejscu westchnęła z takiem przejęciem, że aż pokład pudru osunął się jej z twarzy, zaczem dodała, zniżając głos: — Tylko... panie ministrze, „lansuj“ ją... lansuj koniecznie!...
— Ależ księżno...
— Nie wymawiaj się! Odezwij się dobrze!
Talleyrand roześmiał się serdecznie.
— Więc pani widzisz w niej kandydatkę na panią Pompadour?... Jak wy nie znacie cesarza!...
— Tak, lecz przecież!...
Talleyrand objaśnił szeptem:
— Szukacie subtelności uczuć, głębi, ideałów! Wiesz, księżno, kogo on kocha? Siebie, a potem... Widziałaś pani u podjazdu tych dwóch gwardzistów — on ich także kocha... ale wtedy, gdy na jego skinienie konają na polu bitwy!...
— Okropne! — przyświadczyła księżna.
— Lecz niestety, prawdziwe!
— Jednak zawsze czegoś spodziewaćby się można?...
— Zapewne!...
— Więc nie odmawiajże jej pan pomocy!
— Hm! Zależy! Jeżeli będzie umiała być rozsądną, chociaż z góry uprzedzam, że to w szerszem rozumieniu, daremny zachód!... Nie da się tego bliżej wytłumaczyć! Miewa fantazje! Nie znosi oporu! Po za tem, nawet nie sili się na zachowanie pozorów!...
Pan de Périgord westchnął. Księżna zasmuciła się szczerze.
— Pan mnie przerażasz! Nie dziw się, proszę, memu zaniepokojeniu... wypada mi tak bliską krewną!...
— Ach, rozumię doskonale! — odparł ze współczuciem Talleyrand. — Niech mi księżna wierzy, przez samo zachowanie dla twej osoby postaram się oszczędzić jej goryczy...
— Jestem nieskończenie wdzięczną!...
— Będę pamiętał jakby o moją córkę chodziło!... Byle była rozsądną!!...
Księżna uścisnęła z przejęciem rękę ministra i chciała mu dziękować jeszcze — gdy w głębi przedsionka powstał lekki ruch służby, a w ślad za nim ukazała się pani Walewska z mężem. — Talleyrand przyłożył szkła do oczu i jął z miną znawcy przyglądać się szambelanowej, każdy jej ruch, każdy załam powłóczystej sukni w lot chwytając.
Księżna ledwie ukryć mogła wzruszenie.
— A to nie do darowania! Go za dziwactwo! Prosiłam... błagałam... — Sama sobie winna.. sama!...
Pan de Périgord nie zdążył podzielić konfuzji księżnej. Szambelanowa z szambelanem powitali go już ukłonem. Talleyrand wykrztusił jakiś niezrozumiały komplement i podał ramię pani Walewskiej — szambelan zaś księżnie.
Ruszono do sali.
Księżna trzepotała gwałtownie wachlarzem, pan Anastazy krztusił się zlekka i lewą ręką poprawiał orderową wstęgę.
Minister zamieniał z panią Walewską urywane, banalne zdania.
Wszyscy zdawali się być wzruszeni, niepewni.
W samym progu sali księżna pochyliła się ku bratu i szepnęła ze drżeniem w głosie, wskazując zlekka na idącą przed nią szambelanowę.
— Jak mogłeś pozwolić!?...
Pan Anastazy zmarszczył czoło z talią desperacją, że aż peruka mu się kiwnęła i odpowiedział głosem zbolałym:
— Uparła się!... W ostatniej chwili!... Za nic!...
— Ależ to kompromitacja!... W takim stroju!...
— Byle na przekór!... Byle na złość!... Gdyby nie obowiązek... wyrzekłbym się...
— Lecz co ludzie powiedzą!? — wybuchnęła księżna Jabłonowska.
W odpowiedzi na ten wykrzyknik — z otwartych drzwi sali zaczął iść długi, przeciągły szmer. Szmer dziwny, niezrozumiały, który nawet Talleyranda tak dalece onieśmielił, że stracił zwykłą swą pewność siebie i zdawał się mieć minę ofiary, skazanej na pełnienie najprzykrzejszych obowiązków, uginającej się pod ciężarem sprawiedliwego spojrzenia dotkniętej opinji.
W natłoczonej sali szmer wzrastał. Złotem haftowane, a szamerowane srebrem mundury rozstępowały się, różnobarwne fraki i skrzące się od brylantów suknie usuwały się na stronę — oczy wszystkich zwróciły się na szambelanowę. Najbardziej zajęci rozmową wykręcali głowy w stronę, kędy, prowadzona przez Talleyranda, szła pani Walewska.
Zaciekawienie to, zainteresowanie było mimowolnem.
Pani Walewska bowiem jawiła się niby kontrast wszystkiego, co w lśniącej, a ociekającej przepychem sali miało stanowić pyszną dekorację majestatu, co miało być tłem potęgi bonapartowej, wyrazem dostojeństwa, co było miarą piękna! Pani Walewska ważyła się rzucić rękawkę i modzie, i wymogom dworskim, i pojęciom dobrego tonu, i radom potężnego Jouberta, i wskazówkom księżnej i życzeniom męża. Pani Walewska na bal u ministra, na bal cesarski bez mała, przybywała w białej, tiulowej sukni, prawie dochodzącej pod szyję, nie ozdobionej żadnem spięciem, żadnym żywszym kolorem, żadnym kamieniem! Ani jednego zawilszego węzła gęstych splotów na głowie, ani jednego kwiatu u gorsu, ani jednego pierścionka na ręku, prócz gładko kutej obrączki ślubnej.
Pani Walewska w tym stroju, z głową ku ziemi pochyloną, wydawała się kopciuszkiem, panną wyciągniętą z zakamarków garderoby na dziwowisko wielkiego świata.
Szmer w sali przeszedł stopniowo w hałaśliwy rozgwar — pierwsze strzały złośliwych uwag padać zaczęły — ironiczne uśmiechy zarażały już najpowściągliwszych, gdy Talleyrand, postrzegłszy idącego naprzeciw, księcia Bergu, zatrzymał się na środku sali.
Murat zbliżył się z wymuszoną grzecznością:
— Ach! Zdaje się, że pani Walewska?!... przedstawże mnie, proszę, panie ministrze!...
Pan de Périgord wyrzucił pospiesznie tytuły szwagra cesarskiego.
Murat skłonił się lekko i jął pobłażliwie mierzyć postać szambelanowaj, cedząc wyraz po wyrazie.
— Dawno szukałem sposobności... poznania... bardzo miło... O ile wiem...
Pani Walewska podniosła głowę, rumieniec trysnął na jej białą twarzyczkę.
Murat urwał zdanie, poglądając ze zdumieniem na szambelanowę. Zdumienie marszałka udzieliło się otoczeniu.
Pani Walewska, teraz, gdy stała z głową odchyloną, gdy pozwalała badać głębie swych ciemno szafirowych, spłoszonych oczu, gdy białością ramion walczyła o pierwszeństwo ze śnieżną swą szatą, gdy każdem drgnieniem powiek, każdą linją klasycznie rzeźbionych rysów, każdą niewymyślną fałdą sukni wiała szlachetną dumą, a biła prostotą, zdawała się być boginią zstępującą do śmiertelnych, jutrzenką gaszącą wszystkie błyski gwiazd, promieniem dnia, wpadającym między czerwone światła lamp.
W sali powstał znów szmer — lecz przeciągły, cichnący.
Tłum mundurów i fraków otoczył szambelanowę, słowa pochwały, zachwytu zrywały się coraz śmielej.
Pani Walewska tymczasem zdobyła się na kilka wyrazów odpowiedzi dla Murata — zaczem, palona spojrzeniami, mieniła się na twarzy, poglądała z trwogą, szukając zda się, miejsca, wolnego od natrętnych ócz, a niby mówiąc — przecież niczem nie starałam się wdzięków podnieść, pragnęłam odwrócić waszą uwagę skromnością mej szaty, brylanty skrami nie znaczą mych rąk, nie bramują szyi, nie przepasują warkoczy, nawet kwiatu nie wzięłam, cóż was jeszcze wabi, co pociąga, co zastanawia, że mi przejść wzbraniacie.
Pan de Périgord, który nie zdawał sobie sprawy ze zmiany wrażeń, zachodzącej na sali, a który dotąd zachował w pamięci, że prowadzi damę, wystrychniętą na parafjańskiego podlotka — skorzystał z milczenia Murata i, przeciskając się przez tłum mundurów i fraków, poprowadził panią Walewskę do kanapy w rogu sali. Zaczem skłonił się szambelanowej i odszedł, pozostawiając ją znów na opiece pana Anastazego i księżnej Jabłonowskiej. Ta ostatnia, ciągle jeszcze dysząca zgrozą urażonej mody i zadraśniętej ambicji, nieomieszkała wyjaśnić pani Walewskiej swego nieukontentowania.
Ma chére! Postawiłaś na swojem!... I patrz, co się dzieje!... Oczu podnieść niepodobna!... Chciałaś chyba dowieść, że nie masz wyobrażenia o dworskiem zebraniu! Daruj, ale to boli...
Szambelanowa odwróciła głowę ku księżnie i odrzekła spokojnie.
— Nie wiedziałam, że aż tak wielką przykrość sprawię!...
Księżna obrzuciła badawczem spojrzeniem twarzyczkę pani Walewskiej i dodała łagodniej.
Kto nie ma experjencji światowej, powinien słuchać starszych!... A, mój Boże, tak by ci w szafirowem było do twarzy!...
W pani Walewskiej ozwała się nagle mimowolna za lotność.
— Więc istotnie tak strój mój razi?...
— Bezwątpienia! Chociaż... jesteś dziś bardzo dobrze — ale, jakbyś ty wyglądała! Jakbyś mogła wyglądać — a tak, niewiadomo! Talleyrand był skrzywiony! Uważałam! Wątpliwa rzecz, czy będziesz mogła być przedstawioną cesarzowi!...
— Czyż tak!? — przerwała z ukontentowaniem szambelanowa.
Księżna spojrzała surowo na bratowę.
Marie! Pamiętaj choć na Anastazego! Ach! pan hrabia Hercau!... Witam! Marie! Pozwól...
— Miałem szczęście poznać! — ozwał się hrabia, składając wyszukany ukłon. — I dlatego pozwalam sobie prosić o pozwolenie przedstawienia paniom jednego z młodych oficerów gwardji, kawalera Bertrand!...
— Proszę bardzo! — przyzwoliła księżna.
Hercau skinął na stojącego w pobliżu porucznika.
Szambelanowa uczuła na sobie wyraziste spojrzenie Bertranda, słyszała zamaszysty brzęk ostróg, odpowiedziała machinalnie na zwrócony do niej komplement i już chciała odetchnąć swobodniej, rada, że uwolniła się od pustej ceremonji — gdy za Bertrandem stanął Montbrun, za Montbrunem Drouot, za Drouotem Milhaud, za Milhaudem Flahaut! — a potem już mundur za mundurem, frak za frakiem cisnął się ku pani Walewskiej.
Szambelanowa ledwie ukryć mogła pomieszanie, onieśmielenie — z wysiłkiem słuchała rubasznych niekiedy, a często mocno przesadzonych czołobitności, a od czasu do czasu obrzucała sunącą ku niej gromadę wzrokiem strwożonym i jakby pytać się chciała — za co, dlaczego mnie pod tym pręgierzem stawiacie. Nadomiar, księżna podczas tych hołdów jeszcze znajdowała okazje do westchnień i cichych przypomnień.
— Widzisz!... A coby to było dopiero... Patrz na Gutakowską, na Lubomirską... aksamity... tylko aksamity dzisiaj! A Sobolewska ze swoim djademem w kąt by poszła! Biedny Anastazy... powiadam ci, znać, że cierpi!...
Nareszcie gromada mężczyzn zaczęła rzednąć nieco dookoła szambelanowej — już teraz co starsi a przedniejsi sunęli z powitaniem.
Księżna atoli dzielnie wyręczała panią Walewskę i prawie, że na swe barki wzięła cały ciężar odpowiedzi, które już musiały być i randze przystojne i stanowisku odpowiednie, i rodowi, a zasługom prezentującego się równoznaczne.
Jeden hrabia Hercau i porucznik Bertrand nie opuszczali zajętych stanowisk przy szambelanowej i naprzemiany zwracali się ku niej, starając się podtrzymać rwącą się rozmowę.
— Byłem zdesperowany! — zaręczał piskliwym głosem hrabia Hercau. — Straciłem prawie nadzieję, że pani raczy przybyć!...
— Nie pojmuję pańskiej desperacji!...
— Lecz ja ją odczuwam! — wtrącił się Bertrand — a że nie dzieliłem jej, to jedynie, że po raz pierwszy mam honor widzieć panią szambelanowę.
— Powiedz, poruczniku, nietylko widzieć, lecz i podziwiać!...
— Pan hrabia nadto uprzejmy!
— Raczej skąpy w wysłowieniu! — poprawił Bertrand.
— O, mój poruczniku, czyż nie wierzysz w chwile, gdy nadmiar sentymentu więzi wyrazy?...
— Jaknajmocniej — a pani szambelanowa?...
— Mniemam, że pan hrabia ma tylko skłonność do wartkich duserów!...
— Na honor, pani szambelanowo! — zaprzeczył Hercau. — Nigdy nie byłem więcej szczerym!...
— Powinnam być złośliwą!...
— Racz pani wysłuchać! Jeden z najsławniejszych illuminatów w księdze mego życia wyczytał, że wzejdzie dla mnie chwila, w której kobieta oczaruje mnie... olśni... porwie... do rydwanu swego przykuje aż po ostatnie dni!... Dotąd wątpiłem o prawdziwości przepowiedni, dziś się przed nią korzę!...
Szambelanowa nie próbowała nawet odpowiedzieć na to wyszukane wyznanie.
Bertrand spojrzał niechętnie na hrabiego, a chcąc zdobyć nad nim przewagę, ozwał się z ukłonem do pani Walewskiej.
— Czy mogę prosić o zaszczyt odtańczenia ze mną kadryla?...
— Sama nie wiem właściwie...
Na wyrazistej twarzy Bertranda odbiło się szczere zasmucenie.
— Byłoby to dla mnie szczęściem!...
— Ach, moja bratowa tak mało tańczy! — wmieszała się nagle księżna, która mimo prowadzonej rozmowy, podchwyciła prośbę porucznika.
— Gdyby jednakże!? — nalegał Bertrand.
Księżna trąciła nieznacznie panią szambelanowę.
— Bardzo wątpię, panie oficerze!...
Szambelanowa pobladła zlekka i niespodziewanie ozwała się do skonfundowanego Bertranda.
— Wszak do kadryla?... Przyjmuję!...
Porucznik zadzwonił ostrogami i spojrzał z triumfem na skonfundowanego Hercaua.
Księżna ledwie ukryć mogła swą alterację. Widać było, że chce jakieś słowo rzucić szambelanowej, lecz ta udała tak zajętą rozmową z Bertrandem, że księżna musiała wyrzec się tej myśli.
Było to wszakże nad siły księżnej Jabłonowskiej, spostrzegłszy więc stojącego w pobliżu brata, dała mu znak wachlarzem, a gdy ten się zbliżył, rzekła stroskanym tonem.
Mon chér! Obawiam się o Marysieńkę! Wszak doktór Corvisart zalecił wystrzeganie się... będzie tańczyła kadryla!... Właśnie porucznik Bertrand był łaskaw prosić!...
Zanim szambelan zdążył odpowiedzieć, porucznik, usłyszawszy swe nazwisko, odwrócił się ku niemu i, wyciągnąwszy rękę do pana Anastazego, zarekomendował się uroczyście.
— Bertrand — adjutand sztabu jego cesarskiej mości!...
— Wielce obligowany! — wybełkotał szambelan, i dopiero kiedy Bertrand pochylił się znów ku pani Walewskiej, zrozumiał intencję słów księżnej i stuknął hałaśliwie tabakierką.
Księżna nadto szepnęła mu po raz drugi:
— Rozumiesz?! Kadryl! Z porucznikiem!...
— To niepodobna! Właśnie książę Borghese pytał...
— Asekuruję ci, że prawda!...
— Ależ ja na to nie zezwolę...
— Naturalnie — masz prawo!...
Szambelan podniósł się na palcach i już gotował się do spełnienia swej zapowiedzi, gdy pośród sali rozległ się przeciągły szept: „Cesarz! Cesarz!...“
Rozgwar ucichł — oczy zebranych zwróciły się ku drzwiom wchodowym. Po chwili rozległo się donośne zawołanie Talleyranda.
L’empereur!...
Na chórze zabrzmiały dźwięki poloneza. Siedzące panie powstały ze swych miejsc.
Wszedł Napoleon — zatrzymał się w progu, jakby pozwalając przyjrzeć się sobie — zaczem, poprzedzany przez Talleyranda, a mając za sobą Duroca, Wybickiego i Poniatowskiego, ruszył nerwowym krokiem ku środkowi sali.
Tłum gości pana de Périgord falował zlekka, roztwierał przed władcą szeroką drogę, chylił przed nim głowy i oddech zapierał.
Twarze gorzały, z ócz szły błyski, serca biły przyśpieszonem tętnem, dreszcz przejmował i tych, co go już oglądali, i tych, co widzieli go po raz pierwszy.
Napoleon nie zawiódł. Wpół rozchylone usta, wytężone spojrzenia, gnące się najhardsze karki — mówiły, że i tu był zawsze takim, jakim przedstawiali go legjoniści, jakim czyniły go relacje Dąbrowskiego i Wybickiego, jakim malowała go wieść idąca z pól Marengo, Austerlitzu i Jeny, jakim go mieć chciano. Ten sam mundur strzelców konnych, zielony z czerwonym, z podciętym mocno pod szyję kołnierzem, taż sama biała kamizelka z rąbkiem krwawej wstęgi legji honorowej — ten sam wzrok magnetycznie przenikliwy i też same chmury, drżące w fałdach brwi.
Na środku sali Napoleon zatrzymał się i odwrócił ku wielkiemu marszałkowi dworu.
Duroc odgadł ten ruch, bo pochylił się ku cesarzowi i rzekł nieznacznie:
— Na lewo, pod lustrem... w białej sukni!
Po małej pauzie, Napoleon skierował głowę ku wskazanemu przez Duroca miejscu, pomknął spojrzeniem między tłumem dam i panów, prześlizgnął się po kilkunastu twarzach i zatrzymał się tam, gdzie wsparta na ramieniu Bertranda stała pani Walewska.
Zaczęła się prezentacja.
Wybicki z Poniatowskim i Talleyrandem stanęli tuż za plecami monarchy, aby mu być dragomanami w rozpoznawaniu ludzi i darzeniu ich miłościwemi słowami.
— Małachowski, marszałek sejmu! — mówił za plecami cesarza Wybicki.
— Był cierpiący! — dorzucił z drugiej strony Talleyrand.
Napoleon ledwie że okiem rzucił na sędziwego marszałka i ozwał się niespodziewanie:
— A!... Rad jestem... Jakże małżonka?!...
Marszałek drgnął zlekka, nie pojmując, co znaczyć mogło pytanie o zmarłą dawno żonę — lecz, zanim na odpowiedź się zdobył, Wybicki już następnego dygnitarza wymieniał.
— Ostrowski Tomasz!...
— Członek rządu tymczasowego!... Pracuje bez wytchnienia... — dodał pośpiesznie Poniatowski.
— Jakże... się pan bawi?... Już na karnawał chyba nie możecie narzekać! — rzekł cesarz w konkluzji tych dwóch objaśnień.
Najbliżej stojący ledwie ukryć zdołali zdumienie, Talleyrand zakrył usta chustką, Poniatowski zagryzł wargi, Wybicki poczerwieniał. Ostrowski chylił posiwiałą głowę a szarpał zlekka gwiazdy orderowe. Duroc po raz wtóry szepnął coś do ucha cesarzowi.
Napoleon poruszył się niecierpliwie i brwi ściągnął.
Dalsze odezwania były już lepiej zastosowane, bardziej idące za podpowiadanemi wskazówkami.
Gdy atoli cesarz od grupy mężów, a dawnych posłów, senatorów i dostojników zbliżył się do dam — roztargnienie znów powróciło i to silniejsze jeszcze, niekiedy graniczące z impertynencją, z grubiaństwem.
Sędziwa księżna Ossolińska dowiedziała się od cesarza, że jej do twarzy w żółtawym kolorze, — młodziutką, a piękną Tomaszowę Łubieńską spotkało zapytanie, czy jej syn dawno służy w wojsku, korpulentna pani Wojczyńska usłyszała komplement, że musi lekko tańczyć, jasnowłosej pani Sobolewskiej cesarz oświadczył wprost, że tylko ciemne blondynki mogą pretendować do tytułu piękności, księżna Dominikowa Radziwiłłowa, obsypana pudrem na dawną modę, miała zaszczyt z cesarskich ust przekonać się, że ma niezmiernie świeżą cerę....
Wybicki pocił się, Poniatowski mienił się kolorami, Talleyrand krzywił się pociesznie — a tu dziwolągi rosły, wzmagały się, padały na prawo i na lewo.
Cesarz nie zwracał uwagi na podpowiadane słowa, na wymieniane głośno nazwiska — szedł coraz prędzej, pomijał bez ceremonji niektóre damy i zbliżał się ku miejscu, gdzie prawie w samym końcu sali, w pobliżu Aleksandrowej Potockiej, stała z głową pochyloną pani Walewska.
Każdy ruch, każde odezwanie się Napoleona świadczyły, że coprędzej chce skończyć nudną ceremonję, że ani nie myśli liczyć się ze względami towarzyskimi, że i tu rozkazywać przyszedł, a nie ulegać jakimś formom czy zwyczajom.
Po wyrzuceniu jeszcze kilkunastu wyrazów, które kłaniające się damy niemal o odrętwienie przyprawiły — cesarz z lekkim odcieniem zadowolenia zatrzymał się przed spowitą aksamitami, łunami brylantów bijącą panią Aleksandrową Potocką, słynącą z wdzięków pod popularnem swem nazwiskiem panieńskiem Anetki Tyszkiewiczówny.
— Będzie pani tańczyła ze mną kadryla! — rzekł oschle Bonaparte, spoglądając wciąż ku miejscu, gdzie stała szambelanowa.
Anetka podniosła zlekka swe ciemne, wyraziste oczy i odrzekła z powabnym uśmiechem.
— Niewymownie wdzięczna za ten zaszczyt, sire!...
Na dźwięk głosu pani Aleksandrowej — Napoleon teraz dopiero zwrócił się ku niej, obrzucił jednem spojrzeniem całą jej wytworną, a pełną niezaprzeczonego powabu postać.
— Bardzo zajmująco pani wygląda...
Sire!...
— Jesteś w stanie wywrzeć wrażenie!...
— Najjaśniejszy panie, tam, gdzie ty stąpisz!...
— Patrząc na panią, trzeba uwierzyć w piękność Polek!... Tak, tu można dopiero ponieść porażkę!...
Sire — odparła bez wahania pani Aleksandrowa — twojem przeznaczeniem jest zwyciężać!...
Napoleon skrzywił się nieznacznie i zagadnął raptownie.
— Jakże pani chowają się dzieci? — zaczem, nie czekając na odpowiedź, skinął na Talleyranda, aby mu podał szklankę limonjady i nawiązał rozmowę z Wybickim.
W trakcie tej niefortunnej konwersacji z panią Aleksandrową — Duroc odłączył się od orszaku cesarskiego i zbliżył się do pani Walewskiej.
— Pani pozwoli się powitać?
— Pan marszałek! — wyjąkała zarumieniona szambelanowa.
— Nie wiem doprawdy, jak mam, wyrazić wdzięczność... że pani nie odmówiła zaproszeniu...
Porucznik Bertrand, stojący obok szambelanowej, odsunął się z uszanowaniem.
Księżna Jabłonowska i pan Anastazy zbliżyli się, szukając wzroku Duroca, aby go powitać, lecz marszałek oka nie spuszczał z pani Walewskiej.
— Poczytywaliśmy sobie za obowiązek — pan de Périgord książę Benewentu był łaskaw...
— Spełnił tylko otrzymane polecenie!... Wszak pani nie wątpi, że komu innemu zależało tu na jej obecności?...
— Nie wiem — nie rozumiem!...
— Będzie pani miała sposobność przekonać się... Czy wolno prosić panią o wyświadczenie mi zaszczytu przetańczenia ze mną kontredansa?...
— Niezmiernie obowiązana za honor... lecz, panie marszałku... właśnie mam tancerza... przyrzekłam już porucznikowi Bertrandowi!...
Duroc spojrzał ku porucznikowi i uśmiechnął się filuternie.
— Ach!... Jeżeli tak... Więc pozwoli pani, abym był pierwszym po kawalerze Bertrandzie?...
— Niezawodnie panie marszałku! — rzekła pani Walewska, nie ukrywając prawie zadowolenia z tak zręcznego uchylenia się od tańca z marszałkiem, a co ważniejsze, od słuchania drażniących ją półsłówek.
Duroc teraz dopiero zwrócił się do pana Anastazego i księżnej Jabłonowskiej — wycedził kilka uprzejmych frazesów i zagadał o świetności balu.
Księżna, którą rozmowa bratowej z marszałkiem do głębi poruszyła, czuła się powołaną do załagodzenia odprawy danej Durocowi.
— Niezmiernie, nieskończenie żałujemy!... Ale to się tak stało!... Marie, naturalnie mimo całej chęci, nie mogła cofnąć danego przyrzeczenia kawalerowi Bertrand!...
Marszałek uśmiechnął się sarkastycznie.
— Jak na spóźnionego dostąpiłem i tak wielkiej łaski — mam drugie miejsce!...
— Zawsze to krępuje!... Czy kawaler Bertrand jest znanym panu marszałkowi?...
— Owszem, bardzo zdolny oficer, służbista — ma przyszłość przed sobą — ma!...
— Słówko jedno! — wmieszał się pan Anastazy, który po kilkakroć już próbował się odezwać.
— Proszę pana, panie szambelanie!...
— Czy... panie marszałku, przedstawienia zostały już ukończone?...
Duroc spojrzał ku miejscu, gdzie cesarz właśnie był rozmawiał z Wybickim.
— Tak sądzę!... Najjaśniejszy pan jest zmęczony! Boć to nuży!...
— Istotnie... tylko, panie marszałku... bo właściwie żona nie miała zaszczytu być prezentowaną... Na Zamek wówczas... nie mogła.
Duroc roześmiał się mimowoli, lecz, pohamowawszy się szybko, rzekł ze szczerem współczuciem:
— A to doprawdy fatalność!... Może znajdzie się sposobność jeszcze — będę pamiętał!... Toć się słusznie panu szambelanowi należy!... Zdaje się, że i z panem dzisiaj nie rozmawiał?...
— Stałem na uboczu!...
— I słusznie — lecz niemniej jego cesarska mość bardzo się nim zajmuje... bardzo!...
Duroc cofnął się zręcznie i zniknął nagle w grupie generalskich mundurów.
Pan Anastazy z wyrzutem spojrzał na żonę i podsunął się ku niej.
— Ładna konfuzja!... Oczywiście urażony! Na takim balu z porucznikiem się angażować do kadryla!... Piękny sukces!... Nie ma co!...
— Cesarz tańczy z Anetką! — ozwała się z boku księżna Jabłonowska, zdążywszy już pochwycić na boku nić kursujących po sali szeptów.
— Czy być może? — zwątpił szambelan.
— Z pewnością!... Potocki umie się sforować!... Patrz tylko!... Stanisław już stanął przy Wybickim!...
Pan Anastazy stuknął niecierpliwie swą nową, cesarską tabakierką.
— Pewnie... pewnie!... Wszystko ma po temu!... I syna, pana Aleksandra... i synowę i żonę!!...
— Można siadać! Można siadać! — rozległ się lekki szmer śród pań.
Szambelanowa, korzystając z powstałego zamieszania podążyła czemprędzej na swe miejsce pod lustrem, aby uniknąć dalszych uwag i utyskiwań męża i wymówek księżnej. Tu, na kanapie, gęsto obsadzonej damami, dostęp był trudniejszy, rozmowa musiała płynąć zwykłymi torami salonu.
Pan Anastazy na ten oczywisty wybieg zęby zacisnął, księżna zatrzepotała wachlarzem i musiała pójść za przykładem szambelanowej, a natrafiwszy na sąsiedztwo pani Moszyńskiej, nawiązać z nią rozmowę.
Środek sali opróżnił się nieco — gromadki mundurów i fraków usunęły się ku damom, — pozwalając równocześnie wszystkim przyglądać rozgrywającej się scenie.
Scena istotnie była niezwykłem widowiskiem, szczególniej dla tych, którzy nawet królowi swemu umieli kwasy okazywać, z głowami hardo podniesionemi ku majestatowi spozierać, a na ustach mieć i dla korony butne odpowiedzi, dumne wyrazy.
Na środku sali stał Napoleon i jakieś rwane zdania zamieniał z Wybickim. Za cesarzem książę Józef z Muratem zdawali się oczekiwać na słowo cesarskie...
Bonaparte jednak jakby ich nie widział...
Naraz, z głębi pokoi pałacowych wyszedł Talleyrand de Périgord książę Benewentu i jął zmierzać wprost ku cesarzowi... ze szklanką limonjady na srebrnej tacy z serwetą w ręku...
Talleyrand, czując na sobie spojrzenia obecnych, głowę pochylił i usta zacisnął.
O dwa kroki przed cesarzem zatrzymał się i wysunął rękę z tacą jakby do podania, lecz Napoleon... nie widział...
Upłynęła długa, męcząca chwila — nareszcie cesarz odwrócił się niedbale ku Talleyrandowi:
— A co to?!... Limonjada?!... Nie trzeba!...
Minister skłonił się głęboko i odszedł z tacą.
Scena ta dała powód do szeptów i uwag.
— Pierwszy minister! Taki dostojnik! — dziwili się panowie.
— Służba — ceremonjał! — objaśniali marszałkowie i generałowie.
— Bardzo mu do twarzy w roli lokaja! — mruczały republikańskie porywy z pod cesarskich mundurów.
— Jaki on musi być „żenowany!“ współczuły — damy.
— Niechby na którego z nas trafiło! — mówiły w kącie sali podgolone czupryny, a sumiaste wąsy.
Pani Walewska była tak zdumiona tą sceną, że aż pochyliła się ku księżnie.
— Nigdy nie myślałam, żeby pan de Périgord!...
— Kto nie zna dworu, tego dziwi! — odrzekła kwaśno księżna.
Szambelan, który był zdołał znów zająć stanowisko wyczekujące za kanapą, uważał za właściwe uśmiechnąć się pobłażliwie.
— Ceremonjał dworski musi zastanawiać nieświadomych!... Phi!... Cóż tu wielkiego!... Nieboszczykowi królowi jegomości nie lada tackę, ale puhary podawałem na przyjęciach!...
— Lecz to minister!...
— Czemże lepszy od szambelana?...
— Mnie to „detonuje!“ — wtrąciła pani Moszyńska.
— W Wiedniu jeszcze surowsza etykieta! — zauważyła księżna.
Pani Walewska chciała odpowiedzieć, że ceremonjał taki graniczy z poniżeniem — gdy wraz z pierwszą fanfarą, wzywającą do kontredansa, zadzwoniły tuż za szambelanową ostrogi porucznika Bertranda.
— Pani Walewska spojrzała pytająco na porucznika.
Wszak dopiero pierwsza fanfara?
— Tak jest, pani szambelanowo! — odparł Bertrand drżącym zlekka głosem. — Ośmielam się panią niepokoić... i prosić o przebaczenie, że poważyłem się...
Bertrand urwał nagle. Szambelanowa poruszyła się niespokojnie.
— Daruj, panie kawalerze, nie rozumiem!...
— Nigdy mi jeszcze mundur tak nie ciężył, jak w tej chwili!...
— Ależ!?...
— Śmiałem prosić ją do kontredansa... zapomniawszy, że obowiązki służby nie mogą mieć dla mnie ani dnia ani godziny!...
— Więc, panie kawalerze?!...
— Mam rozkaz ruszyć natychmiast do korpusu marszałka Mortier... za kwadrans będę już na koniu... Nie pozostaje... jak tylko błagać o darowanie!..
— Panie kawalerze!... doprawdy... do korpusu marszałka Mortier?...
— Na Śląsk...
— Żałuję szczerze pana...
— Dzięki za łaskawe słowa!... Wspomnij pani bodaj dzisiaj tylko...
— Ziąb... wichura!...
— Służba, pani szambelanowo! A jak teraz okrutna... marzyłem przed chwilą o innej!...
Porucznik skłonił się, pani Walewska ze współczuciem podała mu swoją maleńką rączkę, Bertrand złożył na niej pełen szacunku pocałunek, zadzwonił ostrogami i podążył ku wyjściu.
Księżna uśmiechnęła się z zadowoleniem, pan Anastazy stukał znów raźniej tabakierką, pani Walewska zadumała się.
Żal jej było Bertranda. Wcale miły, uprzejmy kawaler — wybawił ją od Duroca! Szkoda!...
— Widzisz, dawałem ci do zrozumienia — teraz pięknie będziesz wyglądała sama! Bo przecież ja nie mogę... a teraz nawet szukać niepodobna!! — rzekł z boku szambelan.
— Lepiej siedzieć, niż takiego honoru zaznać!...
— Nie powiem, porucznik wydał mi się...
Chére Marie, bardzo stosowny „danser“ na szlacheckim kuligu!...
— Co księżna mówi? — zagadnęła ciekawie pani Moszyńska.
— Ach!... Nic!... Marie après une maladie, musi bardzo zważać... Pewno nawet od kontredansa będzie musiała się wymówić!...
Oh! La pauvre, c’est très ennayant!
Parfailement... et surtout odmawiać wielkiemu marszałkowi dworu!...
— Więc książę Frioulu!?...
Mais, oui!...
Pani Moszyńska niedowierzająco skinęła głową.
— Jaka szkoda!....
Za pierwszą fanfarą poszła druga.
Pary zaczęły się ustawiać w dwa szeregi, miejsca dookoła sali pustoszały.
Pan Anastazy z goryczą spoglądał, jak Murat stanął przy Lubomirskiej, książę Borghese przy Lubieńskiej, Bassano wiódł Krasińską, Davoust niezgrabnie kroczył około Gutakowskiej, Talleyrand asystował Sobolewskiej, książę Józef Radziwiłłównie — jak nawet szlachciankom dostały się bądź rodowe imiona, bądź generalskie szlufy, bądź suto haftowane, a buljonami zdobne mundury.
Kapela zagrała trzecią fanfarę...
Napoleon poruszył się ociężale i wyciągnął rękę ku pani Aleksandrowej Potockiej.
Panu Anastazemu w oczach pociemniało.
— Potoccy się „lansują!“ — zauważyła nadomiar księżna.
— Anetka z cesarzem! — zaznaczyła z boku pani Moszyńska.
— Ach — widzę przecież — widzę!... Wcale dzisiaj nie wygląda — jeżeli ta suknia pomysłu Jouberta, to zaczyna się „dyzgustować“.
— Lecz z kim cesarz ma vis-á-vis?...
— W tym tłumie... pewno, jak wypadnie... bo...
Księżna nie zdążyła dokończyć zdania, gdy naraz przed panią Walewską stanął Duroc.
Szambelanowa zmieszała się, księżna, pan Anastazy i pani Moszyńska skupili się prawie dookoła pani Walewskiej.
— Przyszedłem upomnieć się o przyrzeczone mi drugie miejsce!...
Szambelanowa wstała. Duroc podał jej ramię i powiódł ku środkowi sali, w miejsce, gdzie dookoła cesarza, za wskazówkami pana de Périgord, zatrzymywały się co najprzedniejsze pary, najwyższe tytuły i rangi.
— Trudno mi wypowiedzieć — mówił tymczasem Duroc, Prowadząc panią Walewskę — jak dalece czuję się zadowolonym, że mi danem jest zastąpić porucznika...
— Żal mi go było szczerze...
— Sam sobie winien!...
— Nie rozumiem, panie marszałku?! — zapytała szambelanowa, uderzona dziwnym odcieniem głosu księcia Frioulu.
Duroc uśmiechnął się nieznacznie.
— Służba ordynansowa przy sztabie cesarskim nie ma względów!...
— Lecz teraz czasowo kroki wojenne są zawieszone?...
— Kto wie!... Najjaśniejszy pan poniósł właśnie porażkę... zdwoić trzeba siły, aby bodaj częściowe odnieść zwycięstwo...
— Czy być może?...
— Tak, pani szambelanowo, i to w powrotnej drodze z pod Pułtuska!...
— Panie marszałku, napróżnobym się siliła sprostać jego dowcipowi!...
— Pani nie wierzy w Dalilę?...
— Tak — lecz boleję nad upadkiem Samsona!...
— A jednak, cóż piękniejszego nad widok siły, mocy, potęgi — chylącej się przed wcieleniem piękna.
Szambelanowa nic nie odpowiedziała — całą jej bowiem uwagę chłonęło otoczenie, w którem się znalazła... o kilka kroków przed nią stał cesarz.
Pani Walewska nie mogła opanować niepokoju i ozwała się do Duroca:
— Panie marszałku, z którą parą naprzeciw tańczymy?...
— Pani ma wątpliwości?...
— Nie wiem!...
— Czy pani sądzi, że pozwolonoby tańczyć komu innemu z panią!... Mistrz ceremonji pan de Ségur... daje znak!... Pani będzie łaskawa nieco w lewo...
— Ależ tu cesarz tańczy...
— Właśnie mamy z nim vis-á-vis!...
Rozległy się dźwięki kontredansa.
Napoleon z panią Aleksandrową Potocką wysunął się ociężale naprzeciw Duroca i pani Walewskiej.
Szambelanowa ledwie odróżniać mogła takty muzyki, myliła się w figurach, nie słyszała wytwornej konwersacji, którą zabawiał ją wielki marszałek dworu, nie widziała pełnych zdumienia spojrzeń, słanych ku niej przez sąsiednie pary.
Pani Walewska, mimo, że głowę miała podniesioną, mimo, że oczy jej rozwarte szeroko, ukazywały swe tajemnicze głębie — zdawała się w każdym ruchu stygnąć na marmur — w posąg się zamieniać. Delikatnie rzeźbiona jej twarzyczka nie miała ani kropli krwi, usta wpół rozchylone z różanych na śniegowe zamieniły się płatki — oddech zamierał.
Niekiedy mignął się przed oczyma szambelanowej zielony mundur, krwawa wstęga legji — a zresztą i dźwięki kapeli i uroczyste wywoływanie figur przez pana de Ségur, i słowa Duroca, i suwanie się par, i brzęk ostróg, i pogwar rozmów zlewały się dla niej w jeden piekielny szum, — odmęt.
Szambelanowej przychodziły na myśl ciche, skromne izdebki kiernoskiego dworku, surowa twarz rodzica, pamiętne pożegnanie z Pawełkiem, uchodzącym do legjonów, pierwsze rozmawiania się z Gorajskim, a potem obraz za obrazem, aż do odjazdu porucznika Bertranda.
Pani Walewska sama nie zdawała sobie sprawy ze stanu odrętwienia, który ją opanował. Próbowała zmóc się i odpowiedzieć Durocowi — poruszyła nawet wargami... widziała, jak marszałek skwapliwie pochylił się ku niej — lecz wyrazy, które miała wyrzec, rozwiały się w jakimś nieuchwytnym szepcie.
Nagle — szambelanowa uczuła się silniej poprowadzoną przez marszałka ku przodowi — a równocześnie uczuła uścisk ręki długi, kurczowy, stalowo nieubłagany. Pani Walewska skupiła przytomność — przed nią stał Napoleon.
Malheureuse victime!...
Sire! — wyjąkała cicho pani Walewska.
Je n’ai vu que vous...
Krew uderzyła do głowy szambelanowej. Wzrok Bonapartego palił ją, chłonął. Cesarz pomylił figurę. Duroc ujął znów panią Walewskę za rękę.
— Jak pani wydaje się mój taniec? — zagadnął niespodziewanie Napoleon panią Aleksandrowę Potockę, do której był się podczas tańca prawie słowem nie odezwał.
— Najjaśniejszy panie, jak na wielkiego człowieka, tańczysz znakomicie!...
— Lecz nie jak na towarzysza takiej, jak ty, tancerki!...
Sire... przeciwnie...
— Kto jest ta dama tańcząca naprzeciwko nas?...
Pani Aleksandrowa zmrużyła filuternie oczy.
Napoleon, spostrzegłszy, że jest odgadniętym, zachmurzył się i dodał pośpiesznie.
— Jak się pani wydaje?...
— Bardzo... jednak, gdyby nie strój, byłoby o wiele lepiej!...
— Co ma pani do zarzucenia?...
— Ach, sire!... Jest zbyt prosty... ale to nie jej wina, pochodzi z rodziny dosyć pospolitej... a mąż nie należy do rozrzutnych!...
Bonaparte zagryzł usta.
— Za to pani masz na sobie cały skład jubilerski!...
Anetka Tyszkiewiczówna zmieszała się — zwykła jej pewność siebie i dowcip znikły, strzała miast dosięgnąć, zwróciła się przeciwko niej samej.
— To są klejnoty rodzinne z dziada, pradziada... sire.
— Gdyby pani przodkowie te klejnoty obrócili na formowanie pułków...
— W chwili tak uroczystej!
— Właśnie, moglibyście się bez tej uroczystej chwili obejść zupełnie...
Anetka chciała odpowiedzieć.
Napoleon nie pozwolił już atoli przyść do słowa pani Aleksandrowej.
Cesarz odwrócił się i spojrzał niecierpliwie na de Ségura... Mistrz ceremonji w lot zrozumiał. Kapela przeszła w marsza — kontredans się skończył.
Napoleon skinął lekko pani Aleksandrowej i zawrócił do stojącego w pobliżu fotela, za którym w jednej chwili stanęło mrowie co najpyszniejszych mundurów.
Talleyrand pospieszył znów ze szklanką limonjady.
Cesarz uśmiechnął się doń i rzekł łaskawie:
— A! Limonjada! Daj... Owszem, bardzo piękny bal!... Gdzie Berthièr?...
— Jestem, sire!... — ozwał się pospiesznie marszałek.
— Znów posprzeczaliście się z Davoustem?...
Sire...
— Nie przecz — widziałem... Zachowujecie się, jak żaki!... I cóż!... Nie sprzeniewierz się tylko pani Visconti... bo tu o to nie trudno!... A któraż z pań najwięcej ci się podoba z obecnych?...
Berthièr uśmiechnął się domyślnie.
Sire! Odpowiedź nie trudna! Księżna Lubomirska.
Cesarz skrzywił się.
— Chyba dla tego, że przypomina panią Walewskę?...
Berthièr stropił się.
— Tak, istotnie, sire, to miałem na myśli! — przyznał pospiesznie, a skorzystawszy z tego, że cesarz zagadnął o coś księcia Bassano — zanurzył się w toń fraków i mundurów, zapytując gorączkowo o panią Walewskę, aby czem prędzej o swem uwielbieniu ją przekonać.
Tymczasem wzrok cesarza, który błądził niespokojnie po sali, padł w miejsce, gdzie pani Walewska, otoczona rojem mundurów, z trudnością odpowiadała na krzyżowy ogień, którym razili ją z całym zapałem generał Montbrun i koniuszy dworu, pułkownik Durosnel.
Zmarszczka pionowa ściągnęła brwi Bonapartego.
— Duroc! Gdzie Duroc?...
Książe Frioulu stanął wyprostowany. Cesarz uderzył ręką o poręcz fotela — książę Frioulu pochylił się.
— Montbrun do Gdańska pod rozkazy Lefebvra... Durosnel niech wraca do Paryża. Natychmiast!...
Duroc skłonił się. Rozkaz przebiegł salę. Montbrun i Durosnel znikli z koła hołdowników szambelanowej, a to nadewszystko ku wielkiej uciesze hrabiego Hercau, który, nie zważając na zamieszanie i pewien popłoch pomiędzy oficerami — przysunął się do pani Walewskiej i z całą swobodą starego wersalczyka, zaczął bawić ją rozmową.
— Jak pani wydaje się bal!?...
— Owszem, bardzo zajmujący...
— Bezwątpienia... ciekawa maskarada... Jakobini udający dwór!... Pani szambelanowa rozumie... nas ta parodja boli!... Owszem, sam cesarz.... ale co to za otoczenie!... Szlachtę prawdziwą można tu na palcach policzyć!...
— Rozumiem pańską niechęć, jako emigranta i stronnika Burbonów, jednak musisz pan przyznać, że Francja nie stała nigdy u szczytu takiej potęgi...
— Zapewne... ale ci...
— Wszak oni właśnie doprowadzili ją na te wyżyny!... A pan mniema?...
— Ja?!... Ja w tej chwili mam tę jedną świadomość, że kocham!... Czuję, że tonę... i taka ogarnia mnie błogość, takie upojenie, iż nawet o ratowaniu się nie myślę...
Hrabia Hercau przymrużył oczy — puścił palcami młynka, a szerokie swe usta do słodkiego uśmiechu złożył, oczekując na odpowiedź szambelanowej.
Gdy w tem przed hrabią zarysowała się wyniosła postać szambelana pana d’Hédouville.
— Pani szambelanowa pozwoli!... Panie hrabio, książę Benewentu prosił pana o chwilę rozmowy...
Hercau pospieszył z uprzejmym zapewnieniem:
— Z całą gotowością będę służył panu de Périgord.
Pan d’Hédouville nie poprzestał na tem zapewnieniu, ani też nie uraził się tonem odpowiedzi, mówiącej wyraźnie o niezależnem stanowisku hrabiego i ponowił żądanie.
— Księciu bardzo zależy!... W ważnej sprawie.
Hercau poruszył się ociężale.
— Pani daruje!... Nawet nie wyobrażasz sobie pan, ile w tej chwili poświęcam dla pana de Périgord...
Hrabia złożył pani Walewskiej posuwisty ukłon i poszedł za szambelanem, dziwiąc się w duchu niespodziewanemu zaproszeniu.
Gdy hrabia miał przestąpić próg sali — zdawało mu się, że w pobliżu spostrzega frak i wstęgi orderowe księcia Benewentu — zatrzymał się więc raptownie.
— Pozwól, panie szambelanie, pan de Périgord jest właśnie!...
— Być może — ale, panie hrabio, prosił usilnie do swego gabinetu — zaraz nadejdzie!...
Hercau spojrzał niepewnie na pana d’Hédouville.
— Czy aby tylko!...
— Ależ niezawodnie, pan hrabia będzie łaskaw! — przerwał pospiesznie szambelan.
Hercau westchnął niechętnie i poszedł za d’Hédouvillem — zdziwiony nieco tą niespodziewaną sprawą, którą miał oczywiście Talleyrand.
W umyśle hrabiego w jednej chwili zerwała się cała burza domysłów i przypuszczeń.
— Talleyrand go potrzebuje — Talleyrand musiał słyszeć o Hercauach!... Potrzebuje ludzi, potrzebuje ludzi z nazwiskami — znających zwłaszcza stosunki miejscowe...
Hrabia uczuł się nagle tak przejętym ważnością czekającej go niewątpliwie misji, że ozwał się pobłażliwie do d’Hédouvill’a.
— Ach ten Périgord!... Co ja mam z tym Périgordem!... Uważasz, szambelanie... on tak ciągle!...
Pan d’Hédouville spojrzał z pod oka na Hercau’a.
— To jest właściwie... jak?!...
— A no tak ciągle!... Zawsze interesy — zawsze pilne sprawy... Ale... dokąd my idziemy...
— Jeszcze tylko ten kurytarz i już zaraz, na lewo!..
— Ach, na lewo!... Prawda, że to na lewo! — przytwierdził Hercau — chcąc dać do zrozumienia szambelanowi, że konfidencja z Talleyrandem nie jest dlań pierwszyzną.
D’Hédouville zbył milczeniem to zapewnienie — i wprowadził hrabiego do małej czworokątnej komnatki, w której dwóch młodych poruczników gwardji grenadjerów siedziało w pełnym rynsztunku służbowym. Porucznicy, na widok szambelana, zerwali się z miejsc.
Pan d’Hédouville pozdrowił ich uprzejmie i przedstawił hrabiemu.
— Panowie Rousseau i Rochefoucauld!...
— Bardzo miło!...
— Pan hrabia pozwoli... że go opuszczę... pan de Périgord nadejdzie niebawem!...
Zanim Hercau zdobył się na odpowiedź, szambelan pożegnał go ukłonem, zamienił kilka słów z porucznikiem Rousseau i wyszedł.
Hrabia jął z powagą przechadzać się po komnatce, nie zwracając uwagi na szepczących na uboczu oficerów.
Pokój, w którym kazano czekać hrabiemu, wydał mu się dosyć dziwnym, jak na poczekalnię pierwszego ministra — bo prócz kominka, stołu, dwóch kanapek i kilku zczerniałych malowideł na ścianach — nie miał żadnych ozdób, żadnych dekoracyj, żadnych mebli.
Hercau atoli wspomniał, że bądź co bądź minister tu ledwie przygodny popas odbywa i znów wpadł na dociekanie przyczyny, która skłoniła pana de Périgord do tak gwałtownego zaproszenia go na rozmowę.
Tymczasem godziny upływały...
Hrabia jął coraz częściej spoglądać na swój bombiasty zegarek i coraz szybciej mieszyć krokami komnatkę — wreszcie przystanął nagle — spojrzał ku oficerom i ozwał się.
— Pana de Périgord coś nie widać!...
— Jego księżąca mość... zajęty! — odparł flegmatycznie Rousseau.
— Bal!... Najjaśniejszy pan jeszcze nie odjechał! — dodał Rochefoucauld.
Hercau otworzył szeroko oczy.
— Hm! Zapewne... ale miał nadejść...
— Więc nadejdzie!...
— Może pan hrabia pozwoli wina?! A może chłodników?...
— Dziękuję za uprzejmość!...
— A może kazać przynieść coś z przekąsek!.. Kuchnię mamy pod bokiem!...
— Dziękuję ci, panie kawalerze!... Północ!...
— Prawda!...
— Pan de Périgord pewnie nie przyjdzie!...
— Ach — cóż znowu!... Panie hrabio — nie ma wątpliwości!...
— Nie przeczę!... — rzekł oschle Hercau. — Ale ja dłużej nie mogę!... Proszę powiedzieć, że czekałem — zresztą zobacz się z nim sam na sali!... Żegnam panów!...
Porucznicy spojrzeli na siebie znacząco i z ukłonami zagrodzili sobą drzwi.
— Pan hrabia daruje.
— Pan hrabia nie odmówi...
— Jego książęca mość prosił...
— Bardzo prosił, aby pan był łaskaw zaczekać na niego!...
— Jeszcze chwileczkę!...
— Ależ...
— Pan hrabia nie odmówi! Jego książęca mość byłby nie pocieszony!...
Hercau, po chwili wahania, ustąpił. Porucznicy przesadzali się w uprzejmościach, częstując znów winem i chłodnikami.
Hrabia dziękował za wszystko i z trudnością opanowywał zniecierpliwienie. Wkońcu, dla skrócenia sobie czasu, wdał się z porucznikami w gawędkę.
— A panowie właściwie co tutaj?...
— Nic, panie hrabio!... Służba!...
— Takie nasze szczęście! — poprawił Rousseau. — Właśnie na dzień balu wypadło!...
— Wszyscy nasi koledzy poszli prawie...
— Z wyjątkiem naszej piątej i trzeciej kompanji!... A taka okazja drugi raz się zdarzy nieprędko!...
— Zapewne!... Więc panowie tu muszą?!...
— Tak, panie hrabio, dwadzieścia cztery godziny w pełnym mundurze... Tyle, że zdrzemnąć się można!...
— Czasem zejdzie tak na próżniactwie, a czasem ordynans za ordynansem!... Zobaczy pan hrabia, niech tylko cesarz wróci do Zamku, najmniej przez dwie godziny drzwi się tu nie zamkną!... Sztafeta za sztafetą, rozkaz za rozkazem!... Niekiedy świta, a cesarz jeszcze nie ustaje!...
— Słyszałem — słyszałem!... A ten pokój, to właściwie co?...
— Ten pokój!?... Ordynansowe schronisko! Służbowa izba — łączy się tu na prawo z korytarzem, prowadzącym do kancelarji, a na lewo schody do warty pałacowej... do kurjerów, na podwórzec stajenny!...
Hercaua ta wiadomość dotknęła niemile. Każą mu czekać w służbowej izbie!
Hrabia poruszył się niespokojnie.
— Dziękuję panom za towarzystwo — lecz dłużej niepodobna!... Muszę wracać do sali!... Żegnam!...
Rochefoucauld skłonił się z wyszukaną uprzejmością.
— Pan hrabia nie zrobi nam tej przykrości!...
— Panie — nie rozumiem!...
— Pan hrabia raczy pozostać!...
— A nie, mój panie — muszę odłożyć przyjemność widzenia pana de Périgord na kiedy indziej!...
— Jego książęca mość koniecznie dzisiaj!
— Zobaczymy się na sali!... Żegnam!...
Hercau zawrócił ku drzwiom, lecz tu porucznik Rousseau stanął przed nim i rzekł z naciskiem:
— Pan hrabia zechce pozostać z nami!...
— Bardzo mi było miło — ale nie mogę opuszczać balu...
— Niech pan wierzy, że lada chwila się skończy!...
— Więc tem bardziej!...
— Nie ma już po co!...
— To moja rzecz!... Pan pozwoli!? Rousseau ani drgnął.
— Pan hrabia zostanie z nami!...
— Jakto? Jakto?! — wyjąkał Hercau, którego teraz dopiero uderzył stanowczy ton głosu porucznika.
— Zostanie pan tu! wmieszał się Rochefoucauld. — Proszę, oto kanapka — może wina?
— Ależ ja nie zostanę! — wybuchnął hrabia.
— W takim razie zniewoli pan nas do użycia siły!...
— Co — co?!... Więc to gwałt!?...
— Nie, panie hrabio... tylko wówczas, gdy pan odmówi naszej prośbie!...
Hercau osunął się z bezsilną złością na kanapę i przyłożył chustkę, nasyconą solami orzeźwiającemi, do nosa.
Wątpić nie mógł, że został uwięziony, pochwycony podstępem!...
Po małej pauzie, zebrał się na całą zimną krew i zagadnął.
— Panowie!.... Doprawdy nie rozumiem!... To chyba pomyłka...
— Być może!..
— Lecz w takim razie... nie widzę racji!... Ja muszę na bal!... Jego książęca mość raczył mnie zaprosić — ja... ja nie mogę odmówić sobie tej przyjemności... ja muszę do sali! Toć jestem Francuzem, jak i wy panowie!... Słowo honoru!... Nie pozbawiajcie mnie szczęścia oglądania cesarza!...
Rousseau skrzywił się ironicznie.
— Czy doprawdy panu hrabiemu tak bardzo na tem zależy?...
— Ależ słowo honoru!...
— Proszę, a mnie mówiono, że pan hrabia jako emigrant dotąd jest nieprzejednanym stronnikim Burbonów!...
— Ja! — Ja!?... Ależ, panie poruczniku, cóż za przypuszczenie! Czem sobie zasłużyłem... Emigrowało się, bo... ostatecznie zawierucha była nazbyt wielka... więc dla spokoju!... Lecz co do Burbonów!... Cóż bo znów Burboni!...
— Tak jednakże powiadano! — zauważył Rochefoucauld, mrugając znacząco na Rousseau.
— Plotki, proszę panów! Słowo honoru, że plotki!... Ja!... Bardzo!... Cesarz, śmiem twierdzić, mało ma tak mu oddanych... bo przecież ja nic!... Zdala się trzymam, podziwiam, wielbię i nic...
— Prawda — prawda! przyznali — porucznicy.
Hercau spojrzał niespokojnie ku drzwiom i próbował znów pertraktować.
— Oczywiście, nieporozumienie!... Rozmawiałem właśnie... z księciem Borghese... Dobrze mówię... z księciem Borghese... gdy szambelan d’Hedouville powiada, że pan de Périgord... to jest chciałem powiedzieć... książę Benewentu!... Więc ja naturalnie... Tu miał przyjść!... Czekałem!. Lecz teraz nie pojmuję!...
— Ach, panie hrabio, to takie jasne! — przerwał znudzonym tonem porucznik Rousseau. — Poprostu trzeba, żebyś jeszcze zaczekał...
— Sami panowie mówiliście przed chwilą... że... że... książę Benewentu jest prawdopodobnie zajęty!...
— Niema wątpliwości!...
— A zatem!!...
— Pan hrabia pozostanie z nami!...
— Lecz ja nie mogę — ja nie chcę!...
— To nie zmienia postaci rzeczy!...
— Więc panowie dopuścić się chcecie gwałtu!?...
— Uchowaj Boże — tylko pozwolimy sobie zatrzymać pana!...
— Nawet przemocą?...
— O, panie hrabio, jesteś zbyt wielkim światowcem, aby do tego nas zmusić!...
Hercau kiwnął się płaczliwie, głowę zwiesił i puścił na brzuszku jakiegoś bardzo zawiłego palcowego młynka.
Gdy się to działo szambelanowa, pozostawiona sama na chwilę, skorzystała z tego, że w sali jęły się tworzyć grupy rozmawiających i skinęła na męża, aby jej podał ramię.
Pan Anastazy z wyszukaną uprzejmością, przysunął się do żony.
— Co każesz, droga przyjaciółko?...
— Chcę przejść do bocznego salonu!...
— Ależ... czy wypada!... Nie byłaś prezentowaną najjaśniejszemu panu!... Może się zdarzyć sposobność!...
— Lecz pozwól!...
— Jeżeli koniecznie sobie życzysz!... Proszę!... Widzisz, nie masz doświadczenia!... Bardzo szczęśliwie się stało z kontredansem!... Radziwiłłowa mi winszowała przed chwilą!... Ogólne zdumienie!... Będzie jeszcze większe... jeszcze większe...
Pani Walewska nie słuchała słów męża — pragnąc co prędzej zejść ścigającym ją zewsząd oczom.
We drzwiach do bocznej sali — Walewscy spotkali panią Aleksandrowę Potockę z panem Flahaut i młodym porucznikiem Ornano.
Et voilá! — zakrzyknęła wesoła pani Aleksandrowa — właśnie o tobie, droga, mówiliśmy!... Pozwól... Książę Ornano!...
Szambelanowa ledwie zdążyła odpowiedzieć na ukłon porucznika — gdy pani Potocka odciągnęła ją ze śmiechem na stronę.
— Panowie pozwolą!... My, kobiety, zawsze mamy coś do zwierzenia sobie!... Droga moja!... Nawet nie miałam „momentu“ w kontredansie!... Stęskniłam się do twego widoku!... Byłaś cierpiącą?...
— Tak trochę!...
O mon Dieu! — prawiła bez wytchnienia Anetka Tyszkiewiczówna. — Lecz jesteś dobrze!... Niezmiernie się cieszę!... Twoja toaleta.. bardzo! Jabym puściła tylko jeszcze jedną fałdę... o tu, od ramion!... Admiruję cię!... Klasyczny pomysł!... Nie każdemu wpada „w gust!...“ L’empereur! Uważałaś!... Po prostu ambarasował mnie... Do łatwych nawykł zwycięstw! Dałam mu do zrozumienia!... Ale!... Twój strój go drażnił!... Ledwie mu wytłumaczyłam!... W rzeczach piękna jest bardzo „pojedynczy!...“ Pozwól, niech cię ucałuję!... Czy to prawda, że wezwał cię na rendez-vous do Jabłonnej?!... Nie! Byłam przekonaną!... Powiadali!... Czego bo nie mówią!... Słyszałaś pewno o Lubomirskiej?... Lecz... niepodobna panów pozostawiać samych!... Mówiłyśmy o panu, panie Flahaut!...
Adjutant sztabu skłonił się dworsko.
— Wypada mi tylko podziękować...
— Szambelanowa znajduje pana sentymentalnym!...
— Anetko!...
— Już się cofasz?!
— Czyż można być innym w tem gronie?!... Kapitulować trzeba co chwila!...
— Panie Flahaut! Pan mówi o poddaniu!... Warunki...
— Gotów jestem przyjąć najcięższe!...
— A pan, panie szambelanie!... Zawsze pełen sił i życia!...
— Nasze pokolenie — zaczął z namaszczeniem szambelan, lecz Anetka nie pozwoliła mu dokończyć i wróciła się do Ornana.
— Pańskie pragnienie spełniłam!... Miło mi niezmiernie, że zdołam być dlań dobrą wróżką!...
— Pani!...
— Tak, Marie!... Porucznik pałał chęcią poznania cię!...
— Państwo dokąd!...
— W sali gorąco! — objaśnił szambelan.
— A my do sali właśnie!... Książę!... Proszę korzystać — podaj ramię pani szambelanowej!...
Ornano przysunął się zamaszyście do pani Walewskiej.
Szambelan skrzywił się nieznacznie — lecz pani Aleksandrowa szepnęła doń ze złośliwym uśmiechem.
— Kuzyn cesarza!...
Pan Anastazy spojrzał niedowierzająco na Potockę — lecz ta kiwnęła mu twierdząco i rzekła głośno:
Oui, oui, c’est ça.
Szambelan spojrzał z uszanowaniem za idącym już obok jego żony porucznikiem i, po namyśle, zawrócił do sali.
Pani Walewska szła, prowadzona przez porucznika, nie próbując nawet nawiązywać rozmowy, ani przerwać nieprzyjemnego milczenia. Słowa pani Aleksandrowej zadrasnęły ją głęboko, wzburzyły, napoiły goryczą. Szambelanowa daremnie odgadnąć się siliła, za co te zjadliwe uwagi ją spotykały, dlaczego Anetka laką złość ku niej żywi, skąd mogła powstać haniebna plotka o widzeniu z cesarzem!...
Pani Walewska równocześnie wyrzucała sobie, że nie zdobyła się na odpowiedź, że nie umiała należytej dać odprawy, że nie otrząsnęła się dotąd z tego onieśmielenia zaściankowego, że nie umiała dotrzymać placu w prowadzeniu tych rozmów salonowych, tak cukrowych zawsze, a tyle piołunu niekiedy zawierających, że nie władała ani liczmanami frazesów, ani nie nauczyła się kryć żądła jedwabiami półsłówek, a czułych uściśnień.
Porucznik Ornano wiódł tymczasem panią Walewskę w głąb amfilady salonów — odwracając co chwila głowę ku szambelanowej i jakby szukając wątku do zaczęcia rozmowy.
Milczenie przedłużało się. Pani Walewska, pochłonięta myślami, nie czuła jego ciężaru — porucznik atoli zdawał się być podwójnie zaambarasowanym. Po kilkakroć już otwierał usta... lecz głos mu więzł w gardle i ledwie silny rumieniec znaczył onieśmielenie młodego oficera.
Salony kończyły się — naturalna zagroda zniewoliła porucznika do przerwania milczenia.
— Pani pozwoli... musimy!...
Szambelanowa drgnęła zlekka, a dostrzegłszy w rogu zacisznego salonu kanapkę — puściła ramię porucznika i zawróciła ku niej.
Ornano postąpił kilka kroków za szambelanową, a nie doczekawszy się zaproszenia, aby zajął przy niej miejsce, stanął obok kanapki i miął w ręku swą wielką czapę niedźwiedzią, spoglądając niepewnie ku szambelanowej.
Wreszcie porucznik szarpnął się — aż mu ostrogi zadzwoniły zaczerpnął pełną piersią powietrza i wyrzucił gwałtownie:
— Obawiam się, czy nie jestem natrętnym?...
Szambelanowa, na dźwięk głosu porucznika — odwróciła się i spojrzała nań zdziwiona, nie mogąc na razie przypomnieć sobie, gdzie tego oficera poznała, skąd się wziął przy niej, jak się nazywał.
— Ależ... nie, owszem, bynajmniej! — odrzekła pani Walewska, uważając sobie za obowiązek zaprotestować.
— Bo zdawało mi się! — wyjąkał z trudem Ornano i umilkł, rumieniąc się po same białka.
Pani Walewska obrzuciła ciekawem spojrzeniem porucznika i również się zarumieniła. Wydał się on jej zupełnie innym, różnym od tych butnych satelitów cesarskich, zawadjackich sztabowców, a zadufanych w swe szlify i krzyże orląt bonapartowych.
Z twarzy porucznika biła jakaś niewymuszona, nieudana prostota, — szczerość, drgająca w każdym rysie, w każdym błysku wielkich, ocienionych mocno, piwnych oczu.
Szlachetność tryskała nawet z niezgrabnych, a pełnych onieśmielenia odruchów porucznika; z czoła jasnego, okolonego kruczo-pierścieniowatą czupryną szła i odwaga i męskość i hart.
Szambelanowa doznała jakby lekkiego wyrzutu sumienia za swą nieuwagę.
— To ja raczej... panie oficerze, winnam przeprosić... bo moje towarzystwo!
— Przeciwnie, pani szambelanowo — przerwał raptownie porucznik, a spotkawszy na drodze swych ócz wzrok pani Walewskiej, spuścił głowę i miętosił znowu bermycę.
— Ale — usprawiedliwiała się szambelanowa — czasem przyjdzie... zamyślenie!...
Ornano skinął twierdząco głową.
— Pan, zdaje się, służy w gwardji — tak trudno się zorjentować w tej powodzi mundurów! — zagadnęła znów, po pewnej pauzie, pani Walewska.
— Tak jest... porucznik strzelców konnych gwardji! — wyrzucił uroczyście Ornano, prostując swą wysoką, zgrabną postać i sięgając do młodzieńczego puszku, zwiastującego ledwie przyszłe wąsy.
— Prawda!... Strzelcy konni gwardji... to ulubiony mundur cesarza!... Chociaż niezupełnie!...
— Tak jest, pani szambelanowo! Cesarz ma mundur więcej wycięty i białą kamizelkę zamiast naszej z szamerowaniami... nadto białe... te... i pantofle!... Zresztą zupełnie ten sam mundur... zupełnie!...
Pani Walewska uśmiechnęła się — porucznik zawstydził się.
Szambelanowę ta nieśmiałość oficera strzelców zaczęła bawić.
— A porucznik Bertrand... jest z panem w tym samym pułku!?...
— Nie, pani szambelanowo — przy sztabie głównym marszałka Berthier!...
— A... prawda!... Nam trzeba wybaczyć tę nieświadomość!... Wspominam pana de Bertrand, bo mi go bardzo szczerze żal... Niech pan sobie wyobrazi, na parę sekund przed kontredansem... otrzymał ordynans na Śląsk!... Okropne!... Z balu na konia i w tak daleką drogę!... Służba przy sztabie musi być wyjątkowo ciężka!...
— Rozmaicie bywa!... Chociaż z Bertrandem...
Porucznik urwał nagle.
— Chciał pan coś powiedzieć!...
— Tak — ale może lepiej nie!...
— Czy tajemnica!?...
— Wiedzą, o niej wszyscy... Jednak pani daruje!... Wolę zamilczeć niż powiedzieć nieprawdę!...
— A gdybym poprosiła o powiedzenie mi prawdy!...
— To, nie wiem sam, lecz chyba!... Zresztą co pani szambelanowej po tej wiadomości. Nasze... służbowe sprawy!...
— Bez wątpienia, lecz sam pan mnie zaciekawiłeś... Skoro powiadasz, że wszyscy wiedzą...
— Bo... bo... pani szambelanowo wygadałem się niepotrzebnie! — przyznał się z całą szczerością Ornano i umilkł.
Panią Walewskę szczególny odcień w głosie porucznika tem silniej jeszcze zaciekawił.
— Więc teraz, panie oficerze, zapóźno się cofać!...
— Nie — nie, pani szambelanowo! — bronił się porucznik, oglądając się niespokojnie po saloniku i jakby szukając pomocy. — Pani pozwoli!... Niech kto inny...
— Gdybym usilnie prosiła!?...
— To, nie wiem!... Pani szambelanowa za złe nie poczyta!... Nie chciałbym za nic urazić!... Tak powiadali!... Może w tem nie ma ani słowa prawdy!... Chociaż!...
Ornano mieszał się coraz bardziej. Pani Walewska nie przestawała nalegać. Porucznik jeszcze wahał się, ociągał przez chwilę, wkońcu, nie mogąc dłużej oprzeć się naleganiom, ozwał się gwałtownie:
— Bo... bo... Bertranda wyprawiono... z powodu pani szambelanowej!...
— Z mego powodu? — powtórzyła pani Walewska przeciągle.
Ornano spąsowiał.
— To jest... tak właśnie!... Sam nie wiem!... A może to tylko tak... powiadano!... Pewnie nawet!... Nie można przywiązywać wagi!...
— Panie oficerze, tem bardziej nastawać muszę!...
— Źle się wyraziłem — to właściwie nie pani szambelanowa — lecz kontredans sprawił!...
— Nie rozumiem!...
Porucznik odetchnął ciężko i jął mówić szybko:
— Bertrand sam sobie winien!... Poważył się prosić panią do kontredansa, nie zapytawszy się nawet pana de Ségur, czy panią szambelanowę można prosić!.. Bertrand sam sobie winien!... W ceremonjale było ułożone, że pani szambelanowa ma vis-à-vis z cesarzem!... Marszałek Duroc nie mógł inaczej!... Bertrand nie był na spisie służbowym... lecz że... że... był winien — zmieniono porządek... i wysłano go!...
Szambelanowa nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Ornano starał się osłabić znaczenie swych słów:
— Bertrand postąpił sobie lekkomyślnie!... Trzeba było pamiętać o ceremonjale... Durocowi wszedł w drogę! Marszałkowi!...
— Żal mi kawalera Bertrand!...
— Pani szambelanowo... sam chciał... chociaż... został suto wynagrodzony!...
— Jakże to!?...
— Ano... miał szczęście rozmawiać z panią... bodaj jeden z najpierwszych — toż mało? Niechby sobie potem i najpiekielniejszy ordynans!... Bodaj na koniec świata!...
Ornano z takim zapałem wypowiedział te wyrazy, że pani Walewska drgnęła zlekka.
— Dziękuję za tak łaskawy komplement!...
— To nie komplement — słowo oficerskie, prawda!...
Porucznik urwał raptownie i silniej, niż przedtem miął w ręku bermycę.
Szambelanowa próbowała zbić z tropu śmiałego gwardzistę — lecz, spojrzawszy na jego szczerą, otwartą twarz, ucięła na pierwszej, sylabie rozpoczętego zdania i, spuściwszy oczy, bawiła się niedbale wachlarzem.
— Ja... ja panią... może...
Pani Walewska podniosła oczy. Porucznik zasunął głowę w wielki, czerwony kołnierz munduru, zatrzymał się i znów z jakąś determinacją wyrzucił:
— Pani szambelanowa raczy przebaczyć... alem urazić nie chciał — anibym śmiał nawet...
— Nie gniewam się — tylko, panie oficerze, jeżeli prośba moja może coś zaważyć!...
— Rozkazuj, pani!...
— To zaniechaj tych zwrotów dworskich!
— Klnę się, pani szambelanowo, że szczerą prawdę!...
— Tam bardziej więc słuchać mi się nie godzi!...
Porucznik posmutniał nagle.
— Tak, istotnie!...
— Nawet panom się nie dziwię — szukacie wrażeń — im bardziej życie obozowe oderwało was od towarzystwa, tem potem silniej z każdej chwili zdarzonej radziście korzystać... Może sami nie czujecie tego, że wpadacie w jeden i ten sam banalny ton grzecznostek, półsłówek, czułych spojrzeń, westchnień!... Adresujecie się na wsze strony — zdaje się wam... że uwielbienie, z jakiem tu witają wasze mundury, pozwoli wam deptać...
— Pani szambelanowo! — wyszeptał z niekłamanem przerażeniem porucznik.
Pani Walewska roześmiała się.
— Niech pan tego nie bierze do siebie! Sama nie wiem, skąd mi to przyszło!... Wierzę, iż pan myśli inaczej... Pan dawno już w służbie wojskowej?!...
— Szósty rok, pani szambelanowo, jak już wyszedłem ze szkoły!...
— I zawsze przy cesarzu! Musi to być dla oficera wielkiem szczęściem pozostawać przy osobie tak wielkiego wodza!...
Porucznikowi oczy rozgorzały.
— W naszym pułku jest sierżant, który cesarzowi „ty“ mówi!... A cesarz!... Każdego zna z imienia. Gdy jest w dobrym humorze, to my do niego wprost — „mały kapralu!“
— Wyobrażam sobie, jak pułk musi go wielbić!...
— Pani szambelanowo! Nasz pułk strzelców konnych gwardji!?... Toć my wszędzie za nim i przy nim!... Na pokojach, na paradach, w drodze, na polu bitwy... w dzień i w nocy!... Bez strzelców konnych gwardji nic się stać nie może!... Grenadjerzy, dragoni zabiegają — daremnie!... My przodem, my na pierwszem miejscu!... Bo też, na parol, nie ma ani jednego między nami, któryby się dlań porąbać nie dał, któryby na skinienie bodaj w przepaść się nie rzucił... któryby nie poświęcił dlań wszystkiego...
Ornano w tem miejscu spotkał się z poglądającemi nań z zajęciem oczyma szambelanowej i pobladł zlekka.
— Któryby nie poświęcił dlań wszystkiego! — powtórzył mniej pewnie.
— Z tak oddanem wojskiem zdobywać...
— Musi! — potwierdził z przekonaniem porucznik.
— Pozwól, Marie, właśnie książę Neuchatelu! — rozległ się nagle z boku chropowaty głos pana Anastazego.
Przed szambelanową stał Berthier. Porucznik wyprostował się, jak struna, i cofnął z uszanowaniem.
— Pani, od godziny szukam sposobności poznania jej...
— Panie marszałku!....
— Czuję się nad wyraz szczęśliwym!...
— Zaszczyt poznania męża takich zasług — po mojej stronie!...
— Pani szambelanowo, czem sobie zasłużyłem... — odparł Berthier, a zwracając się do pana Anastazego, dodał, ściskając go za rękę. — Niewymownie obowiązany!... Być na balu, a nie być przedstawionym...
— Czy nie przeszkadzam!? dał się słyszeć we drzwiach głos Duroca.
— Prosimy, mości książę! — zaprosił pan Anastazy.
Marszałek dworu rozejrzał się bystro po saloniku.
— Teraz się nie dziwię dezercji pańskiej, panie marszałku!... Najjaśniejszy pan zapytywał o pana!...
— Najjaśniejszy pan? — powtórzył poruszony do żywego Berthier. — Pani daruje... muszę!...
Duroc spojrzał za odchodzącym Berthierem.
— Ileż go to musiało kosztować!... Niezmiernie mi przykro, że pozbawiłem księcia tak miłego towarzystwa!...
— Myli się pan, panie marszałku — odrzekła spokojnie pani Walewska. — Książę Neuchatelu zaledwie został mi przedstawionym przez męża...
— A jednak nieobecność pani w salonie wiekiem nam się wydała!... Czy godziło się nas tak porzucać!... Czy zasłużyliśmy na taki egoizm...
— Samolubstwo było mi bardzo miłem!...
— A przecież tyle pani raczyła wyrazić zachowania i sympatji dla naszych mundurów.
— I nie zapominam o niej! Świadkiem właśnie tu obecny kawaler, z którym o armji mówiliśmy!...
Duroc odwrócił się — odrzucił zwieszający mu się na lewe ramię jedwabny płaszczyk hiszpański, przyłożył szkła do oczu i wycedził przez zęby:
— A... porucznik Ornano?!... Czy tak?!...
— Tak jest, panie marszałku! — potwierdził czerwieniąc się po same białka.
— A... zdawało mi się, że pan dziś jesteś na służbie!?...
— Nie, panie marszałku, siódma kompanja!...
— Pan jesteś w pierwszym szwadronie...
— W drugim, panie marszałku!...
Taak!... Pani szambelanowa nie raczy do salonu?... Właśnie menuet ma się zacząć!...
— Nie tańczę, panie marszałku!...
— Lecz to popis pana de Périgord!... Nie godzi mu się odmawiać aplauzu!... Zresztą — dodał Duroc ciszej — tam w sali zabrakło słońca, panują nieznośne, dokuczliwe, bolesne mroki!...
— Pozwól, moje dziecko! — wmieszał się pan Anastazy — księżna Dominikowa zapytywała kilkakrotnie o ciebie!... Nie można jej odmówić!...
Pani Walewska podniosła się niechętnie i wsunęła pośpiesznie rękę pod ramię męża.
Duroc udał, że nie zauważył tego wybiegu i, przepuściwszy przed sobą szambelana z żoną, sam odsunął się od nich nieznacznie, skinął na porucznika i zagadnął niedbale.
— Który z marszałków jest dziś dowódcą głównej kwatery!?...
— Generał-pułkownik gwardji, marszałek Davoust, książę D’Auerstaedtu!... — zaraportował Ornano.
— Książę D’Auerstaedtu!... Bardzo dobrze!... Odszukaj go, proszę, panie poruczniku i doręcz mu ode mnie tę kartkę!...
— Według rozkazu!...
Duroc zawrócił za panią Walewską. Pan Anastazy, uwagi którego nie uszła rozmowa marszałka z porucznikiem — nachylił się ku żonie i szepnął do niej z ukontentowaniem:
— Ani chybi, wyślą go do Gdańska!...
Pani Walewska spojrzała ze zdumieniem na męża!
— Kogo?!... Dokąd?!...
Szambelan zaśmiał się cicho.
— No, uważasz... tego... tego... księcia.
— Nie rozumiem!...
— Mówię ci, że pojedzie!... Uważasz Bertrand, Montbrun, potem Durosnel!... a teraz ten — jakże go!... Dobrze mu tak — zdawało mu się, że ot sobie do pani Kolumna-Walewskiej!...
Szambelanowa jeszcze zrozumieć nie mogła pana Anastazego.
— Pozwól — lecz cóż te ekspedycje mają za związek ze mną!?...
— Cha — cha! Jeszcze nie wiesz! No więc zawiąż konwersację z którym z tych postrzeleńców sztabowych!... Ba, tylko oni, czuj duch! Bardzo dobrze! To mi się należało! Z początku sam byłem detonowany — lecz dopiero Talleyrand mnie objaśnił! Niech znają dystans! Muszą znać!... Choćby...
Gwar salonu i dźwięki kapeli zgłuszyły słowa pana Anastazego.
Szambelanowa znów znalazła się na swem poprzedniem miejscu, między księżną Jabłonowską i panią Moszyńską.
— Ach, cherie! — zaczęła księżna tonem wymówki. — Gdzie się kryłaś!?... Czy godziło się pozbawiać takiego widoku wspaniałego!... Słyszałaś — powiadają z pewnością, że Murat weźmie koronę!...
— Murat!...
— Tak — albo Davoust... podobno brat cesarza, Hieronim, także zabiega — lecz cesarz nie chce zezwolić!... Cóż! Murat wcale dobrze się prezentuje — tylko podobno gwałtownik!...
— Ach, cóż to szkodzi! — wmieszała się z boku pani Moszyńska. — Przeciwnie, ma bardzo przyjemny temperament!...
— Być może — lecz dla naszego „Pepi“ to przykre! Bo Murat zawsze z gminu! — Tu księżna pochyliła się nagle ku szambelanowej:
Marie! Uważaj!... Cesarz cię lornetuje!...
Pani Walewska podniosła głowę i zobaczyła zwrócone ku sobie szkła cesarza, ścigające ją poprzez tańczące pary. Szambelanowa zarumieniła się zlekka i odwróciła się ku pani Moszyńskiej, nie bacząc na znaczące chrząkanie księżnej. Lecz księżna nie dawała za wygranę i nie zaprzestawała napomnień.
Marie! Zawierz doświadczeniu. Tak nie można! Odwracasz się za widocznie! Chyba ja ci dobrze życzę! Spójrz na Anastazego — widzisz, jak pobladł!...
Szambelanowa podniosła się nagle.
— Wszak to księżna Dominikowa z Żanetką tu — na lewo!?...
— Tak jest — ale! — Marie!...
Pani Walewska, z determinacją w łukach brwi przesunęła się między gromadką mundurów i z odcieniem ulgi zajęła miejsce obok Żanetki na uboczu sali — po za murem wojskowych i cywilnych panów.
Żanetka, na widok szambelanowej, przerwała ożywioną rozmowę z kapitanem dragonów gwardji i ukontentowaniem powitała panią Walewskę.
— Uściskałabym cię, moja najdroższa! Myślałam, żeś już zapomniała o swojej Żanecie!... Maman! Voilá Marie!...
— Bardzo cieszę się widokiem! — wycedziła księżna Radziwiłłowa.
Żanetka wpadła odrazu w serdeczną pogawędkę.
— Nie uwierzysz, jak cenię twoją pamięć! Od godziny szukam sposobności zbliżenia się do ciebie! Co ja miałam od pani kasztelanowej za tę Jabłonnę!... Wiktor się wygadał! Bo ja klnę się, tylko madame... A ona jest jedyna do sekretu! Wyglądasz prześlicznie! O tobie tylko tu mówią! Jestem dumną z ciebie! I jak dumną! Pokłóciłam się z twego powodu z jednym generałem! O, patrz, z tym na lewo, z łyskiem na głowie! Aż musiał się upokorzyć! Żal mi tego biednego Wiktora! Wyobraź sobie, że go nie zaprosili! Byłam tak rozgniewana, że... że... nie chciałam wcale być na balu! Lecz teraz mam rekompensatę — bo ciebie widzę! L’empereur był roztargniony! Uważałaś! Trzy razy pomylił kontredansa! No, wiesz, nie myślałam nigdy — taki wielki człowiek, żeby nie wiedział, gdzie powinien być „balans“, a gdzie ukłon!... A co powiedział pani wojewodzinie — strach!... Jeszcze teraz nie może do siebie przyjść!... Maman urażona. Ma słuszność!... A co ja się uśmiałam!.. Marie, pocałuj mnie — tu — tu — nachyl się nieznacznie! Tak!... Dziękuję ci! Jaką ja mam ochotę cię uściskać — nie imaginujesz sobie! A wszystko przez tego nieznośnego cesarza! Ma foi zaczyna mnie już nudzić!...
— Ale, Żanetko! — odrzekła wesoło szambelanowa, znalazłszy miejsce na wtrącenie kilku słów między jednem westchnieniem księżniczki a drugiem, — macie tu wyborny kącik — powiadam ci, że tu lepiej jak na tej kanapie... Po za tym wałem panów!...
— Nic nie widać!...
— Lecz za to swobody więcej!
— Ach — jak mi żal biednego Wiktora!...
Księżniczka zamyśliła się. W tejże samej chwili przed miejscem, zajmowanem przez panią Walewską, mur fraków i mundurów rozstąpił się nagle i jął się usuwać na boki, roztwierając widok na salę.
Szambelanowa zmieszała się. Żanetka przyjęła ten ruch z zadowoleniem.
— A przecież się domyślili! Widzisz, cesarz stoi z Durociem!?... A co, mówił ci co o spotkaniu!?... Musiał mówić! I nie pytał o mnie!?...
— Nie mówiłam wogóle!...
— I... i... wcale nie wspominał o mnie!?...
— Nie przypominam sobie!...
— Proszę! Tego się niespodziewałam!... Taki, powiadali wytworny kawaler! A cóż, mniejsza o to!... Patrz! Przysięgłabym, że na nas patrzy! Odwróćmy się właśnie na złość im!... Ale, bo cóż tak wszyscy ku nam spoglądają!...
— Zdaje ci się! — odrzekła cicho pani Walewska, spostrzegłszy już od kilku sekund, że przez zrobiony przed nią przestwór ścigały ją znów natarczywe spojrzenia.
Żanetka odgadła szambelanowę.
— Marysieńko, to na ciebie!...
— Zdaje ci się!...
— Póki tu ciebie nie było, nikt nawet spojrzeć nie chciał! Już tylko nie przecz!... Ach, jak to musi być przyjemnie! Zazdroszczę ci!...
— Lecz Żanetko!...
— Pozwól mi przyjść do słowa! Jesteś uznana za najpiękniejszą! Mówił mi Thomas Łubieński, a wiesz, że on nigdy nie kłamie — sam mi to mówił!... Nie uwierzysz, jak się czuję dumną! Żeby jeszcze Wiktor!... Pojutrze będzie obiad wielki u księcia Borghese! Macie już zaproszenie?... Będziesz? No, oczywiście, że musisz być!... Ja nie wiem!.. Wątpię! Pani kasztelanowa pewno nie będzie chciała mnie wziąć!... Czasem tak się uprze... że... gorzej jeszcze, niż pani oboźna! Nie imaginujesz co Wiktor cierpi przez nią! Tyranizują go!... Miał uciekać do Paryża... Z trudnością odwiodłam go od tego kroku!.... Ach! Żebyś ty wiedziała, jak mi się chce jeść....
Szambelanowa, mimo całego swego rozdrażnienia uśmiechnęła się. Żanetka uważała za właściwe zakląć się.
— Przysięgam ci, że prawda! Roznosili cukry i chłodniki! Dla panów są podobno zastawione stoły! Lecz nam iść nie wypada!... A mnie okrutnie chce się jeść!... Joubert się spóźnił z suknią — tak, że na podwieczorek nie było czasu!... Narzekają wszyscy!... Marszałek Duroc idzie do nas!... Spójrz na lewo, z księciem Borghese...
Zaledwie pani Walewska miała czas spojrzeć ku stronie wskazanej jej przez żanetkę — gdy tuż po za sobą usłyszała głos księcia Borghese.
— Panie szambelanie, liczę na pana niezawodnie... pojutrze...
— Mości książę, poczytam sobie za obowiązek!...
— Mniemam, że i pani szambelanowa!?...
Pani Walewska, do której te słowa były zwrócone, pochyliła głowę, nie wiedząc co odpowiedzieć — książę milczenie to przyjął za zgodę.
— Bardzo obowiązany!... Będziemy w szczupłem gronie — cesarz nie lubi wielkich zebrań!...
Duroc równocześnie ujął pana Anastazego pod ramię.
— Panie szambelanie, cesarz zapytywał przed chwilą o niego — trzeba, żebyś przybliżył się — nie ma wątpliwości, że chce z tobą pomówić!
Pan Anastazy wyprostował się — skłonił się lekko i wraz z Durociem podążył zboczem sali ku miejscu, gdzie siedział Napoleon.
Cesarz, wsparłszy się na fotelu, wodził zadumanem spojrzeniem po sali — ledwie słuchając pochylonego ku sobie księcia Bassano. Od czasu do czasu Talleyrand podawał mu szklą, które Napoleon przykładał na chwilę do oczu, zwracał w stronę pani Walewskiej — i z oznakami zniecierpliwienia oddawał znów panu de Périgord. Niekiedy wzrok cesarza padał między tłum fraków i mundurów, i stamtąd jednem skinienem wyrywał z pełnego szacunku odrętwienia postać którego z dostojników i wówczas z ust Bonapartego zrywały się wyrazy gwałtowne, sięgające ognisk obozowych, ogarniające losy całych prowincyj, wyrazy, które miały nieraz szerokiem echem spłynąć nad Europą, które chwytały skwapliwie uszy dworaków, szukając w nich dla siebie wskazówek, nowej równowagi dla swych rang i stanowisk, wyrazy, które skrzętnie notowała historja.
Pan Anastazy, według wskazania Duroca, stanął w półkolu, otaczającem cesarza i czekał — czekał na spojrzenie Napoleona. Upłynęła długa chwila. Bonaparte nie widział szambelana — mimo, iż ten wspinał się na palcach, wyciągał szyję ponad głowę stojącego przed nim pana de Corvisart, a nerwowo postukiwał tabakierką. Nadto, jakby na utrapienie pana Anastazego — cesarz rozmawiał znów z Wybickim. Szambelan słyszał wyraźnie niektóre zdania — widział nietylko spokój i pewność, z jaką odpowiadał Wybicki — lecz równocześnie odróżniał w głosie Napoleona odcień szczególniejszej łaskawości i względności.
Szambelana zazdrość szarpnęła.
— Znów ten się sforuje! Znów się naprasza! Duszę by zaprzedał teraz, a przedtem konfederata symulował! Lecz niech się zdarzy sposobność... niech się tylko zdarzy!...
— Ułóż mi listę — zobaczymy! — ozwał się głośno Napoleon do Wybickiego.
Półkole fraków i mundurów drgnęło zlekka.
Sire! — rzekł pośpiesznie Wybicki. — Obawiam się, aby mnie nie posądzano...
— Ty ułożysz listę! — powtórzył z naciskiem cesarz.
Wybicki skłonił się. Napoleon odwrócił się ku Durocowi.
Marszałek dworu ozwał się cicho tonem prośby:
— Jeszcze kwadrans!
Bonaparte podniósł się z krzesła — postąpił krok naprzód, a dostrzegłszy pana Anastazego, zmarszczył się. Duroc nieznacznie skinął ku panu Walewskiemu.
Szambelan zgiął się wpół.
— A... pan Walewski?! — wycedzi! przez zęby cesarz. — Proszę bliżej!
Pan Anastazy przysunął się do Napoleona.
— Nie miałem sposobności poznać pańskiej żony!... Przedstawisz mi ją na obiedzie u księcia Borghese!
Sire, za szczęście będę sobie poczytywał!
— Byłeś szambelanem?
— Tak jest, sire!
— Hm! Zobaczymy!
— Masz trzecią żonę?
— Tak — sire!
— Była cierpiącą?
— Niedomaganie lekkie.
— Bardzo dobrze! Proszę pana, abyś nie zapominał bywać z nią na wszystkich uroczystościach i przyjęciach! Masz dorosłych wnuków — powinni wstąpić do wojska!
— Uważać sobie będą za obowiązek!
— Ile masz pan lat?
Szambelan zmieszał się, na pergaminowo białem jego obliczu, poprzez warstwy pudru, wykwitły czerwone plamy.
— Ja... ja... sire! mam... po... po... sześćdziesiątce... to jest — właściwie...
— Mówiono mi, że pan masz ośmdziesiąt — przerwał sucho Bonaparte.
— Tak, sire! Około tego — około? — jąkał pan Anastazy, tracąc grunt pod nogami.
Napoleon skrzywił się pogardliwie.
— Piękny wiek — piękny! — zauważył cesarz i odwróci! się znów do Duroca.
Marszałek dworu skłonił się uroczyście, dał znak Talleyrandowi i jął zmierzać ku wyjściu, poprzedzając Napoleona.
Po wyjeździe cesarza, w sali powstał znów swobodny rozgwar.
Marszałkowie z księciem Borghese jęli śmielej się poruszać, pan de Périgord w gronie dam wypoczywał po trudach ceremonjału, siląc się na kalambury i dowcipy — panowie otoczyli Józefa Wybickiego, aby zeń wydobyć ostatnie słowa cesarskie, a zaskarbić sobie względy tego, któremu powierzono formowanie listy członków przyszłego rządu.
Murat, ku wielkiemu skonfundowaniu pana de Flahaut, przysiadł się do pani Aleksandrowej Potockiej — książę Borghese śmielej asystował pani Tomaszowej Łubieńskiej, nawet wyrachowany, a ostrożny Berthier dał się wciągnąć w żywą konwersację z panią Sobolewską. Jeden Davoust nie zmienił swej niedbałej postawy przy kominku i z gubernatorem Gauvionem wiódł obojętny spór o wyższości trójkątnego bagnetu nad płaskim, a niekiedy zagadywał stojącego obok księcia Józefa.
Kapela, która uroczystym polonezem pożegnała cesarza, przeszła w mazura. Z zakamarków sali wysunęły się gromadki młodzieży. Francuzi utworzyli koło, aby lepiej się przyjrzeć nieznanemu im tańcowi — co przedniejsi, a starsi panowie poglądać zaczęli ku drzwiom.
Z powstałego zamieszania skorzystał, stojący na uboczu, Stanisław Gorajski, a dostrzegłszy panią Walewskę, rozmawiającą z Żanetką — zbliżył się ku niej.
— A, chevalier.. Gorajski! — odezwała się wesoło Żanetka. — Myślałam, że waćpana niema tutaj!
— Czyżby pani sądziła, że...
— Nie zgadł pan intencji — dziwię się tylko, że tak późno jawisz się, panie kawalerze!
Gorajski uśmiechnął się smutnie i, spojrzawszy na szambelanową, odparł z naciskiem.
— Trudno mi było nastręczać się tam, gdzie nawet senatorskie mundury nie ważyły się zbliżyć!....
— Nie pochwalam waćpanowej powściągliwości! — rzekła cicho szambelanowa.
Gorajskiemu oczy rozogniły się — na bladej twarzy wytrysnęły wypieki.
— Gdyby czasem przeczuć można!...
— Jaki waćpan sentymentalny! — wmieszała się Żanetka, którą zachmurzona twarz Gorajskiego zaczęła śmieszyć. — Pozwól Marysieńko, muszę do Kostusi Łubieńskiej!
Szambelanowa chciała zatrzymać Żanetkę, lecz ta już podążyła ku pani Tomaszowej i księciu Borghese.
— Szczęśliwy temperament! — zauważył Gorajski, poglądając za Żanetką.
— Powiedz waćpan, los — przeznaczenie!
— Nie wierzę w Ananke!
— Bo nie dotknęła waszmości!
— Czy nie dotknęła?... Waćpani tak ją nazywa!... Ha — więc zgoda — jeno owa moja Ananke — to nie urojona, nie mityczne bóstwo, nie mgłami spowita tajemnica — lecz żywa, uchwytna...
— Waćpan słyszał o nowym romansie pani Stael? — przerwała szambelanowa. — Właśnie marszałek dworu Duroc wspominał, że ma być bardzo piękny! Podobno cesarz go czyta, chciałabym go dostać!...
Gorajski skrzywił się ironicznie.
— Ręczę, że go waszmość pani będzie miała!
— Szczerze będę wdzięczną, bo pani Stael już swoją Korynną zjednała mnie całkowicie!
— Najgoręcej pragnąłbym zasłużyć na tak miłą podziękę — lecz nie posiadam tej książki, ani wiem, skąd ją można...
— Wszak mówiłeś waćpan przed chwilą?!
— Ważyłem się tylko przypomnieć, że skoro cesarz ją ma, więc i pani szambelanowa posiadać będzie...
Pani Walewska zbladła — odrzuciła w tył swą kształtną główkę i rzekła głosem stłumionym:
— Zdawało mi się dotąd, że przynajmniej od waćpana mogę spodziewać się zachowania!
Gorajski głowę zwiesił.
— W słowach moich jest ledwie słabe echo tego, o czem mówi już całe miasto!
Szambelanowa drgnęła.
— I pan... pan wierzy tym oszczerstwem?
— Słucham, patrzę i, niestety, nie znajduję zaprzeczenia!
— Tłumacz się waćpan wyraźniej!
— Czy nie lepiej zamilczeć! Nie mam prawa być tutaj ani sędzią — ani...
— Mylisz się waćpan! Właśnie chcę dowiedzieć się, chcę poznać dokładnie, co mi zarzucają!...
— Ależ to nie są zarzuty! Parol kawalerski, że nie ma w tym salonie ani jednej kobiety, któraby pani nie zazdrościła, któraby nie była gotowa poświęcić wszystkiego, byle być na jej miejscu!... Proszę nie sądzić, abym ośmielał się mówić nieprawdę!... Toż sukces.
Gorajski, dostrzegłszy drżenie powiek szambelanowej i febryczne ruchy jej maleńkich rączek, urwał nagle i dodał zimno.
— Lecz ja panią szambelanową najniesłuszniej...
— Mości Gorajski! — przerwała raptowie pani Walewska, starając się nadać swemu głosowi spokojny ton. — Miałam waćpana za kawalera, który, ryzykując się na stawianie kobiety pod pręgierzem złośliwości, umie dowieść swej racji — a conajmniej nie będzie korzystał... że może na razie niema komu za nią się ująć!
— Mówiłem bez myśli obrażenia! Mniemałem, że nie obojętnem dla pani będzie wiedzieć...
— Więc słucham! Cóż powiadają...
— Nic tak dalece — krom szczegółów o spotkaniu, wyznaczonem miłościwie na drodze z Pułtuska!
— A w którem waćpan odegrałeś potężną rolę!
— Jakto — jakto!?
— Zapomniałeś więc, jak nas przeprowadzałeś przez most na Pragę — nie pamiętasz mości Gorajski o wycieczce z Żanetką i Ossolińskim ku Jabłonnej!
— Więc to dało powód?
— Do takich dziwnych wystąpień jak twoje.
— Doprawdy, nie przypuszczałem nawet! Pamiętam wybornie — sam nie wiem, jak mam przepraszać!
— Zbyteczny trud z waćpana strony!
— Nie przypuszczałem, aby złośliwość ludzka tak daleko zajść mogła!
— Raczej pańska łatwowierność!
— Zawiniłem bardzo!
— To przyznanie się niewątpliwie świadczy pochlebnie o pańskiem sumieniu...
— Pani — Marjo!...
— Daruj, panie kawalerze! — odrzekła zimno szambelanowa i, spostrzegłszy nadchodzącego męża, podniosła się i poszła ku niemu.
Pan Anastazy był jeszcze zalterowany po rozmowie z cesarzem.
— Wracamy do domu?! — zagadnęła szambelanowa.
— Zapewne, zapewne! Uważałaś, cesarz był łaskaw, niezmiernie łaskaw — pytał się — o wiele rzeczy się pytał! Chociaż „dąbrowszczycy“ intrygują — a nawet kto wie, czy nie Małachowski...
Pani Walewska nic nie odrzekła na domysły męża. Szambelan trzasnął ze złością tabakierką.
— Ciebie to nic nie obchodzi!
— Owszem — lecz późno!
— Jeszcze muszę z Muratem.
— Chcesz widocznie abyśmy ostatni wyszli! Patrz — księżna Dominikowa ma się ku wyjściu!
— Masz słuszność! Wychodźmy! Niema cesarza — niema Walewskiego!
Bal miał się ku końcowi, sale pustoszały, już ledwie w bocznych komnatach widać było gromadki mężczyzn, pochłoniętych gorącym sporem politycznym, niepomnych na wymogi etykiety.
Pan de Périgord, nie chcąc krępować swoją przytomnością zapóźnionych gości — usunął się dyskretnie do prywatnych pokoi, powierzając obowiązki gospodarza panu d’Hedouville, który świadomy swej roli, dawał baczenie, aby ochota nie przybrała zbytnio.
Gorajski, po rozmowie z szambelanową — nawet nie doczekawszy się od niej skinienia na swój ukłon pożegnalny, przyłączył się chmurny i kwaśny do kółka młodzieży, której przewodził Paweł Jerzmanowski i starościc Jan Kozietulski.
Młodzież powitała Gorajskiego żartobliwemi okrzykami.
— Witaj „płakso“! — wołał raźno Kozietulski.
— Stachu! Gdzieś się podziewał? — badał, mrużąc filuternie oczy, Wincenty Krasiński.
— Możecie być przekonani, że czasu nie tracił! — wmieszał się z boku Łubieński Franciszek.
— Panie szambelanie! — zwrócił się do pana d’Hedouville Kozietulski. — Pozwól sobie zaprezentować: Stanisław Gorajski, inaczej „płaksa“, młodzieniec mocno sentymentalny, gdyby nie poczciwe intencje zaciągnięcia się na służbę — możeby naszego Hercaua w kąt zapędził.
Krasiński chciał jeszcze żartować z płaksy — lecz Kozietulski, spojrzawszy na ściągnięte brwi Jerzmanowkiego, przerwał mu żywo.
— Pozwól! Paweł mówi — Paweł ma głos! Panowie silentium! Więc zatrzymałeś się na Marengo...
Między młodzieżą zaległa cisza. Jerzmanowski pociągnął z kielicha, targnął wąsa i zaczął mówić swym dźwięcznym, przejmującym głosem. Toć on jeden pośród tego grona miał słuszne prawo do tytułu starego żołnierza! Szesnastolatkiem uciekł był z domu rodzicielskiego do legjonów, tam krwią własną dosłużył się oficerskich szluf, a teraz już od dwóch lat, jako adjutant marszałka Duroca, do nielada łask u samego cesarza doszedł.
Jerzmanowski mówił zdaniami rwanemi, bezładnemi — niekiedy ruch ręki, spojrzenie przenikliwych, bystrych oczu starczyło za orzeczenie — niekiedy głos drżał mu dziwnie, łamał się, cichł, milkł — — a młodzież, zasłuchana w opowieści wojskowe pana Pawła, i w milczeniu jego czytała i piła zapał, każde drgnięcie sylaby rozumiała, każda zmarszczka na jasnem czole adjutanta-legjonisty była dla niej otwartą księgą.
Szambelan z pobłażliwym uśmiechem przysłuchiwał się rozmowom młodzieży, napozór równie przejęty i równie poruszony, co mu nie przeszkadzało zupełnie porozumiewać się co chwila z przechodzącymi oberkurjerami.
Po małej chwili, panu d’Hedouville nie dość było tych cichych zarządzeń — bo, skorzystawszy z przerwy w opowiadaniu — podniósł się na palcach i wyszedł do sąsiedniego pokoju, a tam zastawszy niespodziewanie oficera służbowego, Rousseau, zagadnął go żywo.
— Czy pan hrabia Hercau jest jeszcze?...
— Właśnie, panie szambelanie, przychodzę po dalsze rozkazy — bez użycia siły zatrzymać go dłużej niepodobna!
Pan d’Hedouville skrzywił się.
— Ach! Co też pan mówi!... Któż słyszał nawet wspominać o podobnym środku?
— Panie szambelanie! — odrzekł pośpiesznie Rousseau. — Wszak raczył pan sam rozkazać?...
Pan d’Hedouville krzywił się jeszcze silniej.
— Ja rozkazywałem!?... Chyba się panu zdawało!...
Rousseau chciał przerwać, lecz szambelan powtórzył surowo.
— Chyba się panu zdawało!... Książę Benewentu miał zamiar, lecz nie mógł!... Rozumiesz pan!... Musisz więc pan przeprosić pana hrabiego!... A na przyszłość radzę ci, poruczniku, nie objawiać takiej gorliwości!... Hrabia powinien był czekać, lecz nie powinien był być zatrzymanym siłą!
Rousseau ze zdumieniem wysłuchał perory — a nie mogąc w zimnej twarzy pana d’Hedouville żadnego znaleźć objaśnienia — skłonił się i poszedł do służbowej izdebki, gdzie pod pieczą pana de Rochefoucauld siedział zdenerwowany długiem oczekiwaniem, a dręczony niepewnością hrabia Hercau.
Rousseau spojrzał znacząco na Rochefoucaulda i ozwał się do Hercaua z wyszukaną grzecznością.
— Panie hrabio, jeżeli życzeniem pańskiem jest oddalić się stąd, w takim razie gotów jestem służyć mu za przewodnika!
— Chcecie mię uwięzić! — wybuchnął Hercau.
— Ależ na honor, panie hrabio skąd te przypuszczenia.
Hercau obrzucił niepewnem spojrzeniem poruczników.
— Nie znęcajcie się przynajmniej nad ofiarą przemocy.
Rousseau pociągnął nieznacznie za rękaw towarzysza i, robiąc hrabiemu drogę ku drzwiom, odparł pośpiesznie.
— Słowem ręczę, że pan hrabia jest w niezrozumiałym dla nas błędzie!... Życzy pan sobie wrócić do salonów... więc zechce pan hrabia przejść tędy... i potem pierwsze drzwi na lewo...
— Więc jestem wolny?!
— Panie hrabio, a któżby się odważył pozbawiać cię wolności!
Hercau podniósł się nieśmiało z kanapki, zakołysał się na swych cienkich nóżkach i jął powoli zmierzać ku drzwiom, jeszcze nie ufając porucznikowi. Dopiero, gdy stanął na progu, a usłyszał za sobą pełne szacunku pożegnania — wówczas w hrabiego nowa wstąpiła otucha.
Hercau jednym susem wpadł do korytarza i, idąc machinalnie za wskazaniem Rousseau, który mówił za nim: — na lewo panie hrabio, na lewo! — nacisnął klamkę i jak kula wpadł do gościnnych komnat ministra.
Hercau minął szybko pierwsze trzy salony, tonące w mrokach — i dopiero w czwartym oświetlonym, zatrzymał się, odsapnął, poprawił perłową kamizelkę na okrągłym brzuszku i, spojrzawszy groźnie na kręcących się w głębi kamerdynerów, ruszył śmielej ku amfiladzie.
Hrabiemu wracała zwolna pewność siebie, a wraz z nią cała świadomość wyrządzonej mu krzywdy, czy poprostu lekceważenia.
Hercau już układał w myśli cały plan wystąpienia swego do Talleyranda ze skargą, gdy naraz, tuż przed sobą, zobaczył pana d’Hedouville.
Hrabia zatrzymał się. Szambelan zrobił ruch, aby minąć Hercaua, lecz ten zastąpił mu drogę.
— Panie szambelanie!...
— A... a... pan hrabia Hercau!...
— Czy pan de Périgord jest na sali balowej?...
— Książę Benewentu?... — poprawił szambelan. — Ah, panie hrabio... cóż znowu! Jego książęca mość dawno udał się na spoczynek... Mało kto tak rzetelnie, jak pan, może jeszcze dotrzymać nam placu!
Hercau poczerwieniał.
— Co do mnie, jest pan w błędzie! dotąd byłem uwięziony!!...
— Jakto, panie hrabio!?
— Wszak pan sobie przypomina... wezwałeś mnie na rozmowę z księciem ministrem?!...
— Za pozwoleniem! Ach! Tak — istotnie! Prawda! Hrabia wybaczy, ale tyle osób...
— Otóż w poczekalni przesiedziałem do tej pory!...
— Czy być może — jakżeż mi przykro!... W imieniu jego książęcej mości dziękuję panu za uprzejmość.
— Pozwól mi skończyć, panie szambelanie! — przerwał Hercau, którego spokój pana d’Hedouville o wzburzenie przyprawiał. — Nie czekałbym — ale panowie oficerowie zatrzymali mnie przemocą! Tłumaczyłem im, przedkładałem — próbowałem się upierać — nic! Zagrozili mi siłą, panie szambelanie!...
— Chyba... niepodobna! — zdziwił się pan d’Hedouville.
— Parol szlachecki!... Otóż, panie szambelanie, niech mi wolno będzie zapytać...
— Nieporozumienie, panie hrabio, pomyłka!...
— Lecz jakiem prawem mnie, gościa zaproszonego...
— Ach — prawem!... Panie hrabio! Nie uwierzysz, ile nieraz kłopotu mamy ze służbowymi oficerami! Cóż chcesz, żołnierze! Ani czasem spostrzec się nie można — gdy oni już do pałacowych form domieszają swoich obozowych nałogów! Zawsze z nimi kłopot...
— Być może, że ci panowie, atoli...
— Będą ukarani!... Bezwarunkowo będą ukarani! Dziś już zapóźno na dochodzenie, zresztą to rzecz służbowego generała-pułkownika! Pozwól pan, dziś był marszałek Davoust! Więc jutro przyślij mi pan karteczkę z nazwiskami tych panów...
— Sam pan raczyłeś mnie z nimi poznać!
— Taak!? Być może!... Więc jutro karteczkę panie szambelanie, a będą ukarani! Bezwątpienia! Księciu będzie niezmiernie przykro, gdy się dowie! Dobrej nocy panu!...
Zanim hrabia zdążył odpowiedzieć — pan d’Hedouville dotknął jego ręki końcami palców i odszedł szybko w głąb pałacu.
Hrabia spojrzał ze złością za szambelanem, odgadując instynktownie, że przedłożona skarga nie wielki osiągnęłaby skutek — i powlókł się, wprost zmierzając ku wyjściu.
Przechodząc komnatę, w której grono młodzieży, z Jerzmanowskim na czele, gwarzyło przy winie, żywo rozprawiając nad ostatnią opowieścią pana Pawła — Hercau przystanął.
Krasiński pospieszył zaprosić hrabiego do kompanji. — Hercau ociągał się. Krasiński nie przestawał nalegać.
— Na jedną kolejkę!
— Nie — nie mogę!... Dziękuję!... Czczy jestem!...
— Dobrze powiedziane! — podchwycił Kozietulski. — Lecz pociesz się, że nam wszystkim czczość dokucza!
— No, panie hrabio — siadaj z nami! — zachęcał znów Krasiński.
Lecz Jerzmanowski wstał nagle z miejsca i ozwał się tonem łagodnej perswazji.
— Panowie, wszystkim nam pora! Szambelan łaskaw na nas, ale patrzcież, światła gaszą! Niewypada nadużywać cierpliwości, ani danej nam swobody!
— Jeszcze chwilę! — ozwał się z żalem Krasiński.
— Niepodobna!... Ostatni bodaj jesteśmy!
— Szkoda! — zauważył Franciszek Łubieński. — Ledwie się gadać zaczęło!...
— Mam myśl! — ozwał się raźno Kozietulski. — Jutro niema żadnej asysty!.. Idźmy do „Angielskiego“!...
— Czwarta po północy! — wtrącił Gorajski.
— Płaksa nie ma głosu! — podchwycił raźno Krasiński. — Idziemy do „Angielskiego“ — deklaruję wyciągnięcie kucharza z pod pierzyny i faskę bigosu! Ruszamy. Hrabia z nami!
Hercau wzdrygał się i próbował opierać, lecz Kozietulski nie dał mu przyjść do słowa.
— Musisz, hrabio kochany! Krasiński, bierz go pod ramię! Ho — ho! Wszedłeś w kompanję, teraz się nam nie wywiniesz!... Nie róbże takiej płaczliwej miny, boć na to jeden Gorajski ma przywilej...
— Czczy jestem! — odrzucił płaczliwie Hercau.
— O to właśnie idzie! Takich nam trzeba! Ruszajmy! — odezwały się głosy młodzieży.
Hrabia uległ.
Na dole, w szatni — Jerzmanowski spotkał zapóźnionego oficera konnych grenadjerów gwardji pana de Rémusat i za podszeptem Kozietulskiego zaprosił go do towarzystwa. Francuz przystał z ochotą, a spostrzegłszy między kompanją hrabiego Hercaua, którego był już poprzednio poznał — przysunął się doń i wszczął z nim pogawędkę. Hercau dosyć obojętnie odpowiadał panu de Rémusat, ledwie że słuchając zwierzeń, a uwag wzburzonego nieco oficera. Dopiero kiedy pan de Rémusat wymienił pokilkakroć nazwisko „Walewska“ — hrabia ocknął się z zamyślenia i zagadał.
— Pozwól, panie kapitanie — mówisz o pani Walewskiej!?... Cóż takiego?...
— Daj ją katu! Na utrapienie moje zjawiła się na balu! Uważasz szambelanie, umówiłem się z porucznikiem Bertrandem na jutro!... I masz! Na Śląsk go wyprawili — za co — za Walewskę!
Hercau pokręcił niedowierzająco głową. Remusat się zapalił i jął ze wszelkiemi szczegółami i możliwemi uzupełnieniami rozpowiadać kursujące już plotki o zazdrości cesarza — nagłem wyprawieniu z Warszawy Bertranda, Montbruna i Durosnela, i podstępach pani Walewskiej, zmierzających oczywiście do usidlenia tyle potężnego hołdownika.
Hrabia niedowierzająco przyjmował te relacje. Rémusat zapalał się, wreszcie, na potwierdzenie szczegółów, dodał z przekonaniem.
— Wierz pan, lub nie, parol, że na własne uszy słyszałem, jak książę Bassano pomawiał o udział w tej intrydze ministra Talleyranda.
Hercau, na wspomnienie Talleyranda, uśmiechnął się ironicznie.
— Żartujesz panie kawalerze! Talleyrand!...
— Ależ panie hrabio! Toć jasne! Cały ten bal dlatego jedynie był wydany, żeby zbliżyć cesarza!...
— No — może! — rzekł cierpko Hercau. — Lecz co ja, to mam tego balu dosyć i pan Talleyrand więcej mnie u siebie nie zobaczy!...
Rémusat spojrzał z kolei zdziwionym wzrokiem na Hercaua.
— Hm! Nie wiem! Chociaż książę Benewentu jest u siebie zawsze bardzo uprzejmym, miłym gospodarzem! My to najłatwiej możemy ocenić... Żadnemu z oficerów na przyjęciu nie da uczuć zależności.
— Pewnie — pewnie! — przytwierdził ze złością hrabia. — Nawet pozwala panom za wiele.
Rémusat zachmurzył się.
— Nie rozumiem pańskiej przymówki!
— Bo też to nie przymówka żadna! Niech się pan nie uraża — lecz między wami, moi panowie, jest wielu, niemających wyobrażenia o pospolitej grzeczności! Cenię żołnierzy — schylam głowę przed waszemi akselbantami i szlufami... ale obóz nie daje wychowania!
— Za pozwoleniem, panie hrabio, w armji może, lecz co gwardja...
— Właśnie miałem sposobność zapoznania się dzisiaj z gwardją! Są może wyjątki jak pan, panie kapitanie... lecz to wyjątki.
— Panie hrabio — nie dziw się, lecz nie wolno mi poprzestać na tym gołosłownym zarzucie!!... Proszę o dowody!...
— No, więc znasz pan niejakiego Rochefoucauld?
— Porucznika strzelców konnych!? Doskonale!...
— Masz zatem wzór! Alboż drugi — Rousseau! Dobrze mówię — Rousseau!
Rémusat przystanął na ulicy.
— Znam ich wybornie! Przed chwilą właśnie widziałem się z panem Rochefoucauld! Pochodzi z bardzo pięknej rodziny!
— No i patrz pan, co z niego wojsko zrobiło! Pachołka! Obozowego gbura!
— Panie hrabio! Rochefoucauld jest moim przyjacielem!
— Tem gorzej dla pana — będzie tego jeszcze żałował.
Rémusat ledwie mógł ukryć zniecierpliwienie — hrabia, któremu znów żywo stanęły przed oczyma wszystkie szczegóły przymusowego oczekiwania w służbowej izbie — coraz silniejszemi zarzutami obarczał Rochefoucaulda.
Ironiczne uwagi Hercaua dotknęły w końcu Rémusata do żywego tak, że hrabia, rad nie rad, dla uniknięcia skandalu z kapitanem, musiał mu przedstawić całe zajście, którego padł ofiarą. Skutek wyznania był niespodziewany. Już po pierwszych słowach Hercaua — twarz pana da Rémusat rozpogodziła się — a gdy hrabia po wyrzuceniu z siebie całego nurtującego w nim gniewu — umilkł, oczekując na przyznanie racji, — kapitan parsknął serdecznym śmiechem.
Hercau pobladł.
— Jeżeli to dla pana jest tylko zabawnem...
— Ależ bo! Panie hrabio! Daruj!... Nie wiedziałem!?... Więc to pan... pan był w pokoju służbowym?... Cha — cha!. Wyborna farsa!...
— W gatunku kordegardy!
— Lecz pozwól pan! Przed chwilą właśnie porucznik Rochefoucauld...
— Pochwalił się ordynarnym konceptem.
— Panie — czego pan chcesz od tego poczciwca!... Jemu samemu było bardzo żal pana!... No — ale rozkaz!
— Jaki rozkaz? Szambelan d’Hedouville przyrzekł mi satysfakcję! A jeżeli...
— Jedno słowo! Umizgałeś się pan do pani Walewskiej?
— Co za pytanie! Pochlebiam sobie, że znam ją i że mam prawo supponować o względach przystojnych...
— To nie należy do rzeczy!... Zawadzałeś!... No i usunięto cię! Gdybyś był oficerem, spotkałby cię tylko ordynans dwutygodniowy! Jednemu Ornano się upiekło — choć i to nie wiadomo, bo Duroc go przestrzegł delikatnie! Więc teraz, tu winien Rochefoucauld?
Hrabia nie wiedział, co odpowiedzieć, świadomość przyczyny, dla której usunięto go z balu — ucieszyła go, bo rozproszyła obawy, dokuczające cichemu sprzymierzeńcowi Burbonów, lecz równocześnie dotknęła głęboko miłość własną, bo dowodziła, jak potrafią lekceważyć sobie tytuł hrabiowski i ród Hercauów, i jak mało zależy im na pozyskaniu go dla cesarstwa.
Rémusat, żartując wciąż z pomyłki hrabiego — chciał koniecznie dopytać się odwołania zarzutów uczynionych gwardji — lecz gdy Hercau milczał uporczywie — kapitan zatrzymał się ponownie, skinął lekceważąco ręką hrabiemu i ozwał się oschle.
— Widzę, że moje wstawiennictwo nie na wiele się przyda! Porucznik Rochefoucauld sam zapewne lepiej potrafi pana przekonać, jak dalece pomyliłeś się pan w sądzie o nim!
Hrabia nie zdążył zorjentować się, co znaczyła ta pogróżka — gdy kapitan wykręcił się i znikł szybko w głębi ulicy.
Hercaua lekki mróz przeszedł — postąpił kilka kroków za Rémusatem, aby go dogonić i wytłumaczyć mu, że, wobec wyjaśnienia, nie ma urazy do Rochefoucaulda — lecz niespodziewanie dopadł go z tyłu Kozietulski.
— Panie hrabio! Gdzie się pan podziewa? Wystajemy przed hotelem i doczekać się nie możemy!...
— Owszem — tylko...
— Proszę za mną! Niema wykrętów! A gdzież ten gwardzista?
— Właśnie chciałem za nim. Poszedł ku Królewskiej!
— Bóg z nim — nie będziemy go szukali! Nosa drze a z wysokości swoich adjutanckich buljonów na nas spogląda! Chodź, hrabio! Czekamy!
Hercau rad nie rad powlókł się za Kozietulskim.
Młodzież niebawem znalazła się w jednej z izb gościnnych hotelu Angielskiego i śród żartów i śmiechów jęła wydawać rozkazy zaspanej służbie. Bigos, zrazy i spora baterja butelek zjawiły się niebawem na stole. Do jadła zabrano się ochoczo — pierwsze kielichy spełniano z zapałem — lecz gdy zaspokojono głód i pragnienie — rozmowa rwać się zaczęła. Gorajski ledwie że czasem bąknął coś pod nosem, Hercau cmokał apatycznie wino i coraz zawilsze młynki palcowe kręcił na swym okrągłym brzuszku, Franciszkowi Łubieńskiemu oczy się kleiły, Jerzmanowski stracił nawet ochotę do gawędy, Kozietulskiego z Krasińskim rozgniewała w końcu ta zapadająca co chwila cisza.
— Do pioruna, mościpanowie — co was obleciało? Kropli krwi w was niema!
— Zdrowie pana Pawła! — zawołał ogniście Krasiński.
— Wiwat — Jerzmanowski!
— Niech żyje! podtrzymały głosy.
— Na podziękowanie, zdrowie pułkownika gwardji przybocznej imć pana Wincentego.
— Wiwat!
— Łubieński namarszczył się — Hercau kiwnął się melancholijnie.
— Zdrowie pułkownika — zauważył Franciszek Łubieński — i owszem, ale co do gwardji i Napoleona, to rzecz inna. Kto go tam rozumie.
— Ten co go zna — odparł sucho Jerzmanowski.
— Mówią, że u nas zgoła francuskie mają się zaprowadzać porządki!... Gubernator rządzi i bodaj jednemu Wybickiemu ustępuje!
— A waćpanbyś jak chciał?
Franciszek spojrzał niepewnie na zaczerwienioną twarz Jerzmanowskiego i rzekł.
— Ani myślę przymawiać Wybickiemu — człek podobno zacny — lecz skądże on przychodzi do takiego znaczenia — są przecież zasłużeńsi, którzy dali dowody...
— Niedołęstwa! — wybuchnął Jerzmanowski.
— To zależy od poglądu! Jeżeli się nawet mylili, to teraz takim tem łatwiej byłoby unikać dawnych błędów!
— Waćpanu idzie o urzędy?
— Nie, tylko to zaufanie cesarza do Wybickiego zastanawia!
Jerzmanowskiemu płomienie w oczach rozgorzały.
— Juści zastanawia, lecz takich, co za piecem siedzieli, co przychodzą dziś do gotowego, co nie pamiętają, że Wybicki wówczas już był w relacjach z cesarzem, gdy ten jeszcze z Konwentem Francuskim nie mógł sobie dać rady!... Zaufanie, jakie ma Wybicki, boli was — nawet nie radziście widzieć drogą ilu ofiar, ilu lat tułaczki na nie zarobił!... Dziś macie przed sobą otwierające się stanowiska, wpływy, władzę, ją byście chcieli zagarnąć!
Łubieński zrozumiał aż nadto wyraźnie przymówkę do zamysłów ojca swego, imć pana Feliksa Łubieńskiego, starosty nakielskiego, a szambelana.
— Mości Jerzmanowski, źle sobie tłumaczysz moje słowa — a jeżeli komu idzie o tę władzę to jedynie dla powszechnego dobra! Wybicki posiada zaufanie — cieszyć się z tego trzeba, lecz obawiać zarazem, aby sam nie był nadto ufnym! Polityka jest polityką — mów sobie co chcesz — a co najprzedniejsi, najstarsi — boją się Napoleona.
Adjutant Duroca uśmiechnął się pogardliwie.
— Winszuję waćpanu w tak młodym wieku tak statecznej rozwagi!
— Do rzeczy! — przerwał niecierpliwie Łubieński.
Jerzmanowski uderzył pięścią w stół.
— Patrzcie na mnie! Dziewięć lat temu wybrałem się pokryjomu z domu rodzicielskiego — podwakroć ledwie zdołałem ujść Prusakom, rodzica za mnie po amtach i kamerach ciągali! Zdawało mi się, że przepadła dla mnie na wieki strzecha rodzinna, że tułaczem zgoła zostać muszę! Szedłem za Napoleonem — i widzisz, dokąd mnie przywiódł?
— Prawda, prawda — tylko niewiadomo, czy dlatego tu się zjawił, by waszmościa przyprowadzić — czy dlatego waćpana wziął, aby mu łatwiej było drogę przebyć!
Jerzmanowski porwał się z za stołu.
Sacrebleu — uszanowanie znaj.... Jeszcze acan nie urósł, aby o nim sądy wydawać!
Łubieński zbladł. Kozietulski z Krasińskim skoczyli godzić i mitygować zwaśnionych. Jerzmanowski prychał groźnie i trzaskał pałaszem. Łubieński chciał przyznania racji dla siebie szukać.
— Hrabia niech nas sądzi! On tu obojętny!
— Niema sądów, niema sporu! — bronił Krasiński, aby przerwać czemprędzej niemiły zatarg. — Niech żyje cesarz! Imć pan Paweł tu świadom rzeczy!... Do dna! Łubieński pij!
— Cóż, piję! Niech żyje!
— A teraz, mości panowie, dosyć polityki — Hercau ma głos!
— Na zgodę! — ozwał się hrabia, przypijając do Jerzmanowskiego.
Przeciwnicy podali sobie ręce.
Łubieński próbował głosem pojednawczym przekonać jeszcze kapitana — lecz Kozietulski nie dał mu więcej przyjść do słowa.
— Porzućcie te spory! Hrabio, opowiedz nam swoją przygodę z tą... tą — pamiętasz?...
— Wybornie, Hercau niech mówi!
— Panowie, już to tak dawno, że nie pamiętam!
— Hrabio kochany!
Hercau przymrużył filuternie lewe oko i spojrzał ku Jerzmanowskiemu.
— Ba — może i byłoby coś do powiedzenia na czasie — ale, na parol, obawiam się kapitana!...
— Et — cóż znowu, nie znasz pana Pawła, setny kompan! Byleś politykę omijał!
— Hm — zapewne — rzekł z komiczną powagą Hercau — ale... bo tu z cesarzem sprawa!
— Z cesarzem? — podchwycił Krasiński. — Mówże!!... Jerzmanowskiego biorę na siebie!...
Kapitan uśmiechnął się pobłażliwie.
— Przecież nikogo z was nie myślę niewolić! Każdemu wolno własne mieć wyobrażenia!
— Tembardziej, panie kapitanie, że miałem szczęście, a raczej nieszczęście przekonać się, jak to Hektor umie postać Adonisa przybierać!
Młodzież skupiła się ciekawie około hrabiego, zachęcając go wesołymi okrzykami do mówienia.
Hercau pociągnął wina z kielicha, przeczekał umiejętnie i, potęgując tem samem zaciekawienie — rzekł zagadkowo.
— Ba — nawet nadużywać niezupełnie po rycersku swej przewagi! Chociaż miałem rozmaitych rywalów — świętej pamięci nieboszczyk król...
— Mówże hrabio o cesarzu — przerwał Krasiński.
Hercau spojrzał na Jerzmanowskiego — ten ostatni wzruszył dobrodusznie ramionami.
— Ależ ja nie przeszkadzam! Słyszałem już o niejednej przygodzie cesarza! Możesz, panie hrabio, być pewnym, że ci z placu ustąpi!
— Hm! Nie wiem — wątpię! Radbym bardzo — bo inaczej sam nie wiem, co mi uczynić wypadnie!
— Nie wlecz-że tak do pioruna! — upominał Krasiński.
Hercau westchnął.
— Było to dzisiaj, na balu! Ona!... Wszak wystarczy panom to określenie? Otóż „ona“, po długiej walce, wyznaczyła mi stanowczą rozmowę! Oczywiście — mąż... Zazdrosny, tyranizujący, pastwiący się nad swą piękną, jak sen, ofiarą — potwór bezzębny! Rozumicie panowie, z jaką trwogą, z jakim rozkosznym niepokojem oczekiwałem dzisiejszego balu! Przeżywałem lata, wieki!... Nareszcie przyszła upragniona chwila!... Pośród rozgwaru salonowego, daje mi umówiony znak chustką.. Bez wahania odpowiadam! Używamy oboje całej przebiegłości — aby zniknąć, aby ujść oczom tłumu... Po kilkakroć jakiś natręt psuje nam szyki!... Kadryl! Ona tańczy! Tańczy z jednym z zauszników cesarskich! Oczywiście nie przypisuję do tego uwagi — co mi do niego, co mi do całego świata — kocham, sam jestem kochany — niebo!....
Hercau pociągnął wina, oczy przymknął i, rozkoszując się dźwiękiem własnych słów, opowiadał ze wzrastającem przejęciem.
— Kadryl się skończył. Ścigam jej postać gorączkowem spojrzeniem! Idzie w głąb apartamentów! Z zapartym oddechem rzucam się przez falę dam i panów, obrywam dwóm paniom koronki, potrącam któregoś z marszałków, ocieram się prawie o cesarza i dążę!... Jedna komnata, druga, trzecia... i jest „ona“!... Zapłoniony, drżący, onieśmielony chylę się do jej atlasowej rączki.... Trwamy w tem milczeniu zasłuchani w wartkie pulsa nasze, w tęsknotą rozbłyszczone oczy wpatrzeni, długim rąk uściskiem skuci!...
— Znakomicie — wybornie! — przyświadczył z zapałem Kozietulski.
— I co dalej? — Co dalej? — nalegał Łubieński.
— Dalej? powtórzył melancholijnie Hercau. — Mamże powtarzać wam te szmery wezbranych uczuć, któremi spłynęły nasze usta, mamże was, natrętnych, wprowadzać do świątyni mego bóstwa? Nigdy! To nad moje siły!
— Ależ, hrabio, do rzeczy!... Nikt nie żąda tego poświęcenia.
— Bo to byłoby pewnie nudne!
Hercau potrząsnął pobłażliwie głową.
— Więc tem lepiej dla mnie! A zatem, wyznajemy sobie — zapomniawszy o wszystkim, co się dokoła nas dzieje!... Już — już chylimy się, aby pocałunkiem stwierdzić słowa przysięgi — gdy naraz staje przed nami on! Brwi ściągnięte — ręce skrzyżowane, wzrok wyzywający...
— Mąż? — zagadnął z boku Jerzmanowski.
— Cesarz! — objaśnił flegmatycznie hrabia.
— Czy podobna! Hrabio! żartujesz chyba? — ozwały się głosy pojedyńcze.
— Gdym go dostrzegł — ciągnął hrabia, nie odpowiadając na powątpiewania — krew we mnie zawrzała! — „Jak pan śmiesz“ — ozwał się raptownie — „dotykać jej ręki?“ — Pobladłem i rzekłem zimno: — Z tego nikomu nie będę zdawał sprawy! — „Musisz!“ — zawołał z wściekłością — „ nakażę cię uwięzić, zakuć w żelaza!“ — Ja mu wskazałem na serce. — Dosięgnij go, spróbuj. — Staliśmy tak naprzeciw siebie równie groźni, równie przygotowani na wszystko... A ona? Ona mdlała! Wreszcie ja — nie mogąc pohamować wzburzenia, wskazałem na nią. — Sire, ją przynajmniej oszczędzaj! — Szarpnął się gwałtownie i schwycił mnie za rękę. — „Kochasz ją?“ — Kocham! — Rzucił się ku niej ujął ją w ramiona i zawołał z rozpaczą: — „A ty, ty?“... — Ona rozchyliła pobladłe ustka i szepnęła: Tak, najjaśniejszy panie — kocham Hercaua! — Ryknął z gniewu i wyciągnął pięść...
— Bardzo to głupie! — przerwał niespodziewanie Jerzmanowski.
— Myślałem, że to co dowcipnego! — przytwierdził Gorajski.
Hercau, nie zbity z tropu, roześmiał się drwiąco.
— Wiecie panowie, że prawda zawsze wygląda na kłamstwo!
— No — no, hrabio! Spudłowałeś z tą opowieścią!
— Zupełnie — niezręcznie!
— Na honor, że mimo rozmyślnych zmian, cesarz jest moim rywalem!
— Lecz, hrabio, spójrz w zwierciadło — odrzuć wszelki urok majestatu — toć bodaj o dwadzieścia lat jesteś starszym od Napoleona!
— Miłość nie bawi się w arytmetykę!
— Chcesz powiedzieć, że jeszcze miewasz spóźnione zapały!
Hercauowi wino zaszumiało w głowie.
— Spóźnione!? Bardzo proszę!... Jestem kochany! Jestem kochany przez damę, którą cesarz uwielbia... Mnie naturalnie nic do tego! Jestem gotów do walki! Tu nie armaty, nie gwardja, lecz jedno jej słowo rozstrzygnie! Tak, panowie, a ona mnie kocha — ona dla mnie chce opuścić dom, męża, — wyrzec się ludzi, świata — byle ze mną... byle ze mną!...
— Panowie! Zapowiadam wam, że hrabia lada chwila, z nadmiaru czułości, stoczy się pod stół!...
— Niech się stoczy, byle nie plótł bredni!
— Za pozwoleniem, parol, panowie — bełkotał Hercau. — Ona ku mnie pała!
— Spiłeś się, kochany hrabio, i niezręcznie koloryzujesz!
— Ja się spiłem! Na honor, panowie! Jesteście za cesarzem — nie odwodzę was — tylko powiedzcie mu, niech z Hercauem nie zaczyna, bo mu rogi wyrosną. Drugie rogi — jedne ma od Józefiny, drugie przyprawi mu pani Walewska!
Młodzież homerycznym śmiechem przyjęła tę pogróżkę. Jeden Gorajski nie podzielił wesołości — usta zacisnął i ze zwykłą sobie flegmatyczną ociężałością zbliżył się do Hereaua.
— Panie hrabio! — więc to z panią Walewską miałeś tę przygodę?
Hercau obrzucił Gorajskiego pogardliwem spojrzeniem i mruknął z uporem pijanego.
— A cóż, nie podoba ci się, panie kawalerze — to ustępuj, bo i ciebie rogi nie miną!
— Nie w tem rzecz — odrzekł cicho Gorajski — tylko, czy nie raczyłbyś, panie hrabio zaniechać kalania kobiety uczciwej.
Hercau uśmiechnął się szyderczo.
— Nie panu o tem sądzić, ani ujmować się za cudzemi kochankami.
Gorajski wymierzył hrabiemu policzek.
Hercau oprzytomniał — porwał za stojącą przed nim butelkę i chciał rzucić nią w Gorajskiego — lecz Jerzmanowski zdążył pochwycić go za rękę.
— Bijatyką, panie hrabio, obelgi nie zmyjesz!
— Na plac go prowadźcie! Niech staje!
— Jestem gotów!
— Pistolety! Natychmiast!... Puszczajcie mnie! Chce zemknąć!
Kozietulski uspakajał Hercaua.
— Pohamuj się, hrabio! Ja ci odpowiadam za Gorajskiego!
— Nie chcę niczyjej odpowiedzialności! Zmówiliście się, żeby mnie napaść, żeby bezbronnego spotwarzyć! Wy... wy najmici napoleońscy, pachołcy... Strzelać się musi!... Słyszysz, tchórzu!
— Milcz pan! — zagroził Kozietulski — bo nie z jednym tylko będziesz miał do czynienia!
— Ha! byłem tego pewny! Zbóje — opryszki!...
Jerzmanowski z Krasińskim skoczyli do Hercaua, zasłaniając go z kolei przed Kozietulskim, który trząsł był już za ramiona hrabiego.
— Panie Janie, na miły Bóg! — wołał Jerzmanowski.
— Toć pijany, jak bela!
— Puszczajcie mnie!... Zasię mu do nas!
Jerzmanowski z Krasińskim jęli siłą odciągać Kozietulskiego od Hercaua.
Powstał zamęt i szamotanie, z którego oprzytomniały hrabia zdołał skorzystać, bo, uwolniony z rąk Kozietulskiego, podsunął się do szamoczących i jednem zręcznem szarpnięciem wyciągnął szpadę z pod boku Jerzmanowskiego. Zanim młodzież zdołała opamiętać się, Hercau wpadł na Gorajskiego, stojącego w kącie izby, razem z Łubieńskim. Lubieński porwał za stołek, aby nim odparować wymierzone pchnięcie, lecz Hercau uchylił się, skupił się w sobie i, napierając całym ciężarem swoim na rękojeść, wpadł na Gorajskiego... Gorajski zachwiał się i runął na ziemię.
Hercau wyrwał szpadę z piersi przeciwnika i, zmieniwszy front, wyciągnął ostrze ku biegnącemu na pomoc Jerzmanowskiemu.
— Ani kroku dalej! — zagroził hrabia — lecz Jerzmanowski bez wahania lewą ręką chwycił za ostrze szpady i nie zważając na bolesne okrwawienie ręki udaremnił pchnięcie i wpadł na Hercaua.
— Morderco! Opoju!... Dawaj szpadę!
— Ha — psy napoleońskie! wykrzyknął Hercau i do ponownego gotował się pchnięcia, gdy Jerzmanowski prawą ręką porwał go za ramię, powalił, a potem, mimo zajadłej obrony — ujął za kark i rzucił Hercauem w okno. Hercau własnym ciężarem wybił szyby, wyrwał ramę okienną i krwią zalany, a omdlały, padł na ulicę.
Do izby tymczasem, zwabiona odgłosem bijatyki, wpadła służba z wystraszonym gospodarzem na przedzie. Młodzież skupiła się nad leżącym we krwi Gorajskim. Zabrano się pośpiesznie do opatrywania rany i trzeźwienia, lecz Gorajski, pomimo wszelkich zabiegów, znaku życia nie dawał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.