<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Sprawy bieżące 1874, 1875
Pochodzenie Niwa (1875) t. VIII, str. 384-392
Publicystyka Tom IV
Wydawca Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Gebethner i Wolff
Data powstania 1875
Data wyd. 1937
Druk Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały cykl felietonów
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI
[Sprawozdania z rozmaitych towarzystw. — Nasze stosunki społeczne jako materiał barwisty do komedii satyrycznej i tendencyjnej. — Febris aurea Z. Sarneckiego. — Koniec saison morte. — Wypadek w świecie literackim, który powinien był dostarczyć materiału felietonistom. — Polemika p. Baudouina de Courtenay. — Uczony filolog ma rozdrażnione nerwy. — Miłość własna nieraz wiedzie ludzi na bezdroża śmieszności].

Sprawozdania z rozmaitych towarzystw i wnioski z nich, — oto co teraz najwięcej zajmuje Warszawę. W ostatnich czasach zostały ogłoszone sprawozdania: Towarzystwa Spożywczego „Merkury“ i Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. W ogóle uczyniły one dosyć smutne wrażenie. Nie wiedzie się „Merkuremu“. Mimo usiłowań, mimo reform, mimo wstrząśnień w łonie Towarzystwa, mimo sesyj, na których miejscowi mówcy rozlewają potoki wymowy, wszystko idzie coraz gorzej. Kwitną sesje, kwitnie wymowa, honorują się członkowie, a upada i kuleje coraz bardziej Towarzystwo. Wina nie cięży tu na społeczeństwie, bo o pożyteczności stowarzyszeń tego rodzaju nikt już nie wątpi i liczba członków dość jest znaczna, co dowodzi, że ogół popiera instytucją. Popiera, ale się zraża, i nie może być inaczej. Każdy, widząc, że za granicą, w takich Niemczech np., towarzystwa podobne rozwijają się coraz bardziej i roztaczają coraz większym kręgiem swą działalność, pyta, z powodów bardzo naturalnych, co u nas stoi rozwojowi Towarzystwa na przeszkodzie i czyja jest wina, że instytucja nie może znaleźć gruntu pod nogami? Mówcie wy sobie, co chcecie, — prawią członkowie, — mówcie o zbawiennych skutkach „Merkurego“, o jego ekonomicznem uczuciu, o jego związku z cywilizacją, dobrobytem, postępem i innemi równie pięknie brzmiącemi wyrazami, my tylko widzimy jedno, — tj. coraz mniejszą i chudszą dywidendę. Nie chcemy słów, — bo mamy fakta. Błogie skutki obiecujecie w dalekiej przyszłości, a niebłogie skutki czujemy dziś w kieszeniach, po których wiatr chodzi, jak mu się tylko podoba.
I zaiste, dowodzeniu takiemu trudno odmówić słuszności. Ogół zatem słusznie zraża się do Towarzystwa i w poszukiwaniu winy równie słusznie dochodzi do wniosku, że po pierwsze: ponieważ pewnikiem jest, że stowarzyszenia spożywcze zagranicą błogie przynoszą owoce; po drugie: ponieważ u nas liczba członków stosunkowo dość jest znaczną, a zatem wina nie leży ani w zasadzie instytucji, ani w obojętności ogółu, lecz w administracji.
Administracja więc winna, mówią: „Kogut winien, więc na niego, on sprawcą wszystkiego złego!“ — Administracja widocznie nic nie robi, administracja lekceważy sobie interesa stowarzyszenia, administracja przede wszystkiem za dużo kosztuje i skutkiem tego pochłania czysty dochód, który mógłby się do podniesienia dywidendy przyczynić.
Hic iacet lepus. Tak rozumując, każdy chwyta za sprawozdanie, w którem koszta administracji są wyliczone, przepatruje je, dodaje, sumuje, i... ze zdumieniem przekonywa się, że nie są za wielkie, że administracja nie kosztuje za wiele i że nawet nie może mniej kosztować.
Wprawdzie przychodzi niejednemu do głowy, że przepadki, obliczone na wyschnięcie, psucie się, rozsypywanie i rozmaite inne ubytki w towarach, są może trochę za wielkie; wprawdzie niejednego dziwi filozoficzny spokój, z jakim zarząd donosi, że sklepowa N. N. zatraciła tyle a tyle rubli, które odzyskane już od niej być nie mogą, ale ostatecznie w stosunku do całości obrotu sumy to są zbyt małe, żeby na obniżenie dywidendy wpłynąć mogły; nie w tem więc także przyczyna niepomyślnego stanu rzeczy. Ale może pomyśli ktoś, że Towarzystwo za tanio towar sprzedaje? Gdzie tam! Prędzej za drogo, niż za tanio, a przynajmniej dostatecznie drogo, aby rozmaite sklepiki wiktuałów czyniły mu groźną konkurencją. I nie to więc, i nie tamto. Ale nie spieszmy się jednak z uniewinnieniem administracji; wstrzymajmy łzę, którą za wczesna litość nad niesłusznie potępioną nam z oczu wyciska.
Administracja ani za wiele kosztuje, ani za tanio sprzedaje, a jednak — administracja winna. Ale czy wiecie, dlaczego? Oto administracja za drogo towar kupuje. Tak jest: za drogo kupuje. Nie bierze towarów z pierwszej ręki, wprost od producenta, ale od handlujących. Chłop produkuje zboże, od chłopa kupuje Żyd z małego miasteczka, od Żyda z małego miasteczka Żyd z dużego, a od tego jeszcze Żyd ze stolicy, a dopiero od niego na warszawskim targu administracja. — Wobec tego jasnem jest, że dając zarobić kilku pośrednikom, Towarzystwo dostaje towar stosunkowo drogo, a chcąc wytrzymać konkurencją, musi go z niezmiernie małym zarobkiem sprzedawać. Stąd małe zyski, stąd suchotnicza dywidenda, stąd wegetowanie z roku na rok, pieniężna anemia i ogólne niezadowolenie, na które nie poradzą choćby najpiękniejsze mowy, miewane na sesjach przez członków zarządu, przez mężów opozycji, przez prawice, lewice i tym podobne objawy parlamentaryzmu, wydającego, jako omłot: wielkich ludzi do małych interesów i pustki w kieszeniach.
Jeszcze smutniejsze wrażenie czyni sprawozdanie Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Nie o Towarzystwo tu chodzi. Towarzystwo jest instytucją pożyteczną, zbawienną nawet i doskonale uorganizowaną, ani więc jego działalność, ani jego istnienie nie jest z żadnej strony zagrożone. Niemniej jednak sprawozdanie sprawia smutne wrażenie, bo w niem jasno jak na dłoni przedstawia się opłakany stan większych posiadłości ziemskich w Królestwie. Czy wiecie też, czytelnicy, ile majątków było wystawionych na sprzedaż w ciągu ubiegłego półrocza? Oto ni mniej, ni więcej, tylko 1,465. Wprawdzie sprzedanych zupełnie było tylko 15, ale śmiało można powiedzieć, że ruina reszty jest tylko kwestią czasu. Obywatelowi, który raz zaległ z opłatą rat Towarzystwu, już prawie końca z końcem związać niepodobna. Może wprawdzie odwłóczyć katastrofę, może kredytem lichwiarskim ratować się czas jakiś, — ale będzie to wegetowanie raczej niż życie.
Rozpaczliwy ten stan majątków skłonił samęż dyrekcją do przedsiębrania pewnych środków ratunku. Mówią, że mają być zakładane w każdym powiecie stacje doświadczalne czyli tak zwane gospodarstwa wzorowe. Projekt to doniosłości ogromnej, projekt, którego skutki nie dadzą się nawet obliczyć, ale o skutkach tych mówić będzie warto dopiero wówczas, kiedy słowo stanie się ciałem.
Nauczyło nas tego smutne doświadczenie. Tyle już projektów rozwiało się we mgle przeszłości, tyle już razy cieszyliśmy drugich i siebie na próżno, że tego rodzaju uciechy sprzykrzyły się już w końcu wszystkim. W ogóle doszliśmy do przekonania, że jednem z najprawdziwszych przysłów odnośnie do nas jest: „Obiecanka cacanka“. Powiedzmy sobie prawdę: nic łatwiejszego, jak platonicznie kochać dobro publiczne i uszczęśliwiać swych ziomków wielkiemi zamiarami. Można to robić, nie zdejmując nigdy szlafroka i pantofli; można to robić nawet, złożywszy ręce na żołądku i okręcając koło siebie wielkie palce. Dobro publiczne! Ależ kogo się spytać, to je kocha. — I cóżeś dla niego uczynił? No! nic, ale kocham, i to właśnie jest miłość bezinteresowna, czysto platoniczna. Nie zrobiłem nic, ale mam pewien projekt.
Cóż to za obfite pole dla komediopisarzy, ten patriotyzm platoniczny, szlafrokowy, który wobec pierwszej lepszej rzeczywistej ofiary i rzeczywistej pracy tak chowa się we własny egoizm, jak ślimak w skorupę. Sądzę nawet, że jest to jedna z najwybitniejszych wad, rodzących się u nas na gruncie filisterstwa, egoizmu i hipokryzji. I tu narzekają komediopisarze nasi, że stosunki nasze społeczne nie przedstawiają dostatecznego pola, że społeczeństwo zbyt blade nie dostarcza typów. A przecież przedmiot to jeszcze nie dotknięty: pole obfite, typów podobnych nie brak. Macie wszystko, czego wam potrzeba... potrzeba wam tylko talentu.
Że zresztą dzisiejsze nasze stosunki spółeczne, nasze obyczaje, nasze wady są dostatecznie barwiste, aby dostarczyć materiału do komedii większej, satyrycznej i tendencyjnej w najobszerniejszem znaczeniu tego słowa, dowodem utwory zgasłego przedwcześnie Narzymskiego, dowodem niektóre utwory Fredry (syna), E. Lubowskiego, i wreszcie sztuka Zygmunta Sarneckiego pt. Febris aurea.
Sztuka ta nie była napisana w ostatnich czasach. Może przed pięciu lub sześciu laty była drukowana w Gazecie Warszawskiej i jednocześnie oddana reżyserii naszych Teatrów warszawskich. Ale reżyseria, jak to reżyseria! Czasem sztuki, oddane jej i przyjęte, czekają po kilkanaście lat na przedstawienie, reżyseria bowiem wiecznie trzyma się zasady, że trzeba czekać:

.... aż się przedmiot świeży,
Jak figa, ucukruje, jak tytoń, uleży.

Tem się nawet tłumaczy upadek naszego komediopisarstwa. — Czyż bowiem opłaci się autorowi napisać sztukę, być wynagrodzonym za nią, jak nie można gorzej, i jeszcze czekać lat kilkanaście na jej przedstawienie. W takim stanie rzeczy czyż nie lepiej jest dla niezamożnego komediopisarza wystarać się o miejsce, dajmy na to, w jakim kantorze bankierskim, w jakiemś towarzystwie ubezpieczeń od ognia lub wody, czyż nie lepiej zostać p. o. młodszego pomocnika przy młodszym asesorze albo wreszcie guwernerem przy dzieciach jakiego radcy, niż raz w życiu być wywołanym przez zachwyconą publiczność, a sto razy w życiu nie mieć na obiad i zestarzeć się, ba, nawet zdziecinnieć ze starości, nie doczekawszy się przedstawienia swej sztuki?
Owa więc Febris aurea leżała sobie spokojnie na półkach biblioteki teatralnej. Pokrywał ją kurz, żyły w niej całe pokolenia molów, rosły, żeniły się, zostawiały potomstwo i marły. Nieboszczyk reżyser Chęciński miał wiele dobrych chęci, ale więcej jeszcze trudności, kłopotów, krzyżów, umartwień i zajęć, nie bardzo więc i mógł ją przedstawić; dzisiejszy reżyser zbyt był zajęty białemi, a nawet najbielszemi w świecie wierszami i wieńcem sławy, który tak nagle a niespodziewanie spadł mu na głowę, że sam nie wiedział, co z nim robić i jak go nosić, czy prosto, czy na bakier. — Febris więc leżała spokojnie i dotąd niezawodnie nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie reżyseria teatru ogrodowego w Eldorado, która sztukę wynalazła, otrzepała z kurzu, wyrugowała z niej starożytne rody molów i przedstawiła na scenie.
Po tym dopiero fakcie przypomniała sobie o niej i reżyseria Teatrów warszawskich. Przypomniała sobie i ma ją przedstawić niedługo. Co znaczy „niedługo“ w ustach reżyserii, która czas widocznie nie na lata pojedyńcze, ale na dekady liczy, nie wiem i nie podejmuję się tłumaczyć, dość, że sztuka będzie przedstawiona. Wprawdzie teraz, gdy widziały ją już tysiące widzów, gdy wszystkie pisma podały o niej wiadomość, będzie to trochę za późno, ale mniejsza o to, lepiej późno, jak nigdy.
Febris aurea znaczy, jak wam wiadomo: gorączka złota, gorączka bogactwa i używania, która, gdy opanuje umysły, zabija w wielu wszelki szerszy polot, miłość do ideałów i do wielkich a świętych idei, których żywotność stanowi o żywotności społeczeństwa. Autor przedstawia tu cały szereg typów, ogarniętych tą epidemią. Główną, a jednocześnie najniebezpieczniej, prawie bez ratunku chorą postacią jest pan Grzegorz Gałdziński, bogaty dziedzic licznych włości, szachraj, chciwiec i warchoł. Pochodzenie jego niskie: nazywał się ongi Gałda, a zakończenie: ski przydał sobie, doszedłszy do znacznego majątku. Majątek zrobił w Galicji, w czasach krwawych wstrząśnień w tej prowincji, a zrobił go za cenę łez i krwi ludzkiej. Z chwilą, w której występuje na scenę, dokłada wszelkich sił, żeby nabyć majątek Złotą Górkę, własność niejakiego pana Latnickiego, zrujnowanego obywatela. Majątek ten chce kupić dlatego, że wie, iż w murach dworu ukrywa się milionowy skarb, ukryty tam jeszcze przez ojca Latnickiego, człowieka czasu swego bardzo zamożnego i cieszącego się przez ród, bogactwo i rozum wielkiem w obywatelstwie znaczeniem. Ów Latnicki-syn, w chwili, kiedy Gałdziński kupuje majątek, jest to już człowiek stary, zmęczony życiem i walką z ruiną i nieszczęściami tak osobistemi, jak ogólnemi. Zdaniem mojem, typ ten niedostatecznie został oceniony przez krytyków. Jest to postać do najwyższego stopnia znacząca i charakterystyczna. Jest to przeciwstawienie Gałdzińskiego. Tamten, mimo całej swej podłości, energiczny, czynny, przedsiębierczy; ten szlachetny jak sama szlachetność, czysty na duszy jak gołąb’, lecz niedołężny. Łódź życia Gałdzińskiego płynie, gdzie chce Gałdziński, łódź Latnickiego tam, gdzie ją wiatry niosą. Jest to jeden z tych ludzi, jakich Kraszewski tak przepysznie odmalował w swoich Morituri. Bez widocznego powodu i prawie bez jego winy ziemia usuwa mu się spod nóg i wszystko z rąk wypada. Takim ludziom nie żyć już wśród społeczeństwa pełnego spekulantów, giełdy, hossy, bessy, egoizmu i wyrachowania. Są to istotnie także: morituri. Należy on do owego ginącego rodu Kirkorów, którzy ostatni biegliby z bronią w ręku na górę Golgoty ratować Chrystusa z rąk żydowskich, — do tych Kirkorów, którzy przepysznie i po bohatersku umieją w chwili entuzjazmu umrzeć, ale którzy żyć nie umieją. Satyra w kreśleniu tej postaci arcy-subtelna, bo postać to, jakkolwiek do najwyższego stopnia sympatyczna, ale, jako krańcowa, także ujemna.
Latnicki ma wychowańca Juliusza, który przypomina go szlachetnemi rysami charakteru, ale więcej ma warunków życia. Umie być cnotliwym i idealnym, ale umie przy tem żyć i działać. Ten wychowaniec Juliusz kocha córkę Gałdzińskiego, prawdziwą gołąbkę w gnieździe nietoperzów. Dziewica odpłaca mu całą siłą wzajemności, ale mimo tego rozdziela ich przepaść. Juliusz ubogi, zrujnowany, ale dumny, nie może pojąć córki bogacza, a stokroć bardziej jeszcze nie może pojąć córki nikczemnika, który tak ciemnemi drogami doszedł do milionów i znaczenia. Stary Gałdziński nie stawiłby przeszkód. Juliusz jest wprawdzie ubogi, ale ma tytuł, — a przy tem przez małżeństwo to kupno Złotej Górki i zagarnięcie skarbu nabrałoby pozorów legalnych, skarb bowiem i Złota Górka stanowiłyby posag panny. Juliusz jednak nie może się zgodzić na małżeństwo i chce odjechać. Nie pomagają łzy i rozpacz panny. Nie pomaga nawet jej czyn bohaterski, którym z narażeniem własnego życia uratowała Juliusza. Dziewica więc rozpacza, choruje i schnie z zawiedzionej miłości. Jej stan budzi najwyższy niepokój w sercu ojca. Potwór ten, nie cofający się nigdy nawet przed zbrodnią, ma jeden rys dodatni. Oto kocha nad życie córkę. Rys to do wysokiego stopnia podnoszący zasługę autora, rys szczęśliwy, czysto ludzki, dowodzący, że autor zna życie i serce ludzkie. Kiedy więc Gałdziński dowiaduje się o miłości córki, sam biegnie do Juliusza i oświadcza się w jej imieniu. Ale młody człowiek nie tylko odmawia, lecz jeszcze rzuca Gałdzińskiemu w oczy straszne słowa prawdy i... pogardy. Chciałbym, — mówi, — żeby staroszlachecki zwyczaj pytania: kto cię rodzi? rozciągnięty był dziś do milionów. Milionie, kto cię rodzi? Dukaciku, kto cię rodzi? Czy nie krew i łzy ludzkie? — Gałdziński gnie się pod temi słowy jak krzew pod wichrem. Nieprawe bogactwa poczynają wydawać owoce; kara się rozpoczyna, — a sprawiedliwość mści się na nikczemniku w najstraszniejszy sposób, bo uderzając jego ukochane dziecię. Od tej chwili słowa: Dukaciku, kto cię rodzi? brzmią mu w uszach jak wyrzut sumienia. Wypadek sprawia, że słowa te słyszy jeszcze z niejednych ust. A tu tymczasem córka jego umiera prawie z nadmiaru cierpień. Wreszcie stan jej i miłość, jaką Juliusz żywi dla niej, kruszy jego upór. Godzi się na małżeństwo z nią, ale pod strasznemi dla Gałdzińskiego warunkami. Złota Górka, którą Gałdziński już był kupił, zostaje przy Latnickim, pieniądze zaś za nią zwrócone zostają nowonabywcy. Juliusz nie przyjmuje grosza posagu, na którego zebranie poświęcił Gałdziński całe życie i całą uczciwość, sam zaś Gałdziński musi wyjechać za granicę i nigdy, nigdy już nie ujrzeć ukochanego dziecięcia.
Strapiony i złamany ojciec zgadza się na wszystko. Kara nad nim spełniona. Musi się wyrzec wszystkiego, nad czem całe życie pracował, i tego, co jedynie całem swem życiem ukochał. Jakiś ty szczęśliwy! — wołają, nie wiedząc o warunkach, narzuconych mu przez Juliusza, — jakiś ty szczęśliwy! — wołają, winszując mu zamęścia córki. — O, tak! jam bardzo szczęśliwy! — odpowiada z gorzkim uśmiechem i złamanym rozpaczą głosem Gałdziński. — Jam bardzo szczęśliwy!... Kurtyna zapada.
A co się stało ze skarbem? spytacie. Skarbu nie znaleziono. Znaleziono tylko szkatułkę a w niej papier, objaśniający, na jaki cel bogactwa tu złożone zostały użyte. Młoda para została biedna, ale bez ciężkich wspomnień i plamy na sumieniu.
Obok osób wymienionych jest jeszcze w sztuce tej cały szereg postaci, mniej więcej szczęśliwie schwyconych, chorujących również na epidemią „Febris aurea“. Jest np. Alfred Krot, młody przedsiębiorca, swego rodzaju człowiek nawet uczciwy, ale typ wyrachowanego syna dziewietnastego wieku, jeden z takich synów, jakich nie dość właściwie pozytywnemi nazywają; jest i panna Teodora, guwernantka, wyrachowana i wyrafinowana kobieta; jest stara hrabina Skarbnicka, nie mniej na pieniądze chciwa, etc. etc. W ogóle komedia ta dobra. Postacie główne, np. Gałdziński, Latnicki, Juliusz, Alfred, rysowane ręką śmiałą i pewną, a utrzymywane konsekwentnie przez cały ciąg sztuki. Również zręcznie nakreślona jest córka Gałdzińskiego. Nie jest to zwykła, konwencjonalna kochanka z komedii. Jakiś urok poezji bije od tej smętnej i nieszczęśliwej a sympatycznej dzieweczki. W chwili rozstania, kiedy oddaje kwiatek ukochanemu, jest prawdziwie poetyczna. Dodajmy, że rola ta była grana bardzo dobrze przez młodą artystkę, p. Mirecką.
Słabszą stroną sztuki jest samo uscenizowanie akcji. Akt drugi jest trochę nudny, i w ogóle cała sztuka trochę rozwleczona. Niektóre postacie (jak np. młody architekt Kostrzewa), zdaniem mojem, zupełnie są zbyteczne, i pan Kostrzewa służy tylko chyba do zachowania równowagi między postaciami dodatniemi a ujemnemi. Autor chciał, żeby w obu stronach było równo. — Dlaczego?
W każdym razie sztuka nie należy bynajmniej do utworów tuzinkowych i dla każdego repertuaru stanowi bardzo piękny nabytek. Znać w niej szkołę francuską, ale naśladownictwa ani znaku, szkoły zaś nie poczytujemy za wadę, bo to dobra szkoła, — bardzo dobra. Powiem nawet, że jedni Francuzi umieją pisać komedie. Niemcom za niemi wodę nosić.
Na scenie warszawskiej wznowiono także Zachód słońca, owę sztukę, w której tak sławnie grywał swego czasu Żółkowski.
Stary lew pozostał tem, czem był za młodu. Sztuka zestarzała się, ale nie jego talent. Całe to przedstawienie Zachodu słońca jest jedną łaźnią śmiechu dla warszawiaków, którzy zachwycają się sztuką dla artysty, a artystą dla niego samego.
Czasy ogórkowe, czyli tzw. la saison morte, kończy się dla Warszawy. Poczyna się ruch w świecie towarzyskim, artystycznym i literackim. Teatrom przybywa widzów, miastu ludności, pismom prenumeratorów, słowem: poczynamy żyć, poruszać się i dość wesoło oczekujemy zimy.
À propos świata literackiego. Zdarzył się w nim wypadek, który rozgniewał piszących, a powinien był rozśmieszyć wszystkich i w najlepszym razie dostarczyć materiału felietonistom. Czytelnikom naszym musi być znane nazwisko i działalność dobrego zresztą filologa, p. Baudouina de Courtenay. Otóż ten dobry filolog, pan de Courtenay, ma jednę maleńką wadę, tj. że polemiki wszystkie prowadzi w takim tonie, że nie podobna ich bez odpowiedniego okrzesania drukować. Redakcja nasza, która umieszczała jego prace, miała z niemi niemało kłopotów. Ale mniejsza o to. Otóż p. Baudouin ma jeszcze jednę maleńką wadę, tj. wyobraża sobie, co zresztą często w młodym wieku się przytrafia, że jest postacią europejską, o którą siedm miast, jak ongi o Homera, z czasem kłócić się będzie. — Był taki wypadek. Pan Baudouin pracował nad dialektem Słowian, mieszkających nad rzeką Rezją w prowincji Udine, stanowiących część byłego nie królestwa wprawdzie, jak twierdzi pan Baudouin, ale byłej Rzeczypospolitej Weneckiej. Język ten odznacza się tem, że ma harmonią samogłosek. Mówi się np. żanà — 3 p. l. p. żoenoè itp. Oto i Gazeta Warszawska doniosła o tem, zarzucając przy tem panu Baudouin’owi, iż zapomniał, że podobna harmonia samogłosek istnieje i w polskim języku, np. lato, lecie itp. Zarzut był niesłuszny, bo powody tej zmiany samogłosek inne są w języku polskim, a inne w dialekcie rezjańskim. P. Baudouin więc napisał list do jednego z pism, w którym spadła prawdziwa ulewa gromów na warszawskich uczonych, literatów etc. Rozgniewało to ludzi, a powinno było rozśmieszyć. Rozgniewało np. to, że p. Baudouin prosi, by go nie solidaryzować z byłą Szkołą Główną. Żądanie śmieszne! Żeby kogoś solidaryzować, trzeba się nim zajmować — zajmować się choć trochę, a postać pana Baudouin’a nie jest dotychczas tak wielką, żeby komukolwiek zasłoniła oczy. Mam nawet nadzieję, że nie tylko między siedmiu miastami, ale nawet między Przytykiem a Łysobykami nie będzie nigdy nieporozumień ani z jego powodu, ani z powodu jego prac, ani z powodu Rezjanów i ich dialektu, o który, jak mówi Mahomet: „dwie kozy nie będą się nigdy trykały“. Pan Baudouin uczuwa się kimś, stojącym na zewnątrz literatów, uczonych itp. Mniejsza o to, wolno mu iść w prawo albo w lewo. Co się tyczy jego solidarności z b. Szkołą Główną, wiemy na pewno, że nie ma żadnej. Była wprawdzie kiedyś, tj. wtedy, kiedy pan Baudouin brał stypendium, bez którego nie mógłby zapewne badać dziś żadnego na świecie dialektu, ale o takich rzeczach łatwo się zapomina.
Cała rzecz, że uczony filolog ma rozdraźnione nerwy i że mu się zdaje, że wszyscy się nim zajmują. Siada np. do wagonu, wnet rozpoczyna zaczepno-odporne kroki względem konduktora i ogłasza je potem po gazetach, robiąc z tego sprawę społecznej doniosłości. — Napisze do niego przyjaciel list, natychmiast przesyła go do redakcji w tem przekonaniu, że co się dotyczy jego, powinno obchodzić cały ogół. Wspomni o nim nie dość dokładnie felietonista — wnet krzyk, i wrzawa, i klątwy, jakby kogoś ze skóry obdzierano. Materiał to, zaiste, materiał obfity i wdzięczny, ale dla felietonistów i pism humorystycznych.
A jednak trzeba być z tem ostrożnie. Warszawka, to miasto dowcipne i pełne złośliwego humoru. Nic łatwiejszego, jak stać się przysłowiowym.
Dziwna to siła, a nieraz wiodąca ludzi na bezdroża śmieszności, ta miłość własna. Oto dowiaduję się znowu, że pewna artystka, której zarzucono brak dystynkcji w roli królowej Nawarry, ma poprosić krytyków, żeby sami jej pokazali, jak należy grać królowę. Dziwne żądanie: wyobraźcie sobie jakiego brodatego i otyłego krytyka w roli wdzięcznej królowej Margarity. Dobrze! mogliby odpowiedzieć krytycy, jeden z nas wystąpi w tej roli, ale pod warunkiem, że artystka, która, mówiąc nawiasem, śpiewa tak cienko, jak dłużnik, przyciśnięty przez wierzyciela, obejmie partycją basso profondo.
Oto są sprawy bieżące, o których dziś mówią lub piszą w Warszawie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.