Wspomnienia z mego życia/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Werner Siemens
Tytuł Wspomnienia z mego życia
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1904
Druk Aleksander Tad. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. S.
Tytuł orygin. Lebenserinnerungen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Doświadczenie, nabyte przy zakładaniu kabli pomiędzy Cagliari i Bona, przekonało mnie, że kable podmorskie przy właściwej konstrukcyi i starannej fabrykacyi, pod każdą głębokością morską przeprowadzić się dadzą i w takim razie długie i niezawodne oddawać będą usługi. Dlatego usilnych dokładałem starań, aby usunąć wszystkie nastręczające się jeszcze trudności.
Od r. 1850 wyłącznie prawie byłem oddany studyowaniu tych kwestyj. Prace moje przypadły na tę samą epokę, w której wielki badacz, Faraday, wiekopomnemi swemi odkryciami w zdumienie wprowadzał cały świat uczony. Ale niektóre poglądy Faraday’a, niezgodne z ogólnie przyjętemi teoryami, w Niemczech nie znalazły uznania. To skłoniło mnie do bliższego zajęcia się sprawą indukcyi elektrostatycznej, według mnie niezmiernie ważnej dla nauki o telegrafie. Ostatecznie doszedłem do najzupełniejszego potwierdzenia poglądów Faraday’a, których słuszność udało mi się stwierdzić nowemi dowodami. Niestety, techniczne moje zajęcia często mi przerywały pracę naukową i dopiero z wiosną 1857 r. doprowadziłem do końca moje doświadczenia, a wyniki ich ogłosiłem w Rocznikach Poggendorfa p. t. Ueber die elektrostatische Induction und die Verzögerung des Stromes in Flaschendrähten.
Doświadczenia te wykazały jasno, że tylko stosowanie krótkich prądów zmiennych dawało możność szybkiego porozumiewania się telegrafem podmorskim na dłuższych przestrzeniach. W pracy, ogłoszonej w r. 1857 p. t. Der Inductionschreibtelegraph von Siemens et Halske, opisałem mechanizm, służący do przeprowadzenia tego zadania.
Gdy pp. Newall et Comp. w tym samym jeszcze roku przeprowadzali linię telegraficzną od Cagliari do Malty i na wyspę Korfu, zaopatrzyłem stacye tej linii w takie piszące telegrafy indukcyjne. Wykonałem i inne roboty na morzu Śródziemnem dla tej samej firmy. Asystentem moim był F. Jenkin, młody człowiek, niepospolicie utalentowany, który z czasem zajął zaszczytne miejsce w elektrotechnice.
Wiele interesujących zagadnień i kwestyi nastręczyło mi zakładanie linii telegraficznej przez morze Czerwone i Indyjskie od Suezu do Kurrachee w Indyach, wykonanie której oddane było firmie Newall et Comp. Moja firma zaś podjęła się nadzoru przy samem zakładaniu kabli, równie jak dostarczenia i ustawienia niezbędnych przyrządów. Najdłuższa linia podmorska ze wszystkich dotychczas przeprowadzonych, linia pomiędzy Sardynią a Korfu, miała około 700 mil morskich długości. Nie mogła więc w żaden sposób służyć za wzór przy budowie i eksploatacyi linii mającej 3,500 mil morskich długości, jak linia indyjska, Zbudowałem tedy nowy system przyrządów, który potem nazwany został „Systemem Czerwonego morza.”
Rezultat tych robót był nadspodziewanie świetny, sama zaś podróż obfitowała w zdarzenia interesujące.
W początku kwietnia wsiadłem na okręt w Tryeście i zaraz pierwszego dnia miałem sposobność podziwiać wspaniałe światło zodyakalne na wieczornem niebie. Uczeni spierali się wówczas i spierają się dziś jeszcze o przyczynę tego zjawiska. Przypuszczam, że racyę mają ci, podług których światło zodyakalne jest dowodem, że ponad strefą równikową znajduje się pierścieniowata warstwa powietrza nasyconego parą wodną, unosząca się w górę ze wzrastającą szybkością; pierścień ten unosi się jeszcze wyżej pod wpływem siły odśrodkowej. Zjawisko to zgadzało się w zupełności z rysunkami, podawanemi w podręcznikach fizyki i trwało blizko godzinę.
Po przyjemnej i spokojnej przeprawie, przy wspaniałej pogodzie wylądowaliśmy w Korfu; tu zatrzymaliśmy się kilka godzin, podczas których zdążyliśmy zwiedzić miasto i piękne jego okolice. Wyspy Jońskie należały wówczas do Anglii. Gdy po dłuższym przeciągu czasu powtórnie zwiedziłem Korfu, było już oddawna w ręku Greków; miasto wydało mi się zubożałe i podupadłe.
Pogoda sprzyjała nam wciąż; przepłynęliśmy tak bogate we wspomnienia morza Adryatyckie i Śródziemne; wylądowaliśmy w Aleksandryi i tylko co otwartą koleją żelazną pojechaliśmy do Kairu; tu zatrzymaliśmy się kilka dni, żeby okręt „Agamemnon,” wiozący kable, opłynąwszy przylądek Dobrej Nadziei, miał czas przybyć do Suezu. Skorzystałem ze sposobności dla obejrzenia miasta bogatego w historyczne wspomnienia; i mnie i moich inżynierów interesowało ono w najwyższym stopniu, jako punkt zetknięcia się dwóch cywilizacyj: europejskiej i azyatyckiej. 14 kwietnia zwiedziliśmy pi­ramidę Cheopsa i tak szczęśliwie się złożyło, że na jej szczycie mogliśmy zaobserwować interesujące zjawisko fizyczne, które opisałem później w Rocznikach Poggendorff'a (Beschreibung ungewöhnlich starker elektrischer Erscheinungen auf der Cheops-Pyramide bei Kairo, während des Wehens des Chamsin).
Już w czasie przeprawy naszej na osłach z Kairu do piramidy zerwał się nadzwyczaj zimny wiatr, a niebo na horyzoncie pokryło się dziwnym czerwonawym blaskiem. Arabowie, stale obozujący u stóp piramidy Gizeh, narzucają podróżnym swoje usługi: podnoszą ich, a raczej podrzucają na stopnie wysokie przeszło na metr. I my tym sposobem wspinaliśmy się na górę; tymczasem wicher srożył się coraz gwałtowniej, tak, że nie mogliśmy się na nogach utrzymać na ślizgim wierzchołku piramidy. Kurzawa, podnosząca się z pustyni, też się wzmogła do tego stopnia, że niby chmura biała zasłoniła nam zupełnie ziemię. Wznosiła się coraz wyżej, aż nareszcie i wierzchołek na którym stałem z moimi dziesięcioma inżynierami, znikł nam z przed oczu. Jednocześnie słychać było dziwny, świszczący szelest, który nie mógł być skutkiem wiatru. Jeden z Arabów zwrócił moją uwagę, że skoro podniesie palec nad głowę, słyszeć się daje ostry, ale śpiewny ton; za opuszczeniem palca ten ton milknie. Sam to stwierdziłem, podnosząc palec nad głowę, a zarazem uczułem w palcu rodzaj przelotnego ukłócia. Niewątpliwie mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem elektrycznem, gdyż pijąc wino z butelki, doznawaliśmy za każdym razem lekkiego uderzenia. Butelkę zakorkowaną z niezdjętym kapslem owinąłem wilgotnym papierem i tym sposobem zamieniłem na butelkę lejdejską i ta trzymana wysoko ponad głową, okazywała się mocno naładowaną. Można było wydobyć z niej głośno trzaskające iskry, długie na 1 ctm. Doświadczenie to stwierdzało stanowczo elektryczne własności wiatru w pustyni, spostrzegane jeszcze przez dawniejszych podróżników.
W dalszym ciągu naszych doświadczeń miałem sposobność wykazać, że elektryczność może również być użyta jako skuteczny środek obrony. Arabowie podejrzliwie spoglądali na błyskawice, wydobywające się z naszych butelek. Złożyli krótką naradę i na dany znak we trzech porywali każdego z moich towarzyszów i gwałtownie znosili na dół. Stałem właśnie na najwyższym punkcie piramidy, na wielkim kamieniu, leżącym w samym środku płaszczyzny, gdy szeik owego pokolenia Arabów zbliżył się do mnie i przez tłomacza oświadczył, że plemię postanowiło, abyśmy niezwłocznie opuścili piramidę. Zapytany o przyczynę, odrzekł, że widzą oni, iż trudnimy się czarami i boją się, byśmy nie zburzyli piramidy, jedynego źródła ich zarobku. Gdym odmówił posłuszeństwa, złapał mnie za lewą rękę; ja zaś prawą, w której trzymałem mocno naładowaną butelkę, podniosłem wysoko nad głowę. Przeczekawszy chwilę, zwolna przytknąłem szyjkę od butelki do jego nosa. Dotknąwszy go, sam doznałem lekkiego wstrząśnienia i ztąd mogę wnosić, że szeik poczuł gwałtowne i silne uderzenie. Nie wydawszy głosu, upadł na ziemię i minęło kilka sekund, podczas których mocno byłem niespokojny, zanim się podniósł: z krzykiem i rykiem w olbrzymich susach zbiegł z piramidy na sam dół. Arabowie, widząc to i słysząc jego okrzyk: „czary! czary!” porzucili swoje ofiary i cwałem popędzili za nim. Po kilku minutach tedy bitwa była stanowczo wygrana, a my byliśmy panami piramidy. W każdym razie zwycięztwo u stóp piramidy nie tak łatwo przyszło Napoleonowi, jak nam na jej szczycie.
Chamsin tymczasem się uspokoił, a słońce światłem swem oblało zagrożoną piramidę. Arabowie widząc to, ochłonęli ze strachu i wdrapali się z powrotem do nas na szczyt, ażeby nie stracić spodziewanej zapłaty. Mimo to widocznie posądzali nas o czary, nawet po zawarciu pokoju.
Nie zbywało nam i na morskich przygodach w czasie tej podróży.
Pogoda była prawie ciągle piękna, bez żadnego wiatru, jak zwykle zresztą na morzu Czerwonem, gdzie deszcze należą do rzadkości. Tylko upał był nużący. Mój termometr podróżny wskazywał prawie zawsze w dzień 30°R., a w nocy 31°; jest to temperatura, którą mieszkaniec północy, silny i zupełnie zdrów z łatwością znosi nawet przez dłuższy przeciąg czasu, ale w końcu jednak staje się męczącą. Dzień schodzi na ciągłej walce ze słońcem, od promieni którego trzeba chronić głowę i plecy. W nocy też nie można się ochłodzić. Wprawdzie wspaniałość gwiazd na południowem niebie, wśród iście egipskich ciemności nocy, jest zachwycająca, nie zastąpi jednak upragnionego chłodu.
Pewnego razu w nocy, gdy zajęty byłem sprawdzaniem izolowania kabli pomiędzy Kosseivą i Suakimem, nagle usłyszałem krzyki i gwałtowny ruch na pokładzie. Człowiek, któremu poruczone było bezustanne sondowanie głębin, przechylił się zanadto i wpadł w wodę. Ponieważ cały pokład doskonale był oświetlony gazem, zatem ludzie pracujący tam mogli dojrzeć nieszczęśliwego w wodzie i zaraz rzucić mu pierścienie ratunkowe, których było poddostatkiem na pogotowiu. Okręt został zatrzymany i spuszczono łodzie, które na długą i nieprzyjemną chwilę znikły w ciemnościach nocy. Nakoniec powróciły z tryumfem. Człowiek, pływając, utrzymał się na wodzie i na szczęście, nie został pochwycony przez rekina; a jest ich tu mnóstwo i ze szczególnym apetytem zjadają białych ludzi, rzadko bardzo naprzykrzając się czarnym. Drżał cały, gdy go wyciągnięto na okręt i nóż otwarty miał jeszcze w ręku. Zapytany o szczegóły swej przygody, opowiadał, że ujrzał się zewsząd otoczonym przez rekiny, ale zdołał wyciągnąć nóż z kieszeni i bronił się nim, dopóki się nie zjawiły łodzie ratunkowe. Wszystkich nas dreszcz przejmował na wspomnienie tych niebezpieczeństw i walk. Wśród tego opowiadania zbliżył się do nas majtek i oznajmił kapitanowi, że niektóre pierścienie, wrzucone za tonącym do wody, zostały wyłowione i całe są pokłute nożem. Cóż się okazało? Oto tonący w śmiertelnym strachu wziął owe białe kauczukowe pierścienie za brzuchy rekinów. Rekin bowiem, gdy chce coś pochłonąć, kładzie się na grzbiecie.
Rekin odgrywa ważną rolę w życiu majtka w strefach gorących tem, że go pozbawia orzeźwiającej kąpieli morskiej. Majtek nienawidzi go też serdecznie i z rozkoszą pastwi się nad nim, ile razy dostanie go w swoje ręce. Sam byłem świadkiem, jak złowiono i wciągnięto na okręt dwa rekiny, z których każdy miał 12 stóp długości. Dokonano tego za pomocą kotwicy, na której zębach przymocowano kawałki mięsa. Niebezpiecznie było się do nich zbliżyć; siłę miały ogromną, a życie tak twarde, że nawet kiedy im wszystkie wnętrzności wyjęto, długo jeszcze biły ogonem naokoło siebie.
Za przybyciem naszem do Suakimu złożyły nam wizytę najwyższe władze tej miejscowości, pasza turecki i gubernator. Były to dwie osobistości nadzwyczaj poważne, poruszające się z prawdziwą wschodnią wyniosłością i unikające starannie podejrzenia, jakoby się czemukolwiek mogły dziwić. Rozłożono dla nich dywan i podano kawę i fajki. Palili i pili z dumą, nie patrząc wcale na otaczających. Przyjaciel mój, główny inżynier Meyer, towarzysz naszej wyprawy, zwrócił się do mnie i rzekł: „Patrz, Wernerze, jaki to pyszny chłop ten długi z białą brodą, możnaby go w Berlinie za pieniądze pokazywać.” Ku wielkiemu naszemu zdziwieniu, ten, o którym była mowa, odwrócił się i w najczystszym berlińskim dyalekcie się odezwał: „Panowie mówią po niemiecku?” Odpowiedzieliśmy, że jesteśmy Niemcami i że bardzo nas to dziwi, iż on mówi po niemiecku. A on na to: „Wszak jestem rodem z Berlina; proszę, niech mnie panowie odwiedzą.” Poczem odwrócił głowę i dalej na nas nie zważał. Meyer na drugi dzień odwiedził go i poznał bardzo przyjemnego człowieka, o ile nie znajdował się w obecności Turków. Przed 50 laty jako czeladnik krawiecki wywędrował z Berlina w świat; chciał zwiedzić Indye, ale okręt, na którym jechał, rozbił się na brzegach Suakimu; pozostał więc tam, przyjął wiarę mahometańską i z czasem został prezydentem miasta. Teraz był bogatym człowiekiem; oprowadzał mego przyjaciela po wszystkich swoich posiadłościach — tylko haremu, pomimo wielkich próśb, nie chciał mu pokazać, nawet seryo bardzo prosił, aby o żonach jego mowy nie było.
Gdyśmy roboty i interesy nasze w Adenie ukończyli, chciałem wraz z Meyerem na statku „Alma,” należącym do „Peninsular et Oriental Company” jak najprędzej powracać do Europy. Ten sam zamiar mieli pp. Newall et Gordon. Gdy statek przybił do portu, okazało się, że był pełen i nie chciano nas przyjąć. Dopiero na wyraźny rozkaz gubernatora przyjęto nas na pokład, bo ani jednej wolnej kajuty nie było. Zgodziliśmy się chętnie na to, tembardziej, że podczas całej kilkomiesięcznej podróży na morzu Czerwonem sypialiśmy zawsze w ubraniu na pokładzie: gorąco bowiem w kajutach było nie do zniesienia.
Statek urządzony był wspaniale, życie na nim zbytkowne i towarzystwo wykwintne; wszystko to stanowiło kontrast z dotychczasowem naszem życiem. Panowie i panie po kilka razy dziennie zmieniały eleganckie toalety, a dwie kapele i chóry naprzemian starały się urozmaicić monotonną podróż morzem. Uważaliśmy, że nasze zniszczone ubrania nie pasują do tak dystyngowanego grona, a zdziwione spojrzenia dam utwierdzały nas w tem mniemaniu. Jednakowoż kapitan przedstawił nas najpierwszej figurze z całego tego towarzystwa, ambasadorowi angielskiemu w Chinach, który wojnę francusko-angielską tylko co szczęśliwie zakończył. Ten udzielił nam łaskawie audyencyi i z każdym z nas w ojczystym jego języku rozmawiał; był bowiem niezmiernie dumny ze swojej znajomości obcych języków i chętnie się nią popisywał.
Zaledwie po paru godzinach snu obudzeni zostaliśmy w brutalny sposób. Gwałtowne uderzenie wstrząsnęło całym statkiem, potem nastąpiło drugie i trzecie, a gdyśmy się zerwali na równe nogi, uczuliśmy, że statek przechyla się na bok. Na szczęście, buty miałem na nogach, zdjąłem był tylko kapelusz i okulary. Gdym się za kapeluszem obejrzał, zobaczyłem, że się stacza na pochylony już brzeg okrętu i ja sam zsunąłem się za nim. Ze wszystkich stron dał się słyszeć okrzyk dziki, przeraźliwy, pełen trwogi, potem ogólny hałas i trzask, bo wszystko, co żyło na pokładzie, zaczęło się staczać na bok. Odruchowo piął się każdy w górę na pokład i wielu się to udało. Mnie się gorzej działo, bo straciłem dużo czasu na szukanie kapelusza i okularów. Woda już się wlewała przez wierzch i musiałem o własnym myśleć ratunku. Po kilku minutach statek już się tak pochylił, że nie można było wcale się dostać na pokład. Ale trwoga dodaje sił. W świetle księżyca ujrzałem kawałek liny, zwieszającej się z pokładu; wziąłem stoliki i krzesła, poustawiałem jedne na drugie tak, że mogłem chwycić za linę i wciągnąć się na pokład.
Tam zastałem całe prawie towarzystwo oczekujące z podziwu godną spokojnością na rozwiązanie dramatu. Nagle wśród ciszy nocnej dały się słyszyć słabe kobiece głosy, wołające o pomoc i ktoś się odezwał, że w kajutach nawpół zalanych wodą znajduje się jeszcze znaczna ilość dam. Wszystko było wnet gotowe, aby im spieszyć z pomocą, ale niełatwo było to uskutecznić, gdyż niepodobna było utrzymać się na gładkim pokładzie, pochylonym już pod kątem przeszło 30°. Teraz dopiero moja lina okrętowa oddała prawdziwe usługi. Jeden z majtków, dobrze obeznany z miejscowością, po linie tej spuścił się do kajuty, tam przywiązał jednę z pań, a my wciągnęliśmy ją w górę. Ale ratunek taki byłby za powolny, bo czekało tam jeszcze sporo kobiet. Utworzyliśmy więc za pomocą innych lin żywy łańcuch i takim sposobem z ręki do ręki przechodząc, uratowane zostały biedne kobiety, które po większej części ze snu zbudziła woda, wlewająca się z szumem przez okna do kajut. Ile razy coś stanęło na przeszkodzie, odzywała się komenda: „halt” i każdy z nas musiał tak długo ciężar swój trzymać na ręku, dopóki nie można było dalej prowadzić akcyi ratunkowej. W czasie takiej przerwy, przy świetle księżyca, poznałem w zmoczonej i trwożliwie tulącej się do mnie damie, przecudną i dumną Kreolkę, którą przed paroma godzinami z daleka tylko podziwiać mogłem, otoczoną gronem wielbicieli.
Raptowne przechylenie się okrętu po uderzeniu o ukryte skały koralowe dało się tłomaczyć tem, że okna wszystkich bez wyjątku kajut były otwarte i woda bez żadnej przeszkody mogła się wedrzeć do wnętrza okrętu. Wkrótce przechylił się okręt zupełnie na bok i teraz dla wszystkich było kwestyą życia i śmierci, czy okręt spocznie spokojnie, czy też dalej się będzie pochylał i ostatecznie wszystkich do głębi morskich strąci. Urządziłem sobie małe obserwatoryum; ztamtąd, kierując się położeniem mocno świecących gwiazd, mogłem śledzić dalsze pochylanie się statku i co minuta ogłaszałem wyniki moich spostrzeżeń. Wszyscy słuchali mnie z natężeniem. Okrzyk „spokój” witany był cichym, radosnym szmerem; gdy mówiłem: „pochyla się niżej,” odpowiadały pojedyńcze jęki i westchnienia. Nareszcie nie dostrzegłem dalszego pochylania się i obezwładniająca obawa śmierci ustąpiła energicznym wysiłkom dla wyratowania się.
Przy blasku księżyca i gwiazd wyraźnie mogliśmy rozpoznać, żeśmy uderzyli o wielką skałę, w jednem miejscu wystającą dosyć wysoko ponad wodę, teraz jeszcze o paręset metrów oddaloną od nas. Łodzie ratunkowe przymocowane z boku można było teraz, acz nie bez trudności, spuścić i według starego angielskiego zwyczaju, zaczęto przedewszystkiem przewozić na ląd dzieci i kobiety. Co prawda, było to wielce niepraktyczne, bo bezradne te istoty, dostawszy się na ląd, nie wiedziały, co począć; jednak zasadę przeprowadzono konsekwentnie do końca.
Gdy nad ranem kolej przyszła na Meyer’a i na mnie, zastaliśmy wszystkie damy prawie bez wyjątku w opłakanem położeniu, zaledwie odziane i bez obuwia. Skała, na której dotąd nigdy może nie postała ludzka noga, była caluteńka najeżona koralowemi szpicami, o które raniły się bose nóżki. Należało przedewszystkiem temu zaradzić. Należałem do szczęśliwców, posiadających buty; miałem także nóż kieszonkowy. Najbliższą łodzią powróciłem na rozbity okręt i wyłowiłem kawał linoleum i drugi kawał jakiegoś cieńszego materyału i z tem otworzyłem na wybrzeżu fabrykę sandałów. Przyjaciel mój, mniej szczęśliwy odemnie, nie posiadał butów; najpierwszy tedy dostał parę sandałów i przejęty wdzięcznością, zabrał się do roboty, aby w jakie takie obuwie zaopatrzyć biedne panie, siedzące bez ruchu na ziemi. Po wielu latach wspominał z przyjemnością spojrzenia pięknych oczu, przejętych wdzięcznością za ten miłosierny uczynek.
Ale cóż teraz? Blizko 500 osób siedziało w pierwszy dzień Zielonych Świątek na gołej, koralowej skale, może hektar przestrzeni mającej, co najmniej o 8 mil morskich oddalonej od zwykłej drogi okrętowej. W pogodną i spokojną noc, podczas której sternik prawdopodobnie zasnął słodkim snem, dostaliśmy się na południe wysp Harnisch, które okręty jak najstaranniej omijają. Przypadkowego ratunku tem mniej można było się spodziewać, że zupełny brak wody do picia nie pozwalał na długie wyczekiwanie. Okręt nie poszedł wprawdzie całkiem na dno, mogliśmy więc różnego rodzaju prowianty w dostatecznej ilości ztamtąd czerpać, ale rezerwoar napełnił się wodą morską, a filtr, w którym można było dystylować wodę słodką, nie dał się podnieść. Takim sposobem pozostała nam jedynie woda, znajdująca się w kajutach i od oszczędnego spożywania jej zależało, jak długo będziemy mogli toczyć tę walkę o życie.
Nadto groziło nam jeszcze jedno wielkie niebezpieczeństwo. Na pięknych i wielkich statkach Peninsular et Oriental Company, kursujących pomiędzy Suezem i Indyami, załoga składała się niemal wyłącznie z krajowców. Europejczycy bowiem na dłuższą metę nie znosili klimatu morza Czerwonego. Otóż na 150 osób, stanowiących załogę „Almy,” oprócz oficerów, było może 4 Europejczyków. Kapitan był chory — podobno, że wkrótce po rozbiciu umarł wskutek doznanego wstrząśnienia. Oficerowie, którzy tak źle pokierowali okrętem, stracili wszelką powagę i nie byli w stanie utrzymać karności wśród załogi. Ta zaczęła się też buntować, wypowiedziała im posłuszeństwo, rozbijała kufry pasażerów i z paniami obchodziła się po grubijańsku. W tak rozpaczliwem położeniu nastąpiło samowolne utworzenie się rządu. Najenergiczniejsi młodzi ludzie, pomiędzy którymi znajdowało się kilku oficerów angielskich, powracających z Indyi do ojczyzny, zabrali stare karabiny z bagnetami (prawdopodobnie miały one służyć do dekoracyi okrętu, nie do rzeczywistej obrony) i ogłosili stan oblężenia. Pijany majtek, stawiający opór, został wrzucony w morze, a na szczycie skalistego pagórka ustawiono szubienicę, na znak naszej władzy. Tam przeniesiono także wszystkie prowianty i rozbito namiot dla patrolującej straży. Środki te uspokoiły załogę i zmusiły ją do posłuszeństwa.
Przedewszystkiem należało się zasłonić przed słońcem, którego promienie w tej porze roku prostopadle padają na wyspę. Zaczęła się więc żwawa robota, ażeby co prędzej zbudować namioty z żagli i belek. Następnie urządzono kuchnię i zapasy żywności, zwłaszcza wodę, piwo i wino schowano w bezpiecznem miejscu. Tu odznaczył się swoją energią inżynier Gisborne, obejmując pewnego rodzaju dyktaturę nad wyspą. Mr Newall zaraz nazajutrz, na jednej z trzech pozostałych nam łodzi, udał się po pomoc do Mokki, jako do najbliższego miasta na wybrzeżu arabskiem. Ale pomocy nie znalazł — być może dlatego, że skutkiem zbombardowania Dżeddy przez Anglików, ludność bardzo źle była usposobiona dla Europejczyków — a potem popłynął dalej ku cieśninie Bab-el-Mandeb w nadziei, że może tam okręt jaki spotka. Ta przeprawa na lichej, otwartej łodzi była przedsięwzięciem odważnem, nawet zuchwałem, ale też jedyną naszą nadzieją. I w samej rzeczy udała się, dzięki doskonałej lunecie, którą umyślnie na tę podróż nabyłem u Steinheil’a w Monachium.
Angielski statek wojenny, który w kilka dni po nas opuścił Aden, ażeby zwiedzić stacye pośrednie i zabrać ztamtąd naszych inżynierów, nad ranem przepłynął cieśninę Bab-el-Mandeb. Inżynier nasz, dr. Esselbach, stał właśnie na pokładzie z moją lunetą w ręku i przyglądał się niezmierzonej płaszczyźnie morza. Wtem spostrzegł biały punkt, który wziął za żagiel europejskiej łodzi, krajowcy bowiem używają żagli ciemnych. Zwrócił na to uwagę oficerów i kapitana, który również za pomocą mojej lunety przekonał się, że inżynier miał słuszność i natychmiast kazał skierować okręt ku białemu punktowi. Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich, z punktu tego wyłoniła się dobrze wszystkim marynarzom znana łódź pasażerskiego statku i zdaleka poznano p. Newall’a po jego charakterystycznej, długiej, siwej brodzie.
Tymczasem na skale koralowej płynęło życie systematycznie, według regulaminu. Od 9 rano do 4 po południu mieliśmy leżeć spokojnie pod namiotami, aby łatwiej znieść skwar od palących promieni słońca i nie podsycać pragnienia. Następnie gotowano obiad, który spożywaliśmy z bardzo różnym apetytem; każdy z nas dostawał butelkę paleale’u, bo wodę zostawialiśmy kobietom i dzieciom. Wina nikt nie mógł znosić — rozgrzewało bowiem krew do tego stopnia, że ktokolwiek się go napił, zaraz chorował. Pierwsze dwa dni zeszło jako tako; ale potem nastąpiło osłabienie i straszniejsze jeszcze zwątpienie. Starzy i doskonali służący odmawiali najmniejszych usług, nawet gdy im złotem płacić chciano. Nawet psy i barany, przeniesione na ląd, straciły humor i chęć do życia. Tłoczyły się gwałtem pod namioty i wolały się dać zabić, niż wystawiać na palące promienie słońca. Jedne tylko świnie pokazały się wytrwalszemi od ludzi; krążyły bezustannie po wyspie, czegoś szukając, dopóki w tej walce o swój byt nie padły nieżywe na ziemię.
Na trzeci dzień mała garstka ludzi, posiadających dosyć siły i woli, aby po zachodzie słońca pracować, zdołała wyłamać zewnętrzną ścianę okrętu i tym sposobem otworzyć sobie wejście do lodowni. Naturalnie lodu tam nie znaleźli, ale zato choć niewielką ilość zimnej wody. Wodę tę również zachowano dla kobiet i dzieci, ale każdy z pracujących dostał w nagrodę szklankę świeżej, zimnej wody. Po wielu latach przypominałem sobie ten napój, orzeźwiający spieczone usta wśród dokuczliwego pragnienia.
Gdy upłynął czwarty dzień bez żadnych widoków ocalenia, najodważniejsi nawet oddali się zwątpieniu. Statek parowy, którego dym ujrzeliśmy w oddaleniu, przepłynął, nie spostrzegłszy nas. Następnego ranka znowu wołano: „Okręt widać.” Ale tym razem okrzyk małe budził nadzieje. Jednak dym się coraz przybliżał i ożywiał w nas zamierającego już ducha. Okręt raz się zbliżał, to znów oddalał — zaczęła się budzić nadzieja, że nas szuka. Nareszcie zdawało się, że spostrzegł nasze sygnały i prosto skierował się ku wyspie. Nie można było wątpić — ratunek się zbliżał, a pewność ta nawet nawpół umarłych przywracała do życia. Poznaliśmy nasz okręt pomocniczy do zakładania kabli i Newall’a, naszego zbawcę, na pokładzie.
Rozgrywały się wtedy sceny, których nigdy nie zapomnę. Okręt przybijał do brzegu, a na nim wszystko wrzało życiem i pracą. Zdawało się, że nikt tam nie zważa na setki głosów radosnych, witających załogę. Kotwica spadła z łoskotem i łodzie zsunęły się na morze. Na nich znajdowały się beczki napełnione wodą i płytkie naczynia drewniane; majtkowie stawiali je na ziemi i napełniali wodą. Od p. Newall’a dowiedzieli się, że nie mamy wody i przedewszystkiem chcieli ugasić nasze pragnienie. To też kto żył, rzucał się na te naczynia i starał się ręką bodaj wody zaczerpnąć. Ale to trwało długo i coraz inni się tłoczyli. Nachylano więc poprostu głowę i chciwie wciągano doskonały napój. Nawet zwierzęta poczuły wodę i siłą przepychały się, jakkolwiek od kilku dni już leżały jak martwe pod namiotami.
Pasażerów wraz z załogą okrętową było około 500. A że mały okręt wojenny nie mógł wszystkich zabrać, więc kapitan postanowił, że załoga okrętowa pod strażą majtków z okrętu wojennego pozostanie na wyspie i to w surowym areszcie, jako kara za ich bunt; pasażerów zaś wszystkich za­brał na swój okręt, żeby ich odwieźć do Adenu. I tak natłoczeni na pokładzie małego okrętu dostaliśmy się do Adenu, gdzie z niespokojnością oczekiwano już wiadomości o naszem przebyciu do Suezu. Pierwszy odpływający okręt indyjski musiał na wyraźny rozkaz gubernatora zabrać wszystkich niemal rozbitków, pomimo, że był już prawie pełen. Ale chętnie znosiliśmy niewygody tej podróży, również jak i dalszej drogi z Aleksandryi do Marsylii i dziękowaliśmy Bogu, że uniknęliśmy tragicznej śmierci na bezludnej koralowej wyspie.
Ani w Kairze, ani w Aleksandryi nie mogliśmy uzupełnić rażących braków w naszej toalecie. Z rozbiciem okrętu wszystkie nasze kufry poszły na dno, a prawie wszystkim brakowało też i pieniędzy. Dopiero w Paryżu (prosto tam zdążaliśmy) mogliśmy się ekwipować. Musieliśmy wszyscy jechać na Marsylię, ponieważ w Tryeście port był blokowany, a droga na Włochy również była niemożliwa z powodu wojny, toczącej się w Lombardyi. Wiadomości o wypowiedzeniu wojny przez Francyę i o śmierci Aleksandra Humboldta doszły mnie w czasie zakładania kabli w morzu Czerwonem. A wieści o późniejszych, tak ważnych wypadkach politycznych, przychodziły już drogą telegraficzną, tak, żeśmy o wszystkiem byli powiadomieni, co się działo w Europie.
Linia indyjska została po roku przedłużona z Adenu do Kurrachee, przyczem W. Meyer objął kierownictwo nad robotami elektrycznemi. Niestety, linia ta niedługo była zdatna do użytku. Kable w morzu Czerwonem już w czasie przedłużania linii do Indyi wykazały wady izolacyi, które utrudniały korespondencyę. Nasi elektrotechnicy usunęli wprawdzie grubsze braki, ale występowały na jaw coraz to nowe, dość, że po roku cała linia była niezdatna do użytku, a to dlatego, że kable zaczepiały się o rafy koralowe na dnie morza i niepodobna było ich oderwać, a co za tem idzie i reparować. Wina tego smutnego rezultatu ciąży na przedsiębiorcach: nie zakładali bowiem kabli w głębokiej wodzie, na środku morza, ale przy samem wybrzeżu nubijskiem, gdzie się znajdowały stacye pośrednie, a tam właśnie najszybciej rozwijają się twory koralowe. Wówczas nie było jeszcze rozpowszechnione przekonanie, że gdy chodzi o kable podmorskie, na pierwszym planie stać musi doskonałość wyrobu, a nie taniość. Nie brano pod uwagę, że każdy błąd, o ile nie można go naprawić, naraża całość na szwank i że mała niedokładność w izolacyi z czasem staje się wielką. Wszystkie kable, zakładane w pierwszych czasach przez Anglików, poszły na marne dlatego tylko, że zarówno przy konstrukcyi, jak przy fabrykacyi i przy zakładaniu samem nie kierowano się właściwemi metodami.
Rząd angielski, przekonawszy się o tem, powierzył naszej firmie kontrolę nad fabrykacyą kabli, które w dalszym ciągu miały być zakładane. I wtedy po raz pierwszy użyliśmy racyonalnego i konsekwentnego systemu próbowania, który dawał najzupełniejszą pewność, że wykończone kable nie mają żadnej bezwarunkowo wady.
W r. 1863 dostaliśmy od rządu francuskiego obstalunek na założenie kabli podmorskich od Kartageny do Oranu. Kilkakrotnie próbowano już połączyć Francyę z Algierem — ale próby te okazały się za kosztowne, a przytem nie wydały rezultatów, zapewniających trwałą komunikacyę telegraficzną. Teraz zdecydowano się na krótszą i tańszą linię, która przechodzić miała przez Hiszpanię. Nam powierzono zakładanie kabli od Kartageny do Oranu.
Robót tych podjąłem się wspólnie z bratem moim Wilhelmem i w grudniu 1863 r. zjechaliśmy się w Madrycie. Powietrze było tak zimne, że w klimacie nie znalazłem żadnej różnicy, choć przyjechałem prosto z Moskwy. Zima w Hiszpanii tego roku była wyjątkowo ostra i na całej drodze, aż do Kartageny widzieliśmy drzewa pomarańczowe i palmy daktylowe, pokryte śniegiem. Dopiero w Oranie odmarzliśmy. Przedwstępne przygotowania ukończyliśmy bardzo szybko i żywiliśmy nadzieję, że w kilka dni roboty będą skończone. Ale nadzieje nasze się nie ziściły. Po czterech tygodniach ciężkiej pracy i walki z groźnemi nieraz niebezpieczeństwami, okazało się, że kable zatonęły, a my uważaliśmy się za szczęśliwych, żeśmy życia i zdrowia w tem przedsięwzięciu nie stracili.
Dziś, kiedy z zimną krwią i w podeszłym wieku wspominam o tem, przyznaję, że wyprawa ta bardzo lekkomyślnie została podjętą; a to dlatego, że zarówno okręt, jak kable i metoda zakładania ich były zupełnie nieodpowiednie. Na usprawiedliwienie nasze to jedno mogę powiedzieć: chcieliśmy koniecznie założyć własne kable, przekonaliśmy się bowiem, że angielscy przedsiębiorcy wyzyskują nasze wynalazki i doświadczenia, zupełnie nie uwzględniając naszej firmy, nie wspominając nawet o zasługach, jakie położyliśmy około rozwoju telegrafii podmorskiej; a co głównie nas do tego skłoniło, to wynalazki i ulepszenia mego brata, tak interesujące i głęboko obmyślane, że nie mogliśmy się oprzeć pokusie zastosowania ich. Najważniejszy z tych wynalazków polegał na tem, że kable nawinięte były na wielki wał z osią pionową; ta oś, poruszana przez specyalną niewielką maszynę parową, służyć miała do nawijania i odwijania kabli. Urządzenie to, jakkolwiek genialnie przez mego brata pomyślane i wykonane, nie wydawało mi się zupełnie bezpiecznem, a to dlatego, że równomierne obracanie tak wielkiego wału, zwłaszcza na wzburzonem morzu było połączone z trudnościami, które zgóry nawet przewidzieć się nie dały. Ponieważ jednak pogoda była piękna, bez najmniejszego wiatru, postanowiliśmy próbować szczęścia i zabrać się do dzieła.
Niestety, obawy moje nie były płonne. Zaledwie godzinę trwała robota, gdy nagle lina się zerwała i wpadła w morze, w tem miejscu już dosyć głębokie. Niepodobna było ją wydostać, gdyż olbrzymie głazy przysypały ją na dnie morskiem. Takim sposobem nie posiadaliśmy już dostatecznej ilości kabli, aby prowadzić zakładanie ich od Kartageny; obraliśmy zatem krótszą drogę na Almeryę i tam też prosto udaliśmy się, aby poszukać odpowiedniego miejsca do wylądowania.
Podróż do Almeryi przy wspaniałej pogodzie, morzem gładkiem jak lustro, była czarująca. Wysiedliśmy na ląd, aby się zaopatrzyć w prowiant i zostaliśmy przez mieszkańców tak gościnnie przyjęci, że nawet bal wydali w teatrze na nasze uczczenie. Na zebraniu tem uderzyła nas klasyczna piękność kobiet, niewątpliwie typu maurytańskiego, a pomiędzy niemi wyróżniała się młoda panna, którą wszyscy na okręcie znajdujący się Europejczycy jednogłośnie uznali za ideał niewieściej urody. Wśród tak przyjemnej zabawy nie przypuszczaliśmy, że nazajutrz czekają nas niebezpieczeństwa, z których cudem tylko zostaliśmy wyratowani.
Ażeby dobrze zrozumieć, co nastąpiło, trzeba pamiętać, że okręt nasz nie był zbudowany specyalnie do zakładania kabli; rząd francuski nabył go na rynku angielskim, a dawniejszem jego przeznaczeniem było holowanie do Londynu statków naładowanych węglem. Okręty takie trzymają się zwykle wybrzeży, unikając pełnego morza. Otóż wnętrze naszego statku, tak mało odpowiadającego celowi, prawie całe zajęte było owym wałem drewnianym, ogromnej wielkości, a więc i balast jego, zwłaszcza przy wzburzonem morzu, bardzo nierównomiernie był rozdzielony. Ale dotąd sprzyjała nam pogoda jak najpiękniejsza i morze było spokojne. Zaczęło się to dopiero zmieniać cokolwiek, gdyśmy opuścili Almeryę i opłynąwszy przylądek, dostaliśmy się na otwarte morze. Wionął dość umiarkowany wietrzyk południowo-zachodni, ale kłęby czarnych chmur leżały za przylądkiem, wzdłuż wybrzeża. Uderzyło nas i to, że najbliższa z tych ciemnych, głęboko sięgających chmur spuściła długi swój dziób w morze, w tem miejscu straszliwie wzburzone, tak, że w blasku słońca podobne było do błyszczącego i potrzaskanego pola lodowego. Według naszych obliczeń, przepłynęliśmy może dwie mile morskie wzdłuż tego spienionego pola, którego szerokość wynosiła może ½ mili morskiej, a głębokość nie dała się określić. Co najdziwniejsza, że ów dziób, u góry szeroko zrośnięty z chmurą, potem raptownie się zwężał i nie stykał się zupełnie ze wzburzoną powierzchnią morza, przeciwnie, oddzielony był od niej doskonale widoczną przerwą. Spienione fale nie podnosiły się też wyraźnie w tem miejscu, tylko cały ten kawał morza, wysoki jak dom, sterczał ponad resztą powierzchni. Nadto dziób ten niewątpliwie wykonywał ruch kołowy ponad morzem i co 10 lub 20 minut powracał do tego samego punktu.
Niestety, nie mogliśmy się oddawać dłużej obserwowaniu tego interesującego zjawiska, które się nazywa trąbą morską; posuwało się ono bowiem dosyć szybko ku wschodowi, wzdłuż samego wybrzeża; nas zaś odciągało w przeciwnym kierunku inne, równie oryginalne zjawisko. Okręt nagle zaczął się kołysać, ale tak gwałtownie, że z wielkim wysiłkiem mogliśmy zaledwie utrzymać się na nogach. Widocznie płynęliśmy śladami trąby morskiej. Kapitanowi wydało się kołysanie wprawdzie bardzo niebezpiecznem, zwłaszcza ze względu na budowę statku; nie zmienił jednak kierunku w nadziei, że wkrótce wydostaniemy się na spokojne morze. Wtem usłyszałem głuche, krótkie uderzenia, które przy każdem zakołysaniu wstrząsały całym okrętem. W mgnieniu oka zrozumiałem, co się dzieje: wał się oberwał i uderzeniami swemi groził zdruzgotaniem okrętu. Wpadłem do kajuty do mego brata, strasznie cierpiącego na morską chorobę. On jeden znał doskonale budowę wału i sposób w jaki był przytwierdzony do okrętu, on jeden zatem mógł nas jeszcze uratować. Znalazłem go już na nogach, był śmiertelnie blady, ale spokojny. On także zrozumiał odrazu, co było powodem tych groźnych uderzeń. To wystarczyło, żeby choroba morska znikła bez śladu. Udał się czemprędzej do wnętrza okrętu i przekonał się, że oś u góry się obluzowała i że brakuje tam rozmaitych części, przeznaczonych do ochrony osi i wału samego i wyrobionych ze szczególnie twardego drzewa. Robotnicy francuscy z początku utrzymywali, że nie wiedzą zupełnie, gdzie się te kawały drzewa podziały; ale gdy uderzenia stawały się coraz mocniejsze, a brat mój wołał, że wszyscy zginiemy, jeżeli się te kloce nie znajdą, wróciła im pamięć i przynieśli je natychmiast. Robotnikom podobało się to dziwnie twarde, nieznane im drzewo i uważając je za zbyteczne przy wale, zabrali je.
Ale okręt tak się chwiał, że niepodobna było na właściwem miejscu obsadzić tych kloców; tym czasem uderzenia ciągle się wzmagały tak, że wszyscy umierali ze strachu, że okręt długo im się już nie ostoi. Wtedy brat mój zawołał: „Okręt się za mocno chwieje, sterujcie pod wiatr.” Kapitan wydał odpowiedni rozkaz i okręt zwrócił się ku bałwanom. Po chwili, ku wielkiemu memu zdziwieniu, ujrzałem, że dziób okrętu zanurzył się pod wodę, a bałwany spłukiwały już przednią część pokładu. Odrazu odgadłem przyczynę zjawiska. Okręt w pełnym biegu zanadto gwałtownie został zwrócony pod wiatr i skoro pierwszy bałwan przeleciał przez jego dziób i zgiął go do dołu, okręt pozostał w tem pochyłem położeniu i po pochyłej powierzchni staczał się wgłąb. W tak krytycznej chwili bezwiednie objąłem komendę i odwróciwszy się do maszynistów, zawołałem: „stopp”, jak to zwykł był czynić kapitan. Na szczęście, usłuchali mnie natychmiast. Ale szybkość okrętu mogła się tylko powoli zmniejszać. Wszyscy staliśmy z tyłu na pokładzie i widzieliśmy, jak przednia część coraz dalej zanurza się w morze, a to z każdą chwilą zbliża się do nas. Nagle przybiły fale do wzniesionej tylnej części pokładu, utworzył się tam straszny wir i woda przez otwór pokładu wdarła się do wnętrza okrętu. Zdawało się, że koniec nasz jest blizki. Ale wbrew oczekiwaniu, wir zaczął słabnąć i po kilku bardzo jeszcze przykrych chwilach, ukazał się dziób okrętu nad wodą. Nadzieja w nas wstąpiła — złowrogie uderzenia bowiem też ucichły.
Brat mój, zajęty wewnątrz okrętu, nie widział zbliżającego się niebezpieczeństwa i zupełnie niespodzianie zaskoczyła go wdzierająca się tam woda. Tem większa była jego radość, gdy zalew ten ustał, a on mógł kloce na właściwem miejscu przymocować i przerwać tak niebezpieczne dla okrętu uderzenie osi. Kapitan ostrożnie skierować kazał okręt w kierunku Oranu. Okręt wprawdzie i teraz mocno się kołysał, ale do tego przyzwyczailiśmy się i byliśmy zadowoleni, że wał się nie chwieje. Skutkiem wielkiego wzburzenia najsłabsi nawet nie doznawali już morskiej choroby i z nastaniem nocy wszyscy udaliśmy się na spoczynek, a na statku zapanowała cisza.
Zaledwie usnąłem, gdy raptem zbudziły mnie głośno wydawane rozkazy i przeraźliwe krzyki. W jednej chwili pochylił się okręt na bok i to w taki sposób, jak dotąd nigdy nie widziałem i dziś jeszcze nie umiem sobie tego wytłomaczyć. Ludzie pospadali z łóżek w kajutach i toczyli się po pochyłej podłodze. Jednocześnie spadło wszystko, co tylko nie było przymocowane, i pogasły wszystkie światła, bo wiszące lampy uderzyły o sufit i potłukły się w drobne kawałki. Po krótkiej chwili strasznej trwogi okręt zakołysał się wstecz raz bardzo mocno, a potem parę razy słabiej. Zaraz po pierwszych uderzeniach udało mi się wdrapać na pokład. Mimo ciemności, poznałem kapitana, który na moje wołanie odpowiedział wskazując na tylną część pokładu: Voilá la terre! W samej rzeczy zdawało się, że stoi za okrętem wielka skała, słabem oblana światłem. Kapitan, ujrzawszy ją, nagle obrócił statek i ztąd owo gwałtowne zakołysanie. Przypuszczał, że zostaliśmy zapędzeni i że znajdujemy się tuż przy skale Cap des lions. Wtem wśród ciemności odezwał się jakiś głos: La terre avance, i rzeczywiście skalista, świecąca ściana stała teraz tuż za okrętem i coraz się jeszcze zbliżała z jakimś dziwnym syczącym szumem. Teraz nastąpiła chwila tak straszna, tak przerażająca, że słowami niepodobna jej opisać. Okręt zalewały fale kolosalne, które ze wszystkich stron z taką uderzały siłą, że tylko kurczowo trzymając się żelaznej balustrady przy górnym pokładzie, mogłem się utrzymać na nogach. Jednocześnie czułem, jak gwałtowne i krótkie bałwany rzucają okrętem to w jednę, to w drugą stronę. Nie można było rozróżnić, czy się jest pod wodą, czy ponad nią. Zdawało się, że z największą trudnością wdycha się jakąś pianę morską. Jak długo trwał ten stan rzeczy, tego później nikt nie umiał określić. Pasażerowie pozostali w kajutach też musieli walczyć z temi strasznemi uderzeniami, które nimi rzucały na wszystkie strony i śmiertelnie byli wystraszeni szumem wody spadającej na pokład. W jednej chwili wszystko się skończyło, równie nagle, jak się zaczęło. Tylko skała świecąca stała teraz przed okrętem i powoli oddalała się od niego.
Później dowiedzieliśmy się, że trąba morska, którą spostrzegliśmy przy Almeryi, spuszczała się wzdłuż wybrzeży hiszpańskich ku Afryce i na tej drodze właśnie spotkała nas. Nie umiem sobie wytłomaczyć, jakim sposobem okręt tak słaby i tak nieodpowiednio obciążony, mógł wyjść zwycięzko z tak groźnego niebezpieczeństwa. Gdy nas trąba morska już opuściła, morze przez jakiś czas jeszcze było szalenie wzburzone i jak daleko okiem sięgnąć, pokryte spienionemi bałwanami. Wtem ukazało nam się zjawisko przyrody tak wspaniałe i zdumiewające, że najbujniejsza fantazya nie mogłaby sobie czegoś podobnego wyobrazić. Morze na całej przestrzeni pałało ciemno-czerwonem światłem. Zdawało się, że to nie woda, lecz roztopiony ognisty jakiś metal — zwłaszcza spienione, łańcuchem ciągnące się bałwany, roztaczały taką jasność, że można było nietylko każdy przedmiot rozeznać, ale najdrobniejsze nawet pismo przeczytać. Był to widok piękny i pełen grozy; dziś, kiedy minęło ćwierć wieku, gdy o nim myślę, stoi mi jak najwyraźniej przed oczami.
W tem miejscu, gdzieśmy się znajdowali, morze było przepełnione małemi świecącemi zwierzątkami. Szklanka z wodą morską w ciemnościach jasno świeciła, ile razy poruszyło się wodę. Morze silnie było wzburzone przejściem trąby morskiej, i skutkiem tego świecące żyjątka, które za dnia nieuzbrojonem nawet okiem można było oglądać, zaniepokoiły się i ogromnemi masami wypłynęły na wierzch; wszystkie razem świeciły się i tej ich szczególnej własności zawdzięczaliśmy cudowny widok płonącego morza.
W parę godzin później, bez żadnych przeszkód stanęliśmy w Oranie. Teraz należało się zastanowić, co robić dalej. Po dokładnem obliczeniu przekonaliśmy się, że mamy dostateczną ilość kabli, ażeby doprowadzić je do Kartageny, o ile nie zajdą żadne niespodziewane przeszkody. Brat mój, pełen otuchy po tak szczęśliwie przebytych niebezpieczeństwach, chciał natychmiast rozpocząć zakładanie kabli, nie zmieniając nic w urządzeniach. Oparłem się temu stanowczo; straciłem bowiem wszelkie zaufanie zarówno do wału, jak i do naszego okrętu. Zdecydowaliśmy się więc, że kable zakładać będziemy zwykłą metodą, dawniej stosowaną.
Gdy nareszcie po długiej i ciężkiej pracy odwinęliśmy kable i usunęliśmy ów fatalny wał, rozpoczęliśmy powtórne zakładanie. Pogoda znowu nam sprzyjała i nie napotkawszy żadnej trudności, przebyliśmy tak znaczną część drogi, że już zdaleka widać było brzegi Kartageny. Aż tu nagle spostrzegliśmy, że kabel nagle się rozrywa. Koło hamulcowe natychmiast stanęło i urwany koniec kabla zniknął w głębiach morskich, a z nim i ogromna dla nas wówczas suma pieniędzy; roboty bowiem prowadziliśmy naszym kosztem i na własne ryzyko. W tej chwili jednak nierównie więcej bolało nas fiasko techniczne, niż strata materyalna, którą ponieśliśmy. Praca tylu miesięcy, trudy i niebezpieczeństwa przebyte nietylko przez nas, ale i przez wszystkich naszych towarzyszów, w jednej chwili bezpowrotnie zostały stracone. Do tego przyłączało się nieprzyjemne i upokarzające uczucie, że się było przedmiotem politowania dla całego towarzystwa, znajdującego się na okręcie. Była to ciężka kara za nasze zuchwalstwo!
Linia między Kartageną a Oranem stanowczo była dla nas nieszczęśliwa. Brat mój jeszcze w tym samym roku udał się do Oranu. Wszystkie urządzenia zostały ulepszone na mocy tak drogo nabytego doświadczenia: kable były nowe i mocne, niższy personel dobrany jak najstaranniej i pogoda sprzyjała. Jednem słowem, katastrofa wydawała się niemożliwą. Jakoż w oznaczonym terminie dostałem z Kartageny depeszę, że kable szczęśliwie zostały założone i depesze między Oranem i Paryżem zamienione. Niestety! w kilka godzin po pierwszej, otrzymałem drugą depeszę z wiadomością, że kable z niewiadomej przyczyny zerwały się w blizkości wybrzeża hiszpańskiego. Dokładne poszukiwania wykazały, że przyczyną było skaliste dno morskie i znaczna głębokość morza. Dość, że i ta wyprawa się nie udała i również przyniosła nam straty. Na szczęście zostały zamienione urzędowe depesze między Oranem i Paryżem. Nie mogli więc Francuzi żądać, abyśmy jeszcze raz do zakładania kabli powracali.
Wielkie straty poniesione przez nas spowodowały kryzys w naszych stosunkach handlowych. Wspólnik mój, Halske, nie chciał brać udziału w przedsiębiorstwie zakładania kabli podmorskich, połączonem zawsze z niebezpieczeństwem i ciężkiemi stratami. Wogóle bał się, że brat mój, Wilhelm, zanadto, co prawda, przedsiębiorczy i odważny, przyzwyczajony w dodatku do stosunków angielskich, zapląta nas w interesa na wielką skalę, przechodzące nasze środki. W. Meyer, jako kierownik firmy, stanął po stronie Halske’go. Jakikolwiek uznawałem słuszność ich rozumowania, nie mogłem się jednak zdecydować na opuszczenie mego brata w tak krytycznej chwili. Postanowiliśmy zatem, że filia londyńska stanowić będzie zupełnie oddzielne przedsiębiorstwo, należące wyłącznie do mnie i do Wilhelma pod firmą „Siemens brothers!”. Drugi mój brat, Karol, przystąpił też do niej jako wspólnik. Pomiędzy trzema samodzielnemi firmami, berlińską, londyńską i petersburską, zawarte zostały umowy, określające bliżej ich stosunek.
Nadmienię tu, że założone w morzu Czerwonem (1869 r.) kable z armaturą miedzianą i tej samej konstrukcyi, co kable między Kartageną a Oranem, również okazały się nietrwałemi. Telegraf ten, przeprowadzony jak najpomyślniej przez Wilhelma od Kerczu do Poti, uważany był za część linii indo-europejskiej, ale w niespełna rok, skutkiem trzęsienia ziemi, został w kilku miejscach jednocześnie zniszczony. Wszelkie próby, przedsiębrane w celu naprawy, nie wydały żadnych rezultatów.
Wogóle cały ten czas, poświęcony zakładaniu telegrafów podmorskich i powyżej przezemnie opisany, uważać można za czas nauki i doświadczenia w tego rodzaju przedsięwzięciach. Zamiast spodziewanych zysków, przyniósł nam troski, osobiste niebezpieczeństwa i wielkie straty; ale utorował nam drogę do powodzenia, którem uwieńczone zostały późniejsze zakładania kabli podmorskich, dokonane przez naszą firmę londyńską. W dalszym ciągu powrócę do tych robót, ale w krótkości, gdyż osobisty mój udział w nich był daleko mniejszy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Werner von Siemens i tłumacza: anonimowy.