Faust (Goethe, tłum. Zegadłowicz)/Część druga/Gród cesarski

<<< Dane tekstu >>>
Autor Johann Wolfgang von Goethe
Tytuł Faust
Wydawca Franciszek Foltin
Data wyd. 1926
Druk Franciszek Foltin
Miejsce wyd. Wadowice
Tłumacz Emil Zegadłowicz
Tytuł orygin. Faust
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 1
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 2
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
GRÓD CESARSKI

CESARZ  /  MEFISTOFELES  /  KANCLERZ
HETMAN  /  SKARBNIK  /  MARSZAŁEK
ASTROLOG  /  DWORZANIE  /  TŁUM

SALA TRONOWA
(rada koronna oczekuje cesarza)
(hejnały)
(wchodzi wszelaka czereda dworska wspaniale odziana)
(cesarz wstępuje na stopnie tronu)
(po prawicy jego astrolog)
CESARZ

Witajcie wierni lennicy
przybyli z bliska, z daleka;
mędrca widzę po prawicy,
gdzież błazen? — dlaczego zwleka?

DWORZANIN

Szedł za twym tronem — tuż — blisko,
potknął się — krok nieszczęśliwy —
upadł i leży chłopisko,
pijany, a może nieżywy.

DWORZANIN DRUGI

Lecz wraz z pośpiechem już drugi,
kwapi się na twe usługi,
a szata na nim jaskrawa
na cyrk cośniecoś zakrawa,

straż broni i protestuje
i halabardy krzyżuje;
nie zważa, nie stracha się niczem —
przed twojem staje obliczem!

MEFISTOFELES
(klęka na stopniach tronu.)

Cóż jest wyklęte, a pożądane?
cóż wytęsknione, a przepędzone?
cóż zawsze w pieczę skwapliwie brane?
cóż zwymyślane i pohańbione?
czegóż zabronić pragną pochopni?
kiedyż pragniecie by do was pito?
któżto się zbliża do tronu stopni?
kto dobrowolnym chce być banitą?

CESARZ

Pobrzęk słów swoich zastanów,
nie czas dziś na kryptogramy —
— zresztą to sprawa tych panów;
zagadek zadużo mamy.
Błazen stary już odszedł, daleko, tak wnoszę,
chciej zająć jego miejsce, stań koło mnie proszę.

(Mefistofeles wstępuje na stopnie; staje po lewicy cesarza)
POMRUK W TŁUMIE

1. Nowe sito na kołku —
2. nowy — będzie chwalił —
3. żałuj stary matołku,
3. żeś kitę odwalił.

CESARZ

A więc witajcie poddani —
z bliskiej, z dalekiej podróży;

wiedzcie panowie kochani —
horoskop dobrze nam wróży.
I nie wiem dlaczego właśnie
w tych dniach zabawy i śmiechu,
gdyśmy i troski i waśnie
pokryli w żwawym pośpiechu,
a utrefiwszy swe brody
wedle najświeższej mody,
użyć pragniemy swawoli —
dlaczego właśnie w tej chwili
życzeniem waszej jest woli,
byśmy poważnie radzili.
Lecz że to zawsze, jak wiecie,
chęć waszą przed swoją kładę —
niechaj się stanie jak chcecie;
koronną otwieram radę.

KANCLERZ

Cnota jak aureola
czoło cesarskie otacza —
i jego jedynie wola
bieg sprawom państwa wyznacza.
W nim sprawiedliwość, co ludzi
kształci, podnosi i budzi;
przeto w cesarza lud wierzy
i niechce bogów nieznanych;
od Waszej Mości zależy
szczęście i dobro poddanych.
Niestety — nacóż się zdadzą
rozum i zapał najświętszy,
gdy tłumy niezgodne się wadzą
i groza na grozie się piętrzy.
Ktokolwiek spojrzysz z tej sali
na ziem ojczystych obszary —
ujrzysz jak pożar się pali —
ujrzysz krwi żywej opary;

załkasz — zakryjesz wraz oczy,
jak przed upiornem widziadłem,
bo oto zło za złem kroczy
pod nieba sklepieniem wybladłem.
Tu — w domy zakrada się złodziej,
ówdzie znów — raptus puellæ
i gorzej — niewiasty uwodzi
nikczemnik jawno i śmiele;
i grzech co o pomstę woła! —
tam — świętokradca z kościoła
wynosi krzyże, monstrancje
i bezkarnością się puszy! —
owóż sędziowskie instancje
trwogę i lęk mają w duszy;
próżno do sądu kołata
skrzywdzony, cóż, sędzia siedzi,
lecz drży — bo oto dolata
pogróżka mściwej gawiedzi.
Ten się do skarbów dobiera
kto na współwinnym się wspiera;
niewinny winnym się staje,
gdy na swej cnocie przestaje.
Taki to oto świat-kałuża,
w którą zapada wartość wszelka
i aż po szyję się zanurza.
A kędyż ratownicza belka —?
kędyż tu światło w ciemnej nocy —?
kędyż ten głos co krzyknie: cisza! —?
Sędzia co karać nie ma mocy
sam się z zbrodniarzem stowarzysza.
Czarny to obraz! — tak! nie przeczę
lecz, mniemam, prawdą może was uleczę!

(cisza)

Świat cały płonie jak pochodnia!
Panowie, radźcie — czas obrony!

gdy z męką w parze idzie zbrodnia
majestat na szwank narażony.

HETMAN

Któż zło tych czasów ogarnie!
Ci — giną u włości swych granic,
tamci — mordują bezkarnie,
a zakaz, komenda — na nic!
Mieszczanin za murów obroną,
rycerz w zbroicy zakuty,
sprzysięgli się razem pono,
byśmy fugare z reduty,
której nam bronić potrzeba
do tchu obrony — i basta!
Jurgeltnik woła w głos: „chleba,
żołdu — bo wpadnę do miasta,
na kopjach mienie rozwłóczę,
a was rozumu nauczę!“
Zapłaty żąda, lży jawno,
lecz jeszcze z ucieczką zwleka,
porzuciłby nas już dawno,
lecz wierzycielem jest — czeka!
Jak się salwować w rozpaczy,
w czyimże posłuch jest głosie?
dziś rozkaz wydać, to znaczy
kij w gniazdo zanurzyć osie!
Kraj pusty — na wszystkie strony
inwidja z gniewem go toczy;
cierpliwiec czeka obrony
aż rosa wyżre mu oczy.
Wszak są królowie i możni
— sawant z sawantem dowodzi —
królowie są, lecz ostrożni,
cóż ich to wszystko obchodzi!!

SKARBNIK

Któż zważa na sojuszników?

Subwencje, które przyrzeczono
to jeno papier — bez wyników —
a zabieg sam kosztuje słono
Cesarska mości — któż oto
w twem państwie posiada złoto?
Gdzie spojrzysz tam homonovus!
Jeden drugiego popiera,
pałace, splendory, powóz —
jak karmazyn się rozpiera;
a przywileje sialiśmy jak śmiecie,
aż przywilejów zabrakło w kalecie.
1 cóż? stronnictwa —?— tu jest sedno!
szaleniec, ktoby liczył na nie!
miłość, nienawiść — wszystko jedno,
byleby wrzeszczeć mogli, panie!
Prawica, czy lewica — cóż?
nie zaśpi nikt w popiele grusz,
skąd może grosz dla siebie dusi,
a dla bliźniego? owszem —: nóż!
dla siebie jeno zgarniać musi!
To chciałem rzec! — Zobaczyć trza
szaleńców i ich zapusty,
gdzie każdy jeno o siebie dba —
skarb państwa musi być pusty!

MARSZAŁEK

I ja już cierpię od miesięcy;
mówią: kto prawy dziś oszczędza;
a potrzeb codzień coraz więcej
i codzień większa nędza.
Z kuchnią to jeszcze jako-tako —
są dziki, sarny i jelenie,
kury, pantarki, kaczki, gęsi,
więc jest dziczyzna, są pieczenie;
warzy się, kuchci, mięsi, tęsi —
z tem wszystkiem jeszcze jako-tako;

to prawda — zawsze brak zapłaty,
lecz nas ratują deputaty
i dziesięciny; ale szczerze
trza wyznać: wszystko w łeb już bierze;
Panowie! przyjdzie ta godzina,
że nam zabraknie w dzbanach wina!
Jakże to ongi, mój ty Boże,
— w piwnicy, w którą spojrzysz stronę,
gąsior się wspiera na gąsiorze,
wszystkie brodate i omszone;
pito też, pito, aż wypito,
jakby kto lał w dziurawe sito;
i — skończyło się! — Daj to katu,
już pożyczono z magistratu —
i to wypito; tak tu społem
wszyscy leżeliśmy pod stołem.
A teraz wszyscy do mnie: radź!
kto wypił — ty marszałku, płać!
Płać!! ale z czego? więc do żyda!
dobrze — lecz procent! — no — ma rację;
sumę zdwojoną sumie przyda —
procenty i amortyzacje —
nim się rok łoni w nowy zmieni,
już siedzisz u żyda w kieszeni;
zastawiasz piernat, gdzie co padło —
ni Świnia nie porośnie w sadło —,
a potem zjadaj chleb z ościami —
za czerstwy? — ano popij łzami!

CESARZ
(zamyślony; po chwili do Mefistofelesa)

Wystąp-że kpie i ty z skargami!

MEFISTOFELES

Ja? — nie! — przeciwnie — raczej ku nauce
kilka spostrzeżeń właściwych dorzucę.

Patrzę w twarz waszej miłości,
w waszą i całego dworu,
skądże ten brak ufności?
— ja nie pojmuję sporu.
Wola twa włada, o panie,
podparta przęsłem rozumu,
więc zaraz tu zgoda stanie
wśród zwaśnionego tłumu.
Noc umyka przed słońcem w złocistej koronie!
Czyliż może być ciemno, gdzie tyle gwiazd płonie?

POMRUK TŁUMU

1. Toć sowizdrzał, jak nas zwiódł!
2. kłamie bestja, niczem z nut!
3. ten szczęśliwy, kto uwierzy!
4. sens tej mowy? — projekt świeży!

MEFISTOFELES

Wszystkim czegoś brak na świecie,
każdy swe minusy zlicza,
a was brak gotówki gniecie;
z piasku nie ukręci bicza,
— lecz od czegóż mądrość przecie?
gdy pieniędzy brak lub chleba —
wyrwać z ziemi, gdy potrzeba!
Przypominam wszystkim oto,
że w ruinach, złomach gór,
leży lite, bite złoto,
jeno kopać, zgarniać w wór;
kto je znajdzie? — krótka rada:
kto przyrodą, duchem włada,
ten mamony wbród posiada.

KANCLERZ

Duch? Przyroda? mowa mglista;
to niechrześcijańskie słowo;

niejeden już ateista
przypłacił je własną głową.
Przyroda to grzeszne baśnie,
duch jest oczywiście czartem —
z nich zwątpienie, które właśnie
tamtych dwojga jest bękartem.
U nas nie tak! W naszym kraju
przed innymi prym swój bierze
święty w bożym gronostaju
i rycerz przysięgły wierze;
oni na ojczyzny straży
stoją, kościoła są tarczą,
— z nimi wielkość się nam darzy,
oni nam jedni wystarczą.
Gmin obłąkany przewiną pozory za prawdę bierze; przeto śród gawiedzi słyną czarownicy i kacerze.
Oni to swemi sztuczkami
nam szkodzą, chcąc żądzom dogadzać,
ichże to chcesz błazeństwami
w wysokie progi wprowadzać?
Tyś mospanie krewki raptus!
bronić czeredy onej!
Rzeknę, żeś jest mente captus,
lub kiep z djabłem spokrewniony!

MEFISTOFELES

Męża nauki w każdym wietrzę słowie!
Czego nie dotknie — nie istnieje — powie,
czego nie ujmie — tego być nie może,
czego nie zważy — ach! — to nieprawdziwe,
a czego nie spienięży — jest bardzo wątpliwe.

CESARZ

Kazanie nam postne prawisz?
dość tego! — skończ jak najprędzej,

gadaniem nic nie poradzisz,
tu trzeba pieniędzy, pieniędzy!

MEFISTOFELES

Dostarczę wam czego chcecie;
wprawdzie niełatwe, co łatwe —
chcąc buty uszyć, wszak wiecie,
trzeba mieć szydło i dratwę.
Przypomnę jeno — rzecz drobna —
lecz niemniej przeto ważka:
ziemia w bogactwa zasobna,
a dobyć je? — toż to igraszka!
Przypomnijcie rzymskie dzieje,
wędrówki ludów i wojny,
zamieszki, rozterki, nadzieje, —
o zasobek niespokojny
obywatel co bogatszy,
skarb krył przed siły wrogiemi;
skarb swój cenny i najrzadszy
zakopywał w łonie ziemi.
Takto było, jest i będzie —
— człowiek rządzi się obawą —;
a któż pytam w pierwszym rzędzie
ma do skarbów takich prawo?
Wszystko w ziemi zakopano —
czyja ziemia? — cesarzowa!
więc i wszystkie skarby — ano
są cesarskie —

SKARBNIK

— Ani słowa
błazen mówi, alić racja.

KANCLERZ

Cała błazen ska oracja
djable koloryzowanie,

lecz rzecz sama nakazuje
mieć się na baczności, panie!

MARSZAŁEK

Niechno waszeć sprokuruje
dary, które tak wysławia;
— wszelkie ziarno zdrowe ptakom —
niechby trochę i bezprawia,
byle było jako-tako.

HETMAN

Mądry błazen! — w lewo w prawo
skarbów mrowiem w oczy szasta,
żołnierz nie pyta o prawo,
ni skąd — byle żołd i basta!

MEFISTOFELES

Przypuszczacie, że was mamię?
że niepewna moja droga?
że podchodzę, łżę i kłamię?
oto macie astrologa —
on niech mówi!! —
— Nuże! — rozkop
kanały w nieba rozłogu
i odczytaj nam horoskop,
dobry panie astrologu.

POMRUK TŁUMU

1. Już się zwąchał szelma z szelmą.
2. Im to gratka — dla nas biada.
3. Wnet nam wzrok zasnuje bielmo.
4. Wróż mówi — kiep podpowiada.

ASTROLOG
(mówi — Mefistofeles podpowiada)

Słońce to szczere, lite złoto,
Merkury dany nam jest do pomocy,

Wenus zapładnia nas tęsknotą
o każdej porze dnia i nocy;
panieńska Luna ułudnie kaprysi
zwłaszcza, gdy wdzieje swój kołpaczek lisi,
Mars godzi silą w nas, a pięknem Jowisz
i Saturn — choć go ledwo okiem złowisz;
metal nieosobliwy w nim, choć przecie
waga jego dosadna we wielkim wszechświecie.
Ba! gdy się słońce z księżycem skojarzy
— więc złoto z srebrem w godnie lśniącym chórze —
wtedy jest szczęsny czas — wszystko się darzy
w tej złotosrebrnej, dźwięcznej konjukturze:
masz i pałace, skarbce, wirydarze,
strome piersiątka i nadobne twarze.
Dla nas ta droga niezdobyta, płona,
lecz ten mąż światły sprawi to, dokona!

CESARZ

Słucham z wzmożoną uwagą,
jak dziarsko słowem szermuje —
mówi z sensem i powagą,
lecz mnie to nie przekonuje.

POMRUK TŁUMU

1. Cóż nam z tego — banialuki!
2. Sciencja kalendarzowa!
3. Chemiczne szalbierskie sztuki!
4. Stare głupstwa — kusa mowa!

MEFISTOFELES

Oto stoi cała sfora
w niepewności głuchej, marnej;
jednym śni się mandragora,
drugim pies kudłaty, czarny.
Łatwo mówić —: „czarnoksięstwa —
sprawa czarcia — rzecz przeklęta —“

trudniej skrzesać nieco męstwa!
A tu bracie swędzi pięta,
a tu każdy w sobie czuje,
w najtajniejszych warstwach ducha,
jak pokusa w nim harcuje
i żądz ogniem do łba bucha!
Gdy tak ta pokusa pcha cię,
gdyś po szyję w matnie zalazł —
kop! grzeb! krzyknij: „kuraż bracie!
tum cię szukał! tum cię znalazł!“

POMRUK TŁUMU

1. Mnie w ręce strzyka —
2. mnie rwie w nodze —
3. podagra pewnie —
4. brzuch jak ołów —
5. kciuk puchnie —
6. w krzyżach łamie srodze —
7. znaki, że tu jest walny połów!

CESARZ

Prędko! Ej — nie ujdziesz cało,
jeśliś skłamał, gardłem skarżę!
Więc do dzieła! pokaż śmiało,
w jakiej skarby twe pieczarze.
Złożę berło, miecz odpaszę,
sam się wezmę do łopaty,
ale wara pluć nam w kaszę!
Więc do dzieła — albo baty!

MEFISTOFELES

Cóż za pośpiech! Wskażę drogi
mimo groźby twe pohańskie,
lecz któż zliczy te rozłogi,
wszystkie te skarby bezpańskie,

których bezmiar! — Z wyorzyska
chłop orzący, — pod bruzdami
— patrzy! — aż ryngraf wybłyska,
lub żeleźniak z dukatami.
Indziej, spojrzy, aż w oborze
ściany się saletrą pocą —
— nie saletrą! — miły Boże!
to czerwieńce tak się złocą!
Ileż sklepień, kurytarzy
zasypanych, poniechanych,
w których splendor skrzy i żarzy
wielkich skarbów, niesłychanych!
Aż w podziemia, w kraje duchów
łowca skarbów schodzi śmiele —:
przepych! śród złotych łańcuchów,
kolje, kolce i manele
piętrzą się i w poniewierce
plączą pośród rozpadliny;
wszystko skrzy, aż rośnie serce!
brylanty, szmaragdy, rubiny!
A pobok — to nie do wiary —
rzędem beczki wina stoją,
lecz dąb dawno spróchniał stary;
wino przemyślnością swoją,
jak ów kokon jedwabnika —
kamienie winne wyłania,
przez które ciecz nie przenika,
lecz dostałość swą osłania.
Likwor taki osędziały
dorówna złotu w wartości.
Jednem słowem, mędrzec śmiały,
ciągnie zysk ze swej mądrości.
Dzień? cóż dzień! — to omamienie,
wielkie nic, lub większa złuda —
jeno nocy mroczne cienie
misteryjne jawią cuda.

CESARZ

Noc dla siebie ostaw, błaźnie,
na nocturno strój basetlę —
mnie daj jasno i wyraźnie,
co masz dać przy dziennem świetle.
W nocy wszystkie koty szare,
precz z tem „może“, „cichcem“, „niby“!
Rozkop w dzień skarbów pieczarę
i w dzień odwal pługiem skiby.

MEFISTOFELES

Weź wasza mość do rąk łopatę,
znój chłopski nic ci nie zaszkodzi,
miło samemu wziąść zapłatę —
każda garść ziemi złoto zrodzi.
Potem przywdziejesz djadem złoty,
kochance kolje sprawisz nowe,
bo któż zaprzeczy, że klejnoty
zdobią i tron i białogłowę?!

CESARZ

Prędzej! Prędzej! Pocóż zwlekać!!

ASTROLOG
(jak poprzednio; podszept Mefistofelesa)

Wasza cesarska mość, ja radzę czekać —
niech się odbędzie fest zwyczajnym torem;
zważ — roztargnienie złym bywa doktorem;
wpierw nam się trzeba skupić, wzwyżyć w duchu,
by to co niższe zmusić do posłuchu.
Dobrym być musi — ten co dobra pragnie,
kto — chce radości — niech będzie jak jagnię,
kto łaknie wina — niech gromadzi grona —
wszak przywołuje cud — wiara wzmożona!

CESARZ

A więc niechaj radość włada
przed popielcowem memento!
Niechaj herold zapowiada
mięsopustu wielkie święto.

(trąby)
(wychodzą)
MEFISTOFELES

Poszli! Ot głupcy! — Zresztą skądżeby wiedzieli,
że szczęście i zasługa splata się jak strofa,
gdyby filozoficzny kamień w ręku mieli,
byłby jedynie kamień, lecz bez filozofa.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Johann Wolfgang von Goethe i tłumacza: Emil Zegadłowicz.