<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Zieliński
Tytuł Jan z Kępy
Pochodzenie Poezye Gustawa Zielińskiego Tom II
Wydawca Własność i wydanie rodziny
Data wyd. 1901
Druk S. Buszczyński
Miejsce wyd. Toruń
Źródło skany na Commons, t. II
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



JAN Z KĘPY.
Urywek starej Legendy.


Death, having prey’d upon the outward parts,
Leaves thein insensible; and his siege is now
Against the mind, the which he pricks and wounds
With many legions of strange fantasies;
Shakspeare — King John.

Śmierć pokonawszy i zdobywszy ciało,
Rzuca je zwolna, w oblężenie bierze
Duszę, i ją zaczyna kłóć i razić
Legionem marzeń i fantazyj dziwnych.
Szekspir — tłómaczenie J. Korzeniowskiego[1]






JAN Z KĘPY.


...................
...................

X.

Głuchym, śród bagnisk przybywając borem,
Gdy się do granic z łupami zbliżali,
Wpadli w zasadzkę. — Podcięty toporem
Las, z hukiem strasznym dokoła się wali;
Próżno w rozpaczy, chcą jakim otworem
Ujść drzew i pogan, co ich obegnali;
Legło rycerstwa, legło koni siła,
Na resztę klęski noc swój płaszcz rzuciła.

XI.

Jan, uszedł rzezi — rycerz to wybrany,
Na kępie z jezior, miał swój zamek stary;
Księcia na Płocku lennik i poddany —
Wziął krzyż, i zwiódłszy pod chorągwie wiary

Młódź polskiej ziemi, wojował pogany,
Ogniem i mieczem psując ich obszary;
A chociaż wiekiem nie dorósł lat męża,
Szeroką sławę pozyskał z oręża.

XII.

Błąkał się w puszczy i strachem był zdjęty,
W nieznanej stronie tułać się po nocy;
Ludzi się nie bał — niechby z nich miał wstręty!
Lecz bał, złych duchów niewidomej mocy;
Wiedział, że każdy liść drzewa zaklęty,
W tej, pełnej czarów krainie północy;
Aby w szatańskie nie wpaść gdzie obierze,
Dobył koronkę i szeptał pacierze.

XIII.

Jechał przez ścieszki zaledwie deptane,
Rozumem końskim kierując się w mroku;
Radby zapłakał na losów odmianę,
Gdyby łza jeszcze znalazła się w oku;
Ulżył smutkowi, wspomniawszy na ranę
I miecz co wierny został mu u boku;
Lecz sił pozbywszy, puścił wodze z ręku,
Przykłonił głowę i wsparł się na łęku.

XIV.

W miejscu — gdzie wązka droga się rozszerza
Dostrzegł, że przed nim jakaś postać stoi...
„Ha!... zgiń!... przepadnij!...“ — uczynił znak krzyża

Postać się krzyża i zaklęć nie boi.
Podjechał bliżej... i poznał z paiża
Że to był rycerz... więc, miał się ku zbroi —
Rycerz kirysem czarnym był okryty,
Tylko mu z hełmu lśniał dyament z pod kity.

XV.

„Kto jesteś?“ spytał czarny nieznajomy —
„Jan z Kępy!“... — odparł krzyżownik mu śmiało.
„Janie! krwi twojej nie jestem łakomy,
Włóż miecz do pochew, i posłuchaj mało:
Strudzony jesteś i dróg nieświadomy,
A z puszczy tobie nie wybrać się cało;
Jedź za mną, ja ci ukażę gospodę
Kędy posiłek znajdziesz i wygodę.“

XVI.

Długo rycerze jechali w milczeniu
Nim się w głęboką spuścili dolinę...
Spocząwszy nieco przy rwistym strumieniu,
Weszli na lepiej utartą drożynę;
Już z chat, w wąwozu kryjących się cieniu,
Pierwszy kur zapiał północną godzinę,
Kiedy wstępując na szczyt stromej góry,
Ujrzeli zamek z warownemi mury.

XVII.

Trzykroć przewodnik zatrąbił, — wzniesiony
Padł wzwód z łańcuchów z przeraźliwym brzękiem;

Przez most wjechali do bramy sklepionej,
A stuk od podków, głuchnącym oddźwiękiem
Szedł po sklepieniach — tak, zerwanej struny
Długo powietrze ostatnim drży jękiem.
Zbiegła się czeladź, konie od nich bierze...
Do narożnika weszli dwaj rycerze.

XVIII.

Po wschodach w górę wijących się kołem
Powiódł przewodnik. — Odemknął podwoje,
A z gmachu, z gwarem zmieszane wesołym
Żywego światła oblały ich zdroje;
Dwunastu mężów siedziało za stołem,
Przed niemi w złocie jadła i napoje;
Każdy mąż, czarną zbroją był okryty,
Każdemu z hełmu lśniał dyament z pod kity.

XIX.

Wszyscy dwunastu z miejsc swoich powstali
Witając gości pochyleniem głowy;
Dwa puste miejsca przybyłym wskazali,
I nić przerwanej zawięzując mowy,
Rzekł jeden: „Janie! ciebieśmy czekali
Jak oblubieńca na uczcie godowéj,
Zasiądź... patrz!... oto puszcz naszych zwierzyna,
A w konwiach, miodu dostatek i wina.“

XX.

Jan, chętnie przyjął wezwanie rycerzy...
Lecz, zacóż maską kryją swe oblicze?...

Cóż znaczą ryte śród czarnych pancerzy
Herby czy godła jakieś tajemnicze?...
Miałżeby w ręce pogańskich żołnierzy,
Czy zdradnie w sidła zapaść rozbójnicze?...
Gdy tak domysłom wolne stawia pole,
Zabrał głos jeden z siedzących przy stole.

XXI.

„Janie! w gościnne kto wszedł nasze progi,
Ten, trosk codziennych zbyć powinien chmury;
Smutki, cierpienia, kłopoty i trwogi,
Nie mają wstępu w tego zamku mury;
Miłość, wesołość — oto dwie ostrogi
Któremi bodziem żywot rączopióry;
Wesołość — w ręce podaje nam czasze,
Bo jej przodkuje, miłość — godło nasze.

XXII.

„Dobrze w obozach słuchać przy ognisku,
Jak roty ścinać i ukrwawić pole;
Lecz krwią przelaną na pobojowisku
Nie brudźmy rozmów przy biesiadnym stole.
Tyś, z czynów głośny w naszem stanowisku;
A chcesz się bliżej dać poznać w tem kole,
Nie zdawaj liczby, jakoś państwa psował,
Powiedz nam, kogoś w swem życiu miłował?..

XXIII.

— „Boga i kraj mój!“... — „Nie o to pytamy
Co, jak powinność, w każde serce wryto;

My chcemy wiedzieć, czy wzrok pięknej damy
O twą pierś, jak o skałę niepożytą
Tępił swe ostrza; czyli też oczami
Wszedł, jak w warownią bez trudu zdobytą;
To, co pociesza, uzacnia i pieści,
Niech będzie twojej osnową powieści.“

XXIV.

Jan się zamyślił... — „Otom jest gotowy
Zadość waszemu uczynić żądaniu,
I choć nie myślę przestronnemi słowy
O każdem zbrojnem prawić wam spotkaniu,
Lecz powieść moja takiej jest osnowy,
Że, abym śpiewał o mojem kochaniu,
Muszę połączyć, i w jedne zlać dźwięki,
Pieszczoną miłość i oręża szczęki.

XXV.

„Kiedy pod sprawą wielkiego Gozdawy,[2]
Szedł lud Mazowsza na pruskie narody,
Ja, miękkie sobie zmierziwszy zabawy,
Choć mech dopiero obrastał jagody,
Tak wielką w sercu czułem chciwość sławy,
Żem, jak o łaskę błagał wojewody,
By mi pozwolił, śród krwawych zapasów
Nawyknąć zbroi i zażyć niewczasów.

XXVI.

„Daremnie w piersi bojów chęć urasta;
Prusak, swych granic ani ziem nie bronił,

Ale spaliwszy wkoło wsie i miasta,
W zamkach, bagniskach i lasach się chronił.
Rzadko, mąż zeszły, dziecko lub niewiasta,
Których nasz żołnierz wytropił i zgonił
Plon nasz zwiększali. — Ja z plonu, podziałem
Prócz łupów — starca i dziewkę dostałem.

XXVII.

„Starzec — był ślepy pruski wajdelota,
Lat zima, brodę i włos mu bieliła;
Dziewczyna — dziwnej piękności istota
Ślepego ojca za rękę wodziła.
Padła mi do nóg, obietnicą złota
I łzą — o wolność dla starca prosiła.
Jam sławy pragnął, nie brańców, ni łupu; —
Starcain wraz z dziewką puścił bez okupu.

XXVIII.

„Niedługo potem, żal mi tego było,
Bo Ilhy pamięć w mem sercu została;
Wszystko, co dotąd miało postać miłą
Ona mi, smętną szatą przyodziała,
Bo po jej stracie nic już nie cieszyło;
Nawet gdy trąba wojenna zagrzmiała,
Ja się czczym lubej łudziłem obrazem,
Zamiast na sławę zarabiać żelazem.

XXIX.

„Sprzykrzywszy trudy, widząc korzyść małą,
Niechcąc dać ucha radom starszej głowy,

Rycerstwo głośno powrotu żądało.
Wódz — widząc próżne groźby i namowy,
Nakazał odwrót — wojsko się cofało...
A wódz w rycerskim rzemiośle nie nowy,
Co noc z obozu, jak ostrożność każe,
Słał gęste wzwiady i zawodził straże.

XXX.

„Ostatniej nocy — granic naszych blizko,
Byłem samotrzeć wysłań na podsłuchy...
Coś się przemknęło, ja do ziemi nizko
Przymknąwszy ucho, słyszę szelest głuchy
Jak się ktoś pod me skrada stanowisko...
Wytężam pilniej i oczy i słuchy...
I przy niepewnej gwiazd tylko poświacie,
Że to był Prusak poznaję po szacie.

XXXI.

„Szpieg pewnie, wysłań dla wzięcia języka
Aby nas śpiących zeszli i pobili:
Ujrzawszy czujność... wpadł na koń... umyka...
Myśmy się za nim w też tropy rzucili...
Jużem kopiją sięgał przeciwnika,
Kiedy z blizkiego lasu, w tejże chwili
Mój koń, niedźwiedzia posłyszawszy ryki,
Wspiął się... w bok rzucił i uniósł mnie dziki.

XXXII.

„Chciałem go wstrzymać... wtem, pękły wędzidła
Koń czując wolą, jeszcze bystrzej niesie...

Leci, jak gdyby sokole wziął skrzydła...
Przez pola, knieje i przez gęstwy drze się...
Wkoło mnie ludzie, duchy czy straszydła
Wstają... znikają... trzask i szum po lesie.
Niósł... i wpadł ze mną w takie trzesawice,
Kędy łoś chyba przemknie swe racice.

XXXIII.

„I byłbym zginął w tych bagnach śród nocy,
Bo koń się rzucał jakby w zaspach śniegu,
Gdyby mi Pan Bóg nie zesłał pomocy
W kładce, po której doszedłem do brzegu.
Tam — tchu cokolwiek nabrawszy i mocy,
Koń paszy, a ja szukałem noclegu;
Pod dębem, który gałęźmi szeroko
Osłaniał wzgórze, usnąłem głęboko.

XXXIV.

„Sen, słodki w trudach i cierpieniach ludzi
Nowemi siły ukrzepiał me ciało.
Wtem czuję... ktoś mnie całowaniem budzi...
Oko się naprzód ze słońcem spotkało...
Czy to blask jego?... czyli zmysł mnie łudzi?...
Czy to zjawienie, co z mych snów powstało?...
Widzę przed sobą klęczącą dziewicę,
A w niej poznaję — moją niewolnicę.

XXXV.

„Ilha!“ — rumieniec oblał jej jagody.
— „Ty żeś to Panie?!... więc to nie są czary,

Powiedz, jakiem i dziwnemi przygody
Przyszłeś snu szukać pod temi konary?...
To, dąb nasz święty, gdzie wzajem ugody
I wielkim Bogom czynimy ofiary;
Tu wszystkie wstępy zbrojno są strzeżone,
Chyba ptak obcy zaleci w tę stronę.

XXXVI.

„Miałżebyś tedy?... nie, temu nie wierzę,
Tych bagnisk ludzkie nie przechodzą nogi.
Może to moje sprawiły pacierze
Że mi cię dały opiekuńcze Bogi!...
Patrzysz tak dziko!... O! wyznam ci szczerze
Ja drżę o ciebie!... bo to Poklus srogi
Zbłąkał cię w drodze i zawiódł w te strony
Abyś w cześć jego żywcem był spalony.

XXXVII.

— „Ilho! — przerwałem miłej szczebiotanie —
Teraz nie pora z błędów się sprawować,
Bo mnie tu zgubi przydłuższe mieszkanie.
Orężem, mógłbym drogę przetorować
Alem go stracił — a wkoło poganie!...
Jeśli chcesz... jeśli możesz mnie ratować,
Wszak znasz te miejsca!... siadaj na koń ze mną
I wskaż mi drogę przez tę puszczę ciemną“.

XXXVIII.

„Jedziemy... dziki wokoło manowiec,
Nigdzie i śladu nie znać ludzkiej stopy:

Tu wyschłe bagno, tam, gęsty jodłowiec
W ciemne z gałęzi przyjmuje nas stropy;
Jedziem ostrożnie... cicho... — jako łowiec
Gdy zwierza goniąc odszukuje tropy;
Czaty, zasadzki objechawszy kołem,
Pocichu z Ilhą rozmawiać zacząłem.

XXXIX.

„Kędy twój ojciec?“ — „Ojciec!“ — i westchnęła,
„On, trzy dni temu poszedł z naszym ludem,
Wielkie, jak mówił, dokonywać dzieła.“
— „Teraz mi powiedz Ilho, jakim cudem
Przyszłaś mi w pomoc, i jak cię chęć wzięła
Dla wroga z takim poświęcić się trudem?...“
— „Powiem ci — rzekła — od dębu za borem
Jest blizko chatka nad wielkiem jeziorem;

XL.

„Tam, sama wczora siedząc przed wrotami
Długom w noc ojca z powrotem czekała,
I kiedym w niebo usiane gwiazdami
Szukając sercu pociechy — spojrzała,
Jedna się gwiazda nad memi głowami
Z łona błękitnych sklepień oderwała,
Leci ku ziemi, ślad ognisty ryje...
Ach! rzekłam z płaczem, mój ojciec nie żyje.

XLI.

„To jego gwiazda z Dungusu zrzucona
Wiecznie na jasnym zgasła kołowrocie;

Już się u jego nie uwieszę łona,
Już nikt łez nędznej nie otrze sierocie;
Od łkań i płaczu padłam snem zmorzona,
Mgły mię objęły, a przedemną w złocie
Jawił się ojciec i w takiej piękności
Jak gdyby wyszedł ze stoku jasności.

XLII.

„Córko, rzekł — spieszę do ojców krainy,
Grono rycerzy do niebieskich progów
Ciśnie się, lepszej skosztować zwierzyny
I słodsze miody pić z bawolich rogów;
Pragną śpiewaka — któryby ich czyny
Przed oblicznością opowiedział Bogów;
Dążę za niemi, bo już cna gromada
Na górnym gmachu do uczty zasiada.

XLIII.

„Nie płacz — ja z liczby żyjących wyjęty
Dłużej nie mogę być ci poradnikiem,
Ale go znajdziesz, gdzie rośnie dąb święty:
On tobie będzie ojcem, przewodnikiem
Do szczęśliwości jakiejś niepojętej,
Której, tym ludzkim nie nazwać językiem.
Spiesz się... w daleką przygotuj się drogę,
Bądź zdrowa... więcej mówić ci nie mogę“...

XLIV.

„Już słońce na świat z kąpieli wstawało,
Gdym się zbudziła — przyszła na myśl droga,

Z płaczem żegnając mą zagrodę małą,
Poszłam do dębu... Zrazu, święta trwoga
Ścisnęła serce, bo mi się zdawało
Że widzę puszczą władnącego Boga;
Tak twoja zbroja srogi blask miotała.
Cóż? — kiedym ciebie o panie, poznała!“

XLV.

„Ilho!... o miła Ilho!... zawołałem.
Tak, jużeś moją i moją na wieki;
Od ojca władzę nad tobą dostałem,
I nikt mi danej nie wydrze opieki;
Służyć ci — moim majątkiem i ciałem,
Bronić — dopóki nie zawrę powieki,
I póki Bóg mnie w swej łasce zachowa,
Stwierdzam pieczęcią rycerskiego słowa.

XLVI.

„Jest u mnie zamek murowany z cegły
W pośród dwóch jezior — ma obrony liczne:
A z wieży zamku, jak widok rozległy
Tak moje włości ciągną się dziedziczne;
Tak moje puszcze dokoła zaległy;[3]
Tam — będziesz panią, znajdziesz sługi liczne,
Tam, będziem żyli szczęśliwi, jak w niebie,
Bo serce — dawno należy do ciebie.

XLII.

— „Serce!“ — i łkanie wypadło z jej łona —
„Nie mów mi tego, choć słuchać tak miło,

Kiedy dziś klęcząc nad tobą schylona
Czułam nieledwie, jak twe serce biło,
Tyś przez sen, różne powtarzał imiona,
Imienia Ilhy w twych ustach nie było;
A jedno imię, w obcych imion reszcie,
Czułam, ach! czułam że było niewieście.

XLIII.

„Boś je powtarzał z takiem dzwięcznem brzmieniem,
Patrz!“... — i z pod rąbku co jej pierś okrywał
Ukaże, z lekkim twarzy zapłonieniem
Nóż, co przy piersi zatknięty spoczywał.
„O Panie! wyznam, tyś mnie tem imieniem
Ostrzej, niżeli tym nożem przeszywał;
Jam nóż chwytała, ach! bo w chwili szału
Chciałam mieć twoje serce bez podziału.

XLIX.

„Ale mi zaraz stanęła w pamięci
Twa dobroć — kiedyś nas, jeńców na wojnie,
Mimo odwieczne rodowe niechęci,
Nadał swobodą i obdarzył hojnie;
Któż dawnych uraz chętnie nie poświęci
Patrząc na sen twój, jak uśmiech spokojnie
Błądził po ustach, boć się słodko śniło!...
Cóż?... — kiedy Ilhy w twoich snach nie było!“

L.

„Najmilsza — rzekłem — cóż ci w dowód złożyć,
Przysięgi, klątwy, czy wszystką krew moją?...

Że żadna miłość nie zdołała pożyć
Mojego serca — że, zakute zbroją
Tyś pierwsza Ilho umiała otworzyć,
Tyś ogrzać mogła niewinnością swoją;
I że ta miłość pójdzie ze mną wszędzie,
I jak jest pierwszą, tak ostatnią będzie.

LI.

„Snów nie pamiętam... O! niech cię nie trwożą!
Nie cień, nie imię żadnej miłośnicy,
A chyba usta co z młodu się włożą,
Senne, nuciły hymn Boga-Rodzicy.
O! poznasz kiedyś Rodzicielkę Bożą,
I ty, hołd oddasz przeczystej dziewicy,
Gdy do tajemnic wejrzysz naszej wiary;
A wtenczas wspomnisz, coć ojciec rzekł stary.“

LII.

„O! oświeć proszę, oświeć mnie,“ — błagała.
Jam jej tłómaczył, w co wierzym, co święcim,
Co jest Bóg prawy — a ona słuchała
Z taką pokorą i z takiem zajęciem,
Że mi aniołem modlącym się zdała.
Ach! czy pościgła wszystko swem pojęciem?...
Koń, rączo bieżał, przebywał gęstwinę,
I z lasów zchodził w głęboką dolinę.

LIII.

Przed nami widok odsłonił się mglisty
Jak gdyby rąbkiem błękitnym odziany.

„Patrz!... patrz najmilsza!... to mój kraj ojczysty
Widzisz jak piękny, jakie bujne łany;
A tam, tam, gwiazda co śle blask ognisty
To krzyż!... — — nie słucha, lecz wzrok upłakany
Zatapia w puszczę zarosłą jodłami,
Co w szybkim locie ucieka za nami.

LIV.

„Wstrzymaj się... wstrzymaj... daj chwilę... pół chwili,
Niech sobie westchnę, żalem uciśniona,
Wszakże ojczyznę rzucam... któż wie?... czyli... “
Wtem brzękła z gęstwy strzała wyciśniona...
Krzyk przerwał mowę — widzę jak się chyli,
Blednie, — lecącą chwytam w me ramiona,
Tulę do piersi... bo w rozpaczy wierzę
Że z mych ją objęć sam Bóg nie odbierze.

LV.

„Lecz kiedym dostrzegł śmiertelne jej drgania,
To oczy moje gęstym zaszły cieniem;
Zwałem pomocy — choć moje wołania
Tylko się z pustyń łamały milczeniem;
Bóg myśl mi zesłał — że blizkim skonania
Chrzest święty, wraca zdrowie ze zbawieniem;
Więc pędzę konia, w bok ostrogi wkładam,
I jako piorun na dolinę spadam.

LVI.

„Staję, gdzie Ossa rwie wybrzeża swoje...[4]
Tamując ręką krew co z rany bucha,

Drugą na głowę lałem zimne zdroje...
I „w imię Ojca, i Syna i Ducha“
Włożyłem na nią Chrystusową zbroję.
Niebiańska w oczach maluje się skrucha;
Twarz cudownemi oblekła się blaski,
Bo na nią z góry padał promień łaski.

LVII.

„Żegnaj rycerzu, rzekła mi ze łzami,
Z za których oko strzelało weselem;
Myśmy tu byli... o nie!... nie wrogami...
Ty byłeś moim zbawcą... przyjacielem...
Ujrzym się kiedyś nad temi zdrojami...
I już się nigdy... nigdy nie rozdzielem...“
Całując chciałem spędzić śmierci mroki,
Lecz duch z mych objęć wyrwał się w obłoki.

LVIII.

„Odtąd — krzyż Pański przywdziałem na zbroję
Krzyż — każdy postrzał od serca odtrąca —
Posty, modlitwy, niewczasy i znoje,
Pożar siół pruskich i mordy bez końca,
To życie moje!... O! nie!... życie moje
Jest to myśl, wiecznie do niebios lecąca
By zerwanego ogniwa łańcucha,
Znowu w krainie spotkały się ducha.“

LIX.

Skończył. Rycerze milcząc poglądali,
Ściemniały światła i gmach był ponury;

Razem, gwar dźwięczny rozległ się po sali,
Żywą jasnością powlekły się mury;
Wszyscy mężowie z miejsc swoich powstali
I pełne czasze podnosząc do góry:
„Słuszna, o Janie! wychylić toasty
Za twoje zdrowie i pięknej niewiasty.“

LX.

Rzekli — i razem odkryli przyłbice;
Spadają hełmy, oko niebem strzeli,
Włos, pierścieniami spada na zbroice;
Pryskają zbroje... O cudy!... i w bieli
Na miejscu mężów tak piękne dziewice.
Z palmami w ręku — jak Pańscy anieli.
A ta, co inne swą krasą zgasiła,
Jan spojrzał... poznał... tak, to Ilha była...

LXI.

...................
...................
...................

LXII.

Polscy rycerze z krzyżem na odzieniu,
Którzy pogańskich sideł uszli cało,
Po wielu trudach i długiem błądzeniu
Znaleźli drogę — a kiedy odniało
Schodząc w dolinę, przy Ossy strumieniu
Poznali martwe Jana z Kępy ciało.

Jan, na mogile dawnej, głowę wspierał,
Ręką miecz dzierżał i w niebo pozierał.







  1. Przypis własny Wikiźródeł Death, having prey’d upon the outward parts... — słowa księcia Henryka z aktu V, sc. 7 Króla Jana Williama Shakespeare'a; zob. tłumaczenie tekstu autorstwa Józefa Korzeniowskiego.
  2. Krystyn, herbu Gozdawa, wojewoda, znamienity wojownik za czasów Konrada księcia mazowieckiego, od współczesnych Wielkim był nazwany.
  3. Autor miał tu najwyraźniej na myśli, swoją późniejszą siedzibę Skępę, śród dwóch jezior i dużych lasów położoną, gdzie dotąd widać jeszcze grodzisko prastare, nad brzegiem jeziora. (Przyp. Wyd.)
  4. Ossa, rzeka poniżej Grudziądza do Wisły wpadająca, odgraniczała kiedyś Prusy i Mazowsze.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gustaw Zieliński.