<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Zieliński
Tytuł Poezye Gustawa Zielińskiego
Data wydania 1901
Wydawnictwo Własność i wydanie rodziny
Drukarz S. Buszczyński, Toruń
Miejsce wyd. Toruń
Źródło skany na commons, t. II
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



GIERMEK.
EPIZOD.





Les récipiendaires juraient:
De craindre, réverer et servir Dieu religieusement, de combattre pour la foi de toutes leurs forces, et de mourir plutôt mille morts, que de renoncer jamais au Christianisme. Que l’avarice, la récompense, le gain et le profit, ne les obligeraient à faire aucune action, mais la seule gloire et vertû. Que sur toutes choses ils seraient fidèles courtois, humbles et ne failliraient jamais à leur parole pour mal ou pérte, qui leur en pût advenir etc.
„Le vrai Thêatre d'honneur et de Chevalerie“
par Vulson de la Colombière[1].







GIERMEK.
EPIZOD.



I.

W Płocku — na zamku, huczne wesele.
Książę Ziemowit, do swego grodu
Zaprosił gości dostojnych wiele,
Książąt i panów zacnego rodu.
Dzień to już trzeci, jak grając z wiatry
Na wieży zamku wielki proporzec
Zdaleka świadczy, że pański dworzec
Dla wszystkich uciech stoi otwarty.
Bo ledwie w okna wpadnie blask dniowy,
Ochoczo tłumy spieszą na łowy,
Lub kopje kruszą wybrani gońce;
A skoro w Wiśle zatonie słońce,
Gmach się tysiącem błyszczy kagańców,
I brzmi — od biesiad, pieśni i tańców.

II.

W Płocku — u tumu, cichość głęboka;
Noc, z swym orszakiem ćmy i milczenia
Weszła, pod wzniosłe, krągłe sklepienia,
I nieprzejrzana, gęsta pomroka
Zaległa kościół; a tylko w dali
Bladym połyskiem siekąc ciemności,
Jak duch wchodzący w progi wieczności,
Jedna, wisząca lampa się pali;
A tylko — w ciszy tajemnic pełnej,
Jakiś szmer głuchy i niezupełny
Czasem w załamy sklepień uderzy.
Czy to odgłosy szumne, pijane,
Z gmachów zamkowych aż tu zbłąkane?...
Nie... to westchnienia i szept pacierzy.

III.

Któż się tam modli?... Jeżeliś ciekawy,
Wejdź w sień zamkową; gdzie dębowe ławy
Przy ostrem świetle wielkiego komina
Obsiadła dworu popleczna drużyna.
Siądź i posłuchaj: — jak wąsate koło,
Miód, piwo pije i gwarzy wesoło.
Mowa — o giermku, ulubieńcu księcia,
Co wzięty na dwór w sławnem mieście Rawie,
Wzrósł na usługach od lat pacholęcia;
Na dworze płockim nie znano go prawie,
Bo Płock niedawno z dzielnicą Warszawy
Zwiększył puścizną książęce dzierżawy.

Starzy dworzanie, co jeszcze służyli
Ojcu książęcia, mocno się dziwili
Zkąd taki młody miał zasług tak wiele?
Gdzie był?... co zdziałał?... i za co w tej chwili
Odbywa próbę, czuwaniem w kościele?...
A jutro, jak chcą rycerskie zakony
Weźmie z rąk księcia swój miecz poświęcony?
Ten przedmiot, długim rozmowom dał treści,
Z ust do ust wątek przechodzi powieści,
Śród ciągłych zwrotów, wykrzyków, odskoków,
Rubasznych żartów sypiących się z boków,
I przerywany, takim głośnym śmiechem,
Że mury zamku trzęsły się pod echem.

IV.

„Książę, wiadomo, że kochał się w łowach;
Raz, kiedy ptastwo w sokoły polował,
Sokół, którego nad wszystkie miłował,
Jakimciś trafem zginął mu w parowach.
Gniewa się książę... a straszny gniew pana;
Świszczą, wołają smutni sokolnicy,
I z siół poblizkich gromada zebrana
Szuka, lecz próżno, — w całej okolicy
Płaczą kmiotkowie, wiedzą, że nie minie
Ciężka ich pomsta, skoro sokół zginie;
Bo jeśli przyjdzie księciu ptaka stracić,
To żal mu drogo potrzeba opłacić.
Gdy tak szukają — chłopiec lat dziesięciu
Przybiegł i przyniósł sokoła książęciu

Mówiąc: że w blizkim jarze przy strumieniu
Nagle, sam sokół siadł mu na ramieniu.
Rozśmiał się książę — musnął go pod brodę
I rzekł: „Pacholę! jaką chcesz nagrodę?“
Zmieszał się chłopiec — przydworni co stali
Wokoło niego, w ucho mu szeptali:
„Bież — uderz czołem, proś o pańską rękę...
„Proś, niech ci pieniądz rzuci na sukienkę“...
Lecz chłopiec, bawiąc się z sokołem pierzem
Rzekł: — „Daj mi konia, abym był rycerzem.“
„Cha! cha! cha! — krzykną przydworni, znać zucha.“
A drudzy mrucząc — „O! jabym kmieciucha
„Osmagać kazał za ten język płochy.
„Patrzcie go, chamu nie chce się do sochy!
Książę przez groźne wokoło spojrzenie
Zamknął im usta, i — przerwał milczenie:
„Zaprawdę chłopiec nie od rzeczy prawi!...
„Gdzie masz rodziców?“ — „Jam sierota panie.“
— „Bóg o sierotach kazał mieć staranie,
„I bez opieki ciebie nie zostawi;
„Piotrze z Gulczewa, wziąć na dwór pacholę
„I niech ma pieczą o moim sokole“...
Kazał... spełniono... — Cały dwór się dziwi,
Lecz któż się woli żelaznej sprzeciwi?
Chłopiec w usługach rósł, mężniał u dworu:
Ujeżdżał konie, oręża się imał,
W sztuce szermierskiej innym przodek trzymał
I do dworskiego nawykał poloru.
Książę go wielce upodobał sobie,
I zrobił giermkiem przy swojej osobie.

Tak się zdarzyło, że raz, w krwawej bitwie
Przeciw pogaństwu, Tatarom czy Litwie,
Książę zapałem zbytnim uniesiony
Rwąc obce szyki, znagła oskoczony,
Gdy sobie odwrót przecina żelazem,
Padł koń ubity i książę z nim razem.
Giermek, gdy w ciężkim razie pana zoczył,
Jak błyskawica na pomoc przyskoczył,
Podniósł — własnego konia mu podstawił,
I więzów — któż wie, może śmierci zbawił.
Książę się zaklął na wszystkie świętości,
I na Zygmunta królewicza kości,
(A temu nigdy nie skrzywił zaklęciu),
Że, da Bóg, z wojny szczęśliwie powróci,
Swemu, jak go zwać przywykł, pacholęciu,
Rycerski łańcuch na szyję zarzuci.
Aby wypełnić co święcie poślubił,
Ogłosił turniej, — bo książę pan lubił —
Gdy nikt krajowi jego rozległemu
Wojną nie groził — lubił po staremu
Otworzyć zamek, loch i pańskie stoły,
I miłych wczasów użyć z przyjacioły.
Pokrewne pany i możni lennicy
Radzi wezwaniu, zdaleka i zblizka,
Dworno do Mazowsz przybyli stolicy
Widzieć i dzielić marsowe igrzyska.
Bo właśnie jutro, jako w dzień patrona,
Najokazalsza uroczystość będzie,
Gdy młody giermek, przy świętym obrzędzie
Rycerskich zasług odbierze znamiona.“

V.

Taką to powieść przy krążącym dzbanie,
Świadomsi rzeczy, prawili dworzanie;
Wtem, jeden z starszych długo trzęsąc głową:
„Niech kto chce wierzy w tę powieść jałową,
„Wiem, bom od ludzi słyszał godnych wiary,
„Że i ów sokół i owe Tatary
„Były to rzeczy naprzód ułożone,
„Czy też podobno zręcznie w słuch puszczone;
„Bo... — dodał z cicha i z miną znaczącą —
„Bliższe stosunki giermka z księciem łączą.“
Tak zawiść, wszędy nieuśpiona czuwa
Jak niedojrzany gad, co się przesuwa
Śród kwiatów, i tchem od jadów kleistym
Rdzę pozostawia na ich listku czystym.

VI.

O! jest świat drugi, świat duszy — do niego
Nie każde oko się spuści — dlaczego?...
Wielu w głąb’ patrzy, a rzadki odgadnie
Czyli tam potwór, czy perła śpi na dnie.
Giermek miał wielu zawisłych przy dworze,
Lecz wzrok ich tępy zsuwał się po wierzchu,
Widzieli tylko — że łask pańskich zorze
Jemu świecące — ich zostawia w zmierzchu;
Widzieli drobne przywary, cień — który
Do skazitelnej przykowan natury;
Ten pył, gdy oko poziome zapruszy,
Już niedostępnym zrobi mu świat duszy;
Choć wszystkie wady nicują z kolei,
Żaden nie wykradł z młodzieńca źrenicy

Jednej, dla niego strasznej tajemnicy,
Że kochał — tylkoż kochał bez nadziei.

VII.

Książę Ziemowit, był już pan niemłody,
Trudy — skrzepiły w nim siłę i męztwo;
Gdy wdowiec — pojąć w powtórne małżeństwo
Zamyślił, pannę przecudnej urody
Jadwigę, córkę księcia na Zembicy.
Tak była piękna, że goszcząc na dworze
Karla cesarza, nad nią, w owej porze
W Niemczech, nie było piękniejszej dziewicy.
Dumne landgrafy, cesarstwa lennicy,
Korząc swe czoła, dali hołd powinny
Królowej wdzięków; a śpiewacy Minny,
Biorąc natchnienie z ócz słowiańskiej dziewy,
Jej poświęcili i arfy i śpiewy,
Zowiąc w języku zalotnej grzeczności,
Gwiazdą turniejów i słońcem piękności.
Książę — gdy głosy jej chwałę rozniosły,
Z prośbą o rękę, wyprawił swe posły;
I jakiż tryumf możnowładcy dumie!
Gdy w licznym książąt i rycerzy tłumie
Chcących zawładnąć tym skarbem na ziemi,
Jemu pierwszeństwo dano przed wszystkiemi.
Książę — swą żonę kochał aż do szału;
Nie był to ogień młodzieńczej miłości,
Lecz jakaś głownia sztucznego zapału,
Skrząca iskrami dumy i zazdrości.
Bo na sam widok tej książęcej pary,

Rzekłbyś — że promień zabłąkany wiosny
Ozłocił jesień — że powój miłosny
Różowym wiankiem owinął dąb stary.
Giermek ją ujrzał — dość mu było razu
Spojrzeć na piękność, by zginąć w jej oku,
I cudownego odbicie obrazu,
Z całą grą życia, blasków i uroku,
Złożyć w swem sercu, wiecznie w niem piastować
I jako świętość od skazy zachować.
Bo mógłże, nawet myślą ośmieloną,
On, co z nędznego wiódł swój ród poddaństwa
Wznieść się aż do tej — która była żoną
Władcy — takiego rozległego państwa?

VIII.

Giermek się modlił gorąco i szczerze.
Mówił Ojcze nasz, i Zdrowaś i Wierzę,
Lecz przędzę ducha nić świecka splątała;
Młodości! bystry lot twych wyobrażeń!
Modlitwa jeszcze na ustach mu drżała,
Myśli bujały po krainie marzeń.
„Jakaż noc długa... jak nudno czekać...
Zda się umyślnie chwile przewlekać —
Cóżbym dał za to, gdyby już... gdyby
Biały poranek spojrzał przez szyby;
O! pożądane pośpieszaj słońce!...
Zniosęż tę radość?... gdy dzwon uderzy,
Naród tłumami w kościół przybieży;
Tyle dam... tyle książąt, rycerzy...
Na mnie się zwróci oczu tysiące...

A przecież — z tego oczu tysiąca,
W jednebym oczy patrzał bez końca.
Msza późno wyjdzie... biskup, prałaty
Wdzieją najdroższe kapy, ornaty;
Msza taka długa... jak im sił stanie
Całą godzinę prawić kazanie...
O! zadrżysz serce, gdy po mszy świętej,
Biskup z swym klerem, ludem, książęty
Zgiąwszy kolana i korząc czoła,
Ducha świętego z niebios przywoła.
Zacznie się obrzęd — Lud się gromadnie
Jak na dziw rzuci... spiętrzą się głowy,
Ścisną się rzędy, ścichną rozmowy...
Najcięższa próba... można tak snadnie
Zmieszać się... żaląc... — Nie!... nadto blizko
Ludzkie przekąsy i pośmiewisko;
Bo, dla tej pustej dworskiej czeladzi
Śmiech, — druga strawa... oniby radzi
Ośmiać, wyszydzić... ha!... znają oni
Jakiej na śmieszków dobywam broni;
Gdybym był księciem, to, skarż mnie Boże!
Czyby się jeden ostał przy dworze...
Zaprawdę — czegóż mam być wzruszony?...
Jednak, przyjmując miecz poświęcony
Jednych się oczu lękam potęgi...
O, nie! nie spojrzę ja ku tej stronie,
Bom gotów zmylić rotę przysięgi...
Czyżem ja marzył gdym pasał konie,
Że kiedyś, pierwszych rodów dziewice,
Przyjdą mnie stroić w świetną zbroicę?...

Jam ją przymierzał w kuźni płatnerza,
Prześliczna zbroja... godna rycerza.
Co za bart, połysk i jakie nity
A pas... srebrnemi gwiazdy nabity...
I puklerz, gwiazdą ozdobić dałem,
To moje godło... innych nie chciałem...
Czyż się domyśli?... może zapyta
Jaka myśl leży godłem spowita?...
Gwiazdo nad gwiazdy!... jestże to zbrodnią
Żem cię za gwiazdę obrał przewodnią?...
Nie... nie domyśli... i nie powinna...
Gdybym dał poznać?... precz!... myśl dziecinna...
Gdyby wiedziała?... możeby... może...
Milcz serce!... przebacz tym myślom Boże!
Módlmy się...
Ojcze nasz, któryś w niebie,
Święć się twe Imię...
Oh! złym na siebie.
Na lada wzmiankę o tem imieniu,
Zaraz twarz moja staje w płomieniu...
Będę ostrożny... na mnie z uboczu
Tyle jaszczurczych czatuje oczu...
A ci dworzanie!... niech tylko zgadną,
Cień prawdy złowią... O! jestem pewny
Doniosą księciu... książę tak gniewny...
Oni tak podle do łask się kradną!...
Ha!... jutro to mnie jedno pociesza
Że ujrzę... obym prędzej był świadkiem,
Z jaką zawiścią przydworna rzesza

Będzie z podełba patrzeć ukradkiem,
Gdy podczas uczty, siądę za stołem
Panów i książąt otoczon kołem;
Tych książąt, panów, co do tej chwili
Tylko mnie dumą swoją śmieszyli.
Jeśli wystąpim zbrojno do szranków,
Chciałbym, by mi się zręcznie udało
Wyrzucić z siodła, i zdeptać mało
Choćby jednego z tych dumnych panków;
Toż mi to oklask sypną z krużganków!
Mnie — nie tak łatwo zachwiać w strzemieniu.
Mój siwosz także, siłą się chlubi...
Szlachetne zwierzę... jak on mnie lubi,
Jak on posłuszny memu skinieniu —
Piękniejszych koni znajdzie się więcej,
A przecież, z całej stajni książęcej
Mając na wybór — jego wybrałem;
Jam go ujeżdżał, ja ugłaskałem,
Taki był dziki — teraz, jak dziecię,
Dałby się dosiąść nawet, kobiecie.
Nie... mnie przy dworze nie można zostać...
Widzieć ją ciągle, tę śliczną postać...
Słyszeć ją co dnia — i schnąć... choć słońce
Z siebie promienie daje żywiące —
Dość tej męczarni!... pójdę w świat długi...
Ach! tam Jadwigi nie znajdę drugiej...
Czemuż nie jesteś wiejską dziewicą?...
Wierzaj mi!... wszystko, czem mnie zaszczycą,
Sławę, godności, lenna, dostatki,
Rzucę — dla jednej poziomej chatki,

Gdziebyśmy z sobą byli we dwoje...
Tak!... w świat się puszczę... na krwawe boje,
Zginę!... o! pewnym, — wzrok jej niebieski,
Nie... nie odmówi choć jednej łezki...
Pójdę do Węgier... nie... do cesarza,
Ona tam była... usłyszę o niej...
Cesarz, rycerskich ludzi poważa
I potrzebuje walecznej dłoni.
Kraj tam bogaty!... snadnie, za męztwo
Dadzą mi jakie hrabstwo lub księztwo...
Wówczas powrócę... przylecę ptakiem
Z licznym i świetnym dworzan orszakiem.
Będąż się dziwić ci, co mnie znali...
Ona się zdziwi... kto wie... w tej dobie...
Książę już stary... może w żałobie...
Może...“
I myślą nie śmiał iść dalej.

IX.

Lube marzenia przerwał niespodzianie
Daleki szelest — przybliża się... wzmaga...
I obudzona na ten szmer uwaga,
Coraz wyraźniej rozróżnia i słyszy
Chód — wolny, ciężki; i kija stukanie
Co zgrzybiałości zwykle towarzyszy.
Wnet baczne oko wyłamało z cienia
Formę postaci przez kościół sunącej,
Która doszedłszy do lampki wiszącej,
Drżąc, zapalała świecę u płomienia.
Byłto mąż stary — kapłan — człowiek święty;

Stem lat złamany, do ziemi przygięty,
Nieprzesłyszaną nawiedzion głuchotą.
Swych sił ostatek — choć tego nikt zgoła
Po nim nie żądał — poświęcił z ochotą
We dnie i w nocy usłudze kościoła.
Chleb, woda — jego pożywienie dzienne;
Noce — na modłach przepędzał bezsenne;
A suknia, równie jak on, wiotka, stara,
Już dawno z czarnej zrobiła się szara.
Lecz złość głosiła — że pod szatą nędzy
Kryje się miłość ostatnia — pieniędzy.

X.

Starzec, u lampy zapaliwszy świécę,
Obrócił kroki w poboczną kaplicę;
Wszedłszy — dokoła obejrzał się z trwogą,
Badając pilnie czy nie ma nikogo.
Potem — gdy dotknął sprężyny tajemnej,
Stopień ołtarza powstał w górę głazem;
Starzec się schylił, i z kryjówki ciemnej
Wyciągnął skrzynię okutą żelazem...
Odsłonił wieko... blask co padł na lice,
Żółtym jak chciwość oblał je kolorem;
Jak wilcze, tak mu zabłysły źrenice,
A śmiech... o! wtedy starzec był potworem.
Dobył swe złoto, po sztuce rachował,
Oglądał każdą i każdą całował,
I zatopiony w martwych pieszczot świecie,
Cieszył się złotem i bawił jak dziecię;
Potem, skarb cały zebrał, zliczył, złożył,

I nową sztukę do dawnych przyłożył.
Z żalem, w kryjówkę spuścił ciężką skrzynię
Jakby w dół zimny przyjaciela zwłoki;
Zagasił światło, i leniwe kroki
Wspierając kijem — opuścił świątynię.

XI.

„Giermku!“ głos jakiś szepnął. — Giermek słucha,
Patrzy wokoło... nie... nikogo nie ma...
Lecz ledwie nazad zwrócił się oczyma,
Głos, jak wąż raju wcisnął się do ucha.
 — „Giermku! los tobie uśmiecha się wdzięcznie
Wiesz skarb... sprężynę... i jesteś bez świadka,
Wierzaj mi, umieć korzystać, a zręcznie,
To cała życia ludzkiego zagadka.
Lękasz się następstw?... słuszna... nie zna szkody
Kto się przed burzą schroni za pogody.
Złoto ułatwi ucieczkę... za rzeką
Króla Kaźmierza państwa, niedaleko;
Nim na modlitwę zabrzmi dzwon poranka...
„Ależ skarb cudzy?“... „Słuchaj... kto gołębia
Wyzwoli ze szpon chciwego jastrzębia,
Czyż go nie nazwie swem dobrem nabyciem?...
Skarb taki, wprost się uważa — „odkryciem“,
Tak, jak kruszcowej żyły śród pieczary.
Bo czyliż sądzisz, że gdy umrze stary,
Kto jego złota dotknie lub użyje?...
O nie!... w głąb ziemi sknera je zaryje,
Zaklnie, w moc odda nieczystemu wrogu,
A tak, ni ludziom pożytku, ni Bogu.

Lepiej zawczasu skarb uprzątnij sknerze;
By zaś osłodzić gorycz jego doli,
Gdy złotych więźniów wypuścisz z niewoli,
Podrzuć mu kamień, niech go jak smok strzeże.“
„A jeśli umrze?“... „Dasz za jego duszę...
Więcej dlań zrobisz niż on sam dla siebie,
Jeszcze za tobą przyczyni się w niebie,
Że mu czyscowe skróciłeś katusze.
Śmiało skarb zabierz!... O nie... nie na zbytek,
A na najlepszy jak można użytek.
Skarb, że jest znaczny, rozdziel go na poły:
Część, dasz ubogim, opatrzysz kościoły;
A druga... tyle zostanie ci złota,
Że i rycerskie mieć będziesz ostrogi,
I nie dość — pańskie zniżą ci się progi,
Ale i Niebo otworzy swe wrota.
Odważ się tylko!...“
Giermek już nie słucha,
Bo czuł, że to był poszept złego ducha,
Co mu modlitwę psuł i serce kaził.
Ale ze skruchą łzawą i serdeczną,
Błagał na klęczkach tę mądrość przedwieczną,
Którą, przez jednę błędną myśl obraził.

XII.

I modlitwa cicho płynie,
Żal ją z piersi goni szczery;
Tyś ją słyszał Cherubinie,
Tyś ją poniósł w górne sfery

I na świecznik złożył Jego —
Tam, śród cieniów lśni żywota
Jak ta lampa co blask miota
Przed ołtarzem Przedwiecznego.

XIII.

Zegar na wieży pół nocy wybijał...
A dźwięk ostatni, jakby jęk żałoby
Jeszcze się echem śród sklepień odbijał;
Gdy wielki kamień, co przykrywał groby
Zatrząsł się... ruszył... odwalił do góry
I padł, na ciemne posadzki marmury.
Wyskoczył szkielet i zgięty nad grobem,
Innym podawał, rękę wyschłą, białą,
Dźwigał ich na wierzch — tak, że tym sposobem
Dziesięć wymarłych pokoleń powstało.
Tłum, co z trzechwiecznych poruszył się leży,
Złożon — z dam, panów, księży i rycerzy,
Zwiększył się jeszcze orszakiem dość licznym
Piszczków, bębnistów z naczyniem muzycznem.
Muzycy — siedli u bocznej kolumny,
W piszczel spruchniałą dmąc niby w piszczałki,
Na miejscu kotłów mieli wieko trumny,
A mniejsze kości służyły za pałki.
Zgodnemi tony zagrała muzyka
Owe cmentarne, przeraźliwe śpiewki,
Gdzie skrzyp blaszanej z dachu chorągiewki,
Hukanie sowy, kwilenie puszczyka,
Niesforną nutą przypada do miary.
Brzmią... Tanecznicy pobrali się w pary,

Najstarszy lochów podziemnych mieszkaniec,
Dał znak — i długi poprowadził taniec.

XIV.

„Giermku!... czy widzisz?... oh!... końca nie czekaj!...
Tak głos tajemny ostrzegał go z boku,
„Już się ruszają... nie utrzymuj kroku,
Będzie zapóźno... już idą!... uciekaj!
Masz drzwi otwarte... ucieczka nie splami,
Wszakże nie z ludźmi sprawa, a — z trupami.
Tysiące śmierci widziałeś na wojnie,
I mogłeś na nie spoglądać spokojnie
Bo tam śmierć piękna, laurami okryta,
Sen nagły, który w pełni życia chwyta;
Lecz kiedy wyschła, z obliczem obrzydłem,
Groźnym przy tobie zjawi się straszydłem
By się odsłonić i porwać w swą nicość;
I oko w oko patrząc w tę śmierć nagą
Śmiesz dotrwać?... Giermku!... miej nad sobą litość...
To zaślepieniem zwie się, nie odwagą“...
Giermek, głos ducha swojego czy wroga
Mimo się puścił — a choć drżał jak listek,
Potęgą woli zebrał swój duch wszystek
I zlał w gorące westchnienie do Boga.

XV.

Para za parą, ciągnął orszak biały,
A kości światłem błękitnem świeciły,

Muzyka brzmiała, kości w takt trzeszczały,
I wiało stęchłe powietrze mogiły.
Niektóre trupy wlekły z sobą szmaty,
Resztki szat, które zbutwiały i spadły;
Na innych świecił blach niegdyś bogaty,
Dziś, szczątek zbroi, wpół od rdzy przejadły,
Co o kość bijąc, taki odgłos szerzy,
Jak gdy kto młotem w pękły dzwon uderzy.
Ten rej wiódł grobów najstarszy mieszkaniec,
Za nim ochoczo suną pary skoczne;
Orszak zawrócił w galerye poboczne,
I coraz więcej ożywiał się taniec.
Widzieć tam było — umizgi, zaloty,
Nadskakiwania i ściskania ręki;
I jak bez zębe, wpół spruchniałe szczęki,
Jeszcze się w uśmiech krzywiły pieszczoty.
I znowu środkiem taniec śmierci toczy...
Dostrzegli giermka... nie idą — już lecą!...
I z oczu — z dołów kędy były oczy,
Wszystkie nań iskier potokami miecą;
Zewsząd naciera wychudła gromada,
Wyciąga ręce, wznosi groźne pięści,
Zda się, zdruzgoce, rozerwie na części!...
Ale na giermka żaden cios nie pada;
Bo jak z dyamentu zrobiona paiża,
Tak go w krąg świętość okryła pacierza.
Para za parą, odszedł orszak cały,
Mocniejszem światłem kości zaświeciły,
Muzyka brzmiała, kości w takt trzeszczały,
I wszystko nazad weszło do mogiły.

XVI.

I milczenie znów ponure
Gmach zaległo — w cieniów łonie,
Blado, jedna lampka płonie,
A jej promyk lecąc w górę
Krążkiem światła strop pokrywał,
Jak obłoczku śnieżny rąbek,
Lub jak gdyby Duch gołąbek
Nad świątynią ulatywał.

XVII.

Noc była cicha — chmur czarne orszaki
Co wisząc, długo zdały się spoczywać,
Zwolna ruszyły, jak wędrowne ptaki
W daleką drogę. — W przerwach się odkrywać
Zaczęło niebo; wychłonięty z chmury.
Wszedł księżyc pełny na niebios lazury.
Przez długich okien szyby malowane,
W środek świątyni bladem światłem błysnął,
I sieci szklane któremi się wcisnął,
Z ich tłem jaskrawem przerzucał na ścianę,
A słupy światła w kościół zstępujące
Ukośne, ciche, tajemnicze, drżące,
Jasnemi smugi gąszcz cieniów rozdarły.

XVIII.

Nagle — drzwi boczne na wściąż się roztwarły
Drzwi, co łączyły przez krużganki kręte
Książęcy zamek i to miejsce święte.
W nich — staje postać anielskiego wdzięku,

Z rozwianym włosem, lampą w jednem ręku,
I lekkiej szacie, która jak śnieg biała
Drżąc, nad bijącem, wpół rozkrytem łonem,
W powiewnych składach po nodze spływała.
Śliczna!... dlaczegóż z okiem niewzruszonem?..
Giermek się modlił, lecz gdy postać zoczył,
Zgubił nić skruchy i ku drzwiom poskoczył.
„Boże!... to księżna“!... krzyknie z uniesieniem.
Postać, na głos ten, jak ze snu ockniona
Upuszcza lampę — gwałtownym płomieniem
Płyn się rozlany rozbłysnął — a ona,
Blask uraźliwy do oczu rzucony,
Zda się odpycha i z przed siebie zgania,
Jakby ten widok co się jej odsłania,
Chciała słabemi odeprzeć ramiony.
„Gdzież?... ach!... gdzież jestem!... i kto mnie tu woła?...
„Sen-li?... nie!... zda się widzę głąb kościoła
„I ciebie giermku... tak!... to niedospany...
„To sen mój... tylko na chwilę przerwany...
„Znów ciebie widzę o lube widziadło!...
„Nie!... nie!... to nie sen!... oh! nie wierz mej mowie,
„Słowo bez związku z ust moich wypadło...
„Wirem kołują myśli... odmęt w głowie!...“

Światło zagasło — ale blask księżyca
Z długiego okna padając — oświeca
Księżnę — co drżąca, z licem zapłonionem,
Ręką na piersiach, nieład szaty zbiera;

I giermka — który okiem zachwyconem
W rozkryte wdzięków tajniki się wdziera.

„O! teraz widzę... choć oczom nie wierzę!...
„Widzę... poznaję... te mury, te stropy...
„Ciebie mój giermku... Ach! i strach mnie bierze,
„Gdy myślę, jakim sposobem me stopy
„Zaszły w te miejsca?... czarów-li zaklęcia
„Mnie senną z komnat uniosły książęcia?...
„Zbłąkana... w progach kościoła... śród nocy,
„Cóż teraz pocznę?... gdzie wezwę pomocy!...
„Nie śmiem iść naprzód, nie śmiem dotknąć proga,
„By tym nieładem nie obrazić Boga;
„Nie śmiem się wrócić — bo tam straszno... ciemno...
„Zbłądzę w krużgankach, odstąpią mnie siły...
„Strach, aż za serce mnie chwyta... o miły
„Giermku! jeżeli masz litość nademną,
„Podaj mi rękę... z tobą o mój drogi!...
„Cóżem wyrzekła!... strach słowa mi plącze....
„Uchodźmy prędzej z tych miejsc pełnych trwogi;
„Czując przy sobie twe ramię obrończe
„Odetchnę wolniej, bo będziemy razem...

— „Pani! twe słowa, winny być rozkazem
„Wiernemu słudze — lecz, chceszże mej zguby?...
„Jestem na próbie, i wczora wieczorem
„Na święte kości wykonałem śluby,
„Że przez noc całą, pod żadnym pozorem
„Na krok nie wyjdę za kościelne progi.
„Pani! za jedno posunięcie nogi

„Kara i wieczna sromota mnie czeka.“
— „Giermku, miej litość!... droga niedaleka..
„Wrócisz za chwilę... nikt nie będzie wiedziéć...
„Słyszysz!... na zamku brzmi uczta pijana,
„Książę ją zechce przeciągnąć do rana,
„Komuż myśl przyjdzie, winem pełnej czary
„Odstąpić — aby kroki twoje śledzić?...
„O! wiem, że wielkiej, wymagam ofiary,
„O! znam jej wartość... to mi poda zręczność,
„Za twą przysługę okazać ci wdzięczność;
„Bo nie sądź — pocóż będę taić dłużej,
„Choć czas, ni miejsce wyznaniom nie służy,
„Nie sądź — że twoje spojrzenia ogniste
„Padały ciągle na serce skaliste;
„Któż wie — gdy kręte przejdziemy krużganki,
„Czy cię tam uścisk nie czeka kochanki...
„Niedobry!... pocoś wyrwał mi wyznanie,
„Które z mej piersi nie powinno było
„Nigdy wystąpić... które niespodzianie
„Zalękłe serce przez usta zdradziło.
„O! śpiesz, pofolguj memu udręczeniu,
„Gdy cała pomoc w twojem jest ramieniu.
„O! nie... nie zechcesz by cel twej miłości,
„Stał się ofiarą dzikiej nieczułości...
„Patrz jak drży ręka...

I k’niemu miłośnie
Wyciąga dłonie i błaga litośnie
Tą czarnoksięzką pięknych ócz wymową,
Której najczulsze nie zastąpi słowo.

Giermek się zachwiał, bo tyle ponętnych
Blasków rozkoszy w jego myśli padło,
Że w nich odbite, jak tęczy widziadło
Grało urokiem wszystkich farb namiętnych.
Obrazy — których nigdy w swem marzeniu
Odtworzyć nie śmiał — teraz śmiało goni;
Czuje... jak wsparta na jego ramieniu
Oddaje uścisk jego twardej dłoni;
Z jej ustek chwyta najczulsze imiona
Jakiemi miłość przemawia... a ona,
Ta śliczna postać, drży w jego objęciu...
Jeszcze krok jeden — raj, niebo posiędzie...
Krok tylko — z ludzi najszczęśliwszym będzie.
Wtem — niby ciemna przez myśli zasłona
Migła mu pamięć, co winien był księciu;
Pierzchły obrazy... jak gromem rażony,
Już w samym progu stanął niewzruszony.
„Giermku!... co tobie?... co tak martwo stoisz?
„Słaby człowiecze!... i czegóż się boisz?“...
„Pani!“ pierś mając od żalu wezbraną
Ledwie mógł mówić — i zgiąwszy kolano:
— „Pani! przysięgam w tej świątyni Boga,
„Że w sercu mojem nie postała trwoga;
„Doświadcz, niech jutro w szrankach stu rycerzy
„Co najdzielniejszych wystąpi, uderzy
„Na mnie jednego, ja dotrwam im kroku,
„I na sto śmierci chętnie się narażę,
„Za jednę tylko, jednę łzę w twem oku...
„Mogę zapomnieć co powinność każe,
„Zdeptać cześć, sławę i wszystko dla ciebie,

„Mógłbym zapomnieć, że jest Bóg na niebie...
„Lecz czyste życie, niecnym splamić czynem,
„Za łaski — zdradą odpłacić nikczemną
„Temu, co kiedyś przez litość nademną
„Podjął, jak własnym zajmować się synem,
„Do swego serca otworzył mi drogę,
„I ciągle swoją ufnością zaszczyca —
„O pani! ufność to przepaść — granica,
„Której ja nigdy przestąpić nie mogę!“...
„Więc mnie zapomnij... zapomnij na wieki!...
Słychać westchnienia i stłumione łkania,
Postać w głąb’ ganku zwolna się oddala.
Już w cieniu tonie, a ciemność jak fala,
Coraz ją więcej zasuwa, pochłania;
Tylko głos giermka dolata daleki,
A może echo? — „zapomnij na wieki!“

XIX.

Księżyc — w ciemne skrył się chmury,
Gmach — zaległy grube cienie;
Światło spadło w lampę — z której
Wymykają trzy promienie.
Symbol wiary — co dla ziemi
W trzy się z niebios szczepi blaski:
Mądrości — miłości — łaski;
A gdzie ich źródło — nie wiemy.

XX.

U stopni ołtarza, giermek krzyżem leży,
Z duszy mu zdrój płynie gorących pacierzy,
I błaga ze łzami miłosierdzie Pańskie,

By go na pokusy nie dawał szatańskie;
I cicho tak było, jak w grobach zawartych,
I światło nań biło, jak z niebios otwartych,
A w świetle niebiańskiem, w obłoczkach z purpury,
Szły z pieśnią, aniołków uskrzydlone chóry,
Bo głos nie tej ziemi grzmiał z głębi ołtarza;
Echo go w sklepieniach i w duszy powtarza:

Chór.

Kto żądze pokona — pokusy przełamie,
Ten, na bój z żywotem ukrzepił swe ramię,
Ten, choć się namiętność na niego oburzy,
I czoło jej stawi, i oka nie zmruży.

Głos.

Idź — wolen obawy,
Nie cofaj się wstecz;
Wszak tobie do sprawy
W dłoń — składam mój miecz.

Chór.

Kto na strach nie zadrży — kto węża łeb skruszy,
Ten na bój z słabością dał silny hart duszy,
Ten, jako baranek na krwawą ofiarę,
Zdolny się poświęcić za bliźnich, za wiarę.

Głos.

Przyoblecz pokorę
I barki twe zniż,
Bo ciebie wybiorę
Wziąć — i nieść mój krzyż.






Nie kładę tu objaśnień, bo historya o księżnie mazowieckiej, z której wziąłem myśl do niniejszego epizodu, aż nadto dobrze czytelnikom polskim jest znajoma. (Przyp. Aut.)

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Marcus Vulson de la Colombière (zm. 1658) – francuski heraldyk, historyk i poeta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gustaw Zieliński.