Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Dzień ósmy Listopada upłynął na zwyczajnych modlitwach i krzątaniu się w klasztorze; wątpliwości już najmniejszéj nie zostawało, że Szwedzi rzucić nie zechcą Częstochowéj leżącéj im na drodze, i zostawić niezajętą; wiedziano że się o nią pokuszą niechybnie. Od okolicznéj ślachty i przyjaznych sobie panów, xięża co chwila prawie, dopóki drogi jeszcze przecięte nie były, odbierali wiadomości coraz bardziéj zatrważające. Większa część radziła wcale się nie opierać i wytargowawszy tylko całość i bezpieczeństwo świętego miejsca, wpuścić tu szwedzką załogę. Zdawało się bowiem wielu niepodobieństwem, utrzymać w téj małéj twierdzy, gdy stolica i znaczniejsze grody opanowane już były. Z całéj Polski w téj chwili, jeden tylko niewielki kawałek Podgórza, pozostał wolny jeszcze od najazdów; a i tu choć nie było nieprzyjaciela, napaści na dwory, rabunki i rozprzężenie się społecznego porządku, co chwila stawało straszniejszém. Mało było ludzi, co nie wierząc w ostateczną zgubę, mieli jeszcze jakiekolwiek nadzieje i wyglądali spełnienia ich, to od wojsk z pod Wojnicza, to od nowego Chana, to od Elektora Brandeburskiego. Zimniejsi i rachujący po ludzku, ostateczny już przewidywali upadek Polski i jedyny dźwignienia się środek widzieli w Karolu Gustawie, od niego wyglądając oswobodzenia prowincij Buskich i Litwy.
Goniec przybyły do Przeora dniem wprzódy, zwiastował wreszcie, że już Szwedzi ku Częstochowie są w drodze. List przez nieznajomego przyjaciela pisany, dokładnie objaśniał, że Wittemberg najwięcéj podobno dla sréber klasztornych, z których, dla ujęcia sobie wojska polskiego bić chciano monetę na gotowe Kazimierzowskie stępie, polecił zająć Jasną-Górę. Wyznaczony był do tego blizki podobno krewny wodza naczelnego, Jenerał Lejtnant Burchard Miller; lecz że się nie spodziewano wcale, iżby mnisi pomyśleli nawet o oporze, wyprawiono przodem z Wielunia część oddziału z Janem hrabią Wejhardem Wrzeszczewic, Czechem z rodu, katolikiem, i Sewerynem z Kali Kalińskim starostą Bracławskim półkownikiem polskim. Ci mieli, jako katolicy, łatwiejszy przystęp otrzymać do twierdzy i Szwedom utorować drogę.
Wejhard prowadził z sobą około dwóch tysięcy ludzi i kilka małych działek polowych, które po jesiennych rozbłoconych drogach z trudnością się wlokły.
Z klasztoru Wieluńskiego z wieścią o wystąpieniu jego w pole wysłany mieszczanin, stanął w Częstochowie, dzikie plotąc rzeczy i postrach niosąc z sobą; ale mu tu długo gościć i popłoch rozsiewać między załogą nie dano. Przeor zresztą, Zamojski i Czarniecki, gotowi byli na wszystko, prócz poddania się.
Naczelnik tego piérwszego oddziału szwedzkiego hrabia Wejhard był, jakeśmy się już dowiedzieli, katolikiem; znali go zakonnicy z dawniejszéj jego pielgrzymki na miejsce święte i darów uczynionych świętemu obrazowi; ale teraz inny to wcale był człowiek.
Wejhard był awanturnikiem i długo losu szukał po świecie, nim go sobie u Szwedów znalazł; wódz-najemnik, jakich wielu w XVII wieku wałęsało się po europejskich dworach, z trochą talentu wojskowego, a wielkiém rozumieniem o sobie, nadęty pochodzeniem o którém wysoko trzymał, przebiegł był wprzódy mnogie krainy, ofiarując swe posługi nadaremnie nie jednemu z monarchów. Był to człowiek miłéj powierzchowności, postawy pięknéj, wychowany starannie, i z rzemiosła swego wielojęzyczny, bo tułając się po świecie nauczył się po łacinie, po niemiecku, po włosku, (po czesku mówił z dzieciństwa), po polsku nawet umiał trochę, lecz tym językiem nie mówił, wzgardę dla niego okazując. W obejściu wielki pan, ujmujący i słodki, lub wzgardliwie dumny, za drzwiami łatwo szydził z tych, którym się kłaniał przed chwilą i grzeczności sypał; i na słowo jego w najmniejszéj rzeczy polegać nie było można. Wiara jego jak język, jak wszystko co wdziewał na siebie, tylko dla okoliczności, była mu środkiem, była płaszczem, nigdy przekonaniem i prawem. Jakiś czas bawiąc w Polsce, bo dzierżawił Wieliskie kopalnie w nadziei wielkich zysków, które go tu ominęły, okazywał się zrazu przyjacielem Polaków i gorliwym katolikiem dla przypodobania im. Nikt też wówczas w większéj nie żył przyjaźni z mnichami nad niego, nikt głośniéj czołem nie uderzał przed Częstochowską Najświętszą Panną. Choć z rzemiosła żołnierz, lepszym był jednak dworakiem i dyplomatą i dla tego przodem go wysłano, spodziewając się, że łatwo dawniéj znajomych mnichów skłoni do poddania się, malując im wymownie a zręcznie potęgę szwedzką i strasząc zniszczeniem, a z drugiéj strony złote obiecując góry.
Goszcząc w Polsce lat kilka, gdy nic tu otrzymać dla siebie nie potrafił, w spekulacjach się zawiódł, a podobno na farbowanych jego lisach, choć dobrze je ubarwił, poznano się; rzucił się był szukać szczęścia u Rakuskiego dworu. Tu, w ognisku ciągłych praktyk przeciwko Polsce, chciał być użytecznym, ale mu widać niedowierzano, bo niedługo popasał, a widząc że nic nie zyska, rzucił się do Konstantynopola. Wielu tak naówczas francuzkich i niemieckich błędnych rycerzy, noszących miecz i głowę do najęcia, kręciło się, a z rozpaczy wreszcie rzucało się do Turka na nauczycieli niewiernych przeciwko własnéj braci. Hrabia poszedł ich drogą, ale i tu mu się nie lepiéj poszczęściło, zajechawszy szumno i głośno, obiecując wiele ze swéj znajomości kraju polskiego, na który rad był prowadzić wojska sułtańskie, gdy rozpatrzył się, iż go wielki wezyr niechętnie słucha i ni tém ni owém zbywa, a o łamaniu traktatów wcale nie myślą i gdy sprzedać się nie potrafił, bo mu nawet zbisurmanienia nie projektowano; zakręcił się i nazad powrócił. Zajątrzony przeciwko Polsce, w któréj był gościnnie i ludzko ale z niejaką nieufnością i ostróżnością przyjęty; pojechał nazad do Austryi, a zasłyszawszy o nowym królu szwedzkim i abdykacyi Krystyny, rzucił się tam dmuchać wojnę. Można sobie wyobrazić jak go tu mile przyjęto, gdy się zetknął z zaciętym panem podkanclerzym; poznali się, zrozumieli, ocenili i pojęli zaraz jak jeden drugiemu użytecznym być może. Wejhard już doświadczony potakiwał niezmordowanie Radziejowskiemu, Radziejowski wynosił pod niebiosa Wejharda, a Karol Gustaw wychodząc na Polskę wziął go z sobą i dał mu nad jednym oddziałem dowództwo.
„Umysł żywy, ładna wymowa, dworski polor, ochotne przyjaźni zawieranie, zręczność wprowadzeniu powierzonych mu spraw, a nadewszystko niechęć i wzgarda ku Polsce (piszą współcześni) nieprzyjaźń dla domu Austriackiego, zjednały mu łaski, znaczenie i wziętość.“
Towarzysz jego Seweryn z Kali Kaliński starosta Bracławski, podpanek dumny, napuszony a goły, z bojaźni gotów nie tylko Szwedowi, ale Turkowi służyć; dla wzniesienia się, powiększenia swojego znaczenia lub zbogacenia, nie liczący ofiar, wielki niby bicz na wady narodowe i deklamator przeciwko zepsuciu, którego był najohydniéj zgniłym owocem; plwający nieustannie na gniazdo swoje i karcący wszystkich surowo, choć sam najnikczemniéj postępował; z nieprzyjacielem, dla jednéj bojaźni i chciwości się wiążąc; gorliwy stronnik Szwedów dla tego, że Szwedzi byli silniejsi, dziś poddany Kazimierza, jutro Karola Gustawa, pozajutro może zwolennik chętny Rakuskiego domu, niewiem czyją, może samego szatana utrzymywałby stronę, gdyby się bardzo zląkł lub wiele na tém zarobił; byle się podłością wykupić od strachu, lub wyżebrać datek i tytulik. Nic go nie kosztowały zmiany barwy, ale w téj chwili był to gorący, namiętny, zapamiętały aż do szału, wymówny i natchniony przyjaciel Radziejowskiego, któremu wespół z Wejhardem pochlebiał. Że wiele mówił, głosno krzyczał, napadał gwałtownie i miał dla słabych postać groźną i zastraszającą; że kłamał łatwo, że mu słowa nie zabrakło nigdy, ani o przysięgę było trudno; że wreście wiedziano dobrze iż niepytając przekonania zrobi co mu każą, obrano go za towarzysza Wejhardowi. Hrabia miał kierować, Kaliński posłuszny kierunkowi krzyczeć i przekonywać; ten był głową, ów ustami; reszty, groźny zastęp, huk, hałas i harmider miał dokonać.
Wychodząc z Wielunia tak się Szwedzi rozrachowali, nie sądząc żeby o nich w Częstochowie wiedziano, aby w nocy stanąć pod murami, natrzeć, huknąć, nastraszyć, niedać się opamiętać, z jednéj strony zagrozić ogromnie, z drugiéj wiele przyrzekać, wsunąć się do Jasnéj-Góry w płaszczu przyjaciół, katolików i wrota jéj otworzyć Millerowi. Naówczas, owi katolicy mieli się z niedotrzymania paktów wymawiać, zwalając wszystko na protestanta, i ubolewając żarliwie nad niespodzianym wypadkiem, powoli wysunąć.
Ale zawiodły ich fałszywe rachuby, bo siódmego Listopada, już xiądz Kordecki dokładną miał wiadomość, nietylko siły jaka wyszła z Wielunia, wodzów i ich zamiarów, ale nawet godziny mniéj więcéj o któréj przyjść mogą; wiedział o całém ich ciągnieniu po nad granicą Szląską, o stanowisku w Krzepicach, o przybyciu do Kłobucka.
Pozornie spał klasztor, światła były pogaszone, na jednéj tylko wysokiéj wieżycy płonął kaganiec jak gwiazdka wieczorna na niebie pochmurném. Ciemności ogarniały górę, twierdzę i miasto, nigdzie głosu ludzkiego, żadnych na pozór przygotowań, ani człowieka na mutrach, ani do koła straży, rzekłbyś że mnisi ani się spodziewali odwiedzin.
Ale wewnątrz wszystko co żyło na nogach; xiądz Przeor modlił się w swojéj celi, Zamojski szykował lud u bramy na którą szczególną zwrócono baczność, Czarniecki obchodził mury z maleńką latarką zaglądając wszędzie, rozpatrując wszystko; zakazano głośno odzywać się z hasłem, chodzić z ogniem i mówić nawet donośniéj. Ślachta schroniona w klasztorze, któréj jeszcze niepotrzebowano, o niczém niewiedziała.
Gęsty mrok przykrywał okolicę całą, cisza przerywana tylko wichrem jesiennym rozlegała się szeroko po dolinach i wzgórzach; z klasztoru ani dźwięku, ani głosu, ale przysłuchawszy się bacznie, podszedłszy bliżéj, dochodziły ucha to chrzęsty zbroi, to stąpania okutych w żelazo żołnierzy, to brzęk stłumiony podejmowanéj broni. Na drodze od Kłobucka wiodącéj, powolnie po rozlazłém a gęstém błocie, sunął się oddział żołnierza szwedzkiego z piechoty i jazdy złożony, wiodąc za sobą pracowicie co chwila grząznące działa; na czele jego jechali Wejhard i Kaliński: pierwszy wesół i szyderski, bo pewien powodzenia i sławy, drugi zbyt wielki dworak i wprawny pochlebnik by mu gorliwie humorem nawet potakiwać nie miał.
Przed niemi na jaśniejszém nieco niebie, widać było już czerniejącą górę i wysoko wspiętą wieżycę na któréj błyskało światełko; klasztor i mury pogrążone były w ciemności, ognie w nich zdawały pogaszone, brama rzucona bez straży, żywéj duszy w okolicy,
— Patrz-no panie pułkowniku, odezwał się Wejhard śmiejąc i zacierając ręce, dziś jeszcze przenocujemy w Częstochowie i napijemy się starego miodku xięży Paulinów i nigdzie niewidać żadnego przygotowania, tém lepiéj! Podejdziemy w cichości, potém nagle wpadniemy z wrzaskiem i krzykiem, opanujemy bramę i twierdza nasza!
— Niechybnie! dodał Kaliński, śmieliżby się upierać mnisi zwycięzkim po całéj Polsce wojskom Karola Gustawa? To być nie może, chybaby poszaleli. Święty Boże niepomoże, muszą się poddać i nas wpuścić.
— A klasztor bogaty, rzekł Wrzeszczewic, widziałem go w środku, żyją w nim sobie jak panowie, jak opaci, spaśli, brzuchy ogromne, twarze rumiane, opływają w dostatki. Wittemberg pożywi się niemało — dodał ciszéj — ale na to wojna! a Panu Bogu złoto i srebro niepotrzebne.
— Tak! dodał Kaliński pokaszlując, jest to zapewne ofiara, ale ją Polska uczyni chętnie dla swego zbawcy Karola Gustawa; w nim jedna nadzieja nasza.
— Wielki król! wielki wojownik! ale tsyt! cicho! oto się zbliżamy! baczność, zaraz zagra w uszy zakonnikom muzyka nasza i przebudzi ich larum. I wezwawszy młodego oficera, wydał mu rozkazy śmiejąc się w najlepszym humorze. Zbliżali się pod mury szukając bramy, chciano bowiem zrazu natrzeć na nią, w téj pewności że wrota nie zaparte, może i wcale nie strzeżone, zastaną. Myśl przerażenia mnichów, wyobrażenie popłochu jaki uczyni, uniżeń z jakiemi przyjmować będą zwyciężcę, może podarków któremi uczcić go będą musieli; rozpromieniała twarz Wejharda który w téj wojnie nic jeszcze sam przez się dokonać niemógł. Byłby to pierwszy jego tryumf; rachował nań jakby go miał w kieszeni i nie czując ani wilgotnego deszczu który kropił, ani chłodu którym wicher twarz mu chłostał, pośpieszał niecierpliwy ku twierdzy, zacinając konia chrapiącego i spinającego się niechętnie ku górze.
— Cha! cha! sucho śmiejąc się rzekł zwrócony do nieodstępnego Kalińskiego, co za niespodzianka mnichów spotka.
W téj chwili zbliżali się do pierwszych wrot i mostu, i nagle wśród ciszy głębokiéj, wśród uroczystego nocy milczenia, jak piorun rozległ się wrzask trąb, huk kotłów, okrzyk żołdactwa, wystrzały; jazda skoczyła szybko przodem do mostu, most był zwiedziony, brama zawarta.
Wejhard uśmiechał się jeszcze kręcąc wąsa, Kaliński milczał.
— Bramy zaparte! przybiegł oznajmić starszy od jazdy.
— Jakto? a zwód?
— Podniesiony.
— A straż jest?
— Żadnéj dotąd nie widać.
Tymczasem wrzaski, huk i wystrzały na wiatr coraz silniéj wzmagały i zdawały wstrząsać milczącym klasztorem; Wejhard spinał konia ostrogami chcąc wybiedz naprzód; gdy spłoszony wierzchowiec uskoczył w bok nagle sapiąc i stulając uszy — jakaś postać wysoka, chuda, dziwna jak zjawisko z pod kopyt prawie końskich, dźwignęła się i podniosła.
— Co to jest? kto tam? kto stój! stój! zawołali bliżsi żołnierze.
— Stój lub śmierć! jeden z nich śmielszy zbliżył się i chwycił widmo, dobywano już ognia, aby mu się z blizka przypatrzeć.
Rozpalona latarka, gdy ją podniesiono do góry, ukazała wychudłą żebraczkę, która trzymając się za boki, śmiała się do rozpuku.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! rzekła z ukłonem; a! jakże się mają jaśnie wielmożni panowie! szkoda! późno już na nabożeństwo, furta zamknięta, kościół także! poznaję jaśnie wielmożnych panów! jak Boga kocham, poznaję! oto pan Hetman, a to, pan Chorąży. Z kądże to Pan Bóg prowadzi? złe drogi! złe drogi, deszcz leje, a w dodatku i wrota zaparte. Ale to nic, zaraz każemy otworzyć i prosiemy do środka....
To mówiąc chciała uskoczyć, ale ją żołnierz w garści trzymał.
— Stój! wołał Kaliński, stój babo! mów! lub zginiesz, co się dzieje w klasztorze?
— A! zdrów xiądz Przeor? — zdrów chwała Bogu i x. Ignacy i Ojciec Benedykt i xiądz Marceli, wszyscy zdrowi. Matka Boska króluje, anieli śpiewają, Ś. Paweł po murach chodzi....
— To warjatka, od niéj się niczego nie dowiemy! zawołał Kaliński, puśćcie ją.
— Strzelać i trąbić! komenderował Wejhard, żywa dusza się nie ukazuje, walić do bramy. jużciż się ktokolwiek odezwać musi i żywo!
Ale nierychło, odsunięto okienko nad furtą, błysło światełko i Wejhard kazał zaraz strzelania na wiatr poprzestać; gdy głos od bramy spytał:
— W Imie Boże, cóż to jest za wrzawa i napaść nocna?
— A przecież głos ludzki! Kaliński rozmów się z niemi. Półkownik popędził ku brzegowi mostu zwodzonego.
— Powiedzcie, rzekł donośnie do furtjana, że oddział wojsk króla Jmości szwedzkiego Karola Gustawa, domaga się aby mu niezwłócznie wrota otworzone zostały.
— Kto dowodzi oddziałem — spytano od bramy.
— Jan hrabia Wejhard.
Światło znikło, głos umilkł, a dowódzcy dobry kawał czasu stali na deszczu, nim się znowu do nich odezwano.
— Częstochowa nie uznaje innéj władzy i króla nad najjaśniejszego Jana Kazimierza, o Karolu Gustawie nie wie jakimby prawem mógł żądać posłuszeństwa, i załogi jego nie potrzebuje.
Wejhard usłyszawszy to, im pewniejszy był skutku, tem się ogromniej gniewem zapalił.
— A trutnie! krzyknął po niemiecku, jeśli nie chcecie bym was z ogniem puścił, zaraz mi bramy otwierać!
— Bram nie otworzym! — odpowiedziano krótko.
— Proszę wpuścić posła do klasztoru! odezwał się Kaliński i obracając do Wejharda szepnął:
— Wszystko to nic, pójdę sam i zaraz te rzeczy ułatwię.
— Dobrze, a prędko, półkowniku, bo deszcz moczy i późno się robi! — odparł Czech obwijając się płaszczem.
W chwilę potém po rzuconéj mu kładce Kaliński musiał nie bez strachu przebywszy fossę, wązką furtą dostawać się do wnętrza bramy. Tu zupełną zastał ciemność i natychmiast, mimo protestacyi zawiązano mu oczy, wzięto go pod ręce, i szybkim krokiem prowadzono daléj przez bramy i podwórce, potém w gmachy jakieś, gdzie nareszcie odsłoniono mu twarz i ujrzał się w celi klasztornéj oświeconéj rzęsisto, w obec kilku mnichów stojących i patrzących nań w milczeniu. Kordecki poważny, zamyślony, surowy stał na czele.
Kaliński uczuł się nieco wzruszonym, ale prędko zuchwałą mowę odzyskał, potoczył okiem po starcach bezsilnych, zdało mu się że widzi na ich twarzach przelęknienie i głośno, rzucając wzrok groźny z pod brwi zmarszczonéj, zawołał.
— Czemu nie otwieracie bramy?
— Komuż to, i z czyjego rozkazu? spytał bardzo powolnie przeor.
— Przyszliśmy z hrabią Wejhardem zająć Częstochowę w imieniu J. K. M. Karola Gustawa.
— My Karola Gustawa nieznamy! odparł Kordecki przebierając różaniec.
— Cóż to za mowa! wiecie na co się narażacie takiém zuchwalstwem, ciągnął daléj Starosta Bracławski, kraj cały poddał się już Szwedom; Warszawa wzięta, miasta opanowane; jeśli najmniejszą rzeczą sprzeciwicie się tam, cztéry tysiące żołnierza skoczy na mury, was, kościoł, klasztór i majętności klasztorne z dymem puści.
Wola Boża! odparł niewzruszony wcale Kordecki z westchnieniem, i wpatrując się pilno w twarz Starosty, dodał: — Panie Starosto Bracławski, wam że to, katolikowi, Polakowi, na święte miejsce, na przybytek Matki Boskiéj w nocy jak nieprzyjacielowi, napadać, słabym a bezbronnym grozić mnichom, poczynać wrzawę i pożarem straszyć? wam-że to, co byście bronić nas powinni, stawać z orężem przeciwko matce własnéj!
Twarz, Kalińskiego na przelotną chwilę oblała się płomieniem wstydu, ale ten srom, dodał mu tylko zuchwalstwa, gdy do siebie przyszedł.
— Właśnie, rzekł dumnie, że ja i hrabia Wejhard jesteśmy katolicy, że czcimy ten obraz i chcemy miejscu świętemu zapewnić bezpieczeństwo, pospieszyliśmy przodem, by je przed protestantami zająć, i jeśli nie usłuchacie zdrowéj rady, gotowiśmy nawet użyć siły. Mamy z sobą cztéry tysiące ludzi, napróżnobyście myśleli nawet się opiérać, sroższą tylko kieskę gotując sobie. Tu niéma co myśleć, dodał, poddać się natychmiast i wrota otworzyć.
Xiadz Kordecki boleśnie się na to uśmiéchnął.
— Panie Starosto, rzekł, niewiem czy z wielkiego nabożeństwa tak hałaśnie i wrzawliwie napadliście ołtarz Matki Boskiéj i jéj sługi, ale to pewna, że choćby dla okazania, iż u stóp Jéj nikogo się nie lękamy, wrót nie otworzym...
— Musicie! zawołał Kaliński uderzając nogą w podłogę, ręką w stół — musicie, lub...
— Gdy będziemy musieli, uczynim to, odpowiedział Przeor powolnie, ale dotąd nie widzim się jeszcze zmuszeni.
— Chcecie więc pożaru? chcecie zniszczenia? chcecie krwi przelewu? Gdy żołnierz szwedzki siłą się tu dostanie, ja za nic nie ręczę.
Bóg nas ochroni.
— Cóż to! myślicie sami jedni, trzymać się jeszcze wygnańca?
Niechcąc na to odpowiedzieć Kordecki, odparł tylko:
— Nie chcemy wcale wojny; Bogu służymy i wiedzieć nawet o niéj nie pragniem, nie zaczepiamy nikogo, zostawcie nas w pokoju.
— Dla waszego dobra, potrzebna jest załoga, tu chodzi o Obraz święty, o miejsce święte!
— Osobliwsza zaiste gorliwość wasza! cicho westchnął Przeor.
— Przyjdą, kończył zapalczywie Kaliński, przyjdą niekatolicy, Szwedzi, hałastra zbierana z całego świata, prusacy, kalwini, lutrzy i zniszczą was ze szczętem. My was tylko ocalić chcemy.
— Dziękujemy pokornie za tę gorliwość! w łasce Bożéj ufanie nasze, Bóg nas nieopuści! Zniecierpliwiony Starosta, odwrócił się żywo:
— A więc! rzekł — chcecie wojny, chcecie ruin, będziecie je mieli.
— Niechcemy! nie! pokornie zawsze rzekł Kordecki, nie nasza to rzecz wcale, odłóżcie przynajmniéj traktowanie do jutra, dziś noc, godzina północnego choru się zbliża, czas modlitwy, rano stosowniéj będzie o tém pomówić.
Groźnie spójrzał pan Starosta i szydersko się uśmiechnął, pewien już będąc, że klasztor ma w ręku.
— Ha! dobrze, dajemy wam frysztu do jutra! zawołał, nie rospoczniemy kroków wojennych, ale jutro się spieszcie, bo hrabia Wejhard długo czekać nie będzie. Jakkolwiek wielką mam nad nim przewagę, wstrzymać go nie potrafię. Jeśli nieusłuchacie mnie, i wy, i z wami ci co tu są, i majętności klasztorne przepadną — Pamiętajcie!
To mówiąc odwrócił się do wyjścia, gdy przeor poprosił go na posiłek wieczorny, ale Starosta odmówił i szybko, zajęty cały tém, jak przed Wejhardem ufarbuje odłożone do jutra traktowanie, wyszedł za drzwi.
Gdy powracającego postrzegł Hrabia, zniespokojony oczekiwaniem i miotający się na koniu, zdaleka zaraz zawołał.
— A co półkowniku, otwierają bramy?
— Zaraz, zaraz, opowiem wszystko, szukając słów jak najtrafniejszych, rzekł Kaliński: — Mnisi mocno przelęknieni proszą się do jutra, błagają by im tę noc darować, a potém przystąpią do traktowania. Niesposób było nalegać.... chociaż...
Wejhard z przekleństwem dobitném zawrócił konia i rzucił rozkaz szukania miejsca do noclegu; wojsko powolnie pociągnęło się ku kościołkowi Ś. Barbary i gmachom nowicjatu pod górą.
Kaliński gadał wiele, tłómaczył się, opisywał, drwił, ale Wejharda chmurnego rozruszać nie potrafił; Czech pochmurny jak noc, mrucząc cóś pod nosem, jechał na obrane stanowisko.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.