Mała księżniczka/Rozdział trzynasty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Mała księżniczka
Wydawca Księgarnia Gustawa Szylinga
Data wyd. 1931
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. A Little Princess
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ TRZYNASTY.
„JEDNA Z SZAREGO TŁUMU“.


Ciężka była zima. Bywały dnie, w których Sara brnęła po kostki w śniegu, idąc na zakupy. Bywały i gorsze dni, gdy nadchodziła odwilż, tworząc kałuże błota. Bywały i takie dni, gdy mgła była tak gęsta, że latarnie uliczne paliły się przez dzień cały, a Londyn wyglądał, jak w ową porę popołudniową przed kilkoma laty, kiedy Sara wsparta na ramieniu ojca jechała dorożką przez główne ulice miasta. W takie dnie okna domu Dużej Rodziny błyszczały przytulnie i nęcąco, a gabinet „pana z Indyj“ jarzył się ciepłem i bogactwem kolorów. Na poddaszu jednak było smutno nad wyraz. Nie widywało się już ani wschodów ani zachodów słońca, a nader rzadko pojawiały się gwiazdy. Ponad oknem nisko zwisały chmury, a były bądź szare, bądź brudno-rdzawe, bądź nabrzmiałe ciężką ulewą. O godzinie czwartej popołudniu, choćby nawet mgły nie było, ściemniało się zupełnie, to też Sara musiała zapalać świecę, ilekroć udawała się na poddasze. Służące w kuchni pomarkotniały i stały się jeszcze bardziej złośliwe. Biedną Becky pędzono wciąż to tu, to tam, jak niewolnicę.
— Kiejby nie panienka, nie ta Bastylijo i nie to, ze jezdem niby ten więzień w drugiej celi, tobym już dawno pomarła, — zwierzała się Sarze głosem zachrypłym, wślizgnąwszy się w jeden wieczór do jej pokoju. — Bo może to wsyćko nie wygląda, jak prowdziwe? Naso pani to z kozdym dniem staje sie podobniejso do dozorcego więzienia... nawet mo takie kluce, o jakich panienka opowiadała. Kucharka to tyz wygląda, kiejby taki klucnik... ale mniejsy, co to słucho rozkazów. A niechże mi tez panienka z łaski swej opowie jesce cejnieco o tym podziemnym lochu, cośmy se go wykopały pod ścianą.
— Opowiem ci o czemś cieplejszem — odpowiedziała Sara, trzęsąc się z zimna. — Przynieś tu swój koc i owiń się nim porządnie; ja się owinę swoim i przytulimy się mocno do siebie na łóżku, a ja ci opowiem o lesie podzwrotnikowym, gdzie przebywała niegdyś małpka naszego sąsiada. Ilekroć ją widzę, jak siedzi na stole pod oknem i spogląda tak smutno na ulicę, zawsze jestem przekonana, że ona rozmyśla o swych lasach podzwrotnikowych, gdzie zawieszała się ogonkiem na gałęziach palm i zrywała orzechy kokosowe. Ciekawa jestem, kto ją schwytał i czy ona zostawiła rodzinę, która była na jej utrzymaniu?...
— Prawda, że to cieplejso historyja — rzekła Becky z wdzięcznością, — ale nawet i ta Bastylijo jakosik mnie tak rozgrzywo, kiej mi panienka o niej opowieda.
— A to dlatego, że wtedy myślisz o czem innem, a nie o tem, co się koło ciebie dzieje — odpowiedziała Sara, owijając się kocem tak szczelnie, że ledwo twarz jej widać było. — Gdy ciału coś dolega, wtedy najlepiej myśleć o innej zgoła rzeczy.
— A panienka to potrafi? — spytała Becky z podziwem.
Sara zmarszczyła brew na chwilę.
— Czasem potrafię, czasem nie... Ale dużo tu znaczy praktyka. Ja już wypraktykowałam to od dość dawna. Gdy jest mi bardzo, bardzo ciężko... to wmawiam w siebie, że jestem księżniczką. Powtarzam sobie wtedy: „Jestem księżniczką... i to księżniczką zaklętą... więc nikt nie zdoła mnie skrzywdzić ani nawet urazić”.
Sposobność do tego, by „myśleć o czem innem”, zdarzała się Sarze często, a nie brakło też sposobności do tego, by mogła stwierdzić, czy jest naprawdę księżniczką. Ale jedna z najcięższych prób, na jakie kiedykolwiek była wystawiona, nadeszła pewnego strasznego dnia, którego Sara nie miała zapomnieć do końca życia.,
Od kilku dni lało bez przerwy. Ulice były wilgotne, błotniste, śliskie, przysłonięte mgłą zimną a posępną. Wszędzie było błoto — kleiste, grząskie błotko londyńskie — a przed tem błotem zwieszały się płachty mgły i mżystego deszczu. Oczywiście w takie dni bywało wiele spraw do załatwienia, często w odległych punktach miasta; na takie dalekie i uciążliwe wyprawy posyłano Sarę nawet kilka razy dziennie, to też zdarzało się, że jej kusa i znoszona już odzież przemokła do suchej nitki. Stare, niemodne i wystrzępione pióra na jej zszarganym kapelusiku wystrzępiły się jeszcze bardziej i nabrały wprost pociesznego wyglądu, a jej wydeptane buciki tak nasiąkły wodą, że więcej już jej chyba pomieścić nie mogły. Na dobitkę Sara w tym dniu nie dostała obiadu, gdyż miss Minchin uznała za stosowne za coś ją ukarać. Była więc tak głodna, zziębnięta i zmęczona, że znękana jej twarzyczka nieraz ściągała na siebie litościwe spojrzenia przechodniów. Ona jednak nie dbała o to. Szła z pośpiechem, starając się myśleć o czemś innem. Tym razem jednak trudno jej to przychodziło... a niekiedy nawet przynosiło skutek wręcz przeciwny, niż było w jej zamierzeniu: zamiast zapomnieć o głodzie i zimnie, odczuwała je w większym jeszcze stopniu. Jednakowoż szła wytrwale, i gdy brudna woda wlewała się w jej dziurawe buciki, a wiatr nieomal zdzierał chudy żakiecik z jej ramion, ona tak gwarzyła z sobą — nie wydając głosu, a nawet nie ruszając wargami:
— Wyobraźmy sobie, że mam na sobie suche odzienie, całe buciki, długi, gruby płaszcz i wełniane pończochy, a w rękach trzymam porządną parasolkę. I przypuśćmy... przypuśćmy, że przechodząc koło piekarni, gdzie sprzedają ciepłe ciastka... znajdę sześć pensów... które nie należą do nikogo... Przypuśćmy, że tak się stanie... Poszłabym do sklepu i kupiłabym sześć ciepłych ciastek i zjadłabym je na poczekaniu...
Niekiedy dzieją się dziwne rzeczy na tym świecie. Rzecz taka zdarzyła się Sarze.
Właśnie, gdy powtarzała słowa powyższe, wypadło jej przechodzić przez ulicę. Błoto było okropne, — tak, iż niemal brnąć w niem musiała. Wprawdzie starała się iść jak najostrożniej, jednakże suchą nogą przejść nie potrafiła. Szukając przejścia, musiała wciąż patrzeć pod nogi, a gdy tak patrzyła — właśnie w chwili dojścia do chodnika — dostrzegła jakiś błyszczący przedmiot, leżący w rynsztoku. Była to drobna moneta srebrna — zdeptana wprawdzie niejedną stopą, mimo to mająca w sobie jeszcze tyle blasku, że można było ją dostrzec. Nie była to wprawdzie sztuka sześciopensowa, ale najbliższa jej swą wartością — bo czteropensowa.
Za chwilę pieniążek spoczywał już w skostniałej, czerwonej rączce Sary.
— A więc to prawda! to prawda! — szepnęła uradowana dziewczynka, poczem spojrzała na sklep, znajdujący się tuż przed nią.
I czy mi uwierzycie? Była to właśnie piekarnia, a w oknie wystawowem widać było pogodną, dostojną, po matczynemu dobrotliwą kobietę o różowych policzkach, która ustawiała tackę pełną rozkosznych, świeżo upieczonych ciastek — wielkich, pękatych, błyszczących, nadziewanych rodzynkami!
Sarze aż słabo zrobiło się przez chwilę — tak na nią podziałało nagłe zdumienie, widok ciastek oraz rozkoszny zapach ciepłego chleba, płynący z suteren piekarni.
Wiedziała, że nie potrzebuje się wahać, co zrobi ze znalezionym pieniądzem. Przeleżał się on niewątpliwie przez czas dłuższy w błocie, a właściciel jego zatracił się zupełnie w tłumie przechodniów, tłoczących się ulicą przez dzień cały.
— Jednakże pójdę do właścicielki sklepu i zapytam ją, czy czego nie zgubiła — rzekła do siebie, prawda, że głosem niezbyt mocnym. Przeszła więc przez chodnik i stanęła na stopniu wiodącym do sklepu. W tejże chwili ujrzała jednak coś takiego, co ją powstrzymało.
Była to mała istotka, obdarta i zaniedbana jeszcze bardziej od niej samej — istny kłębek łachmanów, z pod którego wyzierały drobne, bose, zsiniałe i zbłocone nożyny, niezdolne już ukryć się pod odzieżą. Z ponad łachmanów wystawała strzecha rozczochranych włosów oraz umorusana twarzyczka o dużych, wpadniętych, wygłodniałych oczach. Sara odrazu poznała, iż dziewczynka jest głodna, i poczuła dla niej wielkie współczucie.
— Oto jedna z istot szarego tłumu — rzekła do siebie z westchnieniem, — ona jest głodniejsza ode mnie.
Dziewczynka — „jedna z szarego tłumu“ — wlepiła oczy w Sarę i usunęła się nieco wbok, by dać jej przejście. Nawykła była usuwać się wszystkim; wiedziała, że gdyby ją ujrzał policjant, kazałby jej natychmiast stąd się wynosić. Sara ścisnęła w ręce pieniążek i zawahała się na chwilę, poczem zapytała dziewczynkę:
— Czy jesteś głodna?
Dziewczynka posunęła się jeszcze nieco wbok.
— Cym nie jest głodno? — odpowiedziała głosem ochrypniętym. — Albom to nie jest głodno?
— Czy nie jadłaś obiadu? — dopytywała się Sara.
— Obiadu?... a dyć nie jadłam — odpowiedziała dziewczynka, posuwając się jeszcze dalej. — Ani śniadanio nie jadłam... ani wcora kolacyi... Nic-zem nie jadła...
— Jak dawno? — zapytała Sara.
— Albo to wim? Dzisio nic mi nie dali... nikaj... Choć-zem prosiła i prosiła.
Sam jej widok przypomniał Sarze o własnym głodzie. Jednakże w głowie znów jej zaświtały zwykłe rojenia.
— Jeżeli jestem księżniczką — mówiła do siebie, — to powinnam pamiętać, że księżniczki... gdy cierpiały biedę i były pozbawione tronu... zawsze dzieliły się kęsem chleba z każdym człowiekiem biedniejszym od nich i bardziej głodnym. Ciastka są po pensie sztuka. Gdybym znalazła sześć pensów, mogłabym zjeść sześć ciastek... Nie wystarczyłoby dla żadnej z nas dwóch... ale lepsze coś niż nic.
— Zaczekaj chwilkę — odezwała się do małej żebraczki, poczem weszła do sklepu. Ciepło tu było i zewsząd płynęły rozkoszne zapachy. Sklepikarka właśnie zamierzała położyć nową porcję ciastek na oknie wystawy.
— Proszę pani — rzekła Sara, — czy to pani zgubiła ten pieniądz... srebrne cztery pensy?
Kobieta spojrzała najpierw na pieniądz, a następnie na przybyłą — dziwiąc się jej rozumnej twarzyczce i zniszczonej, choć widocznie niegdyś wytwornej odzieży.
— Nie, nie, moja poczciwoto! — odpowiedziała. — Czyś ty je znalazła?
— Tak jest, — rzekła Sara. — Znalazłam w rynsztoku.
— Zatrzymaj więc sobie ten pieniążek, moje dziecię — rzekła sklepikarka. — On tam leżał może i cały tydzień, a Bóg tylko jeden wie, czyja to zguba. Ty tego napewno nie wykryjesz; szkoda zachodu!
— Tak i mnie się zdawało — odpowiedziała Sara, — myślałam jednak, że wypada panią zapytać.
— Niekażdyby to zrobił — zauważyła kobieta, spoglądając na nią wzrokiem dobrotliwym, a jednocześnie zaciekawionym i jakby zażenowanym. — A możebyś chciała coś kupić? — dodała, widząc, jak Sara spogląda na pieczywo.
— Cztery ciastka drożdżowe, proszę pani, — od powiedziała Sara. — Takie po pensie sztuka.
Kobieta podeszła do okna i włożyła kilka ciastek do papierowej torby. Sara spostrzegła, że było ich sześć.
— Prosiłam o cztery, za pozwoleniem pani, — wyjaśniła. — Mam tylko cztery pensy.
— Dorzuciłam dwa... dla lepszej wagi — odpowiedziała dobrodusznie sklepikarka. — Zjesz je sobie przy sposobności. Czy nie jesteś głodna?
Sarze aż zaćmiło się w oczach.
— Tak — odpowiedziała — jestem bardzo głodna i bardzo pani dziękuję za jej łaskawość... ale...
Tu chciała dodać: „ale na ulicy jest dziewczynka jeszcze głodniejsza ode mnie“.
W tejże jednak chwili weszło do sklepu naraz kilku bardzo śpieszących się klientów, więc nie pozostało jej nic innego, jak podziękować sklepikarce i oddalić się.
Mała żebraczka siedziała jeszcze wciąż skulona w kącie pod drzwiami, patrząc przed siebie tępym, zbolałym wzrokiem, a od czasu do czasu przecierając szorstką ręką oczy, nabiegające tamowanemi dotąd łzami.
Sara otwarła torebkę i wyjęła jedno z ciastek, które ciepłem swem nieco już ogrzały jej własne, zziębnięte dłonie.
— Weź to — rzekła, — wręczając ciastko dziewczynce. — To dobre i ciepłe. Zjedz, a trochę się pożywisz... nie będziesz tak głodna...
Dziewczynka wzdrygnęła się i utkwiła w nią przerażone oczy, jakby niedowierzając tak nagłemu i zdumiewającemu szczęściu; naraz pochwyciła ciastko i poczęła chciwie jeść.
— O mój Boże, mój Boże! — wzdychała przytem w wielkim zachwycie. — O mój Boże!
Sara wydobyła jeszcze trzy ciastka i podała je dziewczynce. Ochrypły, brzmiący żarłocznością głos małej żebraczki miał w sobie coś przerażającego.
— Ona jest głodniejsza ode mnie... ona przymiera głodem... — rzekła sobie Sara w duchu, ale jej ręka drżała, gdy wydobywała czwarte ciastko. — Ja nie przymieram głodem — zauważyła, dokładając piąte.
Wygłodzone dziecko londyńskiej ulicy zbyt łapczywie pożerało dane mu przysmaki, by miało czas podziękować — choćby nawet znało się na zasadach grzeczności, których nikt nigdy nie wpajał tej małej dzikusce.
— Do widzenia! — rzekła Sara, odchodząc.
Doszedłszy na drugą stronę ulicy, obejrzała się poza siebie. Dziewczynka trzymała po ciastku w obu rękach i zatrzymała się w pół kęsa, ażeby się jej przyjrzeć. Sara skinęła głową — a dziecko, po chwili wpatrywania się w nią, odpowiedziało wstrząśnięciem zwichrzonej czupryny i nie wzięło do ust ani kęsa, póki Sara nie zniknęła na zakręcie ulicy.
W tejże chwili przez szybę wystawową wyjrzała sklepikarka.
— No, czegoś takiego tom jeszcze nie widziała! — zawołała. — To ta mała podarowała swoje ciastka żebraczce? A przecież sama miała na nie chętkę... a wyglądała mi na bardzo głodną! Dużobym dała za to, by wiedzieć, czemu to ona uczyniła.
Stała przez chwilę za oknem i rozmyślała, poczem zdjęta ciekawością podeszła ku drzwiom i zapytała żebraczkę:
— Kto ci dał te ciastka?
Dziecko skinęło głową w stronę, gdzie odeszła Sara.
— A co ci ona mówiła? — dopytywała się kobieta.
— Pytała mnie, cym nie głodno — odpowiedziała dziewczynka chrapliwym głosem.
— A coś ty odpowiedziała?
— Pedziałam, że jezdem głodno.
— A ona wtedy weszła do sklepu, kupiła ciastka i dała je tobie?
Dziecko kiwnęło głową.
— A ile?
— Pięć.
Kobieta zamyśliła się i rzekła półgłosem:
— Sobie tylko jedno zostawiła! A widziałam z jej oczu, że mogła zjeść wszystkie sześć... i więcej!
Powiodła wzrokiem za małą, niknącą już wdali figurką Sary i poczuła wyrzuty, jakich nie doświadczała dotąd nigdy w swem życiu.
— Szkoda, że odeszła tak prędko — pomyślała sobie. — Powinnam była dać ich conajmniej dwanaście.
Poczem zwróciła się do małej żebraczki:
— I cóż? Jesteś jeszcze głodna?
— Juści — odpowiedziała dziewczynka; — jezdem jesce cięgiem głodna, ale nie tak straśnie, jak przódziej.
— Chodź za mną — rzekła sklepikarka, trzymając drzwi uchylone.
Dziecko wstało i wtoczyło się do wnętrza sklepu, ledwie wierząc, iż zapraszają je do tak ciepłej izby, pełnej chleba. Nie wiedziało — ale i nie troszczyło się o to — jaki je odtąd los spotka.
— Ogrzej się — odezwała się sklepikarka, wskazując piec w przyległym pokoiku. — A gdyby ci kiedy było trudno dostać kawałek chleba, możesz tu zajść i poprosić, to ci go dam, mając w pamięci tamtą dziewczynkę.

∗             ∗

Ciastko — jedyne, jakie pozostało — nie zaspokoiło wprawdzie głodu Sary, jednakże przyniosło jej pewne pocieszenie. Bądź co bądź, było ciepłe i smaczne... i zawsze było lepsze, niż nic. Idąc ulicą, odłamywała z niego po kawalątku i zjadała je powoli, ażeby smak trwał w ustach dłużej.
— Przypuśćmy, że jest to ciastko czarodziejskie, którego każdy kąsek starczy za cały obiad. Gdybym je zjadła całe odrazu, mogłabym się przejeść.
Ciemno już było, gdy doszła do placu, przy którym znajdował się pensjonat miss Minchin. We wszystkich domach pozapalano już światła, ale w oknach, gdzie Sara widywała Dużą Rodzinę, jeszcze nie pozamykano okiennic. O tej porze zazwyczaj widać było „pana Montmorency“ siedzącego w dużym fotelu i otoczonego gwarną i roześmianą gromadką swych dzieci, to siadających na jego kolanach lub na poręczy fotelu, to przytulających się do niego. Również i tego wieczora zebrała się przy nim ta gromadka, on jednak nie siedział na fotelu. Widać było, że czyniono gorączkowe przygotowania do podróży; odjechać miał p. Montmorency. Przed bramą stał powóz, do którego przytroczono olbrzymią walizę. Dzieci tańczyły wokoło, gwarząc z ojcem i wieszając mu się u ramion. Tuż obok niego stała miła, rumiana mamusia, dopytując się jakby o ostatnie rozporządzenia. Sara zatrzymała się na chwilkę, chcąc przyjrzeć się, jak mniejsze dzieci wspinały się na paluszki, a starsze schylały się, by pocałować ojca w rękę.
— Ciekawam, czy on na długo wyjeżdża — pomyślała Sara. — Waliza jest wcale potężna! Jakże te dzieci będą za nim tęskniły! Ja sama będę za nim tęskniła... choć on nawet może nie wie o mojem istnieniu!
Gdy brama się otworzyła, Sara usunęła się na bok — pamiętając o sześciu pensach, które tu kiedyś otrzymała — ale i tak widziała, jak podróżny stanął na tle rzęsiście oświetlonego hall‘u, mając jeszcze przy sobie starsze z pośród dzieci.
— Czy Moskwa teraz zasypana śniegiem? — zapytała mała Janet. — Czy tam ładna ślizgawka?
— Czy będziesz, tatusiu, jeździł „trójką“? — zawołało drugie z dzieci. — A czy zobaczysz cara?
— Będę do was pisał i o wszystkiem wam doniosę — odpowiedział ojciec, śmiejąc się. — Przyślę wam mnóstwo pocztówek z „mużykami“ i różnemi widokami. A teraz wracajcie do domu, bo zimno na dworze. Obrzydliwa noc! Wołałbym zostać z wami, niż jechać do Moskwy. Dobranoc, dobranoc, dzieciaki! Zostańcie z Bogiem!
Zbiegł ze schodów i wskoczył do powozu.
— A jak odnajdziesz małą dziewczynkę, powiedz jej, że ją bardzo kochamy — zawołał Guy Clarence, skacząc po wycieraczce, poczem dzieci weszły z powrotem do domu, zamykając drzwi za sobą.
— Czy widziałaś? — mówiła Janet do Nory, gdy obie znalazły się w pokoju. — Ta dziewczynka, co nie żebrze, przechodziła przed naszą bramą, cała zmoknięta i zziębnięta, i odwracała się, by się nam przyjrzeć. Mamusia mówi, że sukienki tej dziewczynki tak wyglądają, jak gdyby dostała je od jakiejś bogatej osoby, która nie chciała już ich nosić, bo były zbyt zniszczone. Ludzie, którzy mieszkają w tej szkole, wysyłają ją po sprawunki nawet w najgorszą niepogodę... nawet w nocy.
Sara podeszła ku schodom szkoły, trzęsąc się i ledwo trzymając się na nogach.
— Ciekawam, kto jest ta mała dziewczynka, której on szuka... — rozmyślała.
W chwili, gdy tuląc do siebie wielki i ciężki koszyk wchodziła na schodki kuchenne, ojciec Dużej Rodziny jechał szybko na dworzec, by zdążyć do pociągu, który miał go zawieźć do Moskwy na poszukiwanie zaginionej córeczki kapitana Crewe.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Józef Birkenmajer.