Na królewskim dworze/Tom I/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Na królewskim dworze
Podtytuł (Czasy Władysława IV)
Tom I
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1886
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI.

Lasota siedział pod wieczór w swej izdebce schludnej i miłej w rogu Piwnej ulicy sam jeden i spoglądał zadumany przez okno na ludność, która się dosyć żywo poruszała z rynku płynąc ku zamkowi.
W duszy tego człowieka, który przez lata długie w zupełnie odmiennej żył i obracał się atmosferze, ten powrót do świata młodych wspomnień czynił wrażenie, jakiego nigdy odrętwiały, ostygły, zestarzały spodziewać się nie mógł.
Nie poznawał sam siebie — napełniało go to troską i niepokojem. Zdawało mu się, wybierając z powrotem do kraju na czas krótki, iż z taką go obojętnością zobaczy i powita, jakby w nim skozaczenie nic już ze starego nie pozostawiło człowieka. Jechał tu z tym wstrętem dla lackiego społeczeństwa całego, z tą wzgardą dla rozmiękłych i zepsutych panków, którą go obcowanie z kozakami napoiło i przejęło. Był pewien, że to uczucie nietylko się zmienić nie może, ale wzrośnie na widok ludzi i obyczaju zupełnie mu obcego i obrzydzonego.
Tymczasem w duszy swej spotykał się z niezwyciężonemi sympatyami do tego co chciał nienawidzieć. Napróżno sobie wmawiał niechęć do lachów, ciągnęła go ku nim krew, a raczej wspomnienia młodości, które nigdy żywszemi jak teraz nie były.
Niepojętych doznawał wrażeń. Zrana dzwonek kościelny budził go z sercem bijącem. Zdawało mu się, że chłopięciem jeszcze na mszę ranną woła go ten głos modlitwy ku niebu.
Z dawnej wiary, dla której zobojętniał tak, że do cerkwi tylko czasem zaglądał, a tu stał bez czucia, zostały mu zaniedbane pacierze, umiane na pamięć niegdyś, nieodmawiane przez czas długi, znalazły się teraz na ustach mimo jego woli, i Lasota zdumiał się niezmiernie, gdy począwszy je szeptać, powtórzył całe. Leżały więc na dnie duszy, jak skarb w wodzie, nieuszkodzone, nietknięte.
Pierwszego dnia już zajrzał do kościoła i wyszedł z niego rozmarzony jakiś, przejęty.
Oprócz tego język, którego zdało mu się, że wiele się oduczył i zapomniał, powracał łatwo, dziwnie, a obcowanie z lachami odżywiało go cudownie. Niekiedy tylko klątwa jaka lub wykrzyknik nałogowy jak owe: Uhu! przed gospodą wyrywały mu się mimowolnie. Słuchał w ulicy rozmów i brzmiały mu one niewstrętliwie, jak się spodziewał, ale miło i swojsko. W ludziach też nawet co mu się wydawało dziwacznem i śmiesznem, pociągało go jako stare, znane i zakryte tylko a zatarte.
Sam do siebie w myślach nawykł był mówić po kozacku, tu się już chwytał na polskich. Poruszał ramionami i litował się nad sobą.
Nie rozumiał co to znaczyć miało. Dziwnym też fenomenem, który się przytrafia tym co po długiem wygnaniu pomiędzy swoich powracają, mnóstwo twarzy, fizyognomij, głosów, ludzi znajdował podobnemi do dawniej znanych, iż gotów był witać jak starych znajomych.
Bielecki żywo mu krakowskiego kupca jakiegoś przywodził na pamięć, dworska panienka poznana wczoraj własną żonę, Gurlecki dworzanina królewskiego, z którym był w przyjaźni. Mnóstwo takich typów zapomnianych w ulicy spotykał i nie mógł utaić przed sobą, że mu one przyjemne czyniły wrażenie. Jest to przymiotem przeszłości czy miłej, czy bolesnej, że raz umarłą stroi się dla nas w uroki, jakich nie miała żywą, tak jak umierający na twarzy zwykle wyraz błogiego ukojenia zyskują, choćby konali w boleści. Gdy teraz na myśl znowu przychodziło mu życie w Siczy kozacze, które we snach się szczególniej przypominało codzień, budził się z jakimś wstrętem i obawą.
Zaczynał rozważać co to będzie, gdy przyjdzie powracać nazad z listami, bo do tego był obowiązany. Myśl tę nieuchronnego powrotu do Siczy oddalał, odkładał, wmawiał w siebie, że to tak prędko nastąpić nie może, chociaż powinien był naglić właśnie, aby jak najrychlej listy otrzymać.
Ale nie mógłże on ich powierzyć komu, nie miałże tu tego Parfena, którego za szpiega poczytywał, z powierzonym mu nad sobą nadzorem?
Drab ten niecierpliwił go. Powierzono mu listy, dowodziło to zaufania atamana i koszowych, a jednak postawiono kogoś na straży, a ten ktoś tak był przebiegły, tak obyty z ludźmi, iż istotnie obawiać się było można, aby myśli nie odgadnął w głowie!
Zdradzić ich nie myślał przecie, ani tu na wieki pozostać. Nic go nie wiązało z tą ziemią lacką, ale tak mu się teraz zachciewało dobiedz do starego swego Krakowa.
Kraków odpychał go wspomnieniem popełnionego morderstwa, a jednak... Tamby się może mógł coś dowiedzieć o losie żony, a nadewszystko o dziecka swojego losie.
Nigdy dawniej, gdy bezsenne noce spędzał na czatach w Siczy pod niebem gwiaździstem z myślami tylko natrętnemi, nie odezwało się doń wspomnienie tego dziecka i troska o los jego. Tu teraz mąciła mu spokój, poruszała go do głębi; koniecznie zapragnął coś wiedzieć, czegoś się dowiedzieć. Ale samo dopytywanie było trudne.
Męczył się tak ciągle. Wstawał nierad z siebie starając odpędzić te zmory; świstał ukraińską pieśń kozaczą — marła mu na ustach i nagle wczoraj słyszane u drzwi kościoła odzywało się: Święty Boże!
Pieśń ta kościelna ciągnęła za sobą cały szereg uczuć nierozwikłanych, obcych jakichś, nieznanych mu nawet. Zkąd się one brały? czy wszystkie zawarte były w pieśni? Nie przywiózł ich przecież z sobą? nie narzucono mu tutaj?
Bieleccy oboje, zwłaszcza gdy się przekonali, że zamożnym był, bo trzos odjęty widział na swe oczy pan Łukasz, byli dlań bardzo uprzejmi, ale z niemi obcował jeszcze tak mało, iż od nich nic przejąć nie mógł.
Zdało mu się, że gdzieś przyległe do ścian, zaschłe zbierał te myśli, co mu się teraz roiły, jedna związana z drugą nieprzerwanym szeregiem.
— A to tu oszaleć przyjdzie! — mówił do siebie.
A że nawykły był do gorzałki i flaszkę jej już sobie pod łóżkiem przysposobił, szedł z kubkiem do niej, aby go orzeźwiła. W istocie po jednym, drugim kubku kozacze myśli powracały, ale lada co je rozpędzało, z ulicy okrzyk, dźwięk dzwonu zdaleka, nawet głos zegaru na ratuszowej wieży i hejnały na niej wygrywane wieczorem i rano.
Podobne niegdyś odzywały się z wieży P. Maryi w rynku krakowskim. Jednego z nich słuchając rozpłakał się sam nie wiedząc jak i dopiero łzy poczuł, gdy machinalnie ręką potarł po twarzy.
— Człowiek jest jak ta trzcina na Dnieprowych kamyszach — mówił w sobie — lada wiatr nim ugina. Sądzi, że mocen a twardy bardzo... a tu co? nie złamie się jakby powinien, a pokłoni posłuszny.
Tego wieczora Bielecki, który na zamku miał coś ustawicznie do czynienia jako szafarz śpiżarni królewskich, powrocił dosyć późno i gdy wszedłszy do domu, od żony się dowiedział, że gość jego prawie na miasto nie wychodząc, znaczniejszą część dnia przesiedział zamknięty, zastukał do niego, zapraszając na czarkę wina nimby spać poszli.
Znalazł go tak smutnym, a, jak się jemu wydało, znudzonym, iż mu się go żal zrobiło.
— Widać to — rzekł — żeście jeszcze sobie znajomości na mieście nie mieli czasu zrobić, siedzicie więc jak pustelnik, nie wiedząc kędy się obrócić. Na to ja chyba jutro trochę zaradzę, okazując wam zamek królewski. Jest i tam co widzieć, choć niedawno się dopiero rozszerzył i wystroił za nieboszczyka starego pana. Dawniej tylko stary zamek stał, którego teraz poprawiono, a zresztą więcej drzewa jak muru było. Za naszego zaś pana wszystko się muruje i galanto musi wyglądać. Nigdy jako żywo u nas tak nie edyfikowano wiele i wspaniale i tylu malowań nikt nie widział co teraz. Na zamkach, po pałacach, po domach całe ściany w obrazach ogromnych, bo król się w tem kocha, a za nim też Kazanowski, Ossoliński, Opaliński i nasi księża biskupi; no, i my też mieszczanie ratusz musieliśmy malować dla gustu pańskiego.
U pp. Kazanowskich, u Ossolińskiego niemcy i flamscy robotnicy raz wraz na deskach coś konterfektują, na płótnach i na szczerych ścianach. Nasi też cechowi malarze krakowscy naśladują ich, ale ci więcej świątobliwe obrazy do kościołów robią i zagranicznym majstrom nie zrównają, którzy srogie pieniądze biorą za te kunszty, a samo utrzymanie ich więcej niż lada posła kosztuje!
— Z zamku wracacie? — spytał Lasota — a cóż tam, nowiny są jakie?
— Innych niema oprócz że król jeszcze leży, a małoco na krzesło wstaje i z niem się nosić każe, bo chodzić mu trudno. Przeto jednak nie próżnuje, bo cały dzień się u niego pp. senatorowie mieniają.
— A cóż doktorzy na tę chorobę mówią? — zapytał Lasota.
— Obiecują polepszenie — dźwigając ramionami rzekł Bielecki — ale z nich najrozumniejsi niewiele znają. Król już zdawna ma to choróbsko w nogach, a roztył się i rozlał ogromnie. Przytem mu się żenić zachciało — dodał Bielecki. — Zacny a dobry pan, bohater wielki, rozumu Pan Bóg mu nie poskąpił, mógłby światu panować, a jak Salomon słabym jest dla płci białej.
Bielecki nie widział potrzeby czynić z tego tajemnicy; cała Warszawa znała te miłostki pańskie, które za Cecylii Renaty cokolwiek się na czas pohamowały, a teraz rosły znowu jak za pierwszych czasów młodości.
— Conajgorzej — mówił dalej szafarz królewski — iż mu coraz świeżej potrzeba, niestateczny jest.
Królowę nam już nową wiozą z Francyi, której konterfekt widziałem, cudna jest, a tu dotąd miejsce dla niej nieopróżnione... no? i na dwoje wróżą jeszcze czy z królową żyć bardzo będzie czy nie, bo tu są tacy, co z jego słabości korzystają. Nieradzi gratkę puszczą.
Zmilczał chwilę dosyć gadatliwy Bielecki, ale że mu gościa czemś zabawić było potrzeba, uśmiechając się ciągnął dalej.
— Przy królewiczu Zygmuntku śliczności jest niemka, nieboszczki królowej przyjaciółka, Amanda. U tej król po całych dniach teraz siedzi, a czasem późno w noc; wszyscy wiedzą, że ją miłuje bardzo, obdarza i bez niej żyć prawie nie może. Ale to filut niemka, bo takie stroi miny, jakby tylko Zygmusiowi służyła: do góry główkę zadziera. Z tą bodaj kniazia jakiego ożenią... stara się ich tam dosyć, bo król wyposaży i ona u niego potem wyrobi co zechce. Gdybyż z tą Amandą było tylko bałamuctwo, ale we dworze aby się dzióbek młody pokazał, król musi go zobaczyć, a podoba mu się...
Nie dokończył Bielecki, aż potem dodał:
— Powiadają, że strach ile pieniędzy idzie na wojsko nowe, na armaty i prochy, ale i na fartuszki też i na pałace i na wszystkie te wspaniałości, bez których teraz u nas żyć nie umieją panowie. Starzy powiadają, że nigdy tak nie bywało u nas. Począwszy od biskupów budują pałace, a marmurami, zwierciadłami, złoceniami, obiciami je drogiemi przyozdabiają. Spytajcie co pałac Kazanowskiego albo Ossolińskiego kosztował, że już innych nie wspomnę.
A i w sukniach i we zbroi luksus wielki, niedosyć u szlachty, my też co po miastach siedzimy za nimi w trop. Samem włocha kupca w Krakowie baczył, co kolebką sześcią woźnikami białemi wozić się kazał. Ten gdy wojewodę krakowskiego w ulicy spotkał a pokłonił mu się, senator mu pięść pokazał. I chcieli wydawać i powydawali prawa przeciw luksowi temu. Zabroniono mieszczanom, aż włochy pargaminy ukazały, że są szlachcicami weneckimi i innymi tam, a zatem ich to nie tyczy. Drudzy zaś do szlacheckich naszych herbów się poprzyszywali.
Zobaczycie jutro zamek — mówił dalej Bielecki — a jeśli wam posłuży szczęście, możecie i królewicza małego zobaczyć i Amandę, bo Karola brata królewskiego, chociaż na zamku też rezyduje, teraz tu niema. Posłano go przeciwko królowej.
Bielecki popijając się rozgadywał.
— Zdaje mi się — rzekł — jeżeli z tych chodów młodego Paca wojewodzica, królewskiego pokojowego zaufanego, wnosić, że ta panienka też coście ją tu widzieli u nas, także królowi w oko wpadła...
Niewiedzieć dlaczego przykrego uczucia doznał Lasota usłyszawszy to i namarszczył się.
— Szkodaby było dziewczęcia — westchnął.
— A co się jej za krzywda przez to stanie! — odparł szafarz. — I owszem, znajdzie zaraz siła co się z nią żenić zechcą, ale z nią ani nawet król do końca nie trafi — rozśmiał się Bielecki.
— Dlaczego? — spytał Płaza.
— Moja żona ją bardzo dobrze zna — ciągnął dalej gospodarz — jest to takie dzikie jakieś stworzenie! Patrzeć na nią, mówić z nią, żartować, zdaje się to płoche, a ugłaskane i obyczaj ma dworski. Słowo ją nie spłoszy, odpowie raźnie, ale niechże kto posunie się śmielej od rączki do pyszczka, albo ją wpół zechce objąć, jak to u nas dworaki zwykli, gotowa nawet wojewodziców policzkować. Ani przystąpić do niej.
— Ho! ma rozum dziewczyna — rzekł uradowany Płaza.
— Patrzmy no końca — dodał szafarz — ja już takie widywałem co odpychały wielkich panów, a potem ją lada pacholik ugłaskał.
Mówi ciągle: Sierota jestem, nie mam nikogo, muszę sama siebie pilnować.
Z uwagą wielką przysłuchiwał się Lasota; dziewczę go zajmowało.
— Jeżeli prawda, że się Pac koło niej kręci — rzekł Bielecki — to nie dla siebie... królowi się podobała, tego nie ujdzie...
Płaza poruszył ramionami.
— Dziwne u was obyczaje — rzekł — król się ożenił, żony mu nie przywieźli jeszcze, tu już jedną miłośnicę ma, a innych mu szukają.
Mieszczanin śmiał się.
— Salomona naśladują — rzekł — przecież to najrozumniejszy z ludzi był, a żon i miłośnic chował tyle. Nam prostaczkom byłoby to grzechem, im rozrywką niewinną...
Po tej rozmowie, gdy na zegarze godzina późna wybiła, wstał Bielecki żegnać się z gościem, radząc mu spać iść rychło.
— Jutro, jeśli nie macie nic lepszego do robienia — dodał — a ciekawi jesteście, rano idę na zamek i mogę was zabrać z sobą, aby pokazać rezydencyę pańską. Piękniejszej nie zobaczycie w życiu.
— I owszem, i owszem — pośpieszył Płaza — wdzięczen wam będę... któżby ciekawym nie był. Długi czas okrom trzcin, traw i krzaków a skał małoco oczy moje widziały, chyba stare dwory drewniane i zameczki z kołów i gliny lepione... a Krakowam zapomniał.
— Warszawa go przejdzie wkrótce — odparł dumnie Bielecki. — Już się bogatsi kupcy ztamtąd do nas wynoszą.
Nazajutrz rano dotrzymując słowa przyszedł szafarz po gościa, który ubrawszy się na niego czekał. Szli tedy razem ku zamkowi nowemu, który w miejscu starych budynków drewnianych na przedzie się wznosił i okazale dosyć patrzył na miasto. Na dole galerye go sklepione otaczały, nad któremi okien biegły dwa rzędy.
Po rogach jego wznosiły się cztery kształtne wieżyczki miedzią kryte, a w pośrodku górowała zegarowa wieża z gankami. Na szczycie jej pozłocona gałka wietrznik z orłem utrzymywała. Mury te nowe jeszcze i czyste wcale pańsko się prezentowały, chociaż zbyt obszerne nie były.
Bielecki, który tu wszystkich znał, kluczników i odźwiernych, wprost naprzód do izb i sal wielkich poprowadził, w których sejmy i znaczniejsze się odbywały uroczystości. Z tych jedna szczególniej marmurem wykładana różnokolorowym, z kominem w kształcie wodotrysku z bronzu odlewanym, ozdobnym, z posadzką wzorzystą, podobała się bardzo Płazie. Większą ona była od tej, którą widział w pałacu Ossolińskiego, ale wspaniałością tamta ją przechodziła.
Druga po niej na ścianach tak samo jak u kanclerza cała była okryta ogromnemi obrazami, zwycięztwa i pochody wojenne Władysława IV wystawującemi.
Pomiędzy temi widokami bitw i miast obleganych, wielkie i piękne wizerunki króla nieboszczyka i obu żon jego w koronacyjnych szatach, doskonale malowane, zajmowały tak miejsca wszystkie, iż ścian samych prawie widać nie było.
Sal tych kilka teraz pustych ze swemi ławami, stołami i sprzętem podciąganym na kupy, mimo wspaniałości, dość smutne czyniły wrażenie.
Bieleckiemu jednak nadewszystko pono o to szło, aby się najkosztowniejszą i tą, której budowa najwięcej kunsztu wymagała, pochwalił, bo podobnej tej nigdzie widzieć na północy nie było można.
Wszedłszy tu jednak w mroku się nierychło rozpatrzeć mógł Płaza. Gmach był bardzo obszerny, na pół kolumnami przedzielony, w którym z jednej strony siedzenia wygodne dla gości stały, a oddzielnie dla króla i jego rodziny. Poza kolumnami zaś i zasłoną, która teraz podniesioną była, w górę aż do dachu, w dół aż do piwnic schodziły dziwnie poustawiane wschody, windy, drabiny, rzeźbione i malowane drzewa, ganki, galerye różne. Ponad głowami na sznurach zawieszone były obłoki. Mnóstwo niezrozumiałych różnych przyrządów teraz w nieładzie zapełniało scenę.
— Trupa tu tylko oglądacie — odezwał się ożywiony Bielecki — bo to teatrum jest, które widzieć potrzeba, gdy je tysiąc świec i lamp światłem obleje, gdy muzyka na galeryi stanie a włoscy śpiewacy wystąpią, którzy razem i gardły i nogami się popisują, a około nich na rozkazanie noc i dzień, burza i pogoda, i prawe cuda się dzieją. Gdy grają Dafne w drzewo przemieniona, widzieć potrzeba, jak się ona śpiewająca nagle obraca w laur... Ale któż to opowie. Capellę samą słuchać, chyba aniołowie w niebiosach śpiewać tak mogą.
Jam tu oglądał i piekło i morze burzliwe z syreny pływającemi a śpiewającemi, z okręty żeglującemi, i obłoki piorunami ziejące.
Płaza stał, patrzał, choć tu niewiele mógł zrozumieć, a Bielecki mu opisywał jako mógł, co to za cuda i wspaniałości są, gdy teatrum grają, gdy śpiewacy postrojeni na scenę wynijdą, gdy wszystko w ruch się wprawi, a capella, aktorowie, kunszty, ognie na jeden obraz się złożą. Wielki miłośnik teatru, szafarz unosił się mówiąc o nim, a przysięgał, iż na całym świecie drugiego pewnie podobnego nie było.
Płazie wyrwało się tylko:
— Cóż to kosztować musi?
— O tem wie jeden Pan Bóg i pan podskarbi — rzekł Bielecki — a może mylę się, bo król ze swej szkatuły musi łożyć, a z tą się on nie liczy. Włochy za gardła płacić każą tak, iż żaden kaznodzieja tyle co oni jurgieltu nie bierze. Capella też z cudzoziemców złożona, małoco swoich; malatury obcych rękami robione; naostatek i komedya nie po naszemu, ale po włosku, galanto.
U nas tak — dołożył szafarz wygadując się — król pono najlepiej lubi po niemiecku, bo go Meyerin uczyła jak matka kochając, włoski mu też do smaku, francuzkim nie gardzi, a polski choć zna dobrze i mówi nim gładko, ale to powszedni chleb dla pospolitych ludzi.
I poetę nadwornego co mamy, to niemca; zwie się Opicz.
Bieleckiemu z tą salą cudów niełatwo się było rozdzielić, chciał ku niej entuzyazm obudzić w towarzyszu, ale ten skielety widząc tylko, głową potrząsał i milczał.
Przeszli potem jeszcze sal i komnat różnych szereg cały, wszędzie prawie pustkę znajdując, bo pod czas zjazdu żadnego nie było. Gdzieniegdzie tylko krzątano się zwolna około przygotowań na przyjęcie królowej, ale wcale nie okazując pośpiechu.
Wschodami potem sprowadził Bielecki gościa w dziedziniec wewnętrzny brukowany, który dokoła mury i budynki, kuchnie i oficyny otaczały. Od strony Wisły ogromna gruba ściana z kamieni wznosiła się dla powstrzymania wylewu wody, która tu wiosną nachodziła.
Na tych to fundamentach stał nowy dwór murowany królewicza Karola, w którym on przemieszkiwał. Nie szli tu, i Bielecki wskazał tylko na górze salę wielką, oknami dużemi opatrzoną, z której prospekt być miał na okolicę, jak on się wyrażał, bardzo cudny.
Z boku podwórca stało stare zamczysko odnowione, zamieszkane, ale na oko zaraz swój wiek zdradzające. Tu się dworscy, czeladź, służba różna mieściła. Ztąd też ganki odnowione, kryte dozwalały wprost przejść do kościoła Ś. Jana.
Bielecki nic nie przeoczył cokolwiek mogło obudzić podziwienie i widzenia było warte, tak że nawet starą łaźnię królewską, w której teraz dla pożytku państwa cynową wielką sadzawkę zbudowano dla kąpieli, kazał Płazie oglądać.
Wreszcie już oprócz ogrodu w dole dosyć schludnie i pięknie zasadzonego, kwiatków i krzewów, a wody, którą ztąd kołem obracając na górne piętra prowadzono rurami, nic do widzenia nie zostawało, bo mieszkalne pokoje króla przystępne nie były.
Szafarz miał nieopodal od kuchen na starym zamku izb parę dla siebie, w których przyjmował też gości i interesa swoje sprawował.
— Zajdźże waszmość do mnie a spocznij — rzekł prowadząc go ku staremu zamkowi. Szli tedy ciągle pomijając dworzan pańskich, czeladź i mnóstwo kobiet, które się tu tak licznie ukazywały, jak gdyby już królowa była na zamku.
Nie uszło to oku Płazy, że większa ich część była młodych i bardzo postrojonych, wesoło z dworzany po drodze rozmawiających i śmiejących się wesoło.
Tu gdy powoli kurytarzem szli, potrącił Bielecki łokciem towarzysza, nieopodal mu wskazując przystojnego i strojnego młodzieńca, który pannę tę, co ją Płaza poznał, zatrzymawszy w przejściu, wesołą z nią prowadził rozmowę.
— Przypatrz się waszmość temu młodemu — szepnął — ni fallor, jeśli pożyje, to go wielkie łaski pańskie czekają. Tak poczynali Kazanowscy. Nie dla siebie on panienkę korumpuje.
— Brzydkie rzemiosło — zamruczał Płaza — nie przystało zacnemu panu.
Machnął ręką szafarz.
— My na to inaczej patrzymy — rzekł. — U króla serce sobie pozyska, spoufali się z nim, a potem będzie z nim czynił co zechce. Wszystkim wiadomo, że Kazanowscy nie mieli nic, gdy się na dwór za towarzyszów królewiczowi dostali. Król teraz nie ma nic, a oni bogatsi są od niego.
Sławnać to historya tego pierścienia po matce, pamiątki ostatniej, którą król Adamowi darował. Pan to szczodrobliwy nad miarę.
Westchnął Bielecki.
— Ale mu surowych słów prawdy nie mówić, bo ich nie lubi, goryczy nie trawi.
Mijali właśnie piękną dworkę, która wcale widokiem ich nie była strwożoną ani zmięszaną. Pozdrowił ją Płaza, oddała mu ukłon, a Bieleckiemu rzuciła:
— Kłaniaj się waszmość żonie swej, a powiedz, że ją wkrótce znów odwiedzę.
Gdy się to działo, młody Pac też nie odszedł i chciał snadź przeczekać, aż znowu sam z dziewczęciem zostanie.
Płaza się kilka razy obejrzał poza siebie, dziewczę stało w boki się ująwszy, śmiało patrząc w oczy pięknemu dworzaninowi, ale zdawało się chcieć żarty stroić z niego.
Wtem od ganków, które do kościoła prowadziły, ruch się dał słyszeć i Bielecki o gościu nie zapominając, razem z nim za słup w murze się skrył, szepcząc:
— Macie szczęście... Oto idzie panna Amanda, a z nią Zygmunt królewicz.
Zoczywszy ją zdaleka, dworka, która tak swobodnie z Pacem rozmawiała, pierzchnęła śmiejąc się, a wojewodzic krótką się chwilę zatrzymawszy tylko, postąpił na spotkanie panny Amandy i królewicza.
Śliczny chłopaczek, który się starszym wydawał niż był, szedł z wielką butą, przy szabelce, po polsku ubrany, a kto na niego spojrzał, uśmiechał mu się i on też kłaniał i uśmiechał wszystkim. Znać w nim było pieszczonego, królewskiego jedynaka — ale jakże tej laleczki nie było pieścić?
Panna Amanda, która mu towarzyszyła, słuszna i bardzo piękna brunetka, twarzy poważnej i nad miarę ułożonej skromnie, postępowała majestatycznie jak królowa, za rękę wiodąc i przytrzymując niecierpliwego królewicza. Z każdego jej ruchu widać było przejęcie się obowiązkami i wysoką dostojnością, jaką piastowała. Zastępowała bowiem matkę przy małym królewiczu, który ją czasem nawet, chcąc się przypodobać, tem imieniem nazywał. Wnieść ztąd było łatwo, jak panna Amanda i jej dwór złem okiem widziały nowe królewskie ożenienie, jak je tu królowi odradzano, jak się starano przeciwko nowej pani uprzedzić i od niej odstręczyć.
Panna Amanda Eckerberg miała swe stronnictwo, sprzymierzeńców, przyjaciół, posiłkujących, a do nich należeli ci wszyscy, którzy z położenia, w jakiem się król od owdowienia znajdował, korzystali. Naprzeciw tej partyi stała druga, silniejsza i poważniejsza nadewszystko, która wolała mieć królowę, jej dwór i widzieć króla mniej płochym w tych latach, gdy już pół wieku przeszedłszy, nie godzi się młodzieńczych dopuszczać wybryków. Na nieszczęście król był nawykłym dawniej do tego życia swobodnego, do którego ci sami mu dopomagali, co teraz wstrzymywać chcieli od niego.
Małżeństwo, w którem i polityka i finansowe położenie wielki udział miało, przychodziło do skutku. Powiadano, że królowi przed pierwszem ożenieniem już przywieziony portret Maryi Ludwiki podobał się był bardzo, że się w niej na niewidziane kochał; ale gdy małżeństwo przez posły zostało zawarte, gdy królowa już się w podróż do Polski puścić miała, uważano ostygnięcie, zniechęcenie i powrót do dawnych obyczajów. Wnoszono z tego, że młoda królowa nie potrafi ujarzmić króla i zajmie stanowisko na tronie a nie w sercu.
W tem sercu pańskiem co się działo, trudno było odgadnąć. Miękkie one było, ale niestałe, a wiek czynił je przystępniejszem innym uczuciom niż spóźnionym miłostkom.
W pochodzie ku zamkowi z królewiczem po drodze odbierała panna Amanda oznaki największego uszanowania, ale że one równie się do królewicza Zygmunta idącego z nią jak do niej odnosić mogły, wolno je było jak chcąc sobie tłumaczyć.
Pac pozostawszy sam, usunął się z drogi, ale królewicz skinął na niego a panna Amanda spojrzała dosyć łaskawie, i czekał, aby im towarzyszyć. Dwór, który z wielkiem zawsze zajęciem ścigał oczyma młodego, przyszłego, domyślnego tronu dziedzica, i teraz stał póki nie przeszedł orszak mu towarzyszący i Zygmunt nie zniknął pod krużgankami zamkowemi.
Bielecki wprowadził gościa do swojej, jak ją zwał, kancelaryi, i tłumaczył mu co widzieli.
— Królewicza naszego, jedyne oko w głowie — rzekł — widzieliście. Niech mu Bóg daje żywot i zdrowie, niech rośnie na pociechę rodzica i rzeczypospolitej. To będzie dopiero taki pan, jakiego nam potrzeba. Dziś już to dzieciak cudowny.
Królowę jejmość, która przybywa, wątpię, aby Pan Bóg obdarzył potomstwem; boimy się, aby po macoszynemu nie obchodziła się z naszym ulubieńcem, ale pilnować jej będziemy!
Już to — mówił porządkując swe papiery i klucze Bielecki — nie do zazdrości życie się gotuje dla przyszłej pani naszej... trudno jej będzie serca sobie pozyskać.
Płaza słuchał i rozglądał się dosyć obojętnie, a że szafarzowi przerywano ciągle i miał wiele do czynienia, nie chcąc mu przeszkadzać, wypiwszy kubek wina, cofnął się sam nie wiedząc dokąd się uda... miał tyle w mieście do widzenia, a tak go teraz pociągało wszystko, iż rad znalazł się swobodniejszym.
Około zamku w tej dnia godzinie ruch był znaczny, zmieniały się straże, przywożono zapasy różne, oznajmywali się goście, przybywali urzędnicy dworu. Gwaru i popychania było dosyć, tak że Płaza, który nie wyglądał zbyt pokaźnie, musiał sobie drogę torować pracowicie i rad był, gdy się znalazł za wrotami na placu.
Ale tu ledwie miał czas się obejrzeć, aby obmyśleć kędy pójdzie, gdy ów wszędzie jak cień za nim chodzący drab, Parfen, już go szydersko się śmiejąc pozdrowił.
Płazie to prześladowanie dokuczało i przykre zrobiło wrażenie, czuł się niewolnikiem.
— Na pięty mi następujecie — zamruczał niechętnie oddając ukłon Parfenowi.
— Tylko aby wam posłużyć — odparł kozak. — Wy tu obcy, a lachy nie mają czasu kozackiego posła przyjmować.
— Ale wiesz to przecie — syknął Płaza — iż mnie tu nikt jako posła nie powinien znać, a wy włócząc się za mną zdradzacie mnie.
— Nie bójcie się — rzekł kozak — ja nie jestem tak głupi jak się wam wydaję. Lachy nie są podejrzliwi i ani się lękają, ani szpiegują. Im pod nosem można dokazywać co się komu podoba, nie będą widzieli albo rozumieli. Tem mniej gdy o kozactwo chodzi, które oni za grube chłopstwo mają!
Parfen się śmiać począł.
— Juści my grube chłopy — rzekł — ani my w jedwabiach chodzimy, ani obce języki rozumiemy, ani nam tych łakoci i cacek potrzeba co panom lachom, ale nas niewola nauczyła wiele. My bijemy pokłony a pięści zaciskamy, a kiedy najniżej czołem, to najhardziej duszą...
Spojrzał na milczącego Płazę.
— Coś wy, batku — dodał — chodzicie po Warszawie taki kwaśny jakby wam doprawdy Kosza żal było i waszego Kurenia? Co wam jest? Czy poszło co na opak?
— Nie — rzekł Płaza, który spojrzawszy na kozaka, zmiarkował, że się go strzedz powinien — nie, nie stało się nic, ale człowiek tu obcy, niewiele rozumie, przeto się frasuję.
— Za czem! — odparł kozak — co wam sobie łamać głowy? Listy oddaliście, odpowiedź odbierzecie, i po wszystkiem. Więcej po was nie będzie ataman wymagał. Byle tylko znowu nie odprawili z obiecanką cacanką a bez groszy, bo nam ich potrzeba. Chcą, byśmy królowi usłużyli, czemu nie? ale zapłacić za służbę muszą. Powiedzą, że pieniędzy nie mają...
Parfen głową pokiwał i rękę do góry podniósłszy na wieżyczki zamkowe blachą pobite z gałkami pozłacanemi ukazał.
— A jak mają grosze być, kiedy dachy pozłacają a z miedzi gonty kują?
Płaza tymczasem głową skinąwszy uszedł na stronę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.