Odludki i poeta/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Odludki i poeta
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom II
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ODLUDKI I POETA.
KOMEDYA
W JEDNYM AKCIE, WIERSZEM.

Pająk szuka jadu, ale pszczoła miodu.
And. Max. Fredro.
OSOBY.
ASTOLF.
CZESŁAW.
KAPKA, oberżysta.
ZUZIA, jego córka.
EDWIN.

Scena w oberży małego miasteczka.




ODLUDKI I POETA.



SCENA I.
(sala; drzwi numerowane; stoliki po obu stronach)
Kapka, Zuzia.
(Zuzia przy stoliku czyta z wielką uwagą rękopism)
Kapka (za drzwiami).

Kawa pod numer czwarty! na salę herbata!
Jest tam kto! aj, śmietanka! aj! tamże do kata!
Jest tam kto! Zuziu! Zuziu!

(wbiega trzepiąc palcami, postrzega czytającą, skrada się i wyrywa poszyt)

To czas na czytanie?

Zuzia (zrywając się).

Ja zaraz... ja bo ojcze... (chce odejść)

Kapka (groźno).

Zuzia tu zostanie!
Dopókiż gadać będę i jedno powtarzać,
Aby wszędzie zaglądnąć, na wszystko uważać?
Śmietanka już w popiele, ojciec w palce dmucha,
A moja panna Zuzia nie patrzy, nie słucha.
Córko! czy ty chcesz zniszczyć mego domu sławę?
Panowie od godziny czekają na kawę,
A kawa jeszcze w puszce, może nie zmielona.

(załamując ręce)

Córko! na mojęż hańbę wyszłaś z mego łona!...

Jeden już ostrém słowom dał się słyszeć przy mnie,
Drugi, gdym zaczął mówić o dzisiejszém zimnie,
Najgrzeczniej ani mruknął, ale drzwi otworzył;
A lubcia czyta... i co?... dłońbym w ogień włożył,
Że... (patrzy w poszyt, Zuzia chce odebrać)

Zuzia.

Już kawa...

Kapka.

Że wiersze.

Zuzia (chcąc dostać).

Proszę.

Kapka (odsuwając się).

I ja proszę.
Wiersze! I ja przez wiersze taki wstyd ponoszę?

(wyrzuca przez okno)

Precz!

Zuzia.

Cóż pan Edwin powie?

Kapka.

Bardzo o to stoję.
Niech się rozgniewa... owszem... I lekcye twoje
Już się dziś skończyć muszą...

Zuzia.

Już?

Kapka.

Nie dość pół roku?

Zuzia.

Czemu dłużej nie można?

Kapka.

Bo mam rozum w oku.

Zuzia.

Ależ ja mało umiem.

Kapka.

Lepiej umieć mało,
Jak się przeuczyć.

Zuzia.

Jeszcze choć rokby się zdało...

Kapka.

To, to, to, proszę kogo! rok!... czemu nie dwa, trzy?
Lecz moje oko widzi, gdzie Pan Edwin patrzy,
Gdzie i Panna Zuzanna... widzi doskonale,
Nie w książkę, szkoda mówić, o, nie w książkę wcale;
Wiem, co znaczy, gdy jedno przy drugiém usiędzie,
Lecz jakem Józef Kapka, nic z tego nie będzie.

Zuzia (płacząc i całując go w rękę).

Mój ojcze!

Kapka.

Ba, ba, ba, ba, o łzy tu nie idzie,
Wtedyby szło dopiero, jakbyś była w biédzie.
Twój Edwin jest poetą... pięknie wiersze składa;
Ale jak każdy drugi, i poeta jada,
I żona przy miłości sławą żyć nie zdoła,
Wkrótce i dziecko także, papuniu, zawoła,
A on choć dniem i nocą popracuje szczérze,
Da wam odę na obiad, bajkę na wieczerzę;
Ale oda nie rosół, bajka nie pieczenia,
A zatém nic nie będzie z waszego marzenia.

Zuzia (płacząc).

Niedawno był i dobry, i mądry, i grzeczny,
Ale dziś, dziś na wszystko pada wyrok sprzeczny.

Kapka.

Dawniej dość go lubiłem, nikt tego nie przeczy,
Pókim myślał, że z niego będzie co do rzeczy;
Ale, kiedy Pan Edwin, jak szalał szaleje,
Darmo-że mam tę samę zachować nadzieję?
Został pisarzem miejskim, urząd nie pętelka,
Ztąd godność i estyma, ztąd i korzyść wszelka;

Kiedy wyjdzie na rynek, każdy czapkę chwyta,
Mówi mu, mój Jegomość, i uprzejmie wita.
Płaca także uczciwa co kwartał do worka,
Nie bez tego by nie szła czasem i sikorka;
Mógłby już przyjść do czegoś... ale nie zatrzyma:
Szastum prastum tu, ówdzie... nigdy grosza niema.
I Pan Burmistrz się skarży, już to nieraz słyszę,
Że zamiast protokołów, wiersze tylko pisze,
I tak mu dom przekręcił, o, hańbo! o, zgrozo!
Że Pani Burmistrzowa nie chce mówić prozą;
I dzieci, mamki, czeladź, co chodzi, co gada,
Ani zapędź do pierza, bo poezye składa.
Nawet stary pachołek, próżniak nad próżniaki,
Zrobił, czy diabeł nadał, cztéry Krakowiaki.

Zuzia.

To wszystko tylko bajki, wierz ojcze kochany.

Kapka.

O nie... tu u mnie takiej nie będzie odmiany;
Więc abym wcześnie wszelkiej zapobiegł zdrożności
Niech sobie pan poeta w innych domach gości,
Niech już nieba co gromią, miłości co dręczą,
Jęczą, męczą, kawęczą, w uszach mi nie brzęczą.





SCENA II.
Kapka, Zuzia, Astolf.
Astolf.

Czyś Waćpan dziś oszalał!

Kapka (kłaniając się).

To jest ostre słowo.

Astolf.

Kawa! (Zuzia wybiega)

Kapka (chwytając się za głowę).

Kawa, ach, kawa biednaż moja głowa!

(obracając się gdzie Zuzia stała)

A biegajże mi żwawo... A, łaskawy Boże,
Jak która zacznie gadać, to skończyć nie może.
Zaraz wyborna kawka... zaraz... będzie.

(ścierając stół, na stronie)

Wszystko to ten poeta!

(do Astolfa)

Niechże pan usiędzie.

Astolf (wyciągając się na krześle).

Uprzejmość zawsze miła, choćby i o głodzie,
Przecie już w polskich karczmach grzeczność teraz w modzie.

Kapka.

Karczmach?

Astolf.

Jakże zwać ten dom i brudny i długi,
Gdzie konie obok ludzi, gdzie jeden i drugi,
Wchodzi, wjeżdża, wyjeżdża, zamyka, otwiera,
A jeden tylko mieszka i tych wszystkich zdziera.

Kapka.

To nader ostre słowo.





SCENA III.
Astolf, Kapka, Czesław.
Czesław (siadając przy stoliku po lewéj stronie).

Herbaty!

Kapka.

Już daję.

(ku drzwiom)

Herbaty!

(ścierając stolik, na stronie)

To poeta tak mi w gardle staje;
Poczekaj!

Astolf.

Gospodarzu, wszakże ta osada,
Jak mi się zdaje, tytuł miasteczka posiada?

Kapka.

Która?

Astolf.

Ta, gdzie jesteśmy.

Kapka (otwierając okno).

To jest do widzenia.

Astolf.

Ha! cóż tu do widzenia? co? Jakie sklepienia
Podziemnych lochów, więzień! gdzie dla ciekawości
Dotąd jeszcze w łańcuchach trupieszeją kości?
Zabytki złotych wieków, tych wieków prostoty,
Za którymi utulić nie możem tęsknoty!...
A może wieża, kolos, co chmury roztrąca,
Pomnik sławy jednego, ucisku tysiąca?
Pokażże, pokaż prędko.

Kapka.

Wprawdzie tak dalece...

Astolf.

Albo może tamten most, na wyschniętej rzece,
Co się trzęsie jak w febrze? za który się płaci?

Kapka.

Most podupadł, a płaca...

Astolf.

Dla dobra współbraci.

Kapka.

Pan Burmistrz ustanowił...

Astolf.

Wyrokiem uświęcił:
Niech podróżny zapłaci, że karku nie skręcił.
Lecz więcej z dawnych dziwów, czyż to miasto niema?
Cóż? jakie żebro tura, albo ząb olbrzyma;

Jaki pręgierz wspaniały ze sztuczną obręczą
Gdzie zwykle większe łotry mniejszych łotrów męczą,
Albo skałę, co diabeł upuścił z niemocy,
Jak kogut we wsi zapiał o samej północy?

Kapka.

Jest stary ratusz... (odchrząknąwszy)
Mówią, że gdy panowanie...

Astolf.

Gospodarzu, czy kawy w tém mieście dostanie?

Kapka.

Ach zaraz!
(na stronie) O poeto, niech cię piorun trzaśnie!

(ku drzwiom)

Hej kawy! kawy prędzej!... Otóż niosą właśnie.

(służący przynosi kawę i herbatę i stawia na stoliku)
(do Astolfa)

Arcy wyborna... mokka...
(do Czesława) Sam kwiat, arcy czysta...

Astolf.

Jak się Waćpan nazywasz, panie oberżysta?

Kapka.

Józef Kapka, do usług...
(na stronie) Celem pośmiewiska...

Astolf.

Hm! prawdziwém szlachectwem jest piękność nazwiska.

Kapka (kłaniając się).

Łatwiej czasem wznieść śmieszne, niż utrzymać piękne.

Astolf.

Jest więc i sentencya.

Kapka.

Zginę, umrę, pęknę...
O, przeklęty poeto!... Wszystko przewidziałem...
Poczekaj!

Czesław (z flegmą).

To rumianek, ja herbaty chciałem.

Kapka.

O dla Boga! rumianek!... to dla mojej żony...
O wiersze, wiersze! przez was jakżem dziś zhańbiony!

(wynosi tacę).




SCENA IV.
Astolf, Czesław.
Astolf.

Co temu tylko wiersze i poeta w głowie.

(po krótkiém milczeniu)

Cóż tam, Panie Czesławie, jakże dzisiaj zdrowie?

Czesław.

Jak zawsze.

Astolf.

Spałeś długo.

Czesław.

Dość życia zostało.

Astolf.

Wiem... w śnie chcesz szukać szczęścia; ale go tam mało:
Raczej resztę w nim stracisz. I z tego to względu
Nie lubię chwili, często przyjemnego błędu:
Wznosić nieszczęśliwego z zwyczajnej kolei,
By mu pokazać szczęście lub powab nadziei,
By obudzić uśpione jego serca bicie,
I znowu go wytrącić w opłakane życie,
Gdzie ledwie wytrwać może pod losu uciskiem,
To jest tylko szyderskiém natury igrzyskiem.

Czesław.

Ach, ulgą powiedz.

Astolf.

Ulgą, jakiej ten doznaje,
Komu płomień zwalniają, gdy na stosie staje.

Dusza, co wytrwać może, wytrwa tylko tyle;
Ale odsuń marzenia, zostaw własnej sile!
I gdy ciężar cierpienia nieść mamy po świecie,
Nieśmyż go bez spoczynku, póki nas nie zgniecie.

(długie milczenie)

Wszakże razem i dalej pojedziem ze sobą?

Czesław.

Nie.

Astolf.

Dla czego?... A prawda, z weselszą osobą,
Przyjemniej ci czas minie. Weź więc towarzysza,
Który rozmową bawi i sobą rozśmiesza;
Weź miejskiego trefnisia, co ten dar posiada,
Co umie łatkę przypiąć, dwuznaczności gada,
Z wszystkiego do wszystkiego jak motylek lata,
Co kontent z siebie, ciebie i całego świata,
I który na początku ostrej życia drogi,
Skacze jak cap ofiarny, gdy mu złocą rogi.

Czesław.

Nie, Astolfie... nie szukam wesołości wcale,
Owszem... wesołość razi... zwiększa moje żale;
Lecz twój sposób myślenia, to ci powiem szczérze,
Dwa razy nieznośniejszym dla mnie jest w tej mierze:
Twojém czuciem nienawiść, nienawiść roskoszą,
Każdemu twoje słowa co chwila ją głoszą,
Ulgi nie szukasz, nie chcesz w innym mieć sposobie,
Jak lejąc w cudze serce żółć co karmisz w sobie.
Kto celem twych urągań, na cóż mieć na względzie?
Niech wszyscy cierpią... wszystkich w jednym stawiasz rzędzie:
Ciebie i nędzny żebrak na drodze zatrzyma,
Jeśli na swoję nędzę dość uczucia niema.

Zgasić jakąbądź wiarę, jeżeli w nim tleje,
I wyrwać z jego łona ostatnią nadzieję,
To staje ci się ulgą... to twój umysł budzi.
Tak w tym smutku nie stronisz, ale ścigasz ludzi.

Astolf.

Czemuż mnie to wyrzucasz... Niech ci los zda sprawę,
Dla czego moje serce tak gorzkie, tak krwawe.
I mnie w Arkadyi pierwszy dzień zabłysnął,
I mnie natura radość w życiu
Zaprzysięgła przy powiciu,
I mnie w Arkadyi pierwszy dzień zabłysnął,
Jednak łzy tylko czas rączy wycisnął[1].

Czesław.

Któż tego z boskim wieszczem powtórzyć nie może!
Komuż choć raz nie błysły piękne życia zorze,
Któż nie doznał nadziei, i któż jej nie tracił!
Ach, któż uśmiech przelotny łzami nie opłacił!...
I ja się w świat rzuciłem, jak w matki objęcie,
Na tyle szczęścia, zrazu słabem miał pojęcie,
Miłość, czynność, uczciwość, żebrząc podawałem,
Lecz mnie nie zrozumiano. Czynnego z zapałem
Zimny przyjął rachunek... ufnego zdradzili...
Kochającego, w krótkiej zapomniano chwili...
Odparte wszelkie czucie w sercu tylko wrzało...
Wygorzało nareszcie... śladu nie zostało.

(spokojniej)

Sam więc bez towarzyszów idę w dalszą drogę,
Stronię ludzi, bo z nimi zgodzić się nie nie mogę,
Nie kocham, nie szacuję, lecz nie nienawidzę.

Astolf.

Dla mnie nienawiść mało, ja się nimi brzydzę:

Czy z własnej winy, czy też z natury układu,
Co ma złości hyena, co padalec jadu,
Złącz z fałszem, zemstą, myślą co wszystko docieka,
I dodaj okrucieństwo, masz duszę człowieka.





SCENA V.
Astolf, Czesław, Kapka (z herbatą).
Kapka.

To mi herbata! lepszej i sułtan nie pije...
To zapach! to moc! Ledwiem doniósł, tak w nos bije.

(stawiając herbatę)

Dodałem pół łyżeczki... kto czeka nie traci...

(do kosztującego)

Prawda?

(na stronie)

Za pół łyżeczki poeta zapłaci.

(do Czesława)

Co za smak! prawda? zapach! angielska prawdziwa;
Cieszy się nosek pański.... języczek używa,

(Czesław odwraca się od Kapki podpierając się na łokciu)
(na stronie)

Nikomum przez poetę dzisiaj nie dogodził.

Astolf.

Panie Kapko, czyś Waćpan poetą się rodził?

Kapka.

Jakto?

Astolf.

Czy piszesz wiersze?

Kapka.

Czy ja wiersze piszę?
Ja? Niech mnie Pan Bóg broni.

Astolf.

Czemuż zawsze słyszę,
Że poezyą wzywasz?

Kapka.

Ach, wzywam, niestety!
Bo w gardle stoją wiersze jednego poety.

Astolf.

Jakto?

Kapka.

Rok temu, jakaś pani, stara, chora,
Wdowa zkądsiś, jakiegoś, nie wiem, profesora,
Przybyła do nas z synem. Nikt tego nie przeczy,
Zrazu Edwin był chłopcem dobrym i do rzeczy,
Zarabiał jak mógł, pismem, rachunkiem, usługą,
A gdy lichy zarobek nie starczył na długo,
Chętnie, nad siły często, do pracy się stawił,
By tylko swojej matce jaką ulgę sprawił;
Nareszcie sprzedał książki i sprzętów ostatki,
Na najnędzniejszy pogrzeb, ale pogrzeb matki.
Ta uczciwość ściągnęła wszystkich mieszczan oczy,
Każdy dać mu zarobek był zaraz ochoczy;
A nasz pan Burmistrz, który na wszystko uważa,
Od razu go posunął na urząd pisarza.
I ja mu także dałem darmo dwa pokoje,
By tam czego nauczył Zuzię, córkę moję.
Ale Pan Edwin wkrótce, jak się odpasł nieco,
Nuż do wierszy... a wiersze jakby z worka lecą:
Zagadki, bajki, ody, czart tam wie nazwiska!
Pisze a pisze, Panie, aż mu pióro pryska.

Nie dość, całe już miasto jego wiersze czyta,
Zwłaszcza kobiety, każda jak marcypan chwyta.
Żadna nie wie co kura, co jaja, kurczęta,
Nie wie co mąka, krupy, a wiersze pamięta;
A moja panna Zuzia najbardziej bryknęła,
Czytywać jego wiersze i lubić zaczęła.
No, myślę sobie, wiersze, kto tam to uważa;
Ba! aż tu dalej panna z wierszy do wierszarza.
Hola Mospanie! nie ucz! diabli z tej nauki!
Co mi z tego dobrego?

Astolf.

Z tej nauki, wnuki.

Kapka.

Do nóg upadam.

Astolf.

Nie chcesz?

Kapka.

Pan nadto wesoły.

Astolf.

Co, nie chcesz dać mu córki? dla czego?

Kapka.

Bo goły.

Astolf.

Cóż ci to może szkodzić?

Kapka.

A cóż więcej szkodzi?

Astolf.

Ale, kiedy córka chce, wszakto o nią chodzi.

Kapka.

Jakto, własne me dziecie w złą mam puszczać drogę?
Nie zapobiedz nieszczęściu, gdy przewidzieć mogę?
A cóż więc ku rodzicom miłość, wdzięczność wznieci?

Astolf.

Baśnie, stare powieści o wdzięczności dzieci.
Pókiś córce potrzebny, pótyś ojciec drogi,
Sprzeciwisz się w czémkolwiek: z ojca tyran srogi.
Zmusiłeś ją nareszcie i dobrze się stało:
To dobro, nie najlepsze, dla niej zawsze mało;
A cóż dopiero, przymus gdy zły obrót bierze:
Złorzeczenia rodzicom, to dziecka pacierze.
I jakąż z losu córki możesz mieć nadzieję?
Czego się troszczysz, po co głowa ci siwieje?..
A chceszli gwałtem jaką zniewolić usługą,
Daj majątek... a dawszy nie popasaj długo.
Wtedy dzwony, żałoby, oświadczą ci dzięki
I dostaniesz nagrobek z twego zięcia ręki.

Kapka.

Już niech tam będzie co chce, ja się nie odmienię..
Nareszcie i sumienie...

Astolf.

Co to jest sumienie?

Kapka (cofając się).

Co to jest?

Astolf.

Tak — co to jest.

Kapka.

No... kto ma zasady...

Astolf.

W dramach, prawda, widziałem okropne przykłady,
Jak zgryzota sumienia zbrodniarza karząca
Szarpie w nocach bezsennych i z łoża wytrąca —
Włos zjeżony — wzrok dziki — w pół nagi — bez tchnienia.
I kiedy dobry aktor, dość robi wrażenia.
Lecz w świecie! ile razy widzieć ci się zdarzy,
Widzisz łotrów opasłych, rumianych zbrodniarzy,
Chrapią na miękkich łożach i z sumieniem razem,
Kołysani w śnie jeszcze swych zysków obrazem.

Kapka.

Dobrej nocy im życzę.

Astolf.

Nie dręcz się więc trwogą.
Wydaj córkę, niech idzie zwykłą teraz drogą;
Że ci najlepiej radzę, poznasz w rok dopiero.
Bo widzisz, kochają się, potém się pobierą,
Potém ona go zwiedzie, potém on porzuci,
Potém płacz, jęk, a potém do ciebie powróci.

(śmiejąc się wychodzi).




SCENA VI.
Kapka, Czesław (dostaje książkę i czyta).
Kapka.

To mi panicz do rady, niechże Pan Bóg broni!
Aż mi się w głowie kręci, aż mi w uszach dzwoni.

A to jakiś heretyk! a to bez czci, wiary!
A co za język!.. czekaj nie ujdziesz bez kary.

(siada przy stoliku, dobywa z pugilaresu rachunek i ołówek; mrucząc).

Stancya, światło, kawa, wino, sér, sałata...
Summa złotych dwanaście... zapłacisz dukata.

(chowając rachunek).

Wszystko zganił, obgadał, we wszystko się wścibił...
I ten... siedzi jak mruk... hm!.. także mi uchybił.

(dostaje drugi rachunek).

Od niego... złotych dziewięć... dwanaście zapłaci;
Tak... niech kochają ludzi jakby własnych braci.





SCENA VII.
Kapka, Zuzia, Czesław
(czyta, tyłem do nich, obrócony).
Kapka.

Panno Zuzanno!.. bliżej... jeszcze... w górę głowa...
Jeszcze... uważać teraz wszystkie moje słowa:
Jestem ojcem Waćpanny... wiesz o tém Waćpanna?
Wiesz?

Zuzia.

Wiem.

Kapka.

Kocha cię Edwin?

(milczenie).

Odpowie Zuzanna?

Zuzia (cicho).

Kocha.

Kapka.

Kochasz ty jego?

Zuzia (ciszej).

Kocham.

Kapka.

Chce się żenić?

Zuzia.

Chce.

Kapka.

Ty, chcesz pójść za niego?

Zuzia.

Jeżeli mam cenić...

Kapka.

Chcesz czy nie?

Zuzia.

Chcę, chcę.

Kapka.

Szczérze?

Zuzia.

Całą duszą moją.

Kapka.

Gdy więc twoje nauki na tym stopniu stoją,
Gdy on kocha, ty kochasz, kochacie wzajemnie,
Gdy tylko pozwolenia czekacie odemnie,

Jako ojciec troskliwy o swe własne plemię,
Ojciec dobry, powolny, a nie bity w ciemie,
Twoje dobro jedynie mający na względzie,
Daję rękę... że z tego... nic a nic nie będzie.

Zuzia.

Spodziewam się...

Kapka.

Zuzanna niech się nie spodziewa.
Izdebka darmo dana gdzie poeta śpiewa
Na kapustę potrzebna. Niech mi się wynosi
I po innych już strychach swoje wiersze głosi.

Zuzia.

Za cóż go tak wypędzać, i znieważać za co?
Toż on zasłużył od nas swoją szczérą pracą?
Jeżeli go nie kochać, wdzięczną mu być muszę,
On otworzył, ukształcił i wzniósł moją duszę;
Dla czegóż tobie, ojcze, niema być przyjemnie,
Widzieć ten postęp światła, tę odmianę we mnie.

Kapka.

Nadto, nadto jéj rozum za tém światłem śpieszy;
Mędrszaś już od prababki, i to mnie nie cieszy.
Naco, poco tych nauk? jak Kapki Kapkami,
Żadna Kapczanka nauk nie brała wierszami.

Zuzia.

Ależ kochany ojcze, mylnie wnosisz sobie,
Że nad czytanie wierszy, nic więcej nie robię,
Przeciwnie, te czytywać niedawnom zaczęła.

Kapka.

Cóż więc? czego się uczysz? jakie umiesz dzieła?

Zuzia.

Uczę się historyi.

Kapka.

Na co to się zdało!
Wiedz co się z tobą dzieje, nie co gdzieś się działo.

Zuzia.

Także geografii.

Kapka.

Jeszcze czego, proszę!
Jaka na filozofa! I ja mylnie wnoszę?
Żeby choć jeden przedmiot, jeden nienaganny!

Zuzia.

Także obcych języków.

Kapka.

Dość jeden dla panny.
Rachować, czytać, pisać, to mądrość kobiety;
Summa summarum żoną nie będziesz poety.
Powiedz mu jak tu przyjdzie, jakie me rozkazy,
I powiedz, że jednego nie mawiam dwa razy.





SCENA VIII.
Zuzia, Czesław
(jak wprzódy).
Zuzia.

Skończyły się dni szczęścia, zaczęły niedoli,
Jak tamte szybko zbiegły, te pójdą powoli.

Czemuż świat nowy moja rozpoznała dusza,
Kiedy stan mój w dawniejszym zostawać przymusza?
Na toż poznając miłość, najczystsząm poznała,
Aby ją tracąc, boleść dwojaką się stała?





SCENA IX.
Zuzia, Edwin, Czesław
(jak wprzódy).
(Edwin mówi zawsze z czuciem, często z uniesieniem).
Edwin.

Wiadomość, droga Zuziu, obojgu nam miła...
Ale nie jesteś sama...

Zuzia.
(ciszéj, przy przeciwnéj stronie Czesława).

Jakbym sama była:
Od godziny tak siedzi, nie słyszy, nie gada,
Chcąc nawet aby słuchał, prosić go wypada.

Edwin.

Czy głuchy?

Zuzia.

Nie.

Edwin.

Niemy?

Zuzia.

Nie.

Edwin.

Cóż?

Zuzia.

Nie wiem.

Edwin.

Choroba?

Zuzia.

To wiem tylko, że mi się całkiem nie podoba.
Dwóch, jeden jak i drugi, zły, groźny, ponury,
Zajechali tu wczoraj jak dwie czarne chmury,
A jużci grzmoty, hałas nieustanny w domu,
I na nas wszystko spada, co zagrozi komu.

Edwin.

Jakto?

Zuzia.

Znasz mego ojca, jak rozmawiać lubi,
Jak się chętnie dostatkiem swego domu chlubi,
Jak go boli i martwi, kiedy kto co zgani;
A ci jemu na przekór jak gdyby wybrani,
Jeden z nim mówić nie chce, drugi wciąż go łaje,
Albo drażni drwinkami, gdy nagan nie staje,
Tak, że się już mój ojciec nie posiada w złości
I ciebie tém obdarza, czém nie może gości.

Edwin.

Mnie?

Zuzia.

A ciebie, bo twoja sprawiła sielanka,
Że kiedym ją czytała, wybiegła śmietanka;
Że kiedy z sparzonemi wpadł ojciec palcami,
Byłam zajętą... i czém, niestety!... wierszami.
Ztąd spadła wszystkich nieszczęść na wiersze przyczyna,
A z wierszy na nauki, z nauk na Edwina;
Słowem przyrzekł, że mając me szczęście na względzie,
Z naszej czułej miłości nic a nic nie będzie.
Mojej prośby nie słucha, z moich łez się śmieje,
A ja widzę, że próżno mieć dalej nadzieję.

Edwin.

Ja tak myśleć nie mogę. Ach Zuziu kochana,
Nie tak skąpo nadzieja sercom naszym dana,
Aby lada przeciwność mogła ją niweczyć.
Przykre nasze stosunki, trudno temu przeczyć;
Ale miłość prawdziwą, i czystą jak nieba,
Aby zniszczyć... O, ileżto na to nie trzeba!
Węzeł duszę łączący nie tak łatwo skruszyć,
Wzdryga się ludzka władza siłą go naruszyć,
Przeznaczenie go nawet szanować się zdaje,
A każda mu sekunda świętości dodaje.
Jeśli więc czasem chmura słońce nam zasłoni,
Czekajmy, może wkrótce wietrzyk ją przegoni;
Jeśli nam przeciwności przygaszą nadzieje,
Czekajmy, może wkrótce znowu nam zatleje.

Zuzia.

Ty wziąłeś moję duszę, ja nie mam jej w sobie,
Myślę, gdy ciebie słucham, żyję, gdym przy tobie,
W tobie mój los obecny, moja przyszłość cała,
Ty nie tracisz nadziei, jam ją odzyskała.

Edwin.

Oto właśnie z stolicy listy odebrałem:
Sztukę moję już grano... przyjęto z zapałem.
Imie autora, ojca zasługi wspomniało,
Którego wiele czczono, nagrodzono mało;
Kilka już osób ceniąc mój talent łaskawie,
Obiecało wyrobić, bym miał chleb przy sławie:
Urząd przy bibliotece nieznaczący wiele,
Ale który do wyższych drogę mi uściele.
Weź listy, pokaż ojcu, pokaż i gazety,
Wyrocznią teraz jednę biednego poety;

Trudno, by dla tych wieści zmienił swoje zdanie;
Ale w rozłączeniu nas, mniej skorym się stanie.

Zuzia.

O, ręczę, że jak tylko o wszystkiem się dowie,
Przeciw naszéj miłości i słowa nie powie;
Jesteś sławnym autorem, jesteś na urzędzie,
Czegóż chce jeszcze... biegnę... wszystko dobrze będzie.





SCENA X.
Edwin, Czesław (jak wprzódy).
Edwin.

Jestem więc „na urzędzie... i sławnym autorem.“
Szkoda tylko, że światu nie może być wzorem,
Zatém urząd i sława w nadziei zostanie,
Lubo droższe nad świata, jest kochanki zdanie.





SCENA XI.
Edwin, Astolf, Czesław
(jak wprzódy).
Astolf (z ironią).

Pewnie pan Edwin? (Czesław słucha rozmowy).

Edwin.

Tak jest.

Astolf.

Wiem z ust gospodarza,
Jakie mu jego talent przeciwności zdarza.
Mówił, że kochasz Zuzię...

Edwin.

Mówił, ach mój panie,
Ale jak kocham, tego mówić nie był w stanie.
Pierwszym wzbudził jej czucie, nową duszę stworzył,
Nie, mylę się, jam tylko jej duszę otworzył.
W zawiązku były nieba najpiękniejsze dary,
Pojęcie, cnota, godność, i miłość bez miary,
Nie mdły rzut oka w oku wyśledzał nagrody,
Nimeśmy się kochali, znaliśmy się wprzódy;
Przyjaźń zbliżała zwolna nasz zakres daleki,
Nim dusze w jednę istność spłynęły na wieki.

Astolf.

Prawdziwie, wieszczym duchem obraz utworzony;
Ale pozwól niech w niego spojrzę z drugiej strony:
Jesteś poetą... a ztąd oczywiste zyski.
Dla poety, to wiemy, każdy stopień nizki,
Przed nim i ścieżka życia w przestrzeń się rozdyma,
Końca na szczytach świata, ani granic niema;
Żeniąc się zaś tak młodo z córką oberżysty,
Zniknie w dymie kuchennym Feba promień czysty.
Dlaczegóż twojej sławie raz zadajesz zgubny?
Stracisz wartość u siebie, stracisz wieniec chlubny,
Co może jakiś, kiedyś gazeciarz ci poda,
I tych krwawych poświęceń jakaż jest nagroda?

Edwin.

Jéj miłość, moje szczęście, to istotne zyski,
I tych pewnie nie zniszczą satyry pociski.

Astolf.

Miłość! miłość kobiety ma wszystko nagrodzić?
Miłobyto nam było tym snem się uwodzić,
Gdyby nie przebudzenie, za blizkie, niestety!
Wierzysz, biedny, kobietom, nie znasz co kobiety!

Kocha cię, mówisz, kocha? przysięgać ci będzie,
Życie swoje narazi w szalonym obłędzie,
Puszcza, byleby z tobą, powabem ją znęci,
Spokój... imie... majątek... wszystko ci poświęci,
Wtedy tylu dowodom raz zaufasz przecie,
Uwierzysz, że nad ciebie nic już niema w świecie,
Pomyślisz, że i cnotą chcąc się jeszcze szczycić,
Musi, jak powój drzewa, ciebie się uchwycić;
Ale nie! Sama nie wie, mniej czuła niż płocha,
Czy jutro kochać będzie tego co dziś kocha;
Ginie, kona dla ciebie... i nie zna po chwili.
Wtenczas niech się twój umysł wstrzymać jéj nie sili;
Twoje prawa są niczém, twój gniew nic nie znaczy,
Z twoich wyrzutów śmieje, cieszy się z rozpaczy.
O! ten, co swoje szczęście połączył z kobiétą,
Chwycił gałąź bluszczową nad przepaścią skrytą:
Urywa ją i pada, ginie wśród kamieni,
A na górze bluszcz bluszczem znowu się zieleni.

Edwin.

Podług złej małej cząstki, całego nie mierzę,
I będę czcił płeć piękną, póki w cnoty wierzę:
Pierwszy mój uśmiech, usta do kobiety wzruszył,
Pierwszą łzę moją oddech kobiety osuszył,
Pierwsze słowo, jej mowa kształciła pieszczona,
Do kobiétym najpierwéj wyciągnął ramiona,
I kiedy w mgle dzieciństwa matkę poznawałem,
Nie wiedząc co kochanie kobiétę kochałem.
A jeśli późniéj ojca surowe nauki
Uczyły jak żyć trzeba, i cierpienia sztuki,
Jeśli im winien jestem miłość, stałość w cnocie,
Nie mniej możem jest winien i matki pieszczocie:
Dobroć, miłość, cierpliwość, najświętsze zasady

Wpajała w młode serce własnemi przykłady,
I poznałem, gdym przejrzał lat młodych ciemnoty,
Że życie dobrej matki, pierwszą szkołą cnoty.
Upodobanie stałe tej samej zagrody,
Gdzie, jakby sen pieszczący przesnuł się wiek młody,
Powab, co z blasku świata i sławy zapału
W cichy obwód rodziny przyciąga pomału,
Władzę, co lekkiém tknięciem duszę naszą budzi,
Draźni, aby nagradzać, by upewnić, łudzi,
I ta pewność, ta pewność, szczęścia czyste zdroje!
Żem zyskał drugie serce, że jest całkiem moje,
Ta pewność, że w dwóch sercach jedno tylko bicie,
Komu winni jesteśmy, jeśli nie kobiecie?

Astolf.

Wieszczu, teraz postrzegam, już jesteś zgubiony,
Niema dla cię ratunku... szukaj sobie żony.
Twój upór jakby siedział we krwi, a nie w duszy,
Łatwiej go jaki plaster, niźli dowód wzruszy.
Ale gdy teraz na bok broń satyry złożę,
Powiedz, u nas twój talent co obiecać może?
Każdy co pisze, pisze dla zysku lub chwały.
Zysku, nie znajdziesz wcale, albo bardzo mały;
I choćbyś był Homerem, gdy pieniędzy nie masz,
Twój rękopism w szufladzie do śmierci zatrzymasz;
Albo nareszcie drukarz, gdy poprosisz czule,
Z długim myłek rejestrem wyda na bibule.
Ale cóż? Nic i z tego... nikt się i nie spyta,
Bo każdy dziś chce pisać, a mało kto czyta.
Sława więc, powiesz. Dla nas już minęła pora:
Europa teraz cała ojczyzną autora.
Niemiec, Włoch i Francyi krzyżują się dzieła;
Nasze? jakżeto ciasna granica objęła!

Dwa albo trzy teatry i wózek księgarza,
To teraz pole sławy polskiego pisarza;
A te biedne teatry, gdzie na jednej scenie
Dzisiaj klaszczą Barbarze a jutro Syrenie,
I szczęście jeszcze, jeśli nie te same usta
Głoszą śpiew Terefercia i żale Augusta.
Jednak, jeśli wystąpisz uczniem Melpomeny
I na pięć długich aktów rozwałkujesz treny,
Każdy widz już przychodząc smutku się spodziewa,
I jeśli łez nie roni, to przynajmniej ziewa.
Lecz wesołej Talii gdy podniesiesz maskę,
Tylu sprzecznych rozumów jakże zyskać łaskę?
Ten prawdę, tamten dowcip, ten koziołki lubi,
Ten znowu z cyrklem tylko, w rozmiarach się gubi;
Tamten scenie zazdrości jej własnej przestrzeni,
Temu ciasna i duszna, gdy się w świat nie zmieni;
A ci zaś którym Geoffroy pozawracał głowy,
Którym gazety płacą ich wyrok surowy,
Co uczą pisać drugich nim nauczą siebie,
Białe dotąd swe pióra zaczernią dla ciebie
I gdy ich tylko głosy przerwą czasem ciszę,
Musisz się w końcu spytać: Dla kogo ja piszę?

Edwin.

Niech nie kazi świętego nazwiska poety,
Kto trwóżném okiem szuka zamierzonej mety:
Nie zabrzmi lutnią wdzięcznie; próżno w nią uderza,
Kto liczy własne zyski, korzyści przymierza.
A jeśli nucić będzie za Fortuny kołem,
Jeśli swój byt powlecze korném bijąc czołem,
Nie znajdzie różczki lauru na spodlone skronie,
Nie przejdzie grobu sławą i umrze przy zgonie.

(ze wzrastającym zapałem).

W wyższą, jaśniejszą przestrzeń wieszcz prawy poziera,
Jemu źródło światłości, niebo się otwiera:
Ztamtąd promień ściągnięty w luby dźwięk rozradza
I na świat błędnych marzeń nowy świat sprowadza.
Niech chwyci złoty bardon, wzniesie święte pienie,
Leje w duszę, jak strumień, własne uniesienie:
Za nim błagalne chóry brzmią w świątyniach Boga,
Nadzieja poi prawych a występnych trwoga;
Za nim powtórzą wnuki swych pradziadów dzieje,
A w najzimniejszych sercach chęć sławy zatleje;
Miłość, co jednym wieńćem objęła świat cały,
Przejmuje łono wieszcza i wiedzie do chwały;
Miłość przez jego usta sama siebie głosi
I do cnoty i zgody każde czucie wznosi.
A jeśli mu nad grobem wawrzyn się zagęści,
Jeżeli się przyłożył choć w najmniejszej części
Do sławy swego kraju, do dobra współbraci,
To nagroda poety, tej nigdy nie straci!

Czesław.

O, zachowuj te myśli: są duszy ozdobą,
Ich urok sięga wkoło, porywa za sobą...
Pomogę ci do szczęścia, spełnię twą nadzieję
I przy ogniu serc waszych i moje zagrzeję.





SCENA XII.
Astolf, Czesław, Edwin, Kapka, Zuzia.
Kapka (mając gazety i list w ręku).

Tam do kata! to dobra! to mi kapitały!
Krytyki dwa arkusze, trzy wiersze pochwały.

(do Edwina).

Jednak gdzieindziej proszę szukać sobie żony,
Mówiłem i powtarzam... Sługa uniżony.

Czesław.

Słuchaj mnie, Panie Kapko. Jestem dość bogaty,
Żyję sam bez przyjaciół, krewnych, nieżonaty;
Wyrzekłem się już szczęścia wyrzekłem się ludzi,
Myślałem, że mej duszy nic już nie obudzi;
Dzisiaj zapał młodzieńczy, to czyste wejrzenie
W piękny dar życia, w przyszłość, w całe przyrodzenie,
Wstrząsło moję istotę... Mogłem łzę uronić...
Choćby znów błędnym czuciom nie chcę serca bronić;
Chcę zapomnieć com cierpiał, żyć szczęściem Edwina:
Niech się żeni z twą córką, biorę go za syna.

(do Edwina i Zuzi).

Nie chcę od was wdzięczności, miłości nie żądam,
Niech tylko przy was będąc na szczęście spoglądam.

Zuzia.

Za tyle dobrodziejstwa...

Czesław.

Nic darmo nie daję.

Edwin.

Lecz całe szczęście nasze...

Czesław.

Mojém się już staje.

Kapka.

Milczałeś Pan, to prawda i to czas niemały,
Lecz warto milczeć, warto, choćby i rok cały,
Byle się tak odezwać, jak się Pan odzywa.

Edwin (do Kapki)

Mogę się więc spodziewać...

Zuzia (do Kapki).

Będę więc szczęśliwa?..

Kapka (dając rękę córki Edwinowi).

Na, masz, bierz, szczęść ci Boże, teraz rymuj sobie.

Astolf (do siebie).

Sam, sam jestem na świecie, postrzegam w tej dobie;
Ten, równie nieszczęśliwy, pociechę otrzyma,
Dla mnie tylko natura i uśmiechu niema.

(w złości).

Kapko! ty Kapko! koni, bo sobie w łeb strzelę.

(wychodzi i trzaska drzwiami).
Kapka (biegnąc ku drzwiom).

Dla Boga, niechże jedzie!

(wraca i ogląda się, cicho do Zuzi).

Za tydzień wesele.

(głośno).

A mój dom, co był dotąd pod francuzką szpadą,
Od dziś dnia jest oberżą pod czułą balladą.



Przypisy

  1. Schiller, Resignation.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.