Pod lufą pistoletu (zbiór)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pod lufą pistoletu
(zbiór)
Podtytuł Opowiadanie
Wydawca Skład u F. Kasprzykiewicza i S-ki
Data wydania 1904
Druk Druk i Lit. F. Kasprzykiewicza
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
POD LUFĄ PISTOLETU.
OPOWIADANIE
przez
E. Hornunga.



WARSZAWA.
Skład u F. Kasprzykiewicza i S-ki
Bielańska № 5.

1904.

Druk. i Lit. F. Kasprzykiewicza, Miodowa 6.




SPIS TREŚCI


POD LUFĄ PISTOLETU.

Dzwony kościelne, ochrypłe i przenikliwe, jak zaziębione od mrozu, wzywały na nieszpory.
Cała okolica była zalana łogodnem i spokojnem światłem księżyca — wraz z tonącą w śniegu wioską i kopułą kościoła, całą pokrytą śniegiem, i stojącą na uboczu czyściutką willą z jasno oświetlonemi oknam i... A w górze, ponad tem wszystkiem widniało bezdenne i nieobjęte wzrokiem szafirowe niebo.
I panowała cisza i spokój hen w oddali, ponad ziemią, zalaną księżycowym blaskiem.
Ale niestety! — na ziemi nie masz pokoju!.. Drzwi czyściutkiej willi otwarły się i zamknęły się znowu za wychodzącą na ulicę nieśmiałą i zafukaną kobietą, której stary Fitch, jej mąż, odmówił właśnie drobnych pieniędzy. A biedaczka tak pragnęła złożyć także i swoją ofiarę na talerza kościelnym!
Śladem wychodzącej na mróz i zimno kobiety, z drzwi otwartych wybiegło przekleństwo, posłane za nią w pogoń, wraz z przepełniającą pokój parą z gorącego grogu i sinemi kłębami tytuniowego dymu.
Stary Fitch miał przeszło lat sześćdziesiąt, a kobieta, udająca się do kościoła, była jego trzecią żoną. Nie przyniosła mu ona żadnego dziecka i Fitch niemiał ani syna, ani córki, którzy mogliby mu ogrzać swoją obecnością jego ognisko domowe.
Dziwny to był starzec; chytry, rozpustny, egoista, wreszcie, niezbyt niemiły za drzwiami swojego domu, a na swoje lata prawdziwy cud zdrowia i energii. Pił do woli, ale nigdy nie był pijanym, nikt nigdy nie mógł zauważyć, ażeby hulatyka niedzielna sprowadziła jaki mankament przy jego poniedziałkowych wypłatach albo umowach.
Z fachu, był to handlarz zwierzyny, pośrednik zbożowy i lichwiarz. Połowa wsi powierzała mu na zastaw swoje ruchomości i nieruchomości. Na pozór, był to człowiek średniego wzrostu, z krzywemi nogami, o szerokich barach, wybitnie zarysowanych wargach, przenikliwych oczach i twardych, białych, jak śnieg na dworze, włosach.
Dzwony umilkły i w ciągu minuty w chacie nie było słychać ani jednego dźwięku, oprócz klekotania garnka, stojącego na ogniu.
Teraz Fitch wydobył flaszkę z wódką i nalał sobie aż po brzegi drugą dymiącą się szklankę grogu. Podczas gdy śledził jak topniał cukier, do uszu jego przez ciche mroźne powietrze doleciało kilka taktów organu, przyczem stary uśmiechnął się cynicznie, łyknął nieco grogu i cmoknął ustami. Obok fajka i gazeta tygodniowa, a w kilka minut później stary Fitch upajał się jednocześnie i pierwszem i drugiem i trzeciem.
Fitch usnął już przy tej gazecie w dzień, po niezwykle smacznym i obfitym obiedzie, ale wtedy nie spojrzał nawet na najciekawsze dla niego wiadomości. Teraz za to gazeta wydała mu się ciekawszą niż zazwyczaj. Był tam opis jakiejś skandalicznej historji jaka się zdarzyła w wyższym świecie.
Historja ta była opowiedzianą na kilku szpaltach i rozdzielona na kilka rozdziałów z arcy pikantnemi tytulikami, tak, że aż ślina szła do ust staremu. Wreszcie, nie tylko ten jeden artykuł budził w nim zaciekawienie; było tam kilka samobójstw, jedno zabójstwo, wykonane w sposób artystyczny, kradzież nocna z włamaniem i... co to jeszcze?
Fitch nagle zmarszczył brwi, gdy spojrzenie jego chytrych oczu upadło mimowoli na jedną z rubryk; potem, znienacka wychrapał ściśniętym głosem przekleństwo i jakiś czas siedział nieruchomo. Fajka zgasła mu w ustach, a grog ostygał w szklance. Teraz wyraźnie można było słyszeć śpiewanie psalmów w kościele, stojącym bardzo blisko od willi.

Ale stary nic nie słyszał i o niczem nie myślał, z wyjątkiem leżącej przed jego oczyma krótkiej wzmianki:

„UCIECZKA Z PORTLANDU!
Jeden galernik zabity, drugi ranny, ale trzeci umknął bez szwanku i znikł.

„Wczoraj zrana cały Wejmut został poruszony wiadomością, która obiegła miasto lotem strzały, że kilku galerników uciekło z Portlandskich kazamatów. Zdaje się, że kilku ludzi z liczby więźniów, pracujących nazewnątrz więzienia, powzięło dobrze obmyślany plan przywrócenia sobie wolności, albowiem wczoraj wieczorem trzech z nich, skorzystawszy z pomyślnej chwili, jednocześnie odłączyło się od swojej partji.
„Kazano im się zatrzymać, a ponieważ nie posłuchali rozkazu, konwój zaczął do nich strzelać.
„Jeden ze zbiegów padł na miejscu, drugi został tak ciężko ranny, że go natychmiast pochwycono, leży on teraz w lazarecie, a życie jego wisi na włosku. Trzeci więzień, nazwiskiem Henryk Kattermol uciekał dalej, pomimo że kilkakrotnie strzelano za nim i wkrótce znalazł się za linją strzałów. Goniono go dość długo, ale niebawem ostatecznie stracono go z oczu, znikł bowiem pośród mgły gęstej. Konwój uderzył na trwogę i roty wojska długo jeszcze, pomimo zapadłej nocy przeszukiwały całą okolicę — łotr jednak przepadł i do tej chwili jeszcze, pochwycony nie został.
„Godzi się przypomnieć czytelnikom, że jest to ten sam Kattermol, który przed kilku laty został skazany na śmierć za zabicie dozorcy lasów w dobrach Lorda Wolborugha, znajdujących się w pobliżu Bury St. Edmunda. Karę złagodzoną mu wskutek tego, że przy sprawie została przedstawiona kula, która nie pasowała do fuzji oskarżonego.
„Pomimo że na sądzie były dane bardzo zadawalające atestacje o jego sprawowaniu, zarząd ciężkich robót w Portlandzie uważa go za bardzo hardego przestępcę, nader niebezpiecznego dla społeczeństwa, dopóki znajdować się będzie na wolności.“
Fitch przez kilka minut po przeczytaniu tej notatki dziennikarskiej, jął się w nią wpatrywać jakiemś upartem wejrzeniem. Ostatniem zdaniem, które utkwiło w przestrzeni jego wzroku było: „Henryk Kattermol na wolności!“
Jak długo tedy jest wolnym? Gazeta była z niedzieli, ale drukowano ją w sobotę, a była to jedna z ostatnich nowin. W notatce jest mowa „wczoraj zrana“, a to znaczy, że Kattermol zbiegł w zeszły piątek zrana. Teraz była niedziela wieczorem, a więc od ucieczki Kattermola ubiegło trzy dni.
A teraz inna kwestja zrodziła się w umyśle Fitcha: jak daleko od więzienia w Portlandzie do... do tej izby, w której on siedzi w tej chwili?
Stary Fitch, jak większość prostaków jego pokolenia, nie posiadał zbyt wielu wiadomości z geografii: znał on okolice tego miejsca, w którem mieszkał, i drogę do Londynu, ale nic więcej.
Wiedział, że Portland znajduje się po za Londynem. Ale mógł być o mil dwadzieścia czy dwieście — bądź jak bądź umierające ze strachu serce starego i jego drżące jak w febrze ciało czuły, że czy Portland leży blisko czy daleko, czy śnieg jest głęboki czy też wcale go niema, lecz — albo Henryk Kattermol już jest pochwycony, lub też, jeżeli nie, to w tej chwili znajduje się na drodze do jego chaty...
Uczucie trwogi zmroziło wszystką krew w żyłach starego Fitcha, pomimo, że jego usta chciwie przylgnęły do szklanki, którą kilka minut temu napełnił z tak lekkiem sercem. Później na chwilę, krótką bardzo, uczuł przypływ sztucznej odwagi; opadł na tył krzesła i roześmiał się głośno, ale śmiech jego rozległ się jakoś dziko po pustej chacie.
Stary spojrzał na swoją fuzję, rozszerzoną przy końcu w kształt dzwonu, a leżącą w tej chwili na kominie, a widok broni dodał mu nieco pewności siebie, fuzję bowiem zawsze miał nabitą.
Wstał i zaczął gwizdać jakąś piosenkę, ale urwał na pierwszym takcie.
— A! Niech go djabli wezmą! — zawołał głośno — powinniby go byli powiesić, a w tedy nie doznawałbym tak szkaradnego uczucia. Świetnie się stanie, jeżeli go teraz złapią i zabiją, inaczej boję się, że będę musiał zawsze tchórzyć, dopóki Kattermol żyć będzie.
Stary Fitch otworzył na chwilę drzwi wychodowe i ujrzał cienki sierp księżyca, jasno oświetlający pokrytą śniegiem ulicę, ale nie spostrzegł ani żywej duszy, a przecie tym razem stanowczo był mu potrzebny jakikolwiek współbiesiadnik.
Głosy chóru, rozlegające się z mroźnem powietrzem i wydające się bliższemi, niż kiedykolwiek, dodały mu nieco męztwa.
Zamknął drzwi znowu, przekręcił ciężki klucz w zamku i starannie opatrzył obie zasuwy.
Stał jeszcze, pochylony nad zasuwą dolną, gdy wzrok jego padł znienacka na nogę, ubraną w połachmanioną nogawicę spodni i obutą w grubą ordynarną pończochę, a stojącą w tej chwili tuż za nim. Niezwłocznie przyłączyła się do niej druga noga w takich samych łachmanach i w takiej samej pończosze.
Ani pierwsza, ani druga nie spowodowały najmniejszego hałasu, nogi te bowiem, stąpające najzupełniej bez dźwięku, jak kocie łapy, nie miały obuwia, a za to pończochy biły w oczy niezwykłą jaskrawością swoich pasów.
Wtedy stary Fitch zrozumiał, że nieprzyjaciel odszukał go.
Stał jak wryty, nie mogąc ruszyć się z miejsca i czekając, że tylko, tylko patrzeć, a w środek jego szerokich pleców wtłoczy się nóż, i kiedy, zamiast tego, zbiegły więzień uderzył go po karku dłonią, Fitch doznał przez chwilę wrażenia, jakgdyby istotnie zadano mu cios nożem.
Zrozumiawszy nareszcie, że wcale nie jest rannym, stary Fitch odwrócił się do zbiega, wciąż jeszcze bezsilnie jakoś pochylony naprzód.
Tu czekało go nowe wzruszenie. Czyżby to był w istocie Henryk Kattermol? Kłusak, mający zwyczaj polowania na cudzą zwierzynę, był dorodny i krępy, podczas gdy stojący teraz przed nim zbieg z kazamatów był szczupły i chudy. Pierwszy był pełen życia i młodości, drugi był żółty, jak pergamin, a krótka szczecina, którą porosła jego ogolona głowa i chude policzki, miała barwę ołowiano-szarą.
— To... to chyba Henryk Kattermol? — wyszeptał stary.
— Nie, teraz to nie Henryk Kattermol, ale kiedyś byłem nim i chciałbym nim zostać znowu! Ruszaj no przodem do ognia. Dobrze by było, ażebyś sam spróbował kiedy postać w swojej sieni. Przebyłem w niej z pół godziny i znajduję, że w niej djabelnie zimno.
Stary Fitch, nie mówiąc ani słowa, udał się naprzód, zbliżył się jak najniewinniej do ognia i nagle pochwycił za fuzję. Ale nie zdążył jej ująć. Lufa pistoletu, przyłożona do samego ucha, zmusiła go do odskoczenia. Zataczając się jak pijany, przebiegł na drugą stronę izby.
— Głupiś starcze! — wyszeptał Kattermol. — Miałżebyś przypuszczać, że zjawię się u ciebie bez broni? Siadaj na tem krześle, bo w przeciwnym razie łeb ci roztrzaskam.
Fitch usłuchał rozkazu.
— Doprawdy, nie... nie mogę zrozumieć — wybąkał niepewnym głosem — pocoś ty przyszedł do mnie?
— O tak, nie możesz zrozumieć! — drwiąco zawołał Kattermol.
— Gdybym był na twojem miejscu, to uciekłbym gdziekolwiek bądź, ale nie tu, gdzie mnie dobrze znają.
— Uciekłbyś tam, gdzie cię nie znają? A więc ty wiesz, stary, żem uciekł z więzienia?
— Właśnie przed chwilą wyczytałem o tem w tej, oto gazecie...
— Ahaha, pojmuję! Więc to o tem mówiłeś sam do siebie w chwili, kiedym uznał za dość bezpieczne opuścić twoją zimną sionkę. Toś ty mnie tak przeklinał! A jednak mówisz, że nie wiesz, pocom tu przyszedł! O, wiesz ty dobrze po co! Tak, tak, wiesz doskonale!
Zbieg usiadł na stole kuchennym i bacznie spoglądał z góry na siedzącego w fotelu i drżącego całem ciałem starca.
Miał na sobie długie palto, z pod którego widać było jakieś nędzne szmaty. Głowa ogolona i bujająca się tam i napowrót, obute w pończochy o jaskrawych pasach nogi, stanowiły jedyne oznaki jego zbiegostwa, i stary Fitch mimowoli spoglądał to na tę głowę, to na te jaskrawe pończochy, dziwiąc się, że też one nie wybawiły go od tych okropnych odwiedzin.
Kattermol odgadł jego myśli, i oczy błysnęły mu uśmiechem.
— Więc przypuszczasz, że przez cały czas szedłem w tych pończochach, nieprawdaż? — zawołał, klepiąc się po kolanie. — O nie, szedłem boso, dopóki nogi nie zaczynały mi marznąć ostatecznie, wtedy siadałem gdziekolwiek pod płotem, wciągałem pończochy i tarłem nogi dopóty, dopóki się nie ogrzały. Jak myślisz, gdzie mogłem dostać te nędzne, zgniłe szmaty? Zdjąłem je ze stojącego w pola stracha na wróble! Wcale nie miałem ochoty wdzierać się do byle spotkanego po drodze domu i zostawiać w ten sposób ślady za sobą po całej drodze. Ale wczoraj przejechałem sporą przestrzeń w pociągu towarowym, inaczej nie mógłbym być tu o tej porze, a zeszłej nocy rozbiłem skrzynię pod kozłem dla zdobycia sobie tego palta i wieczerzy i drugą skrzynię, dla zaopatrzenia się w pistolet. Zresztą, nie miało to już wtedy znaczenia, znajdowałem się bowiem o mniej niż dwadzieścia mil od ciebie. Od ciebie, stary djable, czy słyszysz, od ciebie?
Fitch kiwnął głową; twarz jego przybrała kolor szaro-popielaty.
— No a teraz, czy wiesz, pocom przyszedł do ciebie?
Fitch zwilżył językiem swoje sine wargi i wyszeptał cicho, jak konający:
— Poto, ażeby... ażeby mnie... zabić!
— Będzie to zależało od ciebie samego — odparł zbieg, głaszcząc ręką broń swoją.
— Cóż chcesz, ażebym uczynił?
— Musisz przyznać się do wszystkiego!
— Przyznać się? Do czego? — wyszeptał Fitch.
— Do tego, żeś fałszywie świadczył o mnie na sądach.
Starzec stłumił oddech, dla wysłuchania odpowiedzi; teraz odetchnął głośno i wyciągnąwszy z kieszeni ogromną chustkę, otarł pot z czoła.
Tymczasem zbieg, spostrzegłszy na etażerce przybory do pisania, wziął je do ręki i położył na stole tuż przy flaszce z wódką i kapciuchu z tytoniem.
— Przysuń się tak, ażebyś mógł pisać.
Fitch spełnił rozkaz.
— No, a teraz bierz pióro i pisz, co ci będę dyktował. Proszę cię tylko, nie podnoś głowy i nie patrz na mnie z taką pogardą! Słyszę śpiewanie psalmów tak dobrze, jak i ty; niedawno je zaczęli i nie przyjdą tu wcześniej, jak za godzinę. Nieprawdaż, jaka to szkoda, że nie poszedłeś do kościoła ze wszystkimi? A teraz pisz, to co ci powiem, słowo w słowo, albo, przebacz mi Boże, zastygniesz wkrótce.
Stary umoczył pióro w atramencie.
— Koniec końców — rozważał w myślach — wszak to wszystko, co on mi podyktuje, będzie napisane pod groźbą śmierci i nikt nie da wiary zeznaniom, wymuszonym w ten sposób.
Przygotował się do pisania.
„Ja, Samuel Fitch — zaczął dyktować Kattermol — zaświadczam tym dokumentem i przysięgam na Najwyższego Boga!.. Najwyższego Boga — napisałeś?.. — że ja, Samuel Fitch złożyłem fałszywe świadectwo przeciwko mojemu sąsiadowi, Henrykowi Kattermol, w czasie jego procesu, który się odbył na posiedzeniu sądu w Bury 27-go Listopada 1887-go roku. Prawda, że widziałem w lesie lorda Wolborugha zarówno Jamesa Seredga, byłego dozorcę lasów hrabskich, jak i Henryka Kattermola w noc na 9 Września 1887 roku. Prawda, że przychodziłem tam dla zobaczenia się z Seredgem, jak to zeznała jego żona; ale nieprawda, że słyszałem wystrzał i potem słowa, które miał jakoby wyszeptać Seredge, a mianowicie „Harri Kattermol“, gdym się zbliżył do niego i wpierw, zanim się doń odezwałem. Takie zeznanie sam sobie obmyśliłem. Rzeczywista prawda polega na tem...“ — Czekaj no, czekaj, pewnie dyktuję za prędko, tak mi długo tkwiło to w głowie! No, cóżeś tam napisał?
— Sam sobie obmyśliłem — powtórzył drżącym głosem stary Fitch, w oczekiwaniu, co też ten dalej powie.
— Dobrze! No a teraz, zbierz siły — rzekł Kattermol, nagle odwodząc kurek pistoletu. — „Rzeczywista prawda polega na tem, że ja, Samuel Fitch sam zabiłem Jamesa Seredga własnoręcznie“!
Fitch wypuścił pióro.
— To fałsz! — wykrztusił ochrypłym głosem — ja go wcale nie zabijałem, ja tego nie napiszę!
Lufa pistoletu skierowała się wprost na niego.
— Wolisz umrzeć, siedząc na swoim fotelu, czy tak?
— Tak.
— Dam ci jedną minutę do namysłu podług twego własnego zegarka.
Galernik ciągle celował jedną ręką w Fitcha, a drugą wyciągnął po zegarek i w tej samej chwili, gdy zegarek opuszczał mu się na dłoni, ręka jego dotknęła się na jeden moment zimnej i wilgotnej ręki starca.
Kattermol położył zegarek na stole tak, że obaj mogli śledzić bieg strzałki.
— Teraz zaczyna się twoja ostatnia minuta — rzekł, i nagle wydało się obydwom, że zegarek Fitcha cyka tak głośno, jak gdyby to był zegar ścienny, nakręcany raz na tydzień.
Fitch z frasunkiem pokręcał głową z jednej strony na drugą po oparciu fotela.
— Minęło piętnaście sekund — rzekł Kattermol.
Twarz starca była strasznie bladą i czoło błyszczało mu, jak śnieg, leżący na drodze.
— Połowa przeznaczonego czasu minęła — znowu przemówił Kattermol.
Minęło jeszcze pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia sekund i wtedy Fitch wziął pióro do ręki.
— Dyktuj — burknął — napiszę wszystko, co zełżesz, ale to ci nie pójdzie na pożytek, nikt nie uwierzy ani jednemu słowu z tego wszystkiego.
Pomimo to jednak grube krople zimnego potu spływały po twarzy starca, a kilka z nich upadło nawet na papier w chwili, gdy zaczął pisać dalej drżącą ręką pod dyktando Kattermola:
Rzeczywista prawda polega na tem, że ja, Samuel Fitch sam zabiłem Jamesa Seredga własnoręcznie. Co właściwie pobudziło mnie do wystrzelenia w niego, o tem powiem niżej. Gdy upadł, usłyszałem czyjś krzyk i kroki biegnącego na to miejsce człowieka. Ukryłem się za drzewem i spostrzegłem Henryka Kattermola, który dobiegł do trupa, potknął się i upadł na niego, przy czem fuzja Kattermola wypaliła w powietrze, a gdy usiłował powstać, to nie mógł, gdyż zwichnął sobie nogę. Mnie on nie widział; pociemku wydostałem się z lasu, fałszywie zeznałem przeciwko Kattermolowi i ujęto go w chwili, gdy starał się uciec z lasu pełzając na czworakach, przy czem ręce jego i ubranie były krwią zwalane, a fuzja nienabita. Dowiodłem nań dlatego, ażeby nie zdążył mnie oskarżyć. Ale dziś piszę prawdę rzeczywistą i nic, oprócz prawdy, tak mi panie Boże dopomóż!“
Kattermol zatrzymał się, Fitch skończył pisać, oczy ich znowu spotkały się ze sobą, a w chytrym wzroku starca błysnęła ciekawość.
— Jakże... jakżeś się o tem dowiedział? — rzekł zniżonym głosem, pochylając się całem ciałem naprzód.
— Dwa a dwa — to zawsze cztery, — była odpowiedź, — doszedłem do tego przekonania, gdym cię zobaczył na ławie świadków.
— W to wyznanie nikt nie uwierzy, bo składam je pod przymusem.
— Czy tylko nikt nie uwierzy? Poczekaj chwilkę, jeszcześ nie skończył. „Na dowód prawdy niniejszego zeznania...“ słyszysz, co mówię... „Na dowód prawdy niniejszego zeznania, oświadczam, że fuzja, do której pasować będzie kula, która ocaliła życie Henryka Kattermola, znajdzie się...“
Kattermol wyczekał, dopóki stary nie napisał ostatniego słowa, poczem rzekł spokojnie:
— A teraz skończ to zdanie sam!
— Co? — ze zdziwieniem zawołał Fitch.
— Napisz, gdzie znajduje się ta fuzja, ty wiesz o tem, a ja nie wiem, potem podpisz się.
— Ależ ja nie wiem...
— Nie, wiesz dobrze!
— Sprzedałem ją!
— Nie śmiałbyś tego zrobić. Musiałeś ją gdzieś schować, widzę to po twojej twarzy. Napisz, gdzie się znajduje, a potem wskaż mi to miejsce; jeżeli zaś skłamiesz.
Fitch w rozpaczy wsparł ręce na stole i opuścił na nie głowę. Pistolet Kattermola znajdował się od jego czoła zaledwie o jedną stopę.
Pióro wypadło mu na niezaschnięte jeszcze pismo.
Kattermol wziął flaszkę, nalał do szklanki sporo wódki i podstawił ją pod nos starca.
— Pij! — krzyknął rozkazującym głosem, a potem napisz rzeczywistą prawdę i podpisz się. Może nie powieszą takiego starca, jak ty; podczas gdy ja, przysięgam na Boga, nie zawaham się ani jednej chwili, ażeby cię zastrzelić, jeżeli nie wyznasz całej prawdy!
Fitch przełknął wódkę, wziął jeszcze raz za pióro i gotów był już podpisać wyrok śmierci na samego siebie, gdy zbieg nagłe szybko zeskoczył ze stołu i stanął pośrodku izby, jakby nasłuchując.
Fitch spostrzegł to i zaczął przysłuchiwać się także.
W kościele ciągle jeszcze rozlegały się pieśni chóralne; starzec, sądząc podług swego zegarka, ciągle jeszcze leżącego na stole, wiedział, że musiał to być ostatni hymn przed wyjściem z nabożeństwa, i że żona jego powinna wrócić do domu nie dalej jak za kilka minut,
Ale to było jeszcze nie wszystko — uszu jego doszły inne jeszcze dźwięki, z miejsca o wiele bliższego.
Były to dźwięki głosów, rozlegających się tuż za progiem jego domu.
Klamka się poruszyła i w drzwi zastukano z całej siły, ale Fitch sam zamknął je na dwa spusty i umocował zasuwy.
Z zewnątrz znowu dał się słyszeć szept, a potem głośne stukanie.
— Kto tam? — zawołał Fitch, drżąc ze wzruszenia i śpiesznie zrywając się z fotela.
— Policja! Wpuśćcie nas, albo drzwi wyłamiemy!
Odpowiedzi nie było.
Kattermol bacznie spoglądał na drzwi, lecz nagle odwrócił się do starca.
Fitch właśnie w tym momencie wrzucał swoje zeznanie w ogień, ale zbieg zdążył pochwycić papier, zanim jeszcze zapłonął, a drugą ręką zmusił starca do zajęcia znowu miejsca przy stole.
— Kończ — zawołał zniżonym głosem, lub zginiesz. Jeden z nas bezwarunkowo musi wisieć!... Fuzję ukryłeś pod podłogą, — ciągnął, śledząc pióro starca — dobrze... w której więc izbie?.. Niech sobie stukają... drzwi mocne!.. W której izbie? A, w swojej sypialni? No, a teraz podpisz się!
Dał się słyszeć ogłuszający trzask i łoskot.
Zamek ustąpił, ale zasuwy trzymały się jeszcze mocno.
— Podpisuj! — krzyknął Kattermol i do skroni starca dotknął już chłodny otwór pistoletowej lufy.
Fitch podpisał zeznanie i upadł głową na stół; nieszczęsny zemdlał.
Kattermol osuszył bibułą zeznanie starca, złożył je starannie, zbliżył się do drzwi, odsunął zapory i spotkał swoich prześladowców z uśmiechem tryumfu.


KONIEC.





PRYSZNIC.

— Karolu, jestem najszczęśliwszy z ludzi na świecie. Dzień ślubu z najukochańszą moją Emilją został zdecydowany ostatecznie i odbędzie się w ostatni wtorek, a nazajutrz, ekspresem, na południe! Wyobraź sobie, Karolu, ja z nią sam na sam, w wagonie pierwszej klasy... Ale co tobie, czego tak brwi marszczysz?
Karol, zamiast odpowiedzi, westchnął głęboko. Kiedy jednak, podrażniony upartem milczeniem kolegi i tem, że widocznie szczęścia mojego nie dzielił, zacząłem domagać się wyjaśnień, Karol wychylił pełną lampkę wina, znów ją napełnił, potarł czoło i wymówił:
— Dobrze więc — powiem ci wszystko, tobie jednemu powiem. Gdy słyszę o podróży poślubnej ciarki mnie przechodzą i gotowem zapaść się w ziemię. Podróż poślubna przypomina mi jedną z najstraszniejszych nocy w mojem życiu. Zaraz po ślubie, ulegając namowom żony pojechaliśmy na wystawę paryską. Ja wprawdzie opierałem się temu projektowi, jak tylko mogłem, ale kochana żonusia była zdania, że wobec niedyskrecji, znajomych i krewnych podróż poślubna stanowi najwłaściwszy ze wstępów do małżeńskiego pożycia.
Pojechaliśmy tedy na srom i niedolę! Bo stało się, jak przewidywałem. W Paryżu tłok nie do opisania. Fiakr woził nas od hotelu do hotelu i wszędzie spotykała nas jedynie złośliwa i niby żałująca odpowiedź szwajcara „wszystko zajęte!“ Moja żona była blizką płaczu, ja kląłem, na czem świat stoi. Ani płacz ani klątwy nie prowadziły do celu naszych życzeń, t. j. do posiadania najmniejszego bodaj kąta własnego.
— Jedź do Grand Hotelu — zawołałem nareszcie — musi tam być wprawdzie niesłychanie drogo, ale nie ma rady! Na ulicy nocować przecie nie możemy!
Już na progu szwajcar powitał nas wzruszeniem ramion, za które byłbym go chętnie rozszarpał. Nie zdążył jeszcze wycedzić swego słodziutkiego „Bardzo żałuję.“ gdy zawołałem:
— Nie masz pan choćby komórki na strychu, choćby kąta, w którym by jako tako wypocząć można było? Płacę podwójnie, potrójnie!
Mój ogień, mój gniew poskutkował widocznie, gdyż po chwili przebiegł uśmiech po pyzatem obliczu, strojnem w parę jasno-blond kotletów.
— W takim razie, to możeby się udało...
— Uda się, uda się niezawodnie! — nagliłem — tylko pomyśl pan dobrze.
— Możebym państwu zamienił łazienkę — na pokój sypialny do jutra, a jutro może się coś oczyści...
Byłbym go uścisnął za ten pomysł. Niechże będzie łazienka! Moja żona chciała protestować i jeździć dalej po hotelach, ale ja uparłem się. Spożywaliśmy właśnie kolację na sali restauracyjny, gdy doniesiono nam, że „pokój“ na pierwszem piętrze gotów jest na nasze przyjęcie.
Doprawdy, łazienka przeistoczona na sypialnię wyglądała wcale znośnie i nawet porządnie. Zamiast wanny stało wygodne szerokie łoże. Byłem rozradowany, a i mojej żonusi przedstawiło się to lepiej, niż mogła sobie wyobrażać. A teraz... w puchy, precz ze światłem i spać!
Spać — tak się to mówi!
Łazienka graniczyła z największą salą hotelu, w której owego właśnie wieczora odbywał się koncert amatorski. Ach Boże, gdybym tak miał w palcach tego tenora, który tam wyciągał: „oczy czarne, oczy płowe“, byłbym stał się mordercą tego mordercy mojego spokoju. Po cienkogłosym tenorze nastąpił dyszkant, tak przeraźliwy, że żona o mało spazmów nie dostała, aż gdy w końcu dało się słyszeć solo na trąbce, w głuchej rozpaczy odwróciłem się na drugą stronę, ukryłem głowę w poduszkach, zatknąłem uszy i jąłem złorzeczyć nierozsądnej modzie kobiet, które wolą rozpoczynać pożycie małżeńskie w hotelach, zamiast spędzać miodowe miesiące we własnem wygodnem gniazdku.
No ale jakoś około pierwszej po północy wszystko ucichło.
Znużony jak pies raz jeszcze powiedziałem żonusi dobranoc, gdy ona zwróciła się do mnie w te słowa:
— Karolu, czy nie ma tu wody picia, po tej kolacji uczuwam niesłychane pragnienie.
Naturalnie wody nie było ani kropli.
Żona o mało znowu się nie rozpłakała.
— Boże drogi! czy nie możesz zadzwonić na numerowego, albo na służącą, przecież tu tak ciemno! — zaczęła prosić.
— Poczekaj — rzekłem — widziałem tu na ścianie coś w rodzaju rączki od dzwonka, gdzież... gdzież jest u licha? A mam!
Co mówiąc, chwytam dzwonek do ręki. Pociągam — ani rusz; wtem — podwójny jednogłośny okrzyk zgrozy — plusk i deszcz wody, spadającej na nas...
Poruszyłem prysznic!
Czy wiesz, co to znaczy, gdy się leży ciepło i wygodnie na łóżku, gdy się właśnie ma zamiar skłonić oczy do spoczynku, od tylu godzin wyglądanego z tęsknotą i upragnieniem, czy wiesz, co znaczy, gdy się w takiej chwili człowiek znajdzie mokrzutenieczki i gdy w tym samym stanie ujrzy młodą, on doby zaledwie poślubioną żonę, nie wiedząc, co począć, jak się ususzyć, jak spać dualej?
Młodzieńcze, reszty sam sobie dopełnij wyobraźnią. Ale nie, to ci się nie uda. To było zanadto szpetne!
I od tej chwili, straszna złość mnie porywa, gdy usłyszę wyrazy: „Podróż poślubna“.


KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.