<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Soból i panna
Podtytuł Cykl myśliwski
Rozdział XII. Szepeta
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1913
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa; Lublin; Łódź; Kraków; New York
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.
SZEPETA.

Niema chyba na świecie kolei żelaznej tak towarzyskiej, sielskiej, romantycznej, jak ta, która idzie od Kałkun do Radziwiliszek. Stosując się do miejscowych potrzeb i gustów, pociągi nie bywają nigdy pośpieszne, są uprzejme i względne na podróżnych dojeżdżających z opóźnieniem do stacyi; wagony niewytworne mają wewnątrz urządzenie naśladowane ze stajni, ażurowe boksy z otwartym wzdłuż korytarzem; że jednak przewożą nie konie, lecz ludzi obyczajnych i łagodnych, są widownią ciągłego ruchu przez środek i miłych rozmów po kątach. Chyba, że jaki mizantrop weźmie zamknięty przedział klasy pierwszej; uniknie wtedy społecznego gwaru rodaków, ale wpadnie w towarzystwo generała, który niechybnie rezyduje w każdym przedziale pierwszej klasy. Więc ludzie, wyznający zasadę, że podróż po rodzinnym kraju nie jest amerykańskim wyzyskiem siły pary dla pożerania przestrzeni, lecz pouczającą i pełną słodyczy zabawą obywatelską, — jeżdżą drugą, a nawet trzecią klasą. W tych gwarnych wagonach spotyka się nierzadko miejscowego bogacza, który, gdyby chciał, mógłby całą kolej kupić na własność, lecz woli płacić mniej, a widzieć i słyszeć ludzi bardziej zajmujących.
Jeżeli nie spotka się znajomych, lub nie natrafi na ciekawą i oryginalną rozmowę, można z tych wagonów oglądać kraj po obu stronach drogi. Mijają przed oknami bogate lasy, tłuste, wzgórzyste pola, srebrne i błękitne jeziora; wyskakuje z boru dziwaczny zameczek Tyzenhauz, uśmiechają się wesołe Abele z białym na górze kościołem, panoszą się wspaniałe Rakiszki strzelistym gotykiem swej świątyni i ładnym pałacem. Zresztą roztacza się kraj cichy i skromny, choć bogaty, pełen starożytnej szlachty i prastarego, dobrego ludu.
W pełnym wagonie drugiej klasy siedział Michał Rajecki, ponury, głuchy na śpiewne rozhowory sąsiadów. Jechał na sławne błotne polowanie pod Kupiszkami, na Szepetę, ale projekt ten wesoły nie zagłuszył w nim wewnętrznego dramatu. Uciekał prawie z Jużynt, uciekał od siebie samego.
Nie poszedł przedwczoraj na umówioną z Warszulką schadzkę i poczytywał dotychczas to swe postanowienie za dobre. Taki kuszący wieczór sam na sam poniósłby oboje niechybnie do ostateczności rozkosznych, lecz i obowiązujących. A coraz bardziej, może pod wpływem rozmów z Lelejką i z Pucewiczem, poczuwał się Rajecki do obowiązków względem pięknej dziewczyny, w której zgadywał duszę prostą, lecz czystą i głęboką; należała też do rasy pokrewnej i szanownej. Obowiązki te powstałyby naprawdę dopiero po nierozmyślnym jakimś kroku — — Ale już i dotychczas zaciągnął pewne zobowiązania: nęcił i rozkochał dobrą dziewczynę — — i po co jej obiecał tę przedwczorajszą schadzkę?! — W pośpiechu, z nieopanowanego popędu — — A co ona wycierpiała, gdy nie przyszedł?
W dobrze znajomym krajobrazie łatwo wyobrażał sobie oczekiwanie Warszulki. Widział ją, jak żywą, stojącą przy olszynie, pod księżycem, pośród zapachów takich samych, jakie on wchłaniał, błądząc tego dnia tęsknie i niespokojnie około dworu w Jużyntach. Już miał dosiąść konia i polecieć — — Zakazał sobie, gdyż czuł, że rozsądnie rozmawiać z Warszulką w taką noc nie zdoła. A nie przewidział nawet jej kąpieli w jeziorze! — Powinien był być zatem zadowolony ze swego panowania nad sobą, lecz czuł z oddalenia żałość dziewczyny, z którą go połączyły już mocne telepatyczne nici. Na tę żałość miałby lekarstwo: wziąć ją uczciwie za żonę lekarstwo jednak było, w jego mniemaniu, heroiczne.
Więc czasem znowu jego rozwaga wydawała mu się filisterskiem tchórzostwem, a całe postępowanie z Warszulką lekkomyślnem i niegodnem. Wszystkie zaś razem sprzeczne konsyderacye mieszały się z przemożnem pragnieniem tej właśnie, a nie innej kobiety — i od tego pragnienia, pociągającego za sobą doniosłe skutki, uciekał Michał w kraj daleki.
Rozmyślał, jadąc bryczką do stacyi, i w dalszym ciągu teraz, gdy wsiadł do wagonu. Powoli jednak świegotanie głosów kobiecych obsiadło mu głowę, jak stado wróbli, i zaczął mimowolnie słuchać. Towarzystwo, złożone z kilku kobiet i dwóch mężczyzn, było widocznie pod świeżem wrażeniem jakiejś uroczystości; rozpływało się w głośnych wspomnieniach.
— Pasterz nic nie jadł! — śpiewała niemłoda istota żeńska, zwana Monika, załamując dramatycznie ręce.
— Ależ przestań, Monisiu! jadł, jak każdy z nas, ot więcej ode mnie — mruknął zawiędły mężczyzna o pozorach męża Moniki.
Nie dla ciebie szak zgotowano, Ottonie. Ale on, osoba tak okazała i przymęczona bierzmowaniem! Ledwie zakąsiwszy, przestał.
— A jaka bogata była zastawa! — dowodziła inna kumoszka sentymentalna, panna Brygita. — Pani Aniela zapewniała, że cukry domowe, ale ja myślę, że z Wilna. I niektórzy nawet ocenić nie umieli, co im podają. Siedząc ja przy pani Kupściowej, która mało świata widziała, zapraszam: pakuj się! szak to pasztet! — Kiedy już nie lezie — powiada mnie ona.
— Wiadomo, kiedy człowiek syty, pasztet czy botwina — nie przechodzi przez gardło — zawyrokował pan Otton.
Ale zaraz napomniała go pani Monika:
— Przy festynach trzeba obejrzeć i rozpytać się, żeby, nie najadłszy się potraw prostych, miejsce zostawić na wykwintne.
Panna Brygita wzniosła się do uwag mniej poziomych:
— Jak pięknie pasterz mówił przy bierzmowaniu!
Michał, słuchając niedbale, teraz dopiero połapał się, że mowa o biskupie, objeżdżającym dyecezye. Towarzystwo wagonowe powracało z jednej parafii, gdzie przyjmowano biskupa, jechało do drugiej na podobne przyjęcie, traktując tę wędrówkę pobożnie i turystycznie.
W innym kącie wagonu siedział mężczyzna o jasnych, starannie uczesanych włosach; twarz jakaś znajoma, tutejsza, ale ubiór i maniery zagraniczne. Wsłuchiwał się w śpiewne dźwięki sąsiedniej gawędy z rozrzewnioną lubością, patrząc na przelotne za oknami pola, i wybijał nerwowo takt na ramie okiennej. Oczyma mrugał i brwi ściągał, jak człowiek, który odnajduje coś cennego, przypomina, układa w głowie melodyjne wrażenia. Nareszcie powstał i zbliżył się do grupy rozśpiewanej o przyjęciu biskupa.
— Pozwolą państwo?... jestem Każyński.
Pan Otton wyciągnął do niego powoli wyprostowaną dłoń prawą, jakby go chciał pomacać i rozpoznać.
— Z Poniewieskiego, zdaje się?
— Tak jest: dojeżdżam do stron rodzinnych — jadę z Francyi. Jestem skrzypkiem solowym przy wielkiej operze paryskiej.
— Bardzo przyjemnie — rzekł pan Otton trochę śpieszniej.
Zelektryzowały się szczególnie damy, muzykalne, jak wogóle na Litwie. Panna Brygita, dyskretnie wyciągając palec z mitenki, wskazała na podłużny futerał, położony w siatce nad miejscem, które zajmował Każyński.
— Ach! to skrzypce?
— Tak jest, szanowna pani. Grać będę swoim polom, swoim ludziom, jeżeli zechcą słuchać...
— Może i dla naszego biskupa? — — Ot byłaby osobliwość w Ponikszcie!
— Mogę i dla biskupa.
Teraz Rajecki chciałby poznać skrzypka i kompozytora, o którym czytał w gazetach. Ale pociąg już dojeżdżał do Kupiszek, gdzie Michał miał wysiąść.
Spojrzał przez okno. Przed budynkiem stacyjnym, okazały na tle nikłych ścian i ludzi, stał ogromny pan Benedykt Talmont, łowczy, z którym się Michał umówił o spotkanie tutaj. Dostrzegł już wychylonego z pociągu Rajeckiego, rozczapierzył wielkie wąsy w szerokim powitalnym uśmiechu i kłaniał się czapką. Po minucie znalazł się Michał z manatkami swymi na drewnianym pomoście stacyi.
— Brawo, panie Benedykcie! Bałem się, że depesza na czas nie dojdzie.
— A panie-ż ty mój! Dyspozycya moja taka na stacyi: kiedy depesza przyjemna, sadzaj chłopa na konia i niechaj on mnie szuka, choćby ja o dziesięć mil w lasach był zaszyty. A kiedy nieprzyjemna, odłóż ty ją na bok i czekaj, póki ja sam na stacyę nie zajadę. Taki porządek zaprowadziłem.
— To musi pan mieć na stacyi dowcipnego człowieka, który decyduje, czy depesza przyjemna.
— A jest już taki — uśmiechnął się Talmont, jak mógł najmisterniej, wielką swą twarzą, zwierciadłem zadowolonej z siebie i pogodnej duszy.
— Kiedyż zapolujemy na Szepecie — zapytał Rajecki — jutro od rana?
— Jeżeli pan nie zmęczony podróżą, możem i dzisiaj wieczorem. Teleżkę nająłem u znajomego starowiera, koń rysak orłowski, za godzinę będziem przy błocie. A na noc zajedziem do leśnika Czerwińskiego. Choć on nie Czerwiński, tylko Szyrwintas, po szlachecku mieszka.
— To jedźmy zaraz do niego. Trzeba przecie przebrać się.
— Daleko z drogi byłoby. A ja na brzegu Szepety znam jedno miejsce, gdzie i w balowych bucikach chodzić można.

— Bardzo dobrze, ale cóż tam znajdziemy na suchem?
— Na suchem pod wieczór cietrzewie gromadzą się. A co być może na Szepecie, sam Bóg raczy wiedzieć. Ot ja zeszłego roku zabiłem tam ptaka nie ptaka, dziób jak u kruka, tylko żółty, pierza mało i w lot nie zrywa się; idzie kicający po ziemi na zadnich łapach.
— Jakto? ma i przednie?
— A takie malupasieńkie, niby nóżki z pod gardła rosną; czasem na nie opadnie, to myślisz, że zając z dzióbem, a kiedy na zadnich skacze — prosto szara gęś, galopa idąca.
— Co też powiadasz, panie Benedykcie!
— Dalipan. Chciałem ja jego do Wilna zawieźć i wypchać, ale wszów na nim pełno, jak na bąku — porzuciłem na błocie. Musi to być bardziej zwierz, niż ptak, bo pies do niego nie stanął, tylko piszcząc oszczekiwał jak jeża.
Takie cudowne historye opowiadał Talmont już na wózku, na którym obaj myśliwi pomieścili się niełatwo z dwoma wyżłami, przyprowadzonymi przez łowczego. Pies był i suka jednakowej maści dereszowatej z brunatnemi plamami, rasy niemieckiej; nosiły imiona swych sławnych praojców: Cezar i Minka. Rasa to mocna, karna, ale flegmatyczna i bez geniuszu, jak ludzie z nad Szprewy. Talmont opowiadał o nich cuda:
— Dostałem szczeniętami od księcia Radziwiłła z Towian. Rodziców księciu przysłał król pruski po kuzynostwie. Chcesz pan nie fatygować się, polując? — siądź albo stań na dobrem miejscu i tylko do suki: Minka, herum! — po niemiecku każdy pies lepiej rozumie. Tak ona obłoży na pół wiorsty w koło, a kiedy co najdzie, zanotuje sobie akuratnie, przyjdzie do pana i pociągnie za ubranie na samo miejsce. Cezar już nie to. Stać będzie choć pół dnia i nie spłoszy, tylko już nie powraca i nie ciąga do zwierzyny. Minka lepsza.
Gdy je nazywał, psy zwracały na pana oczy do połowy zasłonięte krwawemi błonkami, lub kładły mu na kolana ciężkie łby z wielkiemi klapami, śliniąc z obwisłych fafli. Poddańcze i dumne zarazem z poddaństwa, pruskie psy były lojalne — doskonałe narzędzia do gospodarowania w błocie.
Chociaż »orłowski rysak« był właściwie tylko wychudzonym ranżerem z wojska, miał pewne tradycye dużego kłusa i wózek toczył się dość szybko. Ale droga była ze trzy razy dłuższa, niż zapowiadał pan Benedykt, choć ją skracał gorliwie barwnemi opowieściami. Zaledwie na godzinę przed zachodem stanęli myśliwi na miejscu projektowanem, wysiedli z wózka, dobyli strzelby z futerałów i poszli pieszo do rzadkiego brzeźniaka, ograniczającego z tej strony Szepetę. Brzeźniak rósł na dość suchym garbie gruntu w kształcie wału nad brzegiem ogromnego morza Szepety. I był przed wiekami istotnym brzegiem jeziora, zarośniętego dzisiaj niezmiernym kożuchem mchów i karłowatych zagajów.
Nie żałował Michał, że tu przyszedł jeszcze przed nocą, pierwszy raz bowiem oglądał ze wzniesienia mszar tego ogromu. Pochyłe promienie słońca barwiły różowo obszar zasadniczo żółty od mchów zapleśniałych, sośniny chorej i skarlonej w krzewy, brzózek marnie żyjących z błotnych soków podłoża. Coś tam jeszcze barwiło się jaskrawiej, sino i czerwono, jak rozkrzewione macki olbrzymich polipów, albo plamy na skorupie jednego na pół ziemi rozłożonego potworu — to rozlana między krzakami powódź jagód. Miejscami, bliżej brzegu, wysepki porośnięte wyższą olchą i brzozą ośmielały jeszcze do zapuszczenia się w tę dziedzinę błotną, budziły nadzieje możliwej w niej oryentacyi. Ale dalej, po krańce wzroku, zalegał bezmiar zbałwanionej dziczy, przejmującej dreszczem. Czy się tam legną jakieś potworne płazy? Czy ludzie, którzy tam pójdą, powracają? — —
Tymczasem pan Benedykt, trzęsąc wzniesioną ręką nad przepaściami mszaru, oznajmiał z pogodnym łowieckim apetytem:
— Ot w tym kierunku, wiorst dwie, trzy w głąb królestwo pardw. Pójdziem tam jutro, tylko z innego miejsca. Dzisiaj pójść na moczary w butach i frantowskich, jak u pana, spodniach ani projektu! Ale my z brzegu i dzisiaj coś podbierzem.
Rzeczywiście wyżły, pełniąc metodycznie swą powinność, wystawiły stado cietrzewi. Z czterech strzałów padły trzy sztuki, reszta pociągnęła na mszar niedostępny. Zachęceni myśliwi wycierali żywo brzeźniak, mocząc nogi tu i ówdzie przy zapędzaniu się w niższe miejsca, nie strzelając kszyków, choć co chwila furkały z pod nosa jednego lub drugiego psa; zaledwie z łaski i pogardliwie przystawały do tak marnego ptaka.
Od pewnego czasu Cezar zapuścił się w najgęstszą brzezinę i znikł. Pomimo nawoływania do nogi, nie wracał.
— Stoi tam pewno twardo — odezwał się Talmont. — Cóż? pójdziemy? Tylko już słońce zachodzi, a nam do Czerwińskiego wiorst pięć po mylnej drodze.
Gdy się namyślali, z gąszczu brzozowego odezwało się zjadłe, grube szczekanie Cezara. Talmont stanął, jak wryty, posłuchał chwilę, blednąc. — Aż odezwał się zdławionym szeptem:
— Chyba łoś? — — Nie co innego, tylko łoś! — — Panie Rajecki! kule do luf! napewno gruby zwierz...
I puścił się pędem w kierunku do nadzwyczajnego, alarmowego głosu wyżła. Sięgał zarazem do kieszeni, wyrzucał z luf ładunki śrutowe, wpychał inne i biegł nakształt wiatraka, zerwanego z posad przez wicher. Rajecki pobiegł zrazu za nim, ale zatrzymał się. Nie miał ładunków z kulami, a gdyby je miał, nie mógłby włożyć do luf, zwężonych u wylotu.
Tymczasem w gęstej brzezinie, obok głosu psa, rozległ się ciężki, miarowy tupot i trzask gałęzi. Cały ten zgiełk posuwał się przez chwilę niewidocznie w kierunku do mszaru, aż zamigał, zarysował się, wychynął na widok łoś — rogal. Błysnęła biała »latarnia« na froncie ogromnego łba, przedpotopowej struktury, ciągnącego za sobą palczaste »łopaty«, na których uwiesiło się sporo gałęzi brzeziny, przeprutej przez gmach zwierza wysoki w przodzie, a krótki, cały streszczony we łbie koronnym i w polotnie kłusujących nogach. Jeszcze na twardym gruncie pies zdawał się doganiać łosia, ale skoro dopadli obaj do moczarów, stała się rzecz dziwna: pozornie ciężka bestya sunęła po miękkim mszarze, jak po bitym gościńcu, krzyżując w sążnistych krokach zadnie z przedniemi nogami, lekki zaś pies galopował coraz trudniej, zapadał w błoto, i rosło oddalenie między nim a łosiem.
Świsnęła z brzeziny kula Talmonta — — łoś ani drgnął, ani zmienił kroku. Świsnęła druga bezskutecznie. Wspaniałe zwierzę mknęło dalej przez mszar, oddalając się ukośnie od myśliwych, jakby na pokaz potężnego kłusa, z którym żaden kłus konia — rysaka się nie zrówna.

Talmont powrócił do Rajeckiego na miejsce bardziej odsłonięte.
— Ot awantura! — wołał gorączkowo — żebym ja psa pilnował, kiedy dochodził, łoś byłby nasz.
— Może on dostał którą kulę? — rzekł Michał bez przekonania.
— Nie dostał — odrzekł pan Benedykt markotnie — jeśliby dostał, zaraz w galop wpadłby. Taka już jego natura. — — I jakże tu jego zwalić było? kroków trzysta!
— To dlaczego pan strzelał?
— Tak, dla honoru, takiego tuza nie wypadało puścić bez strzału.
Na przestrzeni równej i nizko porośniętej łoś, choć sunął bardzo szybko, nie przepadł z oczu. Znikły tylko krzyżowe błyski jego nóg ścigłych, szedł niby wpław przez ogromne morze mszaru, w ostatnim uśmiechu słońca, rudo migający przez powszechną rudość — już mglisty — różowy — zamleczony opalami — —
— Ot kiedy sunie bestya taka! — zachwycał się pan Benedykt — pudów piętnaście, a na łbie samym ze dwa pudy w łopatach! A obaczysz pan, jak tam lekko iść, gdzie on sobie pomyka, niby wiewiórka! Stąpi człowiek tylko nieuważnie na ten kożuch, po pachy w ziemię pójdzie. Prawda, że jemu dobrze: racice szerokie, jak kowadła... A taki on majster do chodu!
Przeprowadzili go tęsknemi oczyma, póki dojrzeć mogli. Rajecki bardziej po malarsku, Talmont ze stanowiska raczej przyrodniczego widział ten obraz, ale obaj, urodzeni myśliwi, odczuwali głęboko urok i potęgę tej niezmiernej dziczy, co urągała ludzkiemu panowaniu, i przebiegłego zwierza, który jej królował. Z powodu piękności widoku przebaczyli ostatecznie łosiowi, że się nie dał zastrzelić.
Cezar powracał do nogi zziajany, obłocony, z wyrazem skruchy w poddańczych oczach. Niemiecki wyżeł pogonił zwierza i to głosem! — — Ale, że pierwszy raz w życiu wytropił łosia, że mógł przy tak wyjątkowej okoliczności zapomnieć o rygorze swej tresury, puszczono mu winę płazem. I myśliwi, po wielkiem wzruszeniu łowieckiem, syci byli na dzisiaj. Powrócili do wózka i wertepami nad brzegiem Szepety dotarli przed zapadnięciem nocy do wygodnej siedziby Czerwińskiego, położonej na wzgórzu.
Znaczna to była osoba ten leśnik, a szczególniej skomplikowany miał urząd. Ponieważ Szepeta należy w części do rządu, Czerwiński był urzędnikiem państwowym i z tego tytułu nosił czapkę z zieloną taśmą, nazywał się nawet Czerwinskij. Ale był zarazem przedstawicielem kilkunastu innych posiadaczy udziałów na Szepecie, okolicznych ziemian, i jako leśnik prywatny zwał się Czerwiński. Wreszcie jako właściciel gruntu w niedalekiej wiosce, razem z nią uprawniony do serwitutu opałowego i pastewnego na Szepecie, korzystał z tych praw pod nazwiskiem Szyrwintas. Trzy te charaktery przyoblekał i zmieniał bardzo łatwo, nawet gdy zachodziła taka trudność prawna, że urzędnik Czerwinskij odmierzał wydatki serwitutowe włościaninowi Szyrwintasowi. Z największem zaś upodobaniem nosił skórę pośrednią Czerwińskiego i czuł się szlachcicem.
Te rajskie stosunki prawno-ekonomiczne umożliwiała jedna odwieczna tradycya: Szepeta, nie mierzona i nie dzielona od początku świata, należała do wszystkich, wystarczała dla wszystkich. Kto chciał, kosił tu rzadką trawę, rąbał chude drzewo, zbierał nieprzebrane jagody, a zwłaszcza polował na miryady lęgnącego się tu ptactwa. — Czerwiński miał jedną tylko pretensyę — aby ten, kto zapragnął korzystać ze skarbów mszaru, zameldował się do niego i otrzymał »razreszenie«. Był odźwiernym, zazdrosnym o klucze otwartej na cztery wiatry Szepety.
Uradował się szczerze z odwiedzin Talmonta, sławnego łowczego, i z poznania Michała Rajeckiego, dziedzica Jużynt; lubił bowiem wyższe towarzystwo. Przyjmował ich, jak dostojnych gości; o »razreszeniu« mowy nawet nie było; leśnik sam ofiarował się za przewodnika po Szepecie, której był biegłym znawcą, zarówno jej niebezpiecznych trzęsawisk, jak miejsc najobfitszych w zwierzynę.
Pan Benedykt znał dobrze Czerwińskiego i jego słabości, wyzyskiwał je w celach humorystycznych. Wiedział, że leśnik, który i w wojsku służył i kawał świata zwiedził, niezmiernie był czuły na stosunki z »wysoko postawionemi« osobami. Nie szczędził mu więc pan Benedykt wzmianek o gubernatorach, generałach i książętach, a Czerwiński z pozoru wyga, ze swą wygoloną twarzą i figurą kancelisty, wchłaniał te rozpylone w rozmowie tytuły z naiwną rozkoszą, marszcząc długi nos, jak amator tabaki, przy jej zażywaniu.
— Kiedy ja w przeszłym tygodniu polowałem z gubernatorem w Birżańskiej puszczy, mówi mnie on: »nie pora teraz w lesie, jaby na cietrzewie i pardwy zapolował, tylko żeby już ich było po kolana«. A ja jemu: tedy trzeba panu gubernatorowi na Szepetę. — Ja jego tobie przywiozę, panie Czerwiński, po niedzieli.
Leśnik wyprostował się po żołniersku:
— Tak mnie już pan łowczy dwa dni pierwej zapiseczkę przyślij, kiedy łaska, jeżeli nie byłoby rozporządzenia od samego Prewoschoditelstwa. Kazałby ja kładki przez błota położyć. Jaby i dla panów, tylko nie mógł wiedzieć o przyjeździe.
— Na co nam kładki? Na nóżkach my lepiej dojdziem, macając gdzie należy.
Pan Benedykt okazał nóżki w butach tak ogromne, jak słoniowe, ale wykonał kilka kroków posuwistych po podłodze leśniczówki, dość lekko.
— Widzę, że pan i do tańca skory — uśmiechnął Rajecki.
— A panie-ż ty mój! żeby tylko podłoga sumiennie była zbudowana. Niedawno kompania mnie wypadła w Kownie u marszałka. Upodobała mnie sobie do tańca księżna Totamwidze...
— Co za księżna? — spytał ubawiony Michał.
— Jest taka, Gruzyjka, jak łania!
— Ależ panie Benedykcie, trzeba pomówić o jutrzejszem polowaniu.
— Pośpiejem. I cóż tu mówić? Chodaki na nogi, strzelba w garść, ładunki w kieszeń — gotowi. Pan Czerwiński już zaprowadzi.
— Wiadomo — odrzekł leśnik. — A panom pardwy w życzeniu?
Rajecki trochę się zastanowił nad tym nowym zwrotem ugrzecznionej polszczyzny, więc Talmont odpowiedział:
— W najpierwszem życzeniu pardwy, panie Czerwiński. Pan Rajecki chce ich sto sztuk do Jużynt zawieźć.
— A choćby i dwieście. Ich tu przepaść wszędzie. Ot i na zakąskę przed noclegiem pardw popróbujecie panowie, bo porządnego mięsa w domu niema.
Mięso pardw, białe z czarnem przekładane, jaśniejsze trochę, niż cietrzewie, należy do przednich przysmaków. Tutaj oczywiście przejadło się okolicznym mieszkańcom. Ale myśliwym przybyłym z daleka, z miejsc, gdzie pardwy są rzadkie, pieczone ptaki zapachnęły smakowicie. Znalazła się i boćwina i ogórki z miodem. Wszystko to było w »życzeniu« przegłodzonych myśliwych.
Około wieczerzy krzątała się pani Czerwińska, niestara jeszcze i hoža, ubrana po szlachecku i mówiąca paru powikłanymi z sobą językami. W drzwiach często otwierających się migała inna jeszcze sylweta kobieca, mocno zaciekawiająca; świeciły jej ciemne oczy w białej bardzo twarzy, fertała się kiecka na okrągłych kształtach i dźwięczał czasem głos ponętny jakimś obcym akcentem.
Gdy gospodarz wyszedł na chwilę z izby, pan Benedykt rzekł do Michała:
— Ot jaką sikorkę przyswoił sobie Czerwiński! I nie widziałem. Córki on jeszcze takiej wielkiej nie ma.
Właśnie dziewczyna teraz weszła do izby z półmiskiem. Ładna była, śmiała i czysto ubrana w gorseciku na koszulce. Siliła się na powagę, ale oczy jej biegały, a wargi zacięła na zębach, jakby z ust przemocą nie chciała wypuścić śmiechu. Ale napotkała spojrzenia dwóch mężczyzn tak przychylne i łaskoczące, że, zanim jeszcze postawiła na stole półmisek, parsknęła śmiechem, odsłaniając szeroką, mokro błyszczącą paszczękę młodego zwierzęcia. Patrzyła na Michała, a Michał na nią i w pierwszem krzyżowaniu spojrzeń podobali się sobie nawzajem. Ale pan Benedykt, jak osacznik, ruszył chyłkiem z miejsca i zastąpił dziewczynie ode drzwi; wtem ona, postawiwszy szybko półmisek, zaczęła uciekać, ale jakoś tak niefortunnie, że wpadła pędem w objęcia Michała.
Na tę scenę powrócił do izby Czerwiński i wszyscy uspokoili się, czekając, co powie gospodarz.
— Ot durna Paraska, boi się! — rzekł niespodziewanie Czerwiński. — Biegaj teraz do kuchni, a jeśli panowie zawołają dla jakiej potrzeby — przychodź.
Skoro się oddaliła, rzekł zadyszany Talmont:
— Jakaż to u ciebie Paraska, panie Czerwiński? nowa, zdaje się, i nie tutejsza?
— Z Kurlandyi ona, Łotyszka, czy Ruska? — i sam nie wiem. Na lato przyjąłem do pomocy, kiedy goście przyjeżdżają na Szepetę ochocić się. Ot objeżczyk kazionnych lasów był — chwalił.
— A żona nie gniewa się?
— Zmiłuj się, panie łowczy! czegoż tu gniewać się? Dziewka do roboty mocna... no i cudza, nie swoja — na lato tylko do pomocy.
— Ot kiedy ludzie mądrzy! — zawołał Talmont.
A Rajecki, podniecony, z pijanym błyskiem w oczach, chwycił za manierkę z wódką, zwracając się do uprzejmego gospodarza.
— Napijemy się, panie Czerwiński?
— Szak możno.


∗             ∗

Nazajutrz słońce podniosło się nad obszarami Szepety ostro wykrojone w złotym błękicie, nie jak płomień dnia wchodzący łaskawie między chaty i drzewa, lecz astralnie, w samotnym majestacie, nad ziemią jednobarwną i wypukłą, jak morze. Coraz bledsze i ognistsze, wznosiło się, znacząc godziny bez cienia na uprażonych moczarach — jedną — dwie — trzy...
Michał ocknął się, zbudzony ostrym dźwiękiem stłuczonego szkła. Zanim otworzył oczy, zdał sobie sprawę, że leży w głównej izbie leśniczówki, i pomyślał, że pospałby jeszcze; rozkoszne rozprężenie czuł po całem ciele, spokój ołowiany; ale zarazem przemknęło mu przez mózg wspomnienie, wywołujące i uśmiech i niesmak — —
— Ech, co tam! przelotna awanturka...
Podstępem, właściwym ludziom rozleniwionym w łóżku, udawał, że jeszcze śpi, ale już był ciekaw, co się koło niego dzieje. Zobaczył przez rzęsy, że Talmont i Czerwiński, całkowicie gotowi do polowania, piją przy oknie herbatę. Łowczy musiał przed chwilą stłuc szklankę, bo zgarniał kawałki szkła ze stołu wielką, niezgrabną dłonią. Promienny dzień w izbie zaniepokoił nagle Michała, więc odezwał się:
— Dzień dobry. Która godzina?
— Dzień dobry panu. Już siódma.
— Bójcie się Boga! czemu mnie nie zbudziliście?
— A już tak...
Pan Benedykt zawiesił zdanie na stłumionym śmiechu, spoglądał żartobliwie i poufale, Czerwiński zaś był poważny i pełen uszanowania dla życzeń gościa, jak zwykle.
— Mogliśmy być już od paru godzin na mszarze!
— Pośpiejem, wasze wysokorodie — rzekł Czerwiński — tu szukać długo nie trzeba, wszędzie zwierzyny pełno.
Rajecki wyskoczył z łóżka, przeciągnął się gimnastycznie, i chwyciwszy w płuca pachnącego powietrza, które szło od otwartego okna zaprawne trochę dymem tytuniu, poczuł się zdrowym i ochoczym do trudów nowego dnia.
Po kwadransie trzy pary chodaków klapały pośpiesznie po stoku wzgórza, spuszczając się ku poziomowi Szepety. Ledwie ścieżka zabrnęła w łąkę, już wyżły zaczęły stawać do dubeltów. Aby nie tracić czasu i nie znarowić psów, trzeba było je wziąć na paski, bo zaczynały dziwić się i spoglądać ze zgorszeniem na myśliwych, że nie strzelają do dubeltów.
— Idźmy prosto tam, gdzie pardwy — rzekł Michał — już późno.
Dążyli więc po linii prostej, prowadząc psy między karłowatą, wężowo pokręconą sośniną, nie przenoszącą wzrostu człowieka. Grunt coraz bardziej ustępował pod stopami i napełniały się wodą zagłębienia śladów.
— Ale chodzi się lekko — zauważył Michał.
— Tu jeszcze bajki! grunt mocny — odrzekł Czerwiński. — Dalej ciężej po cienkim kożuchu.
— Czy tu rąbano niedawno? — zagadnął znowu Michał. — Ile ma lat ta sośnina?
— A już ona taka od początku świata, wyższa nie będzie.
Mieszała się dalej z poziomą krzaczastą łoziną. Kobierce czerwonych żórawin i czarnych, sinym pyłem pokrytych pijanic zasłaniały ziemie, przetykane kostką błotną i dzikimi chwastami niewidzianych kształtów, czasem potwornych rozmiarów.
— Już tu należałoby psy spuścić — rzekł Czerwiński — ale panowie pozwólcie mnie naprzód. Tu już nie wszędzie iść można, niewiedzący.
Poszedł więc pierwszy w szeregu przez rzadsze porosty.
O staje dalej grunt nie lekko już zapadał pod stopą, lecz każdy krok wciągał w głąb lejek przynajmniej sążniowej średnicy. Myśliwi doznawali wrażenia, że kroczą po napiętym nad próżnią grubym samodziale ze mchu; wokoło nachylały się ku nim czuby traw, nawet krzaki, coraz mizerniejsze. Mszar zdawał się pełzać pod stopami powolną falą, z niepokojącem pod powierzchnią glukaniem.
Oba psy stanęły metodycznie, wzorowo.
— Są? — szepnął Czerwiński, schodząc na bok i ustępując miejsca — tu nie co innego, tylko pardwy.
Zapomniano i o przezorności stąpania, idąc gorączkowo i śpiesznie za psami, prowadzącymi po linii prostej, z krótkimi przystankami. Zanim psy doszły, rozległ się ogromny chlupot i wołanie:

— Uuch... do dyabła ty prowadzisz, Czerwiński...
Talmont po pas zapadł w błoto.
W tej chwili przed psami wzniósł się najpiękniejszy z litewskich ptaków, stary kogut pardwi, prowodyr stada. Rudo-złote pióra długiego ogona i jaskrawa pstrokacizna skrzydeł zagrały w słońcu i alarm napełnił powietrze:
— Gargar — gargar — gargar...
Rajecki obejrzał się szybko na towarzysza i, dojrzawszy, że gramoli się skutecznie z błota, wziął koguta na cel i zwalił strzałem już dalekim.
Za samcem, prawie jedną chmura, porwało się stado młódek bez głosu, ale z suchym hałasem skrzydeł, migających śnieżnymi końcami. Jeszcze jedną sztukę zabił Rajecki z lewej lufy, drugą Czerwiński. Już stado uniosło się o kilkadziesiąt kroków, gdy od ziemi huknęły dwa strzały Talmonta. Zawzięty łowczy, jeszcze tkwiący w błocie, ścigał pardwy śrutem. Jedną zeskrzydlił — opuściła się ukośnie ku ziemi, podczas gdy reszta, zwarta w kupę, leciała nizko i szybko nad mszarem, lotem podobnym do kuropatwiego, i zapadła całem stadem w oddaleniu ćwierci wiorsty.
Pomożono najprzód wydobyć się z błota Talmontowi, który drwił wesoło z samego siebie:
— Ja tylko przykucnąłem, panowie-ż moi, żeby łatwiej na cel chwycić, a to kołyszesz się na tym mszarze, jak na hojdawce.
Wyżły zaaportowały sumiennie koguta i trzy młódki. Michał wyrwał czerwone piórko z ogona samca i zatknął za wstążkę swego kapelusza.
— Ot gargatún piękny — chwalił leśnik — jak te fazany, które ja widział w Białowieskiej puszczy.
— Po co tak daleko szukać? — rzekł Talmont — i w Towianach książę w parku bażanty zaprowadził. Tylko to ptak, co dzikości w sobie nie ma; kuchcikom ich strzelać, nie myśliwym.
Rajecki zwrócił się do Czerwińskiego:
— Cóż, czy pójdziemy tam, gdzie zapadło stado?
— Szak możno — odrzekł leśnik — tylko ich znaleźć trudno; kiedy spłoszone, wpadną w mech i nie ciekną; do wieczora jak martwe leżą. Nie bój się, pan — najdziem inne; ich tu stad mało tysiąc.
— Tylko prowadź, panie Czerwiński, na bardziej ludzkie miejsca, żeby choć jakkolwiek po nich przesunąć się można było.
— A kiedy na pardwy, tak już po żółtym mchu, panie łowczy, a żółty mech na przepaściach.
— Bo wy już taki błotny człowiek — tłómaczył Talmont — a pan Rajecki młodzienki, to jak na skrzydłach. A mnie ziemia już ciągnie, i kiedy pochowam się do niej, wolę nie w błocie.
— Szak tu, gdzie chodzim, jeszcze nie bieda. Zapadniesz i wyleziesz. Ot tam, gdzie panowie widzicie daleko na lewo — trawa gładka — tak tam człowiekowi nie chodzić. I nie ochota jemu, bo nic nie znajdzie: czasem kaczki siędą i to nie dobre, murzynki, albo łyski.
Spojrzeli wszyscy na lewo, gdzie zieleńsza od mszaru, niewinna pozornie rozciągała się łączka. Michał zamyślił się nad tem, że gdyby bez przewodnika włóczył się po Szepecie, mógłby próbować wejść na tę łączkę. — — Niemiły dreszcz go przeszedł. — — Na takich to zdradnych trzęsawiskach urodziło się charakterystyczne litewskie przekleństwo:
— Żeb’ ty skroś ziemi poszedł! — —
Idąc znowu na czele pochodu, Czerwiński opowiadał dalej:
— A w samym środku Szepety, jeszcze o milę stąd, jest jeziora niezarośnięta, czarna. Tak z jej dniem i nocą para idzie ciężka, woniejąca jak dym torfowy, i w górę nie podlatuje, tylko rozłazi się nizko po brzegach. Jaka tam zwierzyna wodzi się — i niewiadomo, bo dojść nie można ani blizko. Czasem kiedy spłoszysz, idąc, którego z wielkich kulonów, albo inne zwierzę do czorta podobne, tak ono ciągnie na te jeziora fajka palić[1].
— Ot widzisz pan — rzekł Talmont do Rajeckiego — to, co ja opowiadałem wczoraj, że zabiłem, — ni gęś, ni zając — to było ze środkowego jeziora.
I zwrócił się do leśnika:
— A cóż to, byłeś, panie Czerwiński, nad tem jeziorem, że opowiadasz, jak wygląda?
— Zimą podszedłem, i to nie blizko; nie marznie ona i wszystko dymi. I wokoło bagna nie marzną. Latem i podsuwać się tam straszno...
Tymczasem psy wystawiły znowu stado pardw, jedno i natychmiast drugie. Koguty — gargatuny uszły cało, ale siedm młodych legło od strzałów. Znowu Minka stanęła dziwacznie, drżąc i cofając się bojaźliwie przed jakimś dużym ptakiem, do którego nie czuła zaufania. Porwał się cicho i lekko, rozskrzydlony łukiem na jakie półtora łokcia. Michał strącił go z powietrza i, podniósłszy, oglądał jego wielki dziób bekasi, ale zakrzywiony na dół, długie nogi i upierzenie czarno-bronzowe na skrzydłach, siwe na piersi.
— Czarny kulon — orzekł Czerwiński — z największych. Ale on do niczego, mięso hadkie. Ostaw jego pan na błocie.
— A nie! nigdy takiego nie widziałem; zabiorę do wypchania.
— Tak ja jego panu poniosę — ofiarował się usłużny leśnik.
Nie zbyt długo jeszcze polowali — słońce dobiegło zaledwie południa i grzało znośnie, bo i wietrzyk chodził po Szepecie, zaprawny odurzającą wonią błotnych porostów. Ale wszyscy zlani byli potem, gdyż chodzenie po uginającym się kożuchu mszaru należy do najuciążliwszych trudów myśliwskich. Zwłaszcza ogromny Talmont ledwie dyszał i stracił nawet humor. Zadecydowano więc przystanek i posiłek.
— Tylko żeby gdzie zawalić się można było nie jak wieprz w błocie — szukał oczyma dookoła pan Benedykt.
— Pozwólcie mnie — rzekł Czerwiński.
Wybrał miejsce, gdzie blizko obok siebie rosło kilka krzaków rosochatej łoziny. Trzy z nich urządził w ten sposób, że nałamał wszystkie gałęzie do środka. Następnie uciął myśliwskim nożem kilka pokrzywionych drągów sosnowych i umieścił je na krzyż na załamanych dośrodkowo krzakach.
— Ot, proszę siadać — —
Michał usiadł i zawisł jako tako w powietrzu. Ale pan Benedykt, choć siadał ostrożnie, załamał całe rusztowanie.
— Uuch! ziemia ciągnie — — i dosyć mnie już jednego zychadu — wołał komicznie, gramoląc się z rozmiażdżonego krzaka.
Wzmocniono więc legary pod gmach pana Benedykta i wszyscy zażyli nareszcie odpoczynku przy śniadaniu.
— Opowiedz pan coś jeszcze o tem jeziorze środkowem, panie Czerwiński — prosił Michał.
— Istoryi wiele, a wszystkie ciemne — — Najlepiej o tej jeziorze wie jeden Petrulis, i to rozum u jego pomieszany.
— Aha, ten Petrulis, co to chciał na dubicy przez Szepetę przepłynąć? Wiem — odezwał się Talmont.
— A pan z Jużynt może nie znać?
— Nie znam; proszę opowiedzieć.
— Tak był Petrulis i on jest jeszcze. Ciekawy był mały i próbował każdą rzecz poznać, która ukryta jest dla rozumu człowieka. To jemu, bywało, przyjdzie do głowy rozpoznać, czy mrówki głos do siebie dają, kiedy artel ich w marszu, i sunął głowę w mrowisko na cały dzień zawaliwszy się. Kiedy wstawał od tej durnej roboty, ludzie myśleli, czerwona febra jemu na twarz rzuciła się. On i za łosiami chodził po kilka dni bez strzelby, żeby podpatrzeć, czy który łoś na padaczkę[2] chory i jak on leczy się wtedy, skrobiąc ucho zadniem kopytem.
— Wiadomo — przerwał Talmont — w łosiej racicy wielka jest moc leczenia różnych chorób; i ja z niej proszek mam w apteczce, nazywa się ongula[3]. Ona nietylko na wielką chorobę, ale i na mniejsze, z padaniem połączone. Ot naprzykład panience trafi się poślizgnąć...
— Daj pokój, panie Benedykcie! — prosił Michał.
— Słówko tylko — upierał się żartobliwy łowczy — ja, będąc w pana wieku, nosiłem zawsze ten proszek przy sobie — tak na wypadek z panną, choćby i na polowaniu...
— Et! pozwól pan opowiadać Czerwińskiemu — rzekł Michał.
Zaczerwienił się i spojrzał na leśnika, czy ten nie zrozumiał aluzyi do Paraski. Ale Czerwiński bez jakichkolwiek oznak wzruszenia rozpoczął znowu przerwane opowiadanie:
— Tak ten Petrulis pytał wszystko i pytał, co dzieje się na jeziorze we środku Szepety. Odpowiadali jemu: durny ty, żaden człowiek tam nie był i nie będzie. On taki uchytrzył się tam dojść. Pobudował sobie dubice, nie dubice, — prosto koryto niewielkie z pławkami. Nałożył tam kilka bochnów chleba, machorki funtów trzy — i dawaj-że ciągnąć tę dubicę przez suchy mech do środka mszaru. Widzieli jego ludzie, kiedy wyjeżdżał, śmiali się. Pierwszego dnia idąc na nogach ciągnął, poszedł do wieczora sążni ze sto. Widzieli i na drugi dzień, jak on pchał już przez luny swoje koryto, we środku siedząc, a drągiem wielkim od błota odpierając się. Widzieli i na trzeci dzień jeszcze dalej — a potem jak przepadł na wiosnę, tak i nie wracał. Nikt jego szukać nie poszedł, bo u jego ni rodziców, ni żony. Myśleli: wtopił się. Aż pod koniec septembra wraca on chudzienki, zarośnięty. Pytają u jego: byłeś na jeziorze? Patrzy, jak sowa w dzień, i nie gada. W głowie jemu pomieszało się od tego, co widział — ot co jest!
— Jakto? i nie opowiada? — zapytał Michał.
— Jeśli pytają, co jadł, kiedy chleba nie stało, czasem odpowie on: pijanica dobra jagoda, krepka, jak wódka.
— To i rozumie się — rzekł Talmont — od duru pijanic zdurniał.
— Może i od pijanic, a mnie zdaje się, że od tego, co na jeziorze widział. Bo ludzie, u których on żyje, opowiadają, że sam do siebie albo i przez sen czasem gada. Dusze ludzkie pokutne — mówi — po śmierci na skrzydłach latają, złe na czarnych, a lepsze na pstrokatych. Niema im spoczynku nad czarną wodą. Na grunt twardy im siadać nie dozwala się, a jeśli opadną na wodę dymiącą, warzą się i jak kamuszki na dno idą. Tak wyrozumieli z jego gadania, że on to widział na jeziorze.
— Da przestań, panie Czerwiński, pogańskie historye opowiadać! — zawołał Talmont, splunąwszy — wszak wiadomo, że piekło we środku ziemi, a czyściec Bóg jego wie gdzie, tylko nie na Szepecie. I my przyszli tutaj pardwy strzelać.
— Jaż nie mówię, panie łowczy — Petrulis pomieszany opowiada.
Zadumali się wszyscy na chwilę o dziwach mszaru i jego oparzelisk, poczuli swą małość i nielotność. Przerwał milczenie Rajecki:
— Gdzież teraz, panie Czerwiński?
— A cóż, można jeszcze dalej do środka, można i powoli wracać do brzegu inną drogą.
— Trochę jeszcze do środka — wyrywał się Michał.
Pan Benedykt nie oponował, lecz pozostawał coraz bardziej w tyle, trzymając się krzaków, coraz rzadszych. Przez nagie połacie wybladłego mchu trzeba było teraz ślizgać się chodakami po powierzchni niby zwartej, lecz prawie płynnej. Dawało to Michałowi wrażenie postępowania po fali, cudne i podniecające: skoro się zwyciężyło tyle już przestrzeni, może dzisiaj właśnie dotrze się do widoku, choć zdaleka, dziwnego środkowego jeziora? — — Co chwila psy znajdowały pardwy i kilkanaście sztuk przybyło do troków myśliwych. Pardwy ciągnęły strzelców w kraj coraz bajeczniejszy, pływający na odmętach błotnych, ziejący wonią przemocną, od której nadużycia zwaryował Petrulis. Nie pijanice wydawały tę won, ani inne jagody, bo ich dziedzinę pozostawili już myśliwi za sobą; wiały tu już pono dymy czarnego jeziora —
Nowe stado pardw furknęło z pod wyżłów. Kogut poprowadził je nizko nad mszarem nagim, gładkim i puszystym, jak strzyżony kobierzec zgniłej barwy. Głos koguta jakoś tryumfalnie i złowrogo śmiał się:
— Gargar — gargar — gargar...
Michał, zajęty samą trudnością postępowania, rozkołysany na chwiejnym gruncie, strzelił późno i zeskrzydlił jedną tylko młódkę, która opuściła się daleko na goły mszar. Cezar rzucił się za nią, ale po kilku susach uwiązł po brzuch w błocie, wygramolił się i zawrócił do myśliwych. Cezar pierwszy raz w życiu odmówił służby.
Przystanął i Czerwiński:
— Tutaj już, pan, my nie przeleziem. A przeleźliby raz, powrócić ciężko.
Namyślali się przez chwilę, dysząc ze zmęczenia. Wtem usłyszeli strzał za sobą w krzakach, z których niedawno wyszli.
— Ot gdzie pan łowczy za nami pozostał! — uśmiechnął się Czerwiński.
Rajecki obejrzał się:
— Co on tam? zapadł znowu? widać go tylko do połowy — —
— Nie; stoi on, nóżki w błoto maleńko wnurzywszy. A i my jemu widni tylko od brzuchów.
— Wracajmy do łowczego.
— Tak i trzeba.
Powracali, omijając ślady własne, zagłębione we mchu, ogromne, pełne ciemnorudego błota. Iść bez nadziei strzału zdawało się trudniej, niż za pardwami.
Pan Benedykt był w złym humorze.
— Nie dziw, że pan Rajecki, młody i nowy tutaj, lezie, gdzie popadnie. Ale żeby ty, panie Czerwiński, stary ochotnik, prowadził w takie miejsca, tak tobie już we łbie wódka musi zakręciła, albo na inny manier ty zdurniał, śmiem powiedzieć.
— Da cóż pan łajesz się? szak my przeszłego roku na samych tych miejscach z panem pardwy bili — odrzekł spokojnie leśnik, demonstrując dłonią.
— W przeszłym roku susza była, a w tym deszcze wiosenne rozmoczyły mszar jak botwinę, czort jego bierz!
— Czy nie to będzie, że panu łowczemu maleńko w tym roku wagi przybyło? — dodał Czerwiński nie bez cienia złośliwości.
Talmont obruszył się:
— Ot wymyślił! Jak było równo ośm pudów, tyle i jest.
I zwrócił się do Rajeckiego:
— A pan, choć lekki, kiedy patrzeć zdaleka, jak idziesz, aż niemiło: prosto w ziemię pan chowasz się. Mało to pardw między krzakami na pewniejszym gruncie? I po co leźć tam, gdzie i pies nie chce?
— Ma pan racye, panie Benedykcie. Powracamy w krzaki.
Czerwiński, posłuszny jak dobrze ułożony wyżeł, prowadził teraz łukiem ku miejscom suchym i bliższym brzegu. Na tych miejscach znalazły się cietrzewie w niemniejszej ilości, jak pardwy na moczarach. Od czasu do czasu zabił Michał jakiegoś rzadkiego ptaka, to czupurnego bataliona, to przelotną kaczkę nieznanej odmiany. Kręcili się tak po równinie bez granic, aż Michał tracił czasem świadomość, kędy droga do domu, kędy zaś do środkowych przepaści Szepety. Wtedy objaśniał Czerwiński, wskazując nikłe wytyczne na horyzoncie: — Ot tam sosna na pagórku — mój dom. A tam na prawo, jak chmurka, kiedy wschodzi na niebo — ta brzezina, z której panowie wczoraj ruszyli łosia.
Do obu punktów było daleko, daleko — — pospolity wędrowiec płakałby, że ma tyle przed sobą i tak ciężkiej drogi. Ale myśliwy, gdy oddycha powietrzem pełnem obietnic łowieckich, gdy strzela niemal bez przerwy, nie czuje znużenia; dzień mu za krótki, żadna zdobycz go nie nasyca.
Nie późny wieczór, ani brak zwierzyny wyrwały myśliwych z Szepety, poprostu — brak ładunków. Michał już ich nie miał wcale, a gdyby nawet zabrał resztę od Talmonta lub Czerwińskiego, ich ładunki nie pasowały do jego broni. Trzeba było wracać do brzegu najkrótszą drogą. Wzięli psy na paski i przebrnęli tę ostatnią przestrzeń mszaru najcięższą, bo beznadziejną. — Z pod nóg ich furknęło jeszcze kilka cietrzewi.
Gdy wydobyli się na brzeg twardy, o parę wiorst od leśniczówki, rzucili się z rozkoszą na suchą, gruntową murawę. Odpasali torby i troki pełne skrzydlatej zwierzyny: było czterdzieści dwie pardwy, dwadzieścia ośm cietrzewi i kilka sztuk rozmaitego ptactwa.
— Żeby mi nie zabrakło nabojów, doszlibyśmy do stu sztuk — narzekał Michał nienasytny, jak każdy młody.
— Wiadomo — potwierdził Czerwiński. — Tak jak pan strzelasz, od wschodu do nocy, sam jeden sztuk sto zabiłbyś, nie mniej.
— Bo i strzelba jaka! — dodał Talmont zimno, tłómacząc się ubocznie, dlaczego mniej zabił, niż Rajecki.
Leśnik wziął broń Michała do rąk, zważył w dłoni, przyłożył do ramienia, opatrywał fachowo i z lubością.
— Strzelba gubernatorska — — i lekka ona i składna i nazad nie odbija — a kiedy już plunie, tak trup! — patrzyłem ja dobrze.
— Angielska — rzekł z zadowoleniem Michał.
— Powiedzcie mnie panowie — zaczął Czerwiński konwersacyę co znaczy się, że która rzecz z żelaza, tylko Angliczanin ją robić umie, a inny już nie tak? Wiele ja widział i strzelb i maszyn. Tulskie dranne, niemieckie równo co żydowski towar. A kiedy już z Anglii — satysfakcya!
— Taka już u nich manufakturna natura — objaśnił poważnie Talmont.
Rajecki zaś nie słuchał, troszczył się o naboje na jutro i pytał, gdzie ich dostać, gdyż tylko napoczętą setkę miał pozostawioną w leśniczówce.
— Wiem ja jednego — odrzekł Czerwiński — który do Dynaburga jutro rano jedzie, a na noc do Kupiszek powróci. Może on przywieźć nabojów, choć na tydzień.
— Zapóźno będzie. Pojutrze rano wracać mi trzeba do domu.
— Wasze wysokorodie! — zapraszał Czerwiński, który w uczuciowych momentach używać zwykł rosyjskich zwrotów — cóż na Szepetę dwa dni? Na miesiąc tutaj ochotnikowi. I pogoda piękna i pora na pardwy. Ot jakie tłuścieńkie, choć ty je łyżką jedz.
— I gospodarz gościnny, i we dworku u niego pełno wszelkiego dobra — dodał pan Benedykt, mrugając figlarnie.
— Nie mogę — bronił się słabo Michał.
Powstali i poszli po suchej łąkowej dróżce, którą wczoraj dojeżdżali do leśniczówki, na granicy mszaru i pól uprawnych. Przedwieczorny chłodek muskał orzeźwiająco utrudzone ich ciała.
— Iść teraz pięknie — wołał Talmont, podrygując tanecznie w ogromnych chodakach — zielono i gładko, jak po bilardzie.
A przecie dróżka była najpospolitszą z bocznych dróżek, wyżłobiona w trzy koleje, kręta, przepadająca miejscami w trawie. Ale grunt stały pod stopami sprawiał myśliwym, którzy dzień cały huśtali się na przepaścistym kożuchu mszaru, wrażenie idealnego odpoczynku. Szybko i lekko niosły ich nogi uradowane.
Są w fizycznem życiu człowieka chwile wielkiej błogości po zdrowem, pracowitem zmęczeniu. Mózg rozedrgany zwykle nadmiernie, szarpany przez ambicye, przewidywania przyszłości, spekulacye, niepokoi ciało, przyśpiesza pulsy, a osłabia normalną, zwierzęcą grę organizmu. Czasami jednak mózg, ten przekorny psowacz harmonii, usypia pod wpływem silnych robót muskularnych, nie wybiega już pragnieniami poza granice ciała — i człowiek układa się jako posłuszny atom na swojem miejscu w przemądrem krążeniu materyi, rozpływa się w wieczności harmonii i szczęścia. Jedynie materya jest szczęśliwa, jedynie fizyczne szczęście jest doskonale.
Michał niósł się przez tę dzicz radośnie. Nie wlókł już za sobą przeszłości, nie troszczył się o przyszłość, oddychał chwilą, która z nim razem przepadała w wieczności. Wiatr zapomnienia wiał od bosko pierwotnych rozłogów Szepety.
W milczeniu szli wszyscy, a na ziemi wokoło działy się rzeczy dostrojone do nich, harmonijne. Słońce zachodziło na pogodę, pokrzykiwały jakieś ptaki zadowolone z wieczoru, słała się trawa miękko pod rytmiczny pochód stóp. Dom był już blizko, z komina wywijał się dymek i przepadał, jak marzenie, w niebie szerokiem, pełnem słodkiej jasności. Na progu ukazała się Paraska wystrojona jaskrawo, jak na wesele — i czmychnęła po to, aby za nią pogonić.





  1. Litwini, słabo mówiący po polsku, mają stałą skłonność do przerabiania rzeczowników na rodzaj żeński i do używania ich generalnie w pierwszym przypadku.
  2. Epilepsya. Starożytna legenda o epilepsyi łosi naprowadziła na pomysł używania łosiej racicy jako środka lekarskiego dla ludzi, podlegajacych wielkiej chorobie.
  3. Ungula alces.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.