Wychowanka/Akt I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Wychowanka
Rozdział Akt I
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VIII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Indeks stron


AKT I.
(Salon — drzwi w głębi; po prawéj stronie od aktorów dwoje drzwi: pierwsze do pokoju Zosi, drugie do P. Morderskiego. — Na lewo podobnież dwoje drzwi, z których pierwsze szklanne do ogrodu, drugie do pokoju Reginy — na przodzie sceny na prawo kanapa, przed tą stolik założony wstążkami, koronkami i kwiatami — krzesła.)


SCENA I.
Zosia, Szymon.
(Zosia siedzi na kanapie zajęta robótką — Szymon z trzepaczką w ręku przechodzi przez scenę w głębi; nagle wstrzymuje się i zwraca do Zosi.)
Szymon.

Panuńcia woła?

Zosia.

Nie.

Szymon.

Nie?

Zosia.

Nie, nie mój Szymonie.

Szymon.

Hm! — Ja przecie słyszałem wyraźnie w téj stronie.

Zosia.

Nikt ciebie tu nie wołał, tak ci się zdawało.

Szymon.

Tak! zdawało! Szymona zawsze wszędzie mało;
Szymon tu i Szymon tam każdy woła sobie,
Bo cóż kto kiedy zrobi, czego ja nie zrobię?
Do kawy, wina, jak w dym — do roboty hola!
A do tego baraszki, pustota, swawola...
(zbliżając się)
Najgorsze w garderobie te młode dziewczęta;
Na ludzkie udręczenie dał im Bóg pyszczęta.
Jeno wstaną, już krzyczą — pędzę — kto mnie woła?
(przedrzeźniając)
Nie ja, nie ja i hi hi, hi hi hi do koła.

Zosia.

Ależ mój ty Szymonie, niesłuszne twe żale,
Ty słyszysz zawsze, chociaż nie woła nikt wcale.
Tobie tak w uszach szumi.

Szymon.

Co? krzyk, że aż głuszy:
Szymon! Szymon! miałyby robić moje uszy?
O! O! Proszę Panuńci, to ktoś plotkę zrobił,
Żebym wiedział, kto taki, dalibóg bym obił.

Zosia.

No nie gniewaj się stary.

Szymon (p. k. m.).

Jakież tam nowiny?
Pan Piotr zatem przyjeżdża, dziś bal, zrękowiny.

Zosia.

A tak, tak, zrękowiny.

Szymon.

Cieszę się niezmiernie.
Panuńcia tu zostanie, ja dosłużę wiernie.

Ale gdyby broń Boże, zaszła zmiana jaka,
Pójdę z Panią w kraj świata, bodaj za kozaka.

Zosia.

Dziękuję ci Szymonie, wierzę twej przyjaźni...

Szymon.

O! słyszysz Pani? Szymon, Szymon najwyrażniéj.
(Odchodzi.)





SCENA II.
Zosia (sama, oparta na łokciu jakby głośno myślała).

Z nędznéj chaty leśnego w pański dom wniesiona,
Wychowana po pańsku, strojona, bawiona,
Mam zaślubić przyszłego dziedzica tych włości,
Co tu szczęścia! co szczęścia! któż go nie zazdrości!
Zawiść za te koronki, atłasy, kobierce,
Córce Hryńka Bajduły wydarłaby serce;
A jednak ten los świetny, to szczęście szalone,
Ma w głębi mojéj duszy swą odwrotną stronę
I gdyby zawiść mogła, chciała i zgłębiła,
Kto wie, możeby jeszcze w litość się zmieniła.
(Zakrywa oczy chustką.)





SCENA III.
Zosia, Regina, Paulina.
Paulina.

Co? Hero płacze, kiedy Leander przypływa?

Regina (siadając po lewéj stronie Zosi).

My cieszym się Twém szczęściem, a ty niegodziwa
Smutna, jak gdybyś chciała podroczyć się z nami.

Paulina (stając po prawéj stronie Zosi).

I prześliczne koronki skrapiasz twemi łzami.
Mnieby to, mnie przystało, płakać gorzko, rzewnie,
Bo nigdy takich strojów nie będę mieć pewnie.
Szczęśliwa ty! Pułkownik stroi w drogie dary
Jak własną córkę.

Regina (z udaną surowością).

Polciu!

Zosia (całując w rękę Reginę).

Ach prawda, bez miary
Jest łaska wasza. Będęż wywdzięczyć się zdolną
Wam, których rodzicami nazywać mi wolno.

Paulina (przykładając kwiatek do włosów Zosi).

Śliczny goździk — patrz Ciociu jak Zosi do twarzy...
(do Zosi)
A twój ojciec prawdziwy, gdzież dziś gospodarzy?

Zosia.

Nie wiem.

Paulina.

Cudna rezeda... jakto on się zowie?

Zosia (ciszéj).

Hryńko.

Paulina (parschając śmiechem).

Hryńko! doprawdy? (do ciotki) Na jéj pięknéj głowie
Wszystko piękne. (do Zosi) A jakie przezwisko?

Zosia (cicho).

Bajduła.

Paulina (śmiejąc się).

Bajduła! ach czyjaż myśl tę nazwę wysnuła?

Zosia.

Dlaczegóż tak się dziwisz, wszak dawnoś wiedziała?

Paulina (śmiejąc się).

Zapomniałam. — Bajduła! (do ciotki) A ta róża biała
Jakby dla niéj stworzona. (do Zosi) Zawsze pijak taki?

Zosia (boleśnie).

Paulino!

Paulina (strojąc Zosię).

Patrz, patrz ciociu, te jaskrawe maki
Jak piękne przy jéj włosach. Ona kwiaty zdobi...
(do Zosi)
Ale twój tatko pono coś gorszego robi,
Pułkownik już na niego bardzo rozgniewany
Grozi, że jak go złapie, zakuje w kajdany.

Zosia (wstając).

Ach! tego już za wiele!

Regina (do Pauliny).

Nie dręczże mi Zosi
(do Zosi)
A ty nie zważaj, Polcia w żartach się unosi.
(całując ją)
Chodź, pokaż mi twą suknię na ucztę dzisiejszą,
Chcę, abyś była piękną, od wszystkich piękniejszą.
(Odchodzi z Zosią.)





SCENA IV.
Paulina, P. Wacław.
(Wacław wstrzymał się był w głębi, a widząc uściśnienie Reginy roześmiał się śmiechem sobie właściwym, krótkim, cichym, więcej wzgardę jak wesołość znamionującym.)
(Aby instrukcyi nie powtarzać, gwiazdką (*) znaczyć się będzie miejsca, gdzie ten śmiech przypada.)
Paulina.

I czegóż Pan się śmiejesz? — Wiesz Panie Wacławie,
Ja, którą za złośliwą świat okrzyczał prawie... (*)
I dajmy na to, słusznie, ja się Pana boję.

P. Wacław.

O! pochlebiasz mi Pani.

Paulina.

Próżne śledztwa moje:
Żaden zmarszek na twarzy, żadna iskra w oku,
Nie zdradzi nigdy czucia wewnętrznego toku;
A jednak się przeczuwa wśród ciągłéj obawy,
Że ta zimna powłoka jest powłoką lawy.

P. Wacław. (*)

Jakiś niby bohater w sposobie Byrona.

Paulina.

Pewnie, pewnie, przynajmniéj ta sama osłona.
Ten śmiech martwy... jeżeli śmiechem nazwać muszę,
Zawsze niejakim dreszczem przejmuje mi duszę.

P. Wacław.

Bardzo mi przykro, jeźli mym brzydkim nałogiem
Psuję zdanie o sobie, które jest mi drogiém.
Ale wolnoż się spytać — bez żadnéj złéj myśli —
W jakim téż celu Pani ten mój obraz kreśli?

Paulina.

W celu, bom jest złośliwą, lecz otwartość lubię,
Niechętnie wniosków szukam w niepewnéj rachubie —
Z kim żyję pragnę wiedzieć, niech tam co chce będzie,
W przyjaciół, nieprzyjaciół mam go liczyć rzędzie.

P. Wacław.

Między dwoma rzędami jest pośrednie pole,
I na tém względem Pani pozostać ja wolę,
Jest to pole szacunku, czci i poważania,
Do których piękność, dobroć i cnota nas skłania.

Paulina.

Czemuż się Pan nie śmiejesz?

P. Wacław.

Raz źle, że się śmieję
A raz, że się nie śmieję. W zbyt ostre koleje
Wtrącać mnie Pani raczysz.

Paulina.

Och! co za pokora!
Lecz ja wierzyć wszystkiemu nie tak bardzo skora.
Przytém wolę ucinki jak szumne pochwały.

P. Wacław.

To jest, kazać wyraźnie by usta milczały.

Paulina.

No, no! ot lepiéj, szczerze, zabawmy się razem
Przed składu domu tego uciesznym obrazem. (*)
(na stronie) Istny marmur.

P. Wacław (na stronie).

Jaszczurka, kokietuje jadem.

Paulina.

Powiedz mi Pan, co jesteś najbliższym sąsiadem —
Bo ja obca — czy prawdą choć część tych powieści,
Z których każda z osobna skarb śmieszności mieści.
Czy prawda, powiedz z łaski, że mąż mojéj cioci,
Co się w rangi wojskowe coraz nowe złoci,
Nigdy w wojsku nie służył? — Ma być znane światu,
Że on kiedyś przed laty wysłany z powiatu,
By dostarczył sztabowi owsa, słomy, siana,
Przybrał sobie nawiasem tytuł kapitana;
Później przebywszy Wisłę parę razy łódką,
Został w domu majorem ze szpiczastą bródką;
Nareszcie tryumfalnym witany okrzykiem,
Z Rzeszowskiego jarmarku wrócił pułkownikiem;
I za każdym awansem wyższe jego progi,
Szerszy galon u czapki i dłuższe ostrogi,
A co najlepsze, że tak wkłamał się sam w siebie,
Że na prawdę wszystkiego przysiągłby w potrzebie.

P. Wacław. (*)

No, ale dobry człowiek, zawsze panem w domu...

Paulina.

Co? Panem w domu? Komuż Pan to mówisz, komu?
On nie ma innéj woli jak wolę méj ciotki
I jéj miluchnej Zosi, téj układnéj kotki,
Co niby bez pazurków wydrapać się umie,
Co na przekor stosunkom i rodzinnéj dumie,
Depce po naszych głowach i w górze zostanie.
Prawda, że Pułkownika do niéj przywiązanie
Różnie różni tłomaczą i nie bez przyczyny,
Bo mimo ciągłych uwag ze strony rodziny,

Mimo wahań synowca, oporu bratowéj,
Coby chciała posagu, a nie chce synowéj,
Mimo licznych scen w domu przy swojém obstaje
I z nią tylko majątek synowcowi daje.

P. Wacław.

Szaleństwo niepojęte! - Ma tak dobrą żonę,
A żona siostrzenicę, czemuż w inną stronę
Narzucać swój majątek?!

Paulina.

Ja tego nie mówię.

P. Wacław.

Tak, ale ja powiadam.

Paulina.

A złość w każdém słowie.

P. Wacław.

Bynajmniéj.

Paulina.

Szczerze.

P. Wacław.

Szczerze. Ja mu to wyjaśnię.

Paulina.

I na tém Pan nie stracisz.

P. Wacław.

Otóż i on właśnie.
(Paulina odchodzi.)





SCENA V.
Morderski, P. Wacław, Narcyz.
(Morderski: siwa głowa, wąs wyczerniony łączy się z faworytami. Czapeczka z galonem bez daszka na bakier, ostrogi, postawa niewojskowa. Narcyz: czub wytrefiony i wąsik zakręcony, oznaczające zamiłowanie w sobie — ubiór wytarty. Morderski wyszedłszy z Narcyzem ze swego pokoju, rozmawia z tymże trochę w głębi — Wacław na kanapie książkę czyta.)
Morderski.

Sędziego nie ma w domu, a Wać Pan jak zero.
(Narcyz się kłania.)
Piramidalny kłopot! wrócili?

Narcyz (lękliwie i drgając za każdém wykrzyknięciem Morderskiego).

Dopiero
Wrócili.

Morderski.

Wszyscy?

Narcyz.

Wszyscy.

Morderski.

I żadnéj poślaki,
Żadnéj wieści o Hryńku?

Narcyz.

To jego majaki
Proszę ja Jaśnie Pana; pewnie umarł może.

Morderski.

Jakiżeś Wać Pan... Słuchaj, jeszcze raz powtórzę:
Pięć reńskich za wieść o nim, dziesięć za wskazanie,
A kto złapie i zwiąże, dwadzieścia dostanie.
Czy rozumiesz?

Narcyz.

Ta czemu.

Morderski.

Miéj wartę przy sobie,
Abyś mógł na wezwanie ruszyć w każdéj dobie.
Ale sekret zalecam — sekret — ani słowa —
Mille tonnerres! ani słowa, ręczy twoja głowa.

Narcyz.

Moja?

Morderski.

Tak, twoja. Reńskich dwadzieścia dostanie,
Kto złapie — kto wypaple... znasz mnie?

Narcyz (kłaniając się).

Jaśnie Panie.

Morderski.

Mille tonnerres! żeby kości jak marmur miał twarde,
Jakem stary weteran zetrę go w musztardę.
(Narcyz aż przysiadł.)
I Wać Pan bądź dziś wszędzie, ręką i oczyma,
Bo u mnie wiesz pardonu dla winnego nie ma.
Marsz! (Narcyz odchodzi.) Panie Narcyz!

Narcyz.

Słucham.

Morderski.

Cóż? niema kapeli?

Narcyz.

Jeszcze niema.

Morderski.

Bodaj ich wszyscy djabli wzięli!
Zapewne dudy swoje stroją gdzie przy flaszy,
Potém ich harmonija gości mi wystraszy.

Wyprawić z kozakami czém prędzéj kuryera,
Niech trzeźwych czy pijanych po drodze pozbiera.
Marsz! (Narcyz odchodzi.)





SCENA VI.
Morderski, P. Wacław.
P. Wacław.

Jak zawsze po żołniersku! Marsz, raport, rozkazy.

Morderski.

Posiwiały w obozie przejąłem wyrazy.
Kiedy komenderuję, niech się nikt nie pyta,
W prawo, w lewo, naprzód marsz! Mille tonnerres i kwita.

P. Wacław. (*)

Marsz! A jak nie usłucha?

Morderski.

To go piorun trzaśnie.

P. Wacław.

Trzaśnie! — A jak nie trzaśnie?

Morderski.

Otóż tu sęk właśnie.
Nie słucha jeden, drugi, a żona na czele,
Buntują mi szeregi.

P. Wacław.

Pobłażasz za wiele.

Morderski.

Knuje spiski z Pauliną. Znam wszystkie powody,
No, ale milczeć muszę dla domowéj zgody.

Przytém, wiesz: Pan Piotr człowiek, z którym trudna rada,
Chce, nie chce, siak tak.

P. Wacław. (*)

Słowem, jakto Pan powiada:
Piramidalny głupiec.

Morderski.

No, piramidalny,
Nie mówię, ale prawda, że nie zbyt jenjalny.

P. Wacław.

Arcy prawda.

Morderski.

W tém kłopot. Nie ma swego zdania,
Na babskie szepty matki chętne ucho skłania.

P. Wacław.

Dobry więc syn.

Morderski.

Głupi syn, głupi jak cholewa,
Bo nie żeniąc się z Zosią czegoż się spodziewa?
Matka mało dać może, bo sama nic nie ma,
A odemnie bez Zosi grosza nie otrzyma.

P. Wacław.

Zosia go kocha?

Morderski.

Nie wiem.

P. Wacław.

Lecz chce iść za niego?

Morderski.

To moja wychowanka, nic nie ma swojego.

P. Wacław. (*)

Tak przez tyle lat, tyle sukienek dostała,
Przez tyle czasu jadła, pod dachem mieszkała,
Tak, prawda, Wychowanka woli mieć nie może,
Musi słodkie czy gorzkie przyjmować w pokorze.
Ależ i Pana Piotra nie widzę, przewiny,
Wszakże dzisiaj przyjeżdża i dziś zrękowiny.

Morderski.

Już to trzecie, — Mille tonnerres! — Matka zawsze skręci,
Bo urodzenia Zosi nie spuszcza z pamięci.
A tu ten hultaj Hryńko bruździ w swoję stronę,
Bo gdy raz zapowiedzi były ogłoszone:
Zofija wychowanka Jaśnie Wielmożnego
Pułkownika Hektora Kaspra Morderskiego,
Niewiadomych rodziców... — lękałem się bowiem
Spłoszyć matkę i syna jak nazwisko powiem...
Ten hultaj, łotr wierutny, ma na tyle czoła,
Przesłać skąd, djabli wiedzą, protest do kościoła,
Że małżonków Bajdułów Zosia córka prawa,
Że bez ojca ją za mąż wydać nie mam prawa...
No, a on ojcem musi pozostać przed światem...

P. Wacław.

A nim nie jest?

Morderski.

No, to... ten... ale rzecz nie na tém.
Piramidalny kłopot!

P. Wacław.

Łatwe do pojęcia,
Chce córce wrócić godność prawego dziecięcia.

Morderski.

Bajka! — Ale co gorzéj wpadł jak kamień w wodę,
A ja chciałbym go skłonić, zrobić pewną zgodę,
Aby mi raz na zawsze praw swoich odstąpił.
Lubo to wór dziurawy, nie będę dziś skąpił,
Czego tylko zażąda, dać mu jestem skory,
Bylem się raz mógł pozbyć tej nieznośnéj zmory.
Powinienby on wprawdzie siedzieć już za kratą,
Bo z dawien dawna pilnie zasługiwał na to,
Lecz ze względu na Zosię patrzałem przez szpary,
On to wiedział, dlatego teraz nie zna miary
I w jawną wojnę zmienił podstępne wykręty.
Kazałem go więc szukać... jak będzie zamknięty,
Jak się dobrze wytrzeźwi, a lepiéj wygłodzi,
Na dobrowolny układ może się i zgodzi;
Może, jak pomiarkuje, że idzie o skórę,
Zrzeknie się córki, pójdzie za dziesiątą górę.





SCENA VII.
Ciż sami, Regina, Paulina, Pan Piotr.
Regina (wchodząc).

Jest i Pan Piotr.

P. Piotr.

Rzecz dziwna, podziwienia godna.

Morderski.

Na przykład?

P. Piotr.

Wpadłem w błoto — w błoto, głową do dna.

P. Wacław.

Głową? — Pan? — hm!

P. Piotr.

Koń wierzgnął raz jeden i drugi...
Koczyk.... rym! — padam do nóg.[1] — A ja hep!.. jak długi...
A kto winien wszystkiemu? — Wojsko i dobosze.

Regina.

Wojsko?

P. Piotr.

Trrram, trrram i trrram, trrram, mijajże ich proszę!

Regina.

Wojsko idzie?

P. Piotr.

A idzie — z bębnami.

Regina.

Którędy?

P. Piotr.

Kiedy tu idzie, a więc pewnie pójdzie tędy.

Regina.

Chodźmy zobaczyć.

Paulina.

Chodźmy.

Regina (biorąc pod rękę).

Chodź, chodź Panie Pietrze.

Paulina.

Panie Wacławie.

P. Wacław (podając rękę).

Służę.

P. Piotr.

Wilgotne powietrze,
Że w rowie...

Paulina.

A Pułkownik?

Morderski.

Nie mam wprawdzie czasu..
Lecz wilka ciągnie zawsze natura do lasu.

Paulina.

A potém, jak zobaczą czapeczkę, ostrogi,
Może nam za broń wezmą i uderzą w rogi.
(Odchodzą.)





SCENA VIII.
Zosia, potém Hryńko, późniéj Szymon.
(Zosia wychodzi ze swego pokoju, wygląda przez drzwi środkowe, potém wraca i siada na kanapie.)
Zosia.

Jak wymiótł... żywéj duszy... każdego coś bawi,
Mnie tylko smutek ściga, mnie tęsknota trawi;
Chciałabym się gdzie ukryć, wypłakać się głośno,
A oni bez litości, każą być radosną.

(Hryńko pokazuje głowę, potém zwolna wchodzi drzwiami od ogrodu. Ubiór wpół chłopski, zaniedbany bez przesady — Zosia postrzegłszy go krzyknęła i zerwała się z kanapy.)
Hryńko.

Nie bójcie się córeczko, ja was nie ukąszę,
Chociaż to wasze dźwierki coraz dla mnie wąższe.

Zosia.

Ach jeżeli się boję, to się o was boję,
Bo już dziś nie zasłonią żadne prośby moje.

Hryńko.

Wiem, wiem, stary się gniewa, stary na mnie czycha,
Ale wszyscy u bramy, a ja szedłem z cicha...
Ot, grosza mi potrzeba.

Zosia.

Nigdy nie mam wiele,
Ale, co tylko mogę, chętnie wam udzielę.
(dając)
Oto jest wszystko — weźcie — i idźcie czémprędzéj.

Hryńko (chowając pieniądze).

To mało... A mnie dużo... dużo trza pieniędzy.

Zosia.

Ależ nie mam, dla Boga.

Hryńko.

Może fantów nieco?

Zosia.

Jakichże?

Hryńko.

Ot pierścienie na palcach się świecą.

Szymon (wchodząc).

Słucham... Czy Panuńcia wo... A tyś wlazł którędy?

(Hryńko na pierwsze słowo Szymona skoczył ku drzwiom ogrodowym, ale postrzegłszy Szymona wraca.)
Hryńko.

A tobie co do tego, tędy czy owędy?

Szymon.

Nie lękaj się Panuńciu, drwij z tego włóczęgi...
(zasłaniając ją sobą)
Nie bój się... Ja tu jestem.

Hryńko (parskając śmiechem).

Patrzcie, jaki tęgi.
Idź stary capie, krzywdy panience nie zrobię,
Jako rodzic z córeczką rozmawiamy sobie.

Szymon.

A ty łotrze!..

Zosia.

Szymonie, to mój ojciec przecie.
(do Hryńka)
Za te moje pierścionki nie wiele weźmiecie,
A ja się z żalem drogich pamiątek pozbawię.

Hryńko.

Ja te drogie pamiątki u Moszka zastawię;
Możesz Panno córeczko ztamtąd je wykupić,
Mnie o to idzie, abym miał...

Szymon.

Za co się upić...

Hryńko (do Szymona).

Ciszej! (do Zosi) Abym miał dzisiaj czém prędzéj na drogę,
Bo tu coraz mi duszniéj, pozostać nie mogę...
O hultajów nie trudno... gotów jeszcze który
Schwycić mnie i na lata wsadzić gdzie do dziury.

(Szymon po wierszu: A ja się z żalem etc. dobywa z kieszeni talara, którego z wielu papierków rozwinąwszy daje w złości Hryńkowi.)
Szymon.

Na, masz, idź... a nie wracaj. (Hryńko chowa talara.)

Zosia.

Na to nie zezwolę.
Oddaj mu jego pracę... pierścionki dać wolę.
(Hryńko chowa pierścionki.)

Hryńko.

Dajcie pieniędzy, a dziś pójdę w obce kraje
I raz na zawsze, słowo honoru wam daję.

Szymon.

Tfy!

Hryńko.

To panno córeczko usługa nie mała.

Zosia.

Przynajmniéj aż do jutra... będę się starała...

Hryńko.

Dobrze, dwadzieścia bitych, w lasku, jutro rano...
A kto wié, może za to dam wam jakieś wiano.
Mogłem wprawdzie tu nie przyjść, bo szpekulacyja
Z wielkiemi osobami dziś mi się nawija;
Mogłem łatwo zarobić pięknego grosiwa,
Ale jakoś mi nie w smak... bo rzecz nieuczciwa.

Szymon (obracając się ku drzwiom).

Słucham. Przecie ktoś woła.

Hryńko (uciekając we drzwi ogrodowe).

Niech Panna pamięta.

Zosia (do Szymona).

Nie puszczaj tu nikogo.

Szymon.

Tak, mam strzedz natręta.

Zosia.

Boże, Boże! to wiele, nadto na me siły
(stając we drzwiach ogrodowych)
I staje... (kiwając chustką)
Prędzéj... prędzéj... tam... drzewa by skryły...

Szymon (za drzwiami).

Nie ma nikogo, nie ma... wierz mi Pan, że nie ma.

P. Wacław (wchodząc).

Nic nie szkodzi.

(Na słowa Wacława, Zosia zamyka drzwi i staje przed niemi jakby chciała zasłonić i tak nieporuszona i ze spuszczonemi oczyma zostaje aż do wejścia Wacława — Szymon wszedł za Wacławem i zatrzymał się w pół sceny, pomieszany stoi tam do końca aktu. — Wacław wszedłszy i postrzegłszy Zosię, spojrzał na Szymona — idzie do stolika, bierze książkę, potém śledczém okiem spojrzawszy na Zosię, kłaniając się mówi:)
P. Wacław.

Przepraszam. (Odchodzi.)

Zosia (zaledwie Wacław zamknął drzwi, do Szymona).

On słowa dotrzyma...
Prawda?.. On nie zły człowiek... prawda?.. Tylko głowa
Szalona.... lecz ja ręczę, on dotrzyma słowa...
Tylko pieniędzy...

Szymon.

A skąd?

Zosia.

Zegarek zastawisz...
A im spieszniéj, tém prędzéj mnie i jego zbawisz.

(Wciska zegarek dobyty ze szuflady w rękę Szymona i odchodzi. Szymon zostaje na miejscu w bolesném zamyśleniu — zasłona spada.)
Koniec aktu I.

Przypisy

  1. Mówiąc: padam do nóg, mocno przeciąga pierwsze apaadam etc.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.