Z antropologji wiejskiej/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Z antropologji wiejskiej
Podtytuł Obrazki i szkice
Wydawca Redakcya Gazety Rolniczej
Data wydania 1888
Druk M. Ziemkiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Mendel siedział przy czerwonym stole, w alkierzyku obok izby szynkownej i dumał.
Przed nim była otwarta wielka księga hebrajska, ale wzrok Mendla nie spoczywał na niej.
Na dworze było zimno, śnieg padał. W karczmie pusto całkiem, ani nikogo z przejezdnych, ani z miejscowych mieszkańców.
Mendel zastanawiał się nad tem, dlaczego tak brzydko jest na świecie? Dlaczego śnieg pada? dlaczego karczma pusta, dlaczego nikt nie przychodzi?
Wszystko musi mieć swoją przyczynę, więc i ta chwila również, ale gdzie jest przyczyna? jak ją delikatnym rozumem wyśledzić, w tem właśnie sztuka!
Podobno chłopi przywożą sobie wódkę z miasta. Podobno w sąsiedniej wiosce jakiś żydek sprzedaje gorzałkę w sekrecie, i tanio — podobno! Dyabli wiedzą skąd na człowieka nieszczęście może przyjść? Mendel zbada ten interes gruntownie — a jak zbada, to już będzie wiedział co robić. Teraz duma i duma i byłby może do samego wieczora dumał, gdyby nie to, że ciężkie kroki rozległy się w sionce.
Był to Łomignat.
Nieosobliwy gość, bo choć lubił pić dużo, płacić czem nie miał i conto jego wypisane na czerwonej szafie, doszło już do imponującej długości.
— Jak się macie Janklu, rzekł we drzwiach, jak się macie na ten ziąb...
— Niech dyabli wezmą! Jak ja się mam mieć? na taki paskudny czas, to ja się wcale nie mam.
— Co wam złego?
— A co mnie dobrego jest?
— Pieniędzy macie jak lodu!
— Aj! niech moje wrogi takich pieniędzy nie mają! Skąd teraz brać? taki coby chciał pić, to niema czem płacić — a taki coby miał czem płacić, to wcale nie chce pić. Nu, niech kto potrafi żyć przy takie procedure.
Łomignat zaczął skrobać po głowie.
— Słuchajta-no Janklu, rzekł, ziąb szkaradny...
— Wiadomo, przecie tera zima jest.
— Wartoby wypić z półkwaterek...
— Ny — a co będzie z dawniejszem?
— Zapłacę, zapłacę, aby choć do jarmarku doczekać.
— Co będzie na tym jarmarku?
— Wieprzaka sprzedam i jęczmienia mam jeszcze krzynkę, to wymłócę, a tera na mnie wielgi ścisk, podatek trza płacić a nie ma czem... Wóz zładować, nie ma zielaza... Oj bieda, bieda mój Mendlu i tylo...
Mendel pogładził się po brodzie.
— Siądźcie-no sobie Macieju, rzekł.
Chłop siadł.
— Ja mam bardzo delikatne serce. Wy mnie nie znacie, wy nie znacie jakie ja mam miękkie serce.
— To i co mi z tej miętkości? Pieniędzy trza, a na wnątrzu coś ckni.
— Ny, ny, nie gadajcie dużo, macie półkwaterek wódki.
— Na kredę?
— Niech będzie na kredę, co mam z wami robić?!
Chłop wypił podaną wódkę i splunął.
— Słuchajta no Mendlu, rzekł, dajcie no jeszcze.
— Jeszcze?
— Nie bójcie się nic. Już waszego zmartwienia niedługo. Może na drugą niedzielę wypłacę wam co do grosza.
— Skąd zapłacicie? kiedy do jarmarku jeszcze dobre trzy tygodnie.
— Bajki.
— Jakie bajki?! Czy to wy ranie będziecie uczyli kiedy jarmark jest?.. ja wiem lepiej od was.
— Ja wam i przez jarmarku zapłacę. Nie wierzycie?
— Co nie mam wierzyć, wszystko może być; może znajdziecie na drodze worek pieniędzy, może wam kasa w gminie pożyczkę da?
— Pieniędzy nie znajdę, a z kasy nie dostanę, bo Sokół na mnie krzywy, że go chciałem z wójtowstwa zrucić. Ale ja po drogach nie szukam i na Sokołowe ręce nie patrzę, jeno pójdę gdzieindziej.
— Gdzie wy pójdziecie?
— Tu, jeden gospodarz raił mi żydka na Zabłociu, on podobno rozpożycza pieniądze.
Mendel z politowaniem głową pokiwał.
— Oj Macieju, Macieju, rzekł, gdzie wasza głowa jest? powiedzcie mi, gdzie wy macie głowę?
— Gdzie i kuzdy człowiek.
— To nieprawda jest, na moje sumienie nieprawda.
— No, no — jeno nie ujadać.
— Miarkujcie sami... Wy idziecie szukać żydka do Zabłocia, a co ja jestem? ja jestem też żydek, taki dobry jak on, a może nawet lepszy... dla czego wy do mnie nie idziecie?
— A juści, jak człowiek chce półkwaterek wódki wypić, to się wzdragacie, a co dopiero pieniędzy!
— Jak wy pójdziecie do tamtego po pieniądze, to ja wam nawet całkiem wódki nie dam!
— Tedy cóż ja mam zrobić?
Mendel nie odpowiedział zaraz. Zaczął przechadzać się po izbie, gładził brodę, liczył coś w myśli, nareszcie natoczył całą kwaterkę i postawił przed chłopem.
Łomignat spojrzał zdumiony.
— Widzicie, rzekł Mendel, jaki ja jestem! pijcie na zdrowie!
Chłop nie dał się prosić dwa razy.
— Ja dla was lepszy, niż rodzony ojciec — a wy chcecie chodzić na Zabłocie, chcecie mieć dwóch żydków! Czy widzieliście kiedy, żeby człowiek miał dwie matki?
— Dwie matki?
— Nie widzieliście, prawda?
— No juści że nie.
— A wy chcecie mieć dwóch żydów, jak to może być? Powiedzta wiele wam trzeba na podatek?
— Coś dziesięć rubli, złotych cztery i groszy ośmnaście.
— Wielga suma, na moje sumienie wielga suma! a wiecie wiele wy mnie za wódkę winni?
— Dyć musi tam stoić na szafie...
— Stoi — ale wiele stoi?
— Musi tyle ile napisane.
— Tam dużo stoi; tam stoi siedm rubli, dwa złote groszy piętnaście i złoty groszy sześć i znów ośmnaście groszy i potem cały jeden złoty i znowu dwa złote bez ośmiu groszy... rachujcie no wiele to razem jest?
— Ktoby to zrachował.
— To ja wam powiem krótko... to jest całe dwanaście rubli... tera rozumiecie?
— Skąd? na mój rachunek, to niby mniej.
— Na wasz rachunek? Co znaczy wasz rachunek? Po jakiemu wy rachujecie. Ja nie wiem za co wy trzymacie nauczyciela?! No próbujcie sami porachować... ja wam powiem wszystko po kolei.
Tu Mendel znowuż wyliczać zaczął: dwa złote bez ośmiu groszy, trzy bez sześciu, jeden bez siedmiu, ale Łomignat ręką machnął.
— Ktoby ta sobie głowę psuł, rzekł niechętnie.
— Macie recht, szkoda wasze głowę. Ja wam sam obrachuję.
Wziął kredę do ręki i zaczął pisać po stole.
— Ny, powiedziałem, jest bez dzisiejszego, równe dwanaście rubli, możecie mi wierzyć, że jest... już ja dobrze obliczyłem. Jeżeli tu jeden grosz więcej porachowane, to niech moje wrogi nogi połamią, jeżeli mniej, niech ja nieżyję. Co to gadać. Ja jestem rzetelny człowiek, ja mam taką naturę... Nie wierzycie mi?
— Wierzyć wierzę, jeno nie mogę zmiarkować że tak dużo...
— Oj, oj... co ja mam z wami zrobić? Jeżeli wlejecie do konewki cztery kwaterki wody, to wiele będzie razem?
— A no, jakby kwarta.
— Akurat kwarta! a cztery kwarty to jest garniec. Jak się naleje raz trochę i znów trochę i jeszcze raz trochę, to się zbierze dużo, powiedzcie sami czy nieprawda?
— Juści prawda.
— Ny, ja wam Macieju co powiem: wy mnie winni trzynaście rubli...
— Dopieroście gadali że dwanaście.
— Tak, tak, dwanaście, ja się trochę omyliłem, ja jestem rzetelny człowiek, ja nie chcę waszej krzywdy... a wiele wam na podatek potrzeba?
— Dziesięć rubli, złotych ćtery i grosy ośmnascie.
— To ja wam co powiem; możebyście się jeszcze wódki napili?
— Chyba dość.
— Co to dość? Na takie paskudne zimno, czy to może być dość! Wyjrzyj ta no oknem jak śnieg pada, paskudny śnieg, na moje sumienie. Ja nawet sam się z wami napiję, bo nam trza niedługo w drogę jechać...
— Nam?
— Tak, przecie nie będziecie żałowali swojego konia. Pojedziemy do miasteczka, zwyczajnie sobie na wozie; wyładujcie w drabinki, weźmiemy parę korcy zboża ze sobą...
— A wiele Mendel da za furmankę?
— Kiedy ja od was wcale nie chcę furmanki.
— Jeno co?
— Ny, słychał kto taki interes? Jak ja wam mówię, co my sobie pojedziemy do miasta, to ma się nazywać furmanka?! Czy każę wam brać ciężar, czy was najmuję?..
— A one parę korcy zboża?
— Co to znaczy? to nawet nie zboże jest tylko owies. Co wart tegoroczny owies, on całkiem wagi nie ma. Ja wam się dziwuję, że wy się pytacie co ja zapłacę za furmankę. Podobniej żeby wy mnie zapłacili za moją fatygę.
— A za co?
— Wy potrzebujecie dwanaście rubli na podatek.
— Nie dwanaście, jeno dziesięć, złotych ćtery i grosy ośmnaście.
— A w drodze nie potrzeba pieniędzy?
— Juści przydałyby się.
— Prócz tego, to mnie jesteście winni trzynaście rubli za wódkę.
— Nie trzynaście, jeno dwanaście.
— Aj jaką wy macie kiepską pamięć, mój Macieju. Przypomnijcie sobie dobrze, dopiero cośmy rachowali. Mogę wam jeszcze drugi raz policzyć.
— Kiedy mnie się wszystko widzi...
— Widzi się! wam się widzi... wam się ciągle widzi i to wam się też widzi, że jak wy zaprzęgniecie swojego konia do woza, to będzie furmanka.
— Bo nie co!
— Aj waj! Chaje Sure! Chaje Sure — słyszysz ty, Maciej powiada, że jego koń i jego wóz, to jest furmanka!!
— Oj, żeby tak moje wrogi szczęście mieli — rzekła z głębokiem westchnieniem Chaja Sura. Tera jest świat! na moje sumienie, tera jest świat! Jakto można powiedzieć furmanka!? — a zdaje się taki stateczny gospodarz — i on powiada, co kuń i wóz to się nazywa furmanka! Bogu dzięki, nie jestem dzisiejsza, męża mam, dzieci wychowałam i jeszcze nie słyszałam żeby kto takie paskudne słowo powiedział!
— Ha — odrzekł skrobiąc się w głowę Łomignat — skoro powiadacie że tak, to musi być, ale zawdy mnie się to we łbie nie mieści.
— Aj, moi kochani co wy chcecie? Czy to człowiek ma mieć taką głowę, żeby się w niej wszystko zmieściło?! Jakaby to głowa potrzebowała być! Chyba taka wielga jak stodoła. Ktoby mógł udźwignąć taki ciężar.
— Dyć prawda i to — ale zawdy...
— Co zawdy? jakie zawdy?
— Zawdy kuń i wóz to je furmanka.
— Ha! ha! na moje sumienie to jest czista kimedya! Mnie już coś kole serca, broń Boże, pika ze śmiechu. Słuchajcie no Macieju, ja wam co powiem. Kto jest u naszego dziedzica za furmana?
— Dzięcioł Józef.
— To powiadacie że Dzięcioł jest furman?
— Juści że jest?
— A kto jego żona jest?
— Magda Bańdurszczanka.
— Ja wiem że Magda, ale jak ją nazywają we wsi?
— Śtangretka.
— Ny, stangretka czy furmanka, to wszystko jedno jest — a teraz wy gadajcie że Dzięciołowa kobieta — to jest kuń i z wozem! Skąd wam takie paskudne pomyślenie przyszło? Ja wam co powiem Macieju. Wy jesteście dobry człowiek, a dwa dobre ludzie to powinni sobie dobrze robić.
— Juści to tak.
— Ja wam zara dobrze zrobię, bo wam dam półkwaterek wódki, choć sam nie wiem, kiedy ja będę za niego moje pieniądze oglądał. Wy, idźcie do chałupy, zaprzęgajcie kunia i przyjedźcie tu, to ja wam znów dobrze zrobię i pojadę z wami do miasta, weźmiemy z sobą parę korcy owsa.
Łomignat wódkę wypił, ale się do odejścia nie zabierał.
— Czego wy jeszcze stoicie? Czego wy stoicie, Macieju?
— Ja sobie myślę...
— Na co? po co wy macie myśleć? Idźcie lepiej wóz smarować. Włóżcie trochę słomy bo zimno jest.
— Ale...
— Co ale, za co ale? co z tego ale jest? Odziejcie się dobrze, weźcie sukmanę i kożuch, weźcie też chleba w kobiałkę, bo wrócimy dopiero jutro pod noc, a może i w nocy.
— A cóż tam będziemy tak długo robili?
— Cała parada: nic. Ja się tylko pomiędzy żydkami postaram dla was trochę pieniędzy, a z powrotem wstąpimy sobie do Rudki.
— Jakże wstąpimy, kiedy to dobre dwie mile w bok!
— Jakie dwie mile? Mój Macieju co wy gadacie? Jakim sposobem wy narachowali dwie mile?
— A toć wiadomo, ale co my tam będziemy robili?
— Całkiem nic. Weźmiemy z gorzelni beczkę okowity, będzie nam weselej jechać.
— To znowu mnie się widzi, że będzie jakby furmanka.
— Ha?
— No, to jak do okowity, to się najmuje zawdy furmanka.
— Mnie się zdaje Macieju, że wyście się krzynkę upili. Na moje sumienie! Ja myślałem, że wy macie trochę mocniejsze głowę.
— Com się miał upić!
— Ja nie wiem. Wam cała furmanka w głowę zajechała, żebym ja tak nieszczęścia nie miał... Idźcie, idźcie, nie bałamućcie już. Pamiętajcie że wam trza podatek płacić.
— A juści.
— Kiedy to trzeba płacić?
— Sołtys gadał że pojutrze.
— No — i wy stoicie? To cała kimedya jest. Wy czekacie żeby wam krowę zabrali?
— Idę już — rzekł z rezygnacyą chłop.
Mendel nie spieszył się z wybieraniem. Usiadł przy swoim stoliku i zaczął przewracać kartki wielkiej księgi nabożnej, przyśpiewując pół głosem.
Wiedział on, że nim Łomignat wóz nasmaruje, nim konia napoi, zaprzęże, a nim się sam wybierze, to upłynie dobrze ze dwie godziny czasu, jeżeli tylko nie więcej.
Mendel doskonale znał „swoich“ chłopów i ich zwyczaje, a ponieważ w karczmie po wyjściu Łomignata nikogo nie było, więc skracał sobie czas czytaniem mądrej i nabożnej księgi.
Chaja Sura tymczasem krzątała się koto komina, aby przygotować posiłek.
Gdy Mendel wzmocnił swoje siły, wóz Łomignata zaturkotał przed karczmą. Mendel pomógł chłopu zanieść na furę pięć korcy owsa, potem wdział na siebie cztery żupany, przepasał się krajką i wsiadł na wóz.
Śnieg padał, droga była ciężka. Na groblach gruda przykra, a w dołkach, gdzie wiatr śniegu nanosił, zaspy, z których koń Łomignata ledwie mógł wóz wyciągnąć.
Chłop, żałując szkapiny, złaził z woza i Mendla zachęcał, żeby piechotą też szedł.
— Aj waj! co wy chcecie Macieju! odpowiedział żyd, wy nie wiecie jakie ja mam delikatne zdrowie! Niech moje wrogi tyle nieszczęścia mają. Mnie bardzo ciężko lecieć na piechtę. Mnie zaraz kole serca robi się przeszkodzenie, pikanie, kolka, boleszcz, co chcecie, wszystko cierpienie! Co mnie te doktory kosztują, to ja sam nie mogę porachować, taki delikatny jestem.

Chłop nie odpowiadał nic. Wołał na szkapinę swoją: wio! hetta! a gdzie było ciężko, to się ramieniem pod drabinkę podsadzał i ciągnąć koniowi pomagał.
Śnieg padał, droga była ciężka.

W takiej chwili na wargach Mendla zjawiał się ironiczny uśmiech, bo jakże! cóż to za głupota, żeby człowiek bydlęciu pomagał. Koń od tego jest żeby ciągnął. Jak nie może ciągnąć to niech go dyabli wezmą! Chłop też jest na to, żeby płacił, a jak już nie ma czem płacić, to także niech go dyabli wezmą. Koni i chłopów na świecie nie braknie, bo bez nich nie byłby świat. Koń ma siłę i chłop ma siłę. Nawet dużą siłę.. nie wiadomo który większą... ale że koń o swojej sile nie wie, więc go pięcioletni bachur może prowadzić za łeb i jeździć na nim wygodnie. Chłop też nie wie, że ma siłę, a komu delikatnego rozumu nie braknie, ten może jeździć na chłopie jak na koniu. Tak już jest i tak zawsze było i tak do końca świata będzie. Na co konia żałować? na co chłopa żałować? kiedy oni po to zostali stworzeni, żeby dźwigać! Mają bydlęcą siłę i bydlęce zdrowie, delikatności żadnej w nich niema. Żeby chłop miał taką silną głowę jak silne plecy ma!.. Aj! waj! ciężko o tem pomyśleć, ale świat urządzony jest mądrze. Przy sile musi być feler, bo inaczej siła mogłaby się rozbrykać. Chłop ma w głowie feler i przez to na świecie dobrze jest, przez to ludzie z delikatnym rozumem życie mają.
Tak sobie rozmyślał Mendel, w chwili gdy Łomignat potężnem ramieniem unosił wóz z ciężarem, wołając; wiśta, wio mały! I Łomignat myślał także, lecz myśli jego biegły inną drogą. Nie mógł na żaden sposób skombinować, jakim sposobem złoty i groszy sześć, dwa złote bez czterech groszy i znów z pięć razy po złotemu groszy sześć, siedm półkwaterków i pół kwarty, czynią razem trzynaście całych rubli. Nie mógł również pojąć: dla czego jak żydzi najmują furmankę, to trzeba im dać konia z wozem, a jak on daje Mendlowi konia z wozem, to nie jest furmanka. Nie mógł i tego dojść: w jakim celu, na taki psi czas, wlecze się do miasteczka, męczy konia.
Wszystko to mieszało mu się w głowie bezładnie. Umysł pracował bardziej, niż ramiona dźwigające wóz, niż nogi brnące po kolana w śniegu, ale ramiona i nogi pracowały skutecznie, a głowa bez żadnego rezultatu.
Mendel przerwał to dumanie.
— Macieju, słuchajta-no Macieju — rzekł.
— A co?
— Ja wam co powiem. Jak my tak będziemy jechali, to przed nocą nie staniemy w miasteczku.
— A kto nas goni? dyć nie jarmark.
— Wiadomo co nie jarmark, ale pojutrze sołtys wam każe zapłacić jedenaście rubli.
— Nieprawda; bo jeno rubli dziesięć, złotych cztery i groszy ośmnaście.
— A skąd wy ich weźmiecie?
— Dyć powiedzieliście że dacie.
— Powiedziałem, to prawda jest, ale ja nie mam. Ja muszę sprzedać owies. Trzeba się pośpieszyć bo już późno, wszystkie żydki będą spali jak my przyjedziemy.
— Kiej droga, droga, psia kość, cięzka.
— Co to cięzka. Na taki kuń jak wasz kuń jest, to niema ciezkie drogę, na moje sumienie.
— Toć i mój kuń nie zielazny.
— Słuchajcie-no, daleko jeszcze do Wygody stąd?
— Będzie ze dwie wiorsty.
— No — to tam wasz kuń odpocznie. Dacie mu kłaczek siana a sami napijecie się półkwaterek wódki. Wy macie recht, zawsze o bydlęciu potrzeba pamiętać.
— Juści prawda. Wio, wiśta!
Droga była trochę równiejsza. Konisko kroku przyspieszał. Po krótkim odpoczynku w Wygodzie, gdy koń garstkę siana przegryzł, a chłop dwa półkwaterki wódki wypił, podróż raźniej już poszła i przed zachodem słońca wóz zadudnił na nierównym bruku mieściny.
Zaraz zbiegła się gromadka żydów, z któremi Mendel miał bardzo ożywioną rozmowę. Owies został sprzedany i Łomignat poznosiwszy worki do spichrza wielkiego kupca od zboża, wjechał do szopy zajazdu.
— Ny, mój Macieju — rzekł Mendel. Bogu dziękować mam tera trochę pieniędzy, to wam wygodzę. Mnie samemu bardzo potrzeba pieniędzy, ale ja mam taką naturę, że wolę sam cierpieć, a kogo poratować. Na moje sumienie! Wy u mnie pierwszy, niż ja sam, niż żona, dzieci! Niech ja cierpię, aby wy tylko mieli. Postawcie swego kunia w stajni, dajcie jemu dobrze jeść, kupcie jemu pół garca owsa! A sami przychodźcie do izby.
— Toć przyjdę.
— Wy mnie musicie kwit napisać.
— Jakże napiszę, kiej nie jestem piśmienny.
— To bajki, przyjdzie taki pan, co bardzo dobrze pisze, aj, jak on pisze, to nawet pomiędzy wielkie panowie mało kiedy trafi się taki mechanik.
— Cóz to za pan? Musi ten z czerwonym nosem, co łońskiego roku w kryminale siedział za oszukaństwo?
— Tfy! niech un zginie! Kto do niego chodzi? do takiego łapserdaka? Tu jest teraz nowy adwokat, całkiem świeża osoba, z wielkiego miasta wychodzi. Ha! ha! to głowa jest! Wy nie wiecie o tem, bo skąd wam to wiedzieć, wy nie wiecie że najpierwsze adwokaty warszawskie, jak sobie całkiem zepsują głowy, że już nie mogę nic poradzić, to posyłają telegraf do naszego Nuchimka, żeby on im głowy otwierał!
— Do jakiego Nuchimka?
— Ny, do tego naszego nowotnego adwokata.
— Nuchimek to musi zyd...
— Nu — żyd.
— A dopiero Mendel powiedział że to je pan.
— Ma się rozumieć że pan. Obaczycie go. On chodzi w krótki surdut, a na nosie to ma takie okularów jak powiatowy doktór, albo jak geometra, to osoba jest! na moje sumienie osoba! miłosierny człowiek! On za pisanie bierze całkiem nie dużo, on nie lubi biednych ludzi krzywdować... Dacie jemu rubelka, to on wam tak ślicznie napisze, że będzie warto najmniej trzy ruble. Idźcie już, obrządzcie swego kunia i przychodźcie zara do izby.
— Do jakiej izby?
— No tutaj przecie — do szynku.
Łomignat szkapinie swej torbę na łeb włożył, starą sukmaną ję okrył — i wszedł do szynku.
Znajdował się tam, oprócz gospodarza, Mendel, Nuchimek i kilku jeszcze żydów.
W kącie, na ławce, drzemał dobrze podchmielony łyk miasteczkowy, w granatowej kapocie, przepasany pasem czerwonym.
— Ny, Macieju — rzekł Mendel — nasz pan adwokat jest...
To mówiąc, wskazał palcem Nuchimka.
— Osoba, powiadam wam, na moje sumienie, że to cała osoba!.. On głowę ma! ha! ha! taka głowa!
— Wielga głowa! zawołali razem obcy żydzi.

Nuchimek zachowywał się bardzo poważnie. Powierzchownością różnił się od chałatowych swoich współbraci. Bródkę przystrzyżoną miał krótko, na gęstych, kręconych, rudej barwy włosach kapelusz; ubrany był w żakietę przedpotopowego kroju i nieustannie trzymał ręce w kieszeniach, co w jego własnem przekonaniu, nadawało mu powagę ministra.
Nuchimek zachowywał się bardzo poważnie ...i nieustannie trzymał ręce w kieszeniach...
Łomignat podejrzliwie spoglądał na tę postać nową i nieznaną, a Nuchimek patrzył na niego z wysoka, przez okulary, w błyszczącej tombakowej oprawie.

— Pan adwokat — rzekł Mendel do chłopa — już wie co ma napisać, on nie lubi długie klektanie, dwa słowa i zaraz cały skutek! Pan adwokat napisze za was rewers, bo wy jesteście niepiśmienne.
— A dyć niepiśmienny.
— Pan adwokat zara napisze.
— Ny, tak — odezwał się Nuchimek — ja nie ma czas, ja potrzebuje zaraz jechać do zjazdowy sąd z opiłacyem. Tam cały sąd na mnie czeka.
— Cały sąd czeka! Czy wy słyszycie Macieju — cały sąd! to nie bagatelka jest! Spieszmy się.
— Ha, skoro spieszmy, to spieszmy. Niech Jankiel dają pieniędze i...
— Jakto pieniądze?
— Ano, chcieliście...
— Obiecałem, ale najpierw trzeba obrachować, a potem rewers napisać. Wy widzita Macieju, że ja jestem dla was jak rodzona matka, na moje sumienie! Uważajcie no według tego, jak my oba rachowali, to wy mnie winni za wódkę czternaście rubli.
— Trzynaście jeno!
— Już kręcicie, aj waj, jaka u was pamięć? Całkiem zepsuta pamięć! Mnie się należy czternaście, a dla okrągłości będziemy rachowali dwadzieścia.
— Co!?
— Dwadzieścia.
— Nie chcę, za co mamy rachować dwadzieścia?
— Niby to wy przez miesiąc nie wypijecie za sześć rubli gorzałki?
— Ha, może się i wypije.
— Ny, to nie lepiej będzie mieć zapłacone z góry? Tak to przychodzicie i musicie prosić żeby wam zborgować, a jak już naprzód będzie zapłacone, to możecie każdej chwili przyjść i krzyknąć: dawaj! wiele wam się tylko podoba. Zawdy to wielka wygodność jest.
— Oj, oj! jaka to wygodność — wtrącił Nuchimek.
— Ny, słuchajcie, sam pan adwokat powiada że to jest wygodność, a skoro taka głowa powiada, to już musi być prawda. Ny, jak wy myślicie Macieju, dopisać te głupie sześć rubli?
— Ha! to i dopiszcie, jeno zebym ja zawdy gorzołkę miał na kużdy moment.
— Ny, ny, co się macie boić? będzie stojało na piśmie... Tera na podatek wy potrzebujecie też piętnaście rubli.
— Nie piętnaście, jeno dziesięć, złotych cztery i groszy ośmnaście.
— Ja wiem, ale dla okrągłości to trzeba pisać piętnaście a mnie za procent też piętnaście, to będzie całe parade pięćdziesiąt.
— O la Boga! a to skąd!
— Rachujcie! Wam się widzi, że dziś można dać pieniędzy bez procent? Wam dziwno, że trzeba płacić procent? To nie idzie do wasze głowe! a czy wy myślicie że to tylko chłop płaci procent? Ha! ha! żeby wy widzieli że sam król turecki płaci procent... Taka osoba! Płaci! i nic nie gada, jeszcze dziękuje żydkom, za to że oni jemu chcą pożyczyć.
Chłop w głowę się poskrobał.
— Wypijcie no sobie Macieju dobry kieliszek gorzałki, to zaraz wam się głowa otworzy, a pan adwokat tymczasem niech pisze.
— Zara...
— Zara! zara! Słyszeliście że niema czasu, pan adwokat niema czasu, musi zara jechać do sądowego zjazdu.
— Na całą noc... już furmanka stoi...
— Niechby ta i napisał, jenoście mój Mendlu okropnie nabasowali.
— Ny! nie, to nie! Czy ja was potrzebuje przymusić, żebyście brali moje pieniądze!? moje krew! Nie chcecie — to nie! pan adwokat może sobie jechać, a czem wy zapłacicie podatek to ja nie wiem. Co mnie do tego?! Sołtys przyjdzie, zabierze wam krowę... Niech zabierze! ja nie będę płakał.
— Aj waj, odezwał się obcy żyd, aj waj, skąd wy jesteście gospodarzu?
— Dyć z Biednowoli.
— Ny, ny, wy z Biednowoli! Sołtys przyjdzie do was, krowę zabierze. Czy wy dacie się zgubić za podatek?.. Aj! żebym ja miał kawałek krowe, tobym nie dał sobie zabrać. Krowa to majątek jest, to lepsze niż kuń. Co wart jest gospodarz przez krowy?!
— Juści prawda.
— No, to dlaczego nie bierzecie pieniądze od Mendla?
— Kiej drze przez pamięci.
— Już nie drze, już on nie drze, zawołał Mendel.
— Opuścicie?
— Wcale nie dam pieniędzy!.. Na co kto ma powiedzieć że ja drę? Na co za moją dobroć ma kto gadać, że ja jestem rozbójnik! Ja chciałem tego gospodarza ratować, chciałem jego krowę ratować, a on powiada że ja jego drę! Niech idzie do takiego co nie drze...
Mendel wielkiemi krokami zaczął chodzić po karczmie. Pan adwokat wydobył z kieszeni blaszane pudełeczko po szuwaksie, napełnione tytoniem i powoli, z wielką starannością, skręcał papierosa.
Obcy żyd przysunął się do Macieja.
— Słuchajcie-no gospodarzu, rzekł półgłosem, ja wam radzę skończyć z Mendlem, teraz taki paskudny czas! skąd wy dostaniecie pieniędzy!?
Łomignat był już nawpół przekonany.
— Mendlu, słuchajcie no Mendlu! zawołał.
— Ja nie potrzebuję was słuchać... ja mam swoich interesów! Zapłaćcie mi naprzód za wódkę, co mi się należy.
— Toć przecie...
— Co przecie! przecie to głupstwo jest! Ja nie chcę robić z wami interesu! żadnego interesu. Wcale nie chcę! Wy powiadacie że ja jestem rozbójnik!
Obcy żyd rolę medyatora podjął.
— Panie Mendel — rzekł — nie potrzeba taką zawziętość mieć. Ten gospodarz powiedział brzydkie słowo, ale więcej już tak nie powie. Trzeba jemu darować. Szkoda gospodarza, on nie ma na podatek, jemu krowę zabiorą. Kto jego ma ratować jak nie pan Mendel?
— Ny, mniejsza z tem. Ja wam chcę pokazać Macieju, że jestem zawsze delikatny. Ja was poratuję... niech pan adwokat pisze.
— Kto da na markę? spytał Nuchimek.
— Oj, oj, gospodarz da! Maciej da, on nie taki żeby miał na głupią markę żałować.
Nuchimek z wielką powagą zasiadł przy stole i napisał następujący dokument:

„Niżiy podpisałszy szebie u dołu Maciej Łomignat krześcianin od Biedno wole tutejszego gibernie wiporziczał od samego pana Mendeli Kwiat całe summe w gotowyzne wałute z monetem które kwituje pięćdziesiąt rubli N. 50 i wyraźnie 50 które się jego nalezy oddać za całe trzy mięsięcy bez wezwanie i podyma sze z dobrem wołem za każde miesząc jakby był nie płacony bez żadne gadanie ma zapłacić nieustojków po 10 rubli które zabezpieczy na wszistki majątek które sze może znajdować w gospodarstwo od wieś Biednowole który całkiem niegramotny za Maciej Łomignat z pełny patencye podpisuje Nuchym Berkowicz Klopman, które buło świadki obuwatele Srul Bogaty i Wigdor Kaltmann.“

— No, widzicie Macieju, jak to pisane jest! To głowa, na moje sumienie to głowa. Niech kto drugi potrafi tak napisać. Macie swoje piętnaście rubli, a panu adwokatowi zapłaćcie rubelka.
— I sześćdziesiąt kopiejki za markę.
— Kiej to pisanie jest przez marki.
— To się później przylepi, tymczasem trzeba zapłacić.
Mendel zmienił pieniądze, pan adwokat, zabrawszy co swoje, odszedł.
— Wy jego Macieju nie znacie, rzekł Mendel, co to za osoba! Jakie on sprawy prowadzi, a jak da papier na pocztę, to do samego Petersburga dojdzie.
— Dojdzie?
— Na moje sumienie! żebym ja tak zdrów był!
— A to ci sprawna bestyja!
— Ha! ha! on dla chłopów z Brzozowa wyprawował cały las. Teraz oni tak handlują z drzewem jak jakie obywatele! Dwa lata było sprawa; od dworskiej strony stojało sześć mecenasów, same główne mechaniki, co potrafią gadać dwa dni i dwie nocy z jednym tchem. To ich buło całe sześć — a nasz Nuchymek przyszedł, jedno słowo nie powiedział, tylko pokazał sądowi kawałek kodeks — i zara przysądzili! Tera chłopy mają lasu, aj co oni mają lasu i jaki to las jest...
— Toć podobno ich z onego lasu wypędzili; powiadał jeden gospodarz na jarmarku, że ich het zafantowali za kary...
— I to nie jest całkiem prawda. Oni zapłacą karę za jedną furę, a wywiozą sto fur. Ich tego nasz Nuchimek nauczył.
— Jakże? Kiej las wyprowował i kiej to już na to mówiący, ich las, to za co mają karę płacić?
— Za co?
— A no jakże — toć do swojego kużdy śmiało może iść.
Mendel zamyślił się.
— Ja wam powiem, rzekł, to nie jest kara, to tylko podatek. Jak wam kiedy wypadnie jaka kwestya, to idźcie do Nuchymka jak w dym. On wam wszystko wyprawuje. To głowa! On potrafi z żywego umarłego zrobić, a jak kota wykręci, to zawsze tam będzie głowa gdzie on chce.
— Taki ci?!
— Oj, oj!
— Gdzież on się tak wypraktykował?
— Uczony jest! pisał w sądzie.
— W sądzie?
— Nie tak w samym sądzie, ale zawsze blisko sądu. Ja wam powiadam, bo taką osobę to dobrze jest znać!
Noc już była późna. Łomignat nieźle cięty, poszedł spać na furę do szopy. Mendel korzystał z gościnności w apartamentach szynkarza.
Nazajutrz pojechali z powrotem. Mendel miał mnóstwo interesów, więc zbaczali wciąż z drogi, wstępowali do gorzelni po okowitę i dopiero późno w nocy stanęli w Biednowoli.
Łomignat zapłacił w terminie, na ręce sołtysa, dziesięć rubli, złotych cztery i groszy ośmnaście, ale na żaden sposób nie mógł skombinować, dlaczego ma ze trzy miesiące płacić pięćdziesiąt rubli Mendlowi.
Wezwał do narady kobietę i liczyli oboje bardzo długo i z tej okoliczności wywiązała się drobna sprzeczka małżeńska, z której Łomignat, acz nie przekonany, wyszedł jednak z podbitem okiem.
Jak się komu wiedzie, to już we wszystkiem!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.