Z antropologji wiejskiej/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Z antropologji wiejskiej
Podtytuł Obrazki i szkice
Wydawca Redakcya Gazety Rolniczej
Data wydania 1888
Druk M. Ziemkiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

Na samym skraju wioski, w małych okienkach chałupy jaśniało światło, choć już dzień był.
Czerwonawe płomyki migotały, a w izbie słychać było płacze i jęki. Sam gospodarz Filip Skrzypek, ciągnął z za stodoły długą sosnową tarcicę; na podwórzu, sąsiad Jan Stępor stał oparty o płot, a Łomignat, majstrowaty trochę i do różnej roboty sposobny, ciosał siekierą na pieńku kołeczki dębowe.
Na ziemi leżała piłka stolarska, świderek, młotek, słowem te kilka instrumentów, za pomocą których sporządza się prostą, chłopską trumnę.
Z wieżyczki kościelnej odezwał się dzwonek.
Chłopi pozdejmowali czapki i wzdychając ciężko, odmówili wieczny odpoczynek.
— Kiedyż nieboszczka pomarła? zapytał Łomignat.
— W nocy, kumie, w nocy; już północkowe kury przepięli, ona zażądała wody, ale nie napiła się nawet, bo jej zara zęby ścisnęło... na szczęt.
— Ja też miarkowałem że u was bieda, wtrącił Jan, bo akurat o północku, wasz pies wył śkaradnie.
— Wiadomo, nieme stworzenie śmierć widzi i boi się.
— Dyć i człowiek się boi.
— Oj ratowałem ci ją ratowałem i lekowałem różnemi lekami... nic nie nadało!
— Wola Boga miłosiernego.
— I stara Walencicha była i Marcinowa była i kowal był — i do dochtora woziłem, żeby jej proseczek na lekką śmierć zapisał.
— Oj te dochtory! dochtory! Niech ich marność. Jeno pieniądze brać...
— Dobra kobieta była.
— Dobra! dobra! do kużdego obrotu. Ona i przy bydle i w ogrodzie i kiele przędzy i z dzieciarni.
— Ano, zmarło się.
— I nawet nie chorowała długo.
— Nie, może temu ze trzy tygodnie, jak zaczęła dychać, a dziś już po wszystkiemu.
— Wola Boga miłosiernego. Pójdźcie ano Filipie do izby, miarę weźcie, rzekł Łomignat.
Filip wziął drążek i poszedł powoli do chałupy.
— Kiepsko tera je chłopu, rzekł Jan.
— Ha, juści wiadomo że kiepsko, ale na świecie dobrości je mało. Z babą źle, bo się jeno kłóci i pomstuje — a przez baby także nijako.
— Taki je od Pana Boga przykaz, bo jako Jadam na świecie ostał stworzony, tak mu Pan Bóg zara na to mówiący, dał Jewę, żeby sam nie siedział w chałupie.
— Oj tak, tak mój kumie, dziś człowiek żyje, a jutro gnije.
— Wola Boga miłosiernego!
Filip nadszedł, niosąc drążek.
— Oto i miarka, rzekł. Nie wielga kobiecina była.
— Zawdy trza krzynkę przypuścić, żeby nie miała ciasności. Nie użyła wiela na tym świecie, niechże choć po śmierci leży sobie wygodnie.
Łomignat piłkę wziął i podług miary deski przyrzynał. Młody wdowiec z Janem wiercili dziurki i strugali kołeczki, przerywając sobie tę czynność westchnieniami ciężkiemi i rozmową.
— Okadzanie nie pomogło, mówił Filip i zamawianie nic. Mordowała się jeno nieboga, mordowała śkaradnie. Kowal krew chciał puszczać, ale się bojał.
— Czego?
— Bojał się... musi doktorów się bojał.
— Ot, to.
— A juści. Oni na to okrutnie zawzięte. Jak łońskiego roku Michałowi Icek krew puścił, to go dochtory przez dwa roki po sądach wodziły. Żeby tak na jenszego człowieka, toby już dawno w kryminale siedział, ale zyd zawdy się wykręci.
— Wiadomo, od tego on je zyd. Człowiek jenszy bojący, i jak go, na to mówiący, do sądu wezmą, to jeno czapkę w garści trzyma i stoi, a gęby nie potrafi otworzyć; zaś żyd to jak piskorz, choć go i całą garścią capnąć, zawdy się wyśliźnie. Icek się też wyśliznął, a tera jak puszcza komu krew, to się tak z nim schowa, żeby go nikt a nikt nie podpatrzył.
— Mądra bestya! ale zawdy szkoda że się kowal bojał. Krew puścić to je dobra rzec, byłaby kobiecisko wyzdrowiała.
— E, alboby wyzdrowiała albo i nie, rzekł wdowiec. Ja zrazu miarkowałem, jak jeno położyła się nieboszczka, zara zmiarkowałem że na księżą oborę patrzy. Taka kwarda kobieta to się dla byle jakiej przyczyny nie położy.
— Juści prawda, wasza kobieta nieboszczka okrutnie była ciekawa do kużdej rzeczy, gdzieby ona się układła?!
— Wiadomo, aż już całkiem zaniemogła, że ani ręką ani nogą. Najpierw ją ziąb straszny wziął, a potem zara w gorącość wrzuciło. Daliśmy wódki przez pieprzu, jeszcze gorzej, z pieprzem też niewiele nadało... potem znowu kobiety kazały przez pieprzu i znów z goździkami. Tedy już ją w wielką gorącość wrzuciło. Tak od niej duch szedł jak od pieca.
— Znać już jej było nieboraczce sądzone na śmierć.
— Musi że nieco, jeno tak. Raili ludzie tak i siak, a najbardziej kobiety... I co jeno kazały tom robił, potem woziłem ją do doktora...
— Oj te doktory, doktory! oni człowieka zara na tamten świat wyprawią.
— Nieboszczce zapisał sześć proszków, aliści ledwie jeden wzięła i już było po wszystkiemu.
Gawędkę tę przerywał zgrzyt piłki i łoskot młotka, którym Łomignat wbijał kołeczki dębowe.
Przed południem jeszcze trumna była gotowa. Łomignat wyskrobał ją cokolwiek heblem i rzekł:
— To i już, nie siła człowiekowi potrzeba, cztery deski i dosyć.
— Bóg wam zapłać Macieju, rzekł wdowiec, i wam Janie, żeście nieboszce na wieczne odpoczywanie taki porządny statek sporządzili.
— Nie ma za co dziękować, niech sobie odpoczywa z panem Jezusem.
Grzędzikowski, cięty już trochę, wszedł, zamaszyście na podwórko.
— Witajcie Onufry, rzekł gospodarz.
— Właśnie na ten przykład przyszedłem do was Filipie, przez interesu, jeno dla pocieszenia... abyś niedopuszczał sobie do głowy człowieku, przeciwko woli Bożej, której, na ten przykład, kużdy robak i kużde stworzenie jest podpadające. I jako, na ten przykład, kiedy pierwsze rodzice ludzie, niby Adam i Jewa, bez grzech, a najbardziej bez Jewę, a bardziej na ten przykład, bez babską ciekawość, ostali się biedne i wypędzone przez janioła ze swojej posiedzialności w raju, na ten przykład, Bóg miłosierny śmierć nad kużdem stworzeniem postanowił i przykazał, żeby wszystkie żywe do czasu swojego dożyli i potem żeby umarte byli i rozsypali się na ten piasek i na ten proch, z którego wzięte są, na ten przykład.
Chłopi westchnęli z głębi piersi, wzruszeni erudycyą, a bardziej jeszcze potężnym basem Onufrego. Łomignat podniósł rękę do głowy i zastanawiał się w myśli, czy godzi się tak pięknej oracyi słuchać w czapce, czy nie.
Onufry tymczasem odetchnął, odkaszlnął i perorował dalej.
— Które, na ten przykład, ludzie oddane zostali śmierci i ta chodząca jest ode wsi do wsi, od chałupy do chałupy, a gdzie przyńdzie tam płacz robi, na ten przykład, i smutek. I jako pierwszy brat, na ten przykład Kain, brata swojego Abla, bez zajzdrość kołkiem uśmiercił, poczęła śmierć chodzić po świecie i brać dzieci od ojców, kobiety od chłopów chłopów od kobietów, — aż pan Jezus miłosierny raz jeszcze przyńdzie i wszystkie ludzie do sądu swego sprawiedliwego na ten przykład zawoła.
— Oj zawoła, zawoła!... jęknął wzruszony Łomignat.
— Ty zaś Filipie, chocieś oto kobietę swoją utracił, do głowy sobie tego nie dopuszczaj, bo wola Boska na to była. Pan Bóg miłosierny siła babów stworzył, musi na to, żeby wdowce opuszczone nie byli. Tedy somsiady twoje, gospodarze uczciwe, choć, na ten przykład, oto Jan i Maciej trumienkę jej sporządzili — i ja niechwalący się oto zadzwoniłem jej nabożnie i jeszcze, da Bóg wieczora doczekać, zadzwonię i dołek jej wykopię na cmentarzu, kiele brzozy, na wzgórecku, w szczerym piasku, że se bedzie kobiecina leżała na ten przykład jak w puchu.
— Bóg wam zapłać, rzekł wzruszony Filip, Bóg zapłać.
— Niema za co... Nie wiele ja ta komu za żywota na ten przykład co mogę uczynić, ale po śmierci, skoro na moje dziedzictwo przyjdzie, nie żałuję. Szczerem sercem, na ten przykład, dół wykopię, jakby dla samego siebie, moje ludzie. Takie to uważacie na ten przykład, moje gospodarstwo dziadowskie. Moje pole cmentarz, moja socha... rydel i motyka, pszenicy na ten przykład nie sieję, jeno wsadzam one trumienki w ziemię, jako kartofelki, Bogu miłosiernemu na chwałę.
— Oj prawda, prawda, mój Onufry.
— Tedy oto, żeby było po ludzku i jak się patrzy, trzebaby jeszcze smołą krzyzik namalować na wieku.
— A juści! rzekł Łomignat, jeno że ja nie potrafię tak foremnie.
— Dajcie no smoły, przerwał Onufry, ja na taki jenteres próbant jestem... Zawdy na ten przykład do malunku byłem ciekawy... z maleńkości jeszcze... A parkan kiele kościoła kto malował?
— Toć Onufry.
— A podłogę u dobrodzieja, co się tak świeci jak ćkło? Oj zeby nie moja głowa, to by się one deski nie błyszczały jak złoto. Ksiądz przywiózł maści takiej z Warsiawy i powiada: chodź jeno Onufry, bo ty sprawny jesteś do kużdej roboty... powynoś graty i maluj podłogi tą maścią, a potem trzej suknem do suchości. Ja zdjąłem sukmanę, umalowałem i jak uschło, począłem trzeć, trzeć — a dopiero one deski jak się poczną świecić!... Czekajcie no, oto i krzyzik na wieku i w głowach krzyzik... trochę zalany, ale musi bez to, że na biel trafiło i deska w siebie smołę ciągnie, ale to nic, będzie dobrze. Zawsze kużdy pozna, że to jest na ten przykład krzyż święty.
Za przysługę sąsiedzką jakiej doznał, Filip poprosił obu chłopów i Onufrego do karczmy, gdzie się do samego Wieczora raczyli.
Nazajutrz przeniesiono nieboszczkę do kościoła, a trzeciego dnia, po mszy, orszak złożony z całej prawie ludności wioskowej, posunął się ku cmentarzowi. Przodem kroczył Onufry z krzyżem, dalej bractwo ze światłem, proboszcz staruszek w kapie żałobnej i organista. Czterej chłopi nieśli białą trumnę na ramionach, a za nią postępował Filip, dwoje dzieci i gromadka ludzi z odkrytemi głowami.
Dzień był szary, posępny, słońce ukryte za chmurami; nagie, odarte z liści drzewa posępnie szumiały na cmentarzu, z oddali dolatywało krakanie wron.
Dzwony jęczały żałobnie.
Postawiono trumnę nad grobem, ksiądz odśpiewał modlitwy.
Zgrzytnęły sznury, twarde grudki ziemi z łoskotem uderzyły o wieko trumienne, a potem wszyscy uczestnicy żałobnego obchodu zaśpiewali razem „Witaj Królowo.“
Filip jęczał, dzieci płakały, a Onufry uwijał się, i szybko zasypywał grób.
W kwandrans później cmentarz opustoszał; na jego białej śniegiem przypruszonej powierzchni, złociła się świeża, z piasku usypana mogiła.
I na nią padać zaczęły wkrótce płatki śniegu, układały się na niej, łączyły ze sobą i niebawem ubieliły ją całkiem.
Ludzie gromadkami powracali ku wsi, a ściślej mówiąc ku karczmie, boć to stacya, przy której we wszystkich ważniejszych momentach życia zatrzymać się trzeba.
Chrzciny, czy wesele, czy pogrzebowa stypa — do karczmy ludzi wiejskich gromadzą, bo czy poweselić się, czy popłakać, zawsze milej w kompanji, a gdzież jak nie tutaj owej kompanji poszukać?
Mendel był na swojem stanowisku, jak zwykle czynny, ruchliwy, patrzący na wszystko i słuchający wszystkiego.... Przybrał też i wyraz twarzy do okoliczności stosowny, mówił mało, wzdychał... Filip usiadł za stołem, oparł głowę na rękach — i jęczał. Onufry perswadował mu:
— Cichaj Filipie, cichaj na ten przykład, czego tedy lamentujesz?
— Dobre kobiecisko było.
— Dobrość od śmierci nie jest chroniąca, a nikt się od niej nie jest mogący, na ten przykład, wywinąć. Cóż ty sobie tedy dopuszczasz człowiecze, na ten przykład? Umarła, pochowana jako chrześcijański obyczaj przykazuje i jako kościół święty żąda, a ty na ten przykład płaczesz!.. Ty płaczesz chłopie durny, że ci kobieta umarła?
— Juści płaczę.
— To źle na ten przykład mój Filipku, mój braciszku, to źle! Twoja baba, świeć Panie nad jej duszą, dobra była, ale kto nie umiera? Kto nie umiera? powiedz ino. Mrą na ten przykład dziedzice, księża, kanoniki, mrą bogacze i wspaniałe ludzie — kużdy mrze. Łońskiego roku komisarz umarł i musiał umierać, choć i komisarzem był.
Filip zaczął się gniewać.
— Ot dajcie mi spokój mój Onufry, rzekł, z waszego gadania mnie się kobieta nie wróci, waszem gadaniem ja chleba nie upiekę, ani szmat nie upiorę, ani dzieci sierotków nie ogarnę... Oj Magduś, moja Magduś!
Onufry groźnie brwi zmarszczył.
— A ty, na ten przykład, zbereźniku jeden! zawołał, to ty nie katolik jesteś?!
— Juści nie żyd, jeno katolik.
— Tedy skoroś na ten przykład katolik, to twoje psie prawo wiedzieć, że nieboszczka tedy albo we szczęśliwości wiekuistej się cieszy, albo za grzechy swoje w czyścu pokutuje, a ty jej przeszkodę chcesz robić!
— Jaką przeszkodę?
— Bo ją do chleba wołasz, żeby piec przyszła, do chustów, żeby prała! Nie wymów na ten przykład w złą godzinę, bo prawdziwie przyjdzie...
— O!...
— Wiadomo że przyjdzie, albo to raz takie wywołane dusze chodziły po świecie i brząkały łańcuchami po cmentarzach...
W karczmie na wzmiankę o duchach, cicho się zrobiło, baba staruszka siedząca pod piecem odważyła się spytać:
— To i cóż on ma zrobić, choćby i Filip?
— Pacierz niech za nieboszczkę zmówi, a duszy zmarłej niech nie wywołuje, bo ona spokoju żądna.
Mendel do rozmowy się wtrącił.
— Dajcie pokój, panie Onufry, rzekł. Wy powiadacie takie słowo co nieprzyjemne jest... Kto umarł, to umarł, niech leży gdzie go pochowali, na co jemu chodzić? co on tu może mieć za interes?
— Widać że mają, skoro chodzą!
— Ja wiem że oni chodzą... Wy sobie nie myślcie, że my, starozakonne ludzie, nic nie wiemy. Oj, oj, żebym ja tyle zdrowia miał, co my wiemy! ale nie kużde rzecz co człowiek wie, godzi się powiadać, a najbardziej o tych co nie żyją. Uni już nie należą do nas, uni mają inny świat. Ja wam co powiem: wy Onufry sprawiedliwie powiadacie co trzeba się do Pana Boga modlić, to prawda jest. Wy będziecie sobie jutro modlić — tymczasem wy potrzebujecie sobie napić gorzałki. Stare ludzie powiadali, że na frasunek dobry trunek — a ja wam powiadam, co kużdy żal, zmartwienie, markotność — to jest nie żal, nie zmartwienie i nie markotność, tylko robak.
— Robak?!
— Na moje sumienie, robak! ja to wiem. Taki robak włazi do człowieka we środek i tam siedzi, a jak wam się zdaje, co on tam może robić w człowieku?
— Co ma robić? siedzi...
— Ja wam powiem, on wcale nie siedzi, bo on niespokojny jest, on się rucha!
— Co wy gadacie Mendlu?
— Na moje sumienie, on się rucha, ciągle się rucha! On ukąsi człowieka w serce, ukąsi w wątrobę! on przewróci w nim wszystkich wnętrznościów, on lezie do głowe, psuje głowe, on cały rozbójnik jest! No panie Onufry, wy mądry człowiek, powiedzcie wy, czy to nie jest prawda...
— Tedy, na ten przykład, prawda.
— Niby jak? zapytał Łomignat.
— A według markotności, że ona je jak robak...
— Może i robak... kto człowieka przeniknie?
— Wierzcie mi, moje kochane ludzie — nasze żydy to wiedzą. Uni wszystko wiedzą. W naszym Filipie siedzi teraz robak, ale my jego zaraz wypędzimy. Ja mam na niego sposób!!
— Pewnie wódka.
— Aj! wódka! wiadomo że wódka, ale jaka wódka! Dwa chłopy, to są dwa chłopy, ale kużdy inny. Jeden będzie Antek, drugi Wojtek. Tak samo i wódka. Jedna może być zwyczajna wódka, druga od robaka. Ja mam taką co od robaka jest. Ja jej nawet nie lubię sprzedawać, bo mnie samemu potrzebna, jak się broń Boże zmartwienie trafi, ale w takiej okazyi muszę was żałować. Czekajcie no Filipie, ja zaraz przyniosę.
Mendel wyszedł do sąsiedniej izby i po chwili powrócił, niosąc wielki gąsior napełniony jakimś zielonkowatym płynem.
— Ho! ho! zawołał Onufry, to coś osobliwego — zielone na ten przykład!
— Sprawiedliwie że zielone, potwierdził Łomignat.
— Ny, uno takie być musi, bo i same zmartwienie zielone jest.
— A dlaczego zielone?
— Ny, od żółci... a skoro one zielone, to i lekarstwo też trzeba zielone.
— Patrzcie-że!
— Co wy myślicie? Stare doktory tak powiadają... Sprobujcie no Filipie.
Nalał kieliszek i podał chłopu. Ten wypił, skrzywił się strasznie i splunął.
— A co? zawołał Mendel z tryumfem, czy wy kiedy mieli w gębie taki smak?! Aj waj, taki smak! a jaka to moc! Człowiek jak wypije, to myśli że jest piec i że w nim pół fury drzewa się pali..
— Rychtyk, na ten przykład, potwierdził Onufry, ale na mój rozum, to tu musi piołun być.
— Ja nie powiem co jest, odrzekł Mendel, bo to mój sekret, wielgi sekret, nie sprzedał bym go nawet za wielgie pieniądze. Tu jest różne ziele, różne lekarstwa, tu cała apteka jest!
— A jest, rzekł Łomignat, jest, bo nawet z niej taki duch idzie jak z apteki.
Lekarstwo Mendla poskutkowało. Filip przestał jęczyć i wzdychać, a całe towarzystwo zyskało na ożywieniu. Jak w ulu gdy się pszczoły roić mają, słychać brzęczenie i huk, tak w karczmie stawało się gwarniej, coraz gwarniej. Wszyscy mówili na raz, a w tym gwarze pojedyncze głosy zacierały się i ginęły, a natomiast panował szmer głośny, coraz głośniejszy, szmer, którego pojedyncze wyrazy tylko bystre ucho Mendla łowić i rozróżniać zdołało.
Do karczmy zaczęły się schodzić kobiety, a trzeba im oddać tę sprawiedliwość, że nie próżnowały przez ten czas. Od chwili w której Łomignat przyrzynał pierwszą deskę dla Filipowej na trumnę, zajmowały się one gorliwie losem wdowca i szukały dla niego nowej towarzyszki życia.
Podobno we wszystkich sferach społecznych kobiety wielką mają do swatania słabość, to też i biednowolskie niewiasty wolne od niej nie były, a w tym razie, bardziej niż w każdym innym, miały powód do rozwinięcia całej swojej energji.
Filip był chłop w sile wieku, młody nawet, gospodarstwo miał porządne, zabudowania dobre, kilka sztuk bydła, nie godziło się więc dopuścić, żeby z innej wsi kobieta takiego męża posiadła.
I Biednowola ma swój patryotyzm i swój system, a w takim zwłaszcza wypadku chętnie zaprowadziła by cło ochronne, przynajmniej po rublu w złocie od funta każdej „zagranicznej dziewki“ porywającej serce i chudobę biednowolskiego gentelmana.
Czasy w ogóle ciężkie, a ten kto się chce żenić, a raczej kto żenić się może, zawsze jest przez kobiety protegowany.
Odbyło się na poczekaniu kilka narad, zrobiono pospieszny przegląd wszystkich panien i wdów w całej wsi, ale jak wszędzie, tak i w Biednowoli, trudno jest o jedność i zgodę, przeto powstały zaraz dwie kandydatury, dwa stronnictwa, dwie partye, usposobione względem siebie wrogo i groźnie.
Jedno stronnictwo, na czele którego stanęła Marcinowa, najkrzykliwsza baba w całej wsi, chciało wydać za Filipa Kaśkę Bąkównę, gospodarską córkę, przysadzistą, krępą, — drugie zaś, pod wodzą sołtysowej, protegować chciało wysoką, chudą wdowę po zmarłym przed rokiem gospodarzu Skowronku.
Filip rozmawiał w karczmie o cudownych skutkach Mendlowej mikstury, których właśnie na sobie doświadczał, gdy wbiegła Marcinowa i rozpychając chłopów energicznie łokciami, zawołała.
— A gdzieżeś ty mój Filipku! gdzieżeś ty mój chudziacku, moja sieroto?
— A dyć siedzę.
— Któż tobie tera nieboraku chleba upiecze? Kto ci kosiulinę upierze?
Chłop westchnął.

— Pomstujecie na nas, nie szanujecie kobietów, a jak któremu Pan Bóg babę zabierze, toć dopiero dudy w miech... Cóż ty teraz nieboraku z dzieciami poczniesz?
Chłop zwiesił głowę i milczał.
— Abo ja wiem!

— A kto ci przędziwo uprzędzie, kto ci płótna natka? Kto ci jeść nagotuje?
Chłop zwiesił głowę i milczał.
— Tera u ciebie ni komu krów wydoić, ni kartofli naskrobać, ni, choćby na to mówiący, gadzinie jeść dać.
— Tedy na ten przykład, odezwał się Onufry, nie rozżalajcie chłopa Marcinowa, bo on i tak struty na amen...
— O! widzicie go! nie rozżalajcie! to niech Onufry idą mu krowy wydoić i niech mu Onufry jeść ugotują...
— He! tedy, na ten przykład, jakby wypadło, tobym ugotował, nie wielka mądrość na ten przykład.
— Ugotował by Onufry, ale by tego gotowania i psi nie chcieli powąchać. Widzicie go jaki mądral.
— Cicho, na ten przykład, kobieto!
— Juści cicho! Jak ja się nad nim nie użalę, to kto się użali?
— A cóż wam?
— Ja jego stryjna jestem, jego krewność — i bez to mu zginąć nie dam, jeno go poratuję! Nie tak jak wy.
— Jak kto?
— A choćby i jak Onufry. Jedną wy drogę znacie, którędy do karczmy się chodzi.
— Aj waj, Marcinowa, pani Marcinowa, nie bądźta wy takie złe jak wilk.
— Nie wywołuj żydzie wilka z lasu, jeno siedź tam gdzie twoje psie prawo...
— Oj, oj! oj, oj! już ja się boję, już ja sobie zlękniałem! Patrzcie jak ja sobie trzęsę od strachu.
— Dajcie spokój, wtrącił Łomignat, cichajcie, po świętej zgodzie i po sprawiedliwości...
— I wy Macieju, nie macie co gadać, ofuknęła baba, wy takie przyjaciele! wyciągnęliście chłopa do karczmy, a w chałupie u niego dzieci same, a dobytku niema komu obrządzić. Oj, zmarniałbyś ty mój Filipku, zmarniał mój chudziaczku przy takich przyjacielach, poszedł by twój dobytek po letkości, jak listek po rzece, żebyś na starość chyba pod kościołem siadł i chleba prosił.
— Et, gadanie babskie.
— Gadanie! wiadomo że ludzkie gadanie, a nie pieskie scekanie, a ty tak się nie ostaniesz Filipku, bo wóz przez koła, a chłop przez kobiety, to tyla znaczy co grabie przez zębów. Upodobałeś też sobie kogo?
— Toć dopiero ze cmentarza idę.
— Aj bańduro ty, bańduro! I ciebie na cmentarz wyniosą nim ty kole siebie jaki obrót zrobisz! a zdaje się chłop młody i do ludzi podobny... Ja już tobie wybrałam, zara jutro bierz flaszkę i chodź w zaloty.
— Ja ta nie chcę.
— Ty będziesz gadał nie chcę, aż ci się dzieciska pomarnują, a krowy pozdychają!.. Nie bój się, zachce się tobie jutro, jak cię pocznie cknić na wnątrzu i staniesz nad gołą miską, jak nieprzymierzając kuń nad pustym żłobem! Wtedy ci się zachce, będziesz po wsi chodził i najemniców szukał, albo do dworu gdzie pójdziesz, na służbę, dla wiktu... No, Filipku, mówiła dalej łagodniej już i spokojniej, nie frasuj się, jeno mnie słuchaj. Ja ci raję dziewczynę dobrą.
— Kogo wy jemu raicie? zapytał Mendel.
— Juścić nie żadną żydowicę, jeno gospodarską córkę i jak Bóg przykazał sprawiedliwą dziewuchę! Nie pożałujesz Filipku, tak mi Boże we zdrowem skonaniu dopomóż.
Do karczmy niepostrzeżenie wsunęła się sołtysowa!
— No, to, tedy dobrze — wtrącił Onufry — ale jakże się na ten przykład nazywa?
— Wam do tego nic jak się nazywa, macie swoją babę to jej pilnujcie.
— Tedy na ten przykład... gęba, bo gęba!
— To prawda jest — rzekł półgłosem Mendel — prawdziwy pytel.
Marcinowa nie zważała na tę przymówkę.
— Mówię tobie Filipku, jakom jest twoja krewniaczka, życząca prawdziwie, ty tę dziewuchę bierz! Takiej drugiej na dziesiątej wsi nie zdybiesz. Tęga dziewucha, w sobie podufała, na gębie odpowiedzialna i czerwona a mocna! — korzec żyta to ci machnie na plecy jak chłop. I gruntu będzie miała kawałek, bo jej ojciec odpisze i krowę.
— To ja wam powiem, kto to jest — rzekł Mendel.
— A kto?
— Ny, to jest Kaśka Bąkówna... może nie Bąkówna! niech Marcinowa powie.
— No — juści Bąkówna, co mam taić, zresztą tak czy siak zapowiedzie wyjdą i ludzie będą wiedzieli.
— To jeszcze niewiadomo — zawołała przepychając się ku stołowi sołtysowa..
— Wiadomo! skoro ja powiadam, to wiadomo, a wam do tego nic.
— Może i nie nic.
— Ja jestem Filipa stryjna, krewna jestem!
— A juści! bo jego matka i wasza matka na jednem słońcu płótno bieliły, takich krewności je na świecie dość.
— Co wam do czyich krewności, ja nie wytrząsam że u was cygan był w rodzie.
— Bo nie był!
— Właśnie że był!
— Cicho! cicho! zawołał Jankiel, moje kochane gospodynie, za co macie sobie kłócić? Pani Marcinowa tyle już się nagadała, tyle mądrych słów powiedziała...
— Jakbyś wiedział.
— Ny, to też ja powiadam, co mądrych, przecie nie mówiłem inaczej.
— Bo ci zasie!
— Aj waj! aj waj, jaka wy gorąca kobieta!
— Ty mojej gorącości nie próbuj, bo się oparzysz...
— Moja Marcinowa, dajcie mi skończyć.
— A to się powieś, kiej chcesz skończyć, ja nie bronię.
— Tfy! tfu! tfy! To jest gęba! Na moje sumienie, to paskudna gęba dopiero, z niej leci sama siarka ze smołem... tfy! Marcinowa, czy wy słuchacie co ja do was gadam po dobrości?
— Słucham, jeno się nie rucham.
— No to ruchnijcie się, ja wam chce nalać kieliszek gorzałki, bardzo doskonały kieliszek. Wy tyle się nagadali, tyle naperswadowali temu chłopowi, że wam należy się kieliszek. Wam całkiem już w gardle zaschnęło.
Marcinowa nie mogła się oprzeć pokusie.
Przysunęła się do szynkwasu, za którym siedział Mendel i próbowała owego zielonego lekarstwa na robaka szarpiącego serce ludzkie. Antagonistka jej skorzystała z tej chwili i przysunęła się do Filipa.
— Wy jej nie słuchajcie, mówiła do niego, ona was na złe prowadzi. Znacie Kaśkę. Dziewka, prawda, mocna jak chłop, ale zła jak pies, będzie się nad waszemi dzieciami znęcała. To jędza. Z Marcinową pasowałaby wam przy jednym dyszlu chodzić. Ja wam powiem Filipie.
Tu nachyliła się i szeptała długo chłopu na ucho. On głową kiwał, uśmiechał się bezmyślnie, to znowu wzdychał ciężko. Ludzie już się zabierali, do domów, nawet Onufry, z całego tego zgromadzenia najwytrwalszy, przebąkiwał o powrocie..
Tymczasem sołtysowa prowadziła ciągle swe dzieło.
— Powiadam wam, mój Filipie kochany — mówiła — że z dziewuchą to zawdy wam będzie gorzej, a nawet i nie pasuje. Kawalir, pustak, powinien szukać sobie dziewuchy, wdowcowi zaś najpodobniej patrzy się wdowa. Ni ona wam, ni wy jej nie będziecie mieli czego wymawiać. Wy se gospodarz, ona gospodyni wypraktykowana w kużdym sposobie. Wy macie swoich dwoje dzieci, ona też swoich dwoje. Ona waszym krzywdy nie uczyni, bo się będzie bojała, żeby wy jej dzieciom też nie czynili krzywdy.
— Juści to tak...
— Z kużdej strony równość, wy nie młodzik i ona nie dzieciak, wy stateczne i ona stateczna.
— Jeno majątek nijaki... powiadają ludzie, że co po nieboszczyku ostało, to nie jej, jeno dziecinne.
— Co ludzi słuchać, zawdy gadają nie wiedzą co...
— Ale... jak ona za nieboszczyka Skowronka za mąż szła, to nie miała nic, a według tego jako gospodarstwo było jego, niby na to mówiący po ojcach, to tera znów dzieci mają do tego gospodarstwa przyjście, a ona się ostaje na boku.
— Ale!
— Ja wiem, bom słyszał, że według tego opiekuństwo w sądzie robili i jako jej nie wolno długu zrobić, ani sprzedać.
— To wy wiecie jedno, a ja drugie wiem, rzekła, kładąc palec na usta, ja wam powiem, jako ona ma pieniądze gotowe...
— Eh!
— Ma, sprawiedliwie ma, jeno nie powiada nikomu, według tego, jako się boi, żeby ją kto nie okradł.
Marcinowa zauważyła te szepty.
— I cóż ci Filipku sołtyska naraiła? — spytała.
Chłop poskrobał się po czuprynie.
— A nic, powiadają jeno, że u wdowy chleb gotowy..
— Gotowy, ale nie zawdy zdrowy. To ci sołtyska wdowę rai?
— A juści.
— Skowronkową?
— Niby Skowronkową.
— Ha, przyda ci się ona, przyda.
— Co! zawołała sołtysowa, albo nie stateczna, nie porządna kobieta, nie gospodyni?
Marcinowa wciąż powtarzała:
— Przyda ci się Filipku, przyda — żeń się z nią!
— Dopieroście o Bąkównie gadali...
— Ta wdowa lepsza, co prawda, to prawda.
— Dlaczego?
— Do gospodarstwa drugiej takiej nie zdybiesz, bo to i długa i cienka jak żerdź i na kużdy użytek może się przydać. Możesz ją wsadzić na grzędę fasoli za tykę, albo w konopiach na stracha postawić, albo na pawęz do wożenia siana obrócić, albo nawet i kiele studni za żórawia postawić.
Wszyscy rozśmieli się — sołtysowa krzyknęła z oburzeniem:
— Co wy sobie będziecie uczciwą kobietą zęby wycierali, strachem na wróble robili? Ja was tu zara nauczę jak trzeba ludzi szanować.
To mówiąc przepychała się ku Marcinowej, chcąc zaraz w czyn pogróżkę wprowadzić.
Mendel zapobiegł starciu.
— Aj waj! aj waj! gewałt co to jest? Takie dwie gospodynie, takie osoby, takie stateczne kobiety, żeby sobie kłóciły, żeby chciały robić awanturę. Na moje sumienie nie pasuje! O co wam idzie? O chłopa?
— O co idzie, to idzie — a ona niech nie ujada.

— Aj waj! aj waj! to jest cała kimedya. Chłop sobie siedzi i słucha. Pani Marcinowa powiedziała jemu w jedno ucho, pani sołtysowa w drugie ucho. On ma teraz pełną głowę tego gadania. Dajcie jemu trochę czasu, niech on sobie odpocznie, niech sobie rozmyśli. Wam się zdaje, że chłopowi ożenić się, to tak, jak obwarzanek za grosz kupić, albo ćwiartkę owsa sprzedać! Taki interes potrzebuje namyślenia.
— O co wam idzie? O chłopa?

— Święta prawda — zawtórował Onufry. Święty stan małżeński jest jako pieczęć, która przypieczętowana na ten przykład na niewiaście i na ten przykład na chłopie, nie będzie ukruszona, ani złamana do samej śmierci, amen.
— Tak, tak. Jak to znać że Onufry uczony człowiek jest...
— I nie będzie rozerwania nijakiego, ani folgi, ani popuszczenia, że choćbyś się z samym dyabłem nieprzymierzając Filipku ożenił, tedy cię już żadna moc nie odżeni, jeno co motyka i rydel, na ten przykład. Tedy nie trzeba w zapamiętałości i przez rozważenia lecieć w ogień, tylko trza karkulować i suszyć dobrze głowę, na ten oto przykład, bo nie na godzinę to jest, ani na dzień, ani rok, jeno na tyle, ile sam Pan Bóg miłosierny wskaże i przeznaczy.
— Ny, ślicznie Onufry gada, bardzo ślicznie, znać że w sobie robaka całkiem struł. Na moje sumienie. Pani sołtysowa niech da spokój i pani Marcinowa też niech da spokój. Ostawcie cały ten kram do jutra do południa. Filip potrzebuje pomyślenia. On w nocy będzie myślał, on rano jak pójdzie bydłu zadawać będzie myślał, on po śniadaniu siądzie w chałupie na ławie, pod piecem, on sobie fajkę zapali — i będzie myślał. Myślenie to ciężka robota jest, trzeba żeby do niej byt spokój i wygoda. Jak on się już dobrze namyśli, to wtedy jego zapytajcie, a dziś, co on ma dziś wiedzieć? On tyle wie dzisiaj co i nic. Prawda Filipie?
— Juści prawda. Mnie dziś mankulja trapi i markotność, a we łbie mi huczy jak we młynie przed gody. Chodźta Macieju, chodźta kumie Janie, czas już.
Łomignat z ciężkością dźwignął się z ławy i poszli.
Dość długo jeszcze w karczmie panował gwar i hałas. Mendel obrachowywał się z gośćmi, przyczem nie obyło się bez sprzeczek i nieporozumień. Onufry nazwał go szachrajem i ciężką pięścią wyrządził mu obelgę czynną na karku.
Miała być z tego powodu sprawa w sądzie gminnym, ale że u dojrzałych i poważnych mężów rozum zwykle bierze górę nad namiętnością, więc porozumienie nastąpiło rychło i zgodę zapieczętowano całym garncem wódki dla świadków ubliżającego czynu, który postanowiono w falach zapomnienia utopić...
Filip nazajutrz po pogrzebie żony powziął decyzyę stanowczą.
Ku wielkiemu zmartwieniu sołtysowej, udał się do starego Bąka i wyznał swoje afekta dla Kaśki. Przyjęto go z otwartemi rękami, a panna, trochę wstydząc się, trochę śmiejąc, a trochę popłakując, dla polityki, powiedziała, że co tatulo i matula każą, to zrobi.
Wyszły zapowiedzie, odbył się ślub, a potem wesele jak się należy, z poczęstunkiem, z poprawinami, jak jest przyjęte na świecie. Dwie mowy były na tem weselu; jedną miał Onufry, drugą kowal, ale gdzie Onufremu do kowala! Jak powiedział, to każde słowo jakby młotem wykuł, a ludziska płakali jak na pogrzebie.
Mendel zarobił dobrze na tym interesie, bo stary Bąk chłop był zamożny i szczery. Mało kiedy lubił worek rozwiązać, ale gdy już rozwiązał, to sypnął pieniędzmi po pańsku. Dość powiedzieć, że i kawa z arakiem była na weselu.
Po tej uroczystości życie Biednowolskie popłynęło zwykłym trybem. W stodołach rozlegał się stuk cepów, a kiedy pierwszy skowronek zadzwonił nad polami, kiedy wiosenne słonko przygrzewać poczęło, zaroiło się w wiosce jak w mrowisku. Z sochami, z gnojem, z bronami ruszył naród w pole, na kawałek chleba pracować.
Bąkówna, za wdowca poszedłszy, ujawniła duże dyplomatyczne zdolności.
Co tydzień regularnie sama sierotki myła i czesała, a od czasu do czasu, przy święcie, prowadzała je na cmentarz, aby pacierz na grobie matki zmówiły. Filip widział to, nie mówił nic, ale czuł dla żony wdzięczność wielką, i ani wiedział, jak i kiedy wpływom jej się poddawał; a że baba była pracowita, obrotna, porządna, więc z czasem nic bez jej woli nie przedsięwziął!
Czyż dużo potrzeba aby chłopa zawojować? Nietylko w Biednowoli, ale wszędzie podobno, zręczna kobieta potrafi tej sztuki dokazać!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.