<<< Dane tekstu >>>
Autor Walery Łoziński
Tytuł Zaklęty Dwór
Podtytuł powieść
Wydawca Władysław Dyniewicz
Data wyd. 1885
Druk Władysław Dyniewicz
Miejsce wyd. Chicago
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVIII.
Domysły.

Katilina w niezwyczajnem zamyśleniu powrócił do domu i zaraz udał się do pokoju Juljusza. Wiadomość o nowem pojawieniu się stracha w zaklętym dworze szczególniejsze sprawiła na nim wrażenie. Całą drogę bił się z najróżnorodniejszemi myślami, a kiedy wreście stanął w Oparkach i oddawszy konia służącemu, spieszył do pokoju przyjaciela, mruknął półgłosem:
— Teraz już zgłupiałem do reszty! Po wszystkiem co zaszło, to nowe zamieszkanie zaklętego dworu niepojętą wydaje mi się zagadką.
Juljusz siedział nad jakąś książką w swoim pokoju a snąć się nie spodziewał tak rychłego powrotu przyjaciela, bo wykrzyknął w zdziwieniu:
— Jakto, ty już tutaj?
— Nie jeździłem do Zawalni.
— Cóż ci przeszkodziło?
Katilina rzucił się jakby utrudzony na pobliski fotel.
— Wyobraź sobie — rzekł żywo — zaledwie wyjechałem za bramę spotykam polowego z Hruszówki, a ten kinie mi się na wszystko, że w zaklętym dworze znowu po nocy jaśnieje światło.
— Niepodobna! — krzyknął Juljusz, zrywając się na pół z krzesła.
— Nie wierzyłem także z początku, ale przybywszy do mandatarjusza w sprawie Ołańczuka, dowiaduje się, że i jego policjant widział tej nocy światło w narożnych oknach dworu.
Juljusz wydał wykrzyk zdziwienia i przestrachu, Katilina wzruszył ramionami jak człowiek, który gniewa się czegoś sam na siebie.
Aby zrozumieć dlaczego wiadomość, która do niedawna nikogo nie dziwiła w okolicy, obecnie tak wielkie na obudwóch przyjaciołach sprawiła wrażenie, musimy teraz dopiero opowiedzieć, co się działo z Katiliną kiedyśmy go zostawili w ręku starego klucznika, a spotkali następnie w życie koło orkizowskiego ogrodu.
Katilina mimo swego wcale jeszcze młodocianego wieku, niejedno w życiu przebył niebezpieczeństwo, niejednej zuchwałej ważył się przygody, wszakże owa pamiętna noc w czerwonym pokoju zaklętego dworu najsroższem ze wszystkich musiała mu pozostać wspomnieniem.
Rozbrojony i pokonany z nienacka, ujrzał się wjednej chwili w zupełnej mocy człowieka, który zdawał się zmysły tracić z wściekłości, a morderczą w ręku połyskiwał bronią. Po jego krwią zaszłych oczach, zapienionych ustach i konwulsyjnie drgającej twarzy, nie można się było spodziewać ani iskierki litości lub opamiętania.
Daleki od wszelkiej pomocy ludzkiej, Katilina wszelką już do szczętu postradał nadzieję i poddając się ślepo srogiemu swemu losowi, czekał z rezygnacją na nieochybny cios morderczy.
Kost’ Bulij zaryczał jak zwierz rozsrożony i z okropnym poświstem wywinął nożem w powietrzu, kiedy tuż za nim rozległ się głośny wykrzyk zgrozy, a wzniesiona do morderczego razu ręka na niespodzianą wpół drogi natrafiła zaporę.
Na sam wykrzyk ten, zadrżał stary kozak, a w wzroku jego na pół obłąkanym z wściekłości, mignęło światło opamiętania.
— Kośtiu stój! — ozwał się w tej chwili urywany z przestrachu głos niewieści, a dwie drobne i delikatne rączki ujęły całą siłą uzbrojone i wzniesione w górę ramię starego klucznika.
— Wyznam ci — opowiadał potem sam Katilina Juljuszowi — że jakoś niesłychanie błogo i lubo zrobiło mi się w tej chwili, bo bądź co bądź, ale mówiąc między nami strasznie głupio wygląda koło serca, kiedy śmierć już naprawdę zaziera w oczy i szczerzy zęby, a człowiek jeszcze czuje zdrowie i życie w sobie. Odetchnąłem swobodniej całą piersią i wytężając wzrok ku memu aniołowi, wybawicielowi, spotkałem się z nim oko w oko. Był to mój niedawny strach nienawiści z latarką w ręku.
— Ah! — dodawał z niezwyczajnym u siebie zachwytem — nigdy, nigdy niezapomnę tego spojrzenia. Zdaje się, że pod jego wpływem zapomniałem zupełnie o mojem położeniu. Widziałem tylko przed sobą dwoje cudnych niebieskich oczu, drgających zgrozą litością i energją zarazem.
— Kost’ Bulij jakby zaczarowany opamiętywał się nagle, a z jego ponurej twarzy rozwiał się gdzieś bez śladu ów wyraz dzikiej, okrutnej wściekłości. Mimowolnie prawie puścił moją przygniecioną rękę i nie tak silnie już cisnął kolanami.
— Stój! dla Boga! Co chcesz uczynić! — krzyknęła na nowo moja wybawicielka, przytrzymując ciągle wzniesione do góry ramię kozaka.
— Ależ panno... — wybąknął kozak więcej przestraszony niż rozsrożony.
— Puść go! — rozkazywała młoda dziewczyna z dawną energją.
— Ależ panno! — powtórzył na nowo kozak i znowu ulżył mi znacznie.
— Wtedy ja, wybijając się nagle z pod czaru wzroku nieznajomej, w jednej chwili odzyskałem całą moją energję, zręcznie i zwinnie pomknąłem się na bok i zanim się opamiętał mój pogromca, wyrwałem się z rąk jego i jednym susem stałem już za stołem w pośrodku pokoju.
— I wtedy — dodawał Katilina właściwym sobie butnym tonem — zmieniła się cała sytuacja! Dobyłem z kieszeni drugiego pistoletu i wymierzyłem wprost w łeb klucznikowi, który widząc mię wolnym, w dawną zdawał się wpadać wściekłość. Przyznam się, że chciałem się teraz z nim podroczyć cokolwiek i byłbym mu sowicie nagrodził mój własny przestrach, ale wtem młoda dziewczyna zwraca się ku mnie dumna i wspaniała jak królowa i wskazując palcem na drzwi, rzecze z silnym naciskiem:
— Wyjdź pan! natychmiast!
— I proszę! bez oporu, bez wahania, jakby jakąś czarodziejską owładnięty siłą usłuchałem jak trusia. Cicho, skromnie, potulnie, na palcach zeszedłem na dół i nim jeszcze ochłonąłem z pierwszego wrażenia, byłem już po drugiej stronie parkanu ogrodowego. Ale konia nie zastałem na dawnem miejscu. Urwał się zapewne zniecierpliwiony długiem czekaniem.
— Zacząłem rozważać, co mam począć dalej? I oto szczęśliwa myśl przyszła mi do głowy: Moja wybawicielka odpowiadała zupełnie twemu opisowi, w takim razie mogła to być tylko piękna hrabianka z Orkizowa.
— Aby więc i samego siebie przekonać i położyć koniec twoim wątpliwościom, postanowiłem zakraść się aż pod sam dwór orkizowski, aby widzieć wracającą hrabiankę.
— W samej rzeczy też, nie wahając się długo, poszedł za pierwszym swym popędem, dotarł aż do Orkizowa i skryty w zbożu przy jednym gościńcu prowadzącym do dworu, czatował w zasadzce niejako, na powrót młodej dziewczyny.
Ale całe przedpołudnie czekał na próźno, żaden wóz nie zbliżał się ku dworowi, po południu poznał powóz Juljusza, sama zaś hrabianka chyba jaką podziemną ścieżką dostała się napowrót do domu.
Zawiedzony w swem oczekiwaniu, zaczął Katilina rozmyślać nad całym stanem rzeczy i coraz większem zdawało mu się niepodobieństwem, aby nieznajoma zaklętego dworu a szesnastoletnia jedynaczka tak arystokratycznego domu była jedną i tą samą osobą. Przy głębszem zastanowieniu się, samo to przypuszczenie wydawało się śmieszną niedorzecznością.
O ile jednak poznaliśmy dotąd charakter Katiliny moglibyśmy przewidzieć z góry, że nie poprzestał na tem przekonaniu.
— Aby się przeświadczyć niezbicie, muszę obaczyć koniecznie hrabiankę — powiedział sam sobie.
Pozostał też w swojem ukryciu, a ukazując się na chwilkę tylko powracającemu z dworu Juljuszowi, wrócił pod żywopłot ogrodowy, w nadziei, że ztąd najprędzej ujrzy hrabiankę.
I rzeczywiście spełniło się jego oczekiwanie. Nad wieczorem wyszła Eugenia z matką do ogrodu, a ukryty w swej zasadzce Katilina ujrzał ją z daleka na krótką chwilę.
I teraz dopiero w największą popadł wątpliwość.
Nadobna postać nieznajomej z zaklętego dworu stała mu żywo przed oczyma, ale głównie utkwił mu w pamięci ogólny wyraz jej rysów, jej wzrok czarodziejski, bezprzykładna białość jej cery i włos niezwyczajnie jasny i bujny, a wszystkie te cechy znajdował kropla w kroplę w młodej hrabiance. Zdawało mu się tylko, iż nieznajoma była cokolwiek wyższą, cokolwiek poważniejszą w ruchach, ale to mogło być tylko złudzeniem uroczystości miejsca i chwili, a poniekąd i skutkiem różnicy stroju.
Tak tedy niczego niedociekłszy, a właściwie w tem sprzeczniejsze jeszcze zagmatwany wątpliwości wrócił nazajutrz do domu i z wszystkich swych przygód doznanych, zdał wierną sprawę Juljuszowi.
Obadwaj przyjaciele złożyli naradę wojenną.
Szlachetny aż do idealności Juljusz zżymał się gwałtownie na nieprawe naruszenie obcej tajemnicy i zuchwałe lekceważenie ostatniej woli nieboszczyka. Katilina tysiącznemi tłumaczył się powodami, nie mógł jednak żadną miarą surowego uniknąć potępienia.
Oburzony Juljusz nie zważał bynajmniej na srogie niebezpieczeństwo, jakie podczas swej wyprawy przechodził zuchwały towarzysz młodości i do coraz ostrzejszych unosił się wyrzutów.
Śród tego jak zawołany nadszedł Kost’ Bulij.
Juljusz przyjął starego kozaka zmieszany i zakłopotany, jakby sam poczuwał się do winy, a wysłuchawszy jego skargi na swawolną inwazję Czorguta, przepraszał go najuroczyściej i nie badając dalej jego tajemnicy, prosił aby o całem zdarzeniu zupełnie zachował milczenie.
Katilina z swej strony musiał związać się uroczystem słowem honoru, że nigdy więcej żadnego samowolnego nio dopuści się kroku.
Na tem skończyła się pierwsza wyprawa Katiliny.
Odtąd jednak ogłuchły zupełnie wieści o pośmiertnych sztuczkach starościca.
Zaklęty dwór używał wprawdzie zawsze swej dawnej tajemniczej, podejrzanej reputacji, ale nikt już jakoś ani nie widział światła w jego pokojach ani nie słyszał wrzasków i rumotu w jego wnętrzu.
Juljusz pragnął właściwie wszelkiemi siłami poznać tak starannie ukrywaną tajemnicę, ale jak wszyscy ludzie wygórowanej delikatności uczuć, a nie bardzo energicznego i przedsiębiorczego ducha radby był przyjść do niej bez własnych zabiegów i własnego przyczynienia się.
Katilina nie tyle wymyślny w wyborze środków, musiał z wielkiem swem niezadowoleniem poddać się życzeniom przyjaciela.
Obadwaj jednak mniej więcej na jeden zgodzili się domysł.
Ów maziarz tajemniczy byłto w ich przekonaniu jakiś zręczny wysłannik, który poznawszy zapewne Kośtia Bulija przy boku starościca za granicy, wybrał sobie później dom jego za miejsce schadzki i schronienia śród swej niebezpiecznej podróży.
Przypuszczenie to wyjaśniało zupełnie i ów zagadkowy punkt testamentu co do przeznaczenia zaklętego dworu.
Starościc zawiązawszy jeszcze podczas swego pobytu w kraju tajemne z Paryżem stosunki, musiał je utrzymywać i podczas swej ucieczki, a zaskoczony nagłą śmiercią w Dreźnie, zapewne umyślnie przeznaczył dwór swój na jakieś tajne ognisko propagandy.
Długoletni wierny sługa i towarzysz starościca, stary kozak Kost’ Bulij znał zapewne dawniej tajemnicę związków starościca, toteż i później wydawał się najstosowniejszem narzędziem jego pośmiertnych planów.
Dalsze rozmyślania i kombinacje naprowadzały nawet o krok dalej pozwalały się domniemywać z mniej więcej niemylną pewnością, kto był właściwie ten zbiegły maziarz.
— Niezawodnie ów kwestarz tajemniczy — wpadł pierwszy na ten domysł Katilina — co podczas choroby starościca, tak wielką osiągnął nad nim władzę i tak silny wyrwał wpływ, że zmienił niejako zupełnie charakter i na wcale nową popchnął go drogę.
Z wszystkiego co obadwaj przyjaciele wiedzieli dotychczas o starościcu, nie trudno im było powziąć prawdziwe wyobrażenie o całym jego charakterze.
Starościc był niezaprzeczenie jednym z owych silnych, nieugiętych, nad wyraz namiętnych, a energicznych i przedsiębiorczych charakterów, co nieukiełznani wyższy myślą, niewprowadzeni na odpowiedni tor, najłatwiej wpadają na bezdroże i trawieni gorączkowemi żądzami swej natury, w obec ścieśnionego zakresu działania najczęściej samopas puszczają swą wolę i rzeczywistymi w oczach świata stają się dziwakami.
Zaniedbane wychowanie starościca nie mogło okiełzać wrodzonej gwałtowności jego charakteru, a odziedziczona po obłąkanym ojcu zaciekła nienawiść do pewnych stosunków, wyrodziła się w zuchwały, nieprzełamany opór przeciw wszystkiemu, co uchodziło za legalne, za zwyczajne, za odpowiednie panującemu składowi rzeczy.
Starościc dopuszczał się gwałtownej samowoli przeciw chłopom, nie tyle z jakichś złośliwych popędów tyranii i okrutności, ile dla tej jedynie przyczyny, że chłop stał pod opieką prawa, tulił się pod skrzydła władzy.
Starościc stronił od świata i ludzi nie dla jakiejś chorobliwej mizantropii, ale z obawy, aby nie stykał się z ludźmi, do których z natury nieprzebłaganą kipiał nienawiścią, lub wrzał wzgardą, wyssaną niajako z mlekiem macierzyńskiem.
Pojmując w podobny sposób charakter starościca i zapatrując się z tej strony na jego dziwactwa, łatwo sobie wytłumaczyć, że od chwili kiedy mógł przejrzeć jaśniej i szersze umysłem zakreślił koło, musiał zmienić zupełnie swoje usposobienie i postępowanie.
Odziedziczona nienawiść zawrzała głębiej i ku jednemu wyższemu zlała się celowi, a wrodzona energją i przedsiębiorczość ducha szerszą i śmielszą zakreśliła sobie działalność.....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jak widzimy, z tego wszystkiego Juljusz i Katilina wyjaśniali sobie zupełnie prawie tajemnicę zaklętego dworu. Obadwaj przypuszczali prócz tego, że dawniejszy kwestarz a teraźniejszy maziarz zostaje w stosunkach z hrabią i że sama hrabianka dzieli niebezpieczeństwo ojca.
Przy takim zaś składzie rzeczy mniemali z pewnością, że dwór zaklęty, skompromitowany już i tak cokolwiek w obec zwierzchności, po odwiedzinach Katiliny przestanie być miejscem niebezpiecznych schadzek, że hrabianka podejrzana przez Juljusza, a zaskoczona przez Katilinę, nie zechce się narażać dalej, sam maziarz po ostatniej przygodzie z mandatarjuszem zniknie na zawsze z okolicy, a Kost’ Bulij będzie się starał ile możności zatrzeć dawne kompromitujące ślady.
Cztery następne miesiące usprawiedliwiały we wszystkiem te przypuszczenia.
Juljusz przez cały ten czas zaledwie dwa razy był w Orkizowie.
Nie mógł nie postrzedz jakiejś nieodgadnionej a coraz wzrastającej oziębłości hrabiego a nadto oburzało go i to po troszę, że Eugenia aż do istnej obłudy odgrywała swą, drugą rolę, zapierając się wszelkiego udziału w wypadkach zaklętego dworu.
Co jednak podobno najwięcej go ubodło i co jak się zdaje widomem cierpieniem wyryło się na twarzy — to jedne spotkanie z hrabią Augustem Wyklickim w orkizowskim pałacu.
Juljuszowi zdawało się, że w stosunku Eugenii z dalekim kuzynem przebija się coś więcej niż same reminiscencje dawnej przyjaźni, niż życzliwe uczucia dalekiego powinowactwa.
Z tem wszystkiem jak tylko w tej chwili dowiedział się o nowej schadzce w zaklętym dworze niebezpieczeństwo Eugenii stanęło mu najpierwej przed oczyma.
— Nowe schadzki w zaklętym dworze! — mruknął — to już więcej jak nierozwaga, to szaleństwo!
Katilina wzruszył ramionami.
— A jak na toż — rzekł — nieugięty w swej zaciekłości Ołańczuk poszedł do Lwowa, a składając tam swoje zeznania, gotów ściągnąć nam komisję.
— Uparłeś się, aby go wypuścić z aresztu.
— Bo upewniłem się naprzód, że nic nie wskóra w Samborskim kryminale.
Juljusz w zamyśleniu przeszedł się tam i nazad po pokoju.
— W takim składzie rzeczy niepodobna nam zachować się nieczynnie.
Katilina z drwiącą miną machnął ręką.
— Wiesz, że w szkołach oponowałem nieraz przeciw twej nazwie Gracchusa. Tobie przypadłby lepiej przydomek Hamleta!
Juljusz zmarszczył czoło, jakby głębiej uczuł przymówkę.
— Być może — rzekł z przekąsem — lecz tem właśnie różnimy się od siebie, że mój szkolny przydomek za mało odpowiedni memu charakterowi, twój aż zanadto stosowny.
Katilina parsknął śmiechem.
— Ho, ho stajesz się drażliwym jak widzę.
Juljusz nic nie odpowiedział, tylko zadzwonił gwałtownie.
— Każ mi osiodłać Laudona! — zawołał na wchodzącego Filipa.
Katilina rozparł się wygodnie na sofie i z nietajonem szyderstwem spoglądał na rozdrażnionego cokolwiek przyjaciela.
— Cóż myślisz robić? — zapytał wreście.
— Pozwól mi działać na własną rękę — odpowiedział Juljusz szorstko i jakby dla uwolnienia się od dalszego badania, wyszedł szybko z pokoju.
Katilina flegmatycznie wzruszył ramionami, sięgnął po leżące w pobliżu sygaro i zapalając je najspokojniej, szepnął sam do siebie:
— Złote serce, walny charakter u tego chłopaka, ależ z tem wszystkiem — szlafmyca! niech mię djabli porwą, szlafmyca!
Należałoby może napomknąć jeszcze kilką słowy, jaki trwalszy stosunek w ciągu upłynionych czterech miesięcy ustalił się między Juljuszem i Czorgutem.
Nie tak łatwa na to odpowiedź.
Katilina przywędrowawszy raz do dawnego kolegi i przyjaciela rozgospodarował się u niego jak w własnym domu, nieproszony zajął się wszystkiemi sprawami majątkowemi, mieszał się do wszystkiego, dysponował każdemu, nie ulegał nikomu.
Juljusz przyjął z początku dawnego przyjaciela tylko jako chwilowego gościa w swym domu, lecz niebawem przekonał się, że przybycie jego wielkie wróżyło mu korzyści. Niepraktyczny z natury marzyciel, nie umiał sobie zgoła radzić w sprawach majątkowych. Zdany zupełnie na łaskę i rozum swych oficjalistów, ulegał im biernie we wszystkiem, a w swej przesadnej delikatności ani nie pomyślał nigdy o żadnej kontroli.
Być może, iż oswoiwszy się powoli z swym jakby z nieba spadłym majątkiem, oswoiłby się także lepiej i z gospodarstwem, ale w pierwszych chwilach swego posiadania przychodziło mu to strasznie trudno.
Energiczny charakter Katiliny, jego większa znajomość ludzi, ten wreście właściwy mu bezwzględny tryb postęnowania, równoważyły zupełnie niepraktyczność i początkową nieporadność Juljusza. Nie znając się zupełnie na gospodarstwie wiejskiem, Katilina umiał sobie przecież poradzić we wszystkiem, a od jednego razu podniósł dochody dwójnasób w górę ku niesłychanemu zmartwieniu Girgilewicza, i reszty mniej więcej podobnych mu kolegów.
Myliłby się jednak grubo, kto z tej działalności Katiliny wnosił o jakimś stosunku służebnym czy obowiązkowym do Juljusza.
Katilina działał wszystko z własnego popędu, ex propria deligentia, kiedy chciał, jak chciał, to robił, nie czekając żadnego upoważnienia właściciela, i nie troszcząc się bynajmniej o jego rozkazy.
Nie dał sobie ani wspomnieć o żadnej płacy, ani też poczytywał się w czemkolwiek związanym.
Wszystkie swe potrzeby zaspokajał na koszt Juljusza bez wszelkiej żenady i wszelkich szkrupułów sumienia.
Trawiony zawsze swym nieprzyzwyciężonym pociągiem do awanturniczego trybu życia, który tylą przebytemi jeszcze podsycił się przygodami, nie wiedział sam nigdy czy tydzień następny, czy nawet dzień jutrzejszy przepędzi w Oparkach, czy też przypadkiem jakim na nowe i niepewne zapędzi się koleje.
— Dziś tu jutro tam! — uważał już od dawna za swą zasadę, za swoje hasło ulubione.
Wszakże przekonywał się powoli, że im dłużej zasiadywał się na jednem miejscu, tem silniej skłaniał się do porządniejszego trybu życia.
Gdyby nie owa intrygująca z początku tajemnica zaklętego dworu, a następnie owo spotkanie się z tą piękną nieznajomą w czerwonym pokoju, byłby może dawno już sprzykrzył sobie pobyt w Oparkach, chociaż stanowisko w obec oficjalistów Juljusza nie było także bez pewnej ponęty dla jego wiecznie szyderczego usposobienia.
Nie zadając sobie najmniejszego przymusu w obcowaniu z Juljuszem, przyjmował i od niego bez urazy drażliwszą, nawet przymówkę jak równy od równego.
To też i teraz zły humor Juljusza najmniejszego na nim nie wywarł wpływu.
Leżał sobie wygodnie i spokojnie na sofce, i popalając sobie sygaro wielkiemi kłębami dymu, puścił wolny bieg myślom.
Nagle porwał się na pół.
— Żeby też po dziś dzień nie wiedzieć jeszcze z pewnością, czy to była rzeczywiście hrabianka czy nie, to doprawdy potrzeba cymbała na to! — wykrzyknął głośno.
— Ciekawym co też on zechce zrobić! Byle tylko nie popsuł wszystkiego i nie ocaliwszy nikogo sam jeszcze nie dostał się do kozy... — mruknął przez zęby.
Po chwili wstał z sofy i przystąpił do okna.
— Koń już osiodłany! Gdzie też on pojedzie?!
W tej samej chwili Juljusz ukazał się na ganku i spiesznie dosiadł konia, a tuż zaraz rozległ się tętęt kopyt.
Katilina odstąpił od okna i zadzwonił gwałtownie.
— Każ osiodłać mi bułanego ale duchem, piorunem! — zawołał na wchodzącego lokaja.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Walery Łoziński.