Artur (Sue)/Tom IV/Rozdział dziewiąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Artur
Wydawca B. Lessman
Data wyd. 1845
Druk J. Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Arthur
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział 9.
― DNI SŁONECZNE. ―
W Gaiku, 10 Maja 18**[1]

J jedenasta wieczór, tylko co rozszedłem się z panią de Fersen. Otóż jestem w domeczku, w którym mam odtąd przy niéj mieszkać!
Doświadczam dziwnego uczucia.
Wypadki tak szybko po sobie następowały od miesiąca, serce moje wzburzone było tak rozmaitemi uczuciami, iż czuję potrzebę zdać sobie sprawę z mych wspomnień, z moich życzeń i moich nadziei.
Dla tego to piszę znowu ten dziennik, przerwany od mego wyjazdu z Kios.
Myśli tak tłumnie toczą się po mojéj głowie iż mam nadzieję, że gdy je napiszę, to staną się daleko jaśniejszemi; tak prawie postępuję jak ci ludzie, którzy nie mogąc zrobić rachunku na pamięć, przymuszeni są zrobić go na papierze.
Jakże się dla mnie skończy ta miłość? Doktór Ralph wyraźnie zapowiedział pani de Fersen, że moja obecność będzie jeszcze długo nieodbicie potrzebną do zupełnego uleczenia Ireny, i że przez dwa lub trzy miesiące jeszcze trzeba nadewszystko o tém myśleć, aby uspokoić wyobraźnię tego dziecięcia, i niedozwolić jéj aby doświadczyła najmniejszego wzruszenia albo najmniejszego zmartwienia: te wzruszenia tém były niebezpieczniejsze dla niéj, iż je głęboko ukrywała.
Pociąg jaki wzbudzałem w Irenie, pociąg który Doktór Ralph przypisuje stycznościom magnetycznym i tajemniczym, którego tysiąc przykładów przywodzi, bądź u ludzi, bądź u zwierząt, lecz których wyznaje jak, niemoże wytłumaczyć; pociąg ten, mówię, umieszcza mnie w dziwném położeniu.
Działanie mojéj obecności lub mego oddalenia na to dziecię, jest faktem dowiedzionym, niezaprzeczalnym. Od roku blisko, Irena przebyła trzy czy cztery kryzys, lekkie, niebezpieczne lub prawie śmiertelne, które nie miały innéj przyczyny, jak tylko tę że mnie niewidzi, a nadewszystko że mnie niewidzi przy swojéj matce... gdyż guwernantka jej powiedziała mi późniéj, że nasze nawet widzenia się w Tuilleries niemogły zupełnie zadowolić Ireny, która zawsze żałowała swego pobytu na fregacie.
Moja obecność jest niejako węzłem, który przywiązuje Irenę do życia.
Gdyby nie moja miłość, moja namiętna miłość ku Katarzynie, gdyby nie głębokie zajęcie jakie wzbudza we mnie jéj dziecię, ten konieczny obowiązek nieopuszczania nigdy Ireny, byłby dla mnie uciążliwy i przykry.
Lecz uwielbiam jéj matkę. Lecz, jeżeli porównywam uczucie które we mnie wzbudza, do innych uczuć których doznawałem, uczucie to jest najgłębszém ze wszystkich.... a jednakże trzeba ażebym, widując ją codziennie, ażebym zbliżony do niéj przez okoliczności, jak największe czyniące wrażenie, przez okoliczności jak największą pokryte tajemnicą, najbardziéj zdolne doprowadzić najspokojniejszą miłość aż do zapału, aż do egzaltacji, a jednakże trzeba abym milczał, aby Katarzyna była dla mnie tylko siostrą, przyjaciółką!
Musiałbym więc chyba w imieniu mego dawniejszego poświęcenia, w imienin fatalnego wpływu, który tak pomimowolnie wywieram na Irenę, przyjść mówić Katarzynie o nadziejach mojéj miłości.
Rola takowa byłaby podłą, pogardy godna.
A gdyby nieszczęśliwa matka była słabą! gdybym żądał jej miłości w nagrodę niego znajdowania się przy Irenie!...
Ach! myśl ta jest okropną!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Moje też postanowienie jest stałe, niezmienne.
Nigdy ani słówko o miłości z ust moich niewyjdzie....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



W Gaiku, 11 Maja 18**

Dobre moje uczynki nieszczęście mi przynoszą... Jeszcze jedna przyczyna więcéj, aby jak najzupełniejsze zachować milczenie.
Dziś rano przyniesiono dziennik do salonu.
Pani de Fersen wzięła jeden z nich i zaczęła go czytać.
Nagle postrzegłem jak przerwała swoje czytanie, zadrżała, zapłoniła się niezmiernie; potém, z wyrazem niemego podziwienia, spuściła zwolna swe ręce na kolana, potrząsając głową, jak gdyby mówiła; — Czy to być może.
Rzuciwszy potém na mnie spojrzenie łzami przyćmione, wstała nagle, i wyszła.
Niewiedząc czemu przypisać to mocne wzruszenie, podniosłem dziennik, i niezadługo następujęce wiersze wytłumaczyły mi podziwienie pani de Fersen.
„Wiadomo że dom *** i kompania, w Hawrze popadły od miesiąca w bankructwo, które, jak utrzymują, wynosi kilka milionów. Naczelnik tego domu popłynął potajemnie do Stanów zjednoczonych. Kilku wierzycieli, dość wcześnie uwiadomionych o zatrważających pogłoskach, które rozsiewano o gruntowności tego domu, poodbiérało część swych kapitałów. Pan Dumont, trudniący się interesami pana Hrabi Artura***, który także przez to bankructwo tracił sto pięćdziesiąt tysięcy franków, nie był tak szczęśliwy; nieposiadając wówczas potrzebnéj plenipotencji, chociaż przybył do Hawru aby zapobiedz téj klęsce, złożył swe zażalenie w kanecllaryi prokuratora Królewskiego, wnosząc, iż bankructwo powinno być widocznie uważaném za zmyślone i podstępne, lecz, ponieważ pozostałość zaledwie wynosi ośmdziesiąt tysięcy franków, liczni wierzyciele domu *** powinni uważać swe kapitały jako najzupełniéj stracone.
I ani de Fersen wiedziała o moim nagłym wyjeździć do Hawru, ponieważ jéj kurjer dogonił mnie właśnie gdy już do tego miasta wjeżdżałem. Powróciłem natychmiast; epoka tego powrotu zgadzała się z datą bankructwa. Było więc rzeczą dowiedzioną i widoczną dla Katarzyny, że pośpiech z jakim śpieszyłem do Ireny umierającéj, był jedyną przyczyną mojéj straty. To też teraz, bardziej niż ktokolwiek, powinienem się lękać żądać nagrody za moję ofiarę.
Przebiegając machinalnie gazetę, poniżéj wiadomości którą przytoczyłem, przeczytałem następujący dodatek, który mnie zajął.
Gazeta które czytałem, była gazetą prawie urzędową; można ją było uważać jako należycie o wszystkiém uwiadomioną.
„Mówią o kilku bliskich zmianach w naszém ciele dyplomatyczném. Wymieniają pomiędzy osobami, które mogą być powołane do piastowania bardzo znacznego urzędu w sekcyi interesów zagranicznych, pana Hrabię Artura, który, chociaż bardzo młody jeszcze, ma najzupełniejsze prawo do tego zaszczytu przez swe podróże, swe nauki i najskrupulatniejsze prace, jakim się poświęcał przez długi czas jako Naczelnik Gabinetu prywatnego Jaśnie Oświeconego Ministra Spraw Zagranicznych. Objaśnienia te, które możemy udzielić jako niezawodne, dowodzą dostatecznie że, gdy znamienitość rodu i korzyści majątku towarzyszą zdolności wielkiéj i powszechnie uznanéj, należy się wszystkiego spodziewać po pomocy i zachęcie ministrów Królewskich.
Ten dopisek pochodził z Gabinetu pana de Serigny, który sądził, w czasie mojéj nieobecności, uczynić mi wielką przyjemność, prosząc zapewne Króla o wyświadczenie mi jakowéj łaski.
Dość obojętny, przyznam się, na tę wiadomość, poszedłem do Katarzyny.
Spotkałem ją w jednéj z alei zwierzyńcowych.
— Wiem o wszystkiem, — rzekła, — wyciągając ku mnie rękę...
— Jeszcze to... jeszcze to... o mój Boże!... dodała wznosząc oczy do nieba. — A ja! cóż ja dla niego uczyniłam?
Te słowa doszły mi aż do samego serca i sprawiły mi wzruszenie tak lube, tak głębokie, iż nadzieje moje pomimowolnie się odżywiły... Lecz niezadługo powściągając te myśli, i chcąc zmienić tok rozmowy, rzekłem do niéj:
— Nie winszujesz mi więc pani moich przyszłych powodzeń? Spojrzała na mnie z zadziwieniem.
— Jakich powodzeń?
— Nie czytałaś więc pani dzisiejszéj gazety
— Czytałam.... Lecz o jakich że to powodzeniach pan mówisz?
— Mówią w tym dzienniku, że będę niezadługo powołany do ważnego urzędu w sprawach zagranicznych.
Katarzyna rzekła znowu, jak gdyby bynajmniej nieuważała na to co mówiłem:
— Chceszże mi pan uczynić jedno przyrzeczenie?
— Jakież to przyrzeczenie?
— Przyślę panu Irenę do chatki... lecz nieżyczę sobie widziéć się z nim dzisiaj... Niebędziesz się za to na mnie gniewał? — rzekła, podając mi smutnie rękę.
— Nie, bez wątpienia, — rzekłem niezmiernie zdziwiony tem nagłem postanowieniem.




W Gaiku 13 Maja 18**
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Od jakże dawnego czasu dziennik ten jest przerwany?... nie wiem tego... niepamiętam już o tém.
Zresztą, wiemże teraz o czymkolwiek? mamże jakie wspomnienia?
Wszystko co mi się przytrafia nie jest że snem? snem tak świetnym, że sam siebie pytam gdzie jest granica rzeczywistości? gdzie się sen kończy? a gdzie zaczyna przebudzenie?
Sen, wspomnienia, przebudzenie!!! są to czcze i bezbarwne wyrazy... których aż do tego dnia zażywałem...
Chciałbym teraz nowych wyrazów, na odmalowanie tego, czego dotąd nieczułem.
Nie tylko używać dawniejszych wyrażeń na wydanie dzisiejszych moich uczuć zdaje mi się niepodobieństwem... lecz jeszcze widzę w tém bluźnierstwo, profanację... Niebyłże bym igraszką złudzenia?... Jaż to, ja prawdziwie... piszę to w Gaiku... w mojéj chatce?...
Tak jest, tak, to ja... patrzę na ten zegar, pokazuje piątą... widzę staw odbijający promienie słoneczne, słyszę jak drzewa drżą pod zadęciem wietrzyku, czuję woń kwiatów, a z daleka postrzegam jéj mieszkanie.
Więc to nie jest sen?
Zobaczmy, zgromadźmy moje wspomnienia... postępujmy pod górę, krok w krok, aż do źródła tego potoku szczęśliwości która mnie upaja...
Jakiż to dziś dzień?... sam już nie wiem... Ach! to niedziela... poszła na mszę dziś rano... płakała w kościele... bardzo płakała.
Błogosławione niechaj będą te łzy szacowne!
Lecz kiedyż to odebraliśmy te gazety?... Oto są,... onegdaj...!
Onegdaj!... rzecz dziwna!... Lata mogłyby — upłynąć od tego dnia, a niewydawałby mi się bardziej oddalonym!!!
Pomiędzy przeszłością wczorajszą która prawie dla nas była obojętną, a teraźniejszością dzisiejszą która jest wszystkiém dla nas... byłżeby więc cały wiek przedziału?...
Tak jest, było to onegdaj... kiedy Katarzyna poprosiła mnie abym ją samą zostawił.
Byłem jéj posłuszny; lecz zdaje mi się że to mnie bardzo zasmuciło.
Irena przyszła się bawić, na schodach chatki.
Zadzwoniono na obiad...
Zamiast ukazać się przy stole jak zwyczajnie, Katarzyna kazała mnie prosić abym sam jadł obiad, gdyż była cierpiąca!
Wieczorem, powietrze było ciężkie... Katarzyna zeszła do salonu... postrzegłem że była niezmiernie blada...
— Duszę się w moim pokoju, — rzekła do mnie, — jestem niespokojna.... udręczona.... mam nerwy rozdrażnione... zabiera się na tak wielką burzę!
Potém, żądała abym jéj podał rękę do przejścia się po zwierzyńcu... Przeciwnie swemu zwyczajowi, kazała pani Paul, guwernantce Ireny, aby szła za nami wraz z jéj córką. Puściliśmy się krętą aleją lasku, i przybyliśmy blisko małéj altanki, obrosłéj glicyneją, w któréj na mnie czekała z Ireną, pierwszego dnia mojego przybycia do Gaiku...
Niewiem czy to pochodziło z utrudzenia, wzruszenia lub też słabości, lecz Katarzyna uczuła się zmęczoną, i chciała usiąść na ławce darniowéj.
Słońce już zaszło, niebo okryte było chmurami, które purpurą, oblewały ostatnie promienie słońca, i co chwila migały po niem ślepiące błyskawice, które Irena ścigała ciekawém i uspokojoném już okiem.
Katarzyna nic nie mówiła... i zdawała się głęboko w myślach pogrążona.
Zmrok zaczynał już przyciemniać lasek gdy Irena, którą guwernantka trzymała na kolanach, zasnęła.
— Pani, panna Irena usypia, — rzekła pani Paul; — Doktór bardzo zalecał aby jéj niewystawiać na chłód wieczorny...
— Powróćmy do domu, — rzekła do mnie Katarzyna... I wstała.
Tak była słaba, iż opierała się na mojém ramieniu całym swoim ciężarem.
Tak uszliśmy kilka kroków... lecz jak najwolniéj: pani Paul poprzedzała nas z Ireną.
Nagle uczułem Katarzynę prawie mdlejącą, rzekła do mnie cichym głosem: — Nie mogę już ani kroku daléj stąpić... tak jestem zmęczona...
— Staraj się pani, — rzekłem, — dojść przynajmniéj do chatki, jest już bardzo blisko... spoczniesz sobie na ławce która jest przededrzwiami...
— Lecz Irena? — zawołała z niespokojnością.
Zakręt drogi zakrył przed nami guwernantkę, która znaczny kawał już nas wyprzedziła.
Podpierałem Katarzynę, i za kilka sekund już siedziała przed drzwiami chatki.
Nawalne chmury rozproszyły się; u stóp naszych widzieliśmy staw, w którym gwiazdy zaczynały się odbijać... Powietrze napełnione było zapachem kwiatów, który w dzień burzliwy i gorący bardziéj jeszcze jest przenikającym... najlżéjszy wietrzyk niepowiewał, najmniejszego nawet nie było słychać szmeru.
Noc była tak spokojna, tak piękna; tak przezroczysta, że przy jej niepewném świetle mogłem doskonale rozpoznać rysy Katarzyny....
Całe moje życie zbiegło się niejako do serca, które biło gwałtownie.
Podobnież jak Katarzyna, czułem się także utrudzony, omdlały, skutkiem téj ciepłéj i wonnéj atmosfery która nas okolała....
Pani de Fersen siedziała oparta na poduszkach; czoło jéj spoczywało na jednéj jéj ręce.
Spokojność tak była głęboka, iż słyszałem pośpieszny odgłos oddechu Katarzyny.
Wpadłem w głębokie zadumanie, zarazem lube i smutne.
Nigdy może niemiałem napotkać sposobności tak dogodnéj dopowiedzenia Katarzynie wszystkiego com czuł; lecz delikatność, lecz obawa iż się zdaję mówić w imieniu wyświadczonéj przysługi, czyniły mnie niemym.
Nagle zawołała:
— Błagam Fana, niepozostawiaj mnie z mojemi myślami, niechaj głos twój usłyszę...
Powiedz mi co zechcesz... lecz przemów do mnie; zaklinani cię! przemów do mnie.
— I cóż Pani powiem?... — odezwałem się z uległością.
— Co zechcesz?... — zawołała składając ręce z postacią błagającą; — mów co chcesz! lecz mów do mnie, wydrzéj mnie myślom które mnie udręczają... miéj nademną litość, lub raczéj bądź bez litości,... oskarżaj mnie, czyń mi wyrzuty, powiedz że jestem kobiétą tak niewdzięczną tak samolubną... tak podłą, iż nieposiadam odwagi wdzięczności, — zawołała pomimowolnie zapalając się, i jak gdyby wykrywała tajemnicę zbyt długo tajoną. — Nieszczędź mi wyrzutów, bo niewiesz ile twoje poddanie się złego mi robi... niewiesz jakbym pragnęła widzieć cię mniéj wspaniałym.
Gdyż nakoniec... co powiedzieć o kobiécie, która napotykając przyjaciela pewnego, dyskretnego, dozwala się przez sześć miesięcy otaczać staraniami najdelikatniejszemi, najpełniejszemi uszanowaniu, które widzi go poświęcającego się na najmniejsze kaprysy biednéj słabéj dzieciny, ta która nakoniec, za całą wdzięczność, i to z najpodlejszego, z najwstydniejszego powodu, oddala od siebie po brutalsku tego przyjaciela... To jeszcze niewszystko, ta kobiéta, w najokropniejszém zdarzeniu, znowu potrzebuje tego mężczyzny... on sam jeden tylko może ocalić życie jéj córki... przywołuje go natychmiast, gdyż nie, że wszystkiego może się spodziewać od bezinteressownego wyrzeczenia się tego serca heroicznego; on, poświęcając wszystko, przybiega natychmiast aby uchronić dziecię od śmierci...
— Proszę cię, Pani, niemówmy już o tych smutnych wspomnieniach... myślmy tylko o teraźniejszém szczęściu, — rzekłem...
Lecz zdawało się iż Katarzyna mnie niesłyszała, i daléj mówiła z coraz bardziéj zwiększającym się zapałem, który mnie przestraszył.
— A jeszcze ten przyjaciel tak dobry, tak szlachetny nigdy nieośmielił się wyrzec słówka mogące miéć choć najmniejsze zastosowanie z jego uwielbienia godném postępowaniem! Duch opiekuńczy téj kobiéty i jéj dziecięcia, gdy oboje cierpią... poprzestaje na tém aby być przy nich... zawsze przy nich... łagodny, smutny, poddany i uległy... a potém, kiedy dokazał je ocalić, gdyż ocalić dziecię, jest to ocalić i matkę, odchodzi, dumny, milczący, niewyrzekłszy ani słowa... Szczęśliwy zapewne dobrem które zdziałał, lecz zdając się lękać niewdzięczności, lub pogardzać wdzięcznością którą wzbudza...
Głos Katarzyny stawał się coraz bardziéj krótki i ucinany; upojony byłem temi słowy; lecz zdawały się prawie wydarte być Katarzynie gorączkowém podburzeniem; tak wielką stawiały sprzeczność z jéj zwyczajną powściągliwością, iż lękałem się aby ten rozsądek, dotąd tak mocny i pogodny, niedoświadczył nakoniec opóźnionego działania straszliwych wstrząśnień, które, od sześciu tygodni, tak nim mocno zatrzęsły...
— Katarzyno, Katarzyno! — zawołałem, — aż nazbyt kochasz twoje dziecię, abym mógł kiedykolwiek wątpić o twojéj wdzięczności! Mojéj najdroższéj mojéj najszacowniejszéj nagrodzie...
Chociaż słyszała moją odpowiedź, kiedy do niéj uczyniła zastosowanie, Katarzyna mówiła jednak, z coraz to namiętniejszém nagięciem głosu.
— O! tak, tak; wmów we mnie mocno że uczucie rozkoszne... i niezwalczone, które mnie zachwyca i upaja w téj chwili... że uczucie to jest wdzięczność... powiedz mi że nic świętszego, nic pobożniejszego, nic bardziéj prawnego, jak to czego doznaję... Kobiéta ma przecie prawo poświęcić swe życie temu który jéj dziecię powrócił! nadewszystko gdy tenże... równie wspaniały jak delikatny... nigdy nie śmiał powiedziéć ani słówka swéj słusznéj nadziei... to też... niedoniejże to... czyż nie do niéj należy... przyjść... spytać go... ze szczęściem, z dumą... Jakże kiedykolwiek wynagrodzić tyle miłości?
— Podzielając ją!... — zawołałem.
— Wyznając:... że ją zawsze podzielałam... — rzekła Katarzyna słabym głosem.
I jak gdyby wysilona, opuściła swe ręce na ręce moje.




W Gaiku. 16 Maja 18**.

Biada!... biada!...
Od wczoraj niewidziałem jéj. Doktór Ralph przybył tu dzisiejszéj nocy, znajduje ją w jaknajwiększém niebezpieczeństwie... przypisuje tę gorączkę pożerczą, to straszliwe obłąkanie reakcyi wszystkich udręczeń które nieszczęśliwa kobiéta tłumiła w sobie podczas choroby córki...
Lecz nie wie wszystkiego...
Ach! jakże jéj zgryzoty muszą być strasznemi! jak musi cierpiéć okrutnie! a nie jestem przy niéj, a być przy niéj niemogę.
Ach! tak jest, kocham ją... kochanm ją wszystkiemi siłami mojéj duszy, gdyż to wspomnienie upajające, które mi prawie zmysły ze zbytku szczęścia odejmowało, przeklinam je teraz!
Widok Ireny przykrość mi sprawia... dzisiaj dziecina ta zbliżyła się ku mnie, odepchnąłem ją... fatalną jest dla swojéj matki, jak może dla mnie samego fatalną będzie...
Doktór Ralph z tąd wychodzi... nic się niepolepszyło.
Postrzegłem w nim osobliwszą zmianę.
Dziś rano, jak zwykle, przychodząc, podał mi rękę z uprzejmością; zwykle twarz jego surowa wyrażała uczucie uprzejmości zbliżając się ku mnie... Dziś wieczór, podałem mu rękę, niewziął jéj. Spojrzenie jego zdawało, mi się być surowe, badawcze... Uwiadomiwszy mnie pokrótce o stanie zdrowia Katarzyny, wyszedł z miną lodowatą.
Czyżby Katarzyna co powiedziała w obłąkaniu gorączki?...
Ach! ta myśl jest okropną... na szczęście nikt przy niéj nie był prócz guwernantki Ireny i doktora Ralph.
Jednakże!... jednakże!... ta guwernantka należy do służby jéj domu, ten doktór jest obcym! a ona tak dumna bo zawsze miała prawo być dumną... może odtąd będzie przymuszona płonić się przed temi ludźmi!
Jeśli mówiła... nie wie o tém, nigdy zapewne wiedzieć niebędzie; lecz oni wiedzą,... mają może w swych ręku jéj i moje tajemnicę...
Gdyby jedném słowem można zgładzić te dwie osoby... zdaje mi się iżbym je wymówił...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



W Gaiku 17 Maja 18**.

Co czynić? czego się chwycić, jeśli choroba nie przestanie postępować z tą samą szybkością? Doktór Ralph niechce już brać sam jeden na siebie téj odpowiedzialności.... zgromadzi wtenczas kilku doktorów na konsultacyą...i...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niemogę dłużéj pisać, łkania mnie zaduszają...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Dziwna rzecz zdarzyła mi się dziś rano.

Skoro Doktór doniósł mi że choroba Katarzyny pogorszą się... powróciłem tutaj, do mojéj chatki; chciałem napisać to co czułem, gdyż ani chcę, ani mogę, powierzyć nikomu moje radości lub moją boleść; gdy też serce moje przepełnione jest szczęśliwością lub nieszczęściem, wielkiéj doświadczam ulgi wylewając na papier te nieme zwierzenia się...
Dowiadując się o nowém niebezpieczeństwie które groziło Katarzynie, tyle ucierpiałem, iż chciałem napisać moje udręczenia... to jest wylać je z méj duszy.
Było mi to jednak niepodobna... zdołałem zaledwie skreślić drżącą ręką słowa zaczynające tę stronnicę, a które co prędzéj łzy mi przerwały...
Poszedłem wtedy do zwierzyńca...
Tam, pierwszy raz, gorzko żałowałem, o! bardzo gorzko żałowałem, że niemam ani wiary ani nadziei religijnéj...
Mógłbym się był modlić za Katarzynę!
Niemasz zapewne nic bardziéj udręczającego jak poznać przerażjącą próżność modłów przesyłanych do nieba za istotę ukochaną którą drzemy utracić, lecz, przynajmniéj, mamy choć minutę nadziei... lecz, przynajmniéj, wypełniamy powinność... lecz przynajmniéj boleść nasza przybiera mowę, — niesądzimy ją niepłodną!!!
Lecz nie módz powiedzieć żadnéj potędze ludzkiéj, lub nadludzkiej ocal ją!!! to okropnie.
Uczułem tak boleśnie tę niemożność, iż obłąkany, rozpaczny, padłem na kolana, sam niewiedząc do kogo przesyłam moje żarliwe modły. Lecz głęboko przekonany, w téj chwili gorączkowego omamienia, że głos mój będzie usłyszanym, zawołałem: — Ocal ją! — ocal ją!... Potém, pomimowolnie, zabłysła mi nadzieja, miałem niejako przekonanie żem dopełnił mego obowiązku.
Późniéj płoniłem się za to, co nazywałem moją słabością, moją lekkomyślnością.
Ponieważ rozum mój nie mógł pojąć, a zatém niemógł wierzyć w twierdzenia, stanowiące rozmaite wiary ludzkie, do jakiegoż Boga się modliłem?...
Jakoważ potęga zdołała mnie zmusić do tej modlitwy?... ostatniego krzyku, ostatniego wysłowienia rozpaczy?...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kryzys, któréj się doktór lękał, nie nastąpiła...
Katarzyna nie jest zdrowszą, ale też nie jest bardziéj chorą... Maligna trwa jednak zawsze.
Obojętność doktora Ralph względem mnie jest zawsze nadzwyczajną.
Odkąd Matka jéj jest chora, Irena daje częste dowody czułości i tkliwości dziecinnéj, lecz poważnéj i śmiałéj jak jéj charakter.
Dziś rano powiedziała mi:
— Moja matka wiele cierpi, nieprawdaż!
— Bardzo cierpi, moja biedna Ireno!
— Gdy dziecię cierpi, matka przychodzi cierpieć na jego miejscu, aby więcéj niecierpiało, nieprawdaż? — spytała mnie poważnie.
Zdziwiony tém osobliwszém dowodzeniem, spojrzałem na nią, bacznie, nic jéj nieodpowiadając, i znowu daléj mówiła:
— Chcę cierpiéć na miejscu mojéj matki... zaprowadź mnie do doktora.
To dzieciństwo, na które bym się był dawniéj uśmiéchnął, w inszych okolicznościach, napełniło moje serce goryczą... i uściskałem Irenę aby łzy moje ukryć.




W Gaiku, 17 Maja 18**.

Jest nadzieja... maligna ustaje... głębokie odrętwienie po niéj następuje. Doktór Ralph lękał się gorącości, pośpiechu jéj krwi rozognionéj.
Teraz lęka się odrętwienia, słabości.
Odzyskała przytomność umysłu... najpierwszym jéj wyrazem było imię córki.
Guwernantka mi powiedziała, — że doktór jeszcze niepozwolił jéj przyprowadzić.
Ze dwadzieścia już razy chciałem się spytać pani Paul czy Katarzyna wspominała o mnie... lecz nieśmiałem....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



W Gaiku, 18 Maja 18**.

Dzisiaj, pierwszy raz, doktór Ralph pozwolił guwernantce zaprowadzić Irenę do pani de Fersen.
Oczekiwałem z bolesną i niespokojny niecierpliwością chwili, w któréj zobaczę znowu Irenę mając nadzieję że mi udzieli jakich objaśnień względem matki... a w nich może znajdę choć słówko o mnie, choć wspomnienie Katarzyny.
Skoro odzyska zupełną przytomność, niewiem jak pani de Fersen postąpi sobie względem mnie.
Często, podczas paroksyzmu rozpacznych zgryzot, kobiéty nienawidzą, mężczyzny któremu uległy... całą gwałtownością swych żali, całą siłą swéj boleści, obarczają go wyrzutami; na nim to samym ma ciężyć cała odpowiedzialność zbrodni; kobiéta niebyła współwinowajczyną, lecz ofiarą.
Jeśli dusza ich pozostała czystą, pomimo chwili mimowolnego obłąkania, szczere czynią, postanowienie niewidywania więcéj tego który je uwiódł... i nie miéć więcéj do opłakiwania jak tylko zdradę, podstęp.
Zrazu, wierne są temu przedsięwzięciu.
Starają się, nie wymówić, lecz okupić swój błąd we własnych oczach, najściślejszém wypełnianiem swych powinności; lecz pamięć tego błędu istnieje,... zawsze istnieje....
Im bardziéj serce jest szlechetne, im bardziéj sumienie jest surowe, tém zgryzota jest nieuibłagańszą... Wtedy, nieszczęśliwe, cierpią okropnie... gdyż są same, gdyż są zmuszone pożerać swe łzy samotne i uśmiéchać się do świata...
Wtenczas, przerażone niekiedy tą samotnością, tém niemém skupieniem w sobie wszystkich cierpień, odważają się żądać pociechy i siły od tego który je zgubił. Na zgryzoty swoje zaklinają go aby zapomniał chwilę błędu... aby był tylko dla nich przyjacielem szczerym, tylko powiernikiem zgryzot których był przyczyno. Lecz, prawie zawsze, kobiéty niewypłakały jeszcze wszystkich łez swoich...
Mężczyzna, bardziéj grubijański, jak ród jego, niepojmuje tego szczytnego passowania się miłości i powinności, które im tyle cierpień sprawuje. To męczeństwo każdo chwilowe, te groźne obawy, które obudzą w nich wspomnienie honoru, rodziny, relgii znieważonéj; przerażające te tortury, straszliwe te udręczenia, mężczyzna nazywa je śmiesznym kaprysem, skrupułami pensyonarskiemi i tém podobnie.
Jeśli passowanie przedłuża się, jeśli biedna kobiéta wyniszczona, starga swe życie aby ukryć pozory boleści która ją hańbi, i dzielnie opiéra się aby powtórnego niepopełnić błędu, mężczyzna rozdrażnia się, oburza przeciwko téj skromności raniącéj jego miłość własną, jego namiętność pożądliwy i zwierzęcą; raz ostatni ubliża tak wielkiéj cnocie, tak wielkiemu nieszczęściu, tak wielkiéj odwadze, mówiąc strapionéj kobiécie, że to odzyskanie zasad moralnych jest nieco zapóżném; i upojony niecną zemstą, biegnie natychmiast popisywać się przed wszystkiemi, z cynizmem właściwym swéj naturze, z innym znowu związkiem.
A był kochanym, a jest kochanym! a kobiéta, piękna i cnotliwa kobiéta, narażała dla niego swój honor, swą przyszłość, przyszłość swych dzieci! gdy tymczasem on, byłby się podle cofnął przed najmniejszą z tych ofiar...
Dla czegóż tak nędzny, a jednak tak wielbiony?... Dla tego, bo kobiéty daleko bardziéj kochają mężczyzn za przymioty, które im w swojéj utworzyły wyobraźni, i któremi wymagająca ich delikatność lubi ich przyozdabiać, niżeli za przymioty które w istocie posiadają.
Jeśli, przeciwnie; przez bardzo rzadki wyjątek, mężczyzna pojmuje co jest świętego i zachwycającego w zgryzocie, jeśli stara się uśmierzyć boleści których był przyczyną, jego łagodność, jego poddanie się mają dla kobiéty daleko większe jeszcze niebespieczcństwa.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Katarzyna... miałażby doświadczać tych zgryzot nieustających?
Lub, podobnie jak te kobiéty, które przez niezasycalne pragnienie poświęcania się, lub przez wstydliwość zmartwienia, ukrywają swe cierpienia, i dozwalają tylko postrzegać swe szczęście, chciałażby Katarzyna abym niewiedział o jéj udręczeniach?....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Znając ją tak dobrze jak znam, sądzę że będę prawie mógł odgadnąć jakie będą jéj uczucia ku mnie po tém, co Irena powtórzy mi z jéj rozmowy.
Czekam też przybycia tego dziecięcia z najżywszą niecierpliwością....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niebiańska radości!!! widzę Irenę nadbiegającą z bukietem róż w ręku....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Serce mnie nie zwodzi: to Katarzyna mi ją przysyła.
Wybacza mi moje szczęście...







  1. Artur, wedle swego zwyczaju, wmieszcza tu urywki swego dziennika, przerwanego od czasu pobytu w Kios, a który zapewne znowu zaczął pisać za swym powrotem do Gaiku. Poprzednie rozdziały potrzebne są na zapełnienie przerwy rozdzielającéj dwie epoki, a podczas któréj Artur nie dbał opisanie tego dziennika.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.