<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Aureli Wiszar
Podtytuł Dramat w 3-ch aktach
Pochodzenie Pisma V.
Utwory dramatyczne
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wyd. 1899
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT II.
(Mieszkanie Kreislerów).


SCENA I.
Ksawery hr. Jastrzębiec i Sylwia Kreisler.

Sylwia. Nie pozwolę panu być w najmniejszej przewadze. Ktoś z rodziny pańskiej powiedział, że żeniąc się ze mną, sprawiasz mi większą łaskę, niż bierzesz posag.
Ksawery. Plotka albo bezmyślna gadanina.
Sylwia. Gadanina, której bezmyślność chcę właśnie wykazać. Nie lekceważę społecznej i towarzyskiej wartości dostojnych rodów, ale odczuwam honor i mam dumę mojej sfery, dumę ludzi, którzy wiele mogą, bo wiele mają.
Ksawery. Rozumiem ją i najzupełniej podzielam.
Sylwia. Zresztą mniejsza o to, czy nasz przyszły związek daje powód do oplatania pańskiego czoła cierniowym wieńcem ofiary, ale przyznasz pan, że przy tego rodzaju małżeństwach, jak nasze, odzywają się śmieszne współczucia dla herbów splamionych — złotem.
Ksawery. Na ten herb przysięgam pani, że o podobnym współczuciu nie słyszałem, a nawet przypuszczam, że ono, jako zbyt niedorzeczne, w niczyjej głowie się nie zalęgło.
Sylwia. W żadnej rozumnej — to pewna. Bo ostatecznie świetność rodów wybłysła z bogactw, niemi się utrzymuje i zasila, a bez nich gaśnie. Zbiedniali panowie mogą przechowywać w popiołach iskry swoich tradycyj, mogą je rozdmuchiwać, ale nie mogą ich rozpalać w płomień olśniewający. Tu właśnie rozpoczyna się rola bogatego mieszczaństwa, przez które jedynie stara arystokracya odradza się i odmładza. Gdzie ono jej nie wsparło, tam zubożali książęta pasą kozy lub usługują w portach. Mówię to dlatego, ażeby mój narzeczony nie sądził, że podając mi rękę, zniża się, a przyszły mąż nie spoglądał na mnie przez ramię.
Ksawery. I skąd te podejrzenia, po co te ostrożności? Czy prócz słów przywiązania usłyszałaś pani coś innego z ust moich od czasu, gdy je szczerze otwierać mogę?
Sylwia. Owszem, zajrzyjmy w swoje dusze jak najgłębiej, bądźmy dla siebie o ile można przezroczyści, to nam ułatwi i uprzyjemni życie. Małżeństwo — to także spółka, a ja, jako córka kupca, lubię zawierać układy jasne i rzetelne.
Ksawery. Nasz z mojej strony jest najuczciwszy.
Sylwia. Wierzę temu i dlatego zostanę pańską żoną. Ale nim zostanę, targuję się o równość. Pan, idąc do ślubu, jak paw roztoczysz wspaniały ogon swych książęco-hrabiowskich stosunków, a ja mam być skromną, szarą prawicą? Nie! Prosiłam ojca, ażeby wesele nasze było możliwie wystawne, zbytkowne, ukazujące potęgę pieniężną domu Kreislerów. Nadto pragnę, ażeby w tej uroczystości uczestniczyły liczne deputacye urzędników i robotników fabryk, których ojciec mój jest właścicielem lub akcyonaryuszem, ażeby opinia i prasa uznały i ogłosiły nasz związek jako połączenie dwu sił różnych, ale równomiernych. Upamiętniając zaś ten dzień ważny dla naszych rodzin, ofiarujemy oboje dla kas robotniczych po 10.000 guldenów.
Ksawery. W obecnej chwili nie jestem na ten datek przygotowany.
Sylwia. Domyślam się, ale ja pana przygotuję — potrzeba jednak, ażeby on wyszedł z kieszeni pańskiej. Mój przyszły mąż może być ode mnie biedniejszym, ale nie powinien być biednym, gdyż w takim razie zbyt wyglądałby na kupionego. 10.000 guldenów to za mała sumka, ażeby wolno było panu z panów jej nie mieć. A zatem proszę nie żałować trudu na przygotowania do naszego wesela...
Ksawery. Jakiego trudu?
Sylwia. Wszakże powiedziałam, o co mi chodzi.
Ksawery. Więc ja mam utworzyć owe deputacye?
Sylwia. Objaśnić dyrektorów, ażeby je między robotnikami wywołali. Świat musi widzieć, że mój ojciec jest dobroczyńcą masy ludzi, że między nim a nią istnieje nietylko stosunek pieniężny, ale i uczuciowy, że my w tym stosunku czerpiemy dla siebie prawo do zaszczytnego szlachectwa, do arystokracyi społecznej.
Ksawery. Widzę, że pani bardzo wiele na tem zależy, więc tę myśl podsunę w fabrykach, chociaż nie przeczę, że będę nieco skrępowany...
Sylwia. W każdym razie mniej, niż ja lub mój ojciec. A przytem nic nie szkodzi, że pan przed ślubem wprawisz się w uległość dla żony (podaje mu rękę), A ja nieraz będę bardzo wymagającą.
Ksawery. Zamawiam sobie miłosierdzie.
Sylwia. Nie lękaj się pan: ludzie rozumni nawet w małżeństwie umieją zawsze dojść do zgody lub — rozejść się bez gniewu.
Ksawery. Tego nie przewiduję.
Sylwia. A ja sobie nie życzę. Spodziewam się, że będziemy parą przykładną, bo się łączymy a nie stapiamy. A teraz, kiedy już ułożyliśmy naszą przyszłość, pozwolisz mi pan dotknąć swej przeszłości?
Ksawery. Proszę.
Sylwia. Jest ona wyłączną pańską własnością, do której nie mam żadnego prawa; jeśli więc pan wolisz mi go odmówić, nie miej skrupułu.
Ksawery. Przypuszczam, że będziesz pani wspaniałomyślną.
Sylwia. Może nie.
Ksawery. Ufam.
Sylwia. Nie drażni mnie ciekawość, ale chęć znajomości życia męża mojego przynajmniej o tyle, o ile jego historya jest obcym ludziom znana. Nie lubię być uważana za naiwną i nią rzeczywiście nie jestem: byłoby mi więc bardzo nieprzyjemnie, gdybym kiedykolwiek z powodu pana musiała znosić złośliwe uśmiechy i szczypiące słowa bez wiedzy o ich znaczeniu i prawdzie. Krótko mówiąc, co pana łączyło i rozłączyło z panią Wiszar i panną Cecylią?
Ksawery. Dość zwykła omyłka — taka, jaka np. zdarza się, gdy zamiast własnej — weźmie ktoś przy stole cudzą serwetę.
Sylwia. Jaśniej wytłomaczyć pan tego nie możesz?
Ksawery. Rozsądek pani ułatwi mi tę spowiedź. Zapewne zgodzi się pani na to, że każdy człowiek, odpowiednio do swego stanowiska, wymagań i praw, musi zużyć dla siebie jakąś ilość ludzi — w ten lub inny sposób. Panna Regina a dziś pani Wiszar swobodą życia i zasad upoważniła swoich znajomych do mniemania, że ani sama nie zrzeka się praktycznych korzyści z tej swobody, ani ich nie odmawia najbliższemu otoczeniu. Wzięła ona do siebie sierotę, jak się później okazało — córkę mnicha, którą tresowała w swej sztuce życia. Opiekunka, przebiegła i mądra, była syreną niebezpieczną, bo pod swe zaloty podkładała sidła małżeńskie, na które wreszcie złapał się obecny jej mąż, niedoświadczony dudek afrykański, świeżo do Europy przybyły. Natomiast jej wychowanka, dziewczyna miła, ładna i dobroduszna, przesdtawiała ponętę kuszącą. Jeżeli pani młodemu człowiekowi, który ascetą nie jest, wybaczy zamiary, z jakimi on wchodzi w sferę tej moralności, to wybaczy mu pani również, że w zwycięztwie chciał być pierwszym. Na moje nieszczęście panna Regina zaczęła omotywać pana Aurelego i dowiedziała się, że on jest bratem Cecylii, wówczas, kiedy ja odsłoniłem moją intencyę...
Sylwia. Zerwaliście więc znajomość.
Ksawery. Naturalnie.
Sylwia. Tak, to zwyczajna przygoda kawalerska. Ale kto był ową cudzą serwetą?
Ksawery. Panna Cecylia.
Sylwia. Dla kogoż ją przeznaczono? Pojmujesz pan że to mnie bardzo obchodzi, bo przecie ona miała być a może jeszcze będzie żoną mojego brata.
Ksawery. Ściśle, bez domysłu, objaśnić tego nie umiem. Przypuszczam tylko, że panna Regina chciała ją komuś podarować lub sprzedać; gdy zaś nagle sama znalazła sposobność powrotu do świata uczciwego przez małżeństwo, zmieniła plan co do wychowanki i cofnęła ją z krzywej drogi. Na tej drodze spotkał Cecylię pan Justyn.
Sylwia. W każdym razie niepożądana bratowa. Czy Justyn wie o tem?
Ksawery. Napomknąłem mu, ale słuchać nie chciał. On w prostocie ducha nawet panią Reginę uważa za charakter kryształowy.
Sylwia. Wyobraź pan sobie, że wiele osób tak ją sądzi. Czy pan jesteś pewien tego, że ona była... swobodną.
Ksawery. Bezpośrednich, własnych dowodów jej łaski nie posiadam, nigdy się o nie nie starałem i śledztw nie prowadziłem, ale świat męzki ma swoją giełdę, na której notuje kursa moralności kobiet. Otóż panna Regina Zawierz była zawsze ceniona nizko.
Sylwia. Szkoda, że pan masz tylko podejrzenie. Prawie wolałabym... dowody. Przydałyby się one dla Justyna i dla mnie, bo tej kobiety nie lubię za jej bezmierną dumę, za coś, co ją ośmiela być tak wspaniałą, jak gdyby nawet płatki śniegu nie spadały na jej głowę z góry, lecz wznosiły się do jej kolan z dołu (wchodzi Kreisler).


SCENA II.
Ciż i Kreisler.

Kreisler. Nikt jeszcze nie przyszedł?
Sylwia. A kto ma być?
Kreisler. Naprzód Justyn.
Sylwia. Zapewne pisze sonety do panny Cecylii.
Kreisler. Jakim sposobem ta sama krew może płynąć w moich i jego żyłach! Zwinięty ślimak śpi w jego głowie, zamiast mózgu (do Sylwii). Moje dziecko, przywołaj go tu koniecznie, zaraz.
Sylwia. Muszę mu zepsuć marzenie (wychodzi).


SCENA III.
Ksawery i Kreisler.

Kreisler. Marzenie! Dlaczego to nie nazywa się ogłupienie, próżnowanie, świderek do wiercenia dziur w obłokach! To ma być coś! Niech on z marzenia uprzędzie jedną nitkę bawełny! Kiedy chce być miechem wzdychającym, niech przytknie gębę do ogniska kuźni i rozdmuchuje ogień. Wierz mi pan, ja wolę człowieka, którego ciągle boli brzuch, niż serce.
Ksawery. Słusznie — leczenie żołądka łatwiejsze.
Kreisler. Naturalnie. Miłość w mężczyźnie, to barć w sośnie: miód daje, ale drzewo niszczy. I ja przecież byłem młody, lubiłem kobiety, ale nie zapomniałem nigdy, że żona — to koperta z czułym listem i pieniędzmi. Podoba mu się szczególnie panna Cecylia, niech sobie wyszuka podobnej. Czy tej gęsi nie możnaby zwabić na złoty owies... rozumiesz mnie pan?
Ksawery. Zręcznie ją podejść a obficie posypać...
Kreisler. Dam dużo pieniędzy, ale mało czasu. Niech to będzie weksel z terminem długim — rocznym, dwuletnim, ale weksel terminowy — uważasz pan. Proszę mu to zastrzeżenie wyrażnie powtórzyć.
Ksawery. Ja?
Kreisler. Myślałem, że pan przez życzliwość i związek z naszym domem...
Ksawery. Ojcu bliżej do syna, niż obcemu człowiekowi do przyszłego szwagra.
Kreisler. Ja mam tyle interesów, a tego mazgaja może biorę za twardą ręką. Ale skoro pan nie chcesz, pomówię z nim.
Ksawery. Nie będę panom przeszkadzał.
Kreisler. O jeszcze nie zaraz — taka bagatela nie parzy, można ją w zanadrzu trzymać. Owszem, zostań pan, bo mamy dziś naradę ważniejszą, w której pan, jako mój przyszły zięć, uczestniczyć powinieneś. Czekam tylko na pańskiego stryja. Czemu on się spóźnia!
Ksawery. Lekarze zabronili mu chodzić szybko.
Kreisler. Niech tylko z nimi się wda, to mu potem każą chodzić tyłem, bokiem, pod wiatr, z wiatrem... Już oni i mnie mieli w swoich obrotach, ale odprawiłem tych szewców, co całe buty łatają, a dziurawych zszyć nie umieją (wchodzi hr. Scibor).


SCENA IV.
Ciż i hr. Scibor.

Kreisler. Czekam na pana hrabiego.
Hr. Scibor. Dawniej czekano na nas dłużej... Spieszyłem się, spieszyłem.
Kreisler. O ile z tej obecności pana hrabiego miałem odnieść zaszczyt, byłem bardzo cierpliwym, tylko o ile tego wymagał nasz interes, liczyłem na punktualność. Niech pan hrabia odpocznie i zaraz przystąpimy do spawy[1], która nas tu zebrała.
Hr. Scibor (do Ksawerego). Znasz ją?
Ksawery. Nie.
Kreisler. Rzecz tak stoi... Za pozwoleniem (dzwoni—wchodzi służący). Poproś natychmiast pana Justyna (służący wychodzi). On jako mój wspólnik, jest potrzebny dla uchwały, bo w jej powody już go wtajemniczyłem. Otóż rzecz tak się przedstawia: fabryka Wiszara, w której — jak panom wiadomo — robotnicy dopuszczeni są do udziału w zyskach, rozwija się pomyślnie, ma liczne obstalunki, daje towar dobry i tani. Przewiduję zarzut, że jej współzawodnictwo z tej strony jest groźnem tylko dla fabryk papieru, a nie dotyka innych. Ale ten waryacki koncept Wiszara ma drugą stronę, którą grozi wszystkim przemysłowcom, mianowicie — buntuje im robotników, domagających się podobnego współuczestniczenia w dochodach. Przeciwko temu musimy radzić i wystąpić łącznie wszyscy! Przedtem wszakże uznałem za stosowne porozumieć się co do sposobów działania w kółku ściślejszem — rodzinnem.
Hr. Scibor. Czy pan już to zrobił?
Kreisler. Obu panów liczę do rodziny, skoro pan Ksawery ma być moim zięciem.
Hr. Scibor. A!
Kreisler. Położenie jest naglącem.
Hr. Scibor. Zauważyłeś pan już jakie niepożądane objawy?
Kreisler. Czy zauważyłem? Ależ robotnicy ciągle odbywają narady, sarkają, obiecują porzucić pracę, a sądzę, że u pana hrabiego nie są lepsi od moich. Wybuch nastąpi niebawem.
Hr. Scibor. To dziwne, nic mi o uszy się nie obiło.
Kreisler. Bo pan stoisz dalej od swoich ludzi, niż ja. My, fabrykanci papieru, broniąc się, powinniśmy spuścić jego cenę niżej kosztów produkcyi w nadziei, że Wiszar tej walki nie wytrzyma (podczas tych słów wchodzi Justyn).


SCENA V.
Ciż i Justyn.

Justyn. Ja na to się nie zgadzam. Dzień dobry panom.
Kreisler. Dlaczego?
Justyn. Dlatego, że takiego rodzaju walki nie uważam za uczciwy.
Kreisler. Uczciwością przemysłu jest rzetelność w wyrobie, a uczciwością handlu — rzetelność w sprzedaży. Kogo ja oszukuję? Mnie nie wolno zniżyć ceny towaru?
Justyn. Ale nie ze szkodą cudzą.
Kreisler. Tylko z cudzym zyskiem? Tobie ta głupowata miłość rozum potargała. Ty mi do interesu nie plącz żadnych czułości, bo on ich nie znosi!
Justyn. Jednakże jako wspólnik ojca pragnę mieć przynajmniej własne zdanie.
Kreisler. Dotąd jest to jedyny twój wkład do tej spółki, a jeżeli go chcesz zachować nietykalnym, mogę ją każdej chwili rozwiązać. Bardzo łatwo się rozliczymy: ja wezmę mój kapitał a ty swoje zdanie.
Justyn. Znam tę pogróżkę.
Hr. Scibor. Nie mieszając się do sporu panów, sądzę, że pan Justyn ma poniekąd racyę.
Kreisler. Jaką?
Hr. Scibor. Bo pan chcesz zniszczyć drugiego człowieka.
Kreisler. Pan hrabia sądzi, że ja do szczęścia potrzebuję niedoli Wiszara, że pragnę utyć jego chudością, nacieszyć się jego smutkiem? Mnie on nic nie obchodzi — nic, zarówno bogaty, jak biedny, mnie obchodzi tylko mój interes. Niech on za każdy arkusz bibuły dostaje arkusz banknotów, niech swoje posadzki wykłada słoniową kością a drzwi zasuwa na platynowe rygle, ja mu nie będę zazdrościł i przeszkadzał; ale niech osią swojego wozu o węgieł mojego domu nie zawadza, niech mnie nie podrywa. Ja go nawet lubię, bo to dobry chłop, ale głupi, a w przemyśle współzawodnik głupi gorszy od złego.
Justyn. Dotąd jednak żadnej szkody z jego powodu ojciec nie poniósł.
Kreisler. Ty nazywasz dobrodziejstwem to, że rodzice mają odebrać z fabryki swoje dzieci i wypędzić obce, ażeby im nie obniżały płacy? Zresztą, czy ja powinienem czekać, aż mi na głowę kamienie spadną i nie schronić się przedtem pod dach, tylko rozpiąć parasol?
Ksawery. Pozwólcie mi panowie wtrącić skromną uwagę: mnie się zdaje, że w tej sprawie największą wartość musi mieć głos najobszerniejszego doświadczenia, którem nas wszystkich przewyższa pan Kreisler. Nie ryzykując własnych rozumów, zaufajmy jemu.
Kreisler. Oto mowa rozsądna. Justynie, gdy ja umrę, radź się swego szwagra.
Justyn. Tyle ustępstw zrobiłem ojcu, że dla szwagra by mi ich zbrakło.
Ksawery. Ja nie będę wymagał.
Kreisler. Zatem do rzeczy.
Hr. Scibor. Właśnie w owej rzeczy winienem pana objaśnić, że chociaż posiadam fabrykę, same względy przemysłowo-handlowe nie pobudzą mnie do działania przeciw panu Wiszarowi. Muszę mieć tę pewność, że on narusza porządek społeczny, że targa stosunki prawidłowe, że, wogóle, szerzy chorobę moralną i ekonomiczną...
Kreisler. Pan hrabia jeszcze nie jest o tem przekonany? No, to czekajmy wyraźniejszych skutków jego roboty.
Hr. Scibor. Ja wiem, że on goni zwodną marę, że puszcza sztuczne ognie na sterty słomy, ale potrzebuję sumienie moje uspokoić dowodami.
Kreisler. Innemi słowy, pan hrabia żąda koniecznie, ażeby te sterty buchnęły płomieniem? Ja tak cierpliwym być nie mogę, bo nie wątpię, że ogień w słomę rzucony zapala się.
Służący (wchodzi). Telegram.
Kreisler. Daj (czyta). Krahn i Sp. godzą się na zniżenie cen papieru według proponowanej przeze mnie skali, jeśli wszystkie fabryki ją przyjmą. A więc czy pan hrabia obetnie cennik o 25 procent?
Hr. Scibor. Ksawery, jesteś moim siostrzeńcem i spadkobiercą, głosujesz za tem?
Ksawery. Tak.
Hr. Scibor. A ty, panie Justynie?
Justyn. Pan hrabia słyszał, że w spółce z ojcem mam tylko własne zdanie, które nie daje mi głosu.
Hr. Scibor. Chciałbym być pewnym, że tego ode mnie wymaga dobro powszechne, nie pańskie i nie moje własne.
Kreisler. Wszystko jedno, panie hrabio: interes jednostki rozumnej i rzetelnej jest tylko pojedynczym tonem harmonii ogólnej.
Hr. Scibor. Znam tę muzykę interesów (dzwonek telefonu).
Kreisler. Justynie zobacz, kto mówi.
Justyn (przyłożywszy ucho do trąbki). Pan Wydmuchalski, redaktor Gazety wieczornej pyta, czy może widzieć się z ojcem.
Kreisler. Owszem.
Justyn (do telefonu). Prosi pana.
Hr. Scibor. Rad jestem, że tu przyjdzie, to człowiek rozumny i uczony.
Kreisler. Bardzo... bardzo... W naszej sprasie[2] to najlepszy probierz wiedzy i mądrości. Drugą tedy kwestyą, nad którą powinniśmy się zastanowić, jest obmyślenie sposobu przyciągnięcia robotników i uśmierzenia ich roszczeń. Nie wątpię, że za rok, dwa, zwłaszcza gdy zniżymy ceny papieru, Wiszar zachwieje się, a robotnicy, nie otrzymawszy obiecanych zysków, otworzą rzeroko[3] oczy i gęby... Ale my nie możemy jedynie czekać tej pory i musimy naszych olśnić jakąś korzyścią, ażeby nas nie opuścili. Otóż czem? Chciałbym wynaleść taki środek, któryby nas nie zobowiązywał do ofiar ciągłych, stałych...
Hr. Scibor. Aby tylko nie za wiele blagi.
Kreisler. Odrobina jej będzie niezbędną. Czy panowie nie uznajecie za stosowne zakupić wszystkim kartofli po 5 korcy na rodzinę?
Hr. Scibor. Rozśmieją się i dopatrzą w tem obawę.
Kreisler. Rzeczywiście. A gdyby dla każdego nowonarodzonego w roku bieżącym dziecka złożyć dukata wsparcia w złocie?
Hr. Scibor. Nie pobudzajże pan ich płodności, skoro nie myślisz jej skutków nadal dukatami okładać.
Kreisler (śmieje się). Alboż oni czekają na zachętę! Zauważę przytem, że nawet większa wydajność tego plonu z czasem zwróciłaby nam nakład w tańszej pracy dzieci, które dla fabrykantów są zawsze dobrym interesem.
Hr. Scibor. Wszystko to są sztuczki, z których spekulacya za zbyt wyłazi na wierzch.
Ksawery. A może się panom przyda mój pomysł...
Kreisler. Słuchamy.
Ksawery. Według mnie, najodpowiedniejszą byłaby tu loterya, którą lud nasz bardzo lubi i która najmocniej oddziałałaby na namiętności, a nie kosztowała wiele. Ustanowić w fabryce dwie wzgrane: jedną 1.000 drugą 500 złotych reńskich, rozdać robotnikom bilety, a przy końcu roku urządzić ciągnienie. Obdarzonych będzie tylko dwóch, ale podnieceni wszyscy. Nadto ci dwaj nagłem zbogaceniem się będą dla innych widocznym przykładem pracy u nas i utrzymają w nich nadzieję zdobycia podobnego losu. Gdy potrzeba takiego środka zniknie, można go będzie wprost znieść, usprawiedliwszy się, że rząd zakazał.
Kreisler. Panie, jesteś mądrym, dowcipnym, genialnym. Każde słowo zamienia mi się w ustach na wyraz uznania i wdzięczności.
Hr. Scibor. Ksawery, czy ty doradzasz to poważnie?
Ksawery. Jeśli tylko mój pomysł panom się przyda, oddaję go do użytku najpoważniej. Nie widzę lepszego.
Kreisler. Lepszym żaden być nie może.
Hr. Scibor. Tak... rachubę wytrzymuje... ale... Prawda, tu pieczętują się nie honorem, ale interesem... Wolałbym być młodszym lub do was podobnym. (Justyn oddala się).
Kreisler (do Ksawerego). Mój panie zięciu...
Hr. Scibor. Pan im ślub dajesz bez księdza...
Kreisler. I on da... Panie zięciu, jak to dobrze, że moja córka ciebie wybrała. Widzisz Justynie... Gdzie on? Ręczę panom, że wiersze pisze...
Hr. Scibor. Przynajmniej wie, że nie grzeszy... Postąp Ksawery, jak ci sumienie poradzi. Podpisz umowę w mojem imieniu lub nie — godzę się z tobą (do Kreislera). Do widzenia z panem (chce odejść).
Slużący. Pan Wydmuchalski.
Kreisler. Wszakże pan hrabia pragnął się z nim zobaczyć...
Hr. Scibor. Tak — zostanę (wchodzi Wydmuchalski).


SCENA IX.
Ciż i Wydmuchalski.

Kreisler. (spiesząc ku Wydmuchalskiemu). Sługa szanownego pana (cicho). Wolałbym, ażeby hrabia nie wiedział, że pana o przybycie prosiłem.
Wydmuchalski. Dobrze. (głośno) Bądź pan łaskaw ostrzedz mnie, jeśli przeszkadzam.
Kreisler. Przeciwnie jest pan nawet w tej chwili bardzo dla nas pożądany. Prawda, panie hrabio?
Hr. Scibor. Istotnie (podaje rękę Wydmuchalskiemu, który wita się również z Ksawerym).
Wydmuchalski. Przyszedłem tu z interesem, a spotkał mnie zaszczyt.
Hr. Scibor. Chcielibyśmy usłyszeć zdanie pańskie w pewnej sprawie społecznej. Wiesz pan — bo w dzienniku swoim tego faktu lekko dotknąłeś — że pan Wiszar swoją fabrykę...
Wydmuchalski. Dziwny traf! Nie tylko znam ten dziki wybryk, ale on właśnie mnie tu sprowadził. Doniesiono mi, że ekonomiczny bzik pana Wiszara nie jest już pryszczem miejscowym, lecz rozszerza się i grozi niebezpieczną wysypką całemu przemysłowi naszemu... Czy tak?
Kreisler. Groźniejsze to trochę, niż pierwotnie przypuszczaliśmy.
Wydmuchalski. Czy panowie nie obmyśliliście żadnych środków zapobiegawczych?
Hr. Scibor. Owszem, na wniosek pana Kreislera postanowiliśmy: naprzód zniżyć cenę wszelkich papierów o część czwartą i postawić pana Wiszara w niemożności osiągania zysków, które zapewnił robotnikom; a powtóre dla uśmierzenia i zachęcenia czeladzi naszej urządzić loteryę pieniężną z dwiema wygranemi, po 1,000 i 500 guldenów. Czy pan to uważa za godziwe?
Wydmuchulski.[4] Więcej — za niezbędne. Zwłaszcza pomysł loteryi jest wyśmienity.
Hr. Scibor. Sądzisz pan, że opinia puliczna[5] nas nie skarci?
Wydmuchalski. Opinia publiczna, panie hrabio, jest to echo głosu prasy poważnej. Pismo moje stanowi tylko jeden jej organ, ale, pochlebiam sobie, nie najmniej słuchany i nie najmniej donośny. Ozwą się wrzaski warchołów dziennikarskich, ludzi, którzy z przeczenia temu, co my robimy i mówimy, wytwarzają swoje pojęcia i zasady, ale żaden pociąg nie wykoleja się i nie zatrzymuje dlatego, że pastuchy mu wygrażają i języki pokazują. A jeżeli nawet jakiś złośliwiec położy kłodę na szynach, państwo ma czujnych dróżników, którzy go złapią i w ręce sprawiedliwości oddadzą.
Kreisler. Naturalnie.
Hr. Scibor. Czy my jednak nie gwałcimy cudzej swobody?
Wydmuchalski. Ostrożnie, panie hrabio, z tym wyrazem, jak z trucizną, która w małej dawce uzdrawia, a w dużej zabija. Nie każdy przekupień może sprzedawać arszenik, a każdy ma handlować swobodą, najniebezpieczniejszym środkiem, jaki zna medycyna społeczna? Gdyby pan Wiszar zapuścił w społeczność olbrzymi dzwon i odosobniony używał pod nim wolności jak nurek, nie powiedzielibyśmy mu ani słowa. Ale jego działalność łączy się przez nerwy ekonomiczne z całym ustrojem pracy narodu; musi więc z nim liczyć się. Jego przedsięwzięcie jest to zastrzykiwanie zarazy w zdrową krew naszego przemysłu.
Kreisler. I jakiej zarazy!
Wydmuchalski. Wszyscy ludzie, którzy nici swoich działań nie związują z pasmem tradycyi, z przędzą pokoleń minionych, szkodzą ogółowi, który powinien strzedz się przełomów i robót od przeszłości oderwanych. W życiu narodów wszelki początek i dokończenie należy do Boga, tylko ciąg dalszy do ludzi. Pan Wiszar z gromadą ciemną chce jedną postać naszych stosunków ekonomicznych zakończyć, a drugą zacząć. Tego on chce — ale my tego nie chcemy, my — przedstawiciele większości społeczeństwa.
Kreisler. Nigdy.
Wydmuchalski. Nie, panowie, niepodobna wyrozumiałością otaczać takich szaleństw, bez względu na to, czy one się lęgną w nieświadomości, czy w złej woli. Czas już, ażebyśmy wyzwolili się z pod tyranii ślepych instynktów czerni, którym marzyciele, czy szkodnicy otwierają klatki i zdejmują obroże. Nigdy żadnych praw trwałych nie stanowił tłum ciemny, bo jest do nich niezdolny. On zdolny tylko albo do posłuszeństwa i pracy, albo do grabieży i gwałtów. Rzeka jest użyteczną, spławia statki i dostarcza siły ruchomej fabrykom, ale ujęta w mocne łożysko — inaczej wszystko zaleje i zniszczy. Podobnie siły robotnicze. Pan Wiszar burzy wały i tamy u siebie, ale na tej rzece stoi nietylko jego młyn, lecz także inne, którym on zagraża a które przeciw jego swobodzie bronić się powinny.
Kreisler. Tu o byt chodzi!
Wydmuchalski. Moi panowie, jest to kwestya tak prosta, że dużego namysłu nie potrzebuje. Jeżeli istnieją prawne ograniczenia w wyrobie materyałów wybuchowych fizycznych, to muszą istnieć ograniczenia dla wytwarzania tego rodzaju materyałów moralnych. Nie pojmuję, dlaczego nie każdemu ma być wolno przygotowywać proch, a każdemu wolno przygotowywać komunizm.
Hr. Scibor. Prawda...
Kreisler. To więcej, niż prawda, to rozumna przestroga.
Hr. Scibor. Dla mnie potrzebna tylko prawda (do Wydmuchalskiego). Chociaż zdaje mi się, że pan Wiszar o żadnym komunizmie nie myśli.
Wydmuchalski. Czy woda, ogień, zaraza myślą o szkodzeniu komukolwiek? A jednak od nich się ubezpieczamy. Więc jeżeli dziecko zacznie się bawić nabitą strzelbą, to pan hrabia mu jej nie wydrze? Mnie od wystąpienia przeciw Wiszarowi wstrzymała tylko niepewność co do wpływu urządzeń jego fabryki na inne. Ale skoro panowie mnie upewniacie, że wpływ ten jest widocznym i zgubnym, uderzę na niego całą powagą mojej gazety.
Kreisler. Oddasz pan krajowi usługę zacną.
Hr. Scibor. Tylko umiarkowanie, po obywatelsku...
Wydmuchalski. Ależ panie hrabio, ten człowiek nas wyzywa! Nie wiem, czy panowie słyszeliście, że on zgładza rodzinę.
Hr. Scibor. Jakto?
Wydmuchalski. Namówił robotników, ażeby znieśli gospodarstwa domowe i założyli sobie wspólną restauracyę, pralnię, szpital, niańczarnię, szkołę...
Kreisler. To coś nowego.
Hr. Scibor. Rzeczywiście idzie za daleko. Panie Kreisler, daj umowę — podpiszę (odchodzi z Kreislerem do stolika, przy którym siada i czyta papier).
Ksawery. No, tę zagładę rodziny pewnie pan zaimprowizowałeś.
Wydmuchalski. Mówię prawdę z nałogu, jako redaktor dziennika, który nigdy nie zmyśla.
Ksawery. Nigdy? Czy pan wierzysz w cnoty tej starej rozpustnicy, hrabiny Opalskiej, której dom we wczorajszym numerze nazwałeś szkołą dobrych obyczajów?
Wydmuchalski. To co innego — to polityka. Musimy mieć zacne matrony.
Ksawery. Ja mogę się bez nich obyć, nawet gdy jestem ich spadkobiercą. Dam panu dobrą wiadomość: za tydzień się żenię z panną Kreisler — co pan możesz w swej gazecie ogłosić, jutro zaś wyprawiam stypę pogrzebową mojego kawalerstwa, na którą racz pan przybyć.
Wydmuchalski. Dziękuję za obie nowiny i z obu skorzystam.
Ksawery. Zwłaszcza z drugiej. Ulituj się pan nade mną: jestem wytarty jak stara podeszwa, znudzony, a pan masz humor. Próbuję jeszcze jednej rozrywki — małżeństwa, ale zanim to nastąpi, chciałbym z kawalerskiego kielicha wysączyć ostatnią kroplę słodką śród ludzi, którzy się śmiać umieją. Ale, ale... czy pan nie znasz jakiejś oryginalnej mieszaniny do picia? Matematyka powiada, że z niewielu liczb można zrobić bardzo wiele kombinacyj, a my z tylu gatunków win, likierów i owoców zdołaliśmy dotąd wytworzyć zaledwie kilka głupich przepłukań gardła.
Wydmuchalski. Pomyślimy. Co za umowę ci panowie podpisują?
Ksawery. Przymierze zaczepno-odporne przeciw Wiszarowi.
Wydmuchalski. Pan nie uczestniczysz?
Ksawery. Odegrałem już moją rolę konceptem o loteryi a zresztą niech mi do dyabła dadzą spokój z tymi robotnikami, którymi jeszcze się uraczę, gdy ich odziedziczę po teściu i wuju. Dawniej zajmowały mnie przynajmniej młode i ładne robotnice, dziś muszę się oszczędzać dla żony. Będę więc panu bardziej wdzięczny jutro za smaczną kombinacyę ponczową, niż za ów strzelisty artykuł w naszym interesie.
Wydmuchalski. W interesie społeczeństwa.
Ksawery. Ja mówię, nie drukuję, więc mogę się tak wyrażać. Czy pan istotnie czułeś kiedykolwiek w sobie społeczeństwo?
Wydmuchalski. Ciągle.
Ksawery. To pan zapewne umiesz urządzać deputacye zbiorowe?
Wydmuchalski. Organizowałem niejedną... Ale co to ma za związek... Czy jaka akcya polityczna?
Ksawery. Pogadamy jutro...
Kreisler. (odchodząc ze sciborem od stołu). Najwyżej będzie pan hrabia żałował długiego namysłu.
Hr. Scibor. Wy przywykliście strzedz kredytu swej firmy, my — godności naszego nazwiska. Różne mamy pobudki działania a więc różne obawy.
Kreisler. Ale pan hrabia w tej chwili jest tylko przemysłowcem.
Hr. Scibor. Nie... mylisz się pan... nie...
Kreisler. Nie rozumiem.
Hr. Scibor. Ja od pana tego wcale nie żądam.
Służący (wchodzi). Telegram (oddaje depeszę Kreislerowi i odchodzi).
Kreisler. Ha, ha, ha... Funke z Wiednia dowiedział się od kogoś o całej awanturze i pyta, czy urządzamy wyprawę na Wiszara. Chce się z nami połączyć... Niejeden jeszcze przybędzie... Owszem — im więcej, tem skuteczniej.
Hr. Scibor. Panie Wydmuchalski, powtórz mi, że przystępując do spisku, który ma zniszczyć Wiszara, zrobiłem uczciwie.
Wydmuchalski. Bez wątpienia, panie hrabio.
Hr. Scibor, Żegnam panów (podaje rękę Wydmuchalskiemu i Kreislerowi). Ksawery, odprowadzisz mnie do domu, bo czuję się rozstrojony.
Ksawery. Idę wuju (do Kreislera). Wytłomacz mnie pan przed panną Sylwią... Wieczorem będę. (do Wydmuchalskiego) Zawiąż pan sobie na pamięci supełek.
Wydmuchalski. Zbyteczny... (cicho). Wypłoszże pan wujowi z głowy te czułostkowe wróble (Scibor i Ksawery wychodzą).


SCENA VII.
Kreisler i Wydmuchalski.

Kreisler. A to stary, głupi słoń! Ciągle tylko macha swą szlachecką trąbą i myśli, że jest dyrektorem orkiestry. Jeżeli ma tak czuły honor, niech fabrykuje mapy heraldyczne, a nie papier. Wzdycha, stęka, wije się, jak u dyabła na widelcu. Ja go nie chcę zjeść! Nie jestem pewien, czy bym go zmógł bez pana.
Wydmuchalski. Po co pan się dąsasz, kiedy ta właśnie wada stanowi w obecnym wypadku jego główną zaletę. Ponieważ go wszyscy znają jako człowieka uczciwego i skrupulatnie ważącego czyn każdy, więc jego imię daje najlepszą markę waszemu przedsięwzięciu, które — możemy to wyznać sobie poufnie — moralnie czystem nie jest.
Kreisler. Ono moralnem być nie potrzebuje, tylko rozumnem i praktycznem. Ono nie będzie także fioletowem, zimnem, gładkiem, zoologicznem — moralność ma tu tyle do czynienia, co zoologia lub farbiarstwo.
Wydmuchalski. Tak pan sądzisz, a ogół zastosuje swoją skalę, o ile go nie olśni urok imienia Scibora i nie przekonają nasze artykuły.
Kreisler. Panie redaktorze, mówmy o czem innem. Papier więc na swoją gazetę dostaje pan o 25 procent taniej.
Wydmuchalski. Jak wszyscy odbiorcy pańscy.
Kreisler. Nie jak wszyscy, ja panu ustapię jeszcze 5 procent — razem 30.
Wydmuchalski. Skromnie.
Kreisler. Pan niesprawiedliwy — to da rocznie 500 złr. a w połączeniu ze zniżką ceny 2,500. To jakby znalezione.
Wydmuchalski. No, przynajmniej część zarobiona.
Kreisler. Nie przeczę, dlatego dodałem 5 procent.
Wydmuchalski. Zresztą zgoda.
Kreisler. Ale co do owych 5 procent tajemnica.
Wydmuchalski. Potrzebniejsza ona mnie, niż panu. Do widzenia się. Ach... czybyś pan nie był łaskaw dać żonie mojej dziś na wycieczkę za miasto powozu i koni?
Kreisler. Wszystkie bardzo zajęte... ale przyślę. Więc artykuł będzie jutro?
Wydmuchalski. Zaraz go napiszę.
Służący (przynosząc Kreislerowi list). Posłaniec odszedł (wychodzi).
Kreisler (otwierając kopertę). Jeszcze jeden ochotnik do naszej chorągwi. Ciekawym który... Co to? List Justyna, ostrzegający Wiszara o naszych zamiarach!... Mój syn — mój wróg! Ja go z domu wypędzę, okólnikiem prawo podpisywania firmy odbiorę, jak łajdaka przez publiczne ogłoszenia napiętnuję, ja go najpodlejszemu parobkowi opluć każę!...
Wydmuchalski. Naprzód ochłoń pan, potem zastanów się, skąd ten list dostał się, panu.
Kreisler. (oglądając kopertę). Zaadresowano: Kreisler, ręką Wiszara.
Wydmuchalski. (czyta list i przewraca kartę). A widzisz pan, jest dopisek Wiszara.
Kreisler. Jaki dopisek? (bierze list i czyta). »Ostrzeżenie zwracam, gdyż wyrażona w niem życzliwość pańska dla nas prawdopodobnie jest równie rzetelną, jak miłość dla siostry mojej«. Wiszar Justynowi nie wierzy?
Wydmuchalski. Naturalnie i tem łatwiej wpadnie w wasz potrzask. Syn mimowoli panu usłużył.
Kreisler. Tak, rozumujesz pan logiczniej ode mnie, bo nie jesteś ojcem tego bałwana. Dziękuję za otrzeźwienie, byłbym zrobił jakieś paskudztwo. Chociaż Justyn jest dureń. A teraz Kreisler do roboty! Zaraz korespondent rozpisze listy do fabrykantów, a ja wpusczę w sadzawkę szczupaka. Dziękuję panu...
Wydmuchalski. Zamilcz pan przed synem o tym liście.
Kreisler. Tak pan radzisz? Posłucham. Rzeczywiście on by dalej bazgrał.
Wydmuchalski. Na konie liczę.
Kreisler. Żona pańska może się ubierać (Wydmuchalski wychodzi).


SCENA VIII.
Kreisler i Wydrek.

Kreisler. (chodzi sam w zamyśleniu po pokoju). Gdyby on zrzucił tę miłość... Jeden i taki osieł (dzwoni — do służącego). Wydrek jest?
Służący. Czeka.
Kreisler. Niech tu przyjdzie (służący oddala się).
Wydrek (wchodzi). Padam do nóg jaśnie panu.
Kreisler. Dziś zgodzisz się do fabryki pana Wiszara. Powiesz, że cię u mnie skrzywdzono i wypędzono. Przyjmij wszelkie warunki i jakiekolwiek zajęcie. Kiedy robotnicy zaczną narzekać na brak pracy i odbytu, przyjdziesz do mnie, ja cię nauczę, co masz im mówić. Tymczasem chwal pana Wiszara.
Wydrek. A jeżeli nie będą narzekać?
Kreisler. Czy chcesz wiedzieć, jaki dzień nastąpi po wtorku? Nie bądź zbyt przewidującym. Po wtorku nastąpi środa. Pamiętaj, że mnie możesz zdradzić, a przez to stracić obiecaną zapłatę...
Wydrek. A co pocznę, gdy mnie nie przyjmą?
Kreisler. To najmij się do żydów za woziwodę, boś nic nie wart; do mnie nie wracaj.
Wydrek. Słucham.


SCENA IX.
Kreisler i Sylwia.

Sylwia (wbiegając). Niema pana Ksawerego?
Kreisler. Odprowadził stryja.
Sylwia. Przysłano rachunek za trzy tuziny moich ubrań rannych.
Kreisler. Ile?
Sylwia. Cztery tysiące złotych reńskich.
Kreisler. Niech kasyer wypłaci. Każ sobie zrobić jeszcze jeden tuzin na pamiątkę dnia dzisiejszego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — powinno być sprawy.
  2. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — sprawie
  3. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — szeroko
  4. Przypis własny Wikiźródeł błąd w duku — powinno być Wydmuchalski
  5. Przypis własny Wikiźródeł błąd w duku — powinno być publiczna