Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XXVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXVIII.

Nazajutrz, była to wigilja Bożego Narodzenia, przeor z rana usiadł dyktować odpowiedź, którą już w umyśle miał gotową; jak wszystkie jego listy, odznaczała się ona umiarkowaniem wielkiém, natchnioną znajomością serca ludzkiego i nadzwyczajną zręcznością, gdyż w Kordeckim męztwo i stałość, jakich dał dowody, nie wyłączało ostrości dowcipu, rzekłbym przebiegłości, gdybyśmy do tego wyrazu nie przywiązywali zbyt absolutnego znaczenia. Bolał on nad użyciem téj broni, do któréj wzięcia zmuszały okoliczności, opierał się traktowaniu dla zwłóki tylko, ale Zamojski przekonywał go zawsze, że w wielu razach jest to sposób jedyny.
„Wyznajemy, — pisał do Millera, żeś jw. pan postępował z nami łaskawie i z wielką cierpliwością oczekiwał niejednokrotnie umowy z nami, a chociaż bylibyśmy winnemi, gdybyśmy się na wezwanie króla jmości Szwedzkiego z klasztorem nie poddali; jednakże gdy jw. pan najsprawiedliwszym naszym odmówiłeś żądaniom, zwłokę tę przypisać potrzeba, nie zuchwałemu przeciąganiu, ale postrachowi utraty swobód naszych. Teraz, z tąż łagodnością (Kordecki szydził trochę) przez jw. pana napomnieni, przystąpilibyśmy niezwłócznie do układów, gdyby uroczystości narodzenia Pańskiego, nie przeszkadzały; z téj przyczyny, racz jw. pan dozwolić nam rozejmu prosiemy najpokorniéj; my zaś od starszych naszych otrzymawszy wiadomość (do których odwołać się za zezwoleniem jw. pana możemy)....
— A teraz co? — spytał przytomny Zamojski, uśmiechając się — przyrzeczesz-li waszmość poddanie?
— O! nie! — odpowiedział przeor, posłuchaj tylko daléj: quod conveniens erit, faciemus. Co przynależeć będzie uczyniemy! że nam przynależy bronić się potém, to jasna rzecz, i tak też zrobiemy.
— Nie! to darmo, już szweda nie złapiecie, przerwał Czarniecki, zna się na tém dobrze i nie wytłómaczy sobie, żebyśmy się mu poddali.
— Sprobujemy! kilka dni frysztu otrzymać niezawadzi, — rzekł Zamojski; nie byłoby też od rzeczy do Wejharda dodać list błagalny, aby się wstawił; im sroższy prześladowca nasz, tém go więcéj ugłaskać potrzeba. Zatem drugi list do Wrzeszczewica.
Zgodził się przeor i pokorną podyktował prośbę, a gdy oba pisma były gotowe i szło tylko o zaniesienie ich do obozu, (w tém wielka była trudność) nikt się nie ofiarował iść z niemi do rozjątrzonego szweda.
— Użyjemy więc tego posła, co nam Brzuchańskiego uratował, rzekł Kordecki, nasza stara Konstancja swojéj fatygi nie odmówi...
Posłano do bramy, ale Konstancyi nie było w klasztorze, siedziała w swoim barłogu w fossie i gdy ją z murów zwołano, nie rychło przybiegła, zdyszana i zmęczona stojąc u progu refektarza.
— Co mi to ojciec rozkaże? spytała.
— Bieda słudze Matki Boskiéj, zaprzęgają do roboty; musicie moja kochana spenetrowawszy już raz obóz szwedzki, pójść jeszcze z listem do Millera i do Wejharda.
— A czemuż nie, szwedzi mnie, nie ja się szwedów lękam, dawajcie tylko kartelusze, póki się nie przypóźni i nie ściemni, żebym jeszcze i powrócić mogła.
W refektarzu stół do wigilij zwyczajem staropolskim był zastawiony: na wązkich klasztornych stolikach leżało już trochę siana przypominającego narodzenie Chrystusowe w stajence; ale nie było snopów w kątku, bo ich niemiał klasztor, i czarny chleb zastępował białe strucle naśladujące kształty spowiniętego dziecięcia. Na cynowym talerzu leżały opłatki; wziął jeden z nich Kordecki i przyniosł go do rozłamania żebraczce.
— Idź, rzekł, z Bogiem poczciwa sługo, a przynieś nam uspokojenie.
Schyliła się do nóg prawie przeorowi Konstancja, odłamała drobniutką cząstkę, pokłoniła i szepnęła...
— A Hanna X. przeorze?
— Uczyniemy wszystko co można, by ją odszukać, ręczę ci słowem kapłana!
Usłyszawszy to uradowana starucha, już odchodzić miała, gdy Zamojski zbliżył się do niéj także z kawałkiem opłatka.
— Niechże i ja się z tobą podzielę, odważna kobieto, rzekł, a daj nam Boże z przyszłym opłatkiem lepszych doczekać czasów i spokojniejszego pożywania daru Bożego.
Drzwi się zamknęły za żebraczką, a wkrótce za ukazaniem się gwiazdy, cała ludność klasztorna i wszyscy zaproszeni na wigilją, do refektarza ściągać się poczęli, korzystając z chwili wolnéj, bo po odebraniu odpowiedzi przeora, spodziewano się nowych napaści.
Smutny to był stół ów, który zwykle taka radość ożywia, pośpiesznie spożyto trochę biednych pokarmów, kilka ryb podanych przez Brzuchańskiego, trochę polewki, resztkę suchych owoców. Głębokie milczenie panowało w refektarzu, każdy się śpieszył ukończyć tę biesiadę, która się zwykle przeciąga tak długo, tak ochoczo obchodzi, bo na noc lękano się szturmu, wszyscy radzi byli pośpieszyć na mury lub do kościoła. Wieczerza ta miała jakieś podobieństwo do uczt chrześcian pierwszych wieków, gdy wśród agapow tajemnych, oglądali się niespokojnie, i słuchali czy się nie rozlegnie nagle chrzęst rzymskiéj zbroi i głos prześladowców. Nareście skończyła się smutna, a co żyło ruszyło na mury, a zakonnicy do choru, bo zbliżał się dzień uroczysty, i podwoić musiały modlitwy.
Oczekując odpowiedzi z obozu szwedzkiego, nie pewni rozejmu, a raczéj pewni iż nań Miller nie zezwoli, dowódzcy i lud załogi chodzili po murach; niekiedy zakonnik przesunął się opatrując stanowiska i nikt oka nie zmrużył, gdy dzwonek oznajmił srébrnym dźwiękiem, mszę pasterzy. W kościele już stała starym obyczajem kolebka Chrystusowa i żłobek, pasterze, Matka, Józef święty i aniołowie... każdy idąc na mszę, pomodlił się u szopki.
Po pierwszéj mszy, następowały co chwila inne, bo mnogo było xięży w klasztorze, a każdy z nich odprawiał trzy ofiary symboliczne, tak że do białego dnia, przerwy w nabożeństwie nie było. Na murach czuwano mieniając się; w obozie szwedzkim ognie gęste, ruch wielki cóś niezwyczajnego zapowiadać się zdały; zakonnicy nie bez przyczyny wnosili, że Miller wiedząc ich zajętych nabożeństwem, zechce z tego korzystać: ale do dnia nic nie usprawiedliwiło tych domysłów.
O świcie powróciła Konstancja, trochę dumna ze swego poselstwa, w dobrym humorze, z listem w ręku.
Kordecki wyszedłszy do Janitorium, tu się z nią spotkał.
— No, a co tam mój pośle?
— Wszystko się udało ślicznie, pięknie, jak potrzeba, odpowiedziała — przyjmowali mnie z honorami, bo przez cały obóz prowadzili śmiechem i wrzawą, wołając: poseł z klasztoru! poseł mnichów! Nadęłam się tedy jak mi przystało. Miałam też szczęście widzieć oblicze samego pana generała, który także do rozpuku śmiał się ze mnie, list przeczytał, głową kiwnął i rzucił go nic niepowiedziawszy. Wejhard grzeczniejszy odpisał. Bardzo się mnie dopytywali, co tu się u nas dzieje; co myślą, co robią, ale widać jakoś niemogliśmy się zrozumieć, to się niewiele nauczyli ze mnie. Szwedzi się gotują do czegoś, ale kto ich wie co to takiego... trudno zrozumieć, zawsze jakieś licho.
Przeor list czytał; Wejhard pisał, starając się go przekonać, o swéj gorącéj dla klasztoru przyjaźni, dowodził że się mocno wstawiał za zakonnikami do generała, ale Miller tylekroć zawiedziony już ufać nie chce; donosił wreście iż wymógł odłożenie szturmu przez dzień jutrzejszy dla obchodu święta Bożego Narodzenia, ale pozajutro powinni się poddać bez zwłoki. Jeśliby zaś tego jeszcze nie uczynili, generał grozi im zniszczeniem i obróceniem w popiół klasztoru; zaklął się w ostatku gorliwy przyjaciel, na Boga i Matkę Jego, że nie groźbę rzuca, ale szczerą prawdę mówi, i dalszemu nieszczęściu zapobiedz nie potrafi.
Nietroszcząc się więcéj o to co nastąpić może, Kordecki pośpieszył urządzić wszystko do najuroczystszego nabożeństwa, które poczęte o północy, skończyć się miało o południu, Kościół jaśniał światłem, kwieciem ze szklarni dobytém, drogiem naczyniem ze skarbcu przyniesioném i co największą jego ozdobą, ludem pobożnym.
Gdy się to dzieje na Jasnéj-Górze, w obozie przygotowania potężne: luteranie i kalwini pomodlili się krótko a węzłowato po swojemu w skleconéj naprędce szopce, i poszli zaraz do baterij, do min, do pracy, bo ich święto czasu wojny nie wiele widać obowiązywało. Sam generał znudzony, znużony i niecierpliwy dawał z siebie przykład; od świtu był na koniu, objeżdżał, zachęcał, krzepił, obiecywał łupy i obfitym rabunkiem chciał swój lud rozłakomić. Ale żołnierze słuchali tego z obojętnością zimną, niekiedy szyderską jakby tylko brakło odwagi powiedzieć dowódzcy: — Nie zdobędziemy twierdzy i nie dla nas te skarby.
Rozkazy się krzyżowały, przeciągano działa, ustawiano je, opasywano twierdzę do koła ludem pieszym, związywano drabiny, ciosano kozły i tarany, kuto haki i narzędzia do szturmu służyć mogące. — Z klasztoru tylko odzywały się dzwony, muzyka wesoła i śpiewy wiały falami aż do uszu szweda; na murach zdawało się pusto.
Ilekroć dzwon, śpiew, odgłos jaki dał się słyszeć, żołnierz szwedzki spoglądał z ukosa na klasztor i posępnie kiwał głową; wiara w nieprzełamaną siłę Częstochowskich czarów tak już była wielka, że jéj nic zachwiać nie mogło. Ludzie niepojmujący co może głębokie uczucie religijne, siłę jego zwali jak umieli; szło wszystko wedle rozkazów, ale one nie dadzą serca gdy go niema, brakło zapału, każdy się trzymał z daleka, nawet starszyzna z któréj wielu wyjechało na cmentarz do Krzepic już się niezbyt kwapiła naprzód.
Pomimo przyrzeczeń Wejharda, Miller odpowiedzi nie otrzymawszy z klasztoru, a znając się już na tém że mnisi tylko zwlekać pragnęli, rozpaczliwie rozkazał o południu ze wszystkich dział i moździerzy dawać ognia; była to napaść tak gwałtowna i jakby ostatni wysiłek.
Leciały kule, bomby, karkassy; silono się klasztor zapalić, obalić kościół, przysypać gruzami modlących się i zniszczeniem zmusić do wołania o litość. Kartauny ustawione na baterjach, mniejsze działa i co było spiżu, zaczęły gwałtownie, za danym znakiem, strzelać na twierdzę.
Miller stał na wzgórzu i patrzał oczekując zajadle, ze wściekłością w oku, z zapałem na twarzy... każdy pocisk trafny rozpromieniał mu lice, ale ich było mało; próżny huk, gniew w nim podsycał. Wejhard opodal się trzymał, niechciał już nawijać się na oczy, rozjątrzonemu szwedowi.
Kwarciani ze swojego obozowiska wyszli także patrzeć na czém się to skończy, i nie kryli z oburzeniem jakie czuli. Nie jeden zapatrzywszy się na twierdzę chwytał szablę i już chciał na kark wpaść najezdnikowi, ale przypomniawszy sobie położenie swoje, opuszczał rękę, i z westchnieniem załamywał dłonie, jakby je chciał wstrzymać, by się daremnie nie rwały. Wysypani do jednego z szałaszów i namiotów, w milczeniu głębokiém, miotani sprzecznych uczuć mnogością, stali, poglądali, jęczeli, a jeden na drugiego rzucał wzrokiem dzikim, niechcąc winy przypisać sobie i szukając jéj w bracie.
Ile razy wiatr dymy baterij i twierdzy rozerwał i uniósł, Miller chciwie spójrzał, czy się co nie pali, i nie wali; ale opoka Jasno-górska stała niewzruszona, we mgłach tylko jakby w obłokach uniesiona w powietrze.
Była to jedna z najstraszniejszych chwil od początku oblężenia, dla zamkniętych w twierdzy, gdyż małą garść rozdzielić musiano na wszystkie boki, wszędzie się bronić i czuwać... Bezsilny lud tulił się w podworzach i spędzany tu i ówdzie padającemi kulami, latał z krzykiem niewiedząc, gdzie skryć się bezpieczniéj. Na dachach pękały pociski, trzaskały mury, waliły się ściany; kurzawa, dym, jęki, wołania, wrzaski napełniały najodleglejsze kąty. Wielu bojazliwszych w oczekiwaniu smierci niechybnéj, leżeli na ziemi bez przytomności modląc się i klnąc na przemiany. Przeor z krzyżem w ręku wybiegł za pierwszym wystrzałem i pomimo kul, które pod nogi mu prawie padały, wstąpił na mur żegnając...
Zamojski latał z miejsca na miejsce wołając:
— Pilnujcie dachów, pilnujcie murów, baczność! nie traćcie serca! jeśli Boga kochacie, dzieci... brońmy się po męzku!
Czarniecki stał u dział kierując niemi, niemówiąc ni słowa, cały oddany swemu, czasem mu się tylko wyrwał wykrzyknik, gdy się udało trafnie odstrzelić, czasem się zmarszczył gdy pocisk po nad głowa jego ze świstem na klasztór leciał. Naówczas oko za nim posyłał, szukał szkody jaką zrządził, ale rychło się uspokajał. Jakkolwiek strzały były gęste i obejmowały ze wszystkich stron twierdzę, a skierowane szczególniéj na budowle dla zniszczenia ich, drugie ku obwodowym murom dla zrobienia wyłomu od strony północnéj zwłaszcza, szkody nieokazywały się tak wielkie, jakby sądzić można. Wprawdzie na dachach, nieustannie migały smolnemi płachty, żagwiami i sznurami opatrzone kule niosące ogień, ale tu czeladź czuwała z wodą, a wielka liczba pocisków gasła sama w leżącym na nich śniegu. W podwórcach raz po raz trzaskały kule, ale ich obłamy mury tylko kaleczyły, raziły belki, wybijały okna; kilka czerepów padło na ludzi kupą biegających z miejsca na miejsce, lecz nikogo nie zabiły. Inne kule ryły się głęboko w ziemię i opadały bezsilne, jakby cudowna odbiła je ręka.
Niemniéj jednak przestrach był nie do opisania, i gdyby do bram dostać się było podobna, tchórze wybiliby się może przez nie, śpiesząc na przeciw szweda. Ale wrót dobrze strzeżono, a w izdebce u fórty braciszek Paweł w nowéj sukni, którą sobie sam uszył ze trzech wynoszonych habitów, i był z niéj nieskończenie rad a szczęśliwy — siedział nad książeczką i modlił się spokojnie. Niekiedy pokiwał głową, gdy huczniéj zagrzmiało, i wracał do swego.
Kordecki przez cały ciąg strzelania nie zszedł na chwilę z niebezpiecznego stanowiska, z którego odciągali go napróżno starszyzna i zakonnicy.
— Moje miejsce dziś tu, — mówił, wy działami ja krzyżem świętym wojuję; i żegnał. Pokażcie mi, które wam działo szkodzi najwięcéj, odzywał się, a na nie wymierzę modlitwę... I powolnym krokiem przenosząc się z miejsca na miejsce, wszędzie rozdzielał błogosławieństwa.
Od północnéj strony największa szwedzka kolubryna rzucająca trzydziestofuntowe kule, łamała mur nieustannie, a choć go nie wiele ujadła, już przecie znaczne były szczerby. Zmierzchało powoli, gdy tu nadeszli przeor z Zamojskim, spójrzeli, zasmucili się.
— Czasu im dziś nie stanie na zrobienie wyłomu, noc nadchodzi, a jutro zamurujemy dziury, — odezwał się pan Miecznik.
Kordecki nie odpowiedział, ukląkł, krzyż przycisnął do piersi i modlił się, a była to modlitwa co cud wywołuje, co przebija niebiosa, co oko Boże ściąga na ziemię; natchniona, bolesna, łzawa, całą duszę podnosząca w swych dłoniach; nic nie widział, nie słyszał, nie czuł; — przeżegnał wreście i promieniejącą wejrzał źrenicą, jakby się budził z zachwytu.
Szwedzkie działo z ogromnym hukiem rozpękło się na kawałki; — puszkarze leżeli pobici, inni uciekali przepłoszeni, a zmierzch nagły, zimowy, ciemną szatą poczynał przykrywać okolicę.
Nagle ogień ustał na wszystkich punktach, jak uciął.
Cicho! tylko w klasztorze stoją zdumieni, osmoleni, drżący od pracy, schrzypli od krzyku starszyzna i żołnierze, jakby jeszcze czekali. Patrzą po sobie, milczą; rzekłbyś że jeszcze niedowierzają temu nagłemu uspokojeniu, poglądają na obóz. Tam ruch jakiś, wrzawa, popłoch, potém coraz ciszéj, ciszéj, szmery tylko głuche, tylko wozów skrzypienie, i niekiedy przeciągłe wołania.
Czarniecki pokręcił wąsa —
— Ha! — rzekł, — dobrze nas grzeli, pójdźmy obejrzeć co też zrobili!
Przeor wstawał właśnie, zesłabły wytężeniem ducha, ale mocen wiarą i pogodny obliczem.
— Skończono! — rzekł ze łzami, — skończono! w imię Boże, witam was zwyciężców.
— Jakto? xięże przeorze, — przerwał Zamojski, — to dopiéro początek.
— To już koniec, — odpowiedział Kordecki.
— Jakże to być może?
— Jestem tego pewny.
— Ale zkądże? — nieśmiało podchwycił pan Piotr.
— Zkąd? nie wiém! czuję że to i postrach i praca ostatnie... Chodźmy spocząć, lud uspokoić i pocieszyć.
To mówiąc jął obchodzić mury, oglądać szkody dnia tego i ludziom ducha dodawać. Własnemi rękoma opatrywał rany, błogosławił, leczył i słowy krzepiącemi, duszę umacniał zwątlonych; a gdy przyszedł do wylękłych, co się tulili po zakątach, nie miał dla nich gniewu, — litość tylko i pociechę. — Dzieci, rozejdźcie się, — rzekł, — niebezpieczeństwo minęło, spocznijcie biédni.
Łza mu błyskała pod powieką zrumienioną bezsnem, pracą i uczuciem; tak przyszli do wrót, u których właśnie szwedzką trąbkę i głos braciszka Pawła było słychać.
— Chodźmy, — rzekł ochoczo, — zobaczmy, czego tam znowu chcą od nas.
Był to poseł z listem Millera, a pismo niósł gniewne, pełne groźby, srogie i zdradzające bezsilność. Już się w tym wybuchu przebijało zwątpienie, które miotało upokorzonym a wściekłym dowódzcą.
— „Listy wasze, — mówił, — czczy dym nam przynoszą, dymu też i płomienia są godne, próżne w nich słowa, zwłoki, upor i...
— Nie czytajmy tego, — rzekł Kordecki, — to zwrótka zwyczajna.
Daléj żądał Miller żeby natychmiast, albo poddali załogę królowi szwedzkiemu i załogę przyjęli, albo...
Tu już pan Zamojski się rozśmiał, a Czarniecki aż za boki pochwycił.
— Albo, — czytali, — za szkody spowodowane uporem ich, zapłacili zakonnicy...
— Otoż jest — przerwał Miecznik — ultima ratio, sięga do kieszeni...
— Cztérdzieści tysięcy talarów za siebie, dwadzieścia tysięcy za ślachtę będącą w twierdzy. Wziąwszy to Miller obiecywał odstąpić i zaręczał im bezpieczeństwo. Jeśliby zaś nie posłuchali, groził znowu że nietylko nie ulży oblężenia, ale dokoła na mil trzy wszystko ogniem i mieczem spustoszy, dobra ślachty (to się stosowało do Zamojskiego szczególnie) zrówna z ziemią, — „a wy, — pisał do zakonników, — nie pieniędzmi, ale osobami waszemi, nie imieniem, ale krwią mi zapłacicie.”
— Ależ tęgi! — krzyknął Zamojski, — jak mu słowo nie kosztuje, — Kordecki szepnął.
— To już dowód, że ultimis spirat; mówiłem wam i widzę to teraz jawniéj jeszcze; okupu nie damy, bo i tak puścić nas musi, zniszczenia nie będzie miał czasu większego zrobić nad te, jakie już uczynił, bo kraj się budzić poczyna, poślemy mu tylko życzenie szczęśliwéj drogi.
— Dobréj mu się zachciało kolędy, — zaśmiał się pan Piotr, — sześćdziesiąt tysięcy talarów! Widziemy teraz czego żądał dopraszając się Częstochowéj, chciał się nieboraczek obłowić tylko.
— A zapewniając nam nienaruszenie własności, wyjmował sobie po cichu to, co chciał wziąść tytułem kosztów wojny...
— Jakkolwiek bądź, — dodał Zamojski, — list to dziwny, i ślepy zobaczy że mu źle, kiedy już z tego tonu śpiéwa.
— Zwyciężyliśmy, Bogu dziękować, Bogu! — zawołał przeor w pokorze — On poratował niegodnych, cud wielki, cud głośny uczynił.
I w zapale wymawiając zcicha wyrazy, które nie doszły uszów towarzyszy, Kordecki pośpieszył do swojéj celi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.