Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXVII.

Dwa dni następne upłynęły spokojnie, szwedom dowódzcy dawali folgę, dla wzmocnienia ich spoczynkiem do nowych trudów; klasztor gotował się do obrony. Przerażona tylko ślachta, którą nowe nawet powodzenie oręża natchnąć duchem męztwa nie mogło, szerzyła między sobą marne baśni, to minami grożąc, to w samém szweda milczeniu i spokoju, widząc powody do obawy, oznakę nowych przygotowań.
Przeor postanowił nic nie widzieć i nie słyszéć; wyraźna opieka Boża nad miejscem świętém napełniała go otuchą i nadzieją; wreście prosty rozsądek wskazywał, że szwedzi zbyt grożą by istotnie straszni być mogli, a zima odpędzić ich musi. Spodziewał się Kordecki odstąpienia ich rychłego, i spokojnie nań czekał.
Wieczorem piérwszego dnia po wycieczce, był to 21 Grudnia, stara żebraczka, która od dni kilku nie ukazywała się w klasztorze, zastukała znowu do bramy i wpuszczona pośpieszyła do przeora, który stał niedaleko z zakonnikami, naradzając się o podziale żywności, już poczynającéj braknąć.
— Ojcze dobrodzieju, — odezwała się biorąc za połę płaszcza, — a to o com prosiła?
— O cożeś to prosiła, stara sługo Matki Boskiéj?
— A, o to biédne dziécię zginione.
— Przyznam ci się, żem zapomniał.
— Każcie, ojcze, śledzić panią Płazinę, — ona w konszachtach z Krzysztoporskim, ona pewnie wié, co się z tą dzieciną stało.
— Niechno, niechno, moja stara, teraz mamy cięższego coś na głowie, — rzekł przeor — jeśli tylko odkradziona a schowana, odkryjemy to biedactwo, ale dziś ciężko o tem myśléć.
— Ale to biedactwo cierpi! — zawołała Konstancja.
— Na panię Płazinę tylko porozumienie, dowodów nie ma; wiecie że ślachta i tak nie ochotna, woła na nas o pomstę do nieba, że się niepoddajemy; trudno tak na oślep szukając, do reszty ją drażnić. Da Bóg że się to wszystko skończy, a rozjeżdżać się zaczną, dopilnujemy żeby jéj nie uwieźli.
Konstancja nie śmiała nic odpowiedziéć, pokiwała głową, pocałowała suknię x. przeora i odeszła wprost do Krzysztoporskiego; to siadła na wschodkach i zabierała się mu dokuczać, ale ledwie usłyszał jéj:
— Dobry wieczór panie Mikołaju! natychmiast się ukrył. Stara uśmiechnęła się.
— Uciekł tchórz! — szepnęła i poszła.
W dziedzińcach nie było kątka któregoby pod jakimś pozorem nie zwiedziła; stała u okien Płazinéj, badała górne okienko, podsłuchiwała rozmów, wreście pod pozorem jałmużny poszła do Zamojskich. Młody Stefan wyniósł jéj mały datek.
— A co paniczyku? — spytała go, a co? nic nie wiecie nowego.
— Z oka nie spuszczam poddasza, — odparł młody chłopiec — że tam ktoś mieszka to pewna, bo często na szybie rozchuchane do patrzania widać kółko; Płazina chodzi na górę dwa, trzy razy co dnia, zawsze sama, nigdy nie pośle nikogo... Hanna być tam może!
— Jabym to zaraz przeorowi powiedziała, bom go i tak prosiła żeby Płazinę strzęśli, smutnie odezwała się żebraczka, ale cóż? on teraz o tém nie myśli. Boję się ich inaczéj płoszyć, żeby dziecku, jeśli tam jest, co złego nie zrobili... Trzeba widzę czekać! a Krzysztoporskiego niewidzieliście u niéj?
— Owszem, chodzi on tam, ale na krótko i to po nocy; we dniem go nie dopatrzył.
— Mówił mi i x. Mielecki że się czasem wymyka o mroku, bo go także pilnuje... Bóg dobry, może uratujemy! Ale czekać a czekać! a tu taki strach o te biedactwo!
Aż tu i Miecznik nadszedł; stara jak go zobaczyła, żywo się chciała usunąć, ale pan Zamojski zobaczywszy ją zawołał:
— A to ty moja starucho! dobrze żeś przyszła, dawno się gotuję na jałmużnę dla ciebie, boć wierna i poczciwa sługa Matki Boskiéj; wiele ci za kule winniśmy, a odważna że nie jeden wąsacz pozazdrościć ci może. Poczekajże...
— Dziękuję panie Mieczniku, dziękuję, jam na jałmużnę nie łasa, strawę mi tu każą dawać; kawał chleba, to jeszcze, a grosz mi na co? Łachman siaki taki grzbiet okrywa, nie głodnam, pocóż darmo nosić i chować pieniądze? Dajcie biedniejszym, tym co sami nie wiedzą na co grosza pragną, a mnie na co?
I rozśmiała się po dawnemu — dziko i niby wesoło.
— Sługa Matki Boskiéj, sługa Matki Boskiéj, albo to ja od królów i panów nie bogatsza u takiéj Pani? Na co mnie grosz? kiedym pod jéj opieką. Już posagu nie zbiorę i za mąż nie myślę, chybaby się cóś osobliwego trafiło, Chan Tatarski, albo królewicz Chiński, a tak za tę hołotę Senatorów i Hetmanów, co się o mnie starają, pożal się Boże służbę opuszczać.
Miecznik się uśmiechnął.
— Coż ty za jedna? — spytał.
— Zachcieliście? — odpowiedziała szał już udając — jakem się rodziła nie pamiętam, młodości chciałabym zapomnieć, a mówić o niéj nie warto, starszy wiek zszedł jak z bicza trzasł, a na kościane lata takiem sobie dobre miejsce dostała u progu kaplicy, że już lepszego niechcę, chyba na smętarzu...
I rozśmiała się znowu.
— Nigdzież niemasz znajomych, krewnych coby cię przygarnęli?
— A na co mnie oni? alboż to mi źle myślicie? Krewni nie przyznają się do żebraczki bo w węzełku pusto, na łasce żyć, to wolę na Bożéj niż na ludzkiéj, do końca zdaje mi się niedaleko — u mojéj pani służba dobra, widzicie żem wesoła i raźna...
To mówiąc jakby na umyślnie wzięła się w boki, podgarnęła nieco sieraka i poskakując zaczęła śpiewać:

Jestem sobie Małgorzata
Mam pieniążki w każde lata...
Jestem sobie gospodyni,
Pełno u mnie gęsi w sieni...
Mam pieniążki, mam i dworek,
Mam i łączkę, mam i borek.
Jestem sobie gospodyni,
Pełno u mnie dusiów w skrzyni....


Dwa dni nieprzerwanéj ciszy długiemi się wydały oblężonym: wśród nieuchronnego niebezpieczeństwa, straszniejszém może nad nie, jest niepewność i oczekiwanie. Co chwila zdawało się bojaźliwym, że w powietrze wylecą, inni obawiali się żeby ich nie poddał śpisek jaki; szturm niespodziany lub opanowanie bramy. Przeor i starsi miarkowali dobrze, że rozejm ten był oczekiwaniem na cóś braknącego Szwedom, radzi go byli zerwać, a nieśmieli, bo i na swoje zapasy prochu, saletry, siarki i kul oglądać się musieli. Tymczasem codziennie ubywało żywności, a zapas jéj nie był zbyt wielki; szczęściem adwent, i niedostatek, przy pobożnych zwyczajach ojców naszych, zwykłych obchodzić się małym pokarmem przygotowując do uroczystego obchodu przyjścia Zbawiciela, łatwiejszym do zniesienia czynił.
Stół zakonników i racje oblężonych były coraz skromniejsze: trochę suchéj ryby, chleba czarnego, oleju, warzywa, czasem sklanka miodu lub piwa, cały składały posiłek. Nikt się na to nie uskarżał; przeor tylko zaglądał do składów i spiżarni błogosławiąc a rachując, na ile to co Bóg dał, wystarczyć może. Wiara tego człowieka była tak wielka, iż niewątpił o rozmnożeniu cudowném chleba i ryby, jak gdy lud karmił Chrystus na puszczy. Nie frasował się zbytnio, jakby przeczuciem wiedziała dusza jego prorocza, że Bóg na nich niedopuści ostatniéj z klęsk — głodu.
Nic go zachwiać, nic zachmurzyć i przerazić nie mogło; odpychał zwątpienie od siebie i od drugich, jednemi zawsze wielkiemi słowy, wiary i zgody! I tak był pewien ocalenia, jakby oczyma swemi oglądał je wprzód, niż się spełniło. Nikt w tym względzie nie dorównywał jemu. Wszyscy mieli chwile zwątpienia, boleści, wszyscy mieli godziny słabości, on jeden od nich był wolen; a jeśli go dotknęły, to wnet gorącą modlitwą, i pokorą odpędzał grzeszne strachy, i korzył się u krzyża, który nań zlewał pociechę i męztwo. Przyciśnięty, ratował się pieśnią do Ducha Świętego, a nim ją ukończył, zbroja okrywała piersi, pogoda wyjaśniała czoło.
Tego bohatérskiego stanu duszy jego, nic zmienić nie potrafiło, czas nawet który kruszy ludzkie postanowienia, rdzą niepowodzeń powolnych, czas zdawał się go zbroić i wzmacniać. Więcéj czuł obawy w początkach samych, dziś tyle przetrwawszy, już o niczém nie wątpił, czuł cud i wierzył weń.
Ale obok niego oprócz dwóch wodzów nieustraszonych także, rozgrzanych walką w któréj życie zaczerpnęli, prócz garstki wiernych, reszta codzień traciła siły, codzień potrzebowała wlania ducha nowego. Nawet xięża, przy codziennym bezpośrednim wpływie Kordeckiego, wytrwać w nim nie mogli; wsparci na chwilę, upadali, wstydzili się, podnosili i na wiarę zdobyć nie umieli. Nieustanéj tu potrzeba było pilności, czuwania, by niedać się nigdy wzmódz tym panicznym strachom, ciągle je przerywać i gasić. Przeor pracował w pocie czoła, w bolu serca walcząc ze słabością ludzką. I nie rozjątrzało go to, ani gniewało, bo serce jego nieznało gniewu nigdy, litość w niém zastępowała to uczucie; okazywał surowość gdy jéj było potrzeba, ale nie czuł niechęci, znużenia, niecierpliwości. Z słodyczą anielską rozpoczynał to dzieło Penelopy, co rana dokonane, co nocy sprute na nowo. I praca była bez końca! Z jednéj strony potrzeba było nieustannéj odwagi, z drugiéj cierpliwości nieustannéj.
Takie było wielkie dzieło Kordeckiego.
Trzeci dzień miał się ku wieczorowi, przeor był w swojéj celi na rozmyślaniu, gdy pierzchliwa ślachta wpadła oznajmując mu, przybyłe z Krakowa posiłki szwedzkie.
— Ojcze przeorze zginęliśmy, — zawołali cisnąc się tłumnie, — wozy idą z Krakowa, prochy, broń, posiłki dla szwedów!
— Cóż tedy dzieci moje, — spytał łagodnie, — a nie widzieliście, czy idzie tam im w pomoc ufiec aniołów, zastęp Cherubinów, potęga Marji, jak nam?
Ślachta zastygła na tém zapytaniu.
— Ludzkie to siły, — kończył przeor, — a mieliście czas przekonać się, że tych się nie obawiamy.
Słowa Kordeckiego padły grochem o ścianę; niéma uczucia, coby się łatwiéj rozbudzało, zaraźliwszém było, i żywiéj się rozszerzało, nad strach; jest to płomień co w chwili obejmuje czego dotknie, żelazni tylko i kamienni opierają mu się ludzie.
Ślachta gdy przeor wyszedł, poczęła biedz za nim, przed nim, chwytać go za ręce, za poły i powtarzać:
— Ojcze przeorze, zginęliśmy! zginęliśmy!
Napróżno Kordecki cieszył ich, uspokajał, upewniał, nie było sposobu; dopiéro gdy wyszli na podwórze, a Zamojski to oblężenie zobaczył, huknął na tchórzów surowo i umilkli.
Drogą od Krakowa, od Olsztyna szły istotnie długim szeregiem wozy ładowne, jak sądzono — z prochami i bronią, Czarniecki, piérwszy je zoczył zdala i gotował się, gdyż droga przesuwała się na wystrzał działowy, przyjąć je ogniem i zniszczyć choć w części; ale nim wozy doszły do miejsca, gdzie kule dosięgnąć ich mogły, zrobiło się tak ciemno, że musiano myśli téj zaniechać.
Przeor stał długo na murze, spokojnie się temu przyglądając, gdy gęstym już mrokiem postrzeżono pod mur podkradającego się żołdaka, — poznano pana Jacka Brzuchańskiego. Poczciwy mieszczanin, pomimo że już raz wpadł był w ręce szwedów i ledwie się z nich wywikłać potrafił, przyniósł w woreczku trochę ryby, a na strzałę włożywszy list jakiś, wystrzelił nią pod nogi przeora. Ten łuk go zgubił.
Szwedzi, którzy łuków nie mieli, poznali po nim szpiega, i rzucili się nań, nim miał czas łuk złamawszy i opodal cisnąwszy, uciec. Znowu więc schwycony został, a Kordecki tak się tém zgryzł i przeraził, że długo po list u nóg leżący nie sięgnął.
— Niechże go Matka Boska broni! — zawołał, — bo wierne i poczciwe człeczysko, poświęcał się i poświęca dla nas... ale biada mu, jeśli go zawiodą do generała!
— Każemy hakiem zdjąć rybę, którą nad fossą położył, — rzekł Zamojski, — dobra i to, a co za niego można wcześnie Requiem odśpiewać.
— Nie! nie mówcie tego, z pewną mocą i przekonaniem — odparł Kordecki, — okupim go jeśli potrzeba, klasztor nie opuści sług swoich, szwed da się ułagodzić pieniędzmi; będzie wolał trochę srébra nad jedno życie, a Matka Boska ma go dosyć na okup sług swoich.
List wystrzelony przez Brzuchańskiego, niepomyślne zawierał wieści: oznajmywał, że Szwedzi przybyciem prochów wzmocnieni (wiedzieli o nich od rana) gotują się na nową napaść, że straszne przygotowania robią się w obozie, że ze wsi i miasteczek okolicznych ściągają drabiny, budują machiny, gotują belki zębate, mnóstwo kul, granatów, sznurów i pocisków smolnych przysposabiają.
Zaledwie list ten półgłosem odczytany został, a już cała twierdza wiedziała o nim, choć go się starano utaić; któś podsłuchał deliberujących, dał znać zakonnikom, obudził ślachtę i tak niespokojną i zawieruszył klasztorem. Ledwie przeor zostawiwszy na murze dowódzców czyniących przygotowania na wszelki wypadek, przestąpił próg celi, wtoczyli się za nim zakonnicy i ślachta, po krótkiéj wrzawliwéj naradzie w refektarzu. Przeor wiedział zawczasu z czém idą, cierpliwie wysłuchał racji powtarzanych wielokrotnie, ale kilka tylko słów odpowiedział na nie:
— Odpowiedź dawna służy i na dziś, — rzekł, — próżne naleganie wasze, twierdzy nie poddam, jeśliście wy uparci w bojaźni, ja stały jestem w ufności Boga.
Przerwał wysunąwszy się x. Błeszyński:
— Ale czyż przystoi nam zakonnym ludziom, co się świata wyrzekli, przelewać krew i walczyć? wszak wkrótce i żywności zabraknie, nie lepiejże wcześnie?
— Ojcze Matjaszu, — zawołał Kordecki; — czy przysięgaliście na posłuszeństwo?
— Pamiętam je i gotowém na nie! — odpowiedział z pokorą zakonnik.
— Zostawcież troski, staranie i odpowiedzialność na mojem sumieniu, a róbcie co władzą moją polecam.
Zakonnicy usunęli się, ślachta nalegała jeszcze:
— Co do was, panowie, — rzekł Kordecki, — daremne są i prośby i groźby, a choćby i krzyki. — Będę się modlił do Ducha świętego, aby was męztwem natchnął, a com postanowił, to uczynię.
Napróżno nastawali: przeor był nieporuszony, i jabky niesłyszał nic, począł swoje papiery przerzucać na stole i zajmować się czém inném. Widząc, że próżno nacierają, szemrząc ustąpili nareszcie.
Zawołano braciszka Pawła.
— Bracie moj, — rzekł przeor, gdy tylko wszedł, — gdzieś tam około murów, blizko zapewne fórty, leżeć musi na mrozie, swoim obyczajem Konstancja, zawołajcie jéj tutaj, muszę jéj użyć za posła, kogo innego obawiałbym się narazić i dać w ręce szwedowi, babie dadzą pokój.
— A ona tu jest w klasztorze! — rzekł brat Paweł.
— Przyślijcież mi ją do refektarza, ja tam idę. Pośpieszył przeor i już zastał spartą na kiju staruszkę pode drzwiami.
— Całuję stopki x. przeora, — odezwała się z ukłonem, — cóż to za szczęście, że sługi Matki Boskiéj zapotrzebowano?
— Żebyś tylko miała rozum, wielką byś mi mogła uczynić przysługę; ale naprzód, powiedz mi, nie boisz się pójść do obozu szwedzkiego?
— Ja? — zaśmiała się siara, — a zapytaj jegomość ile tam razy byłam?
— No! tém lepiéj, złapali mi już drugi raz Brzuchańskiego, i malarz dobry i człowiek poczciwy, potrzeba go koniecznie z ich łap wyrwać; idźcie i powiedźcie mu, by za siebie okup ofiarował, ja pieniądze dostarczę. Ale żywo stara, by go czasem na prędce nie obwiesili.
— Duchem się sprawię! duchem ojcze, zobaczycie... rzekła i ruszyła się.
— Do rozmowy użyjesz którego z kwarciannych, dodał xiądz Kordecki.
— Poco? — spytała stara.
— A jakże się z niemi rozmówisz?
— Toć tam między niemi niemców siła, a ja po niemiecku szwargoczę...
Zdziwili się xięża téj niespodzianéj umiejętności, ale już poseł był daleko.
Na tę podroż musiała Konstancja przybrać swoją dawną wesołość obłąkania — uśmiech i żarty; szła kłaniając się żołnierzom w prawo i w lewo; ci niewiedząc co znaczy to zjawisko, zważywszy jéj łachmany i szał, puszczali daléj bez przeszkody.
Tak minąwszy trupy leżące, znów w koło twierdzy, potém świeże usypy ziemi i pogasłe ogniska, namioty i wozy, dopchała się z wielką biédą w stronę, w któréj się spodziewała znaleźć pana Jacka.
Jakieś przeczucie wiodło ją do miejsca, gdzie biédny mieszczanin jeszcze po szwedzku ubrany, stał przed starszyzną, co go już na prędce sądziła.
Nieco opodal kilku czeladzi obozowéj stawili już jednoramienną szubienicę, zbitą na prędce z dwóch kloców; Brzuchański blady był i niemy prawie, choć w istocie obawiał się nie tak śmierci, jak, że go nagle pochwycić miała bez przygotowania i spowiedzi; i do kwarcianych kilku, co tam z ciekawości przybyli, odzywał się półgłosem, prosząc o xiędza.
Obok sędziów prawie, kilku oprawców szwedów sposobili rózgi, żar i kleszcze łatwo zgadnąć na co; chciano mękami wydobyć z niego tajemnicę, dla któréj się, jak sądzono, narażał. Pan Jacek ochłonąwszy z piérwszego przestrachu, widząc, że już nic niéma do stracenia, nastawił się mężnie.
— Jak mam umierać, — rzekł, — to przynajmniéj poczciwie i odważnie; choć pęzel nie szabla, ale ręka od niego drżeć się nie uczy.
Zapytano go po co chodził? odparł śmiało, że chciał dać znać klasztorowi o przybyciu prochów i przygotowaniach szwedów.
— To zdrada, — rzekł oficer.
— Nie koniecznie i zdrada, — odpowiedział Jacek, — zakonnicy ojcowie nasi, dobrodzieje Matka Boska, Matka nasza, gdybym tego nie zrobił, to bym zdradził...
— Z czém że chodziłeś?
— Z niczém więcéj.
— To być nie może, mów, czekają cię męki.
Brzuchański spójrzał na przygotowania, ruszył ramionami i zamilkł. Przystąpili oprawcy, nie zmarszczył się, obnażono mu plecy, poczęli chłostać; on płakał i modlił się, ale cóż więcéj mógł powiedzieć nad to co było!
Już go miano piec, gdy kwarciani zaczęli za nim prosić, i szwed nadbiegł co to go Brzuchański tak poił, wstawiając się także za nim i za sobą.
— Wiecie, — odpowiedział oficer, — że już skazany na śmierć!
W tém właśnie Konstancja zbliżyła się do mieszczanina ściskając go i całując; uląkł się zrazu, bo jéj nie poznał, ale wśród niebronionych uścisków, szepnęła mu, żeby zaofiarował okup za siebie, a przeor zapłaci za niego.
Z drugiéj strony sami szwedzi i kwarciani zaczęli nalegać, żeby go więcéj nie męczyć, i stanęło na tém, żeby wieść pod szubienicę.
— Panie, panie, — odezwał się Brzuchański stojąc, gdy go już oczepiano pętlą, ja się okupię, pozwólcie mi, dam co mam, a okupię się.
Szwedzi jak to byli ludzie łakomi, zastanowili się, nikt tego nie przewidział: posłali do generała, a w chwilę nadbiegł goniec, żeby go prowadzić przed Millera.
Dowódzca czekał na niego przed namiotem a wbita przed nim latarnia na słupie oświecała tę scenę nocną; Brzuchański szedł ze stryczkiem na szyi, to struchlały ze strachu, to chwilami śmiały aż do zuchwalstwa. Było to w jego charakterze, że miał momenta odwagi nadzwyczajnéj i bojaźni dziecinnéj, taka to była natura... w ostatniéj godzinie okazał się jakim był zawsze.
— Co ty za jeden? — spytał groźnie Miller.
— Mieszczanin, malarz biédny, — odpowiedział trzęsąc się.
— Zdrajca! — zawołał generał.
— Nie, generale, — odparł śmiało, — służyłem paulinom, bom im służyć powinien.
— Winieneś był służyć swemu królowi — nie im...
— Albo to mój król? — spytał Jacek.
Miller z pięścią się porwał, i „wieszać” — zawołał.
— Panie generale, ja się okupię, — rzekł mieszczanin.
— Cóż mi dasz? chyba talara, bo twoje kiepskie życie więcéj nie warte.
— Sto talarów generale.
Miller pomyślał trochę — żebyś broił znowu! nie, powiesić łajdaka!
— Sto pięćdziesiąt, — odezwał się śmieléj, widząc wahanie Brzuchański.
— Daj dwieście i niech cię djabli wezmą — krzyknął szwed, — a nie, to na szubienicę.
— Kiedy nie mam, — odezwał malarz, — wola wasza.
— No! dajesz dwieście?
— Nie.
— Nie dasz?
— Nie mogę.
— Gdzież talary?
— Złożone w klasztorze.
— A ha! to nie w domu?
— Ba! — odpowiedział naiwnie mieszczanin, — jakby tu były, tobyście je dawno wytrzęśli. Miller bezwstydnie się rozśmiał.
— Każcie mnie odprowadzić do bramy klasztornéj, a tam zapłacą z moich pieniędzy.
— Bestja! nie głupi! — rzekł szwed, — to szczęście twoje, że o ciebie i podobnych tobie nie dbam, idź do klasztoru, i powiedz niech tam na mnie czekają, wkrótce mieć mnie będą.
Brzuchański chciał zaraz z szyi zrzucić stryczek.
— Nie! — krzyknął generał, — wieść go tak przez cały obóz ze stryczkiem, a zedrzeć mu suknie szwedzkiego żołnierza, których nosić nie wart, i nago prowadzić!
Jak rozkazano spełniono; Konstancja pobiegła przodem przed nim z radośnemi poskokami, i nim powolnie wiedziony mieszczanin dowlekł się do fórty, już tam na niego wysłanych półtorasta talarów czekało. Szwedzi oddali biédaka ze stryczkiem.
Brat Paweł osłonił go zaraz kapotą czyjąś i Jacek jak stał, nie zdejmując z szyi sznura, poszedł do kaplicy N. Panny, aby tu, jak więźniowie kajdany, jak kalecy kule, złożyć u podnóżka Bogarodzicy stryczek co go miał życia pozbawić; pomodlił się, zapłakał, i wzięty natychmiast do klasztoru otoczony został ciekawemi.
Przyniósł on tu szczegółowe wieści o przygotowaniach szwedzkich, a zarazem chodzące też posłuchy o wielkiéj sile tatarskiéj idącéj w pomoc Janowi Kazimierzowi, który przeciwko téj dziczy wyciągnąć miał już na spotkanie i znajdować się w Żywcu. Nadzieja odsieczy nieco pokrzepiła oblężonych, choć powszechnie nic dobrego sobie nie rokowali; ale przeor ani dał sobie mówić o kapitulacyi, trzeba się było zgodzić z jego wolą niezłomną.
Nazajutrz sprawdziły się poniekąd przepowiednie szturmu: szwed ze wszystkich baterji razem począł dawać ognia, nie czyniąc jednak wielkiéj szkody; ręce mu marzły. Załoga stała na murach gotowa szturm odpierać; ale szturm był niepodobieństwem, bo ani działami wyłomu zrobić, ani miny podsadzić, ani przekopu zarzucić nie mogli, a zniechęcenie szwedzkiego żołnierza nawet dla oblężonych było już widoczne.
Około południa trębacz podał do klasztoru list generała, znowu silnie nalegający o poddanie. Pismo to zawierało argumenta w tym rodzaju: —
„Chociażeśmy, pisał generał, imieniem, rozkazem i władzą Najjaśniejszego i Najpotężniejszego króla szwedzkiego pana naszego Najmiłościwszego, i naszém, to łagodniejszem, to surowszém staraniem, które sądziliśmy, powinno było u was zasłużyć na uwagę i zastanowienie, pracowali, aby was skłonić do poddania, przecież i króla i nasze, uporem prawdziwym zawiedliście nadzieje, i dotąd tylko igraliście sobie udając powtarzaną układów z nami ochotę, a jednak jeszcze raz sprobować ich z wami postanowiłem. Gdy królewskiém stałem jest postanowieniem, aby twierdza zdobytą była, na co jak widzicie pracę nieustanną łożemy, i miny nasze jużeśmy pod mur zbliżyli, a zarazem sprowadziliśmy inne ogniowe wojenne machiny przed dwóma dniami z Krakowa, dla zniszczenia, wywrócenia i zagładzenia klasztoru waszego, strzeżcie się więc... i t. p.
Cały list był podobny, naprzemian to groźny, to upominający, to doradczy, wytwornie stylem wieku napisany; w ostatku protestował się Miller, że jeśli zburzyć będzie zmuszony Częstochowę, wina nie spadnie na niego.
Do przeczytania tego listu zbiegli się wszyscy, krom Zamojskiego i Czarnieckiego, którzy nie byli ciekawi; każdy w oczach przeora szukał wrażenia, jakie na nim uczyni, ale Kordecki był nieporuszony.
Zgiełk powstał w definitorium, ślachta znowu wołała swoje:
— Poddawajmy się, poddawajmy!
Uśmiechem politowania, wybuch leu przyjął przełożony.
— Ludzie słabego serca i małéj wiary! — zawołał, — jakże wam ciężko wytrwać króciuchną życia chwilę w utrapieniu i pracy! tak! — dodał, — będziemy traktować, choćby dla tego żebyśmy uroczyste dni następne w pokoju i modlitwie spędzić mogli — bądźcie spokojni, odpowiem jutro.
Ostatnie wyrazy wymówił z tak gorzkim żalem, że wstyd nim przecie z obojętnych wycisnął.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.